sobota, 21 września 2019

Zotter Saffron and Pistachios mleczna 40 % z marcepanem z pistacjami i maślano-mlecznym kremem z szafranem i anyżem

Czekolady Zottera w większości jadłam, bardzo niewiele odkładam w czasie lub w ogóle pomijam. Nowości ciemne i nadziewane obecnie kupuję wszystkie w ciemno. W ofercie są jednak takie, które nie wydają się zbyt moje, np. dzisiaj przedstawiana. Kocham pistacje, z szafranem miałam do czynienia tylko przy Zotter Basmati Rice with Saffron, ale ta tabliczka mnie nie kusiła. Popatrzyłam i uznałam, że pewnie będzie mi za słodko i za tłusto - bo mleczna, bo ten krem - szafranowy... ale ile tam tego szafranu? A z czegoś zrobiony być musi. Ostatnio też po prostu na marcepanowe czy w ogóle nadziewane czekolady zerkam rzadziej. Mało mi w nich "czekolady w czekoladzie". Skąd więc ta recenzja? Dostałam od Marcina z Bio Kredensu kilka w ramach "testu w ciemno" - czy zgadnę, jakie to, nie na bloga. Gdy jednak tylko mi zapachniało anyżem, pomyślałam, że dawno tak pięknie pachnącej tabliczki nie miałam w rękach, że nie kojarzę mlecznego, tak mocno anyżowego Zottera, toteż zdecydowałam się, że zdjęcia i recenzja muszą być (a czekolady, np. Lindt Carrot Cake, przybywały do mnie już w gorszym stanie).


Zotter Saffron and Pistachios to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z marcepanem z pistacjami i mleczno-maślanym kremem z szafranem i anyżem.

Gdy tylko zabrałam się za papierek, uderzył mnie apteczny zapach słodko-pikantnego, charakternego anyżu wymieszanego z równie charakternym, mocno migdałowym marcepanem. Skąpane to było w mlecznej, nienachalnej słodyczy.

Tabliczka, mimo że trochę zmiażdżona, zachowała pewien konkret. Mimo to wydała mi się nieco ulepkowata, z racji formy. Mocno przemielony marcepan rozchodził się z łatwością na grudki, ujawniając kawałki świeżo-miękkich pistacji w nim zatopionych. Rzadkawy, ale w cudownie soczyście-nasączony sposób.
Również rzadkawe, acz niewątpliwie bardziej zwarto-maziste, było żółte nadzienie. Wydało mi się bardzo tłuste, w rzadkawy sposób - jak bardzo tłuste mleko wymieszane z masłem, a co za tym idzie, plastyczne. Idealnie gładkie, z paroma niewyczuwalnymi (ale widocznymi) "niteczkami" szafranu.
To ono stało za ulepkowatością.
Kremowa, tłustawa w mleczny sposób czekolada rozpływała się powoli, nieco zalepiając usta. Nadzienia wyciskały się spod niej, acz marcepan robił to chętniej. Drugie nadzienie pozostawało przy czekoladzie, również nieco zalepiając w kremowy, tłusto-gładki sposób. Marcepan znikał szybciej, pozostawiając pistacje na pastwę kremu.
Nie podobała mi się ta ogólna miękkość.

W smaku czekoladę odebrałam jako bardzo, wręcz toffiowato słodką. Nienachalna nutka kakao odeszła na tyły, mieszając się tam już od pierwszych chwil z nadzieniami. Te były intensywne, a moja czekolada bez dwóch zdań nimi przesiąkła. Anyż czuć wszędzie od samego początku.

Odzywały się mniej więcej równocześnie, ale krem powoli po prostu dołączał do czekolady i odbierał jej coraz więcej miejsca, a marcepan robił to jakby prężniej.

Charakterne migdały zaprezentowały się w pełnej krasie, roztaczając swój specyficzny, naturalny smak. Wkomponowane w silną słodycz, nie porzuciły specyficznego, gorzkawego marcepanowego akcentu. Podkreślony został odrobinką słodkiego alkoholu. Wydał mi się lekko pikantny, ale może dlatego, że przesiąkł anyżem. Epizodycznie, przy kawałkach pistacji, pojawiał się ich delikatny smak, niewiele niestety wnoszący do całości.
Delikatne, mało ważne; niektóre wydawały mi się nasiąknięte anyżem do tego stopnia, że zastanawiałam się, czy nie są wśród pistacji ukryte jego kawałki.

Żółte nadzienie wszystko poniekąd łagodziło, tłumiło, po czym narzucało swój smak. Bardzo szybko wprowadziło goryczkowato-apteczny, trochę "wyciszony" motyw ziół.
Wydaje mi się, że to ono stało również za tym, że czekolada zajeżdżała toffi, bo krem smakował bazowo... czystym masłem. Masło mieszało się z pełnym, tłustym mlekiem. Ono również było wyraziste, ale nadzienie to dosłownie masło maślane. W dodatku bezkompromisowo słodkie jak toffi, a jednak... nie urocze, a ciężko-poważne i rześko-lekkie jednocześnie. Ciężko-poważne, bo coraz mocniej ziołowo-lekowe, apteczne. Wyraźnie czułam słodko-pikantny anyż, chłodzący, ale łączący się z ogólną korzenną pikanterią. Także w niej odnalazłam słodycz... taką korzenno-goryczkowatą. Apteczność wydała mi się podkręcona... alkoholem? Ale też jakimś rześko-lekkim, dosłownie kropelką. Wszystkie te nuty cudnie zarysowały się na o wiele mniej cudnej, a czysto-nudnej, maślanej bazie.

Bliżej końca ziołowo-maślana część nieco podkreśliła pistacje, a całość odważniej zalała mleczność, która z łagodną słodyczą czekolady i marcepanu, została w posmaku.
Oprócz nich w posmaku czułam intensywny anyż. Było ziołowo-poważnie, a jednocześnie za słodko (choć słodycz to złożona) i strasznie, strasznie maślano. Tłusto i z posmakiem masła.

Masło zupełnie nie pasowało mi do anyżu i marcepanu. Masło wszystko zepsuło i sprawiło, że tabliczkę postrzegam jako obrzydliwą, mimo że jednocześnie smaczną i ciekawą. Gdyby nie masło, z racji silnej anyżowości i korzenności, nienachalnego alkoholu, mogłaby mnie zachwycić. A tak? Niestety. Częściowo pyszna, a jednak tak maślana, że za nic w świecie nie chciałabym do niej wracać. Ciekawostka? Tak, ale na tym koniec. Nie obyło się też bez innych wad takich jak znikomy udział pistacji czy za silna słodycz.


ocena: 6/10
kupiłam: biokredens.pl (dostałam)
cena: (normalnie 16 zł)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: marcepan (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego), surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop syrop fruktozowo-glukozowy, miazga kakaowa, pistacje 4%, mleko, masło, ocet malinowy, słodka serwatka w proszku, brandy wiśniowa, odtłuszczone mleko w proszku, anyż, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, lecytyna sojowa, szafran 0,02%, cynamon

PS Jakby na pocieszenie, trafiło się, że w paczce była też Coconut + Marzipan - utwierdziłam się w przekonaniu, że pyszna, ale mało tego! Co sobie uzmysłowiłam na 100 %? Zapraszam do aktualizacji recenzji.

piątek, 20 września 2019

Luximo Premium 74 % Peru ciemna

Luximo Premium 74 % Madagaskar pozwoliła mi wysnuć wniosek, że prawdopodobnie single-origin Millano nie zaserwują mi charakterystycznych, wyrazistych nut regionu, ale... wciąż mogłam liczyć na niezłą czekoladę. A że prostą, zwyczajną... Co z tego? Czasem i na taką mam ochotę. Druga w kolejności poszła Peru, bo akurat dzień na czystą zwykłą przypadł po Beskid Peru 70 % i chciałam sobie porównać... Powiedzmy.

Luximo Premium 74 % Peru to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao z Peru, produkowana przez Millano-Baron dla Biedronki. 

Po otwarciu poczułam głównie kawę. Klimat cechował silnie palony motyw i niska, acz jakaś napastliwie waniliowa, słodycz. Nie było jednak ciężko czy sucho-palono, a tak... wilgotnie. I jakby kawa skrywała owocowy wątek.

W dotyku tabliczkę odebrałam jako sucho-tłustą, gumkowatą. Łamała się z trzaskiem suchej i twardej.
W ustach twardość z niej uchodziła bardzo szybko. Stawała się miękką, tłustawą masą, powoli rozchodzącą się jak... bardzo, bardzo zalepiający ciepły, gęsty budyń. Trochę zawilgocona, z czasem coraz bardziej soczysta, a mimo to suchawa pod koniec. Nie była jednak pylista.

W smaku od początku czułam łagodną, czarną kawę. Zawisła nad nią wizja cierpkości, która jednak nie nadeszła. Kawa roztoczyła swoją gorzkość, która jeszcze łagodniała, przechodząc w orzechy (włoskie?). Miało to palony klimat, który jakby te smaki... stępił. Mocno palony, nieprzypalony, choć nadający ciężkości.

Po chwili pojawiła się słodycz, również w tę ciężkość wpisana. Nie była silna, ale i tak denerwująca. Cechowała ją pudrowość, acz nie cukierkowa... bardziej jak cukier puder albo... jak jakieś jasne, galaretowate desery o smaku zgłuszonej wanilii. Oczami wyobraźni widziałam gęsto-tłuste, białe budyniowate desery typu creme brulee, panna cotta. Takie śmietankowe, słodkie... bliżej nieokreślone. W pewien sposób narzucające tłuste zawilgocenie.

Pod koniec pojawiła się soczystsza sugestia. Bardzo delikatna, również słodka... minimalnie owocowa? Jak borówki amerykańskie, dodane do opisanych deserów. Borówki sprawiły, że palono-kawowa gorzkość powróciła, tym razem z cierpkością. Cierpkość... z iluzorycznym kwaskiem czegoś (soku / sosu?) jabłkowo-cytrusowego, który nigdy nie nadszedł.

Właśnie lekka cierpkawość kawy i nibyowoców oraz pudrowo-waniliowa, budyniowata słodycz pozostały w posmaku. Wszystko to proste i jakby osnute... czymś ciężkim.

Całość wyszła statecznie i przystępnie. Słodko-gorzko, z cierpkimi zapędami, a więc ewidentnie ciemnoczekoladowo, ale bez głębi czy specjalnej wytrawności. Tak skąpa w owoce i śmietankowa, że aż się zdziwiłam. Przewodził w niej palonokawowy klimat i wanilia, a obyło się bez spalenizny (która często przy tym duecie i złych proporcjach sprawia, że wydaje mi się to mdlące).

Niezła, gdy szuka się prostej, nieprzesłodzonej ciemnej czekolady o wydźwięku deserowym, nie zaś owocowym. Że to akurat z Peru... nie powiedziałabym.

Bardzo podobna do Luximo Madagaskar, acz słodsza w waniliowo-śmietankowym kontekście i bardziej cierpkawa, kawowa. Madagaskar to kawa śmietankowo-ziemista, ze spalonymi i orzechowymi zapędami.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

czwartek, 19 września 2019

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Karamell mleczna z solonym śmietankowym karmelem i kawałkami karmelu

Nie lubię, gdy tabliczki przybierają formę polewowo-skorupkowego wierzchu z lejącym, rzadkim nadzieniem. Jedno wtedy pęka, drugie szybko znika, po czym pierwsze zalega jako dziwna gruda. Nie toleruję też zbyt tłustej, nieuzasadnionej miękkości. Z tych powodów jestem sceptyczna do np. czekolad z karmelowymi nadzieniami. Cenię wyważenie, spójność. Po dwóch Freihofer Gourmet wiedziałam już jednak, że kolejny wariant pewnie też będzie miękki. Normalnie może bym narzekała, ale pomyślałam, że może akurat trafi się coś fajnego, bo taka słodka miękkość do nietwardego karmelu (w dodatku solonego, a więc bardzo przeze mnie lubianego) może wyjątkowo dobrze pasować.

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Karamell to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao nadziewana miękkim solonym toffi ("śmietankowym karmelem"; 26%), udekorowana kawałkami karmelu (2%).
Wyprodukowane we Francji przez Aldente GmbH (zakładam, że dla Aldiego); linia limitowana na zimę 2018/19.

Po otwarciu poczułam niemal cukrowe, palone toffi, zaskakująco wyraźnie zaznaczoną sól i zacukrzone, acz wciąż wyraziste mleko. Po podziale czekoladek, wyłaniał się zapach nadzienia: ewidentnie słonawo-palono karmelowy, ale i śmietankowy, trochę pseudoalkoholowy (w trakcie jedzenia odlegle skojarzył mi się z wyobrażeniem Pawełków).

W dotyku minitabliczki wydały mi się zaskakująco twarde, ale potem takowymi bym ich nie nazwała. Na każdej znalazło się mniej lub więcej kawałków karmelu, który zaskoczył mnie konsystencją: stałą, ale nie chrupiącą, a miękką. Raz i drugi tylko skrzypnął. Uginał się, przypominał grudki plasteliny, które rozpływały się mniej lub gorzej (zależy od wielkości, proporcji itp.) wraz z całością. Większość kawałków znalazło się na wierzchu, tylko część była wtopiona w masę.
Nadzienie wydało mi się umiarkowanie ciągnące się przy robieniu kęsa. Raczej lepiące, ale nie jakoś bardzo.
W ustach sama czekolada rozpuszczała się dość szybko. Miękła i tylko trochę oblepiała usta przez to, że mimo tłustości była dość wodnista (przez cukier?). Pobrzmiewało w niej echo leciutkiej proszkowości. Z racji proporcji, i tak zostawała na zakończenie.
Gdy tak uginała się, szybko wydobywało się spod niej nadzienie, ale rozpuszczało się powoli. Bardzo się lepiło, czekoladę także zlepiało. Okazało się o wiele zwarto-gęstsze, niż początkowo się wydawało. Najpierw wręcz śliskawe, tłuste jak śmietanka i z nasilającym się motywem scukrzenia.

Czekolada uderzyła cukrem, któremu wtórowało mleko. Niestety jednak nie dało rady dogonić cukru właśnie. Cukrowość... może i zaleciała trochę toffi, ale zakładam, że po prostu wierzch przesiąkł nadzieniem.

To odzywało się szybko jako motyw leciutko posolonego masła. Goryczka palonego cukru niepewnie zbadała grunt, po czym nadzienie niesamowicie podbiło samą słodycz. W bezkreśnie cukrowej toni jednak również śmietanka odnalazła miejsce dla siebie, po czym zaczęła wychodzić na prowadzenie. To było niczym... śmietankowo-karmelowa krówka? Nadzienie wydało mi się bardziej śmietankowo-maślane od samej czekolady, a jednocześnie dość mocno palone, że (mieszając się z czekoladą) zahaczające o jakiś kakaowo-czekoladowy karmel. Dzięki temu jego słodycz wyszła głębsza, poważniejsza. Doszukałam się w nim wprawdzie lekkiej sztuczności, ale bliżej końca zasugerowało to alkoholowy motyw. Tylko to chyba sprawiło, że drapanie w gardle nie wydało mi się okropne. Słona krówka, niemiłosiernie cukrowa, a jednak z lekką, słonawą goryczką dominowała na końcówce.

Kawałki karmelu zaskoczyły mnie, że aż tak cukrowe nie były. Przekłuły wszystko odrobinką soli, po czym wprowadzały bardziej tłuszczowo-palonokarmelowy motyw.
Mieszanka śmietankowo-maślanych karmelów z cukrową czekoladą na końcówce, z tą taniawo-alkoholową sugestią odlegle skojarzyła mi się z wedlowskimi Pawełkami (luźno, z wszystkimi trzema, choć jadłam chyba tylko toffi i to jeszcze jako dziecko).

W posmaku pozostało po prostu przecukrzenie, ale też słonawo-karmelowawo-krówkowa nuta, tylko że odległa. Był to moment, w którym zorientowałam się, że to właściwie było dość mocno słone. Palony motyw okazał się na tyle silny, że nie kojarzyło mi się to z toffi, acz jestem pewna, że gdyby paloność była niższa, to właśnie toffi / toffi-krówkę bym czuła.

Całość wyszła umiarkowanie dobrze. Niezły karmel niestety zamknięto w klatce z cukru w cukrowym więzieniu. Cukier przytłaczał, ale pod nim... smak był ciekawy. Sztucznawość sugerująca alkohol (bez alkoholu!) dodatkowo sprawiła, że jakoś ta słodycz była do przebrnięcia.
I wreszcie kwestia struktury... zaskoczyła mnie. Była bowiem lepiszczo-mazista, ale nie taka miękko-tłusta. Wydaje mi się, że to kwestia ilości cukru i syropu, ale... właśnie że to tak bardziej cukrowo się rozpuszczało, cukier szybciej trafiał do gardła i drapał. Cieszę się jednak, że nie było bardziej tłusto, bo raczej bym nie przetrwała.
Mama uznała, że  czekoladki były ciekawe, bo "bliżej nieokreślone" (dla niej karmel = taki słodko toffiowaty, jak ze wszelkich Milek itp.). Smakowały i kojarzyły jej się "z jakimś batonem" ("Pawełek" nie padło, ale ten toffi to jeden z jej ulubionych, więc na pewno zna jego smak o wiele lepiej ode mnie, a mi to się tak luźno z "pawełkową mieszanką" kojarzyło), jednak według niej słodycz była w udany sposób przełamana i nie za silna.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 115g)
kaloryczność: 510 kcal / 100 g; 1 sztuka (ok. 10g) - 49 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowy, miazga kakakowa, śmietana, masło 1,2%, aromat, sól morska 0,2%, inulina, lecytyna sojowa

wtorek, 17 września 2019

Fair Schweizer Bio-Alpenmilchschokolade 37% mleczna

Nie da się mnie nabrać na to, że bio / organic = warte zakupu, zdrowe i smaczne. Mimo to, czasami kupuję nawet te wątpliwe tabliczki ze względu na ciekawe dodatki (dobrym przykładem jest Torras z pyłkiem i sezamem). Bardzo szanuję jednak producentów należących do ruchów Fair Trade. Uważam, że sprawiedliwość, bycie uczciwym z samym sobą i innymi, to bardzo ważne kwestie w życiu, nie tylko w handlu. A to, że akurat ta czekolada jest Fair Trade... To dobrze no, jednak kupiłam ją jako duet do ciemnej i... w sumie może pochwalić się wyższą zawartością kakao (acz żałowałam, że nawet do 40 % nie dobili). Obawiałam się za silnej słodyczy, ale wyszłam z założenia, że na uczelnię, jako coś niewymagającego, może się sprawdzić. Gdy zjadłam wersję 70 %, moje nastawienie do tej drastycznie się zmieniło.

Fair Schweizer Bio-Alpenmilchschokolade 37% Kakao to mleczna czekolada o zawartości 37 % kakao, produkowana przez Chocolats Halba.

Po rozerwaniu sreberka poczułam silny, soczysty zapach łączący w sobie poważniejsze tony orzechów i ziemi, odważnie zaznaczonego kakao oraz niemal waniliowe mleko. Mimo że pojawiła się także nutka maślanego toffi, nie było za słodkie, ponieważ otulało żółte owoce (może brzoskwinie?), nakręcające soczystość.

Już w dotyku piękna tabliczka wydała mi się kremowa. Mimo pewnej kruchawej twardości, łamała się z łatwością, wydając tylko lekkie chrupnięcia.
W ustach rozpływała się idealnie kremowo, zalepiając w tłustawo-gęsty, cudownie śmietankowy i gładki sposób. Aksamit.

W smaku najpierw przedstawiła się silna słodycz przywodząca na myśl naturalnie scukrzone owoce suszone: rodzynki, może również figi. Wśród nich odnalazł się raczej mało palony karmel. Właściwie to bardziej palone, śmietankowe toffi. Coraz bardziej śmietankowe.

Gorzkawość subtelnie zaznaczyła się w znikomej paloności, przeszła  w delikatnie prażone orzechy. Właściwie to raczej cierpkość, tylko odrobinę gorzkawa. Należąca w dużym stopniu do wilgotnej ziemi, w której skryły się zmiażdżone... Śliwki? Winogrona? Jasne, cierpkawo-słodkie śliwki i fioletowe winogrona z lekkim kwaskiem.

Słodycz jednak była niezachwiana. Mimo że nieprzesadzona, okazała się niemal wiodąca. W połowie ewidentnie wyłowiła i wyeksponowała śmietankowość karmelu / toffi, z odrobinką naturalnej słonawości, wynosząc ją na naturalnej, mlecznej fali. Mleko... wydało mi się waniliowe, a swoją naturalnością spójnie mieszało się z orzechami. Jak orzechowe mleko? Gorzkawość orzechów bliżej końca zaczęła się zmieniać w mleczną, acz ziemistą kawę z charakterem.

Za ziemistą kawą stały bardzo, bardzo słodkie śliwki (jasnofioletowe i żółte?)... takie trochę z kawowo-ziemistą nutką, a że karmelowo-waniliowa słodycz miała się świetnie, podsunęła coś bardziej żółtoowocowego... Akcent winogronowo-rodzynkowy zapewnił spójne przejście od śliwek do brzoskwiń. Takich w jakimś karmelowym syropie? Jakby... mleko brzoskwiniowe? I niemal cukrowe rodzynko-winogrona.

Takie słodkie owoce i waniliowe toffi z ogromem mleka i kawą (może kawą orzechową, ale na pewno jakąś cappuccinowatą) pozostały w posmaku. Kawa i owoce niepewnie przypomniały o ziemistości.
Czułam silną słodycz, ale nie przesłodzenie, bo także soczystość i smakowicie zaznaczone kakao.

Całość wyszła bardzo smacznie. Esencjonalnie, mlecznie-toffi słodko, a jednak z soczystością owoców (śliwki, winogrono-rodzynki, brzoskwinie); nawet sugestii kwasku czy goryczki nie zabrakło. Zakochałam się w tym, jak czekolada zalatywała ziemistymi orzechami i ziemistą kawą. A wszystko to skąpane w ogromie mleka i śmietanki.
Odnalazłam w niej parę wątków znanych z 70 %, które nawet w ciemno bym wskazała (śliwki, rodzynko-winogrona i brzoskwinie oraz orzechowa ziemistość; mleczna była bardziej brzoskwiniowo-winogronowa niż śliwkowa ciemna).

Kolejna czekolada, która mnie zachwyciła, acz myślę, że gdyby tak zmienić chociaż kolejność miazgi i tłuszczu kakaowego albo rodzaj cukru... mogła by mnie... wbić w ziemię.


ocena: 9/10
kupiłam: Aldi
cena: 6,99 zł
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś może i bym mogła

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowana laska wanilii

poniedziałek, 16 września 2019

Terravita 70 % Cherry Chocolate ciemna z wiśniowym nadzieniem

Paczka z nowościami od Terravity skutecznie zmotywowała mnie, bym otworzyła wreszcie stare. Z nadziewanych ciemnych zostawiłam na koniec wiśniową, bo kupując ją nie mogłam sobie przypomnieć, bym kiedykolwiek widziała wiśniową czekoladę z jednolitym, jednowarstwowym nadzieniem. Dzięki temu wydała mi się ciekawa. Fajnie też wyszło, że w okolicach jej zjedzenia, zebrało mi się kilka różnych wiśniowych tabliczek.


Terravita 70 % Cherry Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z nadzieniem o smaku wiśniowym (50%).

Na dobrą sprawę nie zdążyłam jeszcze porządnie otworzyć, a już spiorunował mnie zapach słodziutkiej, bombonierkowo-cukierkowej wiśni, która zalatywała lekko soczystym kwaskiem i naturalnością. W tle plątało się kakao, lecz i tak to słodycz przewodziła.

Przy łamaniu tabliczka okazała się twarda i trzaskająca. Nadzienie odebrałam jako krucho-suchawe i tłuste zarazem. Całość, gdy użyje się noża, była łatwo podzielna, ale to tak tylko swoją drogą, dla ciekawskich piszę.
Czekolada rozpływała się łatwo, zalepiając w średnim tempie, ponieważ była miękko-tłusta, jednak nie jakoś strasznie bardzo w przypadku samej czekolady. Raczej kremowa i całkiem znośna.
Nadzienie rozpływało się od niej nieco szybciej i łatwiej. Okazało się tłustsze w lepiszczo-mazisty, margarynowo miękki sposób. Jego dość silna proszkowość zwłaszcza pod koniec mi przeszkadzała, mimo że lekka soczystość / wilgotność stała się odwrócić od tego uwagę.
Ogólnie miękko-ulepkowata, ale jeszcze do zniesienia przy paru kostkach, pomimo zbyt silnej, mazistej tłustości.

W smaku czekolada okazała się bardzo, bardzo delikatna, acz przyzwoicie, niechamsko cierpka (gorzkości prawie brak). Silna słodycz pojawiała się równocześnie z nią. Od samego początku odebrałam ją jako trochę za silną, lecz zaczęło mi to przeszkadzać dopiero z czasem. Nie czysto cukrowa, ale przesadzona. Mocno palone kakao skojarzyło mi się nieco z przypalonym ciastem kakaowym / piernikiem. Nie było to tanio-polewowe, wykwintnie ciemnoczekoladowe też nie, ale zwyczajnie kakaowe w zadowalający sposób.

Nadzienie przebijało się dość szybko, choć czekolada nim nie przesiąkła. Wchodziło poprzez cierpkawość, dodając do niej nutę wiśni, jednak drastycznie podbijało też słodycz. Właśnie ona głównie je cechowała. Cukrowy krem kojarzył się cukierkowo-pudrowo z... lukrem wiśniowym? O tak, ewidentnie czułam słodką, słodziuteńką, przez co dość mdławą wiśnię. Kojarzyło mi się to z czekoladkami / bombonierkami, zalatującymi przesadzoną cukierkowością. Mimo wszystko część wiśniowości osadzona była w bardziej... słodko-owocowej strefie, nie czułam więc okropnej chemii. Zabrakło mi tu jednak wyrazistości. Mniej więcej w połowie na jaw wychodziła margaryna i sugestia mleka. Po paru sekundach epizodycznie zaczął też zaznaczać się kwasek, trochę odwracając od niej uwagę.
Kwaśność była bardzo delikatna, a i to ewidentnie podkręcona cytryną. Minimalnie tylko wiśniowa, ale za to harmonijnie mieszająca się z cierpkawym kakao.

W posmaku pozostało przesłodzenie, mdły bombonierkowo-cukierkowy posmak wiśni i lekka cierpkawość kakao. Wszystko wmieszane w margarynę i z namiastką kwaśności, którą niby czułam, ale której w sumie nie było. Niestety, tłuszczu, na ustach, w nich i nawet na dłoniach, było zdecydowanie za dużo.

O ile mogę wybaczyć przesłodzenie, bo w sumie do takiej czekoladkowości (czyli delikatnej, nie tyle nawet ciemnoczekoladowej) jakoś tam pasowało i nie było przecukrzeniem do kwadratu, tak niestety słodziuteńka nijakość, tłustość i mazistość zabijała. Jakość do dopracowania, bo mimo długiego terminu wyglądała trochę staro. Czekolada mogłaby być bardziej ciemnoczekoladowa, a kwasek jednak bardziej wiśniowy, niż podkręcony, ale... przynajmniej i kakao, i owocowy kwasek czuć. A nie ogrom chemii. Mam wrażenie, że alkohol w ogóle mógłby zrobić z tej czekolady perełkę. Szkoda też, że jednak margaryna nie dała się ukryć.
Muszę przyznać, że zjadłam 4 kostki, z czego dwie naprawdę z przyjemnością. Margarynowa miękkość i mało charakterny smak zaczęły mnie męczyć dopiero po dwóch. Wyszła minimalnie lepiej od cytrynowej, bo taka słodycz chyba bardziej pasuje do wiśni; cytrynie na gwałt potrzebny był naturalniejszy kwasek. Jednocześnie jednak chyba pozostała trochę w tyle za miętową, ale nie wydaje mi się sensowym porównywanie tamtej do owocowych.
Resztę oddałam Mamie (nie cierpi ciemnej czekolady, ale uwielbia wiśnie, wiśniowe słodycze, w tym bombonierki, a i to właśnie w słodko-tłustych się lubuje). Stwierdziła, że nadzienie bardzo jej smakowało: "takie słodkie, owocowe - wiśnie tam chyba czułam, tak? tylko ta czekolada trochę gorzka, no ale krem bardzo dobry". Uznała, że czekolada nie taka straszna (obstawiała 50 % - co chyba nie świadczy o niej najlepiej, skoro to 70%), ale nie przekonał jej zamysł. Wiśniowa czekolada w jej oczach to koniecznie dżem + biały krem, a nie "takie wymieszane".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 3-4 zł (?)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (ale mogłabym się poczęstować)

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat), nadzienie (cukier, tłuszcz roślinny: palmowy, kokosowy; serwatka w proszku, mleko w proszku odtłuszczone, proszek wiśniowy 2%: wiśnia, maltodekstryna, kwas cytrynowy; proszek soku cytryny: koncentrat soku z cytryny, maltodekstryna; lecytyna sojowa, aromaty, regulator kwasowości: kwas cytrynowy

niedziela, 15 września 2019

Krakakoa 75 % Lidung Kemenci Kalimantan ciemna z Borneo

Perspektywa dokładniejszego zapoznania się z regionami Indonezji dzięki czekoladom Krakakoa widziała mi się wyjątkowo miło. Jakoś tak sobie pomyślałam, że podobnie kiedyś było z wówczas nieznanym mi Wietnamem i Marou. W efekcie zakochałam się i w kraju, i w marce. Którą otworzyć jako drugą? Właściwie wybrałam w ciemno. Sięgnęłam po kolor zielony, bo parę dni wcześniej jadłam Luximo Madagaskar, której czarno-zielone opakowanie leżało na oczach.
Obcobrzmiące "Kalimantan" z indonezyjskiego to po prostu Borneo, czyli indonezyjska wyspa. Konkretniej jedna z Wielkich Wysp Sundajskich. Na wschodzie nad rzeką, wijącą się przez całą wyspę, leży miasto Malinau, w którego okolicznych wioskach jak np. Lidung Kemenci, na małych farmach uprawia się kakao - użyte do produkcji tej tabliczki.

Krakakoa 75 % Lidung Kemenci Kalimantan to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Borneo (inaczej Kalimantan - jednej z wysp Indonezji), z okolic wioski Lidung Kemenci.

Po otwarciu uderzył mnie zachwycająco intensywny i złożony zapach o soczyście-gęstym wydźwięku. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę to różana słodycz oraz zwiewność / lekkość kwiatów i lekkość rozgrzewających przypraw, tworzące bazę wraz z poważną, gorzkawą ziemią. Ta była wilgotna i gęsta. Doszukałam się w niej grzybowego akcentu czy (to chyba skrajnie subiektywne skojarzenie) mokrej karmy dla kota. To wszystko było jednak bazą / tłem... dla ogromu soczystości słodko-kwaśnej marakui i gęstego soku owocowo-marchwiowego: np. marchew-banan-malina? Średnio dojrzały banan i słodziutkie, soczyste maliny. Tak ogólnie... soki i wilgoć gorących tropików.

Przy łamaniu ciemna i grubawa tabliczka, jako że twarda, głośno trzaskała. Na dotyk wydała mi się mało spożywcza, a gdy kawałek uderzył o inny, kojarzyło mi się to z dźwiękiem guzików / kulek w jakimś pojemniczku. Zerknęłam na przekrój: zanosiło się na coś bardzo zwartego.
I w istocie, w ustach czekolada cały czas pozostawała zwarta. Rozpuszczała się powoli, zachowując formę, jakby oszczędnie (nie, że ciężko). Gładko, choć nie bardzo tłusto, dość kremowo. Pod koniec robiła się bardziej kredowo-talkowa. Nie przypadła mi do gustu w tym aspekcie.

W smaku od pierwszej chwili poczułam silną, ale zawoalowaną słodycz. Przez ułamek sekundy pomyślałam o karmelu, ale... to raczej słodkie, suche daktyle suszone. Oszczędne w soczystości, ale jednak bardziej owocowe od karmelu oczywiście.

Zawoalowaną wydała mi się z racji pewnej lekkości. Na pewno czułam róże, ale i... takie jakieś kwiaty / przyprawy... trochę dym. Słodkawy, przyprawowy dym mieszał słodycz ze smakiem, który pojawił się po chwili.
Gorzkość leniwie pokazała swoją moc. Stało się jasne, że to stateczna baza. Najpierw kojarzyła mi się z dymem, ale była raczej wilgotna... Dym powoli odsłaniał ziemię, a w ziemi... kryły się jakby grzyby (kocia karma?) i orzechy. Coś żywo-roślinnego, ale nie soczystego. Po głowie snuło mi się coś w stylu: świeża niesuszona, nieprażona kawa / kawowce. Wprawdzie nigdy nie miałam z tym do czynienia, ale jak wygooglowałam to... pasowałoby. Taka świeża kawa. Przyprawy uwypukliły gorzkość, podyktowały ciepło... nie mocne jednak. Mniej więcej w połowie zrobiło się gorzkawo-ziołowo. Na myśl przyszły mi liście shiso. Czułam jakby korzenność, ale jednak... słodko-wytrawną (jakiś estragon? tymianek?). Orzechowa nuta wraz z tym i ogólną lekkością pomogła wyłonić się bardziej soczystej ekipie.

Oto ta roślinność i orzechy podsunęły mi marchew, a od tej po ustach rozlał się sok owocowo-marchwiowy. Słodycz daktyli i kwiatów zmieniła się w średnio dojrzałe banany, poczułam czerwone owoce, a więc słodkie maliny i coś egzotycznego... kwaskawego? Marakuja mignęła mi swoim słodkim kwaskiem. Miałam wrażenie, że czuję nawet jej pesteczki, mieszające się z orzechami i przyprawami... ziołami? Te znów przyniosły trochę gorzkości, jednak tym razem była soczystsza, niczym skórka pomarańczy. 

Na końcówce gorzkawość wymieszała się ze słodką soczystością egzotycznych owoców. Pomarańcze i marakuja mieszały się z dymem, co wyniosło na piedestał kwiaty i zwiewność. Ta przygarnęła też odrobinkę przypraw / ziół. Znów jakaś ziołowo-błotnista kawa?

W posmaku pozostała soczystość egzotycznego miksu oraz słodycz (głównie bananów, daktyli i malin), wraz z lekkim kwaskiem - zarówno owoców, jak i podkradającym się pod ziemistość. Od tej jednak odwracała uwagę ogólne ciepło orzecho-przypraw i lekkość różano-ziołowego dymu.

Tabliczka wydała mi się bardzo bogata pod względem smaku i strasznie trudna do opisania. Zakładam, że przesiąknęła lokalną florą, której smaku i nazw po prostu nie znam. Słodko-gorzka, zwiewna i owocowo-soczysta, a jednak wciąż podszyta wytrawnością. Żałuję, że wiodącym nie był różano-ziołowy motyw (on tylko trochę doprawiał).
Nie była wprawdzie tak grzybowa jak Pralus Indonesie Criollo 75 %, ale te sfery smakowe w dzisiaj opisywanej wyszły wyjątkowo intrygujące (kocia karma? świeża kawa?). Bliżej jej do twardo-kremowego Morina Java noir 70 % nie tylko pod względem struktury, ale też jeśli chodzi o słodko-kwaśne egzotyczne owoce (Morin wyszedł w tej kwestii kwaśno, Krakakoa w zasadzie nie była kwaśna) i "dziwne wytrawne nuty" (Morin to zapleśniałe drewno i wędzony ser).
Podobnie kwiatowo-ziołowa, a przy tym ziemista i łącząca egzotyczne owoce z suszonymi była Akesson's 75 % Trinitario Bali Sukrama Farms, jednak Akesson's to boska czekoladowość bez dziwności. 
A dziwna była też Sedayu. Podobna struktura i smakowy schemat: słodycz suszonych owoców (Sedayu to figi, Kalimantan daktyle), róże (Sedayu bardziej perfumowa, K. ziołowa), gorzkość i wytrawne smaki (obie bardzo czytelne jeśli chodzi o przyprawy, acz Sedayu była bardziej skrajna jeśli o wszelkie ziemistości i mięsności chodzi), napar (Sedayu herbata).

Początkowo miałam mieszane uczucia, ale kończąc tabliczkę uznałam, że naprawdę mi smakuje, tylko struktura nie odpowiada. To jedna z tych czekolad, które cudownie się odkrywa, opisuje, szukając najtrafniejszych określeń, ale do której nie odczuwam potrzeby powrotu.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 18 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier

sobota, 14 września 2019

lody Syrenka smak Podwójna Czekolada

Przy Zotterze G.Nuss.Tafel Cashews przypomniałam sobie, jak to kocham orzechy nerkowca. Tak już mam, że mimo iż coś uwielbiam, niektórych rzeczy mogę nie jeść miesiącami. Czasem mam jednak takie fazy (jak ja nienawidzę tego słowa), że mogę je jeść i jeść albo np. tylko szukam produktów w danym stylu / z danym dodatkiem. Tym razem ofiarą padły nerkowce. Dzień po wspomnianej czekoladzie z dziką przyjemnością wszamałam paczkę tychże orzechów, ale wciąż było mi mało. Kolejnego dnia wybrałam się do Auchan, oczywiście zaopatrzyłam się w kolejną paczkę (bo lubię mieć zapas) i od niechcenia zajrzałam do działu lodowego. A tam coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. "Lody na bazie nerkowców"?! Oszalałam z zachwytu. Skład nie do końca przypadł mi do gustu (woda jako pierwszy składnik), więc ostrożnie wzięłam pudełko najbezpieczniejszego smaku. Poza tym... połączenie nerkowców i czekolady wydało mi się boskie. Ale skład i cena... Cóż, w końcu do mojej zamrażarki trafiły dwa smaki. Jak to? A no, to akurat był Dzień Dziecka, a na zakupach towarzyszył mi tata. Swoje lata może i mam, ale dzieckiem swoich rodziców jest się zawsze, ha!
Swoją drogą, rozczuliła mnie nazwa marki. Wiem, że to raczej odwołanie do warszawskiej syrenki, bo to stamtąd lodziarnia, ale lubię motyw syren, tak ogółem.

Lody Syrenka smak Podwójna Czekolada to lody wegańskie o "intensywnie czekoladowym smaku " na bazie orzechów nerkowca (9,14%) i kokosa.

Zapach, gdy tylko zaczął się po chwili unosić, wydał mi się zachwycający, choć ryzykowny. Otóż była to mieszanina kakao i orzechów, dość znacząco związanych goryczkowatą nutą oleju kokosowego (zimnych ogni?). Było to słodkie, lekko maślano-muliste... niemal grzybowe jak nadzienia truflowe i nerkowcowo-duszne. Skojarzyło mi się z pierwszą wersją batona Brownie od Legal Cakes ("zapach smaku / klimatu").

Ciemna masa okazała się twarda jak kamień i łamiąca się na małe kawałki przy próbie nakładania. Myślę, że wynika to z wmieszania czekolady i dodatku wody (tu jednak pojawia się wyjaśnienie, że chodzi o wnętrze kokosa - no tak, pulpa, czyli miąższ / miazga i woda kokosowe) - była to bowiem twardość wyższa niż w Haagen-Dazs Dark Chocolate & Almonds 70 % Cocoa właśnie z wtopioną czekoladą. Z moimi gabarytami i siłą... to lody niepodzielne (porcja na zdjęciu jest "upozorowana" - ciekawskich w komentarzach mogę oświecić, bo koniec końców jadłam je z pudła). W dodatku topiły się bardzo, bardzo wolno, niechętnie, prawie wcale. Na szczęście cechowała je obłędna gęstość kremu. Znacząco tłuste w sposób nerkowcowo-maślany, przy czym rozwodnienia w ogóle nie czuć. Normalnie wiele z tego uznałabym za wady, ale (nie, nie będzie spoilera)...
W trakcie jedzenia potwierdziła się ich kremowość, ale... mało tego. Gdy już zdecydowały się trochę rozpływać, zaczęły zmieniać się w gęsto-lepiszczą masę. Do złudzenia przypominały roztopioną i gęstniejącą czekoladę, masło orzechowe z nerkowców i wreszcie... mulisto-zakalcowe, do potęgi mokre brownie. Nie były idealnie gładkie. Czuć przemielone drobinki orzechów i kokosa. Lody zalepiały usta, wprawiając w zachwyt. Minimalna wodnistość wciąż dobrze ukrywana. Po naprawdę długim czasie dało się nabrać łyżeczkę gęstwiny, która w zasadzie nie była już zimna, a mimo to przypominała gęsty krem. Obłęd! Wprawdzie niektórym mogą wydać się za ciężkie jak na lody, ale... nie mi, nie w tym wydaniu.

W pierwszej chwili poczułam słodkawy, mocno czekoladowy smak, kojarzący się z masą czekoladową do ciasta, a zaraz potem z samym mocno czekoladowym ciastem. Mignęła mi lekka kakałkowość (że wystraszyłam się, iż zmierza to w kierunku "taniości"), ale wtedy...

Uderzyły w gruncie rzeczy łagodne orzechy nerkowca - wyraziste jednak na tyle, że ewidentnie je czuć. Naturalnie słodkawe i kremowe stanowiły idealną bazę pod głęboko czekoladowy smak. Jedząc miałam wrażenie, że łyżeczkuję rozmiękłe, rzadkie brownie do granic możliwości czekoladowe i... zakalcowe. Maślano-nerkowcowy smak wymieszał się z ciemną czekoladą i zwalał z nóg. Znacząca okazała się tu goryczkowata nuta oleju kokosowego (w tym przypadku ani trochę nie rzygowinowego). Otwierał drogę znaczącemu motywowi kokosa naturalnego i jakby "orzechowego" (jak płatki / pulpa kokosowa). Łączył się z sucho-goryczkowatym kakao oraz jego subtelną gorzkością o palono-orzechowym wydźwięku. Wszystko to było nieprzesadnie słodkie, a jednak i tego smaku tu nie brak. Słodycz tych lodów kojarzyła mi się z naturalnie karmelowym kokosem (jak cukier kokosowy?), naturalnie słodkawymi nerkowcami. Wycofana i idealnie pasująca.

W posmaku pozostało mocno maślane, do potęgi ciemnoczekoladowe, choć nie tak znowu gorzkie brownie z nerkowcami i kokosem.

Lody... zachwyciły mnie już od drugiej-trzeciej łyżeczki. Normalnie czekoladowo-nerkowcowy zakalec. Obłędne: nie za słodkie, intensywne i głębokie. Towarzyszyło tu poczucie, że to "coś zdrowego", wodnistość się ukryła. Po prostu orgazm dla kubków smakowych. Mimo że czyste, wcale nie nudne.

Były tak pyszne, że przy pierwszym pudle zrobiłam dla nich coś po prostu niewyobrażalnego dla mnie. Podjęłam się zjedzenia pudła na raz, mimo tego, jak niesamowicie sycące były (rezygnując tym samym z innych posiłków, bo się obżarłam, gdyż karzełkowaty patyk ze mnie, a możecie mi wierzyć, że to dla mnie... wow, nie chwalę się, bo nie ma czym, wyjaśniam tylko sytuację; drugi raz już - przez rozsądek itp. - tego "wyczynu" nie powtórzyłam.). Otóż z tym wiąże się ich jedyny minus: konsystencja. Twardość i to, że właściwie nie da się ich nałożyć to jedno. Oprócz tego, z racji tłustości (zacnej, bo nerkowcowej) były bardzo sycące, takie pełne. Topiły się niezwykle długo, toteż jedzenie ich trwało latami (dobrze, że lubię długo jeść - ale na swoje nieszczęście jem lody niemal stopione, więc...). Mimo tych wad, stały się jednymi z moich ulubionych lodów. Jedząc myślałam, że umrę z objedzenia, zimna i zachwytu. Potem umierałam i... było warto.
Były tak boskie, że czym prędzej zgadałam się z lodziarnią Syrenka i rozpoczęłam współpracę, w ramach której otrzymałam prawie wszystkie smaki. Zapowiadają się ciekawe testy! Do czasu opublikowania tej recenzji zdążyłam już do nich wrócić i... zdanie podtrzymuję. Boskie!


 ocena: 10//10
kupiłam: Auchan
cena: 22,99 zał zł (za 500 ml / 430 g)
kaloryczność: 294,8 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: woda, rozdrobniony miąższ kokosowy, cukier trzcinowy nierafinowany, orzechy nerkowca, nierafinowany olej kokosowy, tłuszcz kakaowy, kakao, sól

PS Komuś jeszcze mało czekolady? Nie wierzę, ale i tak zapraszam na malutką aktualizację Zotter Red Wine Heinrich "Salzberg Beerenauslese", dzięki której wczorajszy piątek 13-go u mnie wcale nie był pechowy.

piątek, 13 września 2019

Zotter G.Nuss.Tafel Cashew in Milchschokolade mleczna 40 % z nugatem z orzechów nerkowca i całymi nerkowcami oraz pieprzem

Uwielbiam, kocham wręcz orzechy, ale nie jestem typem osoby, która by je sobie ot tak chrupała. Czasem do jakiegoś obiadowego dania sobie dodam, ale żeby np. usiąść i chrupać orzechy to jakoś nie. Wyjątkiem są... nerkowce, do których długo byłam sceptyczna. Wydawały mi się za niewyraziste, tłusto-miękkie itd. Teraz jednak odkryłam, że w sumie w jedzeniu lubię takie delikatne (ktoś może by powiedział, że mdłe) smaki i właściwie to jedyne orzechy, które zdarza mi się chrupać np. oglądając coś. Rzadko, bo rzadko, ale jednak (w sumie są jeszcze włoskie / pekany i pistacje, ale te to już w ogóle rzadko, bo problematyczne w dobieraniu się do nich). W ogóle w orzechach nerkowca na dobre zakochałam się dopiero jakoś w 2017-18, więc w sumie niedawno, toteż gdy tylko zobaczyłam tę czekoladę, musiałam ją mieć. Czytając, czym jest, pomyślałam o Zotter Pineapple + Cashew i choć tamta była pyszna, liczyłam, że ta będzie jeszcze lepsza.


Zotter G.Nuss.Tafel Cashew in Milchschokolade / Whole Nuts Cashews in Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao nadziewana nugatem na bazie orzechów nerkowca (20%) i orzechami nerkowca (18%) z dodatkiem pieprzu Voatsiperifery i czekolady białej ananasowej.

Gdy tylko rozcięłam opakowanie, poczułam zaskakująco wyrazisty zapach orzechów nerkowca, osnutych nutką soli i szlachetnie gorzką czekoladą o wydźwięku palonej kawy. Mieszała się z orzechami za sprawą drzewnych i duszno-fistaszkowych nut. Wydźwięk był ciepły, choć nie zabrakło rześkiego mleka i lekkiej soczystości (do głowy przyszła mi "ananasowa kawa"). Po przełamaniu nasiliły się słonawe nerkowce, ale i mleczność, tym razem bardziej słodko-maślana.

Gruba, nie za duża tabliczka była kamiennie twarda. Trzaskała głośno i całościowo, bo nie tylko gruba (z jednej strony) warstwa czekolady taka była, ale również środek. To nie typowy (miękki) nugat czy nadzienie właśnie, a tabliczka Nougsus Nougat oblana dodatkową warstwą czekolady. Z tą różnicą, że Nougsusy są gładkie, a tu zatopiono całe sztuki orzechów.
W ustach obie części rozpływały się powoli i gładko. Ciemna mleczna idealnie kremowo-gładko, lekko tłusto. Pozostawiała nieco wodniste smugi, bez jakiegokolwiek zalepiania.
Środek zalepiał nieco bardziej, ale tylko trochę. Pozostawiał bowiem gęstsze, ale wciąż lekko wodniste (już bardziej soczyste?) smugi. Cechowała go wysoka i idealnie gładka tłustość. Rozpływał się bardzo powoli z racji tego, jak niecodziennie zbito-twardy (jak na "nadzienie") był. W zasadzie na sam koniec odsłaniał całe orzechy nerkowca, jak również ich połówki. Były lekko podprażone i cudownie świeżo-miękkie. W oczywisty sposób tłuste, że aż wilgotne i kremowe.
Całość odebrałam jako idealnie gładko-spójną.

W smaku czekolada przywitała mnie smakiem grillowanych orzechów (miksu), gorzkością palonej kawy i wręcz wytrawną cierpkością. Była minimalnie słodka również w palony sposób, trochę złagodzona maślaną nutką, ale w ciemno... powiedziałabym, że to delikatna ciemna, nie zaś mleczna czekolada.

Mlecznoczekoladowość nakręciło dopiero "nadzienie". Dołączyło do wierzchu poprzez słodycz, wzmacniając ją w kontekście słodkiego karmelu oraz właśnie orzechową maślaność. Skojarzyło mi się z rozgrzanymi słońcem drzewami. Maślano-mleczna fala przywiodła delikatne orzechy nerkowca, odrobinę podkręcone szczyptą soli.
Nagle wszystko zalało tsunami wanilii i cynamonu. Słodycz na dobre zmieszała się z rozgrzewającymi przyprawami, nadając całości cieplutko-uroczego klimatu. Karmel, wciąż palony, mieszał się z mlekiem i ogromem maślaności, co skojarzyło mi się wręcz z dobrą białą czy dokładniej karmelową czekoladą.

Ogrom słodyczy nie zabił jednak lekko podprażonych nerkowców. Wręcz przeciwnie. W pewnym momencie wyrazisty smak tych orzechów został cudownie wyniesiony na piedestał właśnie poprzez waniliowo-karmelowo-maślaną słodycz i... korzenną pikanterię. Cynamon obecny niemal od samego początku wydawał się coraz ostrzejszy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyraźnie poczułam ostrą goryczkę pieprzu, wydobywającą mleczno-ciemną czekoladę. W pewnym momencie słodycz wanilii i ostrość pieprzu wręcz zadrapały w gardle.

Pikanteria zwróciła moją uwagę na leciutką, egzotycznie rześką soczystość bliżej nieokreślonego owocu. Tchnęło to w kompozycję coś orzeźwiającego, cudownie przełamując słodycz / tłustość.

Orzechy nerkowca wyszły z tego obronną ręką, bo wszystko tylko je nakręcało... Ich naturalnie maślano-słodkawy smak w całym tym cieple bliżej końca obłędnie mieszał się z wanilią i wycofaną mlecznoczekoladowością. Podrasował je także wyraźny ostry pieprz i leciuteńka sól. Gdy pod koniec zabrałam się za rozgryzanie i wysysanie całych... Orzechy nerkowca - to był smak numer jeden. Definitywnie. Wyrazisty jak tylko to możliwe i boski, niczym nie zakłócony. Rozgryzane w trakcie "obok" też radziły sobie genialnie.

W posmaku pozostały orzechy nerkowca, ale też pieprzno-cynamonowo-waniliowa fuzja, silna słodycz i ogólną orzechowość. Trochę było w tym rześkości, trochę czekoladowości, ale przede wszystkim orzechy i zacna maślaność.

Całość zachwyciła mnie. To nie tylko moc orzechów nerkowca, ale także słodycz w najlepszym wydaniu. Szlachetna, bogata... tak cudownie waniliowo-karmelowa, podana na korzenny sposób w mleczno-maślanej toni, że po prostu cudowna. Pikanteria pieprzu nie była nachalna, a jednak dodała pazura. Ananasa na szczęście czuć w znikomym stopniu - więcej by nie pasowało, a taka ilość nadała tabliczce lekkości. Bardzo podobało mi się to, jak wyszła czekolada na wierzchu. Uwierzę nawet, że to błędy w tłumaczeniu, tak ciemnoczekoladowo smakowała (pewnie przez kontrast*).

Proporcje warstw, to jak jedno drugim oblano... Tu już można by się poczepiać, bo nierównomiernie, więc można by pomyśleć, że byle jak, ale... Ja to odebrałam raczej jako dające wiele możliwości. Normalnie, silna słodycz sama w sobie mnie nudzi, a tu... gdy miałam możliwość spróbowania różnych "wariantów", było świetnie. To w zasadzie nerkowcowa Nougsus, a więc czekolado-nugat, tabliczka oblana dodatkową warstwą czekolady z orzechami i pieprzem w środku. Hm, czuję, że o ile Nougsus mogłaby mnie znudzić, ta... była tym, czym nawet ja się z przyjemnością zasłodziłam.


ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 65 g)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, orzechy nerkowca, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), odtłuszczone mleko w proszku, suszone ananasy, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, dziki pieprz, sól, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon

*Chyba, że w opisie po prostu coś pokręcono, bo nawet na oko wyglądała na jakąś "ciemnawą" i w dłuższym słownym opisie na stronie po angielski jest: "The bar is covered in exquisite dark chocolate.", mimo że w krótszym: "Milk Chocolate with cashew nougat...".

czwartek, 12 września 2019

Coppeneur a'la Zitronentarte mit Minzblattern in weissen Chocolade biała ze śmietankowo-karmelowym kremem z migdałami i miętą

Różana Coppeneur Rosenbluten in Grappa nie była do końca tym, na co liczyłam. Mój mały entuzjazm opadł, jednak kolejny smak, po który miałam sięgnąć wciąż uważałam za ciekawy. Szanse na przecukrzenie też były niższe. Połączenie mięty i cytryny... widuje się. Wszelkie w tym guście mojito itp. kojarzą się rześko, mi raczej pozytywnie, mimo że jakoś z tym połączeniem do czynienia za wiele nie miałam. Pisząc wstęp jednak zorientowałam się, że to mojito mi do głowy przyszło pewnie po jedzonej tydzień wcześniej Weinrich Trufle o smaku wódki i cytryny. Czyżbym podświadomie już układała czekolady tematycznie? W końcu "ciekawe połączenia z cytryną"... a niech mnie! "A niech mnie", ale już z o wiele mniejszym entuzjazmem pomyślałam, gdy dzień przed degustacją dotarło do mnie, że to nie mleczna, jak myślałam, a biała...

Coppeneur a'la Zitronentarte mit Minzblattern in weissen Chocolade to biała czekolada nadziewana śmietankowo-karmelowym kremem cytrynowym z migdałami, kawałkami cytryny i miętą; stylizowana na migdałową tartę cytrynową z liśćmi mięty.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, a już w ogóle gdy zbliżyłam się do spodu, poczułam silny i jakby przerysowany zapach cytryn ("cytryny z zieleniaka"): całych owoców z grubymi skórami. Wydźwięk wyszedł soczysty, z charakterem. Wpisała się w to słodka śmietanka, którą pachniał wierzch (gdzie warstwa czekolady była grubsza). Po przełamaniu śmietankowo-słodka toń odkryła przede mną również lekko migdałową nutkę i skojarzyła mi się tak rześko jak lody. Mięty raczej nie czułam (potem pomyślałam, że skojarzenie ze spożywczakiem mogło mieć jakieś roślinne pochodzenie).

W dotyku nie wydała mi się nazbyt tłusta. Sprawiała wrażenie gładkiej, przy łamaniu konkretnej. Może nie pykała, ale warstwę czekolady cechowała twardość. Nadzienie odebrałam jako miękko-plastyczne, ale niezwarte, bo sowicie wypełnione kawałkami dodatków (których gołym okiem nie widać).
W ustach czekolada nieco zalepiała, rozpływała się bardzo kremowo i powoli, lecz łatwo ze względu na tłustość  mleka / śmietanki (taką rzadszą).
Nadzienie rozpuszczało się znacznie szybciej, uderzając oczystą falą. Nie było gładkie czy ślisko-owocowe (jak np. wiele owocowych Zotterów), a gęstawości nie można mu odmówić. Rozchodziło się proszkowo, pozostawiając małe kawałki miękko-soczystych skórek cytryn, minimalnie bardziej miękkich i skrzypiących migdałów oraz mikroskopijne drobinki mięty. Te były tak delikatne, że nawet nie do wyodrębnienia na języku.

Biała czekolada uderzyła mnie cukrową słodyczą, w którą po chwili wlało się mleko. Cukier niestety stał na pierwszym miejscu, jednak miała mleczno-śmietankowy charakter. O dziwo nie przesiąkła nadzieniem. W momencie, gdy zaczęło się przebijać, słodycz już przełożyła się na drapanie w gardle.

Krem wbił kwaskawo-soczystą cytrynową szpileczkę, po czym wzmocnił śmietankę. Na mleczno-śmietankowej, orzeźwiającej słodyczy wprowadził nienachalną cytrynę oraz... niestety jeszcze więcej słodyczy. Wyraźnie podszytą masłem, i skrywającą migdałową nutkę. Pod ogromem soczystości chowało się coś konkretniejszego. Na myśl przyszły mi gęste, śmietankowe lody i słodzone zagęszczone mleko... o lekko cukrowo toffi-migdałowym wydźwięku. Nadzienie samo w sobie nie było mocno przesłodzone, ale całościowo, z czekoladą, słodyczy było już za wiele.

Cytryna wyszła kwaśno i słodko jednocześnie. Mniej więcej w połowie czułam też smak skórki cytryny, ale pozbawiony goryczki. Wydaje mi się, że mieszał się z maślanością i orzechową nutką migdałów. Soczysty, wyraźnie kwaskawy (acz nie napastliwie) owoc stanowił siłę napędową dla rześkości, acz... skojarzenie z lodami na pewno złożył się też lekko chłodząco-słodkawy motyw. Mięta sama w sobie nie była mocno wyczuwalna, ale może to ona? Bliżej końca tak lekko może coś tam mignęło.

Gdy bliżej końca rozgryzałam kawałki dodatków, trochę rozbijały cukrowość. Smacznie zaakcentowały się migdały. Cytryna pokazała się od soczyście-skórkowej, esencjonalnie kwaskawej, naturalnej strony, choć w pierwszej chwili wydawała się słodko-żadna.

Wszystko to zamknęła dosłodzona, ale naturalna cytryna i maślano-śmietankowa toń. Końcówka odrobinę odpuściła pod względem słodyczy.

W posmaku pozostała kwaśno-słodka cytryna z przyjemną nutą skórki i czymś orzechowym. Czułam przecukrzenie, ale i pewną świeżość, rześkość. Dopiero po czasie przypomniała o sobie nieśmiała mięta (na tyle delikatna jednak, że gdybym nie wiedziała, mogłabym jej nie nazwać).

Całość, tak obiektywnie, miała dwie wady: przesłodzona i niemiętowa. Subiektywnie, znalazłam ich o wiele więcej. Zwłaszcza początek był za cukrowy, mimo że przesłodzono całość, dlatego uważam, że biała czekolada to zły wybór. Nadzienie zalatywało śmietankowo-maślano-migdałowo... tak, że czuję, iż mlecznoczekoladowy wierzch wyszedł by smaczniej (może byłoby bardziej toffi-tartowato?), a z bielą... zrobiło się po prostu za słodko (może gdyby np. producent postawił na cukier trzcinowy efekt byłby lepszy?). Podobało mi się, że rześkość i soczystość ani przez chwilę nie zostały naruszone, tym bardziej, że obyło się bez mocnego kwachu. Cytryna naturalna, a jednak wyważona. Mięty trochę mi żal... jednak znów: nie jestem pewna, jak wyszłaby z białą czekoladą.

Tabliczka mnie zasmuciła i zasłodziła. Z pomysłem, właściwie jakościowo przyjemna i w pewnych kwestiach dobrze wyważona... byłoby zacnie naturalnie, cytrynowo-śmietankowo, tak migdałowo-maślanie, nie nazbyt tłusto, a rzeczywiście może z powiązaniem z tartą cytrynową... gdyby nie zawalili tego taką ilością cukru (i syropu glukozowego)...
Szkoda, że to biała. Przez to, mimo że poniekąd smaczna, nie dałam rady więcej niż połowie (reszta trafiła do Mamy), bo ta silna słodycz szybko zaczynała też po prostu nudzić. Ta tabliczka utwierdziła mnie w przekonaniu, że to "podróba Zottera" (ale już w negatywnym sensie). Wspomniany składy opiera na cukrze trzcinowym, co siłą rzeczy wychodzi mniej słodko.
Mamie zdecydowanie bardziej smakowała: "Pozytywnie dziwna! Biała nadziewana... takie to dziwne i ta cytryna fajnie wyszła, takie to bardzo słodkie wszystko. Dziwne, ale fajne i te kawałki też takie fajne. Co tam jeszcze miało być? Mięta? Nie czułam." To się nazywa recenzja eksperta!
Wyszła na mniej więcej tym samym poziomie co Moser Roth Sommer Edition Limone Joghurt, jednak punkt obniżyłam też za brak mięty.


ocena: 6/10
kupiłam: LuxFood
cena: 22,63 zł (za 75g)
kaloryczność: 506,24 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, śmietanka, migdały, substancja utrzymująca wilgoć: srobit; syrop glukozowy, 2% kandyzowane skórki cytrynowe (skórka cytrynowa, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, kwas: kwasek cytrynowy), masa śmietankowo-karmelowa (cukier, syrop glukozowy, mleko skondensowane, masło, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy; aromat, karmel, sól, przeciwutleniacz: kwas askorbinowy), 1% koncentrat soku cytrynowego, cukier inwertowany, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy, naturalne aromaty, 0,05% suszona mięta pieprzowa