poniedziałek, 18 lutego 2019

Lindt Hello Cinnamon Buns mleczna z orzechowym kremem, kawałkami ciastek oraz cynamonem i kolendrą

Nie wiem, jak to jest, że pewne smaki lubię teoretycznie. Lubię ich nuty w czekoladach, ale gdy przychodzi mi daną rzecz zjeść w rzeczywistości, coś mi nie pasuje. Podobnie chyba jest z tym, że podoba mi się zamysł na coś. Niekoniecznie chcę coś takiego zjeść, ale jak jest oryginalne, to jakoś mnie cieszy. Cinnamon roll uważam za twory bardzo specyficzne i fajne, mimo że nie w moim stylu i nie mam ochoty jeść takich rzeczy. Na Lindta stylizowanego na coś takiego jednak ochotę miałam sporą. Uznałam, że pewnie będzie bardziej mleczno-cynamonowy, na zasadzie jak słodycze tiramisu czy creme brulee też z tymi deserami zazwyczaj mają niewiele wspólnego. Jednak cynamonowo-mleczna czekolada brzmi smacznie, prawda?

Lindt Hello, Nice to Sweet You Cinnamon Buns to mleczna czekolada z orzechowym kremem (36%), kawałkami ciastek (2%) oraz cynamonem i kolendrą (stylizowana na cynamonową bułkę "cinnamon roll").
Edycja limitowana na zimę 2018.

Już w trakcie otwierania z zaskoczeniem odnotowałam intensywny zapach, jednoznacznie kojarzący się ze... słodką, "ciastową" bułką orzechowo-cynamonową do granic możliwości. W wyobraźni przeniosłam się do zacnej piekarni z pieczonymi, cynamonowymi różnościami.

Przy łamaniu czekolada lekko trzaskała, a przy robieniu kęsa, kostka nie zapadała się ani nic. Wydała mi się twardawa, zwarta.
Każda kostka skrywała dużo dość tłustego kremu z zatopionymi większymi i mniejszymi kawałkami ciastek.
W ustach czekolada rozpływała się błogo, zalepiająco tłusto-kremowo i spójnie z kremem, który odróżniał się od niej silniejszą tłustością. Również był gęsty, ale mniej zalepiający, a bardziej oleiście-mleczny i typowo nugatowy. Jak dla mnie jego tłustość za nadto osadzała się na ustach i trochę mi przeszkadzała, mimo że nie była złej jakości.
Ciasteczka nieco ją rozbijały. Były chrupiące i suche, ale nie twarde, a świeże i całkiem w porządku. Długo im zajęło, by zaczęły się rozchodzić (robiły to średnio mięknąc), co dla mnie było wadą, bo wolałabym, by miękły i rozpływały się łatwiej. Część gryzłam w trakcie "obok czekolady", część na koniec i w sumie wyszło nieźle.

W smaku sama czekolada przywitała mnie silną słodyczą i ogromem mleka, któremu wtórowała nutka kakao i korzenność, którą ewidentnie przesiąkła. Mleczność rosła, ale słodycz szybko ją wyprzedziła.

Właśnie słodycz umożliwiła wyłonienie się nadzieniu. Ono bowiem jeszcze bardziej ją podbiło w mleczno-nugatowym kontekście.
Obok wciąż kręciła się korzenność. Gdy czekolada odsłoniła wnętrze, cynamon zagrał bardzo wyraźnie. Mieszał się ze słodyczą, pikanteria puszczała oczko.

Bardziej niż pikantność, do głowy przyszła mi "korzenna pieczoność". Poczułam wyraźnie ciastowo-bułkowato-ciasteczkowy motyw... Po prostu motyw jakiegoś wypieku. Ogólna korzenność splotła się z nugatowym smakiem. Orzechy laskowe miały łagodny, acz wyraźny charakter, bardzo związany z prażono-pieczonym smakiem.

Nugatowo-cynamonowe smaki opierały się na przesadnej słodyczy, ale gdy wreszcie odezwały się pierwsze rozgryzane ciastka, na znaczeniu przybrał bułkowato-ciastkowy motyw. Ciasteczka okazały się bardzo delikatne i neutralnie-pszeniczne, niby "słodziuteńkie", ale zarazem rozbijające słodycz. Wnosiły wyraźny, pieczony smak i odrobinkę soli (także pewną sodowość). Nie odebrałam ich jako stricte ciastka korzenne.

Cynamon zespojony ze słodyczą też rósł, aż w pewnym momencie wydał mi się przerysowany, sztucznawy. Korzenna goryczka kolendry podkreślona namiastką kakao jednak co i raz zawracały go na czysto-cynamonową, charakterniejszą i prawie ostrawą, drogę.

Końcówka była właśnie bardziej korzenno-wyrazista, ale też bardzo mleczna. Wróciła mleczna czekolada i nugatowe przesłodzenie.

Posmak należał do cynamonu, za słodkiego i oleistego nugatu oraz skojarzeń z cynamonowym wypiekiem, bułką lub mało korzennymi ciastkami w towarzystwie mleka.

Mam mieszane uczucia co do tej czekolady. Była zasładzająco-tłusta (co trochę mi przeszkadzało) i mocno cynamonowa, czyli właśnie taka, jaka jest typowa cinnamon roll. Ogólnie może się właśnie tak kojarzyć poprzez "pieczony" klimat mieszaniny ni bułek, ni ciastek (pewnie podrasowano to aromatami). Zaskoczyła mnie, i to pozytywnie, jej nugatowość zbudowana na orzechach laskowych. Smakowicie mieszały się z cynamonem i mleczną czekoladą. Ciasteczka to obiektywnie świetny pomysł, ale ja wolałabym, żeby zamiast tak zacnie chrupać, miękły (byłoby to bardziej bułkowate).
Korzenność stała na dobrym poziomie, acz niepotrzebne były te wybiegi do sztuczności.

Mimo zasłodzenia i całej tłustości (podkreślam, że była to nugatowo-mleczna tłustość) nie odebrałam jej jako cukrowo-ulepkowatej. Mimo wad, to smaczna, korzenno-nugatowa, "wypiekowa" propozycja, którą warto spróbować.


ocena: 8/10
kupiłam: ktoś mi kupił "na zlecenie" w Niemczech
cena: 8 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, orzechy laskowe (8%), dekstroza, olej palmowy, odtłuszczone mleko w proszku, mąka pszenna, emulgatory (lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa), sól, aromaty, środek spulchniający (wodorowęglan amonu, wodorowęglan sodu), syrop glukozowo-fruktozowy, cynamon, wanilia, kolendra

niedziela, 17 lutego 2019

Antidote Explorer Milk Chocolate 56 % + a hint of salt mleczna z Ekwadoru z solą morską

Zawsze, zanim zacznę odkrywać czekolady nieznanej mi marki, lubię coś o niej poczytać. Gdy tylko weszłam na stronę założonej w 2009 nowojorskiej (ale wyrabiającej tabliczki na miejscu, w Ekwadorze) marki Antidote, przykuła moją uwagę paroma sprawami wcale nie związanymi z czekoladą. Ta oczywiście jest ze składników pozyskanych w etyczny sposób, posiada wiele certyfikatów itp., wszystko jak należy, ale wróćmy do tego, co znalazłam na tej stronie. Idiomy. Zawsze lubiłam poznawać nowe, a tu już na początku zabawa kolorami: "seeing red? feeling blue?", no i rada na taki humor: Antidote. Lecimy dalej. Uśmiechnęłam się na "dekadencką czekoladę", bo mam wrażenie, że ten przymiotnik w jęz. polskim to tak trochę... A w kwestii samej czekolady to jako ciekawostkę Wam powiem, że zjadłam ją w kilka dni po publikacji recenzji tabliczki o tej samej zawartości (56%) kakao również arriba z Ekwadoru, ale zupełnie ciemnej (bez mleka) - Domori Cioccolato fondente extra Dark Chocolate Cacao Arriba 56 %.

Antidote Explorer Milk Chocolate 56 % + a hint of salt to mleczna czekolada o zawartości 56 % kakao arriba z Ekwadoru z solą morską.

Po otwarciu uderzył mnie jednoznaczny zapach wyrazistej krówki, na którą składał się palony karmel i kajmak. Pewna maślaność rozeszła się po chwili, razem z lekko zaznaczającym się kakao, przywołując na myśl piankę z cappuccino.

Przy łamaniu tabliczka była twarda i trzaskała głośno jak deska.
W ustach w pierwszej chwili wydała mi się strasznie śliska jak gęsto-lejące toffi. Była bardzo gęsta i zbita, trochę maślana (w konsystencji). Dopiero z czasem wyszła lekka chropowatość, która okazała się naprawdę trafiona, bowiem zrobiło się dość tłusto. Czekolada nie zalepiała, choć rozpływała się śliskimi smugami (a'la toffi), powoli i opornie, zachowując formę.

Gdy tylko umieściłam kawałek w ustach, wystrzelił smak słonej krówki z gorzkawą mgiełką w tle. Była to krówka karmelowo-kajmakowa, bo charakternie palona i śmietankowa. Zaskakująco niska słodycz nie przeszkodziła krówce w dominacji totalnej. Słoność nie była tu smakiem soli, a słonością "czegoś", a więc podkreślającą palony karmel i śmietankowy kajmak.

Paloność przybrała na znaczeniu, aż doszła do poziomu przypalenia, a więc lekko gorzkiego. Mignęła mi kawa - nie za mocna, ale jednak. To raczej dobre cappuccino, ze spienionym mlekiem (może też nawet z sosem karmelowym), ale z wyczuwalną kawową gorzkością. Paloność i słono-karmelowy smak po chwili przeciągnął to na smak orzechów laskowych. Podprażone nieco za mocno laskowce splotły się z karmelem.

W tle wyłapałam jakąś nieśmiałą owocową nutę. Coś z pogranicza egzotyki, a "słodkiej wiśni z jogurtu śmietankowego".

Sól kibicowała wciąż dość krówkowemu karmelowi i orzechom właśnie. W połowie rozpływania się kęsa zrobiło się całkiem słonawo, przy czym paloność stała się nieco kwaskowata, a orzechowi laskowemu (prażonemu w słonym karmelu?) udało się zdominować gorzkawą część.

Raz i drugi poczułam bardziej soczystą nutkę moreli. Nie była mocna, ale nadająca odrobiny lekkości esencjonalnym smakom.

Pod koniec wracała krówka bardziej śmietankowo-kajmakowa, choć nie oznaczało to wzrostu słodyczy.

Posmak należał przede wszystkim do moreli. Pozostał też kajmakowo-karmelowy, słono-krówkowy, ale właśnie z poczuciem orzechowo-kawowej gorzkawości i słoności. Było słodko, ale równocześnie to te poczucia bardziej zwracały na siebie uwagę.

Czekolada wyszła interesująco, ale nie satysfakcjonująco. Mimo że była znikomo słodka, to jej wydźwięk właśnie wokół słodyczy się obracał. Za nic nie powiedziałabym  że to 56%, góra 45%. Kojarzyła się trochę z Mesjokke Stardust 45 % Milk. Owszem, dużo w niej przełamań (palony i słony karmel, gorzkawość orzechów i kawy, znów słoność, nuta owoców), ale to jednak wciąż czekolada krówkowa. Ogrom karmelu i kajmaku podkreślonych solą odwracał uwagę od kakaowości, mleko i tłuszcz kakaowy niewątpliwie ją rozrzedziły. Smakowała mi, ale czegoś brak. Urzekł mnie ten morelowy posmak, będący zaskoczeniem zupełnym. Żałuję, że przeznaczyłam na nią poranną, weekendową degustację (wtedy zazwyczaj wybieram plantacyjne ciemne dobrych marek), bo czuję, że więcej radości sprawiłaby mi jako niewymagająca czekolada umilająca popołudnie.

Mimo że słodycz Antidote miała niższy stopień słodyczy niż Domori 56 %, to Domori miała bardziej kakaowy wydźwięk. Odnalazłam (choć wcale nie musiałam szukać, bo były bardzo wyraźne) w nich sporo podobnych nut: palony karmel, morele, wiśnie (w Domori świeże, tu "jogurtowe"), delikatna kawa, ale to Domori miała poważniejszy wydźwięk (whisky, a owoce były łatwiejsze do uchwycenia: czułam też brzoskwinie, banany). Myślę, że na krówkowy wydźwięk Antidote przełożyła się ilość tłuszczu kakaowego i mleka, hojnie doprawionych solą.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 16,59 zł (za 65 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność:  584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier trzcinowy, wanilia, sól, lecytyna sojowa

sobota, 16 lutego 2019

Zotter Redcurrants ciemna 70 % z kremem z czerwonych porzeczek i galaretką z czerwonych porzeczek

Nie mogę sobie wybaczyć, że tak późno odkryłam, jak boska była Zotter Blackcurrants in&out. To jedna z tych czekolad, do których zamierzałam wrócić dla siebie (nie na bloga), ale... nie zdążyłam, bo Zotter ją wycofał. Wprowadził co prawda podobną z czerwonych porzeczek, ale wcale mnie to nie pocieszyło, bo zdecydowanie wolę czarne (czerwone w sumie są mi obojętne).


Zotter Redcurrants to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z kremem z czerwonych porzeczek (36%) i galaretką z czerwonych porzeczek (24%), otoczoną cienkimi warstwami ciemnej czekolady.

Po otwarciu poczułam wytrawny zapach ciemnej czekolady o palonym wydźwięku i kwaskowatych czerwonych porzeczek, które na znaczeniu bardzo przybrały po przełamaniu.

Tabliczka łamała się z lekkim trzaskiem, przy czym wydała mi się dość konkretna, a jedynie jej galaretka nieco rwąca.
Zachowała zwartość do zrobienia kęsa; wydaje mi się, że dzięki (i przez) cieniutkim warstwom ciemnej czekolady oddzielającej z obu stron galaretkę od kremu (odkryłam je dopiero podczas degustacji). Wszystko w sumie łatwo rozwarstwić (kawałeczkowi to zrobiłam), ale nie ma to większego sensu, bo to przemyślana (choć w ustach za szybko i nazbyt rozwalająca się) całość.

W ustach czekolada była tradycyjnie kremowa, wolno rozpływająca się i z minimalnie pylistym efektem, który świetnie pasował do plastycznego, bardzo soczystego i jednocześnie kremowego w tłustawo-mleczny sposób, nadzienia. Wydało mi się nieco dziwne, bo nie było ani idealnie gładko-śliskie, ani proszkowe, a coś jakby pomiędzy tym.
Galaretka to zachwycająco naturalny, soczysty do granic możliwości twór o dość rzadkiej strukturze. Wydobyta z tabliczki gibała się na wszystkie strony, zawijała itd. To właściwie lepiący żel w formie prawie stałej.
Nadzienia to 100 % natury - nawet drobinki, skórki i pestki porzeczek się zaplątały.
Warstwy w ustach szybko rozwalały się (pewnie dlatego, że po prostu ich dużo: czekolada, krem, czekolada, galaretka, czekolada, krem, czekolada; mi najbardziej odpowiadały brzegi, bo przyjemnie wszystko się trzymało) i mieszały, część rozpływała się leniwie razem, część rwała się na przód, ale ogólnie wyszło... spójnie.

Czekolada przywitała mnie intensywnym, choć łagodnym, palono-dymnym smakiem. Gorzkawość zrównoważyła subtelna, karmelowa słodycz.

Owocowe wnętrze szybko przebiło się za sprawą soczyście-owocowego kwasku. Podkreślił dymne nuty czekolady.

Po chwili kwasek porzeczek wszystko zdominował. Owocowy krem zaczął swój debiut. Świeże, najprawdziwsze kwaśne czerwone porzeczki dały porządny popis, po czym odpuściły, puszczając przodem odrobinę pudrową słodycz. Po niej kwaśność wydała mi się nieco cytrynowa. W ustach rozeszła się mleczność i stonowała kwaśność. W mlecznej toni wyłapałam orzechowo-migdałową nutkę, która genialnie zespoiła środek z czekoladą.

A ta, jej dymna gorzkawość, była cały czas wyczuwalna (co wyszło rewelacyjnie za sprawą warstewek z wnętrza). Sama w sobie wydała mi się nieco czerwonoowocowa... w taki czekoladowy sposób.
Owocowa kwaśność powróciła, gdy to galaretka zaczęła się rozpływać (trochę bliżej początku niż końca rozpływania się kawałka), choć dosłownie na moment. Galaretka była bowiem bardzo, bardzo słodka. Kojarzyła się z konfiturą / dżemem, a nie świeżymi owocami, ale zestawiona z nimi (z kremu owocowego) wcale przecukrzona się nie wydała. Była jednak słodką odskocznią od kwasku.

Słodycz galaretki podbiła wprawdzie pudrowość kremu, ale także uwydatniła szlachetność ciemnej czekolady. To właśnie ten duet smaków porzeczkowego kremu (pudrowa słodycz już tylko z domieszką kwaśności) w asyście wytrawnej czekolady zakończył całość.

W posmaku pozostały wyraźne czerwone porzeczki i gorzkawa ciemna czekolada, a także silna, ale przełamana domieszką (porzeczkowo-cytrynowej) kwaśności, słodycz.

Tabliczka wyszła bardzo dobrze. Cieszę się, że nie "ozdobiono" niepotrzebnie smaku czerwonych porzeczek, ponieważ ewidentnie je czuć. Za ich sprawą wyszło kwaśno, ale nie nachalnie czy nazbyt cytrynowo (choć cytrynę czuć), bo naturalnie, autentycznie. Pasowało to do statecznej, dymnej czekolady. Tak samo leciutka migdałowa nuta świetnie się odnalazła w mocno, mocno porzeczkowym kremie, łącząc go z czekoladą i mlekiem (jak dla mnie to dodatkowy plus i opcja sto razy lepsza niż np. maślaność). Poziom słodyczy też dobrze utrafiono.

Jestem pewna, że czekolada podbije serca miłośników czerwonych porzeczek. Mi smakowała, bo została zrobiona wzorowo (10 nie wystawię, bo aż takiego wrażenia na mnie nie zrobiła). Ciemna czekolada trafiła w mój gust doskonale; porzeczkowa na pewno byłaby tu przesadą.


 ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 470 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinoey, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, syrop ryżowy, koncentrat z czerwonych porzeczek, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, migdały, masło, słodka serwatka w proszku, koncentrat soku cytrynowego, pełny cukier trzcinowy, substancja żelująca: pektyny jabłkowe, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

czwartek, 14 lutego 2019

Domori Trinitario 80 % Deciso ciemna

Od dłuższego czasu do mojej głowy zakradała się myśl o blendach z kakao trinitario w wykonaniu Domori. Tylko czasem ta myśl wiązała się z ochotą na nie, czego wyjaśnić nie umiem. Gdy pewnego dnia Piotr z Sekretów Czekolady napisał mi o nowościach od Domori, poczułam, że normalnie muszę zjeść jakąś Domori (nie mogąc się doczekać, kiedy przyjdą nowości - to raz, a dwa, że miałabym opory przed ruszeniem z nowościami, nie kończąc tamtych). Naszła mnie taka ochota na dzisiaj prezentowaną, że czułam, jakbym miała umrzeć, gdyby to nie ona była główną bohaterką kolejnej weekendowej degustacji.

Domori Trinitario 80 % Deciso to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao trinitario pochodzącego z różnych (nieokreślonych) regionów, a więc blend.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny, smakowity zapach o mocno prażonym wydźwięku. Wyraziste orzechy włoskie w nim przewodziły, ale wydaje mi się, że i prażone fistaszki czułam. Oblegała to wykwintna słodycz syropu malinowego, kojarzącego się też dość mocno z miodem, ale wciąż z soczystym tchnieniem.

Ciemna, raczej matowa tabliczka stawiała opór przy łamaniu, bo była twarda jak kamień. Swoją porażkę za każdym razem przypieczętowywała głośnym trzaskiem, co wskazywało na to, że była niezwykle pełna i gęsta.
W ustach również odznaczała się gęstością. Cały czas rozpływała się idealnie gładko, najpierw jak tafla masła (co niezbyt mi się podobało), ale potem jakby stała się gęstym kremem (kremowym do potęgi). Gładkimi smugami zalepiała usta, a sama, mimo że z czasem zmiękła, zachowała zwartą gęstość. Pod koniec zostawiła poczucie ochłodzenia i leciutkiej suchości.

Gdy zrobiłam kęs, przez parę sekund czułam maślaność (i lekkie rozczarowanie), przy której zaczęło się zbierać coraz więcej słodyczy. Powoli zaczęła zmieniać ją w smak suszonych, jasnych fig.

Tymczasem zjawiła się gorzkość. Porwała mnie pewnością siebie, odważnie dyktując palony klimat. Z niego wypłynęły gorzkawe orzechy włoskie, które ustanowiły stateczną, niezachwianą do samego końca bazę. O dziwo nie było to ciepło-prażone, a bardziej takie... palono-dymne (zdystansowane?).

Słodycz zrobiła wycieczkę ku śliwkom i nagle przeszył ją kwasek, atakujący skądś z tyłu. Wkuł soczyście owocową nutę. Kwasek był bowiem w dużej mierze cytrusowy, czasem kojarzył się z niedojrzałymi, cierpkimi fioletowymi winogronami i śliwkami. Pojawiał się właśnie jako takie ukłucia-uszczypnięcia. Wyraźne, ale epizodyczne.

W połowie rozpływania się kęsa palony smak łączył się z suszonością (nie z figami, a właśnie z suszonością). Do głowy zaczęły przychodzić mi suszone liście herbaciane, może też lekko odymione zioła.
Orzechy włoskie i suszone figi wymieszały się z paloną gorzkością i kwaskiem, przez co skojarzyły mi się z palonym słodem. Z czasem słodycz jakby uciekła od kwasku. Poczułam łagodny (też jakby zdystansowany) miód i pomyślałam o korzennej masie makowej... Pełnej orzechów. I to takich w cynamonie (i innych przyprawach?).

Przy miodzie, poprzez cierpkość winogron i śliwek (?) starał się przebić syrop / sok malinowy, ale wszelkie suszkowate klimaty usadziły go raczej jako jakiś napar, niosący lekki chłodek (coś a'la mięta / anyż?).

O ile początek był bardziej maślany, tak na końcówce pojawiła się chłodna śmietanka, trochę ugłaskując gorzkość palonych orzechów i tych fusów / liści czy przypraw.

W posmaku pozostał palony motyw jako orzechy, dym, ale bez ciepłego, a wręcz z chłodanym wydźwiękiem. Powiedziałabym, że to jakieś słodko-suszone zioła. Miód i figi zostały przełamane mieszaniną winogron, śliwek, cytrusów i naparu malinowego, a jednak wcale tak bardzo owocowo nie było. Kompozycja przede wszystkim postawiła na paloność, orzechy i słodowo-korzenne, suszono-liściaste nutki.
Ciekawie wyszedł niepozorny początek i końcówka, po których w życiu bym nie powiedziała, jak charakterny i intensywny smak uderzy później. Maślaność, pomyślałam: "łe", a tu BUM i takie smakowitości... może namieszane, zachodzące na siebie i nie tyle głębokie, co cudnie wyraziste, a na koniec wyzerowanie emocji, czyli śmietanka i gorzkość mówiące: "jeszcze raz!".

Łatwo się domyślić, że w pierwszej chwili nie myślałam, że mi tak posmakuje, ale kupiło mnie, że nie była tak bardzo owocowa, mimo silnego palenia nie wyszła przepalona i... zaintrygował mnie jej chłodzący efekt. Po tym wszystkim spodziewałabym się raczej ciepłego klimatu.
Trochę przeszkadzała mi tłustość, ale gdy rozkręciła się kremowość, a potem w ustach zostało poczucie chłodku i lekkie podsuszenie, odchodziła w niepamięć.

Spodobał mi się jej ciężki, esencjonalnie czekoladowy smak, który był tylko wspierany przez owoce, a głównie orzechowy. O wiele bardziej orzechowo-palony niż Trinitario 70 % Rotondo (które było bardziej drzewne, "bułkowate" i poszło bardziej w kierunku masła orzechowego) i jeszcze mniej owocowy niż 70 % (tam czuć nuty ciemnych owoców leśnych, w 80 % owoce to tylko "namiastki"). Na szczęście ciężkość nie wiązała się tu z tłustością, mam na myśli raczej poważny charakter.
Z Domori Cacao Criollo 80 % w ogóle różnica ogromna, choć criollowate whisky i orzechy, a tu ten słód trochę mi się skojarzyły ze sobą. Trinitario 80 % nie wyszła specjalnie głęboko, wszystkie jej smaki "zostały podane na talerzu", ale właśnie w tym tkwi jej piękno. Jadłam lepsze Domori, ale ta zasługuje na wyróżnienie (brak dynamiki, a jednak najwyższa jakość - ja nie zawsze mam ochotę na "porywające tornado smaków"; nie 10 tylko przez maślaność).


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 31,99 zł (za 75 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność:  580 kcal / 100 g
czy kupię znów: chyba tak

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

środa, 13 lutego 2019

E. Wedel Orange Mocha Cookie mleczna z nadzieniem kawowo-pomarańczowym z cytrusowymi kawałkami oraz herbatnikiem

Nie pamiętam, żebym w ciągu ostatnich paru lat zobaczyła w sklepie coś słodkiego, co bym chciała zjeść, co bym kupiła i zjadła tego samego dnia. Trudno też o coś, co zjadłabym w parę dni po zakupieniu. Jednak odkąd zobaczyłam w internecie tę czekoladę, miałam na nią ochotę. Otworzyłam ją dokładnie cztery dni po zakupie. Wow, mogę sobie pogratulować.
Pseudokawy, a więc jakiejś pomarańczowej typu mocha w życiu nie chciałabym spożyć, ale taka czekolada, gdy wciąż miałam w pamięci bardzo smacznego Wedla Cookie o smaku Cheesecake, wydawała się kusząca (pomijając już, że zakochałam się w jej opakowaniu).


E.Wedel Orange Mocha Cookie to mleczna czekolada o zawartości 29 % kakao z nadzieniem kawowo-pomarańczowym (37%) z cytrusowymi kawałkami oraz herbatnikiem (10%).

W chwili otwierania poczułam napastliwy zapach pomarańczy, który błyskawicznie stał się sokiem z tego owocu. Na intensywności nie stracił, lecz przybrał na autentyczności. Soczysta, słodko-kwaśna pomarańcza mieszała się ze zmielonymi ziarnami kawy. Wszystko to osnuwała słodko-ulepkowata, trochę tandetna czekolada. Po przełamaniu poczułam też herbatniki.

Tabliczka sprawiała wrażenie miękko-konkretnej. Wszystkiego było w niej dużo, ale wydawało mi się, że zacznie rozpuszczać się w rękach. Łamać było jednak normalnie, gdyż okazała się w tej kwestii przyjazna. Zrobiono ją bowiem na zasadzie "połączonych 3Bitów" - ciastko idzie przez cały pasek, a nie przez całą tabliczkę (przez całą szedł krem). Dźwięk wydawał tylko właśnie świeży, dobrze wypieczony, kruchy herbatnik.
W ustach całość szybko miękła, ale rozpływała się umiarkowanie. Już sama czekolada raczyła silną tłustością, zmieniając się w proszkowe, zalepiająco-ulepkowate bagienko. Krem z wnętrza wydał mi się jeszcze tłustszy, ale mniej proszkowy. Oprócz margarynowości, cechowała go gładkość i lekka oleista śliskość. Wypełniały go jednak chrupiąco-trzeszczące drobinki (nie zaburzające bazowej gładkości), które prawie się nie rozpływały (ja głównie rozgryzałam je "obok czekolady" pod koniec, a część zostawiałam na moment, gdy wszystko inne się rozpuściło).
Właściwie zaskoczyła mnie obecność tych kawałków, bo odkryłam je podczas jedzenia. Przy sesji zdjęciowej jakoś nie rzuciły mi się w oczy, a część wzięłam za okruszki herbatnika.
Ciastko wszystko to "podsuszało" swoją... zwyczajnością. W porę gryzione przyjemnie chrupało, a pozostawione samo sobie, błogo się rozpływało wraz z resztą. Bardzo podobała mi się opcja numer dwa. Gdyby nie ono, uznałabym konsystencję za porażkę.
Kostkę da się podzielić, więc z kawałkiem tak postąpiłam, by mieć lepszy ogląd sytuacji.

W smaku czekolada uderzyła silną słodyczą i równie silnym mlekiem. Odebrałam ją jako przeciętną, ale bardzo się zdziwiłam, że nie odnotowałam w niej nuty "pianek / ptasiego mleczna", którą w mlecznych Wedlach czuję od dziecka i przez którą jej nie lubię. Przesiąkła nieco (przynajmniej mój egzemplarz) nadzieniem.

Szybko robiło się cukrowo do granic możliwości, jakoś już po paru sekundach - gdy nadzienie dawało o sobie znać. Poczułam nutę margarynowo-maślaną, przenikającą do czekolady i odrobinkę kawy podkreślającą ją (czekoladę), ale usta błyskawicznie zalała fala soczystej pomarańczy. Nie była jednoznaczna, bo złożyły się na nią: naturalny, słodziutki sok tylko co wyciśnięty z pomarańczy i goryczkowaty aromat pomarańczowy.

Pomarańczowa słodycz i goryczka przyjemnie łączyły się z intensywną, ale nie siekierowatą kawą. Ta nadała kremowi bardziej czekoladowego wydźwięku i rozproszyła słodycz. Maślany smak, wraz z mieszaniem się kremu i czekolady, przybrał o wiele bardziej mleczną postać. Mleczna, ale wyrazista kawa o silnej słodyczy z czasem ponad inne elementy wyniosła swoją gorzkawość. Kawa na moment zrobiła się głównym smakiem, a kompozycja zaskoczyła mnie tym, jak gorzko kawowo się zrobiła. Maślaności jednak tak całkiem nie zagłuszyła, bo ta po pewnym czasie zaczęła wydobywać się z ciastka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, gdy krem odważnie się wdzięczył, zaczęły odsłaniać się kawałki, które dodały pomarańczy znaczącą, ale nie nachalną kwaśność cytryny.

Herbatnik nieco osłabił słodycz i wyrównał cytrusowość. Sam wnosił smak dobrze wypieczonego, maślanego ciastka. Ukrył tym samym margarynowe nuty, a kawie nadał mocha-cappuccinowo-piankowego charakteru (mam na myśli piankę na kawie).

Cukier cały czas walczył o swoje, nasilał się przy drobinkach. Paradoksalnie, robiła to również cytrusowość, co pod koniec wyszło soczyście-cytrynowo, ale słodko. Przegoniło to jakoś mleczny smak, bo czekolada wydała mi się bardziej maślano-margarynowa, niż mleczna właśnie. Zostawione drobinki mimo że na koniec wyszły na pierwszy plan, kawy nie wystraszyły.

Po wszystkim pozostał posmak kawy i sztucznawo pomarańczowo-cytrynowy, czekoladowa maślaność (także jako tłuszcz na ustach) oraz przesłodzenie (choć nie "smak cukru w gębie"); raczej z poczuciem kwaskowatej soczystości, a nie ciężkości.

Całość wyszła zgodnie z tytułem i bardzo harmonijnie. Smaki okazały się wyraziste, trochę ordynarne, ale wcale nie napastliwe w tym. Mimo kilku wad, odbiór był jak najbardziej pozytywny (a mnie naszła taka myśl, że krem wyszedł prawie jak czekolady z Madagaskaru, haha).

Nie odpowiadała mi w prawdzie jej tłustość, jednak podobało mi się, że to czekolada, która rozpływa się / mięknie całościowo, a nie, że trzeba ciągle chrupać (drobinek owocowych było w sam raz, jako niedenerwujące urozmaicenie). Herbatnik dobrze radził sobie ze zwalczaniem tłustości (nie zrobił tego całkowicie, ale nie było źle).
Mimo straszliwej słodyczy, tytułowe smaki również wyraziście się zaprezentowały. Smakowita kawa i niekwachowata pomarańcza na tyle naturalnie-sztuczna, że miła w odbiorze.
Do Mamy powędrowała jedynie kostka, a ja prawie całą tabliczkę podzieliłam sobie na trzy dni. O tak, po jej skończeniu nasyciłam się i w sumie nie żałuję jakoś specjalnie, że nie jest w stałej ofercie (ale mogłaby być!). Uważam ją za równie dobrą, co Cookie o smaku Cheesecake (błagam, nie chcę więcej pisać takich nazw!).


ocena: 8/10
kupiłam: Carrefour
cena: 11,99 zł (za 290g)
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie (kiedyś tam bym mogła, ale pewnie szybciej zniknie)

Skład: czekolada mleczna 53% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat), cukier, herbatniki (mąka pszenna, cukier, tłuszcz palmowy, syrop glukozowo-fruktozowy, skrobia ziemniaczana, mleko odtłuszczone w proszku, substancje spulchniające: węglany sodu, węglany amonu, pirosiarczyn sodu; jaja w proszku, sól, ekstrakt słodowy z jęczmienia, emulgator: lecytyna sojowa), tłuszcz palmowy, mleko pełne w proszku, pasta kawowa 4% (kawa 63%, tłuszcz rzepakowy, emulgator: lecytyna sojowa), serwatka w proszku, cząstki pomarańczowe 1,3% (syrop glukozowy, zagęszczony sok pomarańczowy 30%, przecier z moreli, fruktoza, substancja zagęszczająca: alginian sodu; naturalny aromat pomarańczowy), naturalny aromat pomarańczowy, emulgator: lecytyna sojowa

wtorek, 12 lutego 2019

Zotter Champagne + Raspberries ciemna 70 % z czekoladowym kremem z szampanem oraz nadzieniem malinowym

Szampan to jeden z tych alkoholi, które omijam. Jaki by on nie był, tak jak białe wino, jest u mnie na przegranej pozycji, tak samo jak niektóre Zottery z nimi. Przeważnie bowiem producent dodaje je do jasnych nadzień. Za ciemnymi czekoladami z ciemnoczekoladowymi nadzieniami z alkoholem Zottera z kolei jestem gotowa wskoczyć w ogień. Do dzisiaj przedstawianej miałam mieszane uczucia, bo z taką kompozycją jeszcze się nie spotkałam, a owocowo-alkoholowe nadzienia Zottera odbieram bardzo różnie.
Do tej tabliczki dodano konkretnie szampana producenta Fleury, co mi nic nie mówiło, ale szybko wygooglowałam. Obecny właściciel, Jean-Pierre Fleury, to winiarz w czwartym pokoleniu, od 1989 stosujący zasady biodynamiki, mający ekologiczne certyfikaty, kultywujący ponad stuletnią tradycję rodzinną. Wszystko wytwarzane ręcznie, uprawę gleby wykonuje się przy użyciu zaprzęgu konnego. Specjalnością Fleury są szampany wytwarzane z gron odmiany Pinot Noir, zarówno z owoców własnych jak też skupowanych od partnerów, pochodzących z 8 hektarów certyfikowanych winnic biodynamicznych.


Zotter Champagne + Raspberries to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z czekoladowym kremem z szampanem (40%) oraz nadzieniem malinowym (20%).

Po otwarciu poczułam się, jakby miała przed sobą czekoladowy mousse, do którego dodano sporo słodko-rześkiego alkoholu. Zbliżywszy się do tabliczki poczułam palony charakter czekolady oraz maliny. Z zaskoczeniem wyłapałam też nutkę pudrową i niemal białoczekoladową.
Po przełamaniu maliny robiły się odważniejsze i mieszały z pudrowością.

Ciemna tabliczka głośno trzaskała, gdyż była twarda i zwarta.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo, powoli ujawniając nadzienia. Szybciej wymykało się spod niej owocowe, co wcale nie dziwi z racji jego plastyczności. Wydało mi się wyjątkowo maziste, ale wciąż zwarte. Było soczyste, ale wciąż nieco mleczne, a nie tylko owocowe, choć chwilami sprawiało wrażenie nieco śliskiego. Co więcej, skrywało parę malinowych pesteczek (obeszłoby się bez nich).
Krem czekoladowy był znacząco tłusty w maślano-śmietankowym kontekście. Rozpływał się znacznie wolniej i idealnie gładko.
Całość dało się łatwo podzielić, ale w sumie nie ma to sensu, bo to spójna, smakowita całość.

Najpierw kubki smakowe przywitała czekolada o gorzko-palonym smaku i palonokarmelowej, subtelnej słodyczy.
Szybko dołączył do niej malinowy smak. Nadzienie owocowe mignęło kwaskiem, a później roztoczyło słodycz. Jednoznacznie skojarzyło mi się ze słodkim, malinowym kompotem, choć na brak soczystego kwasku nie mogę narzekać. Płynął on z tych malin, także świeżych, które to zadebiutowały w pewnym momencie, by rozejść się na rzecz bardziej słodko-mlecznego smaku.

Mleczność i maślaność popłynęły z nadzienia czekoladowego, które również częściowo wpisało się w kwasek. Gdy spróbowałam je osobno, z zaskoczeniem odkryłam, że też smakowało kwaskowato owocowo. Było owocowe, ale wyraźnie owocowo-alkoholowe. Roztaczało alkoholowy smak, który ja nazwałabym likierowym. Ilościowo całkiem sporo, ale nie był on strasznie mocny. Smakowicie nakręcił ciepły wydźwięk kompotu malinowego, a całość na chwilę zrobiła się tak "ogólnie owocowa" - doszukałam się truskawek, owoców leśnych, sugestii wiśni czy jasnych winogron.

Po tym, jak szampan zagrał wyraźniej, słodka malinowo-mleczna nuta zrobiła się nieco pudrowa, ale zaraz zebrała się mleczno-maślano-waniliowa ekipa i przekierowała słodycz w kierunku czekoladowym.

Maślana czekoladowość z rześkim, kwaskowatym alkoholem i słodyczą pod koniec na zasadzie kontrastu podkreśliły palono-gorzki, niemal dymny charakter samej czekolady.

To właśnie głównie gorzko-wytrawny smak czekolady zamknął kompozycję, pozostając w posmaku, w którym to swoją szlachetną słodycz wymieszał ze świeżymi malinami i owocami leśnymi (truskawki?) a także dość mocnym poczuciem alkoholowości.

"smakowita" pestka
Jestem zaskoczona, że tak bardzo smakowała mi ta czekolada. Jej słodycz była znacznie niższa, niż się spodziewałam, a kwasek... zaskakująco wyraźny, choć w pełni owocowy i jakby "wytrawniej" alkoholowy (choć czuć, że to lżejszy alkohol). Czuć... czuć jakość. Podobał mi się kompotowo-truskawkowy wydźwięk malin i to, że nie brak wytrawności.
Strukturze nie mam nic do zarzucenia, bo tabliczka wyszła konkretnie, ale nie nazbyt tłusto. Nie była też aż tak bardzo owocowa, a dosłownie kilka pesteczek nie przeszkadzało.
Naprawdę przepyszna, acz z bardzo subiektywnych względów wyższej oceny nie wystawię (mi jednak w pewnym momencie te posmaki pudrowy i maślany "trochę nie ten"... i chcę wyróżnić oczywiście alkoholowe kompozycje z 10/10, które kocham).


ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 497 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wiem, w sumie kiedyś mogłabym (ale wątpię)

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop ryżowy, Marc de Champagne, maliny, suszone maliny, masło, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowane maliny, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, suszone borówki amerykańskie, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowana wanilia

poniedziałek, 11 lutego 2019

lody Gelatelli Premium Belgijska Czekolada

Wybór tych lodów na "wielką szamkę" był chyba dziwny nawet jak na mnie. Przy In 't Veld My Favourite Things 72 % Kakao Ziege pisałam, że poczułam się zazotterowiona i szukałam czegoś innego. Wybrałam In 't Veld, ale myślałam też o Domori. Tego pomysłu jednak zaniechałam, bo jakoś akurat na Domori nie miałam ochoty. Tamtego dnia chodziły mi po głowie też lody, ale nie... Koniec końców do lodów myślami wracałam w ciągu tygodnia (to był październik, a więc "moja pogoda na lody") i... w kolejną niedzielę stanęłam przed wyborem lodów właśnie. Znów jednak miałam ochotę na czekoladę (w sumie codziennie ją mam). Jakoś się to połączyło i postanowiłam sięgnąć po lody (miałam nadzieję) bardzo czekoladowe, pamiętając dobre Haagen-Dazs Belgian Chocolate (w których wiórki czekolady cudownie się rozpływały, w przeciwieństwie do typowych wiórków czekoladowych w lodach).

Gelatelli Premium Belgijska Czekolada to lody czekoladowe z kawałkami belgijskiej czekolady (12%), produkowane dla Lidla i występujące w opakowaniach o zawartości 430g/500ml.

Po otwarciu  poczułam zapach czekolady, mlecznej bazy i kakao (dokładnie w tej kolejności). W pierwszej chwili nie kojarzyło się to z mleczną czekoladą, ale w trakcie jedzenia (zwłaszcza, gdy lody się już mocno topiły), owszem.

Masa lodowa była bardzo gęsta, zbita i twarda. Jak się potem okazało, porządnie syciła. Wszystko to za sprawą śmietanki, której tłustość oczywiście czuć, acz nie w nadmiarze. Masa topiła się bardzo powoli, odsłaniając mnóstwo okrągłych kawałków czekolady. Te w ustach rozpływały się co prawda odpowiednio do lodów w miarę szybko (choć oczywiście wolniej od nich), ale mimo to wydawały mi się plastelinowo-ulepkowate i tłuste. Pałętały się po ustach i chwilami sprawiały wrażenie niemal trzeszczących od proszku (a nie były proszkowe).

W smaku od początku przewodził czekoladowy smak z wyraźnie wyczuwalną śmietankowo-mleczną bazą i nutką łagodnego kakao w tle. Szybko dołączyła do tego słodycz. Rosła aż wzrosła do poziomu nieco zbyt silnego jak na lody ciemnoczekoladowe, ale nie była silniejsza od innych lodów z np. lidlowej serii amerykańskiej czy Haagen Dazs.
Wraz z jedzeniem miałam wrażenie, że gdzieś za bardzo ucieka ciemnoczekoladowość samej masy. Cały czas czułam wprawdzie leciutko gorzkawe kakao, ale na znaczeniu przybierała raczej bazowa śmietankowość i słodycz. Przez to lody smakowały bardzo delikatną czekoladą.

Słodycz napędzały także kawałki czekolady. Jak na ciemną na pewno były za słodkie, jednak one już dodawały smaku ciemnoczekoladowego. Nie były niestety jakoś specjalnie intensywne czy głębokie w smaku, a w dużej mierze maślane. Po większej ich ilości podkreślały kakaowy smak masy.

Po lodach pozostał czekoladowo-lodowy posmak, nieco mniej kakaowy. Czułam, że były trochę za słodkie, za mało gorzko-czekoladowe, ale nie czułam się przesłodzona. Brakowało mi tu kopa kakao czy głębi ciemnej czekolady. Było ot, czekoladowo, całkiem smacznie, ale bez szału. Wolałabym, żeby smakowały wyraźnie ciemnoczekoladowo. To jednak niewątpliwie lody czekoladowe, nie zaś kakaowe, ale... takie bardzo łagodnie czekoladowe (mleczno-maślane wręcz).

Nie podobała mi się jednak forma dodatku. Te kawałki miały nieprzyjemną strukturę, kojarzyły się z tanią tandetą. Lepiej by było, gdyby były wiórkami - cieniutkimi wióreczkami! - jak w przypadku Haagenów.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 10,99 zł (za 430g)
kaloryczność: 294 kcal / 100g; 253 kcal / 100ml
czy kupię znów: nie

Skład: 36% bita śmietana, mleko odtłuszczone, cukier, miazga kakaowa, 3% kakao, mleko w proszku odtłuszczone, żółtko jaja, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa

niedziela, 10 lutego 2019

Moser Roth Sommer Edition Banana Split mleczna z nadzieniem bananowym i kremem śmietankowym

Lubię banany odkąd pamiętam, ale od bananowych słodyczy dawniej stroniłam, nie przeszkadzało mi, że jest ich tak mało na rynku. Żyłam w przekonaniu, że przeważnie wychodzą sztucznie. Tak się jednak stało, że w ciągu ostatnich paru lat, wszystkie bananowe czekolady, które jadłam, smakowały mi. Zotter Chocolate Banana to jedna z moich ulubionych nadziewanych. Pokazuje ona, że dobrze zrobione bananowe nadzienie "to jest to". Jako że do produktów z Aldiego jestem pozytywnie nastawiona, bananowego nadziewańca marki własnej tego marketu przepuścić nie mogłam.

Moser Roth Sommer Edition Banana Split to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z nadzieniem bananowym (20%) i kremem śmietankowym (25%).
To edycja limitowana na lato 2018; składała się z 5 minitabliczek (łącznie 187,5g).

Już w trakcie rozchylania papierka po całej kuchni rozniósł się słodki zapach banana w asyście głęboko mlecznej czekolady. Banan dominował, reprezentując zarówno naturalny, rześki owoc, jak i odrobinkę aromatu, co i tak przełożyło się na smakowitą kompozycje. Po przełamaniu nasila się mleczność, niemal śmietankowość, a ja pomyślałam o lodach śmietankowych (może z "waniliowatą" nutą).

Tabliczka łamała się łatwo, ale nie topiła się w rękach. Czekolada była właściwie twardawa, ale przy odgryzaniu kawałka wierzch nieco się łamał / wgniatał z racji formy nadzienia. Żadnej z jego warstw nie pożałowano.
Jak to ja, pozwoliłam sobie kostkę trochę podzielić i wtedy śmietankowe nadzienie wydało mi się nieco proszkowo-kruche, niezbyt zwarte.
W ustach czekolada szybko stawała się miękkim, tłusto-kremowym bagienkiem, ale rozpływała się powoli, zalepiając usta i odsłaniając nadzienia, które rozpływały się w zbliżonym do siebie tempie.
Na górze był gęsto-ciągnący, nieco lepiący i gładki (choć jakby nie do końca) żel z soczystym efektem, a na dole krem o znaczącej tłustości. Nie był proszkowy, ale czuć, że proszek stanowił dużą jego część. Gdy żel wyciskał się spod czekolady, biały krem kontynuował zalepianie wraz z nią. Wydawał się przy tym coraz lżejszy, w pewnym momencie jakby napowietrzony - jak mousse lub topiące się / "roztrzepane" lody włoskie.

Od pierwszej chwili w smaku czekolada okazała się głęboko, wyraziście mleczna, a przy tym bardzo słodka. Mimo rosnącej słodyczy, mleko wydawało się rządzić i na moment pozwoliło maślanemu akcentowi na lekką sugestię kakao.

Ze słodyczą szybko przypłynęła bananowa nuta z soczyście-owocowym motywem. Lekka sztucznawość została zatopiona ogromem mleka, w tym momencie bardziej śmietanki. Owocowa nuta nadała temu lekkości, wychwyciłam orzeźwiający owocowy kwasek, a smak naturalnych, bardzo słodkich bananów zdominował kompozycję.

Zza bananów z białego kremu wyszła lekko nijako-mleczna, trochę margarynowa nuta. Słodycz jednak stłamsiła ją, sama osiągając poziom przesady. Sytuację ratowała odrobinka wanilii i skojarzenie z lodami włoskimi, jakie przyniosła. Te "lody włoskie" cudownie zgrały się ze słodkimi bananami.
Z łagodniejącego smaku bananów wyrwała się nieznaczna sztuczność, jednak nie było w niej nic napastliwego, miała swój urok (bo cały czas jednak z naturalnym bananem się łączyła).
Bliżej końca, gdy rzadsze nadzienie owocowe się rozeszło, białe raczyło smakiem śmietanki i mleka w proszku.

Na końcówce słodycz cukrem zadrapała nieco w gardle, w ustach zaś dominowała ta banonowo-waniliowa. Śmietanka kojarzyła się z bitą śmietanką lub lodami, a odrobinka czekolady przybrała na mleczności i związała ją znakomicie z już bardzo delikatną bananową nutą (zakładam, że to już tylko kwestia tego, że czekolada przesiąkła bananowym aromatem).

W posmaku pozostał sztucznawo-naturalny banan (właśnie w posmaku najbardziej czuć jego chemiczność) oraz poczucie bardzo silnej słodyczy. Co więcej czułam śmietankowość a'la bita śmietanka i mleko w proszku. Po jednej minitabliczce tłuszcz trochę dawał mi się we znaki, a po jednej i kostce czułam się już nieco zasłodzona... Jednak na niej nie poprzestałam, bo wszelkie gorsze nutki były naprawdę delikatne i nikły w mocno bananowo-mlecznym, otulonym czekoladą, smaku. Mało tego - jedną minitabliczkę zostawiłam "luźną", żeby ewentualnie oddać Mamie. Nie oddałam, wszystko poszło dla mnie.

Mimo wad (za słodko i za tłusto oraz jednak te drobne posmaki), całość uważam za naprawdę dobrą i wartą polecenia. Banan wyszedł intensywnie, ale głównie naturalnie, sama czekolada dobra (poziom Lindta bez dwóch zdań), a krem śmietankowy wyszedł jak zacny mousse. Tabliczka zszokowała mnie tym, że mimo zasłodzenia, jakie niosła, nie wyszła nazbyt ciężko, a nawet... niosła pewną rześkość (owocową soczystość i skojarzenie z lodami).
Nie wiem, dlaczego, ale myślę o niej jako o J.D. Gross Orzechy laskowe 32 % mleczna z musem orzechowym i orzechami laskowymi w wersji bananowo-śmietankowej.


ocena: 8/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 187,5g)
kaloryczność: 529 kcal / 100g; jedna minitabliczka (37,5g) - 198 kcal
czy kupię znów: może i mogłabym (gdyby była w stałej ofercie)

Skład: mleczna czekolada (cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, maślaka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy), tłuszcze roślinne (shea, palmowy), cukier, syrop glukozowy, przecier z banana 6,2%, śmietanka w proszku 4,8%, odtłuszczone mleko w proszku, syrop cukru inwertowanego, laktoza, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, kwasek cytrynowy, sól

sobota, 9 lutego 2019

Zotter Ginger + Lemon ciemna 70 % z czekoladowym kremem ze świeżym imbirem, miodem i imbirowym likierem oraz cytrynowym kremem na bazie białej czekolady i cytryn

Pewnie już wspominałam, że zamawiając wszystkie nowe nadziewane Zottery nie zagłębiałam się w szczegóły, jakie dokładnie czym są. Dzisiaj przedstawiana tabliczka od razu skojarzyła mi się z Candied Ginger ze względu nie na imbir, a raczej na opakowanie. Wyobraziłam sobie kostkę kandyzowanego imbiru w czekoladowo-cytrynowym kremie, co w sumie wydawało mi się całkiem w porządku, bo tamta bardzo mi smakowała. Jakże się zdziwiłam (i ucieszyłam!), gdy zorientowałam się, że tym razem Zotter użył świeżego imbiru. Reszta jak reszta, dobór składników wydał mi się nieco za słodki, ale co tam.


Zotter Ginger + Lemon to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z czekoladowym kremem ze świeżym imbirem, miodem i imbirowym likierem oraz cytrynowym kremem na bazie białej czekolady i cytryn.

Po rozchyleniu papierka poczułam ciężko-zwiewny, wytrawnie-słodki zapach o nieco mydlanym charakterze. Zbliżywszy nos do spodu wyraźniej czułam świeży, mydlano-pikantny imbir i cytryny w pudrowo-słodkim kontekście. Gdy wąchałam wierzch tabliczki, cytrynowa nuta wydała mi się soczystsza. Z kolei po przełamaniu nasiliła się mydlaność i pojawiła się sugestia alkoholu. Paloność ciemnej czekolady osadziła się na tyłach.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się zaskakująco twarda i zawarta, trzaskała z dodatkowym chrupnięciem (jakby i nadzienia były twarde). Całość w sumie dało się łatwo rozwarstwić, bo nadzienia były dość zróżnicowane, ale ja to zrobiłam tylko na kawalątku z ciekawości, bo wszystko smakowało o wiele lepiej razem.

W ustach czekolada okazała się tradycyjnie kremowa, z lekko suchawym efektem.
Powoli odsłaniała zwarte, gęste nadzienia, które rozpływały się mniej więcej w tym samym czasie, ale cytrynowe znikało szybciej (bo było go mniej).
Czekoladowe było idealnie gładkie, lekko śliskie i mało tłuste. Sprawiało wrażenie raczej suchego. Z zaskoczeniem odkryłam, że wypełniały je drobinki i kawałki (niektóre nawet wielkości małego paznokcia) imbiru. Był mięciutki, jędrny i soczysty.
Nadzienie cytrynowe okazało się strasznie proszkowe i tłuste w śmietankowym kontekście. Nie brakowało mu soczystości i... twardo-jędrnych, prawie przezroczystych, żółtawych drobinek - tak małych, że nawet nie wiem, czy to imbir, czy cytryna.

W smaku czekolada najpierw raczyła mocno palonym smakiem o charakterze dymu, który... kłębił się i kłębił, aż w końcu robił się ciężko mydlany, jakby trochę perfumowy, bo przesiąknięty imbirem. Czekolada wydała mi się głównie gorzka, delikatnie karmelowo słodka.

Słodycz szybko podkręciły nadzienia, ale ogólnie bardzo nie wzrosła.

Do głosu szybciej dochodziło czekoladowe. Przebijało się ziemistą nutą, która zamiast w czekoladowość, poszła w mydlano-mącznym kierunku. Przez moment smak wydał mi się mączno-mdły (trochę jak słodycze proteinowe), a po chwili ta "mdłość" przeszła w słodko-pikantną mydlaność, do której dołączyła mgiełka miodu. Poczułam świeży imbir o nienachalnej pikanterii, a także pewnej soczystości. Pojawił się rozgrzewający efekt słodkiego alkoholu, a jednocześnie pewna rześkość (anyż?). Ogólna słodycz nasiliła się i wraz z  alkoholem nadała imbirowi korzennego charakteru.

Nadzienie cytrynowe samo w sobie smakowało głównie słodko-śmietankowo, trochę cukrowo i świeżą, a więc soczyście kwaśną cytryną.

Cudownie jednak łączyło się z czekoladowym nadzieniem, uzupełniając je. Oto niezwykle nakręciło soczystość imbiru i dodało kompozycji lekkości za sprawą kwasku. Cytryna po połączeniu z likierowo-miodowym smakiem i imbirem przełożyła się na skojarzenia z grzańcem lub charakterną herbatą. Słodycz tej części co prawda osłabiała pikanterię, ale jednocześnie rozbiła mdłość i tchnęła w całość śmietankowy akcent. Kawałki imbiru wyłaniały się dopiero po jakimś czasie i raczyły subtelną, rozgrzewającą ostrością i... zaskakującą słodyczą. Wydały mi się nieco "naturalnie pudrowe". Z kolei drobiażdżki przypominały raczej skórki cytryn.

Pod koniec smak robił się trochę bardziej maślany, wyraźnie imbirowy ale w bardzo łagodnym kontekście, zaprawiony słodkim likierem. Cytryna się w ten likier dziwnie wemknęła. Czekoladowo-dymne nuty świetnie wpisały się w imbir i cytrynę.

Właśnie cytryna pozostała w posmaku razem ze świeżym imbirem, słodyczą imbiru właśnie, ale i taką ogólną. Czułam też słodki, nie za mocny alkohol, dokładający się do poczucia lekkiej suchości, jakie zostawiła kakaowa nutka. To jednak imbir, ten leciutko pikantnie-rozgrzewający, pozostawał najdłużej (naprawdę długo).

Ta czekolada wyszła harmonijnie jak... idealna medytacja Zen (smakiem tak trochę z Indiami mi się skojarzyła): wszystko poukładane, uzupełniające się wzajemnie i bez szaleństwa, ale bardzo charakterystyczne. Smakowała mi, a jakże, ale... nie cały czas. Spodobała mi się jej imbirowa świeżość, cytryna i nieprzesłodzone, a jednak słodkie, alkoholowo-śmietankowe otoczenie otulone ciemną czekoladą. Pochwalam niską tłustość, brak tych dziwnych "cienkich warstw" i nawet podobało mi się, że pikanteria i alkohol nie były zbyt silne (większa ich ilość tu by nie pasowała), ale wszystko psuła mączna mdłość. Kiedyś wegańskie (sojowe) nadzienia Zottera miały charakterek, a tu? Może to zestawienie go z nadzieniem niewegańskim (kontrast?) Coś nie wyszło. Ogół jednak i tak dał radę.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 497 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, imbir, syrop ryżowy, proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), likier imbirowy, sok cytrynowy, pełne mleko w proszku, miód, odłuszczone mleko w proszku, koncentrat soku cytrynowego, mleko, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, anyż, cynamon