czwartek, 26 kwietnia 2018

La Naya Costa Rica Maleku 72 % ciemna z Kostaryki

Często zdarza mi się kupować od razu kilka tabliczek do próbowania, bo latami nauczyłam się, że w takich sprawach mam pecha: kiedy mam wybrać w ciemno jedną rzecz, zazwyczaj pada na najgorszą. W przypadku La Nayi - jakoś nie ufałam tej litewskiej marce - na początek wybrałam tylko tabliczkę z Wietnamu. Okazała się przecudowna, toteż po jakimś czasie kupiłam inne, również z edycji limitowanej. Sięgając po dzisiaj przedstawianą wiedziałam, że będzie dobrze, ale pozostało pytanie: w jaki sposób? Miała to bowiem być moja druga w życiu tabliczka z kakao z Kostaryki. Pierwszą był Morin Costa Rica noir 70 %, jedzony lata temu (jesień 2015, a więc na początku przygody z prawdziwą czekoladą).

La Naya Costa Rica Maleku 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Kostaryki z regionów, gdzie uprawą kakao zajmuje się rdzenne plemię Maleku.

W pierwszej chwili po otwarciu poczułam zapach soku owocowego, nutkę cytryn (z naciskiem na skórki) i drzewa o ciepłym wydźwięku. Nieokreślony "sok owocowy" z czasem poszedł w kierunku jakiś malin, czarnych porzeczek, a wśród "ciepłych drzew" doszukałam się orzeszków... ziemnych / piniowych? A tu zaraz moja uwaga skupiła się na piniach (w sensie, że znowu drzewa).

Tabliczka o niemal definicyjnie czekoladowym kolorze łamała się z pięknym trzaskiem, była twarda, a w ustach raczej zbita, choć rozpływała się leniwie na idealnie tłusty, gładki krem.

Już w chwili robienia kęsa czekolada za każdym razem wydawała mi się "opalana" i smakująca niemal gęstym, naturalnym sokiem owocowym (mowa o owocach leśnych).

Najpierw niejednoznaczny miks owoców niósł sporo słodyczy, ale i smakowite kwaski. Słodkie maliny, kwaskowate czarne porzeczki i jeżyny, które to w ogóle niezłego charakterku całości nadały. Z czasem to właśnie jeżyny wywyższały się ponad swoje owocowe towarzyszki.

Pomogła im w tym wytrawniejsza nuta, która jawiła mi się jako "opalaność". Chwilami zdecydowanie dominowała nad owocami albo raczej: sterowała nimi. To jakby... sok w opalanej beczce. Beczka z zacnego drewna. Czułam ciepły wydźwięk tego drewna, ale z pewną wilgocią. W tle zaznaczały się jakieś orzeszki i jakby zbożowość. Niósł je wytrawniejszy, palony klimat, ale nie gorzkość. W końcu, w połowie degustacji stało się jasne: słód. Smak wydał mi się nagle niewyobrażalnie jednoznaczny i obrazowy.
Dzięki "palonemu słodowi" słodycz odebrałam jako palonokarmelową.

Przy drewnianej wilgoci i zbożu wychwyciłam jakby i coś kwiatowego, łagodnego. Powiedziałabym, że nawet i jakieś mleczne skojarzenia miałam - pewnie przez konsystencję kremu. Chwilami drewno, może właśnie przez słodycz i tę lekkość widziało mi się jako wilgotny las. Jego najniższy szczebel, gdzie kryją się jeżyny.

Na końcówce, obok palono-drzewnych, słodowych nut wracała właśnie i owocowa kwaskowatość, choć tym razem nazwałabym ją raczej cytrynową (taka też trochę "opalana skórka cytrynowa"). Właśnie cytrynowo-opalany posmak, choć i z pewnym poczuciem "żywych roślin" (kwiaty, drzewa), pozostawał po tej czekoladzie na bardzo długo.

Muszę przyznać, że bardzo podobała mi się słodowość czekolady, a także to, że owoce nie narzucały się słodowi, a się w niego wkomponowały. Jeżyny, trochę malin i skórka cytrynowa w zapachu i posmaku wyszły ciekawie, bo w wydaniu soku lub opalane, a nie jako świeże. Czekolada nie była więc soczysta, ale bardzo wilgotna. Mimo zestawienia smaków wcale nie wyszła gorzko. Raczej tak wytrawniej, ale nie gorzko. Jej kwaskowatość również nie była zbyt narzucająca się, a słodycz... na odpowiednim poziomie, choć w ogóle jakby nie ingerowała jako ona sama.

Po przeczytaniu recenzji Morina sprzed lat uznałam, że musiały smakować bardzo podobnie. Wspomnienia wróciły, jakbym jadła ją całkiem niedawno, przypomniałam sobie, jak męczyłam się z opisaniem smaku "nieumiejętnie palonego karmelu". Przecież cała ta opalaność była słodowa (choć w Morinie słodsza) - dlaczego mi to do głowy nie przyszło? Cytryny, charakterne owoce (w Morinie żurawina) i drzewa (w Morinie sosna).
La Naya wyszła jednak jakby... bardziej wielopłaszczyznowo, harmonijnie. Podobała mi się jej głębia i wyrazistość, choć wolałabym jednak silniejszą gorzkość kakao.
Na pewno ogromny plus należy jej się za konsystencję idealnie gładkiego kremu (jak Domori).

PS Producent pisał jeszcze o nucie grzybów leśnych - za nic ich nie czułam, ale cieszę się, że tak wyszło. Nie wiem, jakby z nimi było.


ocena: 9/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 24,99 zł (za 60 g)
kaloryczność:  559 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

środa, 25 kwietnia 2018

wafelek Lusette smak Orzechowy

Ostatnio zrozumiałam, dlaczego na wafelki jako na słodycze patrzę przychylnym okiem. Ot, bo można je fajnie rozwarstwiać... W ramach buntu, łamania zasady "nie baw się jedzeniem"? No, powiedzmy. Początkowo do wszelkich Lusette i Góralków byłam sceptyczna (po straszliwym Attack Choco - jednym z najgorszych wafelków, jakie jadłam - też od IDC Polonia), dawniej trafiłam na jakieś niezbyt mi odpowiadające smaki, ale po spróbowaniu pysznego Lusette czekoladowego, boskiego Góralka sernikowego i smacznego Lusette Cappuccino postanowiłam spróbować więcej propozycji IDC. A było to ryzykowne, bo z Lusette został mi smak mleczny (kiedyś tam) i orzechowy, który omijam, bo... jakoś jestem wyjątkowo czuła na sztuczność orzechów laskowych.


Lusette smak Orzechowy to "ciemny wafelek z kremowym nadzienie 70 % z orzechami laskowymi", którego producentem jest I.D.C. Holding.

Po otwarciu poczułam kakaowy zapach, mający w sobie tak dużo smakowitych, ale i lekko sztucznawych orzechów laskowych, że natychmiast skojarzył mi się z Ferrero Rocher (kiedy to ja je ostatnio jadłam? w czerwcu 2015, więc mówimy o miłym wspomnieniu), ale i podchodzący pod trochę bardziej pszeniczne, płatkowo-waflowe klimaty nie najwyższych lotów.

Gruby wafel z ogromną ilością kremu zachwycił mnie strukturą, bo był cudnie proszkowy (a więc jego tłustość aż tak nie przeszkadzała), całość bardziej chrzęściła niż chrupała - także świeżutkie, ale delikatne warwy waflowe. Polewy w sumie nie pożałowano, rozpływała się łatwo i szybko, bo była tłusta (to już przeszkadzałoby, gdyby było jej więcej, a nie tylko z jednej strony).

W pierwszej chwili wafelek wydał mi się słodko-mdły, trochę margarynowy. Smaki jednak rozchodziły się - najwidoczniej musiały się "przegryźć".

Otóż polewa uraczyła mnie bardzo słodkim, ale i przyjemnie wyraźnym kakaowym smakiem.

Warstwy waflowe były nieźle wypieczone, nie były jednak neutralne, a słodko-kakałkowe, co wyjątkowo dobrze pasowało do reszty.

Reszty, czyli do kremu. Ten był bardzo słodki, ale na pewno nie cukrowy. Najpierw wydał mi się zaskakująco mleczny, ogólnie łagodny. Dochodził do tego orzechowo-kakaowo-czekoladowy smak. Jednoznacznie kojarzył mi się w pewnym momencie ze sztucznawymi Ferrero Rocher. Orzechy laskowe wyszły tu więc wyraźnie, ale nie tak napastliwie mocno, intensywnie. Przywodziło to na myśl ferrerowaty deser mleczny, a w końcu również - przy połączeniu z wafelkami - przed oczami stanęła mi miska kakaowych płatków zbożowych z mlekiem (Nesquiki itp.).

Całość widzi mi się jako zmielone, sprasowane Ferrero Rocher i kulki Nesquik z mlekiem w formie wafelka.

Po wszystkim pozostawał chemiczny posmak orzechów laskowych i po prostu wafelka. Nie była to sztuczność, która przeraża. Właściwie wielu osobom pewnie mogłaby wydać się nawet smakowita. Mi po dłuższej chwili od zjedzenia zaczynała przeszkadzać, ale nie mogę powiedzieć, by wafelek mi nie smakował. Był dziwnie... wciągający, jednak coś nie pasowało mi w samym początku i posmaku. Był za słodki i wyważony pod tym względem jednocześnie. Nie przypominam sobie, bym jadła smaczniejszego laskowoorzechowego wafelka, ale w sumie nie jadłam takich zbyt dużo, w dodatku lata temu.


 ocena: 7/10
kupiłam: Lewiatan
cena: 0,99 zł (50g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: w sumie mogłabym

Skład: tłuszcz roślinny (palmowy, kokosowy), mąka pszenna, cukier, polewa kakaowa 14% (cukier, tłuszcze roślinne: palmowy, shea; kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 17%, serwatka w proszku, emulgatory: fosfatydy amonu, polirycynooleinian poliglicerolu; aromat), serwatka w proszku, mąka sojowa, prażone orzechy laskowe 4%, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, mleko odtłuszczone w proszku, skrobia kukurydziana, olej słonecznikowy, lecytyna sojowa, aromaty, barnik (karmel amoniakalny), mleko pełne w proszku, substancje spulchniające (węglany sodu), żółtko jaja w proszku

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Zotter Punch mleczna 50 % z cynamonowo-miodowym kremem, pomarańczową galaretką otoczoną cienką warstwą białej czekolady oraz batatowo-morelowym kremem z wódką

Po Roasted Almonds and Mulled Wine (For the Best Employee in the World), do której według mnie Zotter za dużo napchał, zaczęłam dzisiaj prezentowanej trochę się obawiać. Opis brzmiał tak bogato i smakowicie, że równie dobrze zamiast boskiej czekolady, mógł wyjść "śmietnik zacnych składników".


Zotter Punch to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana cynamonowo-miodowym kremem (19%), pomarańczową galaretką (22%) otoczoną cienką warstwą białej czekolady oraz (19%) batatowo-morelowym kremem z wódką i białymi czekoladami: morelową, karmelową.

Od razu po otwarciu poczułam słodką i ciepłą, korzenną woń. Było w tym mnóstwo dojrzałych pomarańczy i cynamonu, a także pewna "orzechowa korzenność" - leciutka naturalna orzechowość czekolady zmieszana z cynamonem właśnie?

Całość wyszła kremowo, odpowiednio tłustawo i cudownie soczyście, ale nie jak świeże owoce, a tak właśnie przetworowato-ponczowato.
Czekolada mleczna jak zwykle była cudnie tłustawo-kremowa, powoli rozpływająca się i ujawniająca również wolno rozpływający się, kremowy środek. Oba kremy były tłustawo-gładkie, maziste i właśnie cudnie kremowe, z tym że ciemny zawierał sporo drobinek (cynamonu?). Biała warstewka, również kremowa, miała raczej po prostu trzymać bardzo naturalną, soczystą galaretkę. Ta była jakby zrobiona z soku. Lepiła się i ciągnęła, ale tak... soczyście.

Po zjedzeniu całej tabliczki, przegryzając się przez całość i dzieląc trochę więcej niż w przypadku innych, stwierdziłam, że całość nie jest wyrazista jeśli o poszczególne składniki i smaczki chodzi, a właśnie tworzy "tabliczkę-punch" (moje wyobrażenie o punchu, bo nigdy żadnego nie próbowałam).

Czekolada wydała mi się zachwycająco mleczna i trochę bardziej orzechowa niż czekoladowa, co (jedno i drugie) podkreślał smaczek nadzienia cynamonowego, którym przesiąkła.

W smaku zaraz po czekoladzie dochodził do głosu cynamon właśnie, a za nim odważyła się wychylić wzmocniona mleczność i "kakałkowo-maślany" smaczek dobrych pralinek. Skojarzenie to nakręcał alkohol i słodycz, która mu wtórowała. To ciemniejszy krem, nieco dominujący jako pierwszy. On był słodki... w alkoholowy sposób. Zakładam, że to zasługa niemal "cukrowej" (jak to brandy) brandy złączonej z miodem. Bardzo dobrze sprawdził się tu cynamon - łagodny, niegorzki, ale mający charakterek. Nadało to słodyczy pewnej powagi, szlachetności.

Silna słodycz cechowała wszystkie części, ale każda była słodka w inny sposób.

Co więcej, dość szybko wszystkiemu nadawała rześkości galaretka. Ona również była słodka, ale to taka słodycz bardzo dojrzałych pomarańczy. Miały w sobie też coś z kwasku, pewien poważniejszy motyw. Doprawione cynamonem i alkoholem z kremów wydały mi się może i lekko gorzkawe w pewnym momencie.

Biała czekolada o dziwo nie nakręcała słodyczy jakoś szczególnie. Powiedziałabym, że raczej podrzucała lekką nutkę śmietankową.

Jasny krem wydał mi się też właśnie w dużej mierze mleczny i bardzo, bardzo słodki. Wyraźnie czułam w nim i ordynarniejszy alkohol, także owocową nutę (sugerującą "jakieś pomarańczowe owoce" - pewnie morele z batatami), ale wydał mi się... głównie "słodki słodyczą białych czekolad", mleka karmelowego itp.

Każdy kęs kończyła mleczna czekolada, spod wielu słodkich elementów wyciągając raz jeszcze (na koniec) wyraźniej jakby cynamonowo karmelizowanie-orzechowy smaczek.
Posmak był jednak, owszem, słodko czekoladowy, ale bardziej jak po jakimś pomarańczowym alkoholu.

Wszystko wchodziło w rozgrzewający, formowany przez alkohol wir słodyczy, korzenności o cynamonowo-pomarańczowym wydźwięku, który w ryzach jakoś tam próbowała trzymać błoga mleczność i wręcz orzechowa czekoladowość.
Zaskoczyło mnie tylko, że w tym wszystkim jakoś uciekał smak miodu. Być może wpisał się w rozgrzewanio-podrapywanie gardła (które jednak odebrałam jako alkoholowe).
Nigdy nie piłam prawdziwego ponczu, ale ta czekolada właśnie jako taki jakiś poncz mi się widzi.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 479 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

 Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, koncentrat soku pomarańczowego, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, mleko, miód, słodkie ziemniaki (bataty), wódka ziemniaczana, suszone morele, odtłuszczone mleko w proszku, masło, karmel w proszku (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), brandy z cukru trzcinowego, cynamon, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), substancja żelująca: pektyny jabłkowe, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, olejek pomarańczowy, chili Bird's eye

niedziela, 22 kwietnia 2018

Skawa Wadowice Draże o smaku kakaowym; czekoladowym w polewie kakaowej

Czasami nachodzi mnie na coś konkretnego i nie widzę w tym nic złego. Raz np. w głowie powstała mi wizja oglądania anime, przegryzając draże czekoladowe / kakaowe. Kiedyś bardzo je lubiłam, jednak wiedziałam, że i mój gust uległ zmianie (obecnie nie lubię w ogóle takiej formy słodyczy, nie mówiąc już o poziomie wytrzymałości na słodycz itp.) i one nie są takie, jak kiedyś, no ale... wizja to wizja. A przy okazji postanowiłam zrobić małe porównanie.


Skawa Wadowice Draże o smaku kakaowym


Draże właściwie nie miały zapachu.
Próbowały za to nadrabiać brzęczeniem, gdyż były twarde i... jak kamyki gładkie, tak glazurowo-suche (z wierzchu). W środku... no też w zasadzie suche, ale i mięknące. Całościowo cukrowe, że nawet nie trzeba patrzeć na skład by wiedzieć, że to cukier był bazą. Przede wszystkim były chrupiące, i gdybym chciała podać jakąś jedną cechę charakterystyczną, to właśnie by ta ich twarda "chrupiącość" była.

W smaku... także czułam przede wszystkim cukier i chemię. Połączenie tego w przypadku skorupki wydało mi się nijakie i takie... jak wszelkie bez smaku posypki kakaowe / czekoladowe, a jednak cukrowo-glazurowe właśnie w smaku (którego jakby nie było?). Środek okazał się słodszy, bardzo cukrowy i taki mdło mleczno-margarynowy i z chemicznym kwaskiem wychodzącym z czasem. Posiadał posmak... w sumie nie całkiem kakaowy, a "kakałkowo-jakiś", który skojarzył mi się z jedzonym parę dni wcześniej cukierkiem Śnieżka Michałki chałwowe (niemającym nic wspólnego z tytułowym smakiem).

Szybko pozostawał kwaskowato-chemiczny posmak.

Ogólnie te draże widzę jako "kakałko zrobione w laboratorium na wodzie z taką ilością cukru, że już się nawet rozpuszczać nie chce".

Po kilku miałam dość. Chrupiącość sprawia, że draż po drażu ląduje w ustach, ale raptem przy którymś z kolei aż poraża, jakie to nijako-niesmaczne, a na resztę nawet patrzeć się nie chce.
Są to beznadziejne jakościowo draże o smaku... no wody z cukrem z odrobinką kakałka i toną chemii. Przez to tak niewyraziste, że jakby mi ktoś próbował wmówić, że mają być cappuccino, czekoladowe czy jakiekolwiek inne... mogłabym uwierzyć.


 ocena: 3/10
kupiłam: Mama kupiła
cena: -
kaloryczność: 456 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, serwatka w proszku, częściowo utwardzony tłuszcz palmowy, mleko w proszku odtłuszczone, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 3,7%, wafle (mąka pszenna, skrobia, olej rzepakowy, sól), syrop glukozowy, barwnik E150c, olej palmowy, substancja glazurująca E901, lecytyna sojowa

-------------

Skawa Wadowice Draże o smaku czekoladowym w polewie kakaowej

Pachniały całkiem smakowicie, bo słodką, ale zarazem wytrawną czekoladą z zaznaczonym kakao i śmietankową nutą. Taki tam zwykły słodycz.

Kulki okazały się tłusto-mięknące, choć też trochę "do chrupnięcia". Wierzch to warstwa tłustej polewy, pod którą odkryłam jakby glazurową skorupkę. Środek zaś to mięknąca, trochę chrzęszcząca, ale gładka masa.

Od pierwszej chwili w smaku uderzała przede wszystkim słodycz i taniość. To tania czekoladowość, mająca w sobie coś z polewy i coś z wyrobu czekoladopodobnego. Tak właśnie smakował wierzch.
Środek był chyba jeszcze słodszy, ale i mniej tandetnie czekoladowy. Czułam w nim coś oscylującego między mlekiem a margaryną, a także wręcz chemię. Wyszło bardziej mlecznie, ale wciąż ze smaczkiem nie do końca dziecinnie, a "deserowo" niby-czekoladowym.

Te draże widzę jako "najtańsze wafelki w pseudo-czekoladzie z jasnym kremem udającym cappuccino".

Fajnie byłoby je jeść, bo tak jeden po drugim chrupią i miękną, zalepiając coraz to bardziej miękką masą paszczę, ale już po kilku sztukach cukrowość i chemia tak drażni, że nie dałam rady więcej niż kilku.


ocena: 5/10
kupiłam: Mama kupiła
cena: -
kaloryczność: 456 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, polewa kakaowa 18% (cukier, częściowo utwardzone tłuszcze roślinne: palmowy, sojowy, rzepakowy; kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa, aromat), częściowo utwardzony tłuszcz palmowy, serwatka w proszku, mleko w proszku odtłuszczone, orzeszki arachidowe prażone, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, wafle (mąka pszenna, skrobia, olej rzepakowy, sól), substancja glazurująca E414, syrop glukozowy, aromat


---------
Kakaowe i czekoladowe diametralnie się od siebie różnią po względem konsystencji (kakaowe - jak to kakao - konkret do chrupania; czekoladowe... mięciutko, kremowo i tłuściutko), w smaku różnica jest, ale żadne nie reprezentują tytułowego. Czekoladowe smakują wszystkim i niby-czekoladą, kakaowe... wodą z cukrem i "czymś". 
Mają jednak dwie, istotne cechy wspólne: straszliwą sztuczność i cukrowość. Właściwie z tego składa się ich smak. Po kilku jednego smaku i kilku drugiego miałam wrażenie, że chemia wgryzła mi się w język, a który wcześniej został wyszorowany "cukrowym pumeksem". Jestem pewna, że kiedyś nie były tak chemiczne. Rozumiem cukrowość (czego oczekiwać od takich draży?), ale żeby tyle sztuczności...
Większość jednych i drugich z powrotem trafiły do Mamy, która uznała, że czekoladowe są smaczne, a kakaowe dziwne, bo nijakie. Oba smaki na pewno wyszły o wiele lepiej od śmietankowych.

sobota, 21 kwietnia 2018

Lindt Excellence Mint / Menthe Intense ciemna 47 % z miętą

Jak o Lindt'cie zapomniałam na długi okres czasu, jak mógłby dla mnie nie istnieć, tak... ostatnio się trafiło, że jadam jakąś czekoladę tejfirmy w miarę regularnie. Kilka do mnie trafiło, a jako czekolady na zwyklejszy dzień spisują się świetnie (a przynajmniej lepiej niż jakieś mdłe superhiperbioeko udające plantacyjne albo niskobudżetowe Barony z nutą, która wyjątkowo mi nie podchodzi). Nie wspomniałam Barona, żeby go hejtować. Po prostu ostatnio trafiłam na kilka paskud, ale właśnie np. miętowego wspominam dobrze. Trochę się bałam, że w przypadku Lindta może być odwrotnie (ostatnio kilka dobrych nadziewanych, a teraz... klapa?)

Lindt Excellence Mint / Menthe Intense to ciemna czekolada o zawartości 47 % kakao z miętą.

Po otwarciu poczułam głównie słodką miętę, trochę sztucznawą, ale całkiem przyjemną i bardzo słodką ciemną czekoladę.

Czekoladę dostałam prawie zupełnie połamaną, ale przy robieniu kęsa usłyszałam raczej chrupnięcie niż trzask. Nic dziwnego, była bowiem bardzo tłusta. W ustach miękła bardzo szybko, zalepiając je tłustą, aksamitnie kremową mazią (jak mleczna). W przypadku ciemnych tabliczek coś takiego mi nie podchodzi.

W smaku od pierwszej chwili czułam przede wszystkim silną słodycz, która kojarzyła mi się z cukrem pudrem. Myślę, że przełożyła się na to "waniliowatość" łącząca się ze słodką miętą.

Ta bez wątpienia również ujawniała się bardzo szybko. W dużej mierze było to odświeżenie ust, chłodzący efekt z zaznaczonym smakiem mięty. Słodka mięta smakowała spożywczo, nieprzerysowanie, ale też nie w 100 %-ach naturalnie. Jej smak nasilał się.

Na pewno mięcie dopomogły akcenty smakowicie zaznaczającego się kakao. Nie przyniosło jednak żadnej gorzkości, a podporządkowało się słodyczy.
Ta znów rosła, rozmywając nieco smak mięty. Pod koniec znów czułam delikatną, bardzo słodką ciemną czekoladę z rześko-chłodzącym efektem mięty.

Posmak należał do słodkiej czekolady oraz olejkowej sztucznawości. Dopiero po zjedzeniu zaczynało to przeszkadzać. Oprócz tego czułam w ustach chłodne odświeżenie mięty.

Muszę przyznać, że mięta ratowała ratowała czekoladę: ochłodzenie sprawiło, że słodycz była bardziej do przyjęcia, a ogólna miętowa rześkość nieco "odtłuściła" poczucie tłustości. Mi jednak i tak było za tłusto. Słodyczy przeraźliwie cukrową nie mogę nazwać, w zasadzie wyszła przystępnie, ale... Jej połączenie z także tą miętową słodyczą... Dałabym mniej cukru (i tłuszczu, a więcej miazgi!) i tyle.

Wyszła całkiem ok, do zjedzenia, ale nie do ponownego zakupu; porównując do innych nienadziewanych miętowych to o wiele gorzej od Tesco finest, ale i od Barona (który w dodatku miał okropne kawałki czegoś).


 ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 529 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, naturalny aromat (olejek mięty pieprzowej), aromat waniliowy

piątek, 20 kwietnia 2018

wafelek KitKat Chunky New York Cheesecake

Wszystkie próbowanie przeze mnie jakiś czas temu Kit Katy smakowały tak, że nie dawałam im rady, w konsekwencji czego trafiały do mojej Mamy. Jak tylko dostrzegła nowość, od razu mi ją kupiła. Podobnie bowiem jak ja uwielbia serniki - do tego stopnia, że w pamięci jej się zapisało poznane wiele lat temu podczas pobytu w USA słówko "cheesecake", co było pewnie kolejną motywacją do zakupu (Mamę bardzo ciekawią zagraniczne smaki różnych słodyczy). A ja znów prawie skakałam z radości. Skakałam, gdy myślałam, że skończyłam już z Kit Katami i nie miałam już ani jednego, i paradoksalnie skakałam, że trafił do mnie jeszcze jeden. Logika? Za grosz. Nie no, serio to cieszyłam się, że będę mogła porównać go z tworem "tradycyjnie naszym" (udającym takiego), Góralkiem.


Kit Kat Chunky New York Cheesecake to "paluszek waflowy z kremem (19%) o smaku sernika, w mlecznej czekoladzie (60%)" od Nestle.

Po otwarciu poczułam zapach mleczno-cukrowej czekolady z nutą... najpierw myślałam, że po prostu serkowo-mleczną, ale w tym było coś niemal "wytrawnego"... coś jogurtowo-serowego, jak jakiś ser topiony (?).

Wafel odznacza się konkretną strukturą, był twardy i bardzo chrupki.

Twarda czekolada wydała mi się... właśnie twardsza i bardziej tłusto-plastelinowa niż  kremowo-tłusta jak w przypadku innych Kit Katów. W smaku też była nieco inna, ale możliwe, że po prostu przesiąkła nadzieniem. Tego może nie była aż tak bardzo dużo, ale z racji zbitej, twardawej i zarazem sucho-tłustej struktury i mocnego smaku, wystarczyło.

Część waflowo-kremowa nie różniła się bowiem od klasyka: warstwy waflowe były mocno wypieczone, a krem nijaki do bólu. Słodki, niesmaczny i w sumie tyle.

Od pierwszego gryza, od pierwszej sekundy pobrzmiewała jakaś dziwna nuta. Okazała się pochodzić z nadzienia sernikowego. Dokładało się do przesłodzenia całości, ale i atakowało kwaśnym smakiem. Była to kwaśność ewidentnie nabiału, co wzmacniała mleczność czekolady, ale paradoksalnie... jakoś mi się to gryzło z ulepkowatą czekoladą. To taka przesłodzona czekolada ze sztucznym jogurtowym nadzieniem, które jeszcze podchodzi pod bardziej serowe, ale nie sernikowe czy twarogowe nuty. Właściwie skojarzyło mi się z różnymi jogurtowymi indyjskimi daniami albo kwaśnym serem topionym.

Ogólne przesłodzenie i kwaśność bardzo się gryzły, a to nie koniec, bo gryzła mnie jeszcze sztuczność. Chemia, wraz z cukrem, aż gryzła w język. A może to nie było aż takie sztuczne, a po prostu irracjonalność połączenia smaków tak ją podkreśliła?

Niesmaczny, ale przynajmniej jakiś, może i bardziej adekwatny, a nie tylko cukrowy jak np. Cookie Dough.


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 535 kcal / 100 g; sztuka (42g) - 224 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, olej palmowy, mąka pszenna, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, preparat serwatkowy w proszku, ser miękki w proszku (1,9%), lecytyna sojowa, aromaty, sól, substancja spulchniająca (węglany sodu)

środa, 18 kwietnia 2018

Domori IL 70 % ciemna

Pewnie niewiele osób aż tak jak ja przywiązuje wagę do opakowań czekolad. Zwłaszcza jeśli chodzi o kartonik dzisiaj opisywanej. Dawno, dawno temu, jeszcze przed rozpoczęciem przygody z prawdziwymi czekoladami, zobaczyłam w internecie zdjęcie opakowania, które wydało mi się niezwykle ekskluzywne, w intrygującym kolorze (googlując nazwałam to sobie kardynalskim karmazynem). Był to "jakiś blend"... Cóż to? Poraziła mnie cena. Dlaczego ciemna czekolada miałaby być tak droga? Zapragnęłam jej. Tajemnicza, dotykająca jakby... Absolutu. Potem na przestrzeni lat zamawiając czekolady jakoś na nią nie trafiałam, aż w końcu, gdy już cała mistyczna otoczka jakoś się rozwiała, przestało mi zależeć i wreszcie ją upolowałam. Obecnie, przeglądając stronę Domori, nie widzę jej. Czyżby zmieniono opakowanie i wpisano ją w serię blendów trinitario lub blendów criollo? Nie! To blend jednych i drugich.

Domori IL 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao - blend trinitario z domieszką criollo.
Moja tabliczka ważyła 75 g.

Po otwarciu uderzyła mnie... delikatność. Ale jakże głęboka i wyrazista. Zapach nie był słaby, on był... subtelną, ale jakże pobudzającą zmysły grą wstępną aromatów. Oto kawa z beżową pianką, kojarząca się może trochę palono-drzewnie. Obok tego lekka ziemistość, co wraz z mocno migdałowym akcentem przywodziło na myśl marcepan. Przy nim pojawiała się poważna słodycz, która to dzieliła się miejscem ze śliwkami i... malinami? owocami leśnymi? Takie to jakby z kropelką alkoholu.

Zachwycał również wygląd samej czekolady, bo odzwierciedlała nieco kolor opakowania oraz była wyjątkowo jak na Domori gruba (również twarda), dzięki czemu wydała głośny trzask: pełny, trochę jak ciemne mleczne. W ustach rozpływała się powoli, gładko i kremowo-glinkowo, zalepiając usta, ale bez tłustości.

Za każdym razem w momencie odgryzania kawałka w głowie pojawiało mi się słowo "słodziutko", ale witał mnie smak kawy z pianką, albo raczej... cudownej pianki, pod którą kryła się kawa. Delikatna gorzkość była lekko palona, początkowo kojarzyła się bardziej z drzewami i kawą.

Skojarzenie z kawą niewątpliwie napędzały wręcz śmietankowo-mleczne zapędy (ale nawet nie nuta), a ta pianka... pianka po złączeniu się z silną słodyczą stawała się daktylami. Mniej więcej w 1/3 degustacji daktyle uderzały ze zdwojoną siłą, podbudowane brzoskwiniami (takie jakby... z puszki? nie wiem, bo takich nie jem, ale to była taka nuta... nie jak świeże, a w jakimś słodkim syropie czy coś). Gdyby nie lekko owocowy klimat można by pomyśleć o miodzie. Nuty te łączyły się w pewnej wilgoci, co kierowało gorzkawość bardziej w lekko ziemistym kierunku.

Raz i drugi wychwyciłam bardziej świeżo owocowe przebłyski, ale ogólnie czekolada była mało owocowa. Słodziutko-cierpkie owoce leśne - być może jeżyny? i... maliny? - zaznaczyły się w ziemi, która po chwili pomknęła w kierunku migdałów.
Delikatne migdały okazały się jakieś dziwnie soczyste... Marcepan! O tak, w pewnym momencie czułam go wyraźnie. Wciąż było słodziutko, ale i jakby z kropelką alkoholu. Jakaś śliweczka do tego? A może nawet śliwkowa naleweczka?

Symfonię smaków kończyła taka poważniejsza owocowość (obstawiałabym śliwkę i jakiś syrop / nalewkę) i gorzkawość tylko trochę palona, takie zwyczajne połączenie drzew i migdałów w słodkiej ramce (wyszła jakoś tak "naturalnie").

Smakowała mi o wiele bardziej niż dwa pozostałe blendy. Połączyła nuty drzew i owoców leśnych, które występowały w obu, a także poszła zdecydowanie w kierunku daktylowym (Blendowi Trinitario jakby nie starczyło odwagi; nie pociągnął dalej tej nuty, a zostawił niedosyt) oraz migdałowym jak Criollo (odrzucając jednocześnie całą toffi-maślaność criollo). "Uwykwintniona" słodycz trinitario i "ucharakternione" criollo - oj, ktoś tu chyba dał doskonałe proporcje.
Bardzo smaczna czekolada, której nie mam nic do zarzucania, a by wbić się do ulubieńców zabrakło jej tylko "tego czegoś".


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: -
kaloryczność:  nie podana
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

wtorek, 17 kwietnia 2018

wafelek Góralki Smak Sernika

Występuje u mnie coś takiego jak "fenomen sernika". Jadam sporadycznie, bo kocham, a więc jestem niezwykle w jego kwestii wybredna, trudno mnie zadowolić, a rzeczy w sernikowych klimatach czy udające sernik zawsze mnie kuszą. Gdy tylko wyczuję w nich namiastkę sernika - świetnie, ale gdy nie mają z sernikiem nic wspólnego... niech się producenci boją, bo tnę wtedy słowem jak brzytwą. Po bohaterze dzisiejszej recenzji nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc - o dziwo - podeszłam do niego ani nie napalając się, ani nie będąc sceptyczna.

Góralki Smak Sernika to "wafelek z kremowym nadzieniem (72 %) o smaku sernika w obwodowej polewie kakaowej" z nutą pomarańczy, od I.D.C. Holding. Edycja limitowana na zimę 2017/2018.

Po otwarciu do moich nozdrzy dotarł przede wszystkim zapach pomarańczy, zarówno aromatu, jak i kojarzący się ze skórkami pomarańczowymi, co wpisywało się w wyraźnie kwaskowato-twarogowy sernik. Taki... sowicie oprószony cukrem pudrem. Oprócz tego wyniuchałam i pewną wafelkową i polewową taniość, ale to po porządnym zbliżeniu nosa itd. Ogólnie był jednak bardzo przyjemny.

Ogół sprawia wrażenie raczej miękkawej, delikatnej sztuki. Raczej chrupko-chrzęścił niż chrupał. Całość wydała mi się raczej sucha, choć to taka tłusta suchość, gdyż kremu nie pożałowano (w przeciwieństwie do tłustej, szybko znikającej polewy, ale nie narzekam na jej ilość). Właśnie i krem chrzęścił, bo odznaczał się dużą proszkowością (proszek wymieszany z tłuszczem).

Już od pierwszego gryza w smaku uderzyły mnie dwie rzeczy: smak kojarzący się z pomarańczowym sernikiem i sztuczność.
Krem okazał się słodko-mleczny, ale z wyraźnym kwaskiem. Nie był to tylko cytrusowy kwasek, mimo że aromat pomarańczowy chwilami wydawał się smakiem dominującym. Zdziwiłam się, jak "nabiałową" nutę czułam w tym kwasku. Słodycz kojarzyła się z cukrem pudrem, ale nie przesadzono z nią.
Bardzo przyjemnie się to zeszło, mimo że chemii nie udało się ukryć. Ona po prostu nie była tu ofensywna. Zespajała smaki, niestety zostawała w posmaku, ale ogółem nie przeszkadzała.

Być może dlatego, że... bardzo jasne, a więc lekko wypieczone, neutralne wafle nakręcały "ciastowe" skojarzenia? W nich z kolei czułam też lekkie stetryczenie, ale i ono nie przeszkadzało.

Polewa kakaowa smakowała... no właśnie taką polewą (dlatego też nie ubolewam nad tym, że nie było jej więcej). Z racji, że nie była strasznie słodka, a wręcz lekko kakaowo gorzkawa wyciągała namiastkę smaku skórki pomarańczowej. To zaś znowu podkreślało sernikowość.

Wafelek wyszedł słodko, ale nie zbytecznie. Tłusty, a jednak tak proszkowo-suchy, że nie zatłuszczający. Sztuczny, ale nie napastliwie. Udanie odwzorował smak sernika. To bardzo pomarańczowy sernik, ale ewidentnie sernik. W formie wafelka, którego jakość mogłaby być lepsza (mam na myśli np. wafle, polewę) ale jednak. Pyszny w swej sztucznawej obrazowości.


ocena: 9/10
kupiłam: Lewiatan
cena: 1,19 zł (za 50g)
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: jakbym zobaczyła gdzieś, to na pewno (3 razy do niego wracałam)

Skład: tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), mąka pszenna, cukier, polewa kakaowa 7,5% (cukier, tłuszcze roślinne: palmowy, shea; kakao 17 % o obniżonej zawartości tłuszczu, serwatka w proszku, emulgatory: fosfatydy amonu, polirycynooleinian poliglicerolu; aromat), serwatka w proszku, mleko pełne, mleko odtłuszczone w proszku, mąka sojowa, proszek pomarańczowy 1% (maltodekstryna, sok pomarańczowy w proszku 30 %), skrobia kukurydziana, olej słonecznikowy, odtłuszczony ser w proszku 0,5%, lecytyna sojowa, aromat, substancje spulchniające: węglany sodu, żółtko jaja w proszku, jaja, kwas cytrynowy

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Pacari Fig ciemna 60 % z Ekwadoru z figami

Uwielbiam suszone figi i mimo że są to owoce, których nie czuję bezwarunkowej konieczności spróbowania w czekoladzie (same w sobie są przepyszne, a czekoladę mogłyby za bardzo zasłodzić, co mogłoby wyjść tak sobie, mimo cudownych owoców i świetnej czekolady), nie rozumiem dlaczego np. Zotter nie ma żadnej kompozycji z nimi. Gdybym miała wybierać, jaką czekoladę z figami bym zjadła, byłby to właśnie jakiś zotterowy nadziewaniec, ale jedyną, jaką miałam, była Pacari. W sumie dobrze, bo ufam Pacari (jedna z ulubionych marek), ale na starcie żałowałam np. ilości kakao, bo właśnie czułam, że wyjdzie słodko...

Pacari Fig to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z suszonymi figami.

Po otwarciu poczułam charakterystyczny kwiatowo-ziemisty zapach Pacari, tym razem jednak jakby ze wzmocnioną słodyczą. Była karmelowa, a przez mokro-ziemiste, jakby lekko podfermontowane nutki kakao "na upartego" mogła kojarzyć się z makowcem "u cioci na imieninach" (przez te wszystkie kwiatowe, wręcz perfumowe nuty).

Twarda tabliczka rozpływała się powoli, ale łatwo, choć nie była gładka. Oprócz nie tak wielu kawałeczków i pesteczek fig cechowała ją chropowatość (ale nie szorstkość). Wydawała mi się zbita, nie za tłusta, przy czym rozpływała się trochę bardziej wodniście, niż soczyście (pewnie z racji mało owocowego smaku nie wydawała się taka soczysta jak inne owocowe Pacari).

W smaku od samego początku przewodziła słodycz. Miała wyrafinowany, karmelowy charakter, jakby samoistnie przełamujący się palonością, dymem. 

W palonej strefie również kakao wyraźnie zaznaczało swoją obecność ziemistymi i lekko kawowymi akcentami. Były takie... chłodno wilgotne, subtelnie gorzkawe. 

Głęboko oddychając, miałam wrażenie, że zapach narzucił smakowi bardziej rześko-żywe, kwiatowe motywy. Karmelową słodycz i ziemię zaczął splatać niewiarygodnie jednoznaczny smak płatków róż. Robiło się tak... karmelowo-żywo, słodziutko ale nie w sposób "słodzony", a naturalny.

Splot tych smaków ujawniał, mniej więcej w połowie, bardziej owocowy charakter. Była to czysta słodycz owoców właśnie. Najpierw, jako że czekolada cały czas dominowała, przywodziła na myśl jasne winogrona, a potem także figi. Te jednak naprawdę wyraźnie czuć dopiero w kontakcie z ich kawałeczkami. To suszone owoce, spójnie wkomponowane w całość, choć momentami... jakby chciały zacząć udawać bardziej świeże.

Pod koniec, przy rozgryzaniu kawałeczków, które wreszcie się wyłoniły, bezsprzecznie czułam słodziutkie, suszone figi wtapiające się w karmelowo-dymną, kwiatową słodycz czekolady. Zrównały się z czekoladą, by pozostać w posmaku, ale już znowu przepuszczając właśnie czekoladę - delikatną, ale i lekko ziemiście-kawową. 

To bardzo dobra tabliczka. Dodatek idealnie zespoił się ze smakiem czekolady, której nuty połączyły się z figami w zaskakująco harmonijny sposób. Przełożyło się to na ogólną delikatność i silną słodycz. Nie mogę powiedzieć, by z nią przesadzono, bo była szlachetna i zachwycająca. Figi... nie wyprzedzały czekolady, czułam je wyraźnie, ale nie uderzały z jakąś specjalną mocą.
Smaczna tabliczka warta uwagi, ale na raz, bo raczej z tych mniej zachwycająco-zniewalających, orgastycznych Pacari. Nawet nie wiem, co i jak bym w niej poprawiła - po prostu wolę zjeść oddzielnie ciemną Pacari i figi.


ocena: 8/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 19 zł
kaloryczność: 640 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao 48,80%, cukier trzcinowy 40%, suszone figi 7%, tłuszcz kakaowy 4%, lecytyna słonecznikowa 0,20%

niedziela, 15 kwietnia 2018

Lindt Edelbitter Mousse Cranberry ciemna 70 % z nadzieniem żurawinowym i musem czekoladowym

Po przecudownej Jordi's Honduras o nutach charakternych czerwonych owoców (wiśni, malin), naszła mnie ochota na czekoladę z takimi. Było to dość problematyczne, bo łatwo było skazać jakąś czekoladę na rozczarowanie nią (w końcu u mnie nadziewana nie dorówna prawdziwej plantacyjnej), ale... chciało mi się. A miałam akurat tylko tę. Lindt miał szczęście, że ostatnio parę razy pokazał, że jednak potrafi coś tam jeszcze wykombinować.

Lindt Edelbitter Mousse Cranberry to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z ciemnoczekoladowym musem (26%) i nadzieniem żurawinowym (18%).

Po otwarciu czuć wyrazistą ciemną czekoladę łączącą w sobie słodycz, ale i wręcz kawową wytrawność oraz pewną zakalcową wilgoć lekko "grzybowej" trufli i trochę tandetnych owoców. Były soczyste, rześkie, ale i trochę wiśniowo bombonierkowe.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała. Sama czekolada stanowiła bowiem gruba warstwę, choć i środka nie pożałowano.
Czekolada rozpływała się w tłusto kremowy sposób. Szybciej wypływał spod niej sos (ale i znikał szybciej), a mousse powoli do niej dochodził i łączył się z nią.
Mousse okazał się dość lekkawy (trochę jakby idący w stronę skojarzeń z bąbelkowymi czekoladami), ale i tłusto-śliski. Czuć różnicę między nim, a czekoladą, bo był bardziej od niej "roztrzepany", ale w sumie wciąż zbity.
Na wierzchu znajdowało się nadzienie owocowe. To bardziej sos niż dżem, ale nie lał się. Trochę się kleił, ale był i naturalnie soczysty, przyjemny. Tej części było według mnie za mało w stosunku do reszty.

W smaku cały czas dominowała czekolada. W niej odnalazłam całkiem sporo słodyczy, ale i kakaowej mocy o kawowo-palonym, zdecydowanym charakterze. Przystępna i wyważona, smaczna.

W pewnym momencie przedzierał się do niej soczysty, słodko-kwaskowaty i z lekką cierpkością smak owoców. Żurawina lekko zaznaczyła swoją obecność. Czuć ją, jak również to, że została podkreślona cytryną.

Do czekolady dochodziła silniejsza kakaowa maślaność, a więc bardziej mdły smak, przez który całość robiła się trochę bombonierkowa. Zwróciło to również uwagę na nieco nasilającą się słodycz.

Końcówka robiła się taka rozmyto-kakaowa, już tylko odrobinkę owocowa i wciąż ciemnoczekoladowa. To ta ostatnia wraz ze smaczkiem żurawiny pozostawała w posmaku, co byłoby przyjemne, gdyby nie towarzyszące temu poczucie tłustości. Fakt, że i lekką kakaową suchość w ustach czułam, ale jednak.

Całość wyszła w sumie nieźle. Nie poszło w kierunku tandetnie-czekoladowym (choć chwilami było blisko), przyjemnie czuć kakao i owoce, ale jednak pewne elementy można by zmienić. Ten mus mi nie leżał, a i dżemor mógłby być bardziej np. masą ze zmielonymi owocami, bo przez "rozmytość" w pewnym momencie można by nawet zapomnieć, że to miała być żurawina.
Gdyby Lindt się aż tak nie cenił, a na taką tabliczkę trzeba by było wyłożyć jednocyfrową kwotę, spokojnie mogłoby być i 7, ale w ten cenie...


 ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: około 14 zł (za 150g)
kaloryczność: 519 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, żurawina (7%), tłuszcz kakaowy, syrop glukozowy, masło klarowane, cukier inwertowany, lecytyna sojowa, koncentrat soku cytrynowego, naturalny aromat, wanilia

PS Wreszcie są piękne zdjęcia Franceschi 70 % Ocumare. :P

sobota, 14 kwietnia 2018

wino Gran Castiillo Tempranillo [18+]

Kiedy Mamie wpada jakieś dłuższe wolne, jak np. pod koniec grudnia i początek stycznia, czyli czas świątecznie pozamykanych lub zatłoczonych sklepów, my - jako osoby nieobchodzące świąt - mamy czas dla siebie. Tym razem chciałyśmy jakoś odznaczyć sobie ten rok jako przełomowy, bo ostatni w znienawidzonej przez nas małej mieścinie.

Gran Castiillo Tempranillo to półsłodkie czerwone wino z Hiszpanii z regionu Valencia; rocznik 2015; 12% vol.

Po otwarciu poczułam słodko bombonierkowy zapach należący niewątpliwie do czerwonego wina.

Kolor miało ładny, krwisto czerwony.

W smaku w pierwszej chwili poczułam słodycz, która potem nieco rozchodziła się. Najpierw odebrałam to wino jako wyjątkowo mało alkoholowe, jednak po chwili spod osłabionej słodyczy wyszedł smak lekko "opalany". Nie było ani nazbyt ordynarne, ani nazbyt słodkie, choć znacząco słodkie i bez kwasków.

Pod koniec poczułam słodką, podwędzoną śliwkę. Poczułam się, jak po jakimś słodko-wytrawniejszym daniu ze śliwką, po opalano-dymne nuty całkiem nieźle się rozkręciły przy tym owocu. Czułam też odrobinkę soczystości, choć taką bardziej kojarzącą się z owocowymi pralinkami / czekoladkami, nie owocami.

Końcówka znów była słodka i zwyczajna. Posmak był winno-śliwkowy. Po tym regionie spodziewałabym się raczej truskawek, albo czereśni obiecanych przez producenta, ale ogółem nie narzekam.
Uznałyśmy z Mamą, że smakowało to jak "wino marki <<Wino>>". Może być, ale jak dla mnie miało nieco zbyt słodko-płaski smak. Mama uznała, że wcale nie było płaskie, a "nawet z lekką goryczką, mało słodkie". Obie odebrałyśmy je jednak jako opalane i lekko owocowe, dobre w swojej cenie.


 ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: 19,99 zł (za 750ml)
czy kupię znów: w sumie mogłabym