czwartek, 22 lutego 2018

Idilio Origins 4rto Carenero Urrutia Superior ciemna 70 % z Wenezueli

Pewne regiony uprawy kakao ciekawią mnie mniej, inne bardziej. Tabliczki pewnych marek ciekawią mnie wszystkie, niezależnie od regionu. Gdy zaś mam sięgnąć po czekoladę takiej marki z regionu co najmniej tajemniczego... Dawna ja czułaby się onieśmielona. Obecnie zauważyłam, że to się zmieniło w jakąś... satysfakcjo-"ruszajmypoprzygodę". Tym razem do regionu Urrutia w Barlovento, skąd pochodzi kakao Carenero Superior, czyli zacna odmiana trinitario zawdzięczająca swą nazwę portowi, z którego je eksportowano ("oryginalny" pomysł).

Idilio Origins 4rto Carenero Urrutia Superior to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao zwanego Carenero z regionu Barlovento z Wenezueli.

Od razu po otwarciu poczułam bardzo intensywny zapach o słodziutkim charakterze. Pomyślałam o czymś (pewnie nieistniejącym) w stylu "kwiatowy lukier lub karmel". Później (w trakcie degustacji) "kwiaty" zmieniły się w jakieś wodniste owoce oraz pomarańcze (a przynajmniej jakieś żółte owoce). To wszystko tonował palony akcent dymu i pumpernikla z wręcz sojowo-roślinną nutą.

Ciemna (choć na sposób tych bardzo ciemnych śmietankowych) tabliczka wydała pełny trzask, a przekrój wydał mi się lekko (ale i tak zaskakująco) ziarnisty. Co w tym było dziwnego? A bo rozpływała się, jak trzaskała, czyli w pełny sposób, niczym gładki krem lub lekko lepiąca pełnomleczna czekolada.

W smaku od pierwszej chwili czułam słodycz.

Jej nieco bardziej soczysta strona przywodziła na myśl sok pomarańczowy zagęszczony marchwią i bananami.

Spod tego wypływała niemal dziecinna słodycz jasnego miodu i mleka z takim miodem lub waniliowego. Tu jednak szybko angażowała się lekko roślinna, owocowa nuta. Zmieniała to w wizję "daktylowego mleka", a potem (przez delikatnie palone nutki z tła) w wypiek... być może jakiś chlebek daktylowy lub daktylowy spód czegoś bardziej kremowo-mlecznego. Przez leciutko opalano-gorzkawe niuanse pomyślałam o takowym nasączonym w kawie, przyprawionym słodziutkim cynamonem, a przez owoce (które po debiucie dopiero po czasie znów zaczynały grać odważniej, ale o nich za moment) do głowy przyszły mi jakieś "zdrowe pączki z marmoladą".

Była to na pewno nie za słodka, gładka i wodnista marmolada. Z jakiś żółtych owoców (i znów jakby akcent pomarańczy). Ta wodnistość sugerowała mi pewną egzotykę - melony? Na innych blogach wszyscy piszą o lychee - to chyba będzie trafne (mi do głowy nie przyszło, bo już nawet nie pamiętam, kiedy je ostatnio jadłam).

Końcówka była bardziej "ciastowa", słodko wypieczona i z nieco konkretniejszymi nutami przypraw (cynamon, goździki), przez co zaczęłam myśleć też o takich owocach "z konkretniejszym wnętrzem" - jak jakieś papaje czy coś. To one i "przypieczona roślinność" pozostawały w posmaku.

Całość wyszła bardzo słodko, ale to taka nieprzesłodzona, a naturalna słodycz. Nie brak jej głębi, choć ciężko w jej przypadku mówić o jakiejkolwiek gorzkości czy kwasku.
Niezwykle łagodna, wręcz dziecinnie. Kupiła mnie wszelkimi daktylowymi akcentami i ciekawymi egzotycznymi owocami.

Zdziwiło mnie, jak wiele nut pokryło się z Franceschi 60 % Carenero (mleko, wanilia, cynamon, goździki i egzotyka). Egzotyczne owoce miały podobny, lekki charakter, jednak Idilio była o wiele poziomów głębsza, wyrazistsza. Przy Franceschi kombinowałam z jakimiś "egzotycznymi gruszkami", "może mango", a tutaj... taka soczysta esencja - słodziutko, ale w ambitny, bogaty sposób.


ocena: 9/10
cena: 26,99 zł (za 80 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 21 lutego 2018

miód gryczany Tesco

Moja Mama odkryła ostatnio połączenie miodu i masła orzechowego na tostach, a jako że nie mamy już dostępu do miodów swojskich, wiadomo - kupuje sobie, jakie są. Po nasłuchaniu się wychwalania jej ostatniego zakupu, postanowiłam trochę uszczknąć i spróbować. Cenię sobie bowiem niektóre produkty z Tesco, więc nie byłam zbyt podejrzliwa w kwestii miodu.
Tesco Miód nektarowy gryczany to miód pszczeli nektarowy gryczany. Słoik 500 g.

Od razu po odkręceniu słoika poczułam zapach kwiatów gryki, a więc pewną "słodką goryczkowatość" i taką prostą, po prostu miodową słodycz.

Miód wydał mi się dość jasny, jak na gryczany; ten nie był scukrzony ani trochę. (Mama szybko przejada taki słoik, więc to nie dziwne. Normalnie jednak ten z Tesco po pewnym czasie ulega scukrzeniu.) Ładnie się lał... ogólnie wszystko ok, więc spróbowałam.

W smaku najpierw dominowała miodowa słodycz, a specyficzny smaczek kwiatów gryki rozchodził się dopiero po chwili. Położyłabym nacisk na "kwiatów", nie "gryki". Wydał mi się ewidentnie słodszy od tego z Bartnika Mazurskiego i jakby bardziej... kwiatowy? Ale wciąż z takim "goryczkowatym posmakiem" zboża (gryki). Nie różnił się jakoś bardzo, ale do głowy przyszło mi coś takiego: gdyby te miody były kaszą, to Bartnik Mazurski byłby taką średnio wypłukaną, z goryczką (ja lubię ten posmak), Tesco zaś "wypłukany na cacy", słodszy, ale wciąż ewidentnie gryczany.

Muszę mu przyznać, że jak na "miód z Tesco" w przystępnej cenie jest zaskakująco dobry. Można śmiało kupować!


ocena: 9/10 (nuty smakowe, jakość)
kupiłam: Mama kupiła w Tesco
cena: 14,99 zł
kaloryczność: 319 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

wtorek, 20 lutego 2018

(Naive) Mulate Sea Salt ciemna 70 % z solą morską

Po Mulate Peanut wiedziałam już, że to czekolady tej marki są dobre, ale nie zaliczyłabym ich do takich "degustacyjnych", dla których organizuję sobie całą poranną degustację itp. Raczej po prostu dobre czekolady - w czym utwierdziło mnie to, że nawet ich ciemne nie mają określonego regionu itp.

Mulate Sea Salt dark chocolate with sea salt crystals to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z kryształkami soli morskiej, produkowana przez Naive.

Po otwarciu poczułam smakowicie soczyście-czekoladowy zapach. Czuć słodycz, ale i wytrawność. Na efekt taki złożyły się ziemisto-cytrusowe akcenty, rześkość i dopiero na końcu motyw dymu czy prażenia.

Bardzo ciemna tabliczka trzaskała przyjemnie, a w ustach rozpływała się w błogo kremowy, idealnie gładki i nieco lepiący sposób, leniwie odsłaniając całe kryształki soli.

W smaku od pierwszej chwili czułam słodycz, prażenie, ale i zdecydowaną soczystość wbijającą się między nie.
O ile prażono-kakaowe motywy w połączeniu z nią kojarzyły mi się z odymioną, mokrą ziemią, tak słodycz... zyskała pewien cytrusowo-kwaskowaty motyw nie będący jednak kwaskiem jako takim. Skojarzyło mi się to ze smakiem suszonych fig o niemal czarnym kolorze, które są takie wręcz kwaskowate, ale wciąż słodkie.

Od tego odchodziła niemalże roślinność... taka świeża i rześka. Nawet się nie zorientowałam, w którym momencie pojawiał się "soczysty" smaczek soli. Odrobinka, podkreślająca wyżej opisane smaki, ale jednak. Pojawiała się raz po raz, jako subtelnie słonawe ukłucia.

Gdy przy kolejnych kęsach natrafiłam na kolejne kryształki, także prażenie wydało mi się silniejsze. Z czasem za sprawą dymnych nut zaczęło mi się jawić jako palona kawa i przypalone, obłędnie czekoladowe, ciasto. Niewątpliwie napędzała to sól.

W posmaku pozostawało prażenie, czekoladowość, może lekko odymiono-pyliste kakao oraz ta niby-kwaskowata, ale nie kwaśna, soczystość (coś jak "cytrusowa suszona figa"), bez poczucia "przesolenia".
Bardzo dobra czekolada o silnym smaku. Sól ewidentnie uwydatniła pewne jej walory, nie była tak mocna w smaku, by miała kogoś wystraszyć, choć było jej całkiem sporo i nie dało się jej przeoczyć. Dwa charakterki nieźle się tu dobrały, nie zabijając się wzajemnie, a nakręcając. Może ogół nie był niewiarygodnie złożony, głęboki, ale to smakowita i harmonijna tabliczka.


ocena: 8/10
cena: 19,99 zł (za 80 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól morska (1%), lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 19 lutego 2018

Zotter Arabic Dates with Mint ciemna mleczna 60 % z kremem daktylowym oraz miętowo-czekoladowym z brandy

Chyba śmiało można powiedzieć, że nie ma dwóch takich samych nadziewanych czekolad Zottera. Poszczególne egzemplarze trochę się różnią, bo wiadomo, są ręcznie robione. Oferta ciągle jest zmieniana i aktualizowana, wchodzą sezonowe nowości - to również zrozumiane. Niektóre tabliczki są jednak zmieniane... jeśli chodzi o skład (recepturę), proporcje - mają tę samą nazwę, ale są inne niż dawniej. Zotter na pewno uważa, że je poprawia, ale jak to w rzeczywistości wygląda? Dopiero miałam się przekonać przy tej i Chilli Bird's Eye. Składy zmieniły się bowiem diametralnie, tu np. daktyle wskoczyły na pierwsze miejsce. Arabian Dates with Mint bardzo mi smakowała, ale widziałam w niej wiele niedociągnięć, więc zastanawiałam się, czy Arabic ją przebije.


Zotter Arabic Dates with Mint ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana kremem z daktyli (27%) oraz kremem miętowo-czekoladowym na bazie ciemnej i mlecznej czekolady z brandy.

Od razu po otwarciu poczułam charakterny duet mięty i ciemnej czekolady, ale i akcent świeżo daktylowej słodyczy, do czego po przełamaniu doszedł alkohol.

Tabliczka wydała mi się konkretna, a nadzienia plastyczne, mimo że były bardzo gęste, zbite i konkretne.
Krem daktylowy to prawie zmielone daktyle (z paroma większymi włóknami). Rozchodził się w ustach na specyficzną, daktylową papkę, która raz po raz pochwaliła się i prawie-chrupiącym efektem uzyskanym dzięki twardawym skórkom. Nie zabrakło też odrobinki soczystości.
Krem czekoladowy okazał się zbitą masą, której tłustawość zminimalizowało poczucie szorstkości (kakao i jakby scukrzone brandy? - jak środek cukierków typu trufle).
Całość rozpływała się bardzo powoli, w cudownie maziście-oblepiający sposób.
Spodobała mi się ta konkretna, ale nie tłusta struktura.
Łatwo podzielić tabliczkę na warstwy i muszę przyznać, że zarówno gdy przegryzałam się przez całość, jak i przy dzieleniu smakowało mi.

Sama czekolada nasiąkła i miętą, i alkoholem, ale i ją trochę czuć. Oczywiście była mocno kakaowa, nie za słodka i z mleczną nutką, która nasilała się w trakcie, przy nadzieniach.

Od samego początku bardzo wyraźnie poczułam miętę i alkohol, podsycające się nawzajem. Gdy gorzkawa nutka kakao nabierała na znaczeniu, kompozycja ta wydała mi się wręcz alkoholowo-słodowa, ziemista, a potem niczym jakaś nalewka.

Takie skojarzenia cały czas się przewijały, jednak wyraźnym punktem kulminacyjnym degustacji był moment, w którym w pełni do głosu dochodziło nadzienie daktylowe.

Lekka mleczność otwierała drogę słodyczy, a potem wchodziły daktyle. Po prostu. Przebijały się przez wszystko - jakbym je po prostu jadła.
Cały czas obecne w tle kakao nadało im wytrawniejszego wyrazu, takiego niemal... dymnego, ziemiście soczystego.
Bardzo spójnie osnuwała je całkiem wyraźna, mocna, lecz nie nachalna mięta. Skojarzyło mi się to z batonem Quin Bite Choco Mint.

Kiedy daktyle nieco rozeszły się po ustach, ciemny krem przypominał o sobie. Wracały skojarzenia z miętową, słodką, ale i lekko ziołową, nalewką, której gorzkawość nakręcało kakao.

To właśnie wyraziste kakao, mięta i alkohol kończyły degustację i pozostawały w posmaku, co wyszło smakowicie miętowo-ciemnoczekoladowo, poważnie, choć i poczucie wszamania daktyli pozostawało.

Bardzo, bardzo mi ta czekolada smakowała, jednak... Było w niej coś, co nie pozwoliło mi się w niej zakochać. Uwielbiam alkoholowe Zottery, ale tu chyba mi tej brandy odrobinkę za dużo było. Może gdyby dodać odrobinkę miętowej nalewki, a nie zwykłej brandy, byłoby lepiej. Nie pogardziłabym też całymi daktylowymi farfoclami (niby kilka włókien i drobinek było, ale wolałabym większe, jak w przypadku starej wersji).
O ile Arabian była bardzo łagodna, subtelna, tak Arabic jest charakterna, wyrazista i poważna. To zmiana o 180 stopni, ale nie na lepsze czy gorsze. Ta wersja po prostu bardziej mi smakowała, ale bo "bardziej moja", a nie lepiej zrobiona. Biorąc pod uwagę to, jak mało jest czekolad z daktylami, Zotter powinien mieć w ofercie i jedną, i drugą (do tamtej też bym z chęcią wróciła).


ocena: 9,5/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 473 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym

Skład: daktyle, miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, mleko, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, brandy z trzciny cukrowej, sól, wanilia, lecytyna sojowa, olejek miętowy

niedziela, 18 lutego 2018

Franceschi 70 % Venezuela Choroni ciemna z Wenezueli

Nie mogę powiedzieć, by czekolady Franceschi były jakieś okropne, ale i tak bardzo się do nich zniechęciłam. Nie spełniły moich oczekiwań, wyszły słodko i nie w moim stylu, toteż po ostatnią tabliczkę sięgałam z poczuciem "nareszcie koniec". Wciąż jednak pozostawał i element ciekawości, bo tym razem miała to być propozycja z nadbrzeżnego regionu Choroni. Tamtejsze kakao zostało przez Franceschi Chocolate ocalone i właśnie regionowi zawdzięcza nazwę.

Franceschi Chocolate 70 % Venezuela Choroni to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao criollo choroni z Wenezueli, ze stanu Aragua, z regionu Choroni.

Po otwarciu poczułam wyraźnie słodki zapach w ciepłej, prażonej tonacji rozgrzanych w słońcu drzew, kojarzący się też ze złocistym miodem, ale i z rześką nutą... róż - suszonych płatków?

Czekolada, jak wszystkie Franceschi wydała mi się niemal "umleczniona", jeśli o kolor chodzi, ale jej przekrój odbiegał od reszty, bo był pełen bąbelków powietrza.
Przy łamaniu twarda tabliczka  trzaskała bardzo głośno, jednak w ustach szybko miękła. Stawała się lepiąca i "niegładka", kojarzyła mi się z jakimś lukrem lub trochę cukierkowo. Odsłaniała też drobinki kakao, zupełnie tam niepasujące. Nie podobała mi się ta struktura.

W smaku czekolada od pierwszej sekundy wydała mi się cukierkowo-lukrowo słodka, jednak na szczęście miało to nieco owocowy klimat, aspirujący do egzotycznego "słodkiego kwasku". Pomyślałam o mango i brzoskwiniach, ale o takich w wydaniu bardzo mglistym.

O wiele szybciej rozwijała się jednak prażona, drzewna nuta. Roztaczała wokół swe ciepło, zachowując pewien "żywy" wydźwięk (nie była palona). Przez moment zarejestrowałam nawet coś jakby... "nie do końca ususzone płatki róż" (zawilgocone?), co raz skojarzyło mi się wręcz z sokiem z czarnych porzeczek.
To niemal drzewno-ziemista soczystość sprawnie tonowała słodycz, nadawała jej przyjemnego wyrazu.

Raz po raz wśród rozgrzanych, drzewnych smaków przewijały się skojarzenia ze złotym miodem, jednak wciąż także soczystość nie dawała o sobie zapomnieć. Wreszcie stała się niezwykle jednoznaczna - oto mango lassi. O tak, bardzo dużo słodkiego mango, coś pełnomlecznego w tle, a także cieplutkie przyprawy - kardamon? cynamon?

Prażenie oraz akcent przypraw z utrzymującą się egzotyczną rześkością na długo pozostawały jako posmak, także z leciutkim poczuciem ściągnięcia.

O, i ta czekolada bardzo mi smakowała! Może wyszło słodko, dość łagodnie, ale nuta mango lassi wyszła ciekawie. Drzewa, miód, trochę przypraw - może nic szczególnego, ale jednak fajnie tu zagrały. Szkoda, że pomniejsze nutki bardziej się nie rozkręciły.
Nie pasowało mi to, jak przywitała mnie słodycz, ale potem na szczęście uległa zmianie. Dobrze, że zostawiłam tę czekoladę na koniec, bo okazało się najlepszą Franceschi, co też czuję się zobowiązana wyróżnić oceną, choć to jest taka... dziewiątka słabsza od innych 9-tek ("dziewiątka z dwoma minusami").


ocena: 9/10
cena: 24,99 zł (za 60 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy znów kupię: może i mogłabym

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier

piątek, 16 lutego 2018

Original Beans Arhuaco Businchari 82 % ciemna z Kolumbii

Uwielbiam, gdy ulubieni producenci wypuszczają na rynek nowości. Gdy mogę takową zakupić i tym samym wrócić do marki, z którą przygodę zakończyłam (tzn. spróbowałam wszystkie tabliczki z oferty) jakiś czas temu... no nie, po prostu nawet nie znajduję słów, by tę radość i podekscytowanie opisać.
Z tą czekoladą wiąże się pewna ciekawa historia. Otóż kakao do niej pochodzi od rdzennego plemienia Arhuacos, doglądającego kakao, które rośnie prawie dzikona wybrzeżu Morza Karaibskiego. Nazwano je "Businchari", co znaczy "nowy początek" i tu dochodzimy do puenty - kakao to niegdyś prawie wyginęło, bo widząc biały kolor, kolonializatorzy myśleli, że jest zainfekowane i je wycinali. A tu proszę, białe ziarna obecnie są najbardziej pożądane.

Original Beans Arhuaco Businchari 82 % to ciemna czekolada o zawartości 82 % kakao z Kolumbii.

Po otwarciu poczułam soczyście owocowy zapach, "przegląd" cytrusów, porzeczek i grejpfrutów, które (te ostatnie) wchodziły we wręcz gorzkawy motyw prażonego / palonego słodu. Tutaj pomyślałam o drzewach, ziemi i... wbitych w nią słodkich porzeczko-jagódkach z lekkością... kwiatów? perfum?

Ciemna tabliczka zaintrygowała mnie kolorem, bo mimo chłodnych przebłysków, było w niej też coś bordowego. Lekki trzask przywodził na myśl nieco tłustsze czekolady, jednak kawałek w ustach rozpływał się cudownie, zalepiająco-kremowo i gładko. Wydawał się bardzo gęsty i esencjonalny, a pod koniec odrobinkę ściągał.

Jako pierwsze swoją obecność zaznaczało zdecydowane prażenie, gorzkawo-dymna słodowa nutka.
Zaraz jednak zalewała je soczystość i kwaski owoców, oczywiście z naturalną słodyczą.

Najpierw do głowy przyszła mi suszona żurawina, do której z czasem dołączyły dojrzałe czerwone porzeczki i... może nie tylko czerwone, bo później wyraźnie czułam porzeczkowo-jagódkową słodycz. Od samego początku niosły rześkość i chłodek, co najpierw przywodziło na myśl lody (owocowe, ale i nieco mleczne), a potem efekt mięty (nie ją samą w sobie).

Wraz z motywami osłabiającymi soczystość i owocowość, wyłoniło się i coś słodszego... Jakby wręcz karmelowo-krówkowego, w czym upust znalazły prażone nuty (na pewien czas zupełnie znikające ze sceny). Przedstawiały orzechy - młodziutkie i świeżutkie, wręcz słodkie laskowce i... coś karmelowo-palonego... jakby sezamki? a może także laskowce w takim wydaniu? Przywodziło to na myśl też cynamonowo-korzenne klimaty (prażone, karmelizowane itp. orzechy laskowe czasami tak mi się kojarzą).
Gdy to te klimaty obejmowały dowodzenie, zaczęły o sobie przypominać cytrusowe kwaski.
Tym razem jednak pomyślałam o jakimś cytrynowo-jabłkowym sorbecie lub soku... tak rześkim, że chyba również chociaż przyozdobionym miętą. Przy tych nutach, prażenie i czerwony duet porzeczek i żurawiny sprawiły, że w końcu i grejpfruta chyba uchwyciłam, ale... sama nie wiem.

Końcówka zrobiła się bardziej cynamonowo-palona, gorzkawa, ale i niemal kwiatowo-perfumowo słodka... Nie była już tak mocno owocowa, ale soczystość zachowała, choć ta była złączona i z tą mniej owocową rześkością.

Czekolada wyszła bardzo smakowicie. Smaki płynęły leniwie, ale były bardzo bogate i głębokie. Porzeczki, czerwone owoce, z motywem cytrusowo-jabłkowym zestawione ze słodkimi orzechami oraz dość dosadnie palonymi akcentami wyszły harmonijnie i rześko. Wszystko się zeszło, mimo zjawiska "paraboli smaku" (kwasek-słodycz-kwasek-słodycz na gorzkawej bazie).
To łagodna 82 % (powiedziałabym, że ma mniej, a przecież nie zapchali tłuszczem), jednak to taka charakterna łagodność, że... mniam! Powinna posmakować każdemu.

Z kolumbijskich bardziej smakowała mi chyba tylko Domori Teyuna Colombia 70 %, jednak OB miała "to coś" (może była dosadniej kakaowa?), co przeważyło, że ocenę wystawiam wyższą, choć nie wciągam jej listę tych naj-najukochańszych tabliczek.


ocena: 10/10
kupiłam: Smakowe Inspiracje
cena: 28 zł (70g)
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy znów kupię: pewnie tak

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy

czwartek, 15 lutego 2018

Libeert Organic Dark Chocolate Lemon & Ginger ciemna 60 % ze skórką cytrynową i imbirem

Czekoladę tę kupiłam w ciemno, gdy podczas pobytu u Taty trafiłam na nią w Piotrze i Pawle. Lubię imbirowo-cytrusowe curry, więc stwierdziłam, że to połączenie powinno mi i w czekoladzie posmakować. Tym bardziej, że miała zacny skład. Nie nastawiałam się jednak na nic nadzwyczajnego. Jak się okazało: błędnie. Ta belgijska marka jest bowiem nadzwyczajna, choć nie w tym sensie, co teraz pewnie myślicie. Otóż jej nazwa została zmieniona jakiś czas temu przez wzgląd na tzw. państwo islamskie. Dlaczego? Pierwotnie nazywała się ISIS (znaczy się "IS" od Italo Suisse), co obecnie byłoby... ekhem, wiadomo. No i jest Libeert. To tekst nie na miejscu, ale nie mogę się powstrzymać. Czyż ta tabliczka nie zapowiadała się bombowo?

Libeert Organic Dark Chocolate Lemon & Ginger to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao ze skórką cytrynową i imbirem.

Po otwarciu poczułam niewiarygodnie soczysty zapach cytryn. Obok tego jawił się, również dość soczysty, motyw naturalnie "kwiatowo-perfumowo-mydlanego" imbiru, wkomponowanego w schodzącą na dalszy plan łagodną czekoladę (w trakcie degustacji uznałam, że i ona odpowiadała za kwiatowy motyw).

Matowa tabliczka była twarda i bogato wypełniona różnej wielkości skórkami.
Rozpływała się gładko i nietłusto, bez zalepiania, ale i nie "sucho". Skojarzyła mi się trochę z ciemnymi czekoladami Zotter, tylko że tu na rozpuszczaniu się samej czekolady trudno było się skupić - tak najeżona chrupiąco-jędrnymi skórkami była. Wydały mi się lekko podsuszone (dzięki temu przyjemnie chrzęszcząco-chrupiące), ale i niewiarygodnie świeże - wypływała z nich sok.

Od samego początku wyraźnie czuć naturalną cytrynę - głównie w postaci "gorzko skórkowej", ale i trochę jako cały, świeży owoc, choć kwasek się nie pojawiał. Smak nabierał siły wraz z rozpływaniem się kawałka, ale cały czas pozostawał przystępny, wręcz subtelny.

Przez większość jedzenia była to zaskakująco "słodka cytryna" za sprawą ciemnoczekoladowej słodyczy - również wyczuwalnej od początku. Delikatna czekoladowa baza wydała mi się lekko palono-odymiona, z łagodnego kakao. Oczami wyobraźni zobaczyłam mnóstwo kwiatów (obstawiam, że czekoladę zrobili m.in. z ekwadorskiego kakao). Był to obraz bardzo żywy i utrzymujący się długo.

Płatki kwiatów przyozdobione rosą... bo nie zabrakło takiej... wilgotnej rześkości. Była soczysta, cytrusowo-słodko-mydlana; zespajała cytrynę i czekoladę. Imbir wyszedł świeżo i subtelnie, jakby był jedynie spoiwem, nie osobnym smakiem, choć pod koniec nakręcał się przy skórkach cytryny.

Pod koniec pojawiała się nuta dymu i gorzkość, w dużej mierze cytrusowa; wciąż przystępna, nienachalna. Kwiatowo-imbirowe, słodkie smaczki świetnie przy tym wyszły.
W ustach pozostawał głównie posmak cytrynowych skórek.

Tabliczka wyszła bardzo cytrynowo skórkowo, ale wcale nie mocno gorzko. Była dosadna, ale nie ofensywna. To propozycja o łagodnym charakterze, ale na pewno nie o mdłym czy za delikatnym smaku. Kakao harmonijnie wpisało się w cytrusową kwiatowość, ale... ja miałam wrażenie, że aż za bardzo. Jakoś samej czekoladowości mi tu brakowało (czekolada podporządkowała się cytrynie).

I tak mi jednak smakowała i z chęcią spróbowałabym innych czekolad tej marki; tę polecam wszystkim. Na tak naturalne i łagodne, ale nie mdłe, wydanie cytryn i imbiru trafiłam chyba po raz pierwszy.


ocena: 8/10
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: 12,99 zł
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada 96,9% (miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone kakao w proszku, lecytyna sojowa), skórka cytryny 3%, aromat imbirowy 0,1%

środa, 14 lutego 2018

desery Zott Cremore: Chocolate Pudding, Duo Chocolate Pudding + Cream

Najpierw myślałam, że deserom Zott po prostu zmienili szatę graficzną, ale gdy w Lewiatanie zobaczyłam stary deser w czerwonym opakowaniu obok tego nowego (w niebieskim)  zgłupiałam. W dodatku do Cremorów chyba dołączyła nowość - sam glut. Czyżby coś dla mnie? Czyżby coś a'la boski Muller? A może jednak to samo, co w innych, tylko bez nielubianej śmietanki? A ten ze śmietanką... Inne to czy co? Pojawiło się za dużo pytań, więc poczułam potrzebę sprawdzenia (i nawet ponownie kupiłam ten jeden czerwony, choć możliwe, że trafiłam na jakieś "zazębienie" - jeszcze stara i już nowa partia?). Zaczęłam od "bardziej znanego" i potencjalnie mniej smacznego.

Zott Cremore Duo Chocolate Pudding + Cream to "deser czekoladowy z ubitą śmietanką o smaku czekoladowym" na bazie mleka.

Po otwarciu poczułam słodki czekoladowo-mleczny zapach.

Śmietanki było prawie tyle samo, co budyniu, a więc o wiele więcej niż w wersji czerwonej, ale możliwe, że po prostu takie egzemplarze mi się trafiły.
Była bardzo napowietrzona, pełna pęcherzyków powietrza, ale także bardzo zbita i tłusta, aż tłuściła usta.

Budyń był za to lżejszy, choć gęstawy. Również jednak odrobinkę... słowo "lejący" będzie tu bardziej na miejscu niż "glutowaty". Nie doszukałam się ani odrobiny proszkowości.

W smaku śmietanka okazała się wyraziście czekoladowa, chociaż mowa tu o bardzo słodkiej czekoladowości. Zostawał po niej lekko sztucznawy posmak.

Budyń był bardzo słodki i głównie mleczny. To mleczną czekoladą mi smakował i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że słodycz podchodziła pod karmelo-toffi. Nie czułam ani trochę kakao, za to w  posmaku... sztuczny czekolado-karmel.

Całościowo wyszło to mało wyraźnie czekoladowo, bardziej mlecznie i słodko karmelowo-toffi. Przy tym nijakim smaku, słodycz odebrałam jako za silną.  Nie podobała mi się też konsystencja, ale proporcje uważam za dobre, mimo że nie lubię śmietanki - skoro jest jednak wersja bez, to dobrze, że tu dają jej dużo. Dam sobie rękę uciąć, że to po prostu Double ze zmienili dodawane aromaty, ot co, bo oprócz delikatnych nutek i posmaku (wśród których jest ogromna różnica) nie różni się od Cremore Double Chocolate.


ocena: 4/10
kupiłam: Tesco
cena: 3,69 zł (za 200 g)
kaloryczność: 147 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mleko, serwatka, śmietanka 21%, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, skrobia modyfikowana, czekolada mleczna 1,8%, kakao w proszku 1,2 %, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,7 %, dekstroza, żelatyna wołowa, substancje zagęszczające: E407, E412; emulgatory: E472b; aromat

----------------

Zott Cremore Chocolate Pudding to po prostu "deser czekoladowy" na bazie mleka.

Po otwarciu poczułam całkiem smakowity zapach czekoladowy (nie zaś "zapach czekolady").

Budyń okazał się dość gęstawy i nieco glutowato-ciągnacy, nierozwodniony. Ani odrobinki proszkowosci.

W smaku... Wyszedł bardziej czekoladowo niż dół Cremore Double, ale... Wciąż była to bardzo mleczna i bardzo słodka czekolada.  Zwłaszcza słodycz wysuwała się na pierwszy plan i podpełzała pod coś czekoladowo-pralinowego i, niestety, bardzo sztucznego.
Miałam wrażenie, że ten desery był bardziej "mlecznoczekoladowy" niż "czekoladowy, a mleczny bo na bazie mleka".

Właśnie posmak mdło-czekoladowo (jak jakieś pralinki czy coś), sztuczny szybko zaczął mi przeszkadzać już po paru łyżeczkach, że nie dojadłam do końca. Czysty budyń Zotta to twór niesmaczny i tyle. Przez sztuczność Zotta, nijaki lidlowy uważam za lepszy wybór. Nie mówiąc już o wyrazistym Mullerze.


ocena: 3/10
kupiłam: Tesco
cena: 3,39 zł (za 150 g)
kaloryczność: 125 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mleko, serwatka, syrop glukozowo-fruktozowy, śmietanka, cukier, skrobia modyfikowana, czekolada mleczna w proszku 2,2% (cukier, mleko w proszku pełne, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy), kakao w proszku 1,5%, dekstroza, substancje zagęszczające: E407, E412; aromat

poniedziałek, 12 lutego 2018

Idilio Origins 1er Criollo Cru Orinoco ciemna 72 % z Wenezueli

Jak pomyślę o tym, że minął prawie rok odkąd poznałam markę Idilio Origins, zakochując się w niej od pierwszego kęsa, a także o tym, jak później cierpiałam z powodu niekupienia od razu wszystkich tabliczek... Aż mi się trochę dziwnie zrobiło, serce zaczęło łomotać niczym zakochanej, nieśmiałej nastolatce przed pierwszą randką, kiedy skierowałam się ku szufladzie, by wyciągnąć pierwszą z nowo zakupionych tabliczek...
Zaczęłam od tej, bo nie bardzo mogłam zorientować się, czym aż tak bardzo różni się od  5nto Cooperativa Amazonas 72 % - chyba tylko kooperatywami, od których kakao pochodzi (więc pewnie i nutami, choć trochę, bo tamta była z dziko rosnącego kakao).

Idilio Origins 1er Criollo Cru Orinoco to ciemna czekolada o zawartości 72  % kakao criollo z dorzecza Oriniko z południowo-zachodniej części Wenezueli

Już przy otwieraniu poczułam się, jakbym wsadziła nos do szklanki z sokiem tylko co wyciśniętym z najsłodszych, najdoskonalszych pomarańczy. Równie wyraźnie poczułam podprażony charakterek kakao, które zachowało też pewną wilgoć. Nazwałam to sobie "ziemistymi migdałami", które zostały złączone z pomarańczami słodyczą błądzącą między suszonymi owocami, miodem, a czekoladowym sosem.

Sama tabliczka wyglądała niepozornie, bo miała jakby szarawy odcień (choć nie był to ani nalot, ani żaden osad), a przy łamaniu trzasnęła "pustym" dźwiękiem, odsłaniając lekko ziarnisty przekrój.
W ustach w pierwszej chwili wydała mi się soczyście-wodnista i jakby zaraz miała zrobić się oleista, ale z czasem zaczęła robić się coraz bardziej niczym gęsta i idealnie gładka mleczna czekolada, nie za tłusta i nie zalepiająca, a jedynie pozostawiająca "czekoladowe smugi".

Najpierw poczułam subtelną gorzkawość, a dokładniej nieprażone migdały ze skórką. Była przy nich też czekoladowość, która wydała mi się wzbogacona o goryczkowaty miód. To były takie wilgotne nuty, które po chwili zalały usta ogromem soczystości.

Otóż uderzył mnie smak dojrzałych, słodkich pomarańczy i mandarynek. Zaraz pojawiały się przy nich również słodkie nuty suszonych owoców - moreli, suszonych pomarańczy (nie mam na myśli skórki). Bardzo wyraźnie czułam kapciowate, suszone, słodkie śliwki kalifornijskie i jakby odrobinkę (również kapciowatych) daktyli (albo to myślenie życzeniowe). Wszystko jednak było bardzo soczyste, nasączone...

Całe poczucie wilgoci napędzał wyraźny smak mleka i śmietanki. To do niego na dłuższy moment przylgnęły migdały, sprawiając, że czułam się, jakbym jadła najwyższej jakości migdałowe pralinki / nugat migdałowy.

Doskonale pasowało to do leciutko prażonej gorzkawości, która po debiucie owoców znów wybijała się wyraźniej jako smak migdałów i trochę kawowy. Przez mleko i soczyste owoce pomyślałam nawet o jakimś łagodnym marcepanie... w którym kryły się nuty różane.

Posmak pozostawał na bardzo długo i również nie był jednostajny, bo najpierw wyraźnie słodziutki, a potem (co przychodziło z lekkim efektem suchości) coraz bardziej prażony i migdałowo-kawowo-ziemisty.

Muszę przyznać, że była podobna do 5nto; mimo zestawienia tak słodkich nut, nie zasładzała, bo cały czas czuć, że to kakao tak czaruje. Nie brak jej gorzkawości, ale to gorzkość bardzo subtelna i zespojona ze smakowitą słodyczą; kwasków tu brak (i dobrze, bo nie pasowałyby do mleczno-pralinowych nut). Wystawiłabym jej najwyższą ocenę, gdyby nie to, że chciałam wyróżnić bardziej daktylowo-kawową, i z ciekawym grzybowym akcentem, 5nto Cooperativa Amazonas 72 %.


ocena: 9/10
cena: 22,99 zł (za 80 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 11 lutego 2018

Nutura Masło orzechowe z orzechów włoskich

Orzechy włoskie są przeważnie (miałam etapy, że były z innymi na równi itp.) moimi ulubionymi odkąd pamiętam. Na - i tak niezwykle rzadko spotykane - masła orzechowe z nich zawsze spoglądałam z tęsknotą. Ceny przerażały, bo i przesyłka dochodziła. Gdy jednak przy kupnie nowych czekoladach Original Beans na tej samej stronie zobaczyłam takie masło w przystępnej cenie, myślałam, że zacznę skakać ze szczęścia.

Nutura Masło z orzechów włoskich to masło orzechowe z prażonych orzechów włoskich (100%), a więc bez soli, cukru itp.


Po odkręceniu słoika poczułam cudownie wyrazisty zapach  orzechów włoskich. Był wyraźnie mocno prażony, przez co chwilami robił aluzje do wręcz korzennych klimatów, ale przy mieszaniu i pewną świeżość poczułam.

Masło okazało się bardzo lejąco-ciągnące, takie dość rzadko-oleiste, mimo że ogromną ilość oleju zlałam. Parę drobinek się też zaplątało.

W smaku było bardzo intensywne. Czuć gorzkawość skórek orzechów, co bardzo mnie ucieszyło bo ją uwielbiam. Niestety, było bardzo, bardzo mocno prażone, a chwilami plątał się w tym posmak oleju orzechowego. Osobiście orzechy włoskie lubię świeżutkie, nieprażone lub prażone delikatnie, więc nie do końca wpisało się w mój wymarzony smak.

Z chlebem żytnim razowym, masło orzechowe zupełnie go zdominowało. Jakbym jadła je zupełnie samo - dziwne uczucie.

Większość zjadłam tak, jak większość maseł orzechowych, czyli z jaglanką.

Z cynamonem wyszło pysznie i nawet ta za bardzo prażona nuta smacznie (bo trochę korzennie) się w to wpisała. Danie takie było niezwykle orzechowo-goryczkowate, niemal gorzkawo-pikantnie, a przy tym rozgrzewające... idealne na zimę! (Taka kolacja to ma u mnie 11/10.)

Nie podobała mi się zbytnio ta konsystencja, bez pewnych posmaków by się obyło, ale to dobre masło warte spróbowania.


ocena: 8/10
kupiłam: Smakowe Inspiracje
cena: 24,99 zł (za 250 g)
kaloryczność: 666 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: prażone orzechy włoskie