sobota, 29 kwietnia 2017

Vosges Super Dark 72 % Matcha Green Tea ciemna 72 % z zieloną herbatą matcha, spiruliną i nibsami

Z próbowaniem czekolad z zieloną herbatą, miałam jeden problem: dwie z trzech posiadanych były białe. Postanowiłam sobie je przedzielić właśnie tą, bo czułam, że moja tolerancja na biel słabnie z każdym dniem, mimo że biała Domori okazała się po prostu boska. A i uwielbiam czekolady Vosges, toteż nie mogłam jej pozwolić czekać na sam koniec. ;) Tak swoją drogą, pochodzi ona jeszcze ze starej linii czekolad Super Dark - jeszcze w czarnym opakowaniu, a obecnie ten smak w ogóle wypadł z oferty (a więc degustacją byłam podwójnie podekscytowana - wiecie, posiadanie czegoś już prawie nie do zdobycia).

Vosges Super Dark 72 % Matcha Green Tea to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z zieloną herbatą matcha, spiruliną i nibsami, czyli kawałkami kruszonego kakao.

Po otwarciu poczułam zapach charakterystyczny dla czekolad Vosges, przedstawiający głębię i moc kakao o palonym, kawowym wyrazie. Tym razem był jednak wzbogacony o subtelną herbaciano-ziołową nutkę.

Czekolada jak zawsze była bardzo ciemna, przyjemnie trzaskała, a w ustach rozpływała się leniwie i budziła skojarzenie z suchawym (mało tłustym) kremem z nieco proszkowym efektem. Konsystencję odebrałam jako bardzo przyjemną, nie zakłóciły jej nawet nibsy, których dodano w sam raz, i które okazały się idealne, bo miękkawo-chrupiące (jak połączenie prażonych wiórków kokosowych i karmelu z np. J.D. Gross, tylko oczywiście nieklejącego się), nie za twarde i ani trochę nie ostre.

W smaku, już od pierwszej sekundy, dominowało kakao. Jego głęboka i przyjemna gorzkość pieściła kubki smakowe iluzją palonej kawy. Słodycz pozostawała daleko w tyle, a po chwili wychwyciłam przebłysk słodkawego, łagodnego posmaku herbaty matcha. Był zaskakująco wyrazisty, mimo że zachował w pełni subtelność tejże herbaty. Ten posmak pojawiał się chwilami, czasem zanikał w kakaowej głębi, ale bez wątpienia była to naturalnie słodkawa matcha, nie do pomylenia z żadną inną zieloną herbatą.

Wraz z matchą, raz po raz, pojawiał się nieco inny "roślinny" motyw. Ten krył już w sobie coś "konkretniejszego", kojarzył mi się z algami (albo raczej "algowość" samej matchy została nim podkręcona na maksa). To prawdopodobnie spirulina, jednak zupełnie wpisała się w duet czekolady i matchy, wnosząc tylko łagodną mgiełkę. Był to smaczek o wiele delikatniejszy niż np. w batonie Zmiany Zmiany Petarda

Przy rozgryzaniu nibsów nasilał się smak kakao, ten taki bardzo gorzko-palony, bez cienia kwasku, zagłuszając na moment i herbatę, i spirulinę, które jednak znów nieco wychylały się pod koniec. 

Po zniknięciu ostatniego kawałka w ustach pozostawał posmak kawowo-ziołowego kakao, ogólne poczucie paloności i nutka "czegoś", co chyba kierowało się ku zielonej herbacie.

To cudownie mocno kakaowa, minimalnie słodka czekolada o idealnej konsystencji z nibsami, które wyjątkowo mi tu pasowały (normalnie ten dodatek jakoś mi przeszkadza). Nie były za twarde, smakowo wpisywały się w samą czekoladę. Matchę czuć wyraźnie, choć to bardzo subtelny dodatek, cały czas będący jedynie dodatkiem. Spirulina okazała się jeszcze subtelniejsza, nie było tu jej żadnych niesmacznych posmaków, więc całość okazała się bardzo przystępna (znaczy... przystępna dla wielbicieli ciemnych czekolad, bo niektórym może być za gorzka).
Zastanawiałam się, czy nie brakowało mi mocniejszego smaku matchy i spiruliny. O ile matcha jest delikatna, tak po spirulinie spodziewałam się jakiegoś "kopa" (nieważne czy smacznego, czy nie). W końcu doszłam do wniosku, że nie, mimo że normalnie wolę mocne smaki. Te były łagodne, ale idealnie wkomponowane w pyszną ciemną czekoladę.
Nie rozumiem, dlaczego wycofali ją z oferty... Całe szczęście, że poprosiłam od razu o dwie tabliczki!


ocena: 10/10
kupiłam: Wegmans w USA za czyimś pośrednictwem
cena: 7,50 $
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy znów kupię: z chęcią do niej wrócę (i mam nadzieję, że kiedyś ją przywrócą)


Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii), kruszone ziarna kakao, zielona herbata matcha, spirulina w proszku

piątek, 28 kwietnia 2017

Legal Cakes baton orzechowo-czekoladowy

To, że kocham czekoladę, to chyba jasne. A orzechy? Jak najbardziej! Wszystkie, choć nie w każdej formie. Zdrowe batony są jednak tym tworem, w którym orzechów zawsze pragnę jak najwięcej.

Legal Cakes baton orzechowo-czekoladowy jest na bazie bananów, czekolady i daktyli z orzechami włoskimi, pistacjami, pestkami i płatkami (powiedziałabym, że z kruszonką). W składzie znajdują się również sezam, cynamon, syrop klonowy, zielona herbata i cytryna.

Po otwarciu poczułam słodki zapach dojrzałych bananów, cynamonu, delikatny akcent czekolady oraz dość silną mieszaninę pestek i orzechów kojarzącą się z jedzeniem dla gryzoni. Ogół był słodko korzenny i smakowity.

Czekolada na spodzie okazała się dość tłusta i nieco zawilgocona, a także bardzo słodka i wyraźnie gorzko kakaowa. Smakowała mi, choć w sumie nie było w niej nic szczególnego.

Wierzch okazał się miekko-twardawą, ale nie chrupiąca, kruszonką. Pestki były tu twardawe, a reszta zlepków miękka, sprężysta. W smaku wyraźnie czułam cynamon oraz neutralną zbożową mieszaninę, ze znikomą słodyczą. Dynia bardzo się tu wyróżniała, słonecznik starał się nie pozostawać w tyle, a płatki nadawały przyjemnego posmaku. Wszystkie te poszczególne składniki było tu czuć.
Konsystencja wierzchu może nie była kruszonkowa, ale w zasadzie... Przypadła mi do gustu, jako taki dziwny twór, a nie jako kruszonka.

Niestety konsystencja orzechów w samej masie zawiodła. Były bardzo miękkie i zawilgocone. Wpisały się w gęstą, zbitą, ale miękką i wilgotną, nietłustą masę, w której znalazło się trochę całkiem sporych kawałków bananów.
Przypominało to sernik, coś jak Brownie, ale z bakaliami.

Wspomniane banany grały pierwszoplanową rolę. Masa była więc bardzo słodka, co podkręcała jeszcze nutka daktyli (jedynie nutka). Na szczęście znalazła się tutaj także i kakaowa gorzkość, bardziej czekoladowość, ale zdecydowanie za bananami.

Orzechy i pistacje nie były tak wyraziste, jakbym chciała, ale było ich sporo i w sumie swój smak zachowały (w przeciwieństwie do fistaszków ze Sneaky'ego). Włoskich było więcej i - podkreślone cynamonem - dominowały, ale i pistacje były ok. Tonowały słodycz, ale w sumie aż tak bardzo jej nie przełamywały. Jedne i drugie są moimi ulubionymi orzechami, toteż trafiając na takie mało wyraziste, miękkie zawiodłam się. Mogły być dużo lepsze, bo były jedynie w porządku.

Całość była bardzo słodka, choć nie brakowało tu neutralizującego smaku orzechów włoskich, dyni, pistacji i płatków (dokładnie w tej kolejności).  Orzechy bardzo mnie zawiodły, bo nie pożałowano ich, a mimo to nie były specjalnie charakterne. Wyszło przyjemnie korzennie, tak ciepło (ale i tak nie mogłam odegnać od siebie skojarzenia z sernikiem na zimno, mimo wyjęcia wcześniej z lodówki do ogrzania). Było też czekoladowo, ale delikatnie (Brownie było o wiele bardziej czekoladowe, mniej słodkie). Gorzkawość na pewno pochodziła z kakao, ale może i z zielonej herbaty? Nie wiem, ważne, że była i to przyjemna (choć mogło jej być więcej - zwłaszcza herbacianej).


ocena: 8/10
kupiłam: kawiarnia Legal Cakes w Krakowie
cena: 8,50 zł (za 140 g)
kaloryczność: 277,5 kcal / 100 g; sztuka 140 g - 388,5 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: banany, czekolada, orzechy włoskie, odżywka białkowa, daktyle, mąka jaglana, pistacje, płatki jaglane, płatki gryczane, pestki dyni, pestki słonecznika, sezam, cynamon, syrop klonowy, zielona herbata, cytryna

środa, 26 kwietnia 2017

Domori D-Fusion Te Matcha biała z zieloną herbatą matcha

Tę Domori specjalnie zostawiłam na koniec, żeby porównać ją z innymi posiadanymi czekoladami z zieloną herbatą (już niedługo będzie "mini-seria"). Białe czekolady potrafią mi zasmakować (świetnym przykładem jest tu czysta biała Domori), ale przeważnie nudzą mnie, niektóre męczą. Zieloną herbatę jednak uwielbiam, a rzeczy z nią zawsze mnie trochę ciekawią. Matcha w ogóle jest specyficzną herbatą, więc sprawiła, że ta tabliczka wydała mi się niezwykle ciekawa.

Domori D-Fusion Te Matcha to biała czekolada z zieloną herbatą matcha, która stanowi aż 5 % tabliczki.

Po otwarciu poczułam wyrazisty, bardzo ziołowy i słodkawy zapach zielonej herbaty oraz - na drugim miejscu! - słodki i mocno mleczny zapach białej czekolady. Skojarzyło mi się to z matchą na mleku, ale taką naprawdę dobrej jakości (matcha latte piłam tylko w Starbucksie więc to bardziej wyobrażenie niż skojarzenie).

Czekolada nie wydała mi się specjalnie tłusta, ale w ustach bardzo szybko miękła, chociaż rozpuszczała się już wolniej, w bardzo przyjemnie kremowy sposób. Kremowość ta była nieco przełamana pewną proszkowością, która według mnie zadziałała na korzyść.

Już w pierwszej chwili poczułam przede wszystkim matchę, a więc charakterystyczny ziołowy smak zielonej herbaty, do którego z czasem dochodził posmak kojarzący się z algami. Był delikatny w sposób typowy dla tej herbaty, ale jednocześnie tak wyrazisty, że w dużej mierze zagłuszał samą białą czekoladę, która okazała się świetną, nieprzesłodzoną bazą.

Słodycz wydała mi się w dużej mierze naturalnie herbaciana, choć podniesiona do kwadratu, dopiero potem białoczekoladowa, idealnie zespojona z głęboko mlecznym smakiem. Nie była za silna. Powiem nawet więcej: ona podporządkowywała się ziołowości, w której (zwłaszcza po pewnym czasie) odnalazłam wyraźną, herbacianą goryczkę. Subtelną, ale jednak. Przez większość degustacji to właśnie tym ziołowo-gorzkawym, a jednocześnie przyjemnie słodkim, herbacianym smakiem się delektowałam i zakochałam się.

Herbata pod koniec robiła się niemal świeżo-roślinna, bardziej "algowa".
Kiedy ostatni kawałek czekolady znikał, w ustach pozostawał posmak zielonej herbaty i, w tle za nią, mleczny smak białej czekolady wysokiej jakości.

Wyrazisty smak zielonej herbaty i dobra czekoladowa baza przynosiły raczej skojarzenie z matchą zaparzoną na mleku, niż z czekoladą z matchą. To bardzo specyficzna tabliczka, której smak ciężko opisać. Był ziołowo herbaciany, gorzki, ale równocześnie słodki. Intensywny i subtelny... Powiedziałabym, że to doskonałe zaprezentowanie przy pomocy czekolady głębi matchy, prawdopodobnie luksusowej. Jako wielbicielka zielonej herbaty, którą ostatnio białe czekolady nużą, zakochałam się. Pewnie dlatego, że ma niewiele wspólnego ze zwykłą białą czekoladą, a dużo z herbatą.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 11,90 zł (zniżka) za 25 g
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, herbata matcha (5%), lecytyna sojowa

wtorek, 25 kwietnia 2017

Legal Cakes baton Sneaky

Jako że Brownie okazało się bardziej ciastem, niż batonem, kolejnym, po którego sięgnęłam, był smak typowo batonowy. W dodatku mający być zdrową wersja niegdyś (w czasach gdy jeszcze jadłam zwykle, ogólnodostępne słodycze) mojego ulubionego batona. No dobra, miał też najkrótszą datę.

Legal Cakes Sneaky to baton nisko węglowodanowy na bazie orzechów ziemnych, masła orzechowego i otrębów orkiszowych.

Baton pachniał przede wszystkim świeżymi fistaszkami i trochę masłem orzechowym. W tle czaiła się mocno kakaowa czekolada, a gdzieś w oddali pobrzmiewała lekka zbożowość.

Był solidny i zwarty, mimo że także dość wilgotny i tłusty. Z jednej strony oblano go grubą warstwą czekolady, a w środku skrywał jakby nadzienie z masła orzechowego, w które wtopiono całe orzeszki ziemne, ale też wchodziło już w resztę batona. Miał przemieloną konsystencję, nie był gładki, a zrobiony z drobinek orzeszków i otrębów, odgrywających zaskakująco znaczącą rolę.

Czekolada była pyszna, bo delikatnie słodka (nie czuć słodziku itp.) i przede wszystkim mocno gorzko kakaowa. Rozpływała się w kremowy sposób.
Baton rzeczywiście okazał się bardzo tłusty (tłustość masła orzechowego), ale poczucie to neutralizowała ogromna ilość otrębów, które sprawiały, że kojarzył się z wodnistą, trochę glutowatą owsianką. Bardzo otrębowo zbożowy, nie przypominał jednak zwykłych zbożowych batonów. Orzeszki ziemne czułam wyraźnie, ale miały raczej mdły smak.
Baton nie był słodki; odrobinka słodyczy pochodziła tylko z czekolady.

Masło orzechowe było gęste i zalepiające, ale nie kojarzyło mi się z masłem orzechowym. Było mdłe, trochę takie orzeszkowo-fasolowe (smak jakby orzeszki były nieprażone), ani odrobiny soli czy cukru. "W ciemno" chyba w ogóle nie powiedziałabym, że ono tu było.

Jednak wszystko to smakowało mi w dziwny sposób. Ba, baton mógłby mi bardzo posmakować, gdyby nie to, że zasadniczy dodatek okazał się zupełnym niewypałem. Orzeszki okazały się bowiem strasznie rozmokłe i miękkie, a do tego mdłe w smaku. Mdłe? Kurde, one jakby w ogóle nie miały smaku.

Całość nie była słodka, kojarzyła mi się z bardzo rozwodnioną i tłustą owsianka na wodzie z bardzo mdłymi i rozmokłymi orzeszkami. Masło orzechowe w ogóle jakoś się zgubiło, również przez nijakość.

Gdyby tak dodać tu sól albo zrobić batona nie-do-lodówki... Mogłoby być cudownie! Albo zrobić warstwę niby-karmelu (w końcu to niby-Snickers, nie?) z daktyli czy coś... W obecnej formie Snickersa raczej nie przypominał, w ogóle mało przypomina batona.

Mimo wszystko, połączenie otrębów i kakao bardzo przypadło mi do gustu, orzechowa nuta mogłaby być wyraźniejsza, ale... orzeszki były wręcz obleśne. Za to, i za o wiele za mało wyraziste masło orzechowe, obniżam ocenę. To zmarnowany potencjał. Szkoda. 


ocena: 7/10
kupiłam: kawiarnia Legal Cakes w Krakowie
cena: 7,50 zł (za 100 g)
kaloryczność: 338 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: orzechy ziemne, masło orzechowe, otręby orkiszowe, odżywka białkowa, ciemna czekolada 90 %

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Legal Cakes baton Brownie

W kwestii batonów, o ile wszelkie orzechowo-bakaliowe "prasowanki" lubię, tak białkowych i słodzikowych nie cierpię. Żadna filozofia. Jeśli zaś o ciasta chodzi, to ogólnie jestem "nieciastowa", ale raz na miesiąc lub dwa, podczas wizyty w Krakowie, muszę zaliczyć a to sernik, a to brownie w moim ulubionym punkcie. Takie ciasta lubię, ale też nie za często.  Ciekawostki, nowinki także, więc gdy w Krakowie otworzyli Legal Cakes, pognałam tam podczas zimowego pobytu. Rzuciłam się na ciasto marchewkowe i Banoffee, które okazały się drogimi paskudami, na których mini-recenzje zapraszam na instagrama. W marcu jednak udzieliła mi się radosna, wiosenna atmosfera i postanowiłam dać szansę ich batonom, o których czytałam wiele dobrego. Niestety mają krótkie daty, trzeba trzymać je w lodówce, więc moje degustacje były trochę utrudnione. Spróbowałam każdego batona po kawałku w dniu zakupienia, a potem, dnia kolejnego przewiozłam je przez całą Polskę w normalnej temperaturze i zjadłam na przestrzeni kilku dni, codziennie inny i od razu piszę, że wytrzymały to wszystko bez problemu. Przed jedzeniem wyciągałam je z lodówki na jakieś niecałe pół godziny.
Zaczęłam od brownie, bo jak już pisałam, w Krakowie zawsze zachodzę na brownie (do Sweet Life) - tym razem postanowiłam zastąpić je batonem.

Legal Cakes Brownie to białkowy baton na bazie czerwonej fasoli i bananów z ciemną czekoladą 90 % i kakao.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny, świeży i naturalny zapach. Prym wiodły tu słodkie, bardzo dojrzałe banany. Zaraz za nimi czułam ciemną czekoladę, z kakao i pewną roślinną wytrawnością.

Baton był dość ciężki, a przy tym miękkawy, przypominający solidny i zarazem piankowy sernik. Raczej rwał się, niż łamał. W ustach rozpływał się i równocześnie rozchodził w sposób typowy dla takiej masy z fasoli (niby gładka, ale jednak z drobnymi skórkami) i bananów, przypominał nieco mączną, zwartą i solidną piankę. Okazał się nieco tłustawy, bardzo mokry. Polubiłam się z tą konsystencją. Mam jednak opory przed nazywaniem tego tworu batonem, bo w ogóle z batonem się nie kojarzy.

W smaku, podobnie jak w zapachu, przodowały bardzo słodkie banany, których jednak słodycz nie była jedyną. Niewątpliwie ją podkręcono, ale nie w oczywisty sposób (w składzie jest wanilia) - jedząc czułam tylko, że "nie tylko banany tu słodzą".
Wyraźnie czuć także gorzkość kakao, wręcz leciutką cierpkość. Kakaowa wytrawność została maksymalnie podsycona fasolą, o takim "orzechowo wytrawnym" smaku oraz pewną mącznością czy  też kaszowością. Kaszy jaglanej jako takiej nie czułam, tylko taką "kaszowatość", co w sumie i tak przyjemnie wyszło.

Ta kaszowatość, ogólna mokrość i tłustawość sprawiały, że baton kojarzył się z zalepiającym sernikiem, który za sprawą fasoli był nieco wręcz gumiasty.
Fasola okazałą się dość istotna, jednak w smaku nie grała aż tak dużej roli. Smak to duet słodkich bananów i ciemno czekoladowego "sernika". To taki.... Wegański sernik? Z brownie aż tak mi się nie kojarzył, ale i tak bardzo mi smakował. Silna słodycz spokojnie mogłaby opierać się tylko na bananach, ale ogólnie i tak było dobrze. Wytrawna gorzkość świetnie z nią sobie poradziła.


ocena: 9/10
kupiłam: kawiarnia Legal Cakes w Krakowie
cena: 7,50 zł (za 130 g)
kaloryczność: 188 kcal / 100 g; sztuka 130 g - 244 kcal
czy znów kupię: bardzo możliwe

Skład: fasola czerwona, banany, odżywka białkowa, kakao, ciemna czekolada 90 %, kasza jaglana, wanilia

niedziela, 23 kwietnia 2017

Alter Eco 85 % Cocoa Dark Blackout ciemna z Ekwadoru

Ostatnio jedzona Alter Eco 70 % Cocoa Dark Salted Burnt Caramel jakoś utwierdziła mnie w przekonaniu, że Alter Eco są naprawdę warte uwagi, więc cieszyłam się, że jeszcze jedna czekolada to mnie trafiła. W dodatku z tak zacną zawartością kakao i oryginalną nazwą.

Alter Eco 85 % Cocoa Dark Blackout to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Ekwadoru.

Po otwarciu poczułam zarówno prosty, jak i dość złożony zapach. Prosty, bo nic się za niczym nie ukrywało, a złożony, bo... całkiem sporo nutek tu było. Całość osnuwała mglista, niepełna słodycz, kojarząca się z połączeniem kwiatów i melasy. Czym była ta "całość"? Ciepło-gorzkawą mieszaniną suchej ziemi, czerwonych porzeczek i cytryn.

Zapach w ogóle nie pasował do czekolady, bo była matowa, twarda, a w przekroju piaszczysta. Przy łamaniu trzaskała naprawdę donośnie. W ustach trochę czasu musiało minąć, zanim zaczęła się rozpuszczać, a nawet jak już zaczęła, to była bardzo oporna. Nie przeszkodziło to jej w byciu tłustą i gładką - tłustszą od Alter Eco Dark Salted Burnt Caramel. Dodatkowo pozostawiała suchy efekt. W kwestii konsystencji nie znalazłam żadnych plusów.

Smak jednak był już lepszy, choć wydał mi się połączeniem zapachu i konsystencji. Jak to?

W pierwszej chwili, równolegle, wyłapywałam suchą ziemistość i nieco opalaną gorzkawość kakao oraz "nie za słodką słodycz". Ta pierwsza niosła palony, wysuszony smak, choć nie była wyjątkowo mocno palona. Suchy efekt starała się neutralizować ta słodycz, wnosząca z kolei odrobinę takiego... melasowego chłodu. Może nie czuć tu było ani melasy, ani w sumie orzeźwienia, ale taki... taki motyw, może to i swego rodzaju lekkie orzeźwienie.

Z czasem nad wyżej opisanymi rozpościerał się kwasek, również nie taki intensywny i wszechobecny, a raczej stonowany. Początkowo tylko przemykał się tu i ówdzie, ale potem wywyższył się ponad resztę smaków. Był tylko i wyłącznie owocowy. 
Bez problemu wyróżniłam czerwone porzeczki, truskawki i cytryny. Czerwone owoce dominowały, jednak nie sprawiły, że kompozycja stała się bardzo owocowa.

Ogół był bardzo stateczny, wyrazisty, ale i jakby... zgaszony? Czekolada trochę za bardzo wysuszała przy tej tłustości, co wyjątkowo mi przeszkadzało. Muszę jednak przyznać, że na pewno trafi w gusta osób szukających mało słodkich czekolad, ale jednocześnie nielubiących zbyt mocnej goryczy i... w ogóle zbyt mocnych, ofensywnych smaków. Na amerykańskim rynku ta niska słodycz to pewnie rarytas.
Przyznam, że mimo że nie była mocna jak lubię, to smakowała mi, jednak kiepska konsystencja przy tak jedynie poprawnym smaku bez głębi nie przekonała mnie.


ocena: 7/10
kupiłam: Wegmans (chyba; ktoś mi kupił)
cena: nie znam, ale chyba coś koło 4 $ (za 80 g)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, wanilia

sobota, 22 kwietnia 2017

Zmiany Zmiany Farmer Szpinak + Cytryna baton warzywno-bakaliowy

Na koniec tradycyjnie zostawiłam sobie smak, od którego najwięcej oczekiwałam. Kocham szpinak, a ostatnio wyjątkowo mam ochotę na cytrusowe słodycze (powiedzmy, że warzywny baton się w tę kategorię wpisuje), więc długo nie musiałam nad tym myśleć.


Zmiany Zmiany Farmer Szpinak + Cytryna to baton warzywno-bakaliowy, którego 12 % stanowi szpinak, z cytryną (2,1 %). 
Został zrobiony na bazie rodzynek, ale zawiera też suszone śliwki, orzechy brazylijskie i suszoną fasolę.

Po otwarciu poczułam słodko "cytrynkowy" zapach. Ewidentnie kojarzył się ze słodyczami, ale takimi bardzo naturalnym, za czym na pewno stały suszone owoce. Cytryna była tu tak wyraźna, jakbym to ten żółty owoc wąchała, nie batona.

Przy krojeniu baton wydał mi się twardy, ale już w ustach - najbardziej miękki z warzywnej trójki, pełny twardych kawałków skórki cytryny. 

Jego smak od początku wydał mi się wręcz niewiarygodnie rześki. Był także zaskakująco słodki, chociaż nie wyróżniłabym tu żadnych konkretnych suszonych owoców. Ogrom pestek i orzechy przełożyły się na smak, nadając mu takiego swojego specyficznego smaczku, za którym w tle czaiła się wytrawność w wydaniu nieco fasolowym. Trzymała się smaku orzechów i nie była nazbyt mocna.

Większość uwagi, oprócz tej przyjemnej słodyczy, skupiała na sobie cytryna i właściwie... głównie ona. Nie był to jednak czysty kwach, bo bakalie nadały jej słodkawego charakteru. Mimo to, ten Farmer to po prostu cytrynowa moc, cytrynowy obłęd i cytrynowe szaleństwo. Znalazło się w nim sporo kwaśnej soczystości, ale i dosadnej goryczy skórki cytrynowej. Wydało mi się, że oprócz niej czułam tu jeszcze subtelną sugestię innej goryczki, w tle. 

W tle wychwyciłam także nutę, którą początkowo określiłabym tylko jako "zieleninę", a dopiero pod koniec wyraźniej wyłaniał się szpinak, który już w ogóle całkiem zdecydowanie zaznaczał się w posmaku. Choć i tu cytryny nie ustępowały.

Całość była przepyszna! Bardzo orzeźwiająca, imponująco cytrynowa, a przy tym cudnie słodka. To zdecydowanie najmniej wytrawny baton z całej serii i najbardziej "batonowy". Mógłby w sumie zawierać nieco więcej szpinaku, ale...

O ile dwa poprzednie nie są przekąską w moim stylu (ze względu na za intensywne przyprawy "obiadowe") i uważam je za dobre na spróbowanie, tak z posiadania dwóch szpinakowych bardzo się cieszyłam i w końcu uznałam, że ten smak przebił niektóre z podstawowej linii. 
Może nie dorównał mojej ulubionej Petardzie, bananowemu Urwisowi? - nie mam pojęcia (są w końcu zupełnie z innej bajki), ale chyba smakował mi odrobinkę bardziej niż Kosmos. A na pewno był od niego ciekawszy.


ocena: 9.5/10
kupiłam: zmianyzmiany.pl/gdzie-kupisz (ja dostałam)
cena: -
kaloryczność: 367 kcal / 100 g, baton (70 g) / 257 kcal
czy znów kupię: może kiedyś

Skład: rodzynki, pestki dyni, pestki słonecznika, szpinak suszony, orzechy brazylijskie, fasola suszona, łuskane nasiona konopi, śliwka suszona, cytryna suszona

czwartek, 20 kwietnia 2017

Alter Eco 70 % Cocoa Dark Salted Burnt Caramel ciemna z Ekwadoru z solonym, palonym karmelem

Po niezłej, ale nudnej czekoladzie z karmelem i solą Gepa, wciąż czułam niedosyt, jeśli chodzi o ten smak. Na szczęście, nadeszła pora na kolejną czekoladę z USA kupioną mi, jako coś, co wydaje się być w moim guście. Pośrednik jak najbardziej tu trafił, bo po Alter Eco 60 % Cocoa Dark Quinoa (która okazała się bardzo dobra, smaczna, ale niezbyt mi pasowała, bo nie lubię chrupaczy w czekoladach) bardzo chciałam spróbować inne czekolady tej firmy.

Alter Eco 70 % Cocoa Dark Salted Burnt Caramel to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Ekwadoru z solonym, palonym karmelem.

Po rozerwaniu sreberka poczułam wyrazisty zapach kakao, maślany motyw kojarzący się z maślanym blokiem czekoladowym wysokiej jakości i jakby figową słodycz (chociaż te figi to może raczej bardziej życzenie, bo to bardzo, bardzo wątła nuta).

Przy łamaniu, cienka tabliczka bardziej strzelała niż trzaskała ze względu na całe mnóstwo sporych kawałków karmelu zatopionych w niej. Także w ustach dodatek strasznie się odznaczał, bo kremowa czekolada rozpuszczała się bardzo szybko ujawniając go. Miałam wrażenie, że jak na taką cieniutką tabliczkę, karmelu było za dużo, bo jakby właśnie przez niego szybko miękła, zmieniała się w bezkształtną grudkę. Oczywiście jej silna - według mnie o wiele za silna, bo wręcz nieco ulepkowata - tłustość też się na to przełożyła. 

Nie najlepsza konsystencja na szczęście nie wpływała na smak. Ten już od pierwszej chwili wydawał się rześki i soczyście owocowy. Poczułam cytrusy, choć już sekundę później, gdy zaczynały bardziej przypominać suszone skórki cytryn, zorientowałam się, że ta nuta jest poniekąd... słonawa. Nie słona, ale taka... solna, słonawa... Kojarzyło mi się to z sodem, z czasem w ogóle z jakimiś grotami i minerałami... ale jakimiś cytrynowymi (?). Chyba właśnie sól Guerande pokazała, co potrafi. 

Nutę skórki cytryny opływał i rozpływał się wokół cudownie, ale nie nazbyt, gorzki smak kakao o opalano-prażonym charakterze. Kakao wydawało mi się tu stateczne, utrzymywało się w ciężkawym (przyprawionym?) klimacie i jakoś nie przypisałabym mu tej owocowej nuty, bo były trochę jakby obok siebie. Ogólnie czekolada sprawiała wrażenie opalanej. 
Nawet słodycz była opalana. Właśnie: opalana, a nie palona, taka dość karmelowa, ale też nie całkiem. I wydawała się wypływać z samej czekolady. 

Słodycz, którą czułam przy kawałkach karmelu była zupełnie inna. A właśnie... te kawałki. Ich smaczek ujawniał się niezwykle szybko. To była taka subtelna słonawość, dłuższą chwilę robiąca uniki. Gdy jednak w końcu czekolada odsłaniała dodatek, zaczynało robić się śmietankowo-maślanie, ale nie tak bardzo słodko. Kawałki te rozpuszczały się dość szybko, nie chrzęściły, były z całą pewnością chrupiące, ale nie przyklejały się do zębów. Ja pozwalałam im się rozpuszczać, bo wtedy na końcówce wyłaniało się nieco więcej soli. Podczas gryzienia było bardziej śmietankowo-słodko.

Na koniec pozostawał posmak cytrusowej słonawości i opalanego, nieco karmelowego, kakao. Znikał jednak bardzo szybko, chociaż poczucie słonawości pozostawało. Było jednak raczej neutralne.

Ta czekolada była... intrygująca. Maślano-śmietankowy karmel, mimo że było go bardzo dużo, nie odegrał aż tak istotnej roli - a przynajmniej tak się wydawało. Nie było słono, ale miałam wrażenie, że to sól Guerande jest tu główną bohaterką. Te soczyste nuty minerałów (cytrynowe groty xD) wydawały się właśnie solnego pochodzenia, bo stateczna, mocno kakaowa czekolada robiła jakby za tło. Czuć, że była smakowita, ale wycofana. Podobał mi się cały opalany klimat, ale nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jedząc ją byłam zadowolona w 100 %-ach. Tłustość i miękkość niestety cały czas mnie drażniły.


ocena: 8/10
kupiłam: Wegmans (chyba; ktoś mi kupił)
cena: nie znam, ale chyba coś koło 4 $ (za 80 g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, kawałki solonego karmelu (cukier, syrop glukozowy, masło, śmietanka, woda, sól). tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, sól morska Guerande, naturalny aromat

środa, 19 kwietnia 2017

RooBar Baobar Ginger baton daktylowo-orzechowy z baobabem i imbirem

Przyznaję, że ostatnio z zaskoczeniem odkryłam, że rozsmakowałam się w surowych batonach, ale wydaje mi się, że w tej kategorii jestem kompletnie "zielona". Ostatnio zaciekawiły mnie ryzykowne smaki RooBarów, kupiłam dwa na próbę i po tym, jak zakochałam się w smaku Liquorice Chili, po drugi sięgnęłam bez cienia wątpliwości.


RooBar Baobar Ginger to surowy baton na bazie daktyli i orzechów nerkowca z baobabem i imbirem.

Po otwarciu poczułam przyjemną słodycz daktyli, łagodny orzechowy motyw i soczysty imbir. Połączenie proste i niezwykle smakowite.

Batonik był mały, nie kleił się, a oczy cieszył ciemnym kolorem i wielkimi kawałkami orzechów. Był zwarty i solidnie "sprasowany", łatwo dał się przełamać, a zęby zajmował na dość długo, choć nie męczył szczęki. W cudnie rozchodzącej się "daktylowej papce" było bowiem zaskakująco sporo raczej miękkich, choć świeżych, orzechów.

W smaku na pierwszym miejscu stały słodziutkie daktyle z jakby ukwaszonym elementem (co było nieznaczne, ale w sumie nawet fajne, pasujące), wzbogacone jeszcze o delikatną nutkę karmelków. Było bardzo słodko, ale łagodne i maślane nerkowce stwarzały w tej słodyczy lukę, w którą wkradała się soczystość. Wydała mi się nieco cytrynowa i nieco świeżo imbirowa. Tutaj także pojawiał się cieplutki motyw o mydlanym posmaku (przynajmniej ja to tak nazywam), czyli charakterystyczny dla imbiru. Nie była to ostrość, tylko taki... zarys. Nie umiem tego dobrze ująć, w każdym razie nie była to wada!

Było więc słodko, ale nie zasładzająco. Podobała mi się harmonia zachowana między ciepłem imbiru, a orzeźwieniem, jakie dała soczystość. Ewidentnie postawiono tu na prostotę i... Tyle wystarczyło, by odnieść sukces. Smaczny i ciekawy batonik.

Ciekawi mnie, czy ta nuta karmelków i jakby cytrynowy motyw pochodziło od baobabu. Prawdopodobnie tak. Próbował go ktoś?


ocena: 9/10
cena: 5 zł (za 30 g)
kaloryczność: 401 kcal / 100 g; batonik - 121 kcal
czy kupię znów: nie, ale inne smaki tak

Skład: daktyle, orzechy nerkowca, baobab (6%), imbir (0,5%)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Pacari Coffee ciemna 60 % z Ekwadoru z kawą

Są marki czekolad, do których żywię specjalnie silne uczucia, zawsze mnie zachwycają (bo np. do Morina czy Pralusa mam sentyment i też je uwielbiam, ale to już trochę co innego). To przede wszystkim Akesson's, Domori i Menakao, których wypróbowałam większość asortymentu. Obecnie zaliczam do nich także Pacari, choć świat tych czekolada jeszcze stoi przede mną otworem. Posiadane tabliczki chciałam jakoś inaczej rozłożyć w czasie, ale że ta miała najkrótszą datę, a ja nie jadłam nic kawowego już od daaawna...

Pacari Coffee to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao (miazga + tłuszcz) Arriba Nacional z Ekwadoru z ziarnami kawy.

Po otwarciu, najpiękniejszego sreberka, jakie widziałam, poczułam wyrazisty zapach palonych ziaren kawy. Dopiero spod nich wyłaniała się słodycz i kakao o wyrazie gorzkawych ziół.

Tabliczka wyglądała dość zwyczajnie, jedynie na spodzie odznaczały się spore kawałki kawy zatopione w niej. Przy łamaniu okazała się twarda, a jej przekrój odsłonił więcej większych i mniejszych kawałków ziaren kawy.

Nie była tłusta. W ustach rozpływała się dość szybko, łatwo i gładko odsłaniając, jak się okazało, całe mnóstwo twardej i chrupiącej kawy. 

Powtórzyłam to słowo już tyle razy... i muszę to zrobić znowu. Kawa. Właśnie ona była pierwszym, bardzo szybko pojawiającym się, smakiem, który po chwili był opływany przez cudowny, wytrawny czekoladowy sos. Bardzo słodki, ale i jakby z odrobinką alkoholu.

Kiedy pozwalałam wszystkiemu się rozpuszczać, sos w końcu odchodził trochę w tył, a moc kakao ogólną słodycz zabarwiała porzeczkowo-różanym motywem wina. Różane wino pojawiało się raz mocniej, raz słabiej, ale czułam je przez większość degustacji.

Z kolei część kakao niełącząca się ze słodyczą momentami przybierała nieco gorzkawo ziołowy wyraz. Ciekawie łączył się z gorzkością wszechobecnej kawy.

Nieprzesadnie palona kawa, bardziej jako ziarna i jako nuta takiej już zaparzonej, była wszechobecna, ani na moment nie odpuszczała. Kiedy czekolada rozpuszczała się swobodnie, smak słodkiego czekoladowego sosu zaczynał niebezpiecznie rosnąć; trochę ta kawa zanikała, ale to był doskonały moment na poprzegryzanie części ziaren kawy. Te to dopiero dawały gorzko kawowego kopniaka! Ich mocny smak przebijał słodycz na wskroś, kawa dominowała ponad wszystkim i pod koniec, łączyła się z winno-różaną nutką.

W posmaku pozostawała kawa i posmak czekoladowej słodyczy.

Pacari Coffee to rzeczywiście bardzo, bardzo kawowa czekolada. W dodatku z różano-ziołową nutą i znikomą tłustością. Nuta czekoladowego sosu bardzo przypominała mi tę z Zottera Labooko Ecuador Dark 60 %. To bardzo mi się podobało! Niestety, okazała się także nieco za słodka, co (słodycz) w połączeniu z różano-winną nutą jakoś momentami średnio mi do kawy pasowało. Róże i kawa - bosko, ale jeszcze owocowe, słodkie wino do tego... Momentami trochę nie grało. Owszem, przy przegryzaniu ziarna kawy rozganiały wątpliwości, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że "zaraz zrobi się za słodko".


ocena: 8/10
kupiłam: zamówione przez internet u pewnej osoby
cena: 17 zł
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa (48,8%), cukier trzcinowy (40%), kawa (6%), tłuszcz kakaowy (4,96%), lecytyna słonecznikowa (0,2%)

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Natura Masło orzechowe z dodatkiem chili

Kocham masło orzechowe, kocham chili, ale muszę przyznać, że wcześniej nie wpadłam na połączenie jednego z drugim. Nie to, żeby coś mi tu nie pasowało, wręcz przeciwnie! Gdy tylko zobaczyłam to masło orzechowe w internecie, nie czekałam zbyt długo i zamówiłam (a przy okazji czekolady... eh, uzależnienie).

Natura Masło orzechowe z dodatkiem chili to masło orzechowe z papryczkami chili, bez żadnych innych dodatków.

Już po odkręceniu słoika, a co dopiero po zerwaniu papierka z wierzchu, poczułam cudowny, intensywny zapach prażonych fistaszków. Mocnej pikanterii nic jednak nie zapowiadało, wręcz przeciwnie - akcent papryczek chili wydał mi się bardzo łagodny.

Po zlaniu odrobiny i wymieszaniu reszty oleju, który zebrał się naturalnie na wierzchu, masło było średnio gęste, łatwe do rozprowadzania (ale nie lejące!) i pełne drobinek - zarówno orzeszków, jak i papryczek.

Łyżeczkę natychmiast spróbowałam. W pierwszej chwili poczułam wyraziste orzeszki ziemne, ich niczym niezakłócony smak. Czuć, że zostały solidnie podprażone, co stworzyło iluzję łagodnej słonawości (soli jednak nie ma w składzie).
Smaczek chili pojawił się po chwili, a zaraz za nich po ustach aż do gardła, rozeszła się ostrość. Paląca ostrość. O ile początek należał do orzeszków, tak pikanteria zdecydowanie dominowała na końcówce.

Na kanapce (chleb tradycyjnie żytni razowy) smak tego masła wydał mi się jednak bardziej złożony.

Smak papryczek chili pojawiał się bowiem od razu, lecz bez szatańskiej ostrości. Powiedziałabym, że początkowo wydawało mi się to takie... naturalnie słodkawe (choć bez cukru). Po chwili prażony smak fistaszków łączył się z papryczkami, tworząc charakterna kompozycje i znów złudzenie soli, po czym powoli narastała pikanteria. Było w niej trochę soczystości papryczek, co chyba wydobył chleb na zakwasie. Ostrość była wtedy silna, aż do końca, ale przełamana w taki sposób, że była dodatkiem (a nie zasadniczym smakiem), choć wciąż mocnym.

Spróbowałam też takiej kanapki z mandarynkami, chcąc jeszcze bardziej podkręcić soczystość. I udało się, a także przyjemnie wydobyło naturalną słodkawość masła orzechowego. Wciąż było pikantnie, ale już słabiej.

Mimo że nie jestem wielbicielką połączenia PB&J, czasami sprawdzam, czy nic się w tej kwestii nie zmieniło. Muszę przyznać, że to masło orzechowe z dżemem truskawkowym 100 % z owoców wyszło bardzo smakowicie. Takie słodko-ostre połączenie, idealnie uzupełniające się, choć sama fistaszkowość trochę uciekła na tyły.

Moją Mamę też zaciekawiło, ale okazało się dla niej o wiele za ostre, więc na swoją kanapkę czym prędzej położyła szynkę i dokroiła sobie ogórka. Trochę mnie tym zaskoczyła, a ona stwierdziła, że nie wie, jak ja to mogę jeść "na słodko".

Podsunęła mi tym pomysł, by spróbować je na kanapce z camembertem, choć bałam się, że ten ser jest za łagodny. Nic bardziej mylnego! Jego mleczność i gorzkawa skórka jakoś nabrały pełni smaku, a także maksymalnie wzmocniły (i nadały "serowego wyrazu") smak orzeszków w maśle; charakterek papryczek chili bardzo przyjemnie przy tym wyszedł, a sam tłustawy, kremowy ser sprawił, że kanapka nie była ani trochę zalepiająco-zapychająca.
Pyszne połączenie - musicie spróbować, jeśli zaopatrzycie się w to masło!
Z błękitnym serem pleśniowym wyszło ostro, a ser fajnie nadał słoności i gorzkawości, chociaż fistaszkowość uciekała. To było już bardzo wytrawne połączenie.

Trochę podejrzliwie wymieszałam je także z jogurtem greckim (jednym z moich ulubionych - YoGood) i zaskoczyło mnie, że wyszło przede wszystkim pikantnie, dopiero potem słodko orzeszkowo, a z kolei w samym jogurcie masło "obudziło" bardziej śmietanową nutę. Średnio mi to pasowało, ale już po dorzuceniu suszonych wiśni, bardziej mi smakowało. Cierpkość owoców przyjemnie wszystko zespoliła, ale masło nie było już takie wyraziste, zrobiło się mniej wyraziste.
Zdecydowanie lepiej wychodzi z chlebem.

Bardzo mi to masło smakowało i, jeśli mam być szczera, to chyba pierwsze, w którym zupełny brak soli mi nie przeszkadzał. To pewnie dzięki mocnej pikanterii, która na kanapce nieco się rozchodzi, ukazując pełny smak fistaszków.

Odkryłam, że im więcej dodatków, tym masło wydaje się łagodniejsze, więc może przypaść do gustu nie tylko wielbicielom ostrości (do których ja się zaliczam), a jest naprawdę uniwersalne. Przyznaję jednak, że większość zjadłam po prostu z chlebem, bez innych dodatków.
Ma doskonały skald i stosunkowo niską cenę. Jedyna wadą jest według mnie wielkość słoika, bo biorąc pod uwagę naturalny skład, długo nie postoi, a według mnie to raczej ciekawostka, więc wolałabym mniejszy słoik.


ocena: 10/10
kupiłam: Smakowe Inspiracje
cena: 15,99 zł (za 470 g)
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: prażone orzeszki ziemne (96%), papryka chili (4%)