poniedziałek, 30 marca 2020

Anthon Berg Dark Milk ciemna mleczna 47 % z Ghany

Mimo że planowałam inaczej, przygodę z marką Anthon Berg rozpoczęłam od czekolad z dodatkami. Stanęło na tym, że czystą ciemną postanowiłam zostawić na deser, przodem puszczając mleczną. Uznałam, że to dobry dla niej czas, bo ostatnio właśnie trafiło mi się tak parę porównań mleczna vs. ciemna różnych marek. Utwierdziłam się przy tym, że mleczne coś mi nie idą, więc dodatkową przyjemność sprawiało mi wykreślanie coraz to kolejnych z listy posiadanych.

Anthon Berg Dark Milk to ciemna mleczna czekolada o zawartości 47 % kakao z Ghany.

Zaraz po otwarciu poczułam orzechowo-siankowy zapach, mający ciepły wydźwięk prażonych orzechów laskowych. Zalewało je i współtworzyło naturalne, pełne mleko, kojarzące się trochę "inaczej" (jak np. kozie). Im dłużej wąchałam, tym istotniejsze okazywało się karmelizowanie orzechów i... maślany karmel?

W dotyku tłusta, zapowiadająca się lepko, tabliczka przy łamaniu pykała i trzaskała lekko, okazując się dość twardą.
W ustach czekolada rozpływała się z łatwością, aksamitnie, choć z lekko proszkowym efektem. Przybierała postać gęstego, tłustego jak mleko / śmietanka kremu. Zalepiała usta i znikała w umiarkowanym tempie.

Już od wgryzienia się w kostkę czułam ogrom mleka i słodycz. Ta pierwsza była wyrazista, kojarzyła się z naturalnymi, wiejskimi klimatami. Cechowała ją pewna "orzechowa siankowość", trochę jak mleko inne niż krowie (owcze, kozie), ale żadna ordynarność. Było to mleko tłuste...

...takie, na którym zrobiono gorące kakao do picia. Gorzkawość rozeszła się po ustach poprzez "siankowość" umacniając zbożowo-orzechowe klimaty. Goryczka kakao wydała mi się zaskakująco (jak na mleczną) silna. Całością zawładnęły orzechy laskowe z warstwą karmelu. Mleko wydawało się tak tłuste, że...

...z maślanym wątkiem, wybijającym się na przód.

Także słodycz wpisywała się w maślaność. To dość mocno palony, ale słodko-maślany karmel. Maślane karmelki... wręcz toffi - powiedziałabym. Słodycz stawała się coraz silniejsza, ale i palona. Mniej więcej w połowie zatrzymała się, bardzo blisko poziomu przesady (i wrażenia, że zaraz zacznie drapać w gardle), by znów z maślanych karmelków zmienić się w karmelizowane orzechy laskowe. To one dominowały przez dłuższy czas.

Orzechy podkreśliły odrobinkę goryczki palonego cukru. Mleko odpuściło, puszczając przodem siankowo-maślaną nutę. Leciutka cierpkość kakao pod koniec nieco oprószyła wcześniejsze.

W posmaku pozostała właśnie taka "orzechowość", kakao - coś szlachetniejszego, ale i ogrom maślano-palonego karmelu.

Całość mimo ogromu mleka i karmelu, nie wyszła słodziaśnie. Była słodka, ale szlachetniej. Kojarzyła się z maślanym, ale jakże mocno palonym karmelem. Ogromną rolę odegrały orzechy, będące motywem przewodnim. Kakao wniosło zaskakująco sporo goryczki.
To bardzo dobra czekolada, której nie mam kompletnie nic do zarzucenia. Silna słodycz nie pohamowała zacnego smaku.
Może, tak bardzo subiektywnie, nie wzbudziła we mnie specjalnie dużo entuzjazmu, ale na pewno może smakować, mimo że do "dark milk" trochę jej brakuje. Wyszła... taka leciutko bardziej gorzkawa zwykła mleczna.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 11 zł
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, lecytyna rzepakowa, wanilia

niedziela, 29 marca 2020

Manufaktura Czekolady Ekwador 80 % kakao + ksylitol ciemna z Ekwadoru

Dzięki paru czekoladom miałam okazję utwierdzić się w przekonaniu, że nie cierpię słodzików i nie lubię zamienników cukru w czekoladach. Chciałam trochę popróbować, czym poszczególne się różnią i jak wpływają na kakao. Manufakturze Czekolady ufam, toteż do ich propozycji podeszłam na spokojnie. I powtarzałam sobie, że tak strasznie brzmiące "słodzik: ksylitol" można zastąpić: "cukier brzozowy", bo tym właśnie jest, a psychologia jest ważna.

Manufaktura Czekolady Ekwador 80 % kakao + ksylitol to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Ekwadoru, słodzona ksylitolem (bez cukru).

Gdy tylko otworzyłam sreberko, poczułam bardzo intensywny zapach ziemi, w którą wsiąkał i zalewał ogrom soku z pomarańczy... tak słodkich, że w zasadzie to raczej mandarynek. Po chwili ujawniły się róże, którymi ziemia zdawała się być naperfumowana (nasączona?). Wszystko to spinała lekko marmoladkowa nuta. Wąchając w trakcie degustacji, doszukałam się drzew, a przed oczami miałam wyrazisty obraz łysej kosodrzewiny / drzew zimą. Także róże, które z czasem zrobiły się ogólnie ciężkimi kwiatami, zdawały się nieść chłód.

Ta ciemna, w dotyku idealnie gładka tabliczka udawała lustro. Trochę dziwi mnie, że obecnie wszystkie tej marki są grube z jednej strony, cieniutkie z drugiej, ale co tam. Z każdej trzaskała podobnie. Była twarda, ale trzask wydawała taki mocno sugerujący kremowość, wilgoć i gliniastość.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i dość szybko, jak na tak ciemną czekoladę. Przybierała postać nieco wodnistego kremu, w którym kryło się sporo ziarnistej szorstkości. Było to zgrane, przyjemnie zalepiające w gliniasty sposób; nietłuste, a wilgotno-charakterne. Mimo to, coś mi nie grało. Minimalnie jednak, bo gdybym nie wiedziała, powiedziałabym, że to zwykła ciemna.

Przy robieniu kęsa poczułam gorzkość orzechów. Początkowo subtelna, błyskawicznie zmieniała się w drzewa. Gdy po prostu wkładałam kawałek do ust, drzewna gorzkość nie dawała się wyprzedzić. W obu przypadkach kurczowo trzymała się jej ostrawa, a jednocześnie odległa słodycz.

Zaraz gorzkość zaczęła rosnąć, na przód wysuwając jednoznacznie spaloną skórę chleba. Miękkawego (razowego?) chleba, brzegami spalonego aż na węgiel. Chleb, z odrobiną wilgoci wewnątrz, jakoś mniej więcej w połowie mieszał się trochę z ziemią. Nie było już tak przejrzyście, bo przysłonił to dym.

Dym, niosący nową falę goryczki - o innym wydźwięku. Ta była bardziej złączona ze słodyczą, która w międzyczasie pojawiła się gdzieś z tyłu i niespodziewanie zaserwowała dość mocny smak słodziku. Odebrałam ją jako gorzko-drapiącą, niemal pikantnie ziołową słodycz. Zioła, mimo iż gorzkie, niosły pewną lekkość i chłód. Zrobiło się korzennie-kwiatowo. To zdecydowanie jakieś cięższe kwiaty. Chleb częściowo zmienił się w goryczkowate, melasowo-karmelowe ciastka korzenne o znikomej, ale drapiącej w gardle słodyczy. A może to przyprawy korzenne i ostrość tak drapały? (A serio to słodzik.)

W korzenności pojawiła się soczysta pomarańcza wraz ze swoją goryczką. Korzenność przywróciła bardziej drzewne nuty, bliżej końca niemal zupełnie zakrywając chleb i węgiel. Drzewa, kwiaty i zioła mieszały się z soczystością, choć wciąż reprezentowały głównie gorzkość. Dało to efekt kawy. Słodzik... czuć go, jak podkreśla słodko-goryczkowatą pikanterię, motyw słodziku jako on sam też, ale bardzo odlegle.
Nagle, dosłownie w trakcie znikania kęsa uderzały ziarna kawy.

W posmaku pozostała kawa, goryczkowata pomarańcza, z którą wiązała się lekka marmoladkowość z zapachu, ziemistość i drzewa oraz pikanteria słodziku / ziół.

Całość była zdecydowanie mniej słodka i niekarmelowa, ale też jakby nieco mniej czekoladowa od ekwadorskiej Manufaktury 70 %. 80 % wydaje się skupiać na gorzkości, acz wciąż głębokiej. To spalony chleb i drzewa, zioła i odrobina kwiatów oraz korzenność i kawa, zakropione słodzikiem i pachnące złudnie. Mocna kawa na końcu też była zaskakująca. Wspomniana słodzona cukrem trzcinowym zdecydowała się na orzechy, korzenność i bardziej kwiaty niż zioła, doprawiając je miodem i karmelem.

Mam bardzo mieszane uczucia w kwestii tej czekolady. Pyszne nuty, ale denerwująca struktura. To znaczy... gdyby nie ta minimalna (!) wodnistość, byłoby bosko, bo szorstkość świetnie udawała przyprawy. Słodzik czuć, ale wpasował się (czuję, że to on stał za wydobyciem smakowitych drzew i ziół). Nie lubię słodzików i czuję, że kakao po prostu lepiej łączy się z cukrem, ale jako że producent podkreśla, iż to dla osób, które mają z cukrem problem, a chcą cieszyć się dobrą czekoladą, uważam ją za rewelacyjną. Ostatnio przekonałam się, że trudno jest zrobić dobrą ze słodzikiem. Smakowała mi, choć bardzo subiektywnie raczej na 8, ale to najlepsza czekolada ciemna ze słodzikiem, jaką jadłam.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 50g)
kaloryczność: 596 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarno kakao, substancja słodząca: ksylitol

sobota, 28 marca 2020

lody Syrenka smak Truskawka

Nie lubię i nigdy nie lubiłam sorbetów i lodów owocowych (zwłaszcza owocowo-wodnych). Jednymi tolerowanymi sporadycznie są owocowe na śmietance / mleku, jak np. Haageny Blueberries & CreamHaagen-Dazs Starwberry jakoś do mnie nie przemówiły. Owocowe koktajle i zamrożone kawałki owoców? Nie, dzięki. Lody Syrenki są jednak jedyne w swoim rodzaju, więc i w przypadku owocowego wariantu byłam pewna, że pospolicie nie będzie. Truskawki i nerkowce? Pierwszy raz spotkałam się z takim połączeniem i pisząc to uznałam, że może być smakowite.

Lody Syrenka smak Truskawka to lody wegańskie truskawkowe (4,8%) na bazie nerkowców i kokosa.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach nerkowców i kokosa oraz truskawek w wydaniu ewidentnie słodkim i nieco pudrowym. Poczułam się, jakbym zbliżyła nos do wegańskich owocowych czekolad Zottera - dokładniej truskawkowej, z tym że bardziej orzechowej.

Twarde i gęste lody okazały się w miarę podzielne - to znaczy: dało się je nałożyć, nie szły w dziwne płatki czy kruche kawałki.
W trakcie jedzenia masa lodowa dała się poznać jako gęsta i kremowa, ale jak zbity krem. Wydawała się cudownie soczysta i trochę śliskawa jak sorbet. Mimo to, nie była gładka. I wcale nie chodzi mi o pestki, którymi była usiana w nieprzeszkadzającej ilości. Wyczuwalna "miazgowość" (orzechy + kokos) przełożyła się na poczucie obcowania z kremem, który bardziej mięknie niż się topi. Nie czuć rozwodnienia ani tłustości. Wyszły bardzo sycące, ale nie przytłaczająco ciężkie.

W smaku od samego początku uderzył duet truskawek i ogólnej słodyczy, z czego ta druga wydała mi się bardziej wszędobylska. Łączyła je delikatna pudrowość.

Słodycz niemal natychmiast zaprezentowała karmel i zaznaczyła lekką pudrowość. Ta skojarzyła mi się odlegle z białą wegańską czekoladą Zottera (w wersji wyidealizowanej). Oczywiście białą owocową...

...bo smak truskawek ruszył z kopyta. Były to wyraziste, słodkie owoce o mocno zaznaczonej soczystej kwaśności. Odebrałam je jako nieco konfiturowe i pełne uroku, ale przede wszystkim pełne smaku. Moc truskawek dominowała przed większość czasu. Raz i drugi nasunęły na myśl sorbet albo jakiś deser z musem z truskawek. Reszta bowiem nie dała o sobie zapomnieć.

Truskawki mieszały się ze wspomnianą pudrowością i karmelem, do czego po chwili dołączyła maślana nuta orzechów nerkowca (znając skład, chyba wyłapałam też syrop klonowy). Kokos uplasował się obok. Jego smak był nie do pomylenia z czymkolwiek innych, choć wchodził w rewiry śmietankowo-kokosowe. Utworzyło to smak białej czekolady. Nie była jednak przesłodzona, a słodka jakby jedynie w naturalny sposób. Fuzja białej czekolady i truskawek o szlachetnym i głębokim smaku natychmiast nasunęła na myśl truskawkową Labooko Zottera. Sporo w tym soczystości, a kwaśność owoców dodatkowo nasilała się falami, zupełnie słodycz minimalizując.

Bliżej końca słodycz chwilowo wzbiła się na wyżyny, po czym osłabła na rzecz bardziej orzechowo-kokosowych nut.

W posmaku pozostał właśnie kokos, trochę nerkowcowa białoczekoladowość i silna soczystość truskawek. Kompozycja nieprzesłodzona, rześka i... kojarząca się z białą truskawkową czekoladą.

To pyszne lody o zaskakującym, niecodziennym smaku. Od innych lodów tej marki wyróżnia je lekkość, jaką mają musy owocowe i ta soczystość, jednak to wciąż cudownie kremowa, mało lodowa kremo-masa. Nieprzesłodzone, a jednak kojarzące się z białą czekoladą o smaku słodkiej truskawki. W pełni naturalne i wciągające.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od lodysyrenka.pl
cena: -
kaloryczność: 244 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś może i bym mogła

Skład: rozdrobniony miąższ kokosowy, cukier trzcinowy nierafinowany, woda, truskawki, orzechy nerkowca, syrop klonowy, tłuszcz kakaowy, sól

czwartek, 26 marca 2020

Chocolate Hills mleczna z maltitolem i ekstraktem z liści morwy białej

Po tym, jakim rozczarowaniem okazała się otrzymana w ramach współpracy z Chocolate Hills ze strony czekoladkinaokazje.pl ciemna z morwą, jakoś zwątpiłam i w mleczną. Czułam, że mnie nie usatysfakcjonuje i zaczęłam powątpiewać, czy morwa do mlecznej pasuje. Jak się jednak nad tym zastanowić... morwa i maltitolowe "ciastka melasowe" może właśnie z mlekiem by lepiej zagrały niż z... nieobecną gorzkością? Skoro ciemna była tak mało ciemna, może chociaż mleczna miała okazać się mleczna?

Chocolate Hills Mleczna Chocolate ekstrakt z liści morwy białej to mleczna czekolada o zawartości 33,9 % kakao z ekstraktem z liści morwy białej, słodzona maltitolem.

Po otwarciu poczułam intensywnie słodki zapach wanilii i mleka. Początkowo pomyślałam o mleku w proszku, ale zaraz zrobiło się bardziej... jak jakieś "inne" (np. trochę kozie), naturalne i siankowo-roślinne. Dziwnie roślinne, trochę ciasteczkowo-korzenne (ziołowe?). Mimo to, wydźwięk był słodziutki, kojarzący się z karmelem czy raczej toffi. W tle wszystko podkreśliła odrobinka bardzo łagodnej kawy.

Tabliczka w dotyku wydała mi się sucho-tłusta, być może proszkowa. Łamiąc ją, słyszałam jedynie lekkie pyknięcia. Mimo proszkowego przekroju, wyglądała na zwartą i gęstą.
W ustach gęstość ta się potwierdziła. Czekolada była kremowo-tłusta. Rozpływała się powoli, przeistaczając w gęstą, mięknącą i zalepiającą usta masę z minimalnie wodnistym efektem. Znikała wolniej od ciemnej wersji. Kojarzyła się z normalnymi, pełnomlecznymi czekoladami.

W smaku od pierwszej chwili pokazała swą mocną słodycz. Wanilia uderzyła bezprecedensowo, utonęła w mlecznej toni.

Poczułam leciutkie drapanie w gardle. Najpierw myślałam, że to szybko rosnąca słodycz. Ta bowiem przybrała postać mleczno-maślanego toffi, pretendującego do karmelu za sprawą lekko palonej nuty. Paloność uwydatniła drapanie, wydała mi się odlegle goryczkowato-pikantna. Zdziwiona, nie odebrałam wydźwięku jako ciepły, a... jako chłodny. Trochę jak... "chłodnawe" i mocno korzenne toffi? Z dużą ilością chłodnego mleka?

Tu wyraźniej poczułam ciężko-duszny motyw słodkiej morwy. Kryła się w korzenno-mlecznych akcentach. Dołączyła do niej wanilia.

Końcówka była bardzo słodka w kontekście zarówno mleczno-toffi, a więc słodziuteńkim, jak i poważniejszym, korzenno-morwowym. Dzięki tym ostatnim było to w pewien sposób... powstrzymane przed staniem się uroczo-słodziuteńkim? Waniliowo, słodziutko... z odległą sugestią... roślinnej kawy? Z mlekiem? Albo to tylko myślenie życzeniowe.

Posmak należał do mleka, złożonej i za silnej słodyczy. Może nie była wypalająca czy straszliwa, ale wyobcowana. W oddali czułam też chłodnawy efekt... może lekką zwiewność roślin? Na ustach z kolei tłustość.

Całość była całkiem smaczna, ale o wiele za słodka. Wyraźnie czuć morwę, ale tu już zupełnie brakowało mi nuty kakao, goryczki. Cała ta słodycz jednak... wydawała się w pewien sposób szlachetna. Konsystencja bardzo na plus. Gdyby nie to, jak zasładzająca była, mogłaby zdobyć o punkt więcej niż ciemna. Istotnie była bowiem mocno mleczna, w momencie gdy ciemna... nie była specjalnie ciemna.


ocena: 6/10
kupiłam: Chocolate Hills (dostałam)
cena: 7 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: maltitol, mleko pełne w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, ekstrakt z liści morwy białej, aromat: naturalna wanilia

środa, 25 marca 2020

Zotter Classic Happy Christmas... for the best employees mleczna z orzechami nerkowca, pomarańczą i przyprawami piernikowymi

Ostatnio nerkowce znalazły się na podium moich ulubionych orzechów. Trochę mi brakuje czekolad z nimi, jednak zdaję sobie sprawę, że łatwo byłoby tu o ich zagłuszenie. Na szczęście jednak Zotter G.Nuss.Tafel Cashew była przepyszna i dzięki niej czułam, że i na dzisiaj prezentowaną narzekać nie będę. Nigdy nie zastanawiałam się wprawdzie, czy połączenie nerkowców i pomarańczy jest fajne, ale... dopóki mowa o pomarańczy niekandyzowanej, nie widziałam powodu, by coś miało pójść nie tak.
Radość z tej tabliczki była o tyle większa, że nie była dostępna tak normalnie w sprzedaży, a jedynie udostępniona sprzedawcom / dystrybutorom, którzy pracują z Zotterem. Zgodnie z tytułem: „dla pracowników”, więc czułam się wyjątkowa. A to dzięki Marcinowi z BioKredens.
Z racji tego, jak bardzo to limitowana tabliczka (typu "spod lady"), jest problem z opisem. Na stronie Zottera w ogóle jej nie było, taki ogólny opis na odwrocie kartonika mało mówi, a szczegółowy wewnątrz - odbiega. Na kartoniku jest np., że to 40 % kakao, w środku, że 50 % - "na czuja" obstawiam jednak to pierwsze.

Zotter Classic Happy Christmas... for the best employees in the world Milk Chocolate with cashews and oranges to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z orzechami nerkowca, pomarańczą i przyprawami do piernika / korzennymi; (w opisie dokładnie: mleczna z pomarańczową białą czekoladą i nugatem z orzechów nerkowca z kawałkami karmelizowanych nerkowców").

Zdziwiłam się, gdy biorąc tabliczkę, jeszcze przed otwarciem poczułam przyprawy korzenne. Po otwarciu to już w ogóle ich moc zagrała smakowicie: przewodnictwo objął pikantnie-soczysty imbir, słodycz zapewnił cynamon i goździki, a charakter podrasowały cięższe, goryczkowate pieprzowo-kardamonowe nuty. Tabliczka trochę pachniała mleczną czekoladą, pomarańczą zaś niespecjalnie. Dopiero po poprzełamywaniu i po dłuższym skupieniu w trakcie jedzenia... może trochę.

Przy łamaniu trzaskała i była dość twarda, ani trochę nie krucha. Orzechy pod postacią drobnych kawałków dobrze wtopiono, nic nie odskakiwało.
W ustach rozpływała się kremowo, tłustawo, ale bez przesady. Zalepiała, powoli zmieniając się w gęsto-miękką, ale wciąż zachowującą dość zwarty kształt, masę pełną małych i miękkawo-świeżych, a jednak zaskakująco jak na nerkowce chrupiących, bo częściowo karmelizowanych orzechów. Niektóre były bardziej świeże, przy innych znalazła się warstewka cukro-karmelu. To mi przeszkadzało, bo wydawało się, że zatopiono po prostu kryształy cukru. Orzechy wydawały się przy tym tak podrobione, że aż wyprane ze smaku. Cały czas czuć lekką proszkowość, wzmacnianą przez drobinki przypraw, ale całość wydawała się gładkawa.

W smaku czekolada przywitała mnie dość silną słodyczą o ciepłym wydźwięku maślano-mlecznego toffi. Po chwili jednak wyraźnie zaznaczył się palony, lekko goryczkowaty wątek. Palona słodycz jak nic stała się karmelowa.

Poprzez paloność i ciepło błyskawicznie dołączyły przyprawy. Zapowiedziały swoją moc, ale przede wszystkim były słodziutko korzenne: czułam zwłaszcza cynamon, ale też goździki. Wanilia pobrzmiewała, podkreślając maślano-mleczne fale, na których to się rozgrywało. Czekolada sama w sobie wydała mi się zaskakująco maślano-orzechowa, nie zaś mleczna.

Korzenność mniej więcej w połowie prawie dominowała. Pokazała wtedy swój charakter i dopuściła kakao. Oczami wyobraźni zobaczyłam mocno wypieczony piernik. Całe mnóstwo przypraw: od ostro-soczystego imbiru po gorzko-ostry kardamon i pieprz wydało się aż pozytywnie ciężkie. Raz po raz coś przypiekło mocniej; gardło było rozgrzewane epizodycznie i nie za mocno, bo wymieszane z drapaniem słodyczy. Odrobinka kakao podkreślała to.

Podkreślało również ogólną, delikatną orzechowosć. Czuć ją bez rozgryzania orzechów, nie zdawała się pochodzić od nich, a prosto z czekolady. Orzechowo-palone nutki były podkreślone karmelizowaniem, specyficznym posmakiem palonego cukru, a także harmonijnie zmieszane z maślano-mleczną bazę. Poniekąd wpisywały się w jej smak, przez co nerkowce nie były aż tak mocno wyczuwalne jako one same.

Początkowo nieobecna pomarańcza wyłoniła się dopiero po dłuższym czasie. Nie była czysto owocowa. Najpierw pobrzmiewała, podkreślając soczystość imbiru, a potem roztoczyła swój kwaśno-słodki smak, który rześkością bardzo mieszał się z mlekiem. Nasączyła piernik swoim posmakiem, wpisała się w korzenność, tchnęła w nią rześkość i przełamała słodycz bliżej końca, by zaraz znów ustąpić trochę miejsca słodko-mlecznej korzenności. Jedząc więcej, wyłapałam jogurt.

Pod koniec "obok czekolady" zaczęłam przegryzać pojedyncze kawałki orzechów, a skończyłam, gdy czekolada się już rozpłynęła. Nawet wtedy niespecjalnie czuć, że to nerkowce (może trochę), bo tonęły w przyprawionym, intensywnym otoczeniu. Przyprawy i słodycz aż drapały w gardle.

W posmaku pozostała ogólna orzechowość, maślana słodycz mocno palonego, karmelowego toffi i lekka soczystość, rześkość. Co więcej, wyraźnie czułam cytrusy, ale nie tylko pomarańczę, a również cytrynę.

To interesująca czekolada. Wyjątkowo zgrana: orzechy, mimo iż niejednoznaczne, wydawały się wszechobecne (dlatego mam wrażenie, że z czekoladą wymieszano nugat i kawałki, a nie same kawałki). Soczystość cytrusów mieszała się z mlekiem poprzez odrobinkę jogurtu. Cała korzenność wyszła cudownie piernikowo, a do drapiących przypraw... nawet ta silna, drapiąca słodycz jakoś pasowała. Wolałabym ją słabszą, no ale... Kakao tu niewiele, toteż sądzę, że to raczej 40 %.
Idealna na limitkę, bo smaczna, ale nie tak, by do niej wrócić, bo bardziej "smacznie ciekawa". Z tyloma drobnymi wadami, że szybko mnie znudziła. Mikroskopijne nerkowce nie smakowały sobą, za to przez karmelizowanie zwróciły uwagę na cukrowość. A ta, słodycz znaczy się, i tak była silna. Pomarańcza niestety wręcz przeciwna - słaba i nieuchwytna. W zasadzie kawalątki orzechów tylko irytowały, bo pałętały się, a "nerkowcowość"? Licha. Może smakowo to i 8, gdy dodać strukturę to nie więcej niż 7, a niezgodność smaków z tytułem...
Orzechowa drobnica i niewyczuwalność tego, co chciałam szybko mnie znudziło, więc reszta powędrowała do Mamy. "Po tym uderzeniu jakiegoś kardamonu czy czegoś było smacznie" - stwierdziła, choć z orzechów obstawiała laskowce, a pomarańczy nie czuła.


ocena: 6/10
kupiłam: biokredens.pl (dostałam)
cena: -
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, orzechy nerkowca 9%, odtłuszczone mleko w proszku, suszone pomarańcze 1%, odtłuszczony jogurt w proszku, przyprawa do piernika 0,6%, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

wtorek, 24 marca 2020

Chocolate Hills ciemna 55 % z maltitolem i ekstraktem z liści morwy białej

Przy Beskid Bean-to-Bar Peru 98 % wspomniałam, że mam jeszcze parę asów w rękawie tabliczek słodzonych zamiennikami cukru. Wprawdzie słodziki zupełnie nie pasują mi do czekolady, nie podobają mi się te z zamiennikami cukru (lubię, jak czekolada jest posłodzona trzcinowym), ale akurat to, jak smakuje posłodzona morwą, zaciekawiło mnie. Do tego stopnia, że zdecydowałam się na współpracę z firmą Chocollate Hills od strony czekoladkinaokazje.pl, skąd dostałam dwie tabliczki (mleczną i ciemną). Swoje tabliczki robią na  bazie belgijskiej czekolady Belcolade.
Jako że dopiero po czasie dotarło do mnie, że są słodzone nie tylko morwą, ale też maltitolem... trochę się wystraszyłam i zaczęłam od wariantu, który miał u mnie większe szanse, a więc od ciemnej. Potem jednak poczytałam, że ma smak zbliżony do cukru trzcinowego, więc uznałam, że wciąż mogło być dobrze.

Chocolate Hills Gorzka Chocolate ekstrakt z liści morwy białej to ciemna czekolada o zawartości 55 % kakao z ekstraktem z liści morwy białej, słodzona maltitolem.

Gdy tylko otworzyłam folię, poczułam delikatny, słodki zapach palonego karmelu. Po chwili dołączyła do niego gorzkawość łagodnej, tylko co zaparzonej kawy i ciastek korzennych, które to zmieszały jedno z drugim. Przed oczami miałam mocno melasowe, specyficznie słodko-palone ciastka korzenne z odrobinką goryczki. Zaskakująco obrazowe.

Przy łamaniu ciemna, dość cienka tabliczka wydawała trzasko-pyknięcia; mimo że dość twarda, sprawiała wrażenie kruchej i delikatnej. Przy wgryzaniu, dała się poznać jako nazbyt łamliwa i bardzo chrupka.
W ustach rozpuszczała się bez przekonania, ślisko-gładko. Raczej kremowo-tłustawo, rozchodziła się na wodniste smugi. Bez zalepienia zmieniała się w plastyczną, rozlazłą i rzadką, pseudolepiącą papkę, która znikała "na wodę". Pod koniec sugerowała za to lekką pylistość.

W smaku od razu czułam nieprzesadzoną, paloną słodycz. Mieszał się tu karmel z melasowymi ciastkami. Skojarzenie z ciastkami napędzała nuta wanilii, dająca o sobie znać. Słodycz nieco rosła, ale bardziej roztaczała swe wpływy w kwestii smaków, niż natężenia. Było w niej coś chłodnego i konkretnego - no zupełnie jak te ciastka korzenne z melasą. Z czasem wydały mi się nieco... roślinnie-papierowe. Dziwnie kwiatowe? Tak, morwę czuć, ale nie tak wprost.

Z "roślinnej korzenności" wywodziła się lekka goryczka, kojarząca się z pralinkową kawą / pralinkami kawowymi. Zahaczała o tandetny, tani wydźwięk. Gorzkość nie nadeszła, ale pewna goryczka... wpisała się we wspomniane ciastka, wydała mi się przy tym niby pikantna, ale w zasadzie nie. Może leciuteńko słodko-ziołowa?

Dopiero po tym gorzkawość trochę się umocniła. Nieśmiała, trzymała się raczej z tyłu. Również była palona, może trochę kawowa. Ta podkręciła kwiatowy wątek, który ani na moment nie odżegnał się od waniliowej słodyczy.

Palono-gorzkawy klimat pozostał po zniknięciu kawałka wraz z posmakiem delikatnej, nieco tandetnej kawy i goryczkowato-korzennych, kwiatowych i ostrawych... ciastek?

Całość okazała się głównie słodka, z całkiem ciekawymi motywami, ale w zasadzie nudna. Miałam dziwne wrażenie, jakby morwa wyprała czekoladę ze smaku, ale jednocześnie sama tak wyraźnie się nie ujawniła. Brakowało mi gorzkości, poczucia, że to ciemna czekolada. Mnogość słodkich, ale nawet nie za mocno, wątków sprawiła, że postrzegam ją jako przede wszystkim łagodną i nieśmiałą. Melasowo-ciastkowy, korzenno-ziołowy wątek wyszedł jak najbardziej na plus, więc morwa pokazała, co potrafi, ale... zabrakło jej partnera (czyt. kakao). Struktura też mi się nie podobała. Mięknąco-znikająca masa, która wydawała się dość tłusta, a mimo to nie gęsta.
Nie mogę powiedzieć, by czekolada była niesmaczna, ale w zasadzie nie znalazłam w niej niczego ciekawego. Kawałek dałam Mamie, z ciekawości, i stwierdziła, że "okropna konsystencja, aż chyba na smaku się nie mogłam skupić. Dla mnie to taka typowa deserówka, ale fakt, nie gorzka. Chwilami jakbym karmel czuła... ale taki bardzo złudny". O, to chyba najtrafniejsze z możliwych określeń! Ot, trochę lepszy zamiennik średniaka-przeciętniaka słodzonego cukrem.


ocena: 6/10
kupiłam: Chocolate Hills (dostałam)
cena: 7 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 457 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, maltitol, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z liści morwy białej, lecytyna sojowa, aromat: naturalna wanilia

poniedziałek, 23 marca 2020

Torras Organic Goji Beans & Acai ciemna 52 % z jagodami goji i acai

Po strasznie naaromatyzowanej, wręcz perfumowej a jakoś mało ciemnoczekoladowej Torras Organic Toasted Sesame & Pollen do drugiej zupełnie straciłam zapał. Owszem, kupiłam ją tylko dla dodatków, wychodząc z założenia, że zdecydowanie za mało czekolad jest z goji, ale... zaczęłam się bać, czy to aby na pewno czekolada z goji, a nie jakaś "perfumolada z goji". Otworzyłam ją, zastanawiając się, czy też da radę choćby dzięki smakowitym owocom wyciągnąć na tyle, bym zechciała ją skończyć na uczelni jako coś mało wymagającego, czy też trafi do taty.

Torras Organic Goji Beans & Acai / Czekolada gorzka z jagodami goji & acai kwiatowym to ciemna czekolada o zawartości 52 % kakao z suszonymi jagodami goji i sproszkowanymi jagodami acai.

Po otwarciu poczułam intensywnie słodki zapach delikatnie karmelowo-miodowy i jagodowy. Na to drugie złożyły się apetycznie soczyste jagódki naturalne, jak i pudrowe cukierki jagodowe. Trudno było przewidzieć, czy pójdzie w kierunku smakowitości, czy nie... Stwierdzenie, że tak, było dość ryzykowne, ale... Gdy przełamałam i do głosu doszły cierpko-soczyste, specyficzne goji, uznałam, że najprawdopodobniej.

Tabliczka była dość twarda, ale łamała się ładnie. Jedynie jagody goji się rwały - mniej więcej równomiernie dodano odpowiednią ilość całych sztuk. Dzięki temu zachowały świeżość i jędrność. Mimo że suszone, nie przypominały trupo-suszców, a soczyste, rzężące od pestek owoce.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli, ale łatwo i w miarę nieźle. Wydawała się "głównie gładka", acz trafiałam na drobinki i proszkowy efekt, wzmagający się chwilami. Czekolada miękła, zmieniała się w luźno-kremową, trochę wodnistą masę; nie zalepiała. Odsłaniała soczyste jagody goji. Nie upodobniły jej do ulepka, ale wydawały się dziwnymi kulkami, pałętającymi się trochę bez sensu.

W smaku uderzyła silna, miodowo-cukierkowa słodycz. Rosła szybko, po czym nieco się stabilizowała. Jagódkowy wątek puścił przodem ogrom jasnego, zasładzającego miodu i delikatnego karmelu. Dominowały na początku, ale zreflektowały się.

Słodkie jagódki po chwili również zdecydowały się działać. Brnęły w cukierkowo-pudrowy, słodziaśny kontekst, co mi się nie podobało, ale upuściły też smakowitą soczystość jagód. Uprzyjemniło to odbiór, mimo że wpisywało się w słodycz, zamiast ją przełamać.

Niewyrazista czekoladowa baza podporządkowała się im, nie dodając zbyt wiele. Szybko zaczęłam postrzegać jagodowy smak jako przerysowany. Namiastka gorzkości trzymała się karmelu. Przy kawałkach goji trochę się uwypuklała, ale i tak bardzo mi jej brakowało. Te bowiem podkreślały goryczkę, wprowadzając swą cierpkość. Dość soczyste i raczej wytrawne, dopiero rozgryzane (robiłam to raczej pod koniec rozpływania się kęsa) przełamały przesłodzoną kompozycję, by zaraz osłabnąć.

Na końcówce mieszały się z miodowo-karmelową słodyczą, odciągając chwilowo uwagę od pudrowych jagód. Zrobiło się naturalniej, ale wciąż za słodko. Rozgryzałam je pod koniec, "obok czekolady", wysysałam, ale po debiucie, traciły impet. Doszukałam się za to wanilii.

Niestety rosnąca wanilia pozwoliła przerysowanemu aromatowi wyleźć w posmaku. Pudrowe jagody nie dały za wygraną i pozostały wraz z poczuciem karmelowo-miodowego przesłodzenia.

Całość mnie nie porwała, mimo że obiektywnie niezła: uniwersalne rozpływanie się i ostrożny smak. Nie była bardzo gorzka czy cierpka, goji wyszły przystępnie, ale... trochę bez ładu. Przeszkadzało mi, że jagódkowość była dziwnie nachalna, mimo że nie sztuczna. Czekolada sama w sobie była z kolei za słodka i bez charakteru ciemnej. Taka ot, tło i nic więcej.
Kawałek z ciekawości dałam Mamie, uznała, że: "No, niegorzka, dobrze się rozpuszcza, jakąś owocową nutę czuję, tylko te goji niepotrzebnie, bo tak zostają i nie wiadomo, co z nimi zrobić". Nie jej typ, a jako że i nie mój (goji to jednak lubię jak i np. figi, daktyle - oddzielnie, albo... do batonów bardziej chyba pasują; mało mi smaku ciemnoczekoladowego), oddałam Tacie prawie całą. Nie jestem ogółem przekonana co do łączenia jednych i drugich jagód - chyba tylko "słowo" jagoda je łączy.


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: 12,99 zł
kaloryczność: 522 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, jagody goji 6 %, sproszkowane jagody acai 1 %, lecytyna słonecznikowa, naturalne aromaty (owoce leśne, wanilia)

niedziela, 22 marca 2020

A. Morin Panama Dabaiba Noir 63 % ciemna z Panamy

Uwielbiam markę Morin, mimo że wiele jej czekolad uważam za po prostu bardzo smaczne, dobre. To pierwsze czekolady plantacyjne, jakie zaczęłam sobie degustować i miałam okazję dokładnie obserwować, jak ta czekoladziarnia się zmienia. To trochę dziwne, bo czułam, jakby rozwijała się wraz ze mną. To też jedna z nielicznych marek, która autentycznie ulepsza swoje wyroby. Wśród innych zauważam raczej pogorszenie (Menakao), irytujące zmniejszanie gramatur (Domori), wydziwianie, jeśli o formę / pomysły chodzi (Zotter). Gdy pojawiła się perspektywa spróbowania  drugiej propozycji z Panamy, byłam zachwycona, bo i ten region bardzo ostatnio polubiłam. Jeden z pierwszych jedzonych Morinów był właśnie z Panamy, ale 70 % kakao - i miałam go jeszcze w starym opakowaniu. Byłam ciekawa, jak wyjdzie nowa wersja. (Na stronie jednego ze sklepów znalazłam, że to blend criollo i trinitario, ale na stronie Morina jest tylko informacja, że te gatunki rosną w regionie - a czy ta tabliczka jest blendem? Nie wiem.)

A. Morin Panama Dabaiba Noir 63 % to ciemna czekolada o zawartości 63 % kakao z Panamy, z regionu Dabaiba.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, dzięki obłędnie czekoladowemu zapachowi, oczami wyobraźni zobaczyłam nasłoneczniony las ciepłego dnia z końca lata, a początku jesieni. Drzewa i mnóstwo orzechów miały lekko prażony wydźwięk, a słodycz wydała mi się w dużej mierze kwiatowa... niczym ukwiecone polanki we wspomnianym lesie. Spoiwo między drzewo-orzechami, a kwiatami stanowił ogrom miodu i wręcz scukrzonych, jasnych suszonych fig. W trakcie jedzenia doniuchałam się lekko chlebowych akcentów, też jednak powiązanych z orzechami.

W dotyku lśniąca tabliczka wydała mi się dość tłustawa; niby konkretna, ale łamiąca się łatwo-krucho, jedynie z pyknięciami. Trochę zdziwiło mnie to, jak wyglądał spód - pierwszy raz w Morinie zobaczyłam coś takiego.
W ustach potwierdziła się tłustość czekolady, ale i wyszła jej soczystość. Rozpływała się z łatwością i przyjemnie, powoli i gładko zalepiając usta gęsto-kremowo, ponieważ kawałek przybierał formę zawiesisto-mazistej masy... Albo aksamitnego budyniu - tłustego, bo zrobionego na mleku.

W smaku od pierwszej chwili zaznaczyła się słodycz i uderzyły rozgrzane słońcem drzewa i prażone orzechy, migdały, niosące lekką gorzkość. Wydały mi się bazą, nawet dość ciężką, lekko osnutą dymem. Epizodycznie opływała je kawa i obsypywały je jej palone ziarna.

Czekolada nie była jednak bardzo gorzka, bo niemal równocześnie rozwijała się słodycz. Najpierw niemal drapiąco miodowa, potem o wiele soczystsza. Pomyślałam o bananach, ale nie tylko.

W tę samą soczystość, jak i opisaną gorzkość wbiły się pomarańcze. Pomarańcze głównie jako owoce, ale i ukwiecone drzewka pomarańczowe. Słodka, dojrzała pomarańcza, która ma jednak gorzką skórkę i włókna. Gdy tak lał się z niej sok, pomyślałam o słodkich nektarynkach / brzoskwiniach. Jako że słodycz rosła i rozchodziła się, od nich było już blisko do miodowo-suszono figowego duetu. Miód zapewnił wyraźniejszy powrót bananów, a kwaskowatość wciąż była jedynie odległą sugestią, nakręcaną suszonymi figami (i bananami?).

Dzięki ogromowi soczystości kompozycja była dość lekka, mimo że podbudowana powagą orzechów. Mniej więcej w połowie wyraźnie przechodziła w kwiaty. Drobne, leśne i białe kwiaty pomarańczy... Z czasem coraz cięższe, zwracające uwagę na ziemię, którą porastały.

W ciężkość tę wbiła się gorzka kawa. Podsyciła lekką ziemistość (jawiącą się bardziej jako lesistość). Kawa mieszała się z pomarańczami i słodyczą bananów, miodu, fig. Wszystko to przełożyło się na wyobrażenie jakiegoś bananowo-miodowego chlebka z orzechami. Kawa podkreśliła palone nuty, dym zebrał się w sobie, mignęły przebłyski... wędzenia lub chlebowości.

Takie palono-dymne, cięższe motywy, ale i suszone figi, suszone kwiaty wystąpiły na końcówce. Z kawą wymieszały się migdały i orzechy. Na myśl przyszły mi jej ziarna i pyliste kakao samo w sobie.

Zrobiły to, by pozostać w posmaku jako partner słodyczy: dojrzałych pomarańczy, nektarynek z odrobinką kwasku i bananów z miodem. Towarzyszyło temu lekkie poczucie pyłku kakao.

Wydźwięk ciepłego dnia w przyjaznym lesie, mnóstwo orzechów i drzew obok kawy, podkreślonych lekkim paleniem oraz bezkresna, bogata słodycz miodu i fig, bananów i pomarańczy, nektarynek po prostu nie mogły dać złego efektu. Idealny balans między słodyczą a gorzkością (to jak równe były) przy innych nutach pewnie nie wyszedłby tak zachwycająco. Co więcej, konsystencja nie wydawała się za tłusta, pewnie z racji wydźwięku (jak kremo-budyń).

"Wypiek" (Morin to chlebek, Beskid bardziej naleśniki), figi i namiastka kawy od razu przypomniała mi Beskid Bean-to-Bar Chocolate Panama Bocas del Toro BIO 70 % (który jednak był o wiele bardziej ziemisty), zaś dym, miód, banany i figi, a także np. soczystość nektarynek przywołało Zottera (ten jednak też był bardziej ziemisty i ogółem mocniejszy). Ten Morin nie przypominał ani trochę tych panamskich z wyższą zawartością, a najbardziej przypominał... siebie sprzed lat. Wersja 70 % była jednak bardziej palona, mocno karmelowa, a tym samym wydawała się "słodka z gorzkawymi nutami". Morin 63 % o dziwo wyszedł słodko-gorzko. Mam wrażenie, że jego słodycz wynikała bardziej z nut kakao, a nie sposobu robienia. Obniżenie kakao nie wyszło ze szkodą pewnie dzięki zmianie cukru. Obie były pyszne, podobne, a jednak tak inne, że nie umiem powiedzieć, którą wolę.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19 zł (za 100 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 21 marca 2020

bourbon Jim Beam White label (+18)

Przywiązuję ogromną wagę do naczyń, sztućców itp. Tak więc mam swoje tęczowe sztućce, kubek z gejszami do kawy / herbaty, talerzyk a'la ouija do czekolad, zdobiony kieliszek do win i... no, taką tam jakąś szklankę z grubym dnem do trunków. Tak się złożyło, że gdy chodziło za mną coś zasładzająco-mocnego (tak postrzegam whisky), ujrzałam JB ze szklanką w promocji. Musiałam. I tak oto, klasyk, jeden z najbardziej rozpoznawalnych bourbonów, znalazł się u mnie, mimo że nie rozumiem tej mody na niektóre marki. Znawcą nie jestem, ale lubię dobre whisky w rozsądnej cenie. Ogólnie raczej szkoda mi na nią kasy... No i koniec końców rzadko kupuję. Doszłam jednak do wniosku, że z chęcią porównałabym te takie ogólnodostępne i zadowalające smakowo na blogu.
Najpierw warto wytołkować jedno: czym jest bourbon? Whisky produkowaną w USA, która zawiera przynajmniej 51% kukurydzy. Musi leżakować co najmniej 2 lata w nowych, dębowych, opalanych beczkach, używanych się tylko raz (a potem sprzedawanych). Tak też... dochodzimy do przykrego momentu, w którym muszę wyprosić wszystkich, którzy nie ukończyli osiemnastu lat.

Wpis ten przeznaczony jest wyłącznie dla osób dorosłych (+18).

Jim Beam White label to 40letnia, zawierająca 40 % vol. whiskey (whisky) typu bourbon destylowana w Clermont w stanie Kentucky.

Po przelaniu do szklanki doskonale zobaczyłam płyn o pomarańczowo-złotym odcieniu. Na oko wydał mi się nie za gęsty. Pozostawiał leniwie spływające smugo-krople na ściankach.
Pijąc też nie miałam wrażenia, że alkohol jest specjalnie gęsty, a raczej lekki w przyjemny sposób. Mimo to, trochę jakby oblepiał usta.

Zbliżając nos do szklanki czy otwartej butelki czułam silną słodycz. Wydała mi się głównie miodowo-zbożowa, nienachalna. Zupełnie jakby miód był lekko karmelizowany, a ta ewidentnie jasna zbożowość... z czasem mieszała się z wanilią. Rzeczywiście przychodziła na myśl kukurydza.

Po zrobieniu małego kęsa poczułam wysoką słodycz i alkoholowość porządnie rozgrzewającą gardło, ale nie uderzającą. Szybko zaczęła podrapywać, co nakręciło skojarzenie z miodem.

Miodem, który skrywał delikatną pikanterię, charakterek. Pokazał pazurki, przywołał polne kwiaty i suszone figi.
Pomyślałam o gęstym, ciemnozłotym miodzie zlepiającym jakieś... wyidealizowane płatki z jasnego zboża. Była w tym naturalność sianka, jaką często czuję w dobrych mlecznych czekoladach, ale i taki... kukurydziany smaczek. Tym, na co zwróciłam uwagę po chwili, był akcent delikatnie palonego miodu, a więc w sumie karmelu.

Po debiucie słodyczy nadciągała moc procentów, budując pikantny smak.

W rozgrzanym gardle poczułam alkohol i lekką ostrość. To jakby ostry miód i... przyprawy. Niczym ciemna czekolada z gęstym karmelem, słodzona miodem albo z nadzieniem karmelowo-miodowym... Albo jakaś gorąca czekolada z przyprawami i miodem. Wyłapałam subtelną goryczkę.

W posmaku pozostała rześkość zbożowo-kwiatowa, jak zbożowego miodu, ale i kukurydzianość do pary ze słodko-szlachetną alkoholowością. Czułam się trochę jak po karmelowej czekoladzie albo jakbym właśnie najadła się suszonych fig. Wyrazisty posmak nie utrzymywał się jednak bardzo długo, potem już tylko echo bourbona pobrzmiewało.

Smak wydał mi się głównie słodki, mocny, ale... niespecjalnie głęboki. Czuć kukurydzę, wyobraźnia przeniosła mnie na jakieś ciepłe, rozgrzane i złociste pola, co było przyjemne, ale i proste. W zasadzie... to bourbon bezpieczny. Wiadomo, czego się spodziewać, niczym nie szokuje i nie ma w co się zagłębiać. Mi takie coś wystarczy. Stwierdziłam za to, że chyba jednak wolę Jacka. Jim Beam wydaje się taki... "jaśniejszy w wydźwięku". Gdyby te alkohole były czekoladami, Jim byłby ciemną mleczną nadziewaną, Jack zaś słodką ciemną.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: w promocji 49,99 zł (za 700ml)
czy kupię znów: bo ja wiem?

-------------------
Dodatek / ciekawostka:
Jako "whisky on the rocks" się to to nie sprawdza. Spróbowałam bez przekonania, ale wtedy jest jakoś słodko-mdło i chłodno, nie dla mnie. Ogólnie nie cierpię jednak zimnego jedzenia i picia, więc to może dlatego.

Mimo że nienawidzę coli, z ciekawości i takiego duetu postanowiłam spróbować. W tym celu kupiłam Pepsi Max i odrobinę spróbowałam... miałam odruch wymiotny i darowałam sobie, nalaną mieszankę wylewając do zlewu, Pepsi oddając Mamie... myśląc sobie, że mieszanie tego to już w ogóle zabijanie choćby częściowego potencjału nawet średniej whisky / bourbona. Czy to barbarzyństwo? Jak ktoś lubi colę to nie wiem, ale wiem, że nie dla mnie i tyle.

Tych prób nie wliczam do oceny, bo... w sumie nie wiem, czy ten bourbon się do takiego łączenia nadaje. Ja po prostu nie cierpię coli, lodu, więc to po prostu nie dla mnie. Jeśli, tak jak ja ich nie lubicie, nie warto takich eksperymentów przeprowadzać.

czwartek, 19 marca 2020

(Słodki Przystanek) Beskid Bean-to-Bar Chocolate Peru 98 % ciemna z liśćmi stewii

W dniu, w którym zjadłam Meiji 55 %  Brilliant Milk z peruwiańskiego kakao ostatecznie podjęłam decyzję, że następnego sięgnę wreszcie po dzisiaj prezentowaną. Nie powiem, że trochę o niej myślałam i były to myśli... różne. Otóż setki nie są moim ulubionym typem czekolad, a wiadomo, że 98 % to już do 100 % blisko. Ciekawiło mnie jednak Peru w wydaniu tej zacnej marki, a po - wysokoprocentowej, ale jednak mlecznej, miałam ochotę na coś bardzo ciemnego. No i ostatnio przyszło mi się zmierzać (jeszcze parę w zanadrzu miałam) z czekoladami słodzonymi różnymi słodzidłami. Tu akurat miała być stewia... No i właśnie: słodzików nie cierpię, choć w pewnych sytuacjach mogę stolerować (gdy chodzi o naturalne). Prawie setka ze słodzikiem? Brzmiało ryzykownie, tym bardziej że podlinkowana tabliczka miała lekko słodzikowe zapędy - uwierzę, że peruwiańskie kakao może nim pobrzmiewać. Mimo wszystko jednak... liście stewii mnie ciekawiły. O takiej formie w ogóle nie słyszałam. W ogóle świadomie stewii nie próbowałam.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Peru 98 % Satipo 71 % to ciemna czekolada o zawartości 98 % kakao z Peru z regionu Satipo, bez cukru, a słodzona liśćmi sterwii.

Nie musiałam zbliżać nosa do tabliczki, by dotarł do mnie mocny, choć leniwy, zapach ziemi i węgla... wygasłego już ogniska, w którym to zostało mnóstwo czarnego, zwęglonego drewna i... przy którym ostała się pewna niemal mięsna, odymiona... soczystość? Albo odymiona odzież / meble skórzane. Z czasem w soczystości odkryłam też niejasne owoce: śliwki i jeżyny. Esencjonalne i w sumie mało słodkie, zmieszane z dziwną słodkością odbiegającą hen daleko. W trakcie degustacji wydało mi się to "dziwnie kwiatowe", może trochę jak goryczkowate, suszone (?) pomarańcze.

Tabliczka była niemal kamiennie twarda, łamała się z trzasko-hukiem, niespecjalnie po liniach podziału.
W ustach rozpływała się łatwo i gładko, mimo że raczej powoli, skąpo. Cały czas pozostawała zwarta i zbita, jedynie opływała wodniście-tłustawymi smugami. Jak zimne masło polane odrobiną wody? Odebrałam ją jako ciężką i tłustą. Nie podobała mi się jej struktura, acz nie mogę powiedzieć, by była wyjątkowo tragiczna.

W smaku już w trakcie robienia kęsa i przez chwilę na początku czułam niemal pikantną, zaskakująco silną słodycz i gliniastą ziemistość.

Połączyło się to w gorzki motyw ziół - zawilgoconych i... coraz bardziej ostrawych? Nagle usta wypełnił aptecznie-tabletkowy smak, słodycz zaś zrobiła się dziwnie chłodna, słodzikowa i jak z naparu... Naparu aptecznego oczywiście. Do tabletek dołączył jakby pleśniowy akcent. Pojawiła się sugestia cierpkości i dziwnej słodyczy rozgryzanych tabletek, w oddali zawisła wizja kwasku. Całość miała wydźwięk szpitalno-odpychający.

A jednak, jakoś w połowie rozpływania się kęsa, poprawił się. Zestawiony został z gliniastą ziemistością, zalaną całkiem wyraźnym smakiem kawy, w której to doszukałam się kaszowato-gliniastych, "gęstych" drobnych śliwek i jeżyn (ze wskazaniem na słodko-mdławy, miękki rdzeń). Oscylowała między nimi zapleśniałość, a motyw tabletek nie odpuszczał. Pomyślałam o takich o owocowym smaku... pomarańczowym? Zdecydowanie było to coś cytrusowego, bo rozszedł się kwasek.

Ziołowa tabletkowość pod koniec zrobiła się goryczką bardziej suszono-wędzoną, w co wpisały się pomarańcze, niby soczyste, ale i suszone. Do gorzkości, tej bardziej kawowo-ziemistej, dołączył węgiel i niezbyt smaczny, ostrawy słodzik. Pod koniec robiło się aptecznie i słodko.

Po wszystkim został posmak węglowo-ziołowy, dość gorzki, ale i z kwaskawo-cierpką ostrością słodziku, aptecznością. Na ustach czułam tłuszcz, a w ustach mrowienie aptecznej ostrości (?).

Całość smakowała tak, że chwilami wydawało mi się, iż mogę do niej przywyknąć. Chwilami nawet wyciągałam jakąś smakowitą nutę, ale... chwilami ta słodzikowa ostrość i apteczność były po prostu okropne. Nie była to siekiera, ale coś wgryzająco się irytującego. Słodycz zaskoczyła mnie tym, jak silna była, ale mam wrażenie, że przez stewię samo kakao nie miało szans odpowiednio się zaprezentować. Wyszło jak w jakiejś 80%tce.
Mam wrażenie, że Peru mimo wszystko nieźle poradziło sobie ze słodzikiem i że nie jest to zła czekolada - osobom unikającym cukru, jedzącym czekolady prozdrowotnie może odpowiadać, ale zdecydowanie nie dla mnie. Ponoć stewia jest jeszcze słodsza niż cukier - i mam wrażenie, że przy takiej zawartości kakao to bezsens ją dodawać... Tak malutko to właśnie cukier by nie zaszkodził, a jednak ona... no nie. To chyba najgorsza czekolada tej marki, bo nawet Panama Bocas del Toro BIO 71 % z ksylitolem nie była tak irytująco słodzikowa.

Zottery z Peru 96% i 100 % też były gorzko-dymne, ale bardziej ziemiście-siarkowe i kawowe, cytrusowe, a jednocześnie cudownie karmelowe i... o tak, to było to.


ocena: 5/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 15,90 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowca, liście stewii