wtorek, 14 sierpnia 2018

Georgia Ramon Fahrenheit 132 Peru Trinitario 82 % R.A.W. ciemna

Kiedy raz i drugi trafiłam na jakby surowe nuty w czekoladach, naszła mnie ochota właśnie i na porządnie surową. W dodatku przelatując wzrokiem listę z datami spostrzegłam, że to rzeczywiście będzie dobry wybór. Czekolada Georgia Ramon, marki założonej w 2010 przez Szwajcara Stefana Blocha i Peruwiańczyka Isreala Pisepsky'ego, którzy założyli SUMAQAO, kooperatywę współpracującą z lokalnymi farmerami z peruwiańskiego regionu Tocahe, nie nazywa się jednak tak po prostu surową. Chcąc stworzyć surową tabliczkę, ustalili, że temperatura obróbki nie będzie wyższa niż 55.55° C, czyli tytułowe 132 stopnie Fahrenheita. Trzeba bowiem pamiętać, że pojęcie "surowa czekolada" jest bardzo luźne, a producenci podchodzą do niego bardzo indywidualnie. Tabliczki, które zawierają tłuszcz kakaowy ponoć nie powinny się surowymi nazywać, ale... dziś to nas nie obchodzi, bo ta czekolada (R.A.W., czyli Rein-Authentisch-Wild - brutalnie i autentycznie dzika) go nie zawiera.

Georgia Ramon Fahrenheit 132 Peru Trinitario 82 % Cocoa R.A.W. Special Edition to ciemna czekolada o zawartości 82 % surowego kakao trinitario z Peru z regionu Tocache.

Po otwarciu poczułam zaskakująco łagodny zapach białych kwiatów (?) i wiśni, chwilami podchodzących pod niemal cukierkowo-pudrowe klimaty. W przeważającej mierze były jednak świeże i dojrzałe. Żeby nuty nie odleciały ku zbyt lekkiemu charakterowi, tonował je bazowy akcent skórki ciemnego chleba.

Ciemna, chłodnobrązowa (jakby trochę szaro-fioletowa) tabliczka nie trzaskała zbyt mocno.
W ustach okazała się tłusto-zbita i niegładka, ale w sumie łatwo rozpuszczająca się. Robiła to zalepiając w umiarkowanym tempie, trochę oleiście. Im bliżej było końca, tym oleistość bardziej zmieniała się w soczystość i pojawiał się pylisty efekt (jak zmielony miał węglowy, nawet z paroma drobinkami kakao), co ogółem wyszło całkiem zadowalająco.

Po zrobieniu kęsa ze zdziwieniem odnotowałam niemal pudrowo-cukierkową słodycz. Poczucie pudrowości rozeszło się w ustach bardzo szybko, ale jakby przypomniało sobie, że "coś tu nie gra". Pudrowy smaczek zaczął przechodzić w puder-pył węgla.

Węgiel przyniósł gorzkość i spaleniznę (też taką lekko kwaśną w tle), które na długi okres czasu podrzuciły jednoznaczny smak za mocno przypieczonej skórki ciemnego chleba. Szybko zaczęła być głównym smakiem. Krążyły wokół niej nuty pikantno-rozgrzewających przypraw, trudnych do określenia. Skóra chleba utrzymywała się naprawdę długo, aż chyba komuś znudziło się jedzenie go i wyszedł na papierosa, bo w gorzkawościach doszukałam się takowego dymu.

Być może ten ktoś wyszedł na poszukiwanie owoców, bo już przy skórce chleba w tle zaznaczała się słodycz lekko owocowa. Najpierw była niepewna, jakby zastanawiała się, czy nie pójść w bardziej cukierkowe klimaty, ale nie. Zrobiło się trochę wiśniowo (tak słodko-kwaśno), co dym przeinaczył w niemal winny klimat (pojawiła się nawet lekka winna cierpkość). Wino...? Z poczuciem pikanterii chyba bardziej jakiś ocet winny.

I gdy już o cierpkości mowa... ta złączona z gorzkością robiła się specyficznie kwaśna. Czułam tu cytryny bardzo wyraźnie, a w tle jakby maślankę. Zestawienie tych owoców i całej reszty kierowało moje myśli ku czemuś niecodziennemu... Miechunka? Niedojrzała albo podsuszona?

Taka dziwna słodka kwaśność miechunki oraz gorzkość chlebowej skóry i dymu pozostały w posmaku. Wydawało mi się, że to pikanteria wina i kropelki octu winnego je zacnie związała. Oprócz tego cierpkość maślanki, wina, owoców... i takie soczyste podsuszenie (a nie np. zatłuszczenie) też jeszcze pobrzmiewały.

Czekolada wyszła bardzo przypalonochlebowo, z charakternymi nutami "doprawiającymi", a zarazem soczyście wiśniowo-miechunkowo. Nie odebrałam jej jednak jako tak bardzo-bardzo owocowej. Głównie gorzka, ewidentnie kwaśno owocowa, ale nienachalna w tym wszystkim. Słodycz wydawała mi się chwilami niewpasowana, ale że nie była zbyt mocna, przymknęłam na nią oko z racji pysznego otoczenia.

W pierwszej chwili te cukierkowe zapędy słodyczy i oleistość mi przeszkadzały, ale po dwóch kęsach jakoś uwaga skupiała się na wszystkim innym. To "wszystko inne" kupiło mnie. Czekolada miała charakterystyczne nuty dla surowych, ale nie sprawiała wrażenia takiej surowej - ciekawie to wyszło. Może ocena minimalnie naciągnięta, ale co tam. Ogromny plus za porządną zawartość kakao niepodbitą tłuszczem, co się rzadko trafia.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 23,99 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 537 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: nieprażone ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Happy Benjamino Mulberry Guarana Energy 50 % kokosowa migdałowa z morwą białą i guaraną

Sięgając po tę czekoladę już zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Kupując myślałam, że kupuję ciemną nadziewaną, potem myślałam, że to taka "mleczna" wegańska jak Happy Benjamino Lemon Spirulina i obrzydzała mnie, a potem pomyślałam, że w końcu np. różana Benjamissimo tego samego producenta (ale innej marki) mi smakowała i... już nie wiedziałam. Na spokojnie sprawdziłam, z czym mam do czynienia. Okazało się, że jest kokosowa, a nie ryżowa - zawsze jakiś plus. Ryżowych, proteinowych rzeczy nie lubię, ale kokos brzmiał spoko. Tę kupiłam ze względu na dodatek i... przecież właśnie on mógł uratować całość? Chociaż nie wiedziałam, w jakiej formie to będzie... Już odkryłam, że Happy Benjamino nie są nadziewańcami, a tu... proszek? posypka? No bo nie morwowy olejek... Nie ukrywam, że przed otwarciem miałam bardzo sprzeczne uczucia i nawet skład niewiele mi mówił.

Happy Benjamino Mulberry Guarana Energy to czekolada kokosowo-migdałowa o zawartości 50 % kakao z Nikaragui z suszoną morwą białą i guaraną. To ciemna "mleczna" wegańska, białkowa (białko migdałowe).

Po otwarciu poczułam interesujący zapach. Natychmiast wydał mi się znajomy, smakowity, ale nie oczywisty w pierwszej chwili. Był kokosowo-orzechowy, też jak orzech kokosa, słodki w niejasny sposób (w czym wyróżniał się charakterek morwy), z owocową sugestią.

Czekolada wydała mi się tłusto-sucha i miękka, łamała się w nieco kruchy sposób. Ukazałała niegładki przekrój i wtopione w masę suszone kuleczki morwy.
W ustach rozpływała się łatwo, w umiarkowanym tempie, ale raczej dość szybko. Do złudzenia przypominała w tym cieplutką plastelinę, była znacząco tłusta i miała w sobie mączny efekt. Okropność. Ujawniała zaskakująco przyjemny dodatek - ilość akurat, a więc całkiem sporo. Były to kuleczki morwy, które, gdy ugryźć je szybko, były bardzo napowietrzone i uroczo pykały, a z czasem miękły i stawały się przyjemnie soczyście-wilgotne.

W smaku od pierwszej chwili dominowała słodycz. Miała karmelowo-toffi wydźwięk. Nakręcał to maślano-śmietankowy akcent pojawiający się wraz z rozpływaniem się kawałka.

W tym czasie nadciągał intensywny, naturalny smak kokosa. Był to bardzo orzechowy kokos, ale też śmietankowy. Czuć jego łagodny, niemal neutralny smak. Cudownie połączyło się to z maślanością, skądinąd też taką trochę orzechową. Coś migdałowego się tu zaplątało, a ja wychwyciłam i mączność.

Dołączył do tego neutralnie gorzkawy, soczystszy smaczek trudny do określenia. Nie był to olej kokosowy. Kakao z czymś? Obstawiam guaranę, ale pewna nie jestem.

Przy kuleczkowym dodatku wzrastała słodycz, ale także neutralna goryczka.
Na koniec to rozgryzana morwa odciągała uwagę od wszystkiego innego. Czuć było głównie jej charakterystyczny smak, a więc przymgloną słodycz i takie 'niemal miodowe drapanie '.

Po morwie wychodził minimalnie kwaskowato-soczysty akcent. Był owocowy, ale bliżej nieokreślony i wkomponowany w silną słodycz, kokosowo-migdałowy smak i odległą, niemal neutralność kakao (nie gorzkość, ale taki "smaczek kakao").

Wyszło ciekawie, całkiem nieźle, ale mało czekoladowo. Przez obleśną strukturę czekolady i mączny posmak miałam problem z jedzeniem tego i po trzech kostkach oddałam Mamie. Coś w tym po prostu było zupełnie nie dla mnie (jakoś białkowe słodycze mi nie podchodzą). Coś podobnie okropnego co w Lemon Spirulina - tu jednak myślę, że pomogła nieco większa zawartość kakao (mam jednak wrażenie, że i tak w większości tłuszcz) i brak spiruliny. Żeby było śmieszniej, Mamie też poniekąd smakowała i też nie dała rady więcej niż trzem kostkom przez obrzydzającą strukturę.


 ocena: 6/10
kupiłam: urbanvegan.pl
cena: 10,99 zł (za 70 g)
kaloryczność: 516 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, śmietanka kokosowa 12,5%, suszona morwa biała 10%, białko migdałowe w proszku, guarana w proszku 1,5%, lecytyna słonecznikowa, wanilia Bourbon

niedziela, 12 sierpnia 2018

Zotter Labooko Ecuador Seversal 75 % ciemna z Ekwadoru

Ostatnio tak sobie ułożyłam degustacje, że jadłam a to tabliczkę z Ekwadoru, a to nowego Zottera z solą... Chciałam zabawić się w doktora Wiktora Frankensteina i coś z tego zszyć... albo po prostu sięgnąć po kolejną (już nie taką) nowość Zottera, myśląc, że to też czekolada z solą, tylko że z ekwadorskiego kakao, ale nic bardziej mylnego! "Seversal", które kiedyś nie wiem dlaczego skojarzyło mi się z solą także przez podobieństwo opakowań (z peruwiańską z solą), nie zawiera jej. Nazwa tej tabliczki to nazwisko i zarazem nazwa rodzinnej firmy (Seversal) niemiecko-ekwadorskiej, która jest jednym z najlepszych producentów kakao z regionu.
W kwestii samej czekolady: tu innowacją jest nowa metoda produkcji (SNR), polegająca na dodaniu wody do procesu prażenia w celu obniżenia ogólnej temperatury. Chodzi o to, by dzięki takiej mgiełce kakao słabiej się prażyło i zachowało więcej kakaowych nut. Byłam ciekawa, jak to wyjdzie w zestawieniu z i tak już bardzo rześką, owocowo-kwiatową Labooko Ecuador "Arriba - Los Rios" 75 %.

Zotter Labooko Ecuador Seversal 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Arriba z Ekwadoru z regionu Los Rios.
Czas konszowania to 22 godziny; metoda produkcji SNR.

Po otwarciu poczułam lekko prażoną drzewno-migdałową bazę z soczystym motywem śliwki. Przywodziło to trochę na myśl wilgotny, ciemny chleb ze śliwką, a obecna słodycz dokładała jeszcze jakiegoś dżemu czy konfitury - odważnie przyprawionych. Trochę to było słodko-kwiatowe, trochę konkretne.

Tabliczka kolorem przypominała ciemne mleczne, powiedziałabym, że to definicyjny czekoladowy brąz, a trzaskła głośno, jak żywe i soczyste (?) gałęzie.
W ustach okazała się tłusta, rozpływała się idealnie gładko, nieco kremowo jak mleczne, ale bardziej jakby ociekając lepiącym olejem. Całościowo kojarzyło mi się to trochę z kremem na bazie masła orzechowego.

W ustach już od pierwszej chwili poczułam orzechy. Był to cały miks tych charakterniejszych. Przewodziły oleiste brazylijskie, ale czuć i gorzkawe orzechy włoskie, może też migdały. Sporo było wśród nich takiej naturalnie orzechowej "neutralności".

Szybko przebijał się przez niej smak słodkiej śliwki, potem jakby coraz bardziej przerobionej na nalewkę / dżem.
Poczułam subtelne prażenie przejawiające się w chlebowo-drzewnych, trochę karmelowych smakach.
Akcent chleba ze śliwką i słodkiego dżemu łączyły się ze sobą. Chlebowozakwasowe nuty podchodziły pod dojrzałe wiśnie, zaś dżemor napędzał słodycz i wprowadzał odrobinę zwiewności. Zwiewności albo... rześkości delikatnej kawy? A równocześnie na tyłach zaznaczyło się niemal grzańcowe rozgrzewanie.

Orzechy trochę tej zwiewności uległy i chwilowo utworzyły łagodniejszy klimat. Zmieniły się w orzechy laskowe wkomponowane w mleczno-maślaną toń. Nugat z nie za mocną słodyczą... A nawet pewną gorzkawością, neutralnością... migdałów? Taki przyprawiony korzennie, charakterny nugat (może i migdałowy / laskowo-migdałowy). Przyprawy to jakby zasługa lekkiej nuty konfiturowej, która z czasem zaczęła kojarzyć mi się ze słodko-gorzkawymi, korzennymi pomarańczami i trochę z czymś czerwonoporzeczkowym, ale w gruncie rzeczy mało owocowym (znowu skojarzenie z grzańcem). Pojawiała się obok tego niemal pieprzna pikanteria. Rozgrzewała, współgrała z soczystszymi, lekko kwaskowatymi zapędami i serwowała kawę.

Pewna taka cierpkawość wspomnianych owocowych rzeczy z alkoholem na prowadzeniu, pozostawała w posmaku wraz z rozgrzaniem przypraw i kawy na długo. Poczucie orzechowości też nie znikało tak łatwo.

Czekolada wyszła w dużej mierze słodko, ale zarazem konkretnie. Myślę tu o zdecydowanej pikanterii i naturalnej neutralności orzechów. Zwłaszcza to drugie - tutaj nugatowe skojarzenia - bardzo kojarzyło się z Ecuador "Arriba - Los Rios" 75 % (w której poszło to bardziej w "naleśniki z mlekiem"). Gorzkawość to raczej ten "konkret" (chleb, kawa), kwasków nie było jako takich... wiśnie i śliwki również "konkretne", a nie w towarzystwie ogromu rześkich egzotycznych jak w podlinkowanej. Nuty miały w zasadzie te same, ale Seversal wyszła pozbawiona lekkich owoców i mniej palona. Mimo innego wydźwięku, słodycz utrzymała się na tym samym poziomie: po prostu ta wyszła konkretnie (tak jakby na jesień / zimę), a tamta rześko (lato / wiosna).
Wolałabym mniej oleistą strukturę, ale przy takim wydźwięku nut smakowych, jedząc dało się o niej zapomnieć.


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 596 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 11 sierpnia 2018

Kacau 74 % Ecuador ciemna z Ekwadoru

Jeśli chodzi o czyste, prawdziwe czekolady do degustacji to właściwie nie umiem powiedzieć, jaki czynnik wpływa na to, czy dana marka jest interesująca czy nie. Nie sugeruję się nagrodami, które zdobyła, w kwestii opakowań - raz zachwyci mnie prostota, raz ekskluzywność, raz "urocza kiczowatość". Na ekwadorską markę KaCau nie patrzyłam jednak jako na najprawdziwsze czekolady do degustacji, a "te z dodatkami" (choć założyłam, że może będą przypominać uwielbiane Pacari). Ich czystą chciałam, by wiedzieć, z czym właściwie mam do czynienia, a oprócz niej wybrałam tylko jedną (i tak przekroczyłam kwotę, którą założyłam, że wydam). Ta marka chyba zaciekawiła mnie trochę (gdyby zaciekawiła bardzo, pewnie od razu kupiłabym wszystkie dostępne) ze względu na... ogół, w tym także piękne grafiki przypominające akwarelowe prace (mam lekką słabość do rysunków / malunków, bo sama lubię to robić - lekką, bo moje uzyskiwane efekty mnie satysfakcjonują). A wiem o niej tylko tyle, że została założona w 2015 przez starających się oddać w tabliczkach smak Ekwadoru Ekwadorczyka i Peruwiańczyka.

KaCau Chocolate 74 % Ecuador to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao Arriba z Ekwadoru.

Po otwarciu poczułam smakowity, wilgotny zapach ziemiście-torfowy i rześko kwiatowy. "Ciemna wilgoć" pierwszego wątku miała w sobie sporo z kawy, nibsów, kakaowej surowości, a chwilami (już w trakcie degustacji) kojarzyła się nawet z ciemnym chlebem na zakwasie, zaś kwiaty kierowały się ku ziołom (na myśl przyszedł mi piołun, w trakcie jedzenia "coś orientalnego"), przy których wilgoć oraz soczystość zakreśliły także jagódkowo-cytrusową nutkę.

Tabliczka o śliwkowym odcieniu trzaskała niczym grubawe, żywe gałązki; była dość twarda (ale nie tak jak Pacari).
W ustach była nieco oporna, długo zachowywała zwartość, gładko rozpływając się w nieco oleisty sposób. Nie była jednak bardzo tłusta. Pod koniec pozostawiała nawet wysuszający efekt.

Od pierwszej sekundy przede wszystkim czułam gorzkość. Nie ordynarną, a głęboką. Dominowały w niej nuty dymu i ziemi. Nie była mocno palona, wydawała się niemal surowo-zawilgocona. Dym i ziemia chwilami odsłaniały leciutką "neutralność" kojarzącą się z oleistymi orzechami brazylijskimi.

Leniwa słodycz pobrzmiewała w tle. Przeważał w niej stłumiony dymem karmel, choć i mało wyrazistej, zawilgoconej "nuty kwiaciarni" (albo i zielarni) nie brakowało.

Przy całej tej ziemistości, wilgoć nakręcał soczysty, leciutki kwasek. Był na stałe złączony ze słodyczą i wnosił subtelną nutę owoców. Obok słodkich, choć niemocnych kwiatach drogę owocom otwierała słodka, jagódkowata drobnica. Surowo-cytrusowa nuta dorzucała swoje trzy grosze, co razem tworzyło egzotyczny klimat. Nagle do głowy przyszedł mi granat, ale że gorzkość była dominującym smakiem, nie był to jego czysty, odosobniony smak. Guarana? (Niestety mogę tu mówić tylko o moich wyobrażeniach po rzeczach z jej dodatkiem i opisach smaku w internecie.) Coś owocowego, ale łączącego się z gorzkością...

Owocową gorzkością kawy? Im kawałek czekolady robił się mniejszy, tym smak stawał się pikantniejszy. W pewnym momencie wyraźnie poczułam imbir, cudownie osnuty ziemią i dymem. To gorzko-ostre trio, lekko tylko złagodzone karmelowo-kwiatową słodyczą i dosłownie mgiełką owoców zostawało do końca i w posmaku na dość długo.

Czekolada bardzo, bardzo mi smakowała z racji tego, że wyszła przede wszystkim gorzko (dym i ziemia, mniam), a reszta stanowiła jedynie nuty, idealnie zespojone właśnie z gorzkością. Gorzkawy  karmel z roślinnymi zapędami, egzotyczne owoce wzbogacone o gorzkawość kawy smakowicie weszły w gorzką ziemię i dym. Raczej spokojna i przepyszna.
Chwilami jednak smak wydał mi się odrobinkę zbyt stłumiony, a konsystencja zbyt oleista, bym mogła powiedzieć, że to jedna z tych naj-najukochańszych.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25,49 zł (za 70 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

piątek, 10 sierpnia 2018

Goplana Czekolada nadziewana "Grześki" ciemna 35 % z nadzieniem kakaowym, chrupkami, wafelkami i nibsami

Po paru pozytywnych zaskoczeniach, jakie zafundowały mi wszystkim znane i raczej krytykowane marki, pomyślałam, że w życiu chyba tylko raz jadłam czekoladę Goplany, a markę (pastylki miętowe <3) cenię. Albo nie cenię, ale... mam do niej słabość, mimo że nie jadam jej produktów. Sama tego nie rozumiem, ale postanowiłam to skonfrontować z rzeczywistością. Nie był to pomysł kompletnie z kosmosu, bo zwykła ciemna Goplany kiedyś bardzo mi smakowała. Nie umiem jednak wytłumaczyć, dlaczego zdecydowałam się na tabliczkę stylizowaną na Grześki, których to nie cierpię. Może liczyłam, że bardziej niż Grześki, czekolada będzie przypominać słodycze ze wspomnień typu Pierrot, Bajeczny? A jednak "stylizowane na" to nie "z Grześkiem w środku", prawda? A skąd mi te wedlowskie Pierroty i Bajeczne nagle? Gdy po latach do nich wróciłam, plułam nimi... A może to po prostu fakt, że czekolada i tak u mnie zagościła, bo Mamę, która tak wszystkiego nie roztrząsa, a zjada ze smakiem, skusiła?


Goplana Czekolada nadziewana "Grześki" to czekolada o zawartości 35 % kakao z nadzieniem kakaowym (stanowiącym 48% całości), chrupkami 1,8%, waflem 0,2% i kawałkami prażonego ziarna kakao 0,2%.
W tytule napisałam "ciemna", bo nie jest mleczną, ale zawartość kakao wywołuje "śmiech na sali".

Po otwarciu poczułam kiepski zapach tanich, cukrowych i "kakałkowych" kremów, kojarzący się z kiepskimi cukierkami orzeszkowymi w niby-czekoladowej polewie itp.

Tabliczka, którą wyjęłam nie podobała mi się. Była dziwnie jasno-ciemna, mało czekoladowa, wyglądała jak polewa. W dotyku przerażała, bo wydawało mi się, że pokryta była warstwą tłuszczu (ale nie topiła się ani nic, nawet plam nie zostawiała). Łamała się dziwnie miękko, bez trzasku.
W ustach wierzch rozpływał się niemal błyskawicznie i tłusto-wodniście.
Krem bym bardziej zwarty, gęsty i jeszcze tłustszy. Oprócz tego kryła się w nim lekka "nabita proszkowość". Trochę zalepiał, powoli odsłaniając drobinki do złudzenia przypominające kryształki (czyżby to wafelki i chrupki?). Chrupały / trzeszczały jak cukier, choć znalazło się wśród nich i kilka "łusek", jakby wiórków (?) kakao. Wydawały się nie mieć smaku, więc ich dodatek uważam za niewypał.

Polewa jednak smak miała i właśnie: nie była to czekolada. Na pierwszy kontakt z językiem kojarzyła się z bardzo słodką, ale ewidentnie kakaową polewą. Jakość kiepska, ale zarazem taka... zwyczajna, bez żadnych straszliwych posmaków.

Słodycz szybko rosła, bo dołączała do niej słodycz nadzienia. Ono okazało się przede wszystkim słodkie i... takie... smakujące niczym i wszystkim zarazem. Nijakie jak cukier i kiepski tłuszcz z wmieszanym "kakałkiem", orzeszkową nutą i pewną mlecznością... albo i nie. Takie to bliżej nieokreślone, jak to kremy z Grześków, nadzienia z różnych cukierków itp. Kawałki wafelków wydawały się nie mieć smaku własnego, kakao też. Kojarzyły mi się z cukrem przez ogólną słodycz. Albo wśród chrupaczy był i cukier - trudno orzec.

Po wszystkim pozostawało poczucie przesłodzenia (ale nie takiego znowuż to straszliwego), posmak taniości i okropne, nie do zniesienia zatłuszczenia i tłuszcz na ustach.

Rzeczywiście taka... wafelkowa wyszła ta czekolada, ale jednocześnie bez smaku samych wafelków. To raczej tabliczka składająca się z kremu wafelków i polewy wafelków. "Słodko kakałkowa", mało wyrazista, a przy tym, jak na swoją cenę, z pomysłem i zjadliwa. Mnie przeraża jej polewowość (35% kakao, a to nie mleczna), ale cóż... Ot, zwykła tania nadziewana. Zjadłam niecałe dwie kostki, a reszta przypadła Mamie. Ona lubi słodko-tłuste mleczne nadziewańce i jej smakowała, żadne kakao jej nie przeszkadzało (co świadczy tylko o tym, jak mało kakaowe, a bardzo "słodko kakałkowe" to było).
Szkoda, że nie zrobili jej bardziej wafelkowej (więcej albo wmielonych, albo większych kawałków w nadzieniu?) i że nie wykorzystali potencjału kawałków kakao, a tak je zrobili, że nie miało smaku - wykorzystali same łuski czy co? Na to wyglądało.
Z czekolad tego typu na myśl przyszedł mi mleczny orzechowy Wedel - myślę, że poziom ten sam tak ogółem, bo obie mają swoje wady (u Wedla tłustość, proszkowość i słodycz; w Goplanie tłustość, polewowość, dziwność dodatków i słodycz).


ocena: 5/10
kupiłam: podkradłam Mamie
cena: -
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz roślinny (palmowy, shea), tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, serwatka zdemineralizowana w proszku, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 2,2%, mąka pszenna, olej słonecznikowy, mąka ryżowa, tłuszcz mleczny, żółtko jaja w proszku, prażone ziarna kakaowe, ekstrakt słodu jęczmiennego, olej rzepakowy, sól, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; substancje spulchniające: węglany sodu, węglany amonu; aromat

środa, 8 sierpnia 2018

Naive Orange Liquorice ciemna 63 % z Ekwadoru z lukrecją i pomarańczą

Uwielbiam lukrecję, więc tylko kwestią czasu było sięgnięcie po nowość bardzo lubianej przeze mnie marki Naive. Zakochałam się w samym opakowaniu - ta czerń i kolorowa meduza (uwielbiam motywy meduz w pracach wykonanych np. akwarelami) zacnie wyróżniają się na tle jednolitych, jasnych kartoników Naive.
Dopiero w okolicach degustacji zwróciłam uwagę na to, że czekolada zawiera nie tylko lukrecję, ale i pomarańczę. Sprawiło to, że po czekoladę nie sięgałam jako po "na pewno smaczną tabliczkę", a jako po "tabliczkę intrygującą". Jakoś nie mogłam sobie takiego duetu w czekoladzie wyobrazić i nawet fakt, że pomarańcza wystąpiła pod postacią olejku mi nie przeszkadzał (dopuszczam możliwość, że olejek też może wyjść smacznie).

Naive Orange Liquorice to ciemna czekolada o zawartości 63 % kakao z Ekwadoru z lukrecją i olejkiem pomarańczowym.

Po otwarciu najpierw czułam przede wszystkim słodko-gorzką olejkową pomarańczę, która jednak nie była strasznie nachalna, a w pewien słodko-perfumowy sposób wkomponowana w kwiatowy, ciemnoczekoladowy klimat. Ten, gdy pomarańcza trochę się rozeszła, uwolnił sporo ciepłych nut drzew, orzechów, jakby masła migdałowego. Była w tym roślinność przypominająca kwiaty... podsuszone (ale nie ziołowe), ale i wilgotne, wzmocnione przez pewien... Chłodek?

Tabliczka o ciemnym kolorze czekolad śmietankowych lekko trzaskała, brzmiała na tłustą i pełną; wydała mi się też trochę krucha.
W ustach rozpływała się tłusto, maziście oblepiając usta i odsłaniając trzeszczący pyłek. Odebrałam to jako neutralnie dziwne.

W smaku w pierwszej chwili poczułam subtelną gorzkość, kojarzącą się ze skórkami migdałów. Zaraz wezbrała słodycz i łącząc się z wytrawnie gorzką nutą, utworzyła stabilny obraz ciemnoczekoladowego sosu.

Słodycz rosła szybko, ale była jakby odległa. Odebrałam ją jako zawilgocono-kwiatową.
W tle zaznaczał się też lekki, perfumowy (kwiaty łączące się z perfumami?) akcent pomarańczy. Było w tym ciepło, coś na kształt syropu. W pewnym momencie syrop pomarańczowy zaczął nawet dominować.

Gorzkość przez to wszystko stała się bardziej neutralna w orzechowy sposób. Pomyślałam o migdałach, maśle migdałowym i jakimś dobrym kremie migdałowym.

Migdały i orzechowość rozkręcały się za sprawą ciepłych nut z tła. Te wychodziły na przód. Delikatnie pomarańczowa, bardziej perfumowo-roślinna nuta była gorzko-słodka, a z czasem w ogóle pomarańcze zaczęły tonąć w smaku syropu, lekarstwa. W miejsce kwiatów zaczęła wchodzić coraz silniejsza ziołowość, taka bardzo kojarząca się z lekami słodycz i korzenna pikanteria - o tak, to lukrecja. Zrobiło się ostro i zarazem chłodno. Nie paraliżowała języka, ale była bardzo wyraźna i naturalna.
Lukrecja wchłonęła słodycz, stłumiła olejek pomarańczowy i połączyła się z gorzko-słodkim smakiem czekolady, który odebrałam jako "węgielkowy".

W posmaku pozostawała właśnie słodko-ostra i zarazem chłodna lukrecja oraz węgielkowa czekolada. Było bardzo słodko, ale nie cukrowo. Gorzkawo, ale bardziej syropowo-wytrawnie, niż tak kakaowo.
Lukrecjowa słodycz pozostawała najdłużej.

Muszę przyznać, że czekolada wyszła zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. W sumie smakowała mi, tu nie ma wątpliwości, ale... Wyszła dość ciężko, nie orzeźwiająco czy soczyście. Słodycz bardzo silna, ale od razu poprzełamywana. Chłodek, pikanteria, pomarańcza - wraz z silną słodyczą wyszły korzennie, ale też... Jak korzenne perfumy? Nie było w tym jednak przesady, Naive jak zwykle okazała się wyważona.

Nie pasowała mi tłusto-trzeszcząca struktura, ale smak zaskoczył mnie pozytywnie. Owszem, pomarańcza była olejkowa, ale nieźle się to zgrało z cudnie kwiatowymi nutami ekwadorskiego kakao, które to również genialnie zeszło się z lukrecją. Biorąc jednak pod uwagę naturalną słodycz lukrecji, czekolada mogła mieć więcej kakao, a mniej cukru i tłuszczu. Nie wiem, czy nie wystawiłam jej krzywdzącej oceny, ale jednak słodycz i zwłaszcza tłustość dyskwalifikują ją u mnie z możliwości zgarnięcia czegoś więcej.


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 27,99 zł (za 55 g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lukrecja, olejek pomarańczowy, sól morska

wtorek, 7 sierpnia 2018

Zotter Labooko 72% Peru with Fleur de Sel ciemna z solą

Do wszystkich ciemnych Zotterów Labooko jestem bardzo pozytywnie nastawiona, to pewniaki. Nie ukrywam jednak, że kilka dni zastanawiałam się, jak odbiorę ciemną czekoladę z solą po dość długiej przerwie od takich czekolad. W czasie jej trwania w kuchni przestałam używać soli (mimo że wcześniej morską sobie bardzo ceniłam), bo po prostu wszystko wydawało mi się za słone, choć uważam, że gdzie jest ona potrzebna, to musi być (np. w Rococo Mr Twit's Beardy Breakfast bardzo przyjemnie wyszła). Jak to będzie z solą jako z jedynym dodatkiem? Rysowała się przede mną ciekawa perspektywa sprawdzenia, bo podobną już jadłam - Labooko Peru "Cacao Tocache" 72% - również z regionu Tocache (podlinkowana konszowała o godzinę dłużej). Miałam nadzieję, że moje uwielbianie połączenia soli i czekolady nie osłabło.

Zotter Labooko 72% Peru with Fleur de Sel to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Peru z prowincji Tocache z kwiatem soli morskiej.
Czas konszowania to 21 godzin.

Po otwarciu poczułam mnóstwo drzew i ziemi - dokładniej to jakby całe mnóstwo roślinności porastającej wilgotną ziemię. Trwała przy tym nie za mocna, ale wyraźnie cytrusowa nuta.
"Nieopodal tego musiała biec droga", gdyż czułam też rozgrzany asfalt, nawet trochę dymu (i wędzoność?).
Potem doszukałam się też czegoś "porzeczkowatego".

Zobaczyłam, że wszystko to unosi się nad dość jasną tabliczką o ciepłym i intensywnym kolorze. Przy łamaniu dość głośno trzaskała... albo raczej pykała jak folia bąbelkowa.
W dotyku wydała mi się suchawo-tłusta, lecz w ustach rozpływała się po prostu tłusto-kremowo, niewiarygodnie gładko. Nie zalepiała, a miękła, przy czym kojarzyła się trochę z awokado. Co jakiś czas ujawniała pojedyncze kryształko-drobinki soli.

Najpierw czekolada wydała mi się głównie słodka. Była to słodycz wykwintna, subtelna i... naturalna. Taka, co wręcz drapie, ale bez efektu drapania. Na myśl przyszły mi suszone owoce (rodzynki i figi?) i miodowo-maślane toffi. Tylko że takie... figi podkwaszone, toffi... tak mocno palone, że prawie karmelowe.

Od neutralnej naturalności (tej nawet maślaności) bardzo szybko odchodził "smak drewienka". Był żywy, delikatny i niemal wilgotnie roślinny. Młode drzewa, zielone łodygi - takie soczyste, choć nieowocowe. Czekolada przybrała wytrawny (prawie warzywny?) charakter.

Gorzkość zjawiła się jako jedynie subtelny motyw podtrzymujący wszystko, bardzo wyraźny, ale nie mocny. Czułam asfaltowe nuty, które w dziwny sposób też były lekko kwaskowato-soczyste... jakby dodano tu owoce, ale próbowano zakryć je dymem, cygarami (chyba nuta prażenia za to odpowiadała). Nie udało się, bo wyłaniała się niemal tanina. Ta już bardzo szybko podkreślała czerwone owoce - porzeczki? może wiśnie? Kwasek próbował się przy nich bardziej przebić, przy asfalcie sugerował cytrusy, ale nie wiem czy cytryny... Przybierało to na wyrazistości, gdy trafiałam na kryształki soli (w gruncie rzeczy nie wydające się takie słone).

Wiem za to, że im bliżej było końca kawałka, tym bardziej drewienkowo-roślinne nuty przejmowały maślaność, poczucie prażenia, co wypchnęło na przód migdały. Wciąż można tu mówić o drewienkowatości, ale właśnie migdały przewodziły... zarówno takie surowe, jak i podprażone, nieco słonawe.

To sprawiało, że smak wypuszczał jeszcze odrobinkę soczystości, minimalistyczny kwasek, ale należący do owocu słodkiego... Toż to ananas! Słodki i charakterny.
Ananas i wytrawniejsze drzewno-migdałowe, prażono-dymne nuty zostawały w posmaku wraz z poczuciem słonawości.
Co więcej, zostawało też poczucie wysuszenia, może nawet lekkie ściągnięcie, co też nakręcało skojarzenia z ananasem. Miałam wrażenie, że i w gardle czuję działanie fig i miodu.

Całość nie wyszła słono, ale tak, jakby sól przekierowała pewne nuty Peru "Cacao Tocache" 72%. Otóż dzisiaj opisywana była bardzo roślinnie-drewniano-migdałowa i asfaltowo-dymna z owocowymi sugestiami (czerwone owoce i jednoznaczne ananasy). Jej słodycz miała charakterny wydźwięk (kwaskawych fig i toffi-karmelu). Była wyrazista, a niska (niższa niż we wspomnianej). Czekolada zachowała soczystość, ale wyszła konkretna. Jakby bardziej czekoladowo, trochę uszczuplona o owoce.
Zotter "Cacao Tocache" 72% była lżejsza, o wiele bardziej soczysta w owocowy sposób, a przy tym maślano-wiklinowa. Ta roślinna drewnianość, kwaskowata miodowość i ananas były niemal identyczne, ale w "Cacao Tocache" jakby trochę rozrzedzone rześkością, a w Peru with Fleur de Sel przenikliwe i poważniejsze.

Wciąż trochę przeszkadzała mi tłustość, ale właśnie przy bardziej esencjonalnie czekoladowym, a mniej lekkim i owocowym smaku bardziej mi podeszła.


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól (Fleur de Sel)

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Dolfin Noir Crumble a la banane ciemna 60 % z suszonymi bananami i bananową kruszonką

Czasem zanim sięgnę po daną czekoladę, w mojej głowie powstaje cały plan, według którego będę otwierać kolejne. Tak było przy Rococo z dodatkami, bo w sumie miałam czekolady Dolfin, które jakoś tam można było z nimi skojarzyć. A w ogóle skąd te Dolfiny miałam? Kiedyś były w Almie, ale odkąd ją zamknęli... pomocą służy strona SmaczaJama, od której w ramach współpracy dostałam spory rabat na czekolady. Stainer z tej współpracy zaczęły mnie męczyć, więc postanowiłam przerwać złą passę, bo z Dolfinami miałam same dobre wspomnienia. Wierzyłam, że ich bananowa propozycja może wyjść spoko. Pytanie: czy bardziej bananowo od Rococo? To chyba nie powinno być trudne.

Dolfin Chocolat Noir Crumble a la banane to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z kawałkami suszonych bananów i bananowej kruszonki.

Już w trakcie otwierania poczułam wyraźny zapach bananowy, a po przełamaniu nasilił się w kontekście suszonych bananów. Gdy "pierwszy banan" trochę się już nad tabliczką rozniósł, poczułam także bardzo słodką, acz ewidentnie ciemną czekoladę.

Tabliczka łamała się bez oporu, prawie nie trzaskała, mimo że nie była miękka. W ustach zachowywała się przykładowo, bo rozpływała się łatwo, w umiarkowanym tempie w kremowy,  delikatnie tłustawy sposób. Odsłaniała dodatki o zachwycającej strukturze.
Zacznę od tego, że podobała mi się ilość dodatku - nie miałam wrażenie, że czekolada jest przesadnie nim najeżona, ale nie brakowało go. Kawałki były średniej wielkości - kruszonki większe, bananów mniejsze. Jedne i drugie zacnie chrupały. Byłam zszokowana, jak świeżo kruszonkowo wyszła kruszonka - jak najprawdziwsza, suchawa kruszonka - oraz jak przyjemnie wyszły suszone banany, gdyż był chrupiące, a nie kamienno twarde.

Po zrobieniu kęsa poczułam, jakby poszczególne nuty urządziły wyścig.
Słodka ciemna czekolada na wstępie zaznaczyła, że nie brak jej gorzkawości, jednak niemal w tym samym czasie w ustach rozeszła się słodycz. Była silna, jednak nie wydała mi się przesadzona. Już na początku dał o sobie znać również bananowy posmak.

Gorzkawość stała się kawą, a może raczej jakimś syropem kawowym... lub kawą z czekoladowym syropem. Palony smak pojawił się przy kawie, nabrał rozpędu i przybrał wilgotny wydźwięk kawy w towarzystwie mokrego ciasta. Słodycz wiązała to wszystko, więc nie wyszło gorzko, a wytrawnie ciemnoczekoladowo. Tak bardzo "deserowo".

Wraz z kawowym syropem i ciastem rozkręcał się smak bananowy. Nie był bardzo mocny, ale wyraźny. Nie był sztuczny czy nachalny, a po prostu słodko bananowy, troszeczkę zahaczając o aromat. Naturalny smak słodkich, suszonych bananów oczywiście wybijał się przy rozgryzaniu kawałków. Były bardziej czysto bananowe oraz jakby ciasteczkowo-kruszonkowe z nutą banana. Te bardziej "ciasteczkowe" wybijały się ponad czekoladę, a bananowe wkomponowywały się w nią, jednak i te, i te doskonale pasowały.
Ciasteczkowość napędzała skojarzenia z ciastem... Mokre, czekoladowo-bananowe ciasto z bananową kruszonką jak nic!

Po czekoladzie pozostało zasłodzenie, ale... nie przesłodzenie. Było bowiem ciemnoczekoladowo (tak nawet leciutko wysuszająco mimo kremowej wilgoci), ciasteczkowo i bananowo. Banan nie wyszedł natarczywie. W posmaku był to ten suszony, ale i nutka aromatu - nie przeszkadzała mi jednak (nie była przerysowana).

Ta czekolada rzeczywiście świetnie udawała bananowe ciasto z kruszonką... jedzone w towarzystwie kawy. Bardzo dobra tabliczka ze świetnie zrobionym dodatkiem, którego chrupanie nie przeszkadza w cieszeniu się czekoladą.

Jestem zaskoczona, że chrupiący dodatek wyszedł aż tak dobrze (idealna kruszonka i niekamieniowaty banan), ale też tym, jak bardzo było bananowo i nienachalnie jednocześnie. Muszę przyznać, że po czekoladzie zrobiło mi się za słodko, ale właśnie: smakowała do ostatniego kęsa.
Nie miałabym jednak nic przeciwko, żeby ująć jej trochę słodyczy. Jestem też ciekawa, jak wyszło by dorzucenie np. miękkich liofilizowanych kawałków banana.

Wyszła o wiele intensywniej bananowo niż Vosges Coconut Ash & Banana, nie mówiąc już o Rococo. Dolfin bananowością wyprzedził Rococo o całe republiki bananowe, dodatek w kwestii chrupiącości chyba był lepszy, ale suma sumarum obie były tak samo smaczne.


ocena: 8/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 6,95 (dostałam rabat -50%) za 70g
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś może i mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, suszony banan 7% (banan, olej kokosowy, cukier, aromat bananowy), kruszonka bananowa 6% (banan, mąka pszenna, cukier, olej słonecznikowy, sól, aromaty), tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat bananowy, naturalny aromat waniliowy

niedziela, 5 sierpnia 2018

J.D. Gross Ekwador ciemna 70 % z kandyzowaną skórką pomarańczową

Gdy w szufladzie z czekoladami zebrałam kilka dotąd niepróbowanych tabliczek J.D.Gross, czułam, że należałoby je w końcu ruszyć. Uwielbiam tę markę, dlatego tak zwlekałam z tymi, które mogły okazać się rozczarowaniem. Najpierw otworzyłam najbardziej kuszącą, bo zapowiadającą się megakakaowo, ale właśnie ona nie popisała się. Drugą z musem postanowiłam sobie oddzielić tabliczką z dodatkiem. I znowu miałam wątpliwości: tym razem dlatego, że podoba mi się połączenie czekolady i pomarańczy, ale ten dodatek nigdy mnie nie satysfakcjonuje (co innego cudowne nuty pomarańczy).

J.D. Gross Ekwador 70 % z kandyzowaną skórką pomarańczową to ciemna ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Arriba z Ekwadoru z kandyzowaną skórką pomarańczy.

Przewodnią nutą unoszącego się zapachu była pomarańcza w wydaniu gorzko-słodkim w sposób kojarzący się z galaretkami itd. Czekolada wydała mi się wręcz trochę perfumowa, bo sama miała bardzo delikatne nuty - głównie słodkie.

Bardzo ciemna tabliczka łamała się z lekkim trzaskiem, była twarda, a za sprawą całkiem sporej ilości średniej wielkości skórek, wydała mi się trochę krucha.
W ustach rozpływała się gładko i kremowo, troszeczkę opornie i bardziej mięknąc, niż zalepiając usta. Nie była ani nazbyt tłusta, ani sucha, więc jej strukturę uważam za bardzo dobrą, ale nie podobał mi się dodatek. Skórki okazały się dość twarde i bardziej kruche, niż np. soczyste. Z czasem miękły, ale wciąż wydawały mi się dziwnie mało skórkopomarańczowe, a takie scukrzone.

Już biorąc kawałek do ust poczułam sugestię pomarańczy. Jej olejkowy, słodko-gorzki akcent cały czas pobrzmiewał w tle.

Czekolada już przedstawiła się jako wyważona i łagodna, serwując gorzkość i słodycz na bardzo wyrównanym poziomie.
Gorzkość, albo bardziej gorzkawość, miała w sobie coś ze spalenizny, kojarzyła się trochę z dymem. Wydaje mi się, że pomarańczowa nutka z tła podkreślała go dodatkowo. Czekolada wyszła dość mocno palona, ale także wilgotna niczym lekko przypalone ciasto czekoladowe. Roztaczała w ustach smak czarnej kawy, a może bardziej posmaku, jaki po takiej zostaje.

Słodycz nie była zbyt silna, lecz sprawiła, że mówić można jedynie o gorzkawości, nie gorzkości. Na moment podrzuciła lekko waniliową sugestię, ale przeważył charakter inny niż w czystej J.D.Gross Ekwador 70%. Niestety, cały czas trwała przy niej pomarańcza, która sprawiła, że słodycz wydała mi się nieco przejaskrawiona.

Słodycz nasilała się bowiem przy skórkach. One właściwie serwowały głównie ją i to w wydaniu cukrowym. Dopiero potem pojawił się smak pomarańczy. Był słodko-gorzki, przy czym gorzkość wydała mi się bardziej olejkowa, niż autentycznie skórkopomarańczowa, choć nie mogę powiedzieć, że goryczki skórki nie czuć.

W posmaku jednak to taka słodzona pomarańcza pozostała. Nie była nawet taka olejkowa (takie skojarzenia pewnie przez kandyzowanie), co po prostu... podcukrzona. Co gorsze, sama czekolada też jakoś odpuszczała. Niby tam czuć tę dymną paloność, przypalone, a jednak wilgotne ciacho, ale bez charakteru, słabiutko.

Mam problem z podsumowaniem tej czekolady. Nie mogę powiedzieć, by była zła, ale dobra też nie. Kiepsko wyszła tu pomarańcza - naprawdę źle ten dodatek przygotowali, jednak całościowo... Wyszła o wiele lepiej od Wawelu, w którym sama czekolada, a więc baza była zła, a do np. Lindta Excellence z pomarańczą (nie skórką! i w dodatku 48%) nie ma co porównywać.
Z chęcią wygrzebałabym z tej tabliczki dodatek (pod warunkiem, że i przesiąknięcia dałoby się w ten sposób pozbyć) i zjadła czystą. Ta mi zupełnie nie pasowała, bo nie cierpię kandyzowanych owoców, ale była lepsza od Wawelu, który miał jednak niezłą skórkę pomarańczy.
Wątpię, bym skusiła się na jej nową wersję, czyli jeszcze z migdałami.


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 4,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, skórka pomarańczy 3,2%, syrop glukozowo-fruktozowy, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat, ekstrakt z laski wanilii, kwas cytrynowy

piątek, 3 sierpnia 2018

Zotter Labooko Togo 65 % ciemna z Togo

Czasem przeraża mnie, jak wiele człowiek zapomina. Z drugiej strony jednak przyjemnie jest dowiadywać się nowych (i nowych-starych) rzeczy. Na przykład o istnieniu kraju Togo przypomniałam sobie (kiedyś pewnie na geografii było) właśnie dzięki tej czekoladzie, toteż bardzo mnie zaciekawiła - z kakao bezpośrednio stamtąd jeszcze nie próbowałam. Sąsiednią Ghanę zaś darzę sympatią, mimo że zawierających tylko kakao z Ghany jadłam niewiele. A i opakowanie urocze mi się wydało... no, same pozytywy (tylko kakao wolałabym ciut więcej).
Na opakowaniu w środku, znalazłam informacje, że Zotter zakupił kakao od kooperatywy Gebana, której lokalni farmerzy uprawiają kakao w idealnych dla niego warunkach na wzgórzach regionu Kpalime, na obszarze nie większym niż 1,5ha (nawet nie plantacji). Co ciekawe, kakao to fermentuje sobie po zbiorach pod liśćmi bananów, a potem jest suszone na słońcu.

Zotter Labooko Togo 65 % to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Togo, z regionu Kpalime.
Czas konszowania wynosi 16 godzin.

Po otwarciu poczułam smakowicie soczysty zapach. Nie były to jednak same owoce, choć znalazło się ich tam sporo. Mimo niejednoznaczności, łatwo wyodrębnić owoce leśne i wiśnie. Obok nich zarysowała się również jakby soczyście-świeżutka nuta prażonych orzechów i migdałów, przy czym prażenie to... podchodziło trochę bardziej pod przyprawy czy nawet świeże zioła (do głowy przyszedł mi cynamon i koperek).

Ciemna, "brązowa niemal uśmietankowionym kolorem", trzaskała głośno, choć już w dotyku zdradzała tłustość. Istotnie była tłusta: przyjemnie kremowa i - co już przyjemne nie było - oleista.

Przy pierwszym kęsie wyraźnie poczułam słodkie, dojrzałe wiśnie.

Ich soczysta słodycz opływała nuty, które w pierwszej chwili nazwałam dębem i migdałami, ale gdy nuta zmieniła się w cały stateczny smak, stwierdziłam, że wyraźnie czuję drzewa, soczyste migdały i ciemny chleb. Przy chlebie i drzewach odnalazłam lekkie prażenie, jednak po chwili to migdały wychodziły na prowadzenie.

Migdały po złączeniu z wiśniami zaczęły jednoznacznie kojarzyć mi się z soczystym marcepanem. Marcepanem, który ktoś lekko doprawił przyprawami korzennymi. Zakręciła się wokół niego także nuta drewniana. Było to właśnie bardziej po prostu drewno niż drzewa - i to takie wybiegające chwilami do delikatnego, neutralnego smaku maślano-orzechowego, jak nerkowce.

Słodycz cały czas była łagodna, spokojna, jednak niewątpliwie nasilała się. Wciąż pozostawała szlachetna, a jej wydźwięk od wiśni poprzez owoce leśne przeszedł do słodziutkich borówek amerykańskich. Oprócz nich było w niej wiele z kwiatów, w tym rześkość.

Marcepanowi nie można odmówić charakteru, bo i on trwał dzielnie na stanowisku, łącząc się z owocami. Tu jednak na myśl przychodziły mi jakieś nalewki: z owoców leśnych? a może coś bardziej wiśnia-czereśnia? Chwilami klimat stawał się poważniejszy, ale wciąż głównie słodki.

Zwieńczeniem tego była nuta przypraw - cynamonu i jakiś świeżych ziółek. Przy cynamonie także prażenie się umacniało. Końcówka robiła się bardzo orzechowa i migdałowa, wracał też akcent chlebowy.
Końcówka robiła się prawie gorzkawa, a przy tym taka "nasączono słodka" (mowa o owocach i alkoholu), aż miło.

W posmaku pozostawały orzechy, prażenie i takie poczucie "konkretu", choć wciąż było rześko-słodko.

Całość była bardzo spokojna, delikatna, jednak zaskakująco poważna. Gorzkości w zasadzie nie czuć, jej miejsce zajęła słodkawa wytrawność, a o tym, że istnieje coś takiego jak kwaśność (np. wiśni) w trakcie jedzenia łatwo zapomnieć. Wiśnie, borówki i marcepan w towarzystwie mnóstwa orzechów i szczypty przypraw. Już samo to brzmi dobrze, a gdy jeszcze w całej tej słodyczy doszukałam się nut alkoholowych i chlebowych, byłam zachwycona.
Żałowałam tylko, że te konkretniejsze nuty to właśnie wciąż jedynie nuty, ale ważne, że były.

Labooko Ghana 75 % miała słodycz o bardzo podobnym wydźwięku (borówki), i choć więcej w jej słodyczy niuansów, to była przede wszystkim głównie gorzka. Smakowały mi chyba tak samo: obie proste, jednak Togo okazała się o wiele bardziej obrazowa.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy