niedziela, 28 sierpnia 2016

Rapunzel Cocos biała z wiórkami kokosowymi i wanilią

Pewnie często to czytacie i już Wam się nudzi, ale zaczynam naprawdę czuć się przytłoczona białymi czekoladami. Nie chodzi o to, że mam ich jakoś wyjątkowo strasznie dużo, ale mają akurat zbliżające się terminy, co mnie stresuje, a w głowie włącza mi się przymus jedzenia. Strasznie? Po części, z drugiej jednak strony, jak dodatki tylko zachęcają do otwierania...


Rapunzel Cocos to biała czekolada z wiórkami kokosowymi i wanilią ważąca 100 g, w której kokos to 9 %, a mleko - całe 25 %. 

Rapunzel Naturkost to niemiecki koncern od ekologicznej żywności fair trade. W swojej ofercie mają multum rzeczy: od makaronów po czekolady.
Może nie ma wanilii w tytule czekolady, ale ważne, że jest w składzie, a zastosowany w tej czekoladzie cukier to  wyrabiany przez Rapunzel Cristallino - jest on wytwarzany poprzez wyciśnięcie soku z trzciny cukrowej, apotem koncentrowany i oczyszczany, następnie zaś mieszany z kryształkami cukru trzcinowego, co rzekomo przekłada się na łagodniejszy smak. A jak to się na smak przełożyło... zapraszam do recenzji.

Już po naderwaniu opakowania czułam, że ta biała czekolada pokaże mi, co potrafi biel. 
Poczułam tu mocno mleczny bazowy zapach, na którym bezproblemowo i w pełni klasy łączyła się słodycz wanilii z kokosem. 

Wyjęłam tabliczkę upstrzoną czarnymi kropeczkami, w której spod lekko żółtawego koloru przebijał się ogrom wiórek. Dziwny podział na faliste kostki niespecjalnie mi się podobał, ale przez to, że miałam wrażenie, że czekolada lada moment zacznie topić mi się w rękach, szybko spróbowałam.

W ustach zaczęła rozpływać się od razu, ale w wolnym tempie. Okazała się tłusto-kremowa, jednak cały czas kostki zachowywały swój kształt, odsłaniając tylko powoli chrzęszczące, mocno wysuszone wiórki, które z czasem zdawały nabierać się pewnej soczystości.

W smaku najpierw uderzyła moc naturalnego, wyrazistego mleka i wanilii. Moje zmysły rejestrowały smak wanilii samej w sobie, a dopiero potem całość była zalewana przez narastającą słodycz. W niej także wzmacniało się mleko, tłusta śmietanka, co w końcu przekładało się na śmietankowo-maślaną krówkę. Taki bardzo, bardzo słodki, minimalnie krówkowy motyw. 
To wszystko działo się bardzo szybko i już po paru pierwszych sekundach dobiegał mnie smak kokosa, co przy tej ilości mleka kojarzyło się z mleczkiem kokosowym, a potem... język trafiał na wiórki, które zaczynały odznaczać się także w smaku.
Kokos był wyrazisty, chociaż waniliowa słodycz trochę go wyprzedzała. Przypisuję to naturalności, bo nie zastosowano żadnych aromatów, więc kokos jest tu postawiony "solo" kontra cała słodycz. 
Wiórek nie pożałowano, jednak i tak w pewnym momencie robi się już za słodko. Słowo "cukrowo" nie przeszło mi co prawda nawet przez myśl, ale nawet tej smakowitej słodyczy mogłoby być mniej.


ocena: 9/10
kupiłam: jakiś eko sklep
cena: 6.99 zł
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier trzcinowy Cristallino, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku (25%), kokos (9%), lecytyna sojowa, wanilia bourbońska

sobota, 27 sierpnia 2016

Zotter Labooko Colombia 75 % ciemna z Kolumbii

W recenzji Domori Teyuna Colombia 70 % wspomniałam o Zotterze, więc pewnie spodziewaliście się tej recenzji. Osobiście byłam strasznie zainteresowana tą czekoladą, ale nie tylko z powodu możliwości porównania czy też pochodzenia kakao (to miała być dopiero moja druga czekolada stamtąd). Ciekawy jest projekt, dzięki któremu powstała. Nazywa się "Kakao zamiast kokainy" i umożliwia kolumbijskim farmerom legalną działalność zarobkową bez zależności od mafii kokainowej.United Nations Office on Drugs and Crime i rządy Kolumbii i Austrii właśnie w ramach tego projektu umożliwiły Zotterowi współpracę z częścią z 234 rodzin z okolic miasta Acandi, czyli najbiedniejszych rejonów północno-zachodniej Kolumbii, które uprawiają kakao według zasad fair trade. Dzięki temu powstała pierwsza czekolada z tego projektu:

Zotter Labooko Colombia 75 %, czyli ciemna czekolada o zawartości 75 % pochodzącego z Kolumbii z okolic miasta Acandi.
Czas jej konszowania wynosił 20 godzin.

Gdy tylko rozchyliłam złoty papierek, poczułam bardzo delikatny, ale wyraźnie gorzkoczekoladowy zapach. Przewijały się tu motywy drzewno-miodowe ze zdecydowanie palonym akcentem. Kiedy pierwsze nuty rozeszły się po pokoju, zrobiło się o wiele bardziej kwiatowo (choć wciąż z sugestią czegoś gorzkiego), a wśród kwiatów wychwyciłam coś, co skojarzyło mi się z pomarańczową gumą rozpuszczalną.

Tabliczka miała intensywnie brązowy kolor, znacznie ciemniejszy od Domori i zarazem chłodniejszy od niej. To pierwsze trochę mnie zdziwiło, bo w pamięci miałam zdjęcia z bloga Basi, na których czekolada wyglądała zupełnie inaczej.
Przełamałam. Czekolada trzasnęła naprawdę bardzo głośno, a kawałek wreszcie wylądował w ustach.

Szybko zaczął się rozpuszczać w bardzo kremowy, gładki sposób, który jednak ani trochę nie zalepiał. Co więcej, natknęłam się tu na pewną oporną suchość (w Domori też było coś opornego), która poniekąd przekładała się też na smak. Całość tego zjawiska świetnie nazwała Basia: "kontrast pseudosuchości z niby-soczystością" - ja nic lepszego nie wymyślę.

Przejdźmy wreszcie do samego smaku.
Już od początku czułam goryczkę z lekką cierpkością.
Przejawiały się w niej drzewa i dość silnie palone nuty, co przełożyło się na wyrazisty smak dymu. Z niego właśnie wyłaniała się nieoczywista słodycz. W pierwszym momencie zaklasyfikowałabym ją do karmelowego gatunku, ale po chwili przyszła nutka wanilii, zrobiło się bardziej kwiatowo.
Kwiaty z zapachu znalazły odzwierciedlenie w smaku i ukazały się, podkreślone przez szczyptę przypraw. Jestem prawie pewna, że poczułam smak goździków.

Sprecyzowanie wydźwięku słodyczy skomplikowało się jeszcze bardziej, gdy do głównej dymnej nuty doszły owoce. Podobnie jak słodycz, były dość nieoczywiste, pojawiały się i znikały. Początkowo w ogóle je pomijałam, dopiero po około 1/3 tabliczki zaczęłam bardziej zwracać na nie uwagę - a przecież były dość wyraźne! Pierwszym owocem, jakim wyczułam, była niezbyt dojrzała gruszka, a potem dominowały cytrusy. Najbardziej wyeksponowany wydał mi się smak dżemu pomarańczowego, ale z kolei grejpfrut... dziwnie wgryzał się w gorzką nutę dymu i drzew. Był taki kwaskowaty, ale z przewagą gorzkości i napędzał poczucie soczystości.

Przy końcu rozpuszczania się kawałka poczułam orzechy ze słonawą nutką oraz orzech kokosowy. Słodycz przeszła tu niemal w mglisty posmak, mignął mi jakiś wędzony owoc (?), a czekolada zniknęła.
Posmak po niej pozostał jeszcze długo i był głównie słodki. Miał lekko ściągający efekt kojarzący się z cytrusami, ale na smak to się specjalnie nie przełożyło.

Ta czekolada jest delikatna, ale zarazem wyrazista smakowo. Dominuje tu palona, wręcz dymna, nuta, motyw drzew (chociaż nie tak charakterystyczny jak w Domori) oraz kwiaty, które zwłaszcza w zapachu odgrywają ogromną rolę. Owoce (dżem pomarańczowy, grejpfrut) i kokosowa końcówka nadają tu dynamiki. Zwróciłam uwagę na to, że w jednej i drugiej jest dość nieoczywista słodycz i akcent przypraw (chociaż innych).

Jakbym miała porównać ją do Domori, powiem tak: Domori jest głębsza, ale słodsza i prostsza (nuty nerkowców, miodu i niewiele więcej), a Zotter jest silniej prażony, ma więcej kakao (a wiec jest bardziej gorzki i ma kwaskowate nuty) i więcej w nim dynamiki. To dwie różne czekolady (wszakże pochodzą z nieco innych regionów Kolumbii) i nie umiem wybrać, którą wolę.
Dwie po prostu idealnie wpasowały się w czas, bo sięgając po Domori byłam trochę zaspana i miałam ochotę na coś arcypysznego, ale prostego - bez ogromu nut smakowych, a w dzień degustacji Zottera byłam żądna wrażeń i odkrywania smaczków i posmaczków. Grunt to wiedzieć, po którą kiedy sięgnąć. ;)


ocena: 9.5/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 627 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: masa kakaowa, tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, sól

piątek, 26 sierpnia 2016

Domori Teyuna Colombia 70 % ciemna z Kolumbii

Teyuna, czyli Ciudad Perdida, to tajemnicze "zaginione" miasto ukryte w porośniętych dżunglą górach Sierra Nevada. Słuchy o nich zaczęły dochodzić do świata jakoś w latach 70., a obecnie istnieją szlaki do niego prowadzące. Nic dziwnego, piękne miasto z 800 r. otoczone bogatą przyrodą kusi i przyciąga, podobnie zresztą jak dzisiaj opisywana czekolada, której posiadałam aż 54,7g, bo miałam i tabliczkę, i neapolitankę.

Domori Teyuna Colombia 70 % to ciemna czekolada z zawartością 70 % kakao trinitario z Kolumbii właśnie z okolic miasta Teyuna.

Od razu po otwarciu eleganckiej złotej folii poczułam charakterystyczne dla Domori ciepłe, drzewne nuty, jednak tym razem były zakryte silnym palonym motywem i niezbyt narzucającą się, ale wyraźną, słodyczą miodu i suszonych owoców. Nie był to jednak czysty miód jak w przypadku OB Beni Wild Harvest 66 % z Boliwii, a bardziej kojarzący się ze smakiem Domori z Madagaskaru.

Zapach był głęboki, ale nie wyjątkowo bogaty, raczej prosty. Podobnie z wyglądem tabliczki - brąz był ładny, intensywny i ciemny, ale do wyjątkowych odcieni bym go nie zaliczyła.
Przy łamaniu czekolada okazała się bardzo twarda, ale w końcu rozległ się głośny trzask, a ja zrobiłam pierwszy kęs.

Kawałek jak zwykle rozpuszczał się w gładki, kremowy sposób, ale tu zwróciłam uwagę na kontrast pomiędzy początkową twardością, a miękkością, do której czekolada zmierzała, zmieniając się w przyjemne bagienko kojarzące mi się z gęstą masą kajmakową, w którym coś jakby hamowało tę gładkość (przy smaku orzechów skojarzyło mi się to z miazgą z nich, ale to jedynie skojarzenie).

Pierwsza przybyła słodycz - nie chamska, ale dość silna. Gorzkość także pojawiła się szybko, jakby nie chciała być gorsza i uplasowała się na odpowiednim poziomie. Oba smaki były bardzo wyrównane, ale czekolada sprawiała wrażenie raczej łagodnej i słodkiej.
Tutaj pojawiał się znacząco orzechowy smak. Zaskoczyła mnie jednoznaczność tego, bo wyraźnie dało się tu wyczuć, jakie to orzechy. Przede wszystkim podprażone, ale wciąż delikatne nerkowce - naturalnie maślane i słodkawe oraz niepoddane obróbce orzechy laskowe, chociaż te były już raczej posmakiem, niż smakiem.

Tutaj konsystencja robiła się właśnie "kajmakowo-bagienkowata", a słodycz przybierała na sile i balansowała między miodem a karmelem.

Orzechy wydały mi się właśnie "zrobione" w miodzie... czy to skarmelizowane, czy po prostu nim oblane... W sumie ten smak (podobnie jak zapach) nie był taki czysto miodowy, więc doznałam olśnienia. Czułam tu syrop, coś jak klonowy tylko, że bardziej suszono owocowy. Nie wiem, jak smakuje syrop daktylowy, ale wyobrażam go sobie właśnie tak.

Jak już przyszło to skojarzenie, to ta słodko owocowa (ale jedynie suszona) nuta nasiliła się. O tak, daktyle i rodzynki - czułam je bardzo wyraźnie. Za nimi, w tle, ukrywały się przyprawy. Im kawałek czekolady stawał się mniejszy, tym nasilał się ewidentnie pikantnie cynamonowy smak, wychodzący z cały czas obecnych (choć trochę przytłumionych) drzewnych nut.

Dosłownie na zakończenie mignął mi jakiś owocowy dżem (brzoskwiniowy albo morelowy, a Basia wyczuła tu także truskawkowy, który mi umknął), a potem nadszedł wyraźny smak kawy z sosem czekoladowym.

Na koniec w ustach został posmak właśnie takiego słodkiego sosu oraz lekko ściągający posmak owoców.

Ta czekolada jest chyba najprostszą dotychczas próbowaną Domori single-origin. Smaki są tu bardzo jednoznaczne i słodko-delikatne. Mamy tu głównie orzechy nerkowca w miodowo-karmelowych klimatach, co w końcu kojarzy się z syropem klonowym / daktylowym, a potem samymi daktylami i rodzynkami z sugestią kawy. Właściwie nie ma tu kwasku, a mimo głównie słodkich klimatów gorzkość nie zanika.
Do głowy przyszło mi, że jest po prostu bardzo czekoladowa i idealna na dzień, w którym ma się ochotę na coś łagodniejszego, bez zaskakujących zwrotów akcji, a wciąż głębokiego i pysznego.

Jestem ciekawa, jak odbiorę Zottera z Kolumbii. Czy będzie równie delikatny, mimo większej zawartości kakao?


ocena: 9.5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 16,15 zł (zniżka <3) za 50 g
kaloryczność: 561,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy

środa, 24 sierpnia 2016

Akesson's 75 % Forastero Brazil Fazenda Sempre Allegre ciemna z Brazylii

Kojarzycie może brazylijskiego Pralusa? Dotąd była to jedyna próbowana przeze mnie czekolada z kakao z Brazylii i muszę przyznać, że kupiła mnie tym jak prosta i mocno czekoladowa się okazała. Pewnie ciężko jest sobie wyobrazić, jak bardzo byłam podekscytowana, gdy wreszcie zdarzyła się okazja porównania jej z inną czekoladą stamtąd, w dodatku firmy, która (tak jak Pralus, chociaż zajmuje tam jeszcze mocniejszą pozycję) znajduję się w liście moich ulubionych.

W 2009 Akesson kupił wraz z Brazylijczykiem Dr. Angelo Calmon de Sa plantację Fazenda Sempre Firme w stanie Bahia w Brazylii. Jest tam niezwykła różnorodność biologiczna, a tradycyjne kakao forastero może tam sobie spokojnie rosnąć, co oczywiście przełożyło się na jakość ziaren. Stamtego regionu są nazywane "parasinho".

Akesson's 75 % Forastero Brazil Fazenda Sempre Allegre to ciemna czekolada z zawartością 75 % kakao gatunku forastero pochodzącego z Brazylii z plantacji Fazenda Sempre Allegre.

Z jak zwykle skromnej, czarnej tekturki bogato obsypanej orderami informacjami o zdobytych nagrodach, wydobyłam piękną kwadratową tabliczkę o głębokim kolorze. 

Rozerwałam folię i... Akesson's znów poraził mnie boskim zapachem. 
Początkowo skojarzył mi się z kwiatowym likierem, a potem z kwitnącymi drzewami. Wydało mi się, że czuję goździki i orzeźwiający anyżowy motyw, ale próbując się upewnić i przystawiając nos do samej tabliczki, jej aromat skojarzył mi się ciepłymi plackami z cukrem pudrem, jakie jadłam w dzieciństwie. W tle cały czas ważną rolę odgrywały kwiaty. Wraz z tym, jak zapach powoli rozchodził się po pomieszczeniu, coraz silniej czułam nutę drewna, wyraźnie paloną. Po paru chwilach przeszło to w niezwykle wyrazisty zapach czarnej herbaty. On już pozostał ze mną do końca degustacji.

Tabliczka chrupnęła, kawałek znalazł się w moich ustach i zaczął rozpuszczać się w aksamitnie kremowy sposób.

Najpierw poczułam lekką cierpkość, a potem popłynęła kontynuacja zapachu, głównie herbaty. 
Zaraz wyłoniła się palona nuta z charakterystycznym kwaskiem. Wydaje mi się, że smakowało to jak nieco zbyt długo prażone ziarna kawy, ale kwasek zaraz zaczął zmieniać się w taki o wiele bardziej soczysty, owocowy.
W tym czasie pojawiła się także nuta suchych drzew, jednak charakter czekolady i tak był niemal wilgotny. Były to bowiem stare drzewa, leżące w wilgotnej i zaciemnionej ściółce. Miałam mały problem ze sprecyzowaniem tej nuty, ale myślę, że jej smak dobrze odda określenie jej jako mokrej trawy albo... wysysanej torebki z czarną herbatą w takich trawiasto-fusiastych nutach.

Wcześniej wspomniana owocowa nuta zaczęła odsłaniać słodycz. Ta także była owocowa, czułam tu soczyste rodzynki. Oprócz nich pojawiały się tu brzoskwinie czy nektarynki i jakby coś jeszcze, także słodko-kwaskowatego, ale również smakowitego. (Na opakowaniu jest informacja, że czuć tu nuty owocu pitanga rosnącego w regionie, ale nie mam pojęcia, czy to ta nuta.)
Zarówno słodycz, jak i ich kwasek, wydały mi się nieco stłumione przez dymne nuty.

Właśnie ten smak dymu zaczynał dominować, gdy kawałek niemal zupełnie znikał. Na koniec zostawał posmak dymu i znów powracał zdecydowany, herbaciany motyw (obecny właściwie prawie cały czas, ale w o wiele mniejszym natężeniu).

Kiedy ostatni kawałek zniknął zupełnie, z posmakiem czekolady pozostałam na bardzo długo. Najpierw było dość słodko, potem nadeszła palona nutka z lekko ściągającym efektem, by potem zniknąć zupełnie i pozostawić osamotnioną gorzkawość.

Ta czekolada była bardzo wyrównana jeśli chodzi o gorzkość i słodycz, jednak nie odebrałam jej jako specjalnie słodkiej. Ta była nieco zadymiona. Wyraźne są tu owoce, ale właściwie... specjalnie owocowa ta czekolada też nie była. Najbardziej zapadły mi w pamięć dymno-trawiaste nuty i wyrazisty smak mocnej, czarnej herbaty. Właśnie nimi mnie zdobyła i przyznam, że spodobało mi się pierwsze wrażenie wywołane zapachem, czyli nutka likieru (i potem herbata).

Mimo dużego podobieństwa (zawartość kakao, pochodzenie oraz jego typ - forastero), Akesson's jest zupełnie inna niż Pralus Bresil Forastero 75 %. Prażono kawowe nuty, czy lekkie ściąganie się co prawda powtarzają, jednak w przypadku dziś opisywanej, schodzą na dalszy plan.  Herbata jest dość charakterystyczna w obu przypadkach, ale czekolada Pralusa jest prostsza, choć zarazem bardziej owocowa. 


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25 zł (za ok. 60g)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy znów kupię: z chęcią bym do niej wróciła

Skład: kakao (min. 75 %), cukier trzcinowy, czysty tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

wtorek, 23 sierpnia 2016

Zotter Labooko Milk Chocolate "dark style" 70 % ciemna mleczna bez cukru

Większość ludzie nie zaangażowanych tak w temat słodyczy najprawdopodobniej bardzo szybko odpowie na pytanie, jaką czekoladę najbardziej lubi. Ja na to pytanie mogę odpowiedzieć tylko "dobrą", bo oczywiste jest, że wolę dobrą białą, niż kiepską ciemną. A jak niby porównać białą do ciemnej? Skoro danego dnia mam ochotę na coś bardzo słodkiego, a innego na mocne gorzko-kwasowe nuty... I jak tu odpowiedzieć? Chociaż białe to jeszcze... bo prawie zawsze są u mnie na nieco przegranej pozycji, ale np. ciemne mleczne czy ciemne? O rany... Kocham jedne i drugie, a że ostatnio wszystko wydaje mi się jakieś za słodkie, uznałam, że ta czekolada została stworzona z myślą o mnie.

Zotter Labooko Milk Chocolate "dark style" 70 % to ciemna czekolada mleczna o zawartości 70 % kakao bez dodatku cukru.
Jedynymi słodzidłami, jakie zawiera są wanilia i laktoza zawarta w mleku.

Od razu po rozchyleniu sreberka poczułam mocno mleczny zapach w towarzystwie silnego kakao. Między nimi plątały się nutki charakterystyczne zarówno dla ciemnych, jak i mlecznych tabliczek. Jeśli o te pierwsze chodzi, wychwyciłam akcent kawy i pomarańczy, a przez moment pomyślałam nawet o różach, z kolei z mleka wyłaniała się wanilia i akcent słonawo-serowy. 

Tabliczka miała tak ciemny kolor, że do złudzenia przypomina inne czekolady o wysokiej zawartości kakao. Ma ładne, fioletowawe przebłyski i niesamowitą intensywność. Przełamałam, rozległ się głośny trzask, a kawałek wylądował w moich ustach.

Czekolada rozpuszczała się kremowo, ale klejąco i trochę opornie, a z początku minimalnie proszkowo, co potem wolno zmieniało się w lepką, mulistą masę.

W pierwszej chwili uderzyła mnie cierpkość i wręcz kwasowość. Nie, żeby były straszliwie silne, po prostu jakoś mnie wzięły z zaskoczenia. Bardzo szybko złagodniały, a przy następnych kęsach już ich aż tak wyraźnie nie odnotowałam. 
Wspomniana kwasowość była w dużej mierze cytrusowa, soczysta. Najpierw czułam cytryny (i sok, i skórki), a potem przeszło to w bardziej słodkawe pomarańcze i goryczkowate grejpfruty. Te już utworzyły przejście do czerwonych owoców, wśród których udało mi się wychwycić dojrzałe truskawki.

Intensywność kakao zachwyciła mnie. Była porządniejsza niż w niejednej ciemnej 70 %, miała cudownie prażono-kawowy wydźwięk i raczyła swoją gorzkawością przez cały czas jedzenia. 

Najciekawsze jest to, że ta moc kakao ani trochę nie zakłócała poczucia błogości wywołanego przez ogrom pełnego, tłustego mleka, którego smak zrównywał się z ciemną czekoladą i momentami nawet odciągał trochę od niej uwagę. A robił to bardzo podstępnie, bo z prażonej nuty wychylał się akcent soli, który przybierając na sile, wzmacniał wrażenie produktu bardzo naturalnego. W ogóle wydawało mi się, że jedno wypływa drugiego (tutaj kojarzy mi się bardzo śmietankowy Morin Sao Tome 63 %, który jednak mleka w składzie nie miał).
W pewnym momencie nagle czułam świeże naturalne mleko prosto od krowy z jego specyficzną słonawością i... zaskakująco (jak na mleko samo w sobie) słodyczą. Od dziecka nie mogłam pojąć, dlaczego Babcia chciała sypać mi cukru do mleka: "przecież ono już jest słodkie". Istotnie. Naturalne mleko ma takie słodkawe zabarwienie, co w tej czekoladzie wyraźnie czuć (jak ja dawno nie piłam samego mleka). 

Ten wyrazisty smak mleka-śmietanki w swojej słodkawości zaczynał przemycać też odrobinę wanilii, a ta z kolei w subtelny sposób zamykała kompozycję, gdyż koniec był bardzo słodki (jak na 70tkę bez cukru) w wielkim, waniliowo-śmietankowym (właśnie w tej kolejności) stylu.

Nie wiem, czy oceniać tę czekoladę jako ciemną, czy mleczną, ale wiem jedno - nie ma to większego znaczenia. Jest po prostu przepyszna i bardzo intensywna, zarówno jeśli chodzi o stronę śmietankowo-mleczną, jak i tą zdecydowanie kakaową. 


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 65g)
kaloryczność: 618 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: masa kakaowa, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, wanilia, sól

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Domori Goat's Milk (Cioccolato al latte di Capra) Cacao Criollo mleczna 45 % z kozim mlekiem

Uwielbiam kozie mleko i wszystko, co z nim związane, więc czekolady z jego dodatkiem darzę miłością podwójną. Niestety nie są one zbyt popularne, zwłaszcza w Polsce, toteż na moim blogu zbyt wiele ich nie znajdziecie. Właściwie jedynymi próbowanymi dotychczas były Zotter Labooko 64 % Goat's Milk z zawartością 12 % mleka koziego oraz Askinosie Dark 62 % Goat Milk + Fleur de Sel, w której mleka było jeszcze mniej - mniej niż 8 %. Wreszcie przyszła pora dołączenia do tego tabliczki firmy, która nieustannie zachwyca mnie swoim bogactwem smaków w ciemnych czekoladach.

Domori Goat's Milk Chocolate (Cioccolato al latte di Capra) Cacao Criollo 45 % to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao gatunku criollo z kozim mlekiem, którego w tabliczce jest aż 22 %.

Gdy ze skromnego i pięknego opakowania wyjęłam, a następnie rozcięłam złoty papierek, poczułam przecudną woń, a właściwie dwie splatające się ze sobą. Z jednej strony zaznaczał się orzechowy akcent kakao, a z drugiej płynęła moc naturalnego mleka, ewidentnie koziego, z jego specyficzną słonawo-kwaskowatą nutką. Mimo wszystko była to kompozycja niewątpliwie słodka.

Kolor czekolady był intensywny, ze zdrowym przebłyskiem, ale oczywiście jasny, choć bardziej brązowy niż "rudawy" jak w przypadku innych mlecznych Domori.

Łamiąc tabliczkę odkryłam, że jest dość delikatna i tłusta, lecz mimo to chrupnęła całkiem przyzwoicie jak na mleczną. Gdy tylko pierwszy kawałek znalazł się w ustach, zaczął rozpływać się aksamitnie. Wydawało mi się, że jem jedną z delikatniejszych czekolad, jakie jadłam, gdy tak powoli przeistaczała się w tłusto-miękki krem, zalepiając usta.

Jako pierwszy dotarł do mnie smak kakao oraz subtelna słodycz. Powtórzyła się tu nuta orzechów z zapachu, tym razem były to wyraźnie orzechy laskowe, takie minimalnie podprażone, że aż prawie wcale.
Gdy słodycz zaczynała się nakręcać, niczym szpilka, w kakao wbiła się kozia nuta. Opłynęła orzechy i słodycz, ukazała swoją pełną moc z minimalnie słoną nutką. Wydała mi się w pełni naturalna i taka... po prostu mleczna. Dosłownie jak mleko prosto od kozy! Bardzo tłuste, ale mające takie być. 
Smak koziego mleka prawie zupełnie zakrył "orzechowe" kakao, za to zaczęły nasilać się przy nim maślane nuty. Słodycz jakby wyczuła chwilę słabości mocnej, koziej nuty i roztoczyła nad wszystkim smak maślanego toffi. Gęstego, złotego, bardzo słodkiego toffi. 
Słonawa kozia nutka próbowała się ponad to przebić, jednak nie poszło jej tak łatwo, jak z kakao. Zbliżyła się jedynie do wyrównania nasilenia. 

Gdy kawałek czekolady już prawie znikał, kakao schodziło na bardzo daleki plan, dominowała słodycz maślanego toffi z wyraźnie zaznaczonym smakiem koziego mleka, którego jednak charakterek na parę sekund raz po raz znikała.

Na koniec w ustach pozostaje słodki posmak, przechodzący potem powoli w koziomleczną nutkę i takim lekko suchym efektem wywołanym przez kakao.

Musze przyznać, że naprawdę wyraźnie było czuć tu kozie mleko! Zachwyciłoby mnie to pewnie zupełnie, gdyby nie ta silna słodycz. To trochę paradoks, ale Zotter wydał mi się charakterniejszy i kozi na tym samym, albo i wyższym, poziomie (mimo zawartości mleka). Zakładam, że to zawartość kakao (Zotter 64 %, Domori 45 %) tak podkreśliła i wydobyła kozią nutę, bo silna słodycz ni jak mi do niej nie pasuje. To nie jest przesłodzona tabliczka, ale po prostu do koziego mleka pasuje mi wyższa zawartość kakao. Właściwie... prawie zawsze pasuje mi wyższa zawartość kakao.

Czekolady owcze tylko to potwierdzają, bo w ich przypadku z Zotterem Labooko Sheep's Milk (36 % kakao, 12 % mleka) zdecydowanie wygrywa Domori (45 % kakao, 22 % mleka). Taak, kakao zdecydowanie lepiej niż słodycz podkreśla wszelkie nuty.
Przynajmniej jest remis. ;)


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21,25 zł (za 25 g) - dostałam zniżkę od sklepu
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym do niej wrócić

Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko kozie (22%), masa kakaowa, lecytyna sojowa

niedziela, 21 sierpnia 2016

Zotter Strawberry + Pineapple and Pepper ciemna mleczna 60 % z kremem truskawkowym, ananasowym i z białej czekolady z pieprzem

Gdy coś się kończy, zawsze robi mi się trochę smutno. Tym razem mam tu na myśli chociażby wiosenno-letnie smaki Zottera, których na stronie nie widziałam już od miesiąca, a w mojej szufladzie zajmują coraz mniej miejsca. Na schyłek lata zostawiłam sobie obiecujące, "poważniejsze" tabliczki. Dzisiejszej bohaterce nie dałabym jednak rady opierać się ani dnia dłużej.


Zotter Strawberry + Pineapple and Pepper to mleczna czekolada o zawartości 60 % nadziewana kremem truskawkowym, ananasowym oraz z białej czekolady z pieprzem. 

Po rozchyleniu papierka zobaczyłam intensywnie brązową tabliczkę, której wygląd i zapach wskazywały na najwyższą klasę. Poczułam tu palony aromat ciemnej mlecznej czekolady, kojarzący mi się z dobrym piernikiem przez wyczuwalne przyprawy: cynamon i pieprz.
Oprócz tego znalazłam tu akcent soczystych owoców (oczywiście truskawek i ananasa) otoczonych waniliowo-śmietankową mgiełką.

Po przełamaniu czekolady zobaczyłam pastelowe kolory poszczególnych warstw, od których rozszedł się mocniejszy zapach właśnie ich, nie piernika. 

Przegryzając się przez czekoladę, najpierw mogłam rozkoszować się gorzką czekoladą z odrobiną naturalnego, tłustego mleka, o palonej, nieco karmelowej, słodyczy z akcentami kawy i piernika o dużej zawartości przypraw korzennych.
Oprócz cynamonu (którym Zotter lubi doprawiać czekolady) czułam tu pieprz, którym nasiąkła, ale który również bardzo szybko wydobywał się z białoczekoladowej warstwy. 
Od niej rozchodziła się subtelna słodycz wanilii (oraz pozostawała aż do samego końca jako nieco waniliowy posmak) okraszona błogą, tłustą śmietanką, jednak bardzo szybko przykrywał ją kwasek. 

ananasowa
Ten smak był lekki, rześki i niesamowicie soczysty.
Mocniej i wyraźniej zarysowywał się ananas, którego małe włókna kryły się w żółtym, nieco śliskim, ganaszu i który do złudzenia przypominał surowy owoc. Jego słodycz była jedynie naturalna, zmieszana z kwaskiem. Ta część spróbowana osobno tylko utwierdziła mnie w przekonaniu o swojej owocowej naturalności - w niczym nie przypominała zasłodzonego ananasa z puszki. To była świeża natura! 

Ananasową część odebrałam jako prostszą i mniej słodką od truskawkowej. Ta bowiem okazała się bardziej cudną konfiturą, aniżeli surowymi owocami. Przypominała tę z Zotter White Chocolate with Strawberries, chociaż wydała mi się minimalnie mniej cynamonowa na rzecz pieprzu (którym prawdopodobnie nasiąkła). Jej smak wyłaniał się chwilę po ananasie i powodował ponowne nasilenie pieprzności. Nie było w niej jednak nic ordynarnego. 

To właśnie pieprz i soczyste kwaski owoców z delikatnym już akcentem czekolady zamykają tę kompozycję i na stałe zapisują się w pamięci i sercu.
Ta czekolada okazała się rzeczywiście poważną, dostojną i wytrawną kompozycją o wyrazistym smaku owoców, odważnie doprawionym pieprzem. Mimo obecności waniliowej białoczekoladowej warstwy jej słodycz jest znikoma. Czekolada, jaką otulono nadzienia była boska (taka piernikowo-palona!).

W pełni zgadzam się z opinią Basi z Sex, Coffee and Chocolate i podpisuję się pod słowami, że to niezwykle erotyczna czekolada, "letni zmierzch". 


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, koncentrat ananasowy (5%), truskawki (4%), suszony ananas (4%), suszone truskawki (3%), odtłuszczone mleko w proszku, mleko, koncentrat truskawkowy (2%), pieprz (0,5%), słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, koncentrat cytrynowy, pełen cukier trzcinowy, sól, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), suszone jagody, wanilia, cynamon

sobota, 20 sierpnia 2016

Askinosie Davao Philippines 62 % Dark Goat Milk Chocolate + Fleur de Sel ciemna mleczna z Filipin z mlekiem kozim z solą morską

Zanim jednak do samej czekolady, parę słów o jej twórcy. Historia zaczyna się jak wiele innych ostatnio irytujących mnie: "Pewien Amerykanin lubił czekoladę, więc postanowił zacząć wyrabiać ją sam, teraz kupuje ziarno z różnych plantacji, bla bla". Mniej więcej. Tym razem trochę inaczej. Adwokat,  Shawn Askinosie, był pracoholikiem bez hobby, jednak stanął przed perspektywą przymusu odejścia z pracy. Myślał, że to koniec jego życia, jednak wracając z czyjegoś pogrzebu uświadomił sobie, że... musi zacząć robić czekoladę. Czytając to po raz pierwszy pomyślałam "WTF", ale... cholera, "chcieć to móc" - osiągnął swój cel i stał się jednym z amerykańskich prekursorów ruchu bean-to-bar, a jego tabliczki zdobyły chociażby nagrody International Chocolate czy Good Food (dziś opisywana nagrodę GF otrzymała nawet dwa razy). Można powiedzieć, że... urodził się na nowo dla czekolady? Czekolada odmieniła jego życie? Ciekawe, czy ta tabliczka jakoś odmieni moje. 

Askinosie Davao Philippines 62 % Dark Goat Milk Chocolate + Fleur de Sel to ciemna czekolada mleczna z mlekiem kozim, o zawartości 54 % miazgi kakaowej i 8 % tłuszczu kakaowego z ziaren trinitario Filipin z regionu zatoki Davao, z dodatkiem soli morskiej.
Patrząc na kolejność składników, mleka jest mniej niż 8 %, czyli jeszcze mniej niż w Zotterze Labooko Goat's Milk z 12 %-ami mleka.

Podoba mi się opakowanie, od którego aż bije oddalenie od cywilizacji. Farmer ze zdjęcia to Peter Cruz, Filipińczyk czuwający nad uprawą i zbiorami kakao użytego w tej tabliczce. Jest jednym z wielu, gdyż Askinosie wspiera właśnie lokalnych farmerów.

Z papierka wyjęłam ładną, intensywnie ciemnobrązową (powiedziałabym, że to jakieś 70 % kakao!) tabliczkę w folii, po której rozcięciu poczułam wyrazisty, ale nie inwazyjny, zapach cytrusów i ziemi. Były to głównie soczyste cytryny i nagrzana słońcem ziemia, oraz delikatny mleczny akcent ze wskazaniem, że nie jest to zwykłe mleko (ale bez silnych "kozich" nut).

Przełamałam, tabliczka chrupnęła, a kawałek już po chwili spoczął w ustach.
Początkowo był dość oporny, ale zaraz nadciągnęła tłustość maślano-śmietanowa. Taka trochę kremowa, przy której kostka wciąż była kostką, w dodatku z pewną czającą się szorstkością.

Od razu przywitał mnie zdecydowany smak soku wyciśniętego z cytryn, albo właściwie... soku wciśniętego do wody - nie okropny kwach, ale soczysty i orzeźwiający kwasek w towarzystwie stonowanej goryczki. Czuć tu wyrazistość kakao, do którego bardzo szybko dochodzi motyw mleka.

O dziwo nie był to głęboko mleczny smak, a jedynie motyw, który równie dobrze mógłby płynąć z samego kakao. Pojawił się razem z owocowym słodko-kwaśnym (przez moment pomyślałam o czerwonych owocach) posmakiem i silniej zaznaczonym prażeniem. 

Pojawiła się naturalna specyfika mleka oraz lekka słonawość (ale wydawało mi się, że właśnie z tej "naturalności" wypływa). Poczułam minimalnie "kozi" element, zatapiający się w kakao i cytrusach - kwasek z kakao połączył się w jedno z tym charaktestycznym kwaskiem koziego mleka w jedno. Wychylił się przy nim też lekko ziemisty akcent. Słonawość pochodząca od samego mleka jak i od soli splatała się z nutą cytrynową tworząc silny smak palonego karmelu - z tą jego charakterystyczną słonawą kwaskowatością. Ta nuta mnie zachwyciła!

Kiedy kawałek czekolady prawie zanikał, zrobiło się bardziej słodko-owocowo, łagodnie, ale samo zakończenie było już wyraźniej gorzkawo suche. Zaczęło nasilać się mleko z "naturalnie słoną" nutą. Trwało to dość długo, a potem w ustach pozostał lekko "kozi" posmak.

Nie wiem "z czym zjeść" tę czekoladę. Z jednej strony zachwyciła mnie tym, że dodatki są tak wkomponowane, że cały czas wydawało mi się, że jem ciemną czekoladę z nutami cytryn, mleka i soli, ale z drugiej... zabrakło mi właśnie wyraźnego dodatku soli oraz o wiele wyraźniej wyczuwalnej "koziej" nuty. Zotter Labooko Goat's Milk był cudownie mocno kozio-mleczny, a w Askinosie... właściwie ta "koziość" mogłaby nawet umknąć. W sumie w nazwie czekolady nie ma mowy o tym, jakie mleko zastosowano, widać to dopiero w składzie, więc może to czekolada dla nietolerujących krowiego mleka, a nie szukających mocnych kozich nut?
Uwiodła mnie tu jedynie ta mocno palona karmelowa nuta, reszta była jedynie po prostu smaczna.


ocena: 8/10
kupiłam: cocoarunners
cena: 9.95 £
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, organiczny cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kozie mleko, sól morska

PS Znowu, od wczoraj, jestem na wyjeździe, jednak tym razem nie w góry, a bardziej "sprawozałatwieniowym", więc tym bardziej mogę nie mieć czasu na udzielanie się w komentarzach przez parę kolejnych dni, za co bardzo Was przepraszam. Postaram się to potem nadrobić.