sobota, 10 grudnia 2016

Zotter Labooko Nicaragua 60% ciemna mleczna z Nikaragui

Na tę czekoladę czaiłam się bardzo długo, bo już przy mlecznej czekoladzie Nicaragua 50 % pomyślałam, że muszę spróbować także tej o 10 % większej zawartości kakao. Zotter Labooko Milk Chocolate "dark style" 70 % tylko mnie w tym utwierdziła. Zawsze jednak zamówienia wychodziły mi tak duże, pełne nowości i limitek, że... odkładałam ją. I tak do czasu, gdy w końcu chłopaki z Foodie24 przysłali mi jedną 35-gramową tabliczkę-tester. Wtedy to już ta czekolada nie musiała długo czekać.

Zotter Labooko Milk Chocolate Nicaragua 60% to czekolada mleczna o zawartości 60 % kakao z Nikaragui. 

Po otwarciu opakowania zobaczyłam czekoladę tak ciemną, że nic nie wskazywało na to, iż jest mleczna. Na 60 % zawartości kakao owszem, bo "czarny szatan" to nie był. Intensywna, nieco wiśniowa, barwa wydała mi się idealnie pasująca do zapachu.
Ten bowiem nie był wyjątkowo silny, ale miał pewną moc. Wiśniowo-wrzosowe nuty wydawały się pewne siebie, słodycz tylko minimalnie je podbudowywała. Zaraz za nimi skrywała się orzechowa nuta, w której przejawiało się lekkie prażenie, a akcent śmietanki, mimo że również obecny, wydał się trochę przytłoczony towarzystwem.

Przełamałam, a czekolada okazała się bardzo twarda. Była jak coś wypełnionego po brzegi gęstą, twardawą masą, co przełożyło się na głośny, niski trzask. Jej przekrój skojarzył mi się z ziarnistymi czekoladami Manufaktury Czekolady, a gdy zrobiłam pierwszy kęs, wydała mi się zaskakująco zwarta.

Potem także spotkało mnie zaskoczenie, bo rozpływała się idealnie tłusto-kremowo, powoli zmieniając się wręcz w jakiś pudding czy gęsty sos. Pod tym względem była dość podobna do swojej koleżanki o 50 %-owej zawartości.

W pierwszej chwili poczułam akcent kawy, który niemal natychmiast zmienił się w wytrawny, czekoladowy syrop lub sos. Ten smak, skojarzenie pozostawały ze mną już do końca degustacji, ale w jej trakcie schodziły na dalszy plan.

Szybko pojawiały się orzechy z maślaną nutą. Makadamia? Nerkowce? W końcu doszłam do wniosku, że po prostu orzechowy miks. Wszystkie lekko prażone. 
Przy prażonym motywie, tak w momencie, gdy połowa kawałka czekolady już się rozpuściła, poczułam nagle coś bardziej karmelowego. Albo raczej: "karmelizowanego" - może nawet nieco za bardzo. 
Wtedy nadszedł skąpo soczysty, ale całkiem mocny owocowy motyw. To była pomarańcza. Tylko co skarmelizowana, mająca jeszcze w sobie coś ze świeżego owocu. Owocową nutę nazwałabym więc słodką. Zdawało mi się, że jeszcze jakiś suszony owoc czułam, ale mi umknął, bo...
Pojawiła się kolejna nuta (przy czym pomarańcza wcale nie wygasła) ze znikomą cierpkością (ale zbyt gorzko się nie zrobiło). Może to dziwne, ale ta wydała mi się jeszcze bardziej owocowa. Czułam tu porzeczki, identyczne co w 50 % (a więc jakby nadgniłe), może tylko intensywniejsze. Oprócz nich, wreszcie odnalazłam wiśnie z zapachu i to wyraźniej, niż się spodziewałam. 

Ta owocowa, trochę karmelizowana, słodycz była jedyną, jaka się tu pojawiała... Ogólnie była dość znikoma, jak na mleczną tabliczkę czy nawet ciemną 60 % (te czasami przecież zdarzają się zacukrzone), aczkolwiek oczywiście bardziej słodka od Labooko Milk "dark style" 70 %, ale też nie jakoś bardzo słodsza (tamta była w końcu naturalnie mlecznie słodka).

Dopiero na sam koniec nasilał się mleczny smak. I to nie było to o tyle mleko, co śmietanka. Na moment pojawiała się lekka słona nutka (taka jakby pochodzenia mlecznego), a następnie powracały orzechy, zwracające uwagę na motyw syropu czy sosu czekoladowego z początku, a potem z tła. 
Przełożyło się to na skojarzenie z puddingiem czekoladowo-orzechowym i właśnie z takim posmakiem pozostałam jeszcze na bardzo długo.
Mimo tłustej kremowości, w ustach pozostała przyjemna "poczekoladowa" suchość.

Wracając do mojej recenzji Zotter Labooko Nicaragua 50 %, utwierdziłam się, że nuty orzechów, pomarańczy i porzeczek były te same, tylko silniejsze. Wino wyczuwalne w 50 % tutaj stało się wiśniami, słodycz była słabsza, mleczny smak również, więc czekolada była mniej harmonijna, albo (jak ja ją widzę) charakterniejsza, poważniejsza.

Bardzo mi smakowała, ale chyba wolałabym jeszcze więcej śmietanki na rzecz (i tak delikatnej) słodyczy. Podobieństwo z 50 % i jedzona dzień wcześniej Duffy's 55 % zbudziły jednak we mnie pewien podziw, że aż tyle można wyciągnąć z 50-55 % kakao, no a tu jednak 60 %, a poziom bardzo wyrównany. Muszę tamte (i Milk "dark style" 70 %) jakoś wyróżnić, dlatego tej przyznaję tylko 9.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24
cena: -
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, sól, wanilia

piątek, 9 grudnia 2016

Duffy's Milk Chocolate Venezuela Ocumare 55 % mleczna z Wenezueli

Duffy - pogromczyni... bylejakości? No, nie całkiem. Nazwa tej manufaktury, odkąd ją zobaczyłam, kojarzyła mi się ze starociem, pogromczynią wampirów, a okazało się co? Chodzi o Duffy Sheardown, który jest facetem. Aha. Mało tego, od 2008 roku robi czekolady, doglądając kakao już od czasu zbiorów, co daje możliwość zajęcia się ziarnami, jak mu tylko się podoba, a więc i wpłynięcia na smak końcowy. Efekty jego pracy są hojnie nagradzane przez Akademię Czekolady, np. dzisiaj opisywana została nagrodzona złotem w 2013 r. Jak widać, nie trzeba długiej rodzinnej tradycji, ażeby dojść do perfekcji. O tej czekoladzie czytałam, że jest jedną z najlepszych mlecznych na świecie, ale właściwie zamówiłam ją przez pomyłkę, bo byłam przekonana, że zamawiam Duffy’s Honduras Indio Rojo 72 % (podczas wywalania tabliczek z koszyka po prostu źle spojrzałam). Czy będę wdzięczna losowi za ten fakt?

Duffy's Milk Chocolate Venezuela Ocumare 55 % to mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao criollo pochodzącego z Wenezueli z doliny Ocumare.

Czekolada została zapakowana tradycyjnie i "po nowemu" zarazem, bo w papierek i sreberko, ale żeby dostać się do czekolady trzeba było zniszczyć jedno i drugie (nawet nie pytajcie, ile mi zajęło otwieranie, bo właśnie nie chciałam uszkodzić opakowania; a sreberko to jakaś delikatniusia kpina).

Kiedy wreszcie zobaczyłam czekoladę, okazała się ciemniejsza, niż widziałam w internecie, a jej zapach okazał się na szczęście o wiele mocniejszy niż opakowanie.

Nachylając się nad czekoladą poczułam lekko karmelową słodycz zmieszaną ze słodyczą jakiś świeżych i soczystych czerwonych owoców oraz bananów. Ta karmelowa część wchodziła nieco w klimaty... skarpetkowo-serowe? Ale nie do końca, i nie obrzydliwe. Kojarzyło mi się to z pitą jakiś czas temu kawą z Ekwadoru ze Sweet Life. Idąc dalej tym tropem, serowe nuty niosły też coś specyficznego, jakby pochodziły z czekolady z mlekiem kozim o akcencie siana. Kakao również było zaznaczone, ale bardzo łagodnie. Bardzo przyjemny i złożony zapach!

Podczas łamania, twarda i gruba tabliczka trzaskała wydając dźwięk, jakby była wypełniona czymś solidnym. Zaskoczył mnie jej wyjątkowo piaskowy przekrój.

Wreszcie spróbowałam.

Czekolada rozpuszczała się kremowo, jakby kryjąc w sobie szorstkość znacząco wyłaniającą się co i raz. Wydała mi się mało tłusta. Nadało to czekoladzie charakteru takiej niegrzecznej i odpędzało od wrażenia, że to z mleczną czekoladą obcowałam.
W pierwszej chwili poczułam słodkie morele, już po chwili kompletnie zagłuszone przez smak malin, w wydaniu trochę cukierkowym, ale wciąż słodko-soczystym.
Mleczna nuta także dawała o sobie znać już na samym początku, jednak nie była specjalnie silna. Mimo to, przypisałabym ją do "jakiegoś innego mleka", w sensie, że nie krowiego. Może mieszanina koziego, wielbłądziego (znanego mi z Al Nassma i Domori) i np. migdałowego?

Słodycz, początkowo znikoma, narastała powoli. Bardzo szybko skojarzyła mi się z karobem i właściwie przez długi czas właśnie karobowa była ta czekolada. Czuć, że kakao zostało łagodnie podprażone, dzięki czemu ujawniało się raczej jako bardziej orzechowa nuta.

Mleczna nuta także zrobiła się z czasem pełniejsza, bardziej śmietankowa, a przy tym tak naturalna, że wychwyciłam całkiem silną słonawość.

Wraz ze słodyczą, która z czasem stawała się coraz bardziej karmelowa, orzechowy motyw podkreślony słonawością przywiódł mi na myśl coś będącego połączeniem masła migdałowego / orzechowego z orzeszkami, orzechami lub/i migdałami w karmelu (coś na wzór tych orzeszków w karmelu ze Snickersa). To, i ta "naturalność", znowu skojarzyło mi się z sianem.

Coraz mocniejsza nuta karmelu łącząc się z kakao miała w sobie coś... siankowato-bananowego, takiego słodkiego, ale na specyficzny sposób a'la średnio dojrzałe banany. Taka może i słodka kwaskowatość?
To zaś skojarzyło mi się z "kwiatowo-mlecznokawowymi zapachami imienin ciotki" (nie byłam na takowych, ale wiecie... z filmów itp.). Bardzo słodko, specyficznie i mimo sielankowości, coś się dzieje.

Ta czekolada była zarazem prosta, bo słodko-kakaowa o nutach typowych, czyli karmel, słonawość śmietanki, ale było w niej "coś", a więc siano-banan, ta nietypowa owocowa nuta moreli, bananów i nieodgadnionych czerwonych. Skojarzenie z karobem czy orzechami w karmelu... To wszystko było niby proste, ale niezwykle obrazowe, takie jednoznaczne. Wraz z konsystencją podchodzącą pod nietłustą szorstkość, kupiło mnie.
Może nie będzie to moja ulubiona czekolada mleczna, ale na pewno spędziłam z nią niezwykle miłe chwile i czuję, że zapamiętam ją na długo.


ocena: 10/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: 7.95 £ (za 80 g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ziarno kakao, organiczny cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku

czwartek, 8 grudnia 2016

TerraSana 4-Mix masło orzechowe z orzechów ziemnych, laskowych, nerkowca i migdałów

Mimo że oprócz słodyczy (a i to są to w większości czekolady z dobrym składem) jem raczej zdrowo, to nie jestem osobą bardzo zaangażowaną w niezwykle zdrowy styl życia ostatnio tak bardzo popularny w internecie. Nie krytykuję go oczywiście, ale raczej nie ciągnie mnie do aktywności fizycznej czy robienia własnych maseł orzechowych, chlebów itd.

TerraSana 4-Mix to masło orzechowe z orzechów ziemnych (55%), laskowych, nerkowca i migdałów. Wszystkie one są prażone i ekologiczne.

Po otwarciu słoika w całej kuchni rozniósł się mocny, wyrazisty i w pełni naturalny zapach orzechów, głównie fistaszków.

Część oleju z wierzchu zlałam, część wymieszałam, a i tak było, jak dla mnie, za bardzo lejąco-ciągnące. Ogółem było bardzo kremowe, ale miało w sobie pewne drobinki orzechów i "skórki" (laskowych?). Przyznam, że nie jest to "moja" konsystencja, bo bardzo różni się od masła z kawałkami orzeszków z Lidla (czyli o typowo "mojej" konsystencji). W ogóle nigdy się z tak rzadkim masłem orzechowym nie spotkałam.

Jego smak z kolei... zaskoczył mnie niezwykle pozytywnie! Przyznaję, że wolę solone masła orzechowe niż te 100 % orzechów, ale tutaj niczego mi nie brakowało. Dlaczego?

W pierwszej chwili poczułam orzeszki ziemne - ich mocno podprażony, wyrazisty smak, w którym znalazł się naturalnie "słonawy" akcent. Bardzo szybko dochodziły do tego migdały.
Ich specyficzny charakter nadał fistaszkom mocniejszego wyrazu, ale i sam w sobie wiele zdziałał (mimo że migdały nie są na drugim miejscu składu). Natychmiast przyszło skojarzenie z boskim masłem migdałowym Primaviki.

Po chwili, do tej specyfiki zaczęła podkradać się "słodkawa wytrawność" nugatu, orzechów laskowych, a z czasem nawet i leciutka goryczka ich brązowych skórek. Przez sekundę one i migdały były najwyrazistsze, by potem to słodkawość zaczęła rosnąć.
Oto nadeszły orzechy nerkowca o słodkawym i równocześnie słonawo-maślanym smaczku, jak wszystkie poprzednie wyraźnie prażone. Przy nich znów orzeszki ziemne miały szansę się wybić.
Potem właśnie posmak nerkowców i fistaszków pozostawał w ustach.

Byłam zaskoczona, jak dynamiczne okazało się to masło. Mało, że to smakowity miks... to orzechowa karuzela z momentami "słonawymi", jak i "słodkawymi" pochodzenia jedynie orzechowego.

Myślałam, że będę kręcić nosem, a tymczasem nie żałuję ani grosika!
W jaglance wychodzi pysznie, wydaje mi się, że kasza podkreśliła laskowce; wymieszane z jogurtem było głównie fistaszkowe; ale moim faworytem okazała się kanapka (żytni razowiec) z musem z czarnego bzu - jego goryczka podkreśliła migdały i nerkowce. Bez dżemu żytni razowiec trochę odbiera mu dynamiki i czuć głównie fistaszki. Innych połączeń nie próbowałam - szkoda mi było tego masła. :P


ocena: 10/10
kupiłam: sklep ze zdrową żywnością w Krakowie
cena: 19 zł (z groszami; cena za 250 g)
kaloryczność: 612 kcal / 100 g
czy kupię znów: może jakbym taniej znalazła

Skład: orzeszki ziemne, orzechy laskowe, orzechy nerkowca, migdały

wtorek, 6 grudnia 2016

Manufaktura Czekolady Grand Cru Peru 70 % ciemna z Peru

O tej czekoladzie pomyślałam sobie kiedyś tak: "Kupię i zjem". Uwielbiam czekolady z Peru, a charakterność Manufaktury niezwykle przypadła mi do gustu już od pierwszego spróbowania. Niestety, odwlekło to się strasznie w czasie przez to, że zawsze nadarzały się jakieś okazje do kupienia czekolad trudniejszych do zdobycia, czyli zagranicznych, czy sezonowych Zotterów. Teraz z czystym sumieniem siadam do tej recenzji, chociaż plan wykonałam tylko w połowie, a mianowicie: zjadłam, bo czekolady nie kupiłam, a dostałam od ekipy Zottera do gigantycznego zamówienia. Nawet nie wiecie, jak bardzo jestem im wdzięczna! Wpadajcie na Foodie24, gdzie oprócz Zotterów dorwiecie także tabliczki Manufaktury Czekolady.

Manufaktura Czekolady Grand Cru Peru 70 % to ciemna czekolada single-origin o zawartości 70 % kakao z Peru.

Po otwarciu srebrnego, hermetycznie zamkniętego opakowania kojarzącego mi się z czymś chłodnym (dlaczego mam skojarzenia z jakąś rzeźnią i tasakiem?), spotkało mnie ogromne, niemal słoneczne zaskoczenie. Zapach, jaki się uniósł był bowiem niezwykle ciepły, rześki, choć wytrawny. Czułam tu syropową słodycz, jakieś ukwiecone drzewa i miody, a także nagrzaną letnim słońcem ziemię.
Wszystko to pochodziło od bardzo, bardzo ciemnej (niemal czarnej) tabliczki. Oglądając ją jednak pod światło dostrzegłam purpurowe przebłyski.

Łamiąc usłyszałam donośny, ale mający w sobie coś lekkiego, trzask. Kostka czekolady uderzająca o inne wydawała z kolei wręcz pusty dźwięk - ta czekolada była już ciekawa pod względem akustyki, a w ustach... dopiero się działo!

Wyglądająca na twardą i nieustępliwą, rozpuszczała się dość szybko jak na ciemną czekoladę. Początkowo niezwykle kremowo. Nie zdążyłam się nawet zdziwić (w końcu czekolady Manufaktury zazwyczaj takie nie są), a już nadeszła charakterna szorstkość, którą tak kocham. Mało tego. Miałam wrażenie, że z tej kremowości i szorstkości próbuje wypłynąć... owocowy sok. I w końcu tak jakby tak się stało.

Takie dziwactwa, zanim jeszcze doszłam do opisu smaku... A ten także nie pozostawał w tyle i od pierwszych sekund wpasowywał się w ogół.
Poczułam gorzką soczystość o bardzo dostojnym charakterze. Na chwilę pojawiła się dość silna, czysta słodycz kojarząca mi się z miodem, przez co ogół "ukazał" mi kanapkę z miodem w towarzystwie wielu owoców.
Gdy tylko padło hasło "owoce", zapomniałam o posmaku miodu (zanikł w innych nutach, do których zaraz przejdę). Czułam soczyste wiśnie, takie z pełni sezonu oraz goryczkowato-słodkie, także niezwykle soczyste, jeżyny. Wyobraźcie sobie ten ciemny, cierpkawy sok lejący się z jednych i drugich. Nawet w kolorze tej czekolady coś z tego jest!

Z czasem jak jadłam tę czekoladę wydawało mi się, że czuję i jakieś cytrusy, ale z gatunku tych słodszych, pomarańczowych, chociaż ta nuta nigdy nie wyszła bardziej na przód.

Przy tej całej owocowości, gorzkawość i dostojność ciemnej czekolady wcale nie zmalała. Wręcz przeciwnie; także narastała, stawała się głębsza. Wyłaniała się tutaj mielona kawa zaparzona na odważnie (długo, mocno, wręcz na granicy przesady) palonych ziarnach nie będąca jednak gorzką, czy wręcz, broń karmo!, kwaśną. Znów trafiłam na tę rozgrzaną ziemię. Skojarzenie z nią i z mieloną kawą niewątpliwie nasilała szorstko-pylista konsystencja, która wraz z kolejną nutą dała jednoznaczne skojarzenie.

Otóż przy tych "dostojnych" nutach, ponownie zwróciłam uwagę na miód, albo raczej na wcześniej wspomnianą miodową nutę, która w tym momencie z miodem nie miała nic wspólnego. Czekolada skojarzyła mi się z sosem ciemnoczekoladowym o mocno słodkim smaku i wręcz scukrzonej konsystencji, w którym jednak nie zabrakło wytrawnego, może wręcz podchodzącego pod alkoholowy, charakteru.

Peru Manufaktury Czekolady to właśnie taki wytrawny, czekoladowy sos, wiśnie i jeżyny z gorzką soczystością i zadziorną konsystencją. Zakochałam się w tej czekoladzie. Smakowała mi bardziej niż jedzonka poprzedniego dnia delikatna Zotter Peru Barranquita 75% (tak swoją drogą, Manufaktura ma mniej kakao, a wydaje się, że o wiele więcej). Podobało mi się, że nie poszła bardziej w cytrusy jak Pralus Perou Trinitario 75 %, a moje serce zaskarbiła sobie nieuładzoną, szorstką konsystencją przy smaku bardzo kojarzącym się z Domori Apurimac Peru 70 % (wiśniowo-jeżynowe nuty były niemal identyczne).


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: możliwe

Skład: ziarno kakao, cukier

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Zotter Labooko Peru Barranquita 75% ciemna z Peru

Wśród nowych Zotterów znalazło się całkiem sporo ciemnych Labooko. Kilka z nich to czekolady z Peru i muszę przyznać, że właśnie te zaciekawiły mnie dość... znacząco. Ich opakowania, pokrętne w artystyczny sposób, przyciągały wzrok, a zawartość kakao aż krzyczała, żeby po nie sięgnąć. Ja jednak działam z planem, a ten wygląda następująco: najpierw spróbować tę, która w ofercie jest już od dawna, a potem się do niej odnosić.

Zotter Labooko Peru Barranquita 75% to ciemna czekolada single-origin o zawartości 75 % kakao trinitario pochodzącego z Peru z regionu wioski Barranquita znajdującej się w dolinie rzeki Rio Huallaga.

Po rozchyleniu papierka poczułam lekki, słodki zapach zupełnie niepasujący ani do poru roku, ani tym bardziej do zawartości kakao. Nie chodzi o to, że zapach był lekki, a więc delikatny, że prawie niewyczuwalny. On po prostu miał w sobie taką lekkość, rześkość, bo jego siła była... oj była! To jednak siła czegoś soczystego: mandarynek, kwiatów, malin... te ostatnie w pudrowym wydaniu jakiś cukierków? landrynek? Charakter okwieconych drzew, a wreszcie... uroczej, mlecznej czekolady. 

Tabliczka miała jednak dość ciemny kolor, intensywny i soczyście brązowo-czerwony. Częściowo wpasowujący się w klimat zapachu.
Przełamałam, a ta trzasnęła niczym gałązka. W ustach rozpuszczała się bardzo powoli, kremowo i zarazem soczyście. Było w niej też coś zalepiającego na sposób budyniowo-kaszkowaty, deserkowy czy też charakterystyczny dla tłustych mlecznych czekolad. 

Od pierwszej sekundy poczułam lekką, niezobowiązującą słodycz, która z czasem zaczynała narastać ujawniając nuty kwiatowo-miodowe. 

Poczułam coś odrobinkę maślanego, co skierowało moją uwagę na posmak pozostający w tle. Była to lekka gorzkość kakao, minimalnie prażona i maślana właśnie, wyraźna, ale uległa wobec słodyczy.

Ta bowiem była tu smakiem głównym: zaskakująco słodka czekolada o ewidentnie owocowej soczystości, pozbawiona kwasków. Wyraźnie czułam mandarynki, ale takie słodkie, dojrzałe.

Z czasem przy nich doszukałam się też innych owoców z nutą bardziej "nabiałową". Najtrafniejszym porównaniem będzie przesłodzony jogurt jagodowy z dobrym składem, gdzie to jagody stanowią większość. Nie czuć ani trochę kwasku, bardzo słodko, ale to smakowita słodycz.

Przez zalepiającą konsystencję przyszło skojarzenie z gęstym deserkiem, może jakąś kaszą czy puddingiem, niewątpliwie zrobionym na mleku.

Wyjątkowo zaczęła odznaczać się "czekoladowość". Nie była typowa dla ciemnych tabliczek, ta miała charakter mlecznej czekolady o silnie orzechowej nucie. Wyraźnie czułam kakao (przypominam o tej nucie w tle), ale miałam wrażenie, że jem ciemną (nawet bardzo ciemną), ale jednak wciąż mleczną czekoladę.

Ta czekolada była zaskakująco "mleczna", choć wciąż wyraziście kakaowa z nutami słodko-owocowymi. Nie powiedziałabym, że to ciemna 75 %, ani tym bardziej, że kakao pochodzi z Peru (i pomyśleć, że z kwachowatym, siarczystym Zotterem Peru 100 % dzieli ją tylko 25 %). Mandarynki, mleko i jagody z czekoladą o orzechowych nutach - tak opisałabym jej nuty, a charakter... hm, to lekka wiosenność zamknięta w tabliczce. Myślę, że takie tchnienie przyda nam się tu przy tak podłej, chłodnej zimie. 
Kupiła mnie tym klimatem ciepłych dni, chociaż muszę przyznać, że czytałam już o niej u Basi i wiedząc, że nie jest to mocna czekolada, sięgnęłam po nią mając ochotę właśnie na ciemną mleczną.


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 627 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól

niedziela, 4 grudnia 2016

Vosges Smoke & Stout Caramel ciemna 70 % z nadzieniem z palonego karmelu i piwa Rogue's typu "czekoladowy stout" z wędzoną solą

Na tej czekoladzie zależało mi chyba najbardziej z całej oferty Vosges, ale niestety była najtrudniejszą do zdobycia i ściągnięcia do Polski przez to, że to czekolada nadziewana (z półpłynnym nadzieniem!). W końcu dopięłam swego, jednak otwarcia i tak strasznie się bałam, bo... osoba, która mi ją przywiozła traktuje czekolady jak... No np. nie widzi problemu w zjedzeniu całkowicie zmiażdżonej / połamanej, bo w końcu chodzi tylko o to, żeby się słodkiego napchać, prawda? ...Miałam jednak nadzieję, że moje prawie 8 $ (czyli grosze dla tej osoby) jakoś... no wiecie, zostanie uszanowane to, że to "zakup na zlecenie" itp. Jak bardzo naiwna jestem? I czy słusznie tak napaliłam się na tę czekoladę?

Vosges Smoke & Stout Caramel to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z nadzieniem z palonego karmelu i piwa Rogue's typu "czekoladowy stout" z wędzoną solą.

Z lękiem otworzyłam zdobioną srebrną folię i... spotkało mnie miłe zaskoczenie - i to podwójne. Po pierwsze, czekolada była w bardzo dobrym stanie, bo tylko dwie brzegowe kostki były uszkodzone, a reszta nawet nie była pęknięta, zachowała głęboki, ciemnobrązowy kolor. 

Po drugie, jej zapach był niezwykle kuszący (a przez rozwaloną kostkę wydobywał się także ze środka). Była to mieszanina palonego karmelu, ciemnej czekolady i ciemnego piwa, jednak bez woni alkoholu, a za to z nutką "podpalaną".

Spodobało mi się również to, że podczas łamania czekolada była twardawa, trzaskała, a kostki nie pękały, dzięki czemu gęste, ale jednak ciągnące i klejące nadzienie raczej pozostawało wewnątrz.

Wreszcie spróbowałam. Czekolada rozpuszczała się bardzo wolno w sposób kremowy, ale niezbyt tłusty, z czasem rozłamując się i ujawniając nadzienie. 
W smaku sama czekolada była mocno prażona, wyrazista. Jej smak określiłabym jako kawowy, w tym głównie gorzki, tylko odrobinę dosłodzony. 
Po jakimś czasie dochodziła do tego słonawa nuta, może nawet odrobinkę śmietankowa, po czym wyłaniało się nadzienie, a wraz z nim jego smak.

Było ono przede wszystkim palono karmelowe, chociaż również wytrawnie czekoladowe, a piwnej goryczki nie dało się przeoczyć, ale to śmietankowy karmel przebijał się najszybciej.
Paloną nutę śmietankowego karmelu podbijała szczypta soli, która też świetnie łączyła się z akcentem piwa. Gdy w smaku nadzienie wybijało się ponad czekoladę, czułam w nim (mimo silnej słodyczy - w końcu to karmel) także nuty wędzone, nieco torfowe. Piwo było tu zmieszane z ciemną czekoladą w wydaniu wytrawnego, nieco alkoholowego sosu, jednak alkoholowy smak sam w sobie albo zanikał, albo go tu prawie nie było. Mi właśnie alkoholowości tu brakowało. 

Gdy nadzienie już trochę porozłaziło się na boli, jego smak słabnął, a na pierwsze miejsce ponownie wchodziła głównie gorzka czekolada. W tle pozostawał już tylko posmak palono-wędzonego karmelu z solą i torfami. Mocna, głęboka czekolada w końcu także znikała pozostawiający niemal tylko i wyłącznie nutę kawy. 

Całość naprawdę mi smakowała, jednak mimo że w sumie znalazły się tu wszystkie uwielbiane przeze mnie smaczki (nuty palono-torfowo-wędzone, sól, kawa), a połączenie czekolady, piwa i karmelu jest świetne, to zabrakło mi tu czegoś.
Chyba mocniejszego alkoholowego kopa, a sól... wolałabym w postaci kryształków, niż taką wymieszaną w nadzieniu. Czuję też, że bardziej stałe niż ciągnące nadzienie lepiej by się sprawdziło, toteż wystawiam tylko 8 (chcę jakoś wyróżnić Vosges, na których punkcie oszalałam i w których nie zmieniłabym nic, albo np. tylko jeden drobny szczególik), ale muszę zauważyć, że np. mając do wyboru Lindta z 10, Zottera z 8 lub 8.5, zdecydowanie wybrałabym Vosges Smoke & Stout Caramel, ale... chyba za bardzo się nakręciłam.

ocena: 8/10
kupiłam: Wegmans w USA za czyimś pośrednictwem
cena: 7,50 $
kaloryczność: 488 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada ciemna (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), karmel (śmietanka, organiczny cukier trzcinowy, organiczny syrop z ryżu brązowego, lecytyna sojowa), piwo "czekoladowy stout" (czekoladowe słody, chmiel, płatki owsiane, prażony jęczmień, naturalny aromat czekoladowy, woda, drożdże), kakao w proszku, woda, organiczny syrop ryżowy, sól wędzona na drewnie olchowym, lecytyna sojowa
[mniej niż 5 % alkoholu]

sobota, 3 grudnia 2016

Zotter Gold Sprouts in a Nougat Bed mleczna 60 % z nugatem z orzechów laskowych i nugatem z orzechów makadamia z prażonymi kiełkami prosa

Kocham kiełki. Wiosną i latem jem je dzień w dzień, zimą i jesienią co prawda rzadziej, ale chyba tylko dlatego, żeby gdy zrobi się cieplej, jeszcze bardziej mi smakowały. To powód, dla którego aż zaświeciły mi się oczy, kiedy zobaczyłam tę czekoladę, ale nie przyczyna tego, że otwieram ją aż tak szybko i tego, że mam dwie tabliczki. To wynika jedno z drugiego (otwieram szybko, by wiedzieć, co czeka tę drugą), a mam dwie przez błąd w zamówieniu. Możecie się więc domyślać, ileż to znaków zapytania stało przy tej degustacji.


Zotter Gold Sprouts in a Nougat Bed to ciemna czekolada mleczna o zawartości 60 % z nugatem z orzechów laskowych i nugatem z orzechów makadamia z prażonymi kiełkami prosa (złotego i brązowego).

Nugat z orzechów laskowych to 23 %, a makadamia - 27 %. Niby różnica niewielka, ale mnie ucieszyła, chociaż sama nawet nie wiem dlaczego (może bo laskowce są wyrazistsze i bałam się, że wszystko tu zdominują?).

Po rozchyleniu papierka poczułam bardzo, bardzo silny zapach mocno słonych orzechów w towarzystwie mocy kakao, jedynie odrobinkę uładzonego przez obecność mleka. Z czasem wyróżniłam też pewną roślinną wytrawność i zaczęłam się zastanawiać, czy ona też nie przekłada się po części na słoną nutę.

Przełamałam czekoladę. Okazała się przy tym dość twarda, warstwa samej czekolady była w końcu naprawdę solidnie gruba, ale i taka krusząca się, "odpryskująca", co zawdzięcza dużej ilości kiełków w postaci kuleczek i tych takich "skorupek". 

Gdy kawałeczek tabliczki rozdzieliłam na warstwy, uznałam, że wszystko oddzielnie traci swój wyraz i nie jest zbyt warte uwagi. Bardzo smakowicie jest dopiero przegryzać się przez całość, paradoksalnie można wtedy poczuć więcej niuansów (jedno z drugim się podkreśla).

Już sama wyrazista, głęboko kakaowa i wciąż przyjemnie mleczna, słodkawa, czekolada wydawała się skrywać orzechową nutę, tylko przyspieszając przebijanie się orzechów laskowych.
Wraz z nimi pojawiał się silny smak soli. W pewnym momencie zrobiło się po prostu słono, co naprawdę mnie zaskoczyło.

Orzechowy smak zaczął się rozwijać, otoczyło go mleko, a charakter zmienił się na bardziej słodki, maślany.
To był moment, w którym na scenę zaczynało wkraczać nadzienie. Obie warstwy są bardzo tłuste, ale nie jest to tłustość obrzydliwa, a taka orzechowo-śmietankowa. 
Orzechy laskowe najsilniejsze były w duecie z kakao, a kiedy ta nuta zaczynała słabnąć, dominowały orzechy makadamia, z których to nugat wydał mi się nieco bardziej maślany, słodszy i wyraziście mleczny, choć też orzechowo-charakterny.
Przejście z jednego do drugiego było ciekawe, bo parę razy zabłysnęły tu przyprawy, a więc ciężkawy kardamon i kolendra. Nasilały się też przy kiełkach, rewelacyjnie je podkreśliły, chociaż nie były wyczuwalne jako same w sobie, a takie "podkreślenie". Wydaje mi się, że były umieszczone głównie w laskowej części, a mimo to ich smak pojawiał się dopiero przy tym, jak makadamia zaczynały zawłaszczać sobie scenę.

W międzyczasie na języku pojawiały się też kiełki, jak się później okazało, chrupiące tak mocno, że wydawało mi się iż strzelają. Wyjątkowo mocno prażone, przy rozgryzaniu roztaczały wręcz palony, gorzki smak, odrobinę kojarzący się z sezamem. Oprócz tego smakowały dość wyraźnie kiełkowo.
Świetnie wpasowało się to to w orzechy i zaskakującą ilość soli. 

Właśnie ta goryczka, sól i znów wzmocniona moc kakao zamykały kompozycję.

Takie mocne chrupacze w tłustym nadzieniu wyszły bardzo fajnie - i mówię to ja, przeciwniczka małych, twardych chrupaczy i tłustych nadzień. Tu po prostu wszystko do siebie pasowało i mam wrażenie, że Zotter przeszedł sam siebie w doborze proporcji.
Wyraziste kakao i orzechy, fakt, że laskowce nie zdominowały łagodniejszych makadamia, bardzo przyjemna ilość soli, to, że mimo dwóch nugatów ani przez chwilę nie było za słodko, i wreszcie same kiełki, które autentycznie tu czułam, a nie jak np. poszczególne owoce w Zotter Verjuice Green Grapes

Od siebie mam tylko jedną uwagę: po zjedzeniu czekolady przeżywałam koszmar. Te "skorupki" kiełków straszliwie poprzyklejały mi się w gardle i powłaziły między zęby. Może tylko ja mam z tym problem, ale dla mnie to wielki minus (normalnie jedząc kiełki jakoś nie mam tego problemu). Była jednak tak smaczna i ciekawa, że pomimo dyskomfortu po jedzeniu, cieszę się z tej drugiej, nadprogramowej, tabliczki.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, orzechy makadamia, śmietanka z mleka w proszku, kiełki złotego prosa, słodka serwatka w proszku, kiełki brązowego prosa, masło, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, sól, wanilia, cynamon, ziarno tonka, kardamon, kolendra

piątek, 2 grudnia 2016

lody Haagen-Dazs Chocolate Salted Caramel

Nigdy nie pomyślałabym, że będę mogła pisać recenzję takich lodów nie ruszając się z Polski, a jedynie przyjeżdżając do Taty do Krakowa. Gdy zobaczyłam ten smak... dobra, nie przedłużajmy, do rzeczy.

Haagen-Dazs Chocolate Salted Caramel to czekoladowe lody z solonym karmelem (10%) i kawałkami solonego karmelu (8%). Takie pudło ma 500 ml / 430 g.

Po otwarciu pudełka poczułam głównie czekoladowy zapach dobrych jakościowo lodów z akcentem głębokiego, słonego karmelu.
Gęsta lodowa masa miała intensywny kolor, była solidna i przyjemnie tłustawa, kremowa. Topiła się wolno, choć dość szybko jak na Haageny, co było pewnie spowodowaną dużą ilością lejącego, choć gęstawego, sosu rozmieszczonego po całym pudle. Całkiem sporo było też chrupiących kawałków karmelu przypominających ciasteczka pod względem konsystencji.

W smaku lody okazały się głęboko kakaowe, wyraziste ze smaczkiem takiego pełnego, nieodtłuszczonego; dobrze czułam, że zostały zrobione na śmietance, ale że cukru też nie pożałowali, bo słodycz wzrastałam w trakcie jedzenia. Biorąc pod uwagę dodatek karmelu (nawet solonego) odebrałam ją jako nieco za silną.

Wspominany już karmel bardziej smakował mi w postaci tego nieco lejącego, klejącego sosu. Był co prawda straszliwie słodki, ale zarazem tak słony, że wręcz sprawiający wrażenie kwaskowatego, może palonego. Wydał mi się przepyszny, mimo że nieco zasładzający.

Kawałki solonego karmelu, czyli te "brittle" można było chrupać, ale w sumie też rozpuszczały się. Nie były zębozaklejające ani zbyt twarde, chociaż i tak coś mi w nich nie grało. Oprócz słodyczy, akcentu śmietanki i soli czułam w nich jeszcze posmak "czegoś",  który co prawda był łatwy do przeoczenia, ale jednak był. Były ewidentnie "podpalane", ale nie jakoś wyjątkowo palone.

Ogółem te lody bardzo mi smakowały, chociaż nie jest to jeden z najlepszych smaków Haagenów. W sosie karmelowym idzie się zakochać, ale całość wydaje się już odrobinę za słodka, a do brittle karmelowego niepotrzebnie nawpychali co nieco, co też znalazło odzwierciedlenie w smaku. 
Nie zrozumcie mnie źle, to wciąż pyszne lody, ale czepiam się najdrobniejszych szczegółów, bo jednak w tej cenie wszystko powinno być dopięte na ostatni guzik.

ocena: 8.5/10
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: 23,99 zł
kaloryczność: 286 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: świeża śmietana, mleko zagęszczone odtłuszczone, cukier, kakao w proszku (5%), żółtko jaja, masło, syrop glukozowy, olej kokosowy, lecytyna słonecznikowa, sól, środek żelujący: pektyna, naturalny aromat waniliowy

czwartek, 1 grudnia 2016

Rozsavolgyi Csokolade Trincheras 95 % ciemna z Wenezueli

Rózsavölgyi Csokoládé, węgierska manufaktura robiąca czekolady bean-to-bar nie wzbudziła we mnie zbyt wielkiego entuzjazmu przy okazji pierwszego spotkania - Rozsavolgyi Csokolade 73 % Olive & Bread. Dodatki mnie zawiodły, ale sama czekolada wydała się bardzo smaczna. Nie ma chyba nic dziwnego w tym, że po czystą i to z tak wysoką zawartością, sięgnęłam o wiele chętniej.

Rozsavolgyi Csokolade Trincheras 95 % to ciemna czekolada o zawartości 95 % kakao pochodzącego z Wenezueli ze stanu Carabobo z regionu Las Trincheras.


Z tekturki wyjęłam małą tabliczkę zapakowaną w papierek. Wyglądało to skromnie; tylko czerwona naklejka z dziwacznym logo przyciągała wzrok. Po rozchyleniu i tego, zobaczyłam bardzo ciemną, ale wciąż wyraźnie brązową tabliczkę. Jeszcze się nie zdecydowałam, czy podoba mi się jej wygląd, bo ten kapelusz kojarzy się raczej z latającym spodkiem, niż czymś eleganckim.

Nie pomogło też to, że trafiła do mnie połamana (osoba, za której pośrednictwem ją kupiłam nie dba o czekolady).

Pozytywnie nastawił mnie dopiero zapach. Przypominał mi maksymalnie podkręconą wersję Domori o nutach drzew, asfaltu i dużej ilości ziemi z przyprawionym akcentem konfitury wiśniowej.

Łamiąc i gryząc odebrałam czekoladę jako chrupką, może nawet wręcz kruchą, mimo że w ustach szybko stawała się miękkawa, nieco sucho-zalepiająca. Było w niej jednak też coś przyjemnie kremowego.

W pierwszej chwili wydała mi się odrobinę kwaskowata na niemal asfaltowy, ciężki sposób. Szybko jednak nieco złagodniała, a minimalny kwasek zaczął rozpływać się i przechodzić w bardziej gorzkawą sferę. Dało to efekt raczej suchych, prawie zupełnie niesoczystych, grejpfrutów.

Z każdą kolejną chwilą miałam silniejsze wrażenie, że coraz bardziej zapadam się w czekoladową głębię. Wyłonił się z niej mokry, czekoladowy zakalec z nutą karmelu. Była taka podpalana, kwaskowata, chociaż cała czekolada nie wydała mi się zbyt mocno prażona. Mimo to, smaki były naprawdę intensywne.
Już po paru sekundach, przy tych zakalcu, przenikając z niego do kwasków, wychyliły się cierpkie wiśnie o mocnym smaku. W ich towarzystwie pojawiły się także intensywne przyprawy, co natychmiast skojarzyło mi się z piernikiem z konfiturowo-owocową warstwą. Czułam tu głównie ciężkawy pieprz, który podkręcił asflatowo-ziemistą nutę.

Pod koniec zrobiło się trochę bardziej słodko. Karmel z ciasta złagodził to wszystko, owocowość zniknęła.
Gdy kawałek znikał, pozostawałam z cudownym, wciąż wyrazistym, posmakiem i obrazem asfaltu tylko co rozlanego na ciemnej ziemi.

Czekolada okazała się bardzo intensywna, wyrazista. W jej smaku było jednak coś tak nieodgadnionego, że równie dobrze mogła to być łagodna 100 %, albo mocna 75 % - dziwne to trochę było. Asfaltowo-grejpfrutowa i wyraziście pieprzno-czekoladowa tabliczka trafiła w sam środek moich oczekiwań, będąc jakby połączeniem ambicji Domori i mocy niektórych Pralusów. Nuta wiśni, przypraw skojarzyła mi się właśnie z Pralusem z Wenezueli, ale ciepły charakter podsuwał na myśl, także z Wenezueli, Domori Sur del Lago Venezuela 70 %.
Bardzo mi smakowała, jednak przez te podobieństwa, mając dostęp do Domori i Pralusa, nie mam zamiaru uganiać się za drogimi czekoladami Rózsavölgyi Csokoládé. Ta była pyszna, ale nie niezastąpiona.


ocena: 10/10
kupiłam: Amazon (za pośrednictwem pewnej osoby z USA)
cena: 12.99 $
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz  kakaowy, organiczny cukier trzcinowy