środa, 13 grudnia 2017

Jakub Piątkowski Czekolada Honduras 70 % ciemna

Nie spodziewałam się, że wizja zakończenia przygody z czekoladami Jakuba Piątkowskiego obudzi we mnie taki żal. Sięgając po ostatnią tabliczkę czułam smutek, ale i ogromne podniecenie, bo jednak byłam niemal pewna, że szykuje się zacna degustacja. W dodatku z mało znanego regionu, bo z Hondurasu.

Jakub Piątkowski Czekolada Honduras 70 %  to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Hondurasu.

Po otwarciu poczułam w pewnym sensie łagodny, choć bardzo żywy i ciepły zarazem, smakowity zapach. Od razu pomyślałam o drzewie sandałowym, laskowcach i leszczynie, nad którymi to czuwała niemal pudrowa słodycz owoców z rodzaju porzeczkowo-jagódkowego (przyszło mi do głowy, że nie obraziłabym się, gdyby Zotter Blackcurrant + Macadamia Nougat Crunch tak pachniała) i kwiatów (czarny bez? krzaki porzeczek?).

Przy łamaniu soczyście ciepło brązowa, ale głęboko ciemna tabliczka wydała zdrowy, żywy trzask. Ujawniła przekrój, który skojarzył mi się z palisandrem.
W ustach czekolada rozpływania się idealnie kremowo, gładko jak wysokiej jakości nugat z efektem soczystości opływającej go.

Już od pierwszej chwili po zrobieniu kęsa poczułam prażone ciepło, do którego zaraz dołączył cierpko-goryczkowaty kwasek.

Prażoność wraz z goryczką poszły w stronę orzechów - ewidentnie prażonych, ale zamkniętych w charakternie przyprawiony, słodki nugat (niczym te z Zotterów). Przy ogromie prażonych orzechów wychwyciłam też wręcz soczysty akcent sandałowca, a więc takie żywo drewniane, głębokie nuty.

Kwasek skierował się w wyraziście porzeczkowym kierunku. Nie ma tu jednak co mówić o mocnym kwasku, bo było w tym także mnóstwo naturalnie osładzających jagódek, jakaś nuta czarnego bzu i... ciepła słodycz jednoznacznie kojarząca się z rodzynkami. Było to zbyt soczyste jak na karmel sugerowany przez producenta na opakowaniu. Słodziutkie, pełne smaku rodzynki - o tak! Nie wychodziły jednak przed wciąż dominujące czarne porzeczki.
Te czułam zarówno jako dojrzałe owoce, ale i cierpki sok z nich, a także słodziutki dżemor.

Kiedy świeże czarne porzeczki wchodziły w motywy przetworów, cierpkość i goryczkę zaznaczającą się w tle przypisałabym smakowi grejpfruta. Przez moment czułam go wyraźnie, ale wydał mi się osłodzony rodzynkami.

Na koniec to nieco "karmelowa", ciepła słodycz rodzynek pozostawała w ustach w towarzystwie cierpko-ściągającej soczystości porzeczek i prażonych, drzewno-orzechowych nut.

Czekolada bardzo mi smakowała! Kocham czarne porzeczki, a te były tu bardzo wyraźne. (Aż mi się przypomniała niezwykle sugestywna Erithaj Ba Lai Chocolat Noir Vietnam 74 % i jej jeżynowo-granatowowinogronowe nuty.) Kompozycja wyszła więc bardzo owocowo, ale nie za kwaśno i nie za słodko. Słodycz wydawała się jedynie naturalna, a prażenie nie było zbyt mocne, ale wyraźne, dzięki czemu mimo owoców pozostała taka... głęboko czekoladowa (żywe drzewa, orzechy).


ocena: 10/10
kupiłam: jpczekolada.com
cena: 17,50 zł (za 50g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogłabym

Skład: zmielone ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy

wtorek, 12 grudnia 2017

SuroVital CoCoa Dates in Raw Chocolate daktyle w czekoladzie ciemnej surowej

Kocham suszone daktyle i figi; przeważnie jem je jako przekąskę samą w sobie, nigdy zaś nie traktuję np. daktyli jako słodzidło czegokolwiek (bo niczego nie słodzę?). Ogólnie lubię wiele suszonych owoców, ale... nie w czekoladzie. Takie nigdy mi nie smakowały (gdy kieeeedyś próbowałam), mogę śmiało powiedzieć, że ich nie jem. To samo tyczy się orzechów w czekoladzie. Czekolada to czekolada, bakalie to bakalie. Na rynku pojawiają się jednak takie nowości-"ciekawości", że jednak się z mojej żelaznej zasady wyłamałam. Daktyle w surowej czekoladzie? Że co proszę? Jak to niby ma smakować? Nie potrafiłam sobie wyobrazić, więc... kupiłam.

SuroVital CoCoa Dates in Raw Chocolate to daktyle oblane surową ciemną czekoladą o 65 % zawartości kakao. Czekolady i daktyli jest po 50 %.

Po otwarciu poczułam mocny zapach surowej czekolady, a więc dym przeplatający się z kwaskowatą ziemią i cytrusami. Było wytrawnie, choć i lekką nutkę palonego karmelu wyłapałam. Przy dokładnym wąchaniu wysypanych bakalii wychwyciłam też słodycz daktyli.

Wysypane okazały się ćwiartkami daktyli, grubo oblanymi czekoladą o dość jasnym kolorze. Trafiło się też kilka połówek, które zachowały największą świeżość (wszystkie powinny takie być).

Czekolada rozpływała się trochę tłustawo, trochę wodniście, ale całkiem w porządku, szybko odsłaniając cienkie daktyle pozbawione "ruchomych skorupek". Daktyle były zwarte, twardo-jędrne. Ani specjalnie suche, ani soczyste czy papuciejące.

ćwiartki
W smaku najpierw dominowała dymna gorzkość czekolady. Było wytrawnie, kakaowo i ewidentnie surowo, w czym przejawiała się podkwaszana nuta ziemi, cytrusów (ale bez owocowej rześkości), a z czasem także i orzechy. Te nadchodziły wraz ze słodyczą w tonacji karmelowej, ale przymglonej. Pojawiały się za to nuty suszonego owocu, raczej słodkiego, ale jakby zleżałego.

Przy daktylu słodycz nieco rosła, ale... te daktyle wydały mi się mdłe. Słodkie, daktylowe, ale jakieś mało wyraziste. Obstawiam, że to kontrast po wytrawnej czekoladzie. Niestety, w takiej formie, a więc tylko z przebijającym się daktylem, czekolada zbyt ambitnie nie smakowała

soczystsze połówki
Jeden, drugi... aż byłam zdziwiona, że tak mi to nie pasuje, jednak w końcu znalazłam na nie sposób: pozwoliłam czekoladzie trochę się rozpuścić, po czym przegryzłam i zaczęłam "wysysać" daktyla". Wtedy jakoś smaki się połączyły - daktyl wszedł w karmelową słodycz czekolady, ogólny kwasek zniknął, a dym sprawił, że przypominało to daktyle podchodzące pod wędzone śliwki.
Najlepiej wyszły te, których środka czekolada prawie nie dotyka (te połówki), bo wydały mi się takie soczystsze, a więc i wyraźniej daktylowe.

Niby całość wyszła raczej pozytywnie, niż negatywnie, można zjeść, ale więcej na pewno nie kupię. Wolę zjeść tabliczkę czystej surowej czekolady i wszamać parę daktyli osobno. Razem jedno i drugie traci specyficzny charakterek. Z chęcią zjadłabym jednak niesurową ciemną czekoladę z daktylami.


ocena: 6/10
kupiłam: AleEko
cena: 7,50 zł (za 70g)
kaloryczność: 459 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada 50% (nieprażone ziarno kakaowca, cukier z kwiatu palmy kokosowej, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon), daktyle 50%

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Zotter Blackcurrant + Macadamia Nougat Crunch ciemna mleczna 60 % z kremem porzeczkowym i nugatem makadamia z kiełkami prosa

Czy lubię zmiany? Na to pytanie nigdy nie umiem odpowiedzieć. Z jednej strony łatwo się przyzwyczajam i niektóre strasznie mnie irytują, ale z drugiej... jeśli ma to być poprawa na lepsze, jestem na tak. Niestety z "nowszymi wersjami pewnych tabliczek" Zottera mam złe doświadczenia. O ile zachwycałam się Walnuts with Marzipan, tak Chia Seeds with Nutty Power mnie irytowała, po cudnej Raspberry Juice + Lemon, rozczarowałam się Raspberry with Lime. Gold Sprouts in a Nougat Bed (z kiełkami w nugacie makadamia i z nugatem z laskowców) wydała mi się bardzo ciekawa i mimo dyskomfortu jedzenia bardzo miło ją wspominam. Na nieco "uowocowioną" jej wersję patrzyłam... trochę podejrzliwie, choć nie była to negatywna podejrzliwość. Chyba. Chyba?


Zotter Blackcurrant + Macadamia Nougat Crunch to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana kremem z czerwonych i czarnych porzeczek oraz nugatem z orzechów makadamia z kiełkami brązowego prosa*.
(W opisie na stronie jest "czerwonego prosa", ale już skład na tej samej stronie i opakowaniu mówi co innego).

Od razu po otwarciu poczułam bardzo silny, wręcz piorunujący zapach orzechów i naturalnego mleka (jakby prosto od krowy). Obie nuty były wkomponowane w wyraźnie kakaową czekoladowość, okraszone masłem i pewną pudrowością. Ta ostatnia była wyczuwalna głównie po przełamaniu i wtedy określić ją można już precyzyjniej: pudrowa, waniliowa biała czekolada i pudrowo-cukierkowe owoce.

Przy łamaniu czekolada trzasnęła, wręcz chrupnęła. Całość wydała mi się krucha (pewnie za sprawą kiełków), była twarda ze względu na zbity, treściwy nugat. Początkowo wydawał mi się sucho-kruchy, w ustach jednak szybko rozkręcała się jego silna tłustość. Owocowe nadzienie też było tłustawe, ale i soczyste, z poczuciem lekkiej proszkowości.
Kiełki to niemal strzelające, chrupiące kuleczki, które wyszły świetnie i zarazem okazały się moją największą zmorą (ale po kolei).

Najpierw zachwyciła mnie kremowa czekolada o naturalnie orzechowym charakterze, z gorzkością kakao, która po połączeniu z wyrazistym mlekiem przywodziła na myśl kawę ze śmietanką.

Jej mleczność i orzechowość tworzyły idealnie gładkie przejście do nadzienia. Szybko wzrastało poczucie naturalnej mleczności i maślaności, jednak najbardziej jednoznacznie w smaku przebijał się kwasek. Początkowo był bardzo leciutki, bo przybył na fali dość silnej słodyczy.

Kwasek w dużej mierze wydał mi się po prostu kwaśno porzeczkowy, ale przy śmietankowości, i słodyczy nugatu, jego smak bardziej się rozwinął (choć jego nasilenie aż tak bardzo-bardzo nie wzrosło). Wyraźnie czułam jakby niedojrzałe czerwone porzeczki w wydaniu nieco pudrowo-cukierkowym.

Kwasek tonował się nawzajem ze słodkim, lekko korzennie przyprawionym nugatem. Korzenność z kolei niezwykle nakręcała się z kiełkami, które miały wręcz goryczkowaty, palony posmak i kojarzyły się trochę z sezamem, sezamkami. One także podkreślały smak orzechów, który w całości trochę się rozmywał na rzecz mleka, masła itp. Owszem, ogół wyszedł znacząco orzechowy, ale nie aż tak, jak się spodziewałam. Nugat był bardzo słodki, ale całość nie wyszła przesłodzona, może tylko nieco za mało wyrazista.

Nugat z orzechów makadamia wyszedł bardzo słodko, mlecznie, maślanie... a jakoś za mało orzechowo. Kiełki co prawda nadrabiały to "sezamkowością", orzechowa czekolada też robiła, co mogła, ale chyba przez pudrową słodycz i kwasek owocowego nadzienia coś mi tu nie grało.
Było kwaskowato (wcale nie jakoś specjalnie mocno), było słodko, ale i tłusto... niby też sporo smacznych elementów, np. tonująca wszystko głęboko kakaowa czekolada, ale jakoś... tabliczka nie uradowała mnie. Zwłaszcza, że po wszystkim łuski kiełków strasznie poprzyklejały mi się w gardle, zalegały tam i drażniły. (To dziwne, bo w zęby jakoś specjalnie nie właziły, a dopiero, nawet po dokładnym przegryzieniu, zostawały w gardle). Całkiem niezła, ale jakaś... "niespójna", bez konkretnego motywu.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy makadamia, pełne mleko w proszku, brązowe proso, słodka serwatka w proszku, koncentrat z czerwonej porzeczki, mleko, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, masło, suszone czarne porzeczki, lecytyna sojowa, nierafinowany cukier trzcinowy, sól, wanilia, cynamon, ziarna tonka, kardamon, kolendra

sobota, 9 grudnia 2017

Pacari Manabi Ecuador 65 % ciemna z Ekwadoru

Czasem lubię dziwaczne eksperymenty, ale są dni, w które po prostu mam ochotę na coś pewnego (a zarazem jeszcze niepróbowanego) i wtedy zawsze sięgam po tabliczki ulubionych marek. Niektóre tak zawładnęły moim sercem swoją niezwykłością i smakowitością, że w ich przypadku nawet zawartość kakao nie budzi we mnie sceptycyzmu - ufam, że umieją zrobić zarówno czekoladę tylko z kakao, jak i z niższą zawartością, choć jak na dokładne przedstawienie regionu w większości przypadków za minimum uważam 70 %. Początkowo byłam więc trochę nieufna w stosunku do dwóch "szczegółowo regionalnych" Pacari, ale koniec końców uległam.

Pacari Manabi Ecuador 65 % to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Ekwadoru, z przybrzeżnego regionu Manabi.

Od razu po otwarciu poczułam bogactwo zapachu, łączącego w sobie silnie palony, ciepły motyw drzew i ziemi, z pewną wilgocią, żywą wonią kwiatów i soczystością owoców egzotycznych. Wśród nich wyróżniłabym jakieś słodkie żółte. Może nawet cytrusy w mango-bananowym otoczeniu, ale raczej jako "owocowy miks".

Tabliczka była strasznie twarda, do tego stopnia, że miałam problem z jej łamaniem. Nie była jednak nadto ciemna, przekrój miała ziarnisty, a rozpływała się średnio wolno i w dużym stopniu kremowo, nietłusto, a z pewnym "zacięciem".

W smaku od pierwszej chwili czuć w przeważającej mierze słodycz i palony klimat. Przełożyło się to na skojarzenie z palonym karmelem, ale... karmelem daktylowym (czy inną tego typu "zdrową wersją"), bo było za lekko i za owocowo jak na jakiś zwykły. Po paru kęsach wydało mi się, że czekolada startowała także ze słodyczą mango.

Od tej owocowej słodyczy rozchodził się soczysty smak żółtych owoców. Ogólnie było słodko, więc pomyślałam o brzoskwiniach, mango, bananach, takim całym egzotycznym miksie, w którym chowały się gorzkawe cytrusy. Czułam więc smaczek gorzkawej cytryny, grejpfruta (przy tym jeszcze jakby granat? malina? tak "czerwoniej"), ale z wyeliminowanym silniejszym kwaskiem.

Całość nie była jednak przesadnie słodka, bo i gorzkawa nuta zdecydowanie roztaczała się nad wszystkim. Początkowo była to raczej palona kawa, a potem ta paloność... wydała mi się niemal słodowa, co ze słodyczą tworzyło "zbożowy" smaczek jakiegoś "innego" mleka, np. kokosowego, orzechowego. Po tym orzechy odezwały się wyraźniej, a kawa przyniosła ziemiste nuty.

Słodycz owoców poszła w kierunku kwiatów tychże owoców, co świetnie wyszło w zdecydowanie kawowym, palonym zakończeniu. Pozostał po nim posmak właśnie owocowych kwiatów i stateczna kawowa gorzkawość kakao, ozdobiona słodyczą owocowego karmelu.

Czekolada była przepyszna; łagodna, ale zdecydowana. Mimo silnej słodyczy, wciąż cieszyła gorzkawością, a mnogość żółtych owoców zaserwowała w niekwaśnym wydaniu. Kwaskowate smaki tak, kwasek nie. To one i kwiatowość nadały całości lekkości, a "daktylowy karmel" i orzechy cudownie wyniosły kawę ponad ziemistość.


 ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od pacari.pl
cena: 16 zł (za 50g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: może kiedyś

Skład: miazga kakaowa 60,60%, cukier trzcinowy 35%, tłuszcz kakaowy 4%, lecytyna słonecznikowa 0,4%

piątek, 8 grudnia 2017

Nakd Fruit & Nut Nibbles Salted Caramel

Po miętowych kulkach Nakd zupełnie straciłam ochotę na drugi posiadany smak. W ogóle zaczęłam zastanawiać się, czy otwierać czy od razu oddać Mamie, ale w końcu doszłam do wniosku, że ciekawi mnie, jak aromatami zrobili "solony karmel" bez soli. A składowi pod nalepką z tłumaczeniem przyjrzałam się przy otwarciu. Zobaczyłam sól, co z kolei dało mi nadzieję, że nie będzie to aż takie "naaromatyzowane" jak wersja miętowa.


Nakd Fruit & Nut Nibbles Salted Caramel to surowa przekąska o smaku solonego karmelu na bazie daktyli, orzechów i rodzynek. W zasadzie to jakby raw batonik pocięty w jakieś kulko-stożki, "pomysłowa" nowość (przynajmniej w dniu kupienia).

Po otwarciu poczułam dziwny zapach kojarzący się z cukierkowymi perfumami. Plątał się w nim mączny karmel i jakby palone masło. Mimo że zaznaczyły się i słodkie daktyle, wcale nie było smakowicie. Coś zgrzytało. Niby nie było to sztuczne, ale... "nie występujące naturalnie w tym świecie", jakby "coś dziwnego, czego nie mam prawa czuć".

Kulki okazały się raczej miękkie, suchawe, ale i nie takie suche... Raczej mocno zmielone, z dosłownie drobinkami orzechów. Gdy tak im się przyglądałam, zorientowałam się, że mam zmarszczone czoło. W tym wszystkim nie było nic specjalnie odpychającego (mimo że produkt chyba może zostać najnieapetyczniejszą rzeczą jaką przyszło mi jeść w ostatnim czasie), ale to było takie... niespożywcze.

Spróbowałam jedną kulkę i najpierw poczułam dziwną słodycz, szybko zagłuszoną przez naturalny smak będący jakby mieszaniną rozgotowanej do poziomu bezsmaku masy makowej z daktylami, aż nagle... jakiś soczysty kwasek w to wlazł i przyniósł ze sobą "smak śliskiego słonawego masła" i perfumowanych cukierków. To było coś owocowego, ale tak dziwnie owocowego. Doszła do tego sól - niby tylko odrobinka, ale wyjątkowo napastliwa.

Pod koniec jakiś dziwny posmak zaczął jakby wgryzać się w język, było słodko-cukierkowo i zarazem kwaśno-słono. Jak taka naturalna przekąska wymieszana z perfumami, płynami do kąpieli, nie wiadomo czym jeszcze. Kulki były po prostu obleśne i dziwne. Nie tak niesmaczne, żebym miała mieć traumę, ale tak "gryzące", że chciałam jak najszybciej pozbyć się ich posmaku z ust.
Mamie też nie smakowały, ale zdziwiły ją moje "niespożywcze skojarzenia". Dodała za to: "smakują, jakby jeszcze w nich mak był... ale go nie ma". Mówiła to zdezorientowana (z lękiem?).


ocena: 2/10
kupiłam: AleEko
cena: 5,58 zł (za 40g; promocja)
kaloryczność: 345 kcal / 100 g; opakowanie - 138 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: daktyle 54%, orzechy nerkowca 24%, rodzynki 19%, mąka ryżowa, sól, naturalny aromat

czwartek, 7 grudnia 2017

Zotter Yacon Beer & Whisky ciemna 70 % z karmelowo-mlecznym kremem z piwem z yacon i whisky

Uwielbiam czekolady z piwem, a samo to połączenie uważam za wyjątkowo niedoceniane. Zottera Strong Beer świetnie zapamiętałam, więc wiele oczekiwałam od piwnej nowości. Ciekawiła tym bardziej, że nie dodano do niej zwykłego piwa, a zrobione z yacon, czyli rosnących na wulkanicznych glebach słodkich bulw z Ameryki Południowej (które w Peru i Boliwii cenią od wieków - nie bez powodów, bo ponoć są bardzo zdrowe i prawie bez kalorii), firmy Milli's. Co więcej, Zotter zrobił coś jeszcze... pomieszał! Ryzykant jeden. Dodał bowiem jeszcze szkocką whisky single malt (z jednego rodzaju słodu).


Zotter Yacon Beer & Whisky to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana karmelowo-mlecznym kremem z piwem z yacon i whisky.

Po otwarciu poczułam wyraziste, wytrawne połączenie ciemnej czekolady i alkoholu, kojarzące się wręcz trochę dymno-orzechowo i trochę truflowo za sprawą słodkawych nut (w tym takowej whisky).

Przy łamaniu i przy przegryzaniu czekolada lekko trzaskała, a nadzienie było miękkie. W ustach wierzchnia warstwa rozpływała się leniwie kremowo, a bardzo miękki, plastyczny środek znikał strasznie szybko. Był dość rzadki, nie taki mocno tłusty. Coś mi w nim nie grało. Wolałabym, żeby był konkretniejszy, ale nie tłustszy, bo miałam trochę wrażenie, jakbym piła tłuste mleko.

W smaku czekolada była przede wszystkim gorzka (myślę, że za sprawą kontrastu z nadzieniem) w klimatach dymno-palonych i nieco kojarzących się z orzechową kawą. Ze smakowitą goryczką kakao świetnie łączyła się zdecydowana whisky, szybko do niej dołączająca. Wyraźnie czuć jej smaczek jako "wytrawniejszego", specyficznie słodkiego alkoholu.

Słodycz nadzienia jednak również szybko się przebiła. Sprawiła, że całość skojarzyła mi się trochę z likierem, a następnie rozpostarła przede mną paletę naturalnych, "wiejskich" smaków, a więc mleka prosto od krowy i domowego masła. Było bardzo mlecznie, a z racji ogólnej silnej słodyczy, także bardzo karmelowo, w kontekście raczej maślanym. Alkohol nadawał temu trochę charakteru, więc nie było słodziaśnie, ale według mnie za słodko.

Nawet pojawiający się gdzieś w połowie rozpuszczania kawałka wyraźny akcent słodu specjalnie tego nie przełamywał. Whisky słabła wraz ze znikaniem czekolady, a na scenę wkraczało piwo. Nagle zaskoczona odkryłam, że ni stąd, ni zowąd czuć je bardzo wyraźnie. Było to piwo delikatne, wręcz owocowe, soczyste.
W posmaku to takowe (gruszkowe?) zostawało wraz z mleczno-maślanym karmelem i nieco odległym wspomnieniem czekolady.

Tabliczka składała się jakby z dwóch aktów. Konkretniejszy początek należał do nut dymno-orzechowo-kawowych i konkretnej whisky, a przynoszące słodycz nadzienie otwierało drogę delikatniejszemu piwu.
Przy tym wszystkim cudownie wyszła ciemna czekolada, alkohol nie był jakoś bardzo mocny (mimo że dodano i piwo, i whisky), ale też nie poskąpiono go (było o wiele mniej piwnie niż w przypadku Strong Beer, a także mniej "whiskaczowo" niż Scotch Whisky "Highland Harvest"). Właśnie dzięki tym czynnikom całość nie wyszła przesłodzona, bo samo nadzienie według mnie zrobiono za słodkie.
Czekolada wyszła smacznie i po prostu inaczej niż reszta alkoholowych Zotterów, ale też nie jakoś wybitnie rewolucyjnie.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, piwo yacon (woda, słód jęczmienny, yacon, chmiel), syrop glukozowy cukru inwertowanego, whisky, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, proszek karmelowy (odtłszczone mleko, serwatka, cukier, masło), karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), słodka serwatka w proszku, nierafinowany cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól, cynamon

środa, 6 grudnia 2017

Jakub Piątkowski Czekolada Republika Dominikany 67 % ciemna

Czyste ciemne plantacyjne czekolady z kakao z Republiki Dominikany zjadłam tylko... dwie (Zotter Loma Los Pinos 62 % i Michel Cluizel Los Ancones 67 %), ale żadna jakoś szczególnie nie wbiła mi się w pamięć. Zastanowiło mnie jednak, dlaczego jest tak mało tabliczek stamtąd (nie mówiąc już o wyższej zawartości)... Cóż, jak na razie mogłam tylko sprawdzić, co też oferuje marka, którą ostatnio całym sercem pokochałam.

Jakub Piątkowski Czekolada Republika Dominikany 67 %  to ciemna czekolada o zawartości 67 % kakao z Republiki Dominikany.

Po rozchyleniu złotka poczułam uderzenie zapachu drzew, lasu i czegoś wędzonego. Wydały mi się takie... wilgotne, soczyste. "Wędzonka" składała się z wędzonych, kwaskowatych śliwek oraz niemal słonawego sera, bardzo mlecznego oscypka. Wydawało mi się, że mogą tu się kryć też słonawe orzeszki, prażone korzenne migdały czy coś takiego.

Tabliczka miała dość dziwny kolor, bo czerwonawy w chłodnej tonacji. Przy łamaniu usłyszałam przyjemny trzask.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, trochę "mokro", nieco zalepiająco, ale raczej wodniście i nietłusto. Była przy tym niegładka, co wraz z nutami smakowymi tworzyło iluzję przypraw.

Po zrobieniu kęsa poczułam ciepłą słodycz i smakowity, owocowy kwasek. Jedno i drugie wpisywało się w smak śliwek - zarówno kwaśnych suszonych węgierek, słodkawych wędzonych, jak i świeżych oraz trochę rodzynek. Na przód wychodziły jednak śliwki, a kiedy słodycz je tak przyjemnie opiewała, pomyślałam o śliwkach w cynamonie.

Nuta wędzonych śliwek odrywała się jednak od początkowo wyczutych smaków i coraz bardziej zaczynała mi przypominać... takowe w "oscypkowym twarożku" - niby bardzo mlecznym, białym, ale... i wędzonym, serowo-słonawym. Jako że owoce nie odpuszczały, do głowy zaczęły mi przychodzić sery z żurawiną, wiśniami... Taki wytrawniejszy, ale mleczno-owocowy klimat.

Stateczna kakaowa baza, na której się to wszystko rysowało była stateczna, głęboka, ale... nie wiem, czy mogę ją choćby gorzkawością nazwać. Chyba nie. Smakowała orzechami i migdałami ze skórkami, prażonymi i nieco przyprawionymi, ale i jakby... podfermentowanymi? Czułam też jakby szczyptę gałki muszkatołowej, która wraz z orzechami uwydatniała się pod koniec.

Wtedy robiło się też bardziej soczyście, choć nie jakoś specjalnie obłędnie owocowo; niby słodko, ale wytrawnie. Posmak z kolei był bardziej prażony, a i po prostu "wymieszany": orzechy i podfermentowany posmak, kwasek wędzonych śliwek i sera, gałka. Producent pisze o posmaku ziemi, więc może i coś ziemistego w tym było... Wbrew pozorom, jak dziwnie by mnie brzmiało, było smakowite i utrzymywało się bardzo, bardzo długo (czekolady z tak długo pozostającym posmakiem dawno nie jadłam).
Na pewno najlepsza z dominikańskich tabliczek, jakie jadłam, ale gorzkości mi trochę brakowało (ciekawe, czy np. 75 % kakao załatwiłoby sprawę?) - lepsza od Cluizela i o wiele lepsza od słodziutko owocowego Zottera. Śliwki pojawiały się w każdej ze wspomnianych, ale tylko w JP Czekoladzie były tak dosadne.


ocena: 9/10
kupiłam: jpczekolada.com
cena: 17,50 zł (za 50g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogłabym

Skład: zmielone ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy

wtorek, 5 grudnia 2017

baton Quin Bite Choco Mint

Batony Quin Bite wydały mi się bardzo pomysłowe ze względu na dobrane przyprawy, jednak nie znalazłam w nich elementów nadzwyczaj charakterystycznych. Nie znaczy to, że nie darzę ich sympatią. Gdy tylko zobaczyłam ich nowość, wiedziałam, że muszą ją mieć. Mięta w surowych przekąskach rozczarowała mnie pod postacią kulek Nakd, wszak nie znaczy to, że inna firma nie wkomponuje jej lepiej. Nadal mnie to połączenie ciekawiło, tym bardziej że tu doszła jeszcze... czekolada.


Quin Bite Choco Mint to czekoladowo-miętowy surowy owocowo-orzechowy baton.

Po otwarciu poczułam dominujący nad wszystkim innym, wyrazisty i smakowity zapach mięty. W tle zarysowała się czekolada z ewidentnie kakaowym motywem. Wszystko to rysowało się na specyficznym zapachu batoników tego typu, który skojarzył mi się trochę z ciemnym chlebem na zakwasie.

W dotyku nieduży batonik wydał mi się wilgotny i tłustawy. Był miękki i odpowiednio przemielony. W ustach rozchodził się trochę na daktylową "papkę". Wszystko to przełożyło się na pozytywne skojarzenie z tłustawym, mocno czekoladowo mazistym kapcio-brownie.

W smaku od samego początku wyraźnie czuć czekoladowość i daktyle. Te drugie w swojej silnej słodyczy kryły przyjemnie "podkwaszaną" nutkę. Ogólna słodycz była dość silna, miała jednak mocno ciemnoczekoladowy wydźwięk. Wyraźnie czułam także gorzkość kakao, więc było też wytrawnie. Pewna "orzechowawa" nuta (mleko kokosowe chyba także się w nią wpisało) i jakby "karmelowa słodycz czekolady" dodatkowo tę czekoladowość napędzała. Czekoladowe kawałki niewątpliwie miały w tym ogromny wkład: nadały takiej czekoladowej kremowości, jednak wyłuskane i zjedzone osobno nie robiły wrażenia (były przeciętne: kakaowe, maślane i tyle). 
W pewnym momencie także mięta, naturalna i wpisująca się w wytrawność kakao, lekko zaznaczyła swoją obecność. 
Pod koniec jej posmak nieco rósł, nadawał pewnego chłodku i lekkości, ale nie był zbyt silny. 

Po batoniku na długo pozostał łagodny, naturalny posmak smakowitej, orzeźwiającej miętowy i słodkiej, ciemnej czekolady z leciutko, a więc przyjemnie suchawym (nie suchym!) efektem.

Ten batonik był zaskakująco czekoladowy! I to smakowicie ciemnoczekoladowy, nie zaś kakaowy. Podobało mi się, że daktyle się nie zagubiły, ale i nie przesłodziły. Myślę, że to zasługa dobrze wyczuwalnej, ale w sumie łagodnej mięty. Ja jednak pokusiłabym się o dodanie większej jej ilości. Po takim zapachu, czułam niedosyt mięty w smaku. Ogólnie czułam niedosyt, bo batonik był mikroskopijny.
Nie zmienia to jednak faktu, że to najbardziej charakterystyczny Quin Bite jaki jadłam, ogólnie bardzo ciekawy na tle raw batonów. Przez niego mam ochotę zdobyć pozostałe smaki.


 ocena: 9/10
cena: 6,49 zł (za 30 g)
kaloryczność: 416 kcal / 100 g; batonik 125 kcal
czy znów kupię: tak (ale przy okazji, jak będę coś innego zamawiać)

Skład: daktyle, orzechy nerkowca, 10% płatki czekoladowe (miazga kakaowa, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy), 5% kakao w proszku, mleko kokosowe w proszku (mleko kokosowe, maltodekstryna z tapioki), wanilia, 0,02% olejek miętowy

niedziela, 3 grudnia 2017

Zotter Pina Colada biała z warstwą czekolady mlecznej, nadziewana kremem z mleczka kokosowego i czekolady ananasowej z kawałkami ananasa i wiórkami kokosowymi oraz kremem rumowym na bazie mlecznej i ciemnej czekolady

Nie bardzo wiedząc, czym kierować się przy wyborze kolejnego Zottera pomyślałam, że po Gin & Lemon polecę tak po dwuwarstwowych, alkoholowo-owocowych. Przy tej czekoladzie zdałam sobie sprawę, że tylko co jakoś ostatnio narzekałam na zbyt małą ilość czekolad z ananasem... a tu proszę, ostatnio całkiem sporo ich wyszło. Za oknem pogoda wstrętna, a mnie czekała iście karaibska uczta, dla której pewnie nawet kilku piratów z chęcią opuściłoby statki.


Zotter Pina Colada to biała czekolada z cienką warstwą czekolady mlecznej na spodzie, nadziewana kremem na bazie mleczka kokosowego i czekolady ananasowej z kawałkami ananasa, wiórkami kokosowymi i cytryną oraz kremem rumowym na bazie mlecznej i ciemnej czekolady.

Po otwarciu poczułam intensywny, soczysty i w pełni naturalny mocny zapach ananasa w otoczeniu białej czekolady i kokosa. Po przełamaniu zrobiło się bardziej czekoladowo, ale tylko minimalnie. Wciąż to ananas dominował.

W dotyku czekolada wydawała mi się pudrowo-sucha, jednak po pierwszym kęsie okazało się, że nie można jej nic zarzucić. Sama czekolada była bardzo kremowa, choć i minimalnie proszkowa. Nadzienia były kremowo tłuste, ale i soczyste. Mnóstwo chrzęszczących i także soczystych wiórków w nadzieniu kokosowo-ananasowym dodatkowo napędzało soczystość, za to kawałki ananasa jakoś mi umknęły. Wszystko to jednak przełożyło się na świetną konsystencję, zachowującą równowagę między tłustością, a soczystością.

Sama czekolada w niczym nie przypominała niesmacznej kokosowej Labooko. Dzisiaj opisywana to dobra jakościowo, słodka biała czekolada o ewidentnie mlecznym smaku (tamta Labooko jest ryżowa) oraz zdecydowanym motywie kokosa. Nie wydała mi się nawet minimalnie kwaskowata, choć gdy przegryzałam się przez całość, kwasek jednej z warstw szybko się przebijał i... pasował do tej czekolady.

Nadzienie kokosowo-ananasowe szybko się odzywało i już po chwili zaczynało dominować. To taki... "kwasik-ananasik". Nie był to niezwykle wyrazisty i soczysty ananas jak np. w Pineapple Cream, a kwaskowaty krem o ewidentnie ananasowym smaku, ale nie tylko. Ogólnie był soczyście kwaskowaty (za sprawą cytryny). Kokos był wyczuwalny wyraźnie, ale jako niezwykle naturalny kokos, o wytrawniejszym smaku. Raz i drugi wydało mi się, że wręcz "orzechowawo-goryczkowatym". Wiórki smakowały tu zaskakująco świeżo.

Poczucie gorzkawości napędzał alkohol. Nie był mocny w sensie "bardzo uderzający do głowy", ale wyraźnie czułam rum. Jego smak nazywam "soczystą cukrowością przypiekającą w język" i to było właśnie to. Rum, który w bardzo mlecznoczekoladowej warstwie podchodził niemal pod taką egzotyczniejszą truflę (szkoda, że to nadzienie nie poszło w tym kierunku jeszcze bardziej zdecydowanie).

Rum łączył się z ananasowym kwaskiem, co tworzyło "drinkowe" zestawienie, a że wraz z kolejnymi kęsami wiórki zaczęły skupiać na sobie ogromną część uwagi, robiło się bardziej neutralnie, niż tak bardzo słodko jak w przypadku drinków czy większości białych czekolad. Ta właśnie nie była aż taka słodka. Kwaśność, rum w nieprzesadzonej ilości, a do tego nie za mocna tłustość sprawiły, że kompozycja nie była nazbyt ciężka. Może obłędnie soczysta też nie, ale bardzo ciekawa i przyjemna. Osobiście wolałabym więcej kakao w rumowym kremie.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kokosowy, wiórki kokosowe, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy cukru inwertowanego, miazga kakaowa, mleko, suszone ananasy, rum, pełne mleko w proszku, mleczko kokosowe (kokosy, woda, substancja zagęszczająca: guma guar), koncentrat ananasowy, koncentrat soku ananasowego, lecytyna sojowa, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia

piątek, 1 grudnia 2017

Blanxart 80 % Ghana ciemna z Ghany

Czekolada Blanxart 77 % Criollo de Alto Piura Peru zmieniła o 180 stopni moje podejście do Blanxarta, które po Blanxart 42% Grand cru Congo Milk było, łagodnie mówiąc, negatywne. Po kolejną tabliczkę sięgnęłam z ogromną ochotą, tym bardziej, że jakoś... lubię kakao z Ghany.

Blanxart 80 % Origen Ghana to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Ghany.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach, będący typową czekoladową kompozycją. Znalazł się w tym delikatny, orzechowy miks, gęsta, słodkawa śmietanka albo raczej waniliowy krem na bazie śmietanki oraz nieco odymiona, palona kawa. Bardzo nieśmiało zaznaczyła się za tym wszystkim także pewna owocowość, albo wręcz tylko kwitnące drzewka owocowe?

Przy łamaniu bardzo ciemna tabliczka okazała się niezwykle twarda. Naprawdę, dawno nie trafiłam na tak twardą czekoladę. W dodatku to kolejna czekolada z Ghany, która miała akustykę drewnianych pałeczek. Rozpływała się trochę dziwnie. Wydawała się zbita, początkowo trochę oporna, a przez większość czasu udawała mokry, tłusty deser (tak wyobrażam sobie pana cottę), trochę z efektem sosu.

W pierwszej chwili zwróciłam uwagę na leciutką słodycz jakby śmietankowo-morelowego (albo bardziej po prostu "żółto owocowego") deseru, a potem bardziej waniliowo-śmietankowego. Wyobraziłam sobie deser typu pana cotta na bazie śmietanki z wanilią i z owocową nutą (nie, że z owocami czy sosem, tylko jakby ta sama masa była lekko owocowa). Nigdy czegoś takiego nie jadłam, to tylko wyobrażenie - po głowie kręciły mi się jeszcze jakieś delikatne lody na bazie śmietanki, ale one tak nie oddają "klimatu".

Mimo wielu słodkich elementów, nie była mocno słodka. Sęk w tym, że ogólnie okazała się łagodna.
Trudno w jej przypadku mówić nawet o gorzkawości. Owszem, kakao zaznaczało się cały czas, ale raczej w wydaniu ciasta z zakalcowym, bardzo maślanym wnętrzem i nieco bardziej przypieczonym wierzchem, ale bez posmaku spalenizny, pieczenia, prażenia czy czegoś.

To było bardziej... leciutko odymione drewno, łagodna prawie-gorzkawość. Łagodność dodatkowo budowała nuta orzechów. Bliżej nieokreślonych, ale na pewno pozbawionych wszelkich skórek i po prostu delikatnych, wręcz maślanych.

Pod koniec smak wanilii przybierał na znaczeniu, a kakao podchodziło trochę pod delikatną, może wręcz ze śmietanką i wanilią, kawę, by jednak znów ustąpić miejsca wanilii w posmaku.

Drzewno-kawowe, "ciastowe", orzechowe nuty Ghany to dla mnie nie nowość, ale tak łagodna, tak niepalona ich wersja trafiła mi się po raz pierwszy. Nie pasowało mi to, bo przez delikatność kakao i dość silną maślaność moja uwaga kierowała się na słodycz, która w żadnym wypadku nie byłą za silna, ale... nie podobała mi się, przez takie "odosobnienie". Wszystko to za maślano-uładzone jak na 80 % - w życiu nie powiedziałabym, że czekolada zawierała aż tyle. Na pewno bardziej posmakuje osobom lubiącym delikatne smaki lub rozpoczynającym przygodę z ciemnymi czekoladami. O wiele bardziej smakowała mi palona, kawowo-miodowa Amatler Ghana 85 %.


ocena: 6/10
kupiłam: Piccola Italia & Mediterraneo w Warszawie
cena: 12 zł (chyba; za 100g)
kaloryczność: 568 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, wanilia