czwartek, 21 czerwca 2018

Georgia Ramon Beetroot & Coconut biała kokosowa z burakiem i kokosem

Dziwne warzywne propozycje Georgii Ramon na białe wegańskie czekolady zaciekawiły mnie dawno temu, ale... przy cenie, jaką przy nich zobaczyłam nie na tyle, by kupić więcej niż jedną. Wybrałam brokułową, bo przemówiło do mnie połączenie tego warzywa (uwielbiam je) z migdałami. Na musztardową jakoś nie zwróciłam uwagi (a i, mimo że musztardę lubię, to nie widzi mi się ona w czekoladzie), a dziś przedstawiana buraczano-kokosowa... No po prostu nie. To znaczy uwielbiam i buraki, i kokosa, ale do kokosowych wegańskich czekolad mam uraz po Zotterze Labooko Kokos i jemu podobnych, zaś burak w takim towarzystwie... wydawało mi się, że to nie może mi smakować. Aż tu nagle wpadł mi prezent od Basi (której bardzo dziękuję) z bloga Sex, Coffee & Chocolate.

Georgia Ramon Beetroot & Coconut to biała kokosowa wegańska czekolada o zawartości 42 % tłuszczu kakaowego ze sproszkowanym sokiem z buraków i prażonymi płatkami kokosowymi, a także mąką kokosową.

Po otwarciu poczułam lekko słodkawy (w naturalny sposób) zapach, kojarzący się z łagodnym curry. Było to mocno kokosowe, śmietankowo-maślane curry z gotowanymi burakami. Brzmi smakowicie, ale fakt, że wąchałam czekoladę, a nie talerz indyjskiego dania... trochę przerażał.

Ciemnoróżowa tabliczka w dotyku wydała mi się pyliście sucha, ale i jakby z masła zrobiona. Łamała się bez dźwięku, a w ustach rozpływała w dziwnie gęsto-gliniasty i zupełnie niegładki sposób. Przypominała w tym tłuszcz z mąką. W czekoladzie zatopiono całkiem sporą ilość kawałków chrupko-trzeszczących wiórków kokosa.

W pierwszej chwili poczułam leciutką, jakby zamgloną słodycz - skojarzyła mi się z odrobinką słodzika lub melasy, a potem nadciągnęła "mdłość".

Czułam nijakość masła z zaznaczającym się trochę bardziej soczystym wątkiem. Ta soczystość... przez chwilę też wpisywała się w słodkawość, ale zaraz wyraźnie wyłaniał się posmak buraków i robiło się coraz mniej słodko.

Z maślanej nijakości wyszedł także smak orzecha kokosowego i pewna nijakość: lekko mączna oraz mydlana. Kokos wyszedł bardzo naturalnie, co nakręcało się przy wiórkach. Dawały upust soczystości naturalnego kokosa, ale w gruncie rzeczy smak kokosa nie był zbyt wyrazisty. Połączywszy się z buraczanymi akcentami zasugerowało to... mydlaną kwaskowatość?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa smak buraka zaczynał dominować - może na zasadzie kontrastu. Czułam tu... tak jakby po prostu ugotowanego buraka albo... albo też nieugotowanego. To znaczy... oczami wyobraźni zobaczyłam buraczaną bulwę ze skórą. Miałam jakieś dziwne skojarzenia z ziemią... Taak, z burakiem z ziemi. Niby nie było to aż takie jednoznaczne, a bardzo zamglone, odległe, ale... przerażające i tak.

A za tym, w tle cały czas ta mydlana maślaność... Mało czekoladowa, no ale jednak w pewnym stopniu dziwnie białoczekoladowa (jak wyrób białoczekoladopodobny?).

Po tym wszystkim pozostawał posmak buraka, mąki i... nagle mignęła iluzja warzywnej pikanterii. To było dziwnie nieczekoladowe i w pewien sposób mdłe... a obok tego napastliwie warzywne w nieczekoladowym kontekście. Może nawet nie tyle napastliwe, co męczące.

Ok, fajnie coś takiego spróbować, bo doznania były niepowtarzalne, ale... zmogła mnie, obrzydziła do tego stopnia, że nie dałam rady zjeść więcej, niż połowa tej kostki z napisami. To było... za mydlanomaślano-mączne i... nie. A przy tym intrygujące. Wierzę jednak, że buraczany słodycz mógłby wyjść fajnie, ale... nie tak, jak to zaproponowało GR (np. słodko buraczany baton Legal Cakes Red Velvet jest w porządku), mimo że i pomysł nie taki zły.
Myślę, że np. ciemna z burakiem i kokosem mogłaby być smaczna, albo np. nadziewaniec a'la Zotter z jakimś ganaszem buraczano-bananowym i wiórkami... Tak, burak w czekoladzie mógłby wyjść smacznie. W zasadzie nawet w Rococo George's Marvellous Medicine były buraki - a w czekoladzie się zakochałam (tam jednak nie były zbyt wyczuwalne).


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (dziękuję!)
cena: -
kaloryczność: 599 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, sproszkowany sok z liofilizowanych buraków 16%, prażone płatki kokosa 8%, mąka kokosowa 7%

środa, 20 czerwca 2018

J.D. Gross Czekolada Gorzka 81 % ciemna z Ekwadoru

Uwielbiam czekolady J. D. Gross, więc paradoksalnie do niektórych z nich wcale mi się nie spieszyło. Nie chciałam, by mnie rozczarowały, a prawdopodobieństwo tego było całkiem spore. Przez te wszystkie zjedzone ciemne czekolady jestem czuła na dodatek odtłuszczonego kakao, i choć zdarza się, że tabliczka wychodzi w porządku mimo że je zawiera, zawsze najpierw jestem sceptyczna (chyba uraz po Dolfinie 88 % i Lindt'cie 85 %). Nie wiem, czy teraz kupiłabym dzisiaj opisywaną - parę miesięcy temu pomyślałam, że "jak testować wszystkie Grossy, to wszystkie".

J.D. Gross Czekolada Gorzka 81 % to ciemna czekolada o zawartości 81 % kakao arriba pochodzącego z prowincji Los Rios z Ekwadoru.

Po otwarciu poczułam zapach, który widzi mi się tak: ktoś kombinuje w kuchni z czymś kakaowo-czekoladowym - być może z ciastem z zastygniętą polewą kakaową albo...  jakimś domowym deserem kakaowym? Ten ktoś dawno temu zapomniał o kwiatach (wyglądających jak kwiaty wanilii) wstawionych do wazonu - teraz już okurzono-odymionych.

Tabliczka łamała się z trzaskiem, i o ile w dotyku wydała mi się dość tłustawa, tak w ustach naprzód wybiegało pyliste wysuszenie. Czekolada rozpływała się opornie, po prostu mięknąc. Było w tym sporo tłustej, jakby zgęstniałej oleistości. Nie było to przyjemne.

Smak, podobnie jak zapach wydał mi się zapomniany, zwietrzały, mimo że od razu poczułam niemal smolisty wydźwięk.

Czekolada uraczyła mnie palonym, ale tępym smakiem, który na tyłach od lekkiej spalenizny pełzł ku smole (myślę, że to połączenie mocnego palenia i odtłuszczonego kakao). Nie było jednak żadnego kwasku czy cierpkości, a gorzkość nazwałabym stłumioną.

Mając za sobą takie stonowane tło, słodycz rozwinęła się dynamiczniej. Nie wzrosła jednak bardzo znacząco, bo całość wyszła raczej delikatnie słodko. Przełożyło się to na skojarzenie z lekko słodką polewą kakaową na przypalonym biszkoptowym cieście. Ogromną rolę odegrała tu maślaność, która po pewnym czasie zaczęła sugerować, bardziej niż polewę, to krem kakaowy. Nie była to typowa maślaność, ale taki... neutralnawy (może lekko orzechowy?) smak sprawiający, że mimo że kakaowa, czekolada nie była ani specjalnie gorzka, ani słodka, ani kwaśna.

W tle odezwała się lekka słodycz starych kwiatów w wazonie. Było w tym coś wodnistego, coś"waniliowatego". Do głowy zaczęły przychodzić mi przez to, i wyżej opisaną maślaność, jakieś... naleśniko-gofro-placki (takie trochę nie wiadomo co, ale też kakaowe).

Palony motyw im bliżej końca, tym bardziej starał się przebić. Pewna smolistość zmieniała się w lekką cierpkość odtłuszczonego kakao. Jakby jakaś kawa z "aspiracjami" do kwaskowatych nut? Sam kwasek jednak się nie pojawił, a końcówka i posmak były gorzkawo-słodkie, kakaowe.

Najgorszy był posmak, bo w nim już wyłaniało się odtłuszczone kakao i maślaność, jakbym zjadła coś tłustego z duuuużą ilością kakao w proszku.

Czekolada wyszła bardzo łagodnie, nie była gorzka, a gorzkawa i smakowała "kakaowymi różnościami". Jej słodycz była nienachalna, nie gryzła się ze smakiem palonym czy nutami odtłuszczonego kakao. To tutaj było wyczuwalne, ale wydało mi się "wkomponowane". W kuchni mi ono nie przeszkadza, w tabliczkach zazwyczaj tak, a tutaj... na granicy przeszkadzania.

Wyszła kakaowa o 180 stopni inaczej niż Tesco finest Uganda - tamta była taka zbożowo-próchnowata, a ta raczej maślana. Na pewno wyszła lepiej niż Baron Luximo Ekwador 72 %, bo jednak jej smak był bardziej esencjonalny, ale znacznie gorzej od J.D. Gross Ekwador 70 % (tamta smakowała cudnie ciemnoczekoladowo, z pewnymi nutami, a ta skupiła się na swojej prostej kakaowości).


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 4,49 zł (za 125 g)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt z laski wanilii

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Pacari Cherry ciemna 60 % z Ekwadoru z wiśniami

Po tę czekoladę sięgnęłam, jakoś zaraz po Manufakturze Czekolady Piwo, wiosną, kiedy już zaczęła się u mnie budzić chęć na sezonowe owoce. O tak, wiśnie to niewątpliwie smak Polski, smak lata... Chciałam, aby było smacznie i cieszyłam się, że miałam taką czekoladę, o której mogłam to powiedzieć jeszcze przed otwarciem. Jak dobrze mieć sprawdzone marki!

Pacari Cherry to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao (miazga + tłuszcz) z Ekwadoru z wiśniami.

Po otwarciu poczułam cudowny, słodko-kwiatowy, ewidentnie różany zapach, przy którym odważnie zaznaczały się kwaskowate owoce. Na pewno były to cytrusy, ale i lekka wiśniowa sugestia. Napędzała ją ziemista baza, która zaczęła podsuwać mi na myśl jakiś "kompocik".

Tabliczka była bardzo twarda, łamała się z głośnym trzaskiem, eksponując ziarnisty przekrój i  pojedyncze kawałki wiśni.
Nie była tłusta, rozpływała się w średnim tempie w trochę proszkowy sposób, który balansował między wodnistością, a soczystością. Z czasem ujawniały się średnio-małe, małe i mikroskopijne kawałki wiśni. Były to mięknące, zwarte suszki, wydające całkiem sporo soczystości.

W pierwszej chwili po zrobieniu kęsa poczułam znaczącą, choć szlachetną słodycz róż i opalanego karmelu. O wiele szybciej i odważniej rozkręcała się ta druga i szła w kierunku niemal miodowym. Na myśl przyszedł mi jeszcze ciepły, palony miodowy karmel.

Tuż obok, nie spiesząc się, rozchodziła się rozgrzana kakaowa baza. Poniekąd typowa dla Pacari, bo cytrynowo ziemista i kawowa, ale w ogromnej części o zmienionym wydźwięku. Ciepła ziemistość wydała mi się soczysta za sprawą owoców, ale... wzbogacona o czerwone. O tak, to wiśnie lekko zaznaczały swoją obecność. Gdy już tylko to zrobiły, kwasek owoców przebijał się do końca raz po raz.
Z kolei typowo kawowy smak Pacari... nabrał bardziej herbacianego, wciąż palonego, charakteru. Pomyślałam nawet o jakiejś czerwonoowocowej herbacie, kwaskowatym naparze. Kwiatowy, różany posmak też się w to wpisywał.

Smak czekolady chwilowo schodził na setny plan podczas rozgryzania wiśni, ale wracał bardzo szybko. Smaczek kwaśnych, charakternych wiśni łączył się z całą słodyczą i ciepłymi nutami za sprawą soczystości i paloności. Chwilami myślałam o jakimś wiśniowym naparze, bardzo udanie zgranym z cytrusową nutą.

W posmaku właśnie pewna cytrusowość, ziemistość, ale i poczucie słodyczy, jedynie wspomnienie wiśni pozostawało.

Wszystko to wyszło spokojnie. Czekoladzie nie brak charakteru, choć była znacząco słodka. Mimo że sporo w niej akcentów owocowych, nie wyszła tak mocno soczyście-owocowo. Powiedziałabym, że raczej słodko-poważnie. Wiśnie nie zgubiły się w tym wszystkim, okazały się bardzo charakterne, kwaśne i smaczne. Nie był to jednak wiśniowy obłęd, a jedynie dodatek wiśni.

W sumie taka forma mi odpowiadała, bo większa ilość owoców mogłaby za bardzo ingerować w czekoladę, a większa ilość kakao stłumić wiśnie. Nie obraziłabym się jednak, gdyby zwiększono ilość kakao i wiśni kosztem cukru, ale cóż... Może nie jakoś zachwycająco, nadzwyczajnie, ale bardzo smacznie i harmonijnie.


ocena: 9/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 19 zł
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao 49,80%, cukier trzcinowy 40%, liofilizowane wiśnie 6%, tłuszcz kakaowy 4%, lecytyna słonecznikowa 0,20%

niedziela, 17 czerwca 2018

Ehrmann Grand Dessert Liquorice

Podczas marcowo-kwietniowego pobytu u Taty w Krakowie zdecydowałam się zajechać do Auchan. Gdy jestem u niego, słodkie deserki itd. to ostatnie, o czym myślę (zawsze wolę korzystanie ze słodkości dostępnych "na mieście"), ale tym razem limitowane smaki deserów lubianego Ehrmanna okazały się za ciekawe. Kupienie ich wiązało się niestety z pewnym ryzykiem: samochód bez klimatyzacji, pełne słońce, odległość od sklepu do Taty to całe zakorkowane miasto. Bałam się, czy desery przetrwają, ale nie mogłam ich darować. Mimo że wiedziałam, że akurat dziś przedstawiany może okazać się tragiczny. Kocham lukrecjowo-anyżowe smaki, ale bałam się, że to wyjdzie po prostu cukrowo i sztucznie.

Ehrmann Grand Dessert Liquorice to deser mleczny lukrecjowy z bitą śmietanką; limitowana edycja "black & white", ważący 190 g.

Po otwarciu poczułam zapach śmietanki osadzony na czymś słodko-chłodno-słodzikowym. Nie była to jeszcze lukrecja, bo dopiero po "zdjęciu" części śmietanki, deser zaczął ją sugerować.

Tłusto-lekka, bardzo napowietrzona śmietanka była dobra jakościowo. W smaku smakowała słodką śmietanką bez zbytniej chemii. Przy dnie nasiąkła jakby słodzikowo-ziołowym motywem. Oddałam większość wierzchu Tacie (nie lubię bitej śmietany), który stwierdził, że rzeczywiście jest to "najzwyklejsza bita śmietanka (lubi, więc mu smakowała), choć jakby z czymś". Przy dnie zajeżdżała lukrecją, ale wraz z jej strukturą było w tym coś gryzącego się.

Deser okazał się gęsty do tego stopnia, że po przychylniu kubeczka ani trochę się nie ruszał. Bardzo lubię taką konsystencję. Był idealnie gładki, ale nie glutowaty czy kremowy.

W smaku był chłodny. Dosłownie. To taka chłodna, bezlitosna słodycz. Przesadzona i zarazem jakby zamglona. Skojarzyła mi się ze słodzikiem. Oprócz niej mleczna baza niby była wyczuwalna, ale jakby jej nie było.

Lukrecja zaznaczyła się wyraźnie, lecz nie stała na przedzie. Była wycofana, albo właśnie bardzo wpisana w słodycz. Lukrecja jest słodsza od cukru, ale ta tutaj bardziej niż lukrecjowa wydała mi się po prostu słodka. Nie zmienia to jednak faktu, że kojarzyła się trochę z ziołowymi, bardzo słodkimi, tabletkami. Mimo tego nie mogłam odegnać poczucia pewnej nijakości. Po chwili na języku pojawiało się jakby złudzenie odrętwienia, jakby coś hamowało charakterek i specyficzną pikanterię lukrecji. Może to... Mleczność?

Pozostał po tym posmak cukierków albo raczej tabletek ziołowych. Lubię ziołowe smaki, ale to było raczej neutralne niż przyjemne.

Całość wyszła więc zaskakująco przystępnie, bo nie aż tak bardzo ofensywnie, ale wyraźnie lukrecjowo, a zarazem zdecydowanie za słodko, choć nie okropnie cukrowo. Wraz z kolorem było to tak obrzydliwe, że aż mnie kupiło. (Uwielbiam mroczne klimaty i takie... horrorowate obleśności.)
Wprawdzie przez to, że mi smak lukrecji był za mało intensywny, podzieliłam się z Tatą. "O, jak anyż trochę, smaczne" - powiedział, bo lubi i anyż, i rzeczy bardzo słodkie. Dziwnie jednak zerknął na kolor, w którym ja się zakochałam.
Mam mieszane uczucia. Deser wyszedł tak dziwnie, że aż w sumie fajnie. Ja bym podkręciła lukrecjowość ale i taki (większość) zjadłam ze smakiem.

Oceniam jednorazowo, bo jak pisalam, nawet za bardzo całego zjeść mi się nie chciało.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 2-3 zł (nie pamiętam)
kaloryczność: 120 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skłąd: mleko odtłuszczone, 20% śmietanka, serwatka, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, skrobia modyfikowana, ekstrakt z lukrecji w proszku, substancje zagęszczające: karagen, guma guan; żelatyna wołowa, emulgator: E472b, barwnik: węgiel roślinny; aromat, sól, azot

sobota, 16 czerwca 2018

Manufaktura Czekolady Smak Polski Piwo mleczna 44 % z Dominikany i Wybrzeża Kości Słoniowej z palonym słodem jęczmiennym

Nienawidzę gazowanych napojów, i o ile smakowego picia (soki, pitne jogurty) po prostu nie lubię, tak gazowane twory nawet by mi przez gardło nie przeszły (gazowana woda też), jednak... jest jedna rzecz, w której gazowanie mi nie przeszkadza: piwo. Nie piję go dużo, ale to bez wątpienia "wyjątek potwierdzający regułę". Na słowa "kuchnia polska" ciśnie mi się myśl, że tu o taki wyjątek o wiele trudniej, bo to nie moja bajka, ale jeśli chodzi o "polskie smaki" to już inna sprawa. W końcu kocham wszelkie owoce (truskawki, wiśnie <3) z naszych regionów. To właśnie między innymi je przedstawia linia "smaki Polski" Manufaktury Czekolady. W takiej formie jednak owoce mnie nie kuszą (czekolada z truskawkami wydaje się nudna, jabłek suszonych nie lubię), masła nie lubię w żadnej postaci (czasem coś maślanego może wydać mi się w porządku, ale "czekolada z masłem"? NIE). Wyjątek znalazł się i w tej serii (całe szczęście, bo wygląda fajnie, więc chciałam mieć choć jedno opakowanie; takie równe babki z nich kuszą), bo właśnie odnoszący się do piwa.

Podobną (Przewrót Mleczny) już jadłam; różnią się tylko pochodzeniem kakao (informacja od Manufaktury).

Manufaktura Czekolady Smak Polski Piwo to czekolada mleczna o zawartości 44 % kakao z Republiki Dominikany i Wybrzeża Kości Słoniowej kakao z palonym słodem jęczmiennym

Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała naturalny, jeszcze ciepły, chleb żytni razowy; myślę tu zwłaszcza o mocno przypieczonej, ciemnej skórce. Gorzkawość słodu, zbożowe nuty dominowały, ale dopuszczały do głosu też palonokarmelową słodycz. Miała poważny charakter. Paloność skojarzyła mi się z torfem i odzieżą lub meblami skórzanymi, ale przede wszystkim z tytułowym piwem.

Przy łamaniu tabliczka wydawała głośny trzask, Była trudna do łamania, bo raz, że odznaczała się twardością, to jeszcze słód trochę od niej odskakiwał. Czekolada rozpływała się powoli, dość gęsto. Przypominała w tym bardziej ciemne, niż mleczne i nie była zbyt tłusta. Była gładka, choć chwilami... wydawało mi się, że trafiałam na drobinki słodu (czyżby część została także wmielona w czekoladę?).

Zaraz po zrobieniu kęsa poczułam zaskakująco zdecydowaną gorzkawość. Był to palony smak kawy.
Wtórowała temu słodycz - również zdecydowana. To moc palonego karmelu. Przez większość jedzenia miałam wrażenie, że czuję solony karmel. Odważnie posolony jakąś dobrą solą, taką niemal kwaśno-rześką. Bardzo przyjemnie to wyszło. Najpierw zaznaczył się, a potem jakby przepuścił i bardziej mleczno-maślany smak. To była tak pełna mleczność, że właśnie aż z czymś... tłusto-konkretniejszym mi się kojarzyła. Zajęło mi krótką chwilę zrozumienie, że to, co czuję, to coraz bardziej serowe klimaty. Słodycz na chwilę zrobiła się bardziej neutralna,wyłoniły się zbożowe nutki, a następnie zaczęła rosnąć.

Nie doszło jednak do momentu, w którym urosłaby do przesady, bo zbożowość połączyła się z palonym klimatem i podkręcała gorzki smak, z którego wydobyła i lekko kwaskowato cierpkość. Kawa uderzyła z pełną klasą.
Gdy do gry wchodził wyrazisty słód, oczywiście zwłaszcza przy jego rozgryzaniu, jeszcze bardziej wywyższały się nuty gorzkiej kawy, którą to smakował.
W połączeniu z nienachalną mlecznością... wytworzyło się mgliste skojarzenie z wędzonym, odymionym serem.

Na samej końcówce, gdy nie rozgryzałam wcześniej ziarenek, albo gdy ugryzłam kawałeczek bez nich, słodycz przybierała waniliową postać.

W posmaku pozostawały właśnie takie palono-zbożowe nuty, także poczucie słodyczy, ale ogólnie raczej wyrazisto-poważny smak, przywodzący na myśl dobre, ciemne piwo i kawę.

To naprawdę udana tabliczka. Wyszła zaskakująco mało słodko (albo inaczej: słodko, ale w sposób naturalnie i samoistnie przełamany), a spójnie palono. Wszystko było tu palono-odymione! Od kawowo-zbożowych nut słodu i czekolady, przez karmelową słodycz, na odległym skojarzeniu z serem kończąc. Zupełnie nie spodziewałam się tu wyczuć nutki soli, która także doskonale wpisała się we wszystkie smaczki. Odebrałam ją jednak jako zadziwiająco mało mleczną... nie przeszkadzało mi to, ale było niecodzienne. Przy innych mlecznych Manufaktury też tak miałam. Jakbym chciała ją porównać do Przewrotu, powiedziałabym, że Przewrót Mleczny miał więcej drzewnych nut.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 11 zł (za 60g)
kaloryczność: 594,5 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, prażone ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, jęczmień palony ok. 5%, laska wanilii 

piątek, 15 czerwca 2018

baton Dobra Kaloria kokos & orzech

Do kokosowych słodyczy jakiś czas temu zrobiłam się trochę sceptyczna, ale na pewno mogę powiedzieć, że bardzo naturalne kokosowe słodkości bardzo lubię. Oprócz ciast Legal Cakes i Cakestera właściwie za wiele pod tę kategorię nie podciągnę. Właściwie zostały tylko surowe batony. Pamiętałam smaczne Bombus Raw Energy Coconut & CocoaZmiany Zmiany Aloha, a także fakt, że właśnie były mi trochę za słodkie, jednak po dziś opisywany batonik sięgnęłam z nadzieją, że wcale tak słodki nie będzie.

Dobra Kaloria kokos & orzech to "baton owocowy", którego producentem jest Kubara.

Po otwarciu poczułam smakowitą słodycz daktyli i delikatną, kwaskawą nutkę oleju kokosowego. Do tego odrobinka orzechów i... wyszła kompozycja bardzo, bardzo łagodna i naturalna.

Batonik wydał mi się twardy, lekko tłuścił ręce, ale jak na takie "praski" miał w sobie i coś suchszego. W ustach wszystko to częściowo się potwierdziło, bo był bardzo twardy, ale i zaskakująco chrupiący. Poczucie to wzmacniały mocno chrzęszczące wiórki, które jednak odrobinę soczystości zachowały. Nie zmieniło to jednak faktu, że całość odebrałam jako mączną, a mało papu-daktylową (liczyłam na to papu właśnie) pod względem struktury. Kawałki orzechów małe, wiórki też przemielone, więc nie wiem, czy te twardość napędzały chrupki zbożowe czy co.

W smaku dominowała słodycz daktyli i kokos. Kokos pod postacią w pełni naturalną, głównie wiórkową, ale też zajeżdżającą olejem kokosowym. On, jak i słodycz daktyli, pod koniec przekładała się na leciutkie pieczenie w gardle. Bardzo lubię ten duet, ale ten tu był jakby zagłuszony.

Było nieco za słodko, bo... nie jakoś mocno daktylowo. Paradoks? No właśnie nie, bo czuć słodycz, ale smak daktyli nie wyszedł zbyt wyraziście. Te smaki wspierały się się na takiej... neutralności. Taka mączna nijakość? Naturalny, ale bliżej nieokreślony smak, może z leciutką nutką orzechów. Tych jednak poskąpiono.

Baton niby niezły, ale coś mi w nim nie grało. Taki jakiś... niezdecydowany, twardy , a przez to po prostu nudny. Daktyle i olej kokosowy jakby nie miały okazji rozwinąć się w pełni - ewidentnie przeszkadzały im chrupki zbożowe, skądinąd nie wnoszące nic do smaku, a wiele odbierające.


ocena: 6/10
kupiłam: Lidl
cena: 1-2 zł (chyba jakaś promocja?)
kaloryczność: 389 kcal / 100 g; batonik 35g - 135 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: daktyle, chrupki zbożowe (mąka kukurydziana, mąka ryżowa), wiórki kokosowe 14%, orzechy nerkowca 5,8%, orzeszki ziemne 3,9%

czwartek, 14 czerwca 2018

Zotter Labooko Panama 72 % ciemna z Panamy

Miałam zacząć przygodę z nowymi Zotterami Labooko, ale... postanowiłam, że jednak zatrzymam się na dłużej w Ameryce Środkowej z czekoladami Zottera. Po pysznej Labooko Guatemala 75 % miałam ochotę na coś z tamtego regionu, a tak pasowało, że za jakiś czas powinnam sięgnąć i po dzisiaj przedstawianą. W ofercie była odkąd pamiętam, więc aż dziwne, że dopiero ją kupiłam. Tym bardziej, że laseczka na opakowaniu wygląda na taką... zadziorną i kuszącą!
O czekoladzie napisać mogę jeszcze tylko, że jej kakao zakupione zostało z małych, lokalnych farm kooperatywy Cocabo, kultywującej tradycyjną uprawę.

Zotter Labooko Panama 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Panamy. Czas konszowania to 18 godzin.

Po otwarciu poczułam łagodny, choć wyrazisty zapach. Dominowała w nim kawa - jej mocno prażone ziarna. Doszukałam się też sugestii skórki ciemnego chleba (?).
Otaczały je nuty wilgotnej ziemi, od czego odchodziło skojarzenie z morką trawą i... "mokrymi morelkami". O tak, dużo było przy tym wszystkim słodyczy i rześkości o kwiatowym wydźwięku. Przełożyło się to na skojarzenia z przetworami... wiśniowymi i jakimiś żółtymi (brzoskwiniowymi?).
Prażoność podkręcała wytrawniejszy charakterek słodyczy (figi?).

Tabliczka przy łamaniu wydawała pełny trzask, lecz nie odebrałam jej jako bardzo twardej. Ujawniała ziarnisty, czerwonawo-miedziany przekrój, a w ustach rozpływała się idealnie gładko, na nieco tłustą i lepiącą, smoliście zawiesistą glinę... rozrzedzoną ogromem soczystości. Jakby chciała na wieki do mnie przylgnąć, co przy tym smaku było fajne.

W pierwszej chwili z zaskoczeniem odnotowałam gorzkość. Była zarówno palona, jak i wilgotna. Natychmiast skojarzyła mi się z odymioną ziemią oraz z orzechami włoskimi (ze skórkami!).

Od tych nut, zwłaszcza od ziemi, odchodził bardzo szybko lekki kwasek, ale najpierw to słodycz rozwinęła skrzydła.
Cały czas trwała przy niej odrobinka palonej gorzkawości, charakterek, który chwilami może i przyprawiony się wydawał. Kojarzyło mi się to jakby... z karmelem, ale takim "charakternie drapiącym w gardle" (piszę "jakby", bo nic nie drapało, nie było tu dużo słodyczy). To bardziej smak... z pogranicza miodu i fig.

Wspomniany kwasek wypływał z ziemi, chwilami wpisywał się i w dym, ale przybierał owocową postać. Czułam soczyste morele, brzoskwinie, nektarynki - słodkie i dojrzałe, choć z kwaskiem. Być może to nie one były kwaśne, a kefirowo-cytrusowe sugestie, jakie robiła smolista i odymiona ziemia.

Znów jednak dym, gorzkość palonej kawy i orzechów z tła nie odpuszczały. Dołączało do tego mocno czekoladowe brownie. Przez moment, przez kumulację słodyczy zrobiło się to bardziej "neutralne", jakby wręcz maślane... ale maślane nie masłem, a orzechami... jakby jakieś delikatniusie (nerkowce?)... albo np. jak taka jaśniutką skórką suszonej figi?.
Szybko jednak znów zadziałały owoce i obok kawy lekko mignęło mi się wiśniowego, a po chwili... już czułam gorzko-ziemiste cytryny, takie ze skórkami. Charakterna słodycz trochę je zmanipulowała... poczułam jakby podszczypujący w język efekt ananasa?

Na koniec to subtelna orzechowo-palona gorzkawość i sporo łagodnej, maślano-... jakiejś, trochę kwiatowo-rześkiej słodyczy osnuwały wszystko. Nie mogłam określić tej słodyczy właśnie. Nie przytłaczała, była owocowa, ale... nie soczysta. Coś może właśnie jak takie delikatne, jasne figi (skórka). Po przeczytaniu recenzji Basi z bloga Sex, Coffee & Chocolate, skłaniam się ku pieczonym bananom (choć nie wiem, jak pieczone smakują, ale pewnie jakoś tak).

Na długo pozostawał posmak posmak prażenia, orzechowych motywów i słodkich owoców. Już bez kwasków, a z poczuciem niemal kwiatowej lekkości, z zadziornie zaznaczoną charakterniejszą ("przyprawioną"?) nutką w tle.

Mimo sugestii tłustości, tabliczka wyszła cudnie rześko, lecz dobitnie smakowo. Zdecydowana i znacząca słodycz miała nieinwazyjny wydźwięk, więc nie była za silna. Kwaski nie wyszły nachalne, a gorzkość... była cudnie głęboka. Jakby kawa i brownie zakopane w ziemistości, paloności, soczystości cytrusów i morelo-brzoskwiń, orzechach włoskich (i nerkowcach? czy po prostu z maślaną nutką?) i złożonej słodyczy miodu, fig (i bananów?). Wszystko było harmonijne, ale z pazurkiem. Po trochu znalazło się tu wszystko, co uwielbiam, więc wybaczam jak dla mnie trochę za dużo maślanych zapędów.

Ta niepewność związana z nutą bananów przypomniała mi, że jadłam taką czekoladę: ziemistą, ciastowo-paloną, karmelową i "o smaku zapachu ziaren kawy", właśnie z mocno bananową słodyczą - A. Morin Panama noir 70 % (patrząc na datę recenzji aż się zdziwiłam, że to pamiętałam).


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól

wtorek, 12 czerwca 2018

Rococo Roald Dahl George's Marvellous Medicine biała z lukrecją, borówkami amerykańskimi i koprem włoskim

Po Rococo Frobscottle & Snozzcumber przyszła pora na kolejną tabliczkę z serii inspirowanej twórczością Roalda Dahla, tym razem inną książką dla dzieci - "Cudowne lekarstwo George'a" - o chłopcu, który postanowił uwarzyć swojej zrzędliwej i zjadającej robaki babci eliksir, którego składnikami są m.in. pasta do zębów, curry w proszku, extra ostre chili, szampon do włosów, chrzan, wosk do podłóg i proszek na pchły. Cenię sobie kreatywność, sama lubię eksperymentować w kuchni, mam dziwny gust i lubię próbować dziwne rzeczy, a wszelkie ziołowe smaki w czekoladach mnie pociągają. Wszystko to, jak i miłość do lukrecji, przełożyło się na to, że dzisiaj przedstawianą tabliczkę uznałam za najciekawszą z całej oferty. Kupując żałowałam, że to biała, ale po spróbowaniu kilku kiepskich ciemnych i mlecznej oraz smacznej wspomnianej białej od Rococo, moje podejście do rodzaju (koloru?) tej czekolady zmieniło się o 180 stopni.

Rococo Roald Dahl George's Marvellous Medicine to biała czekolada z lukrecją, borówką amerykańską i koprem włoskim, mającą przypominać smakowo "cudowne lekarstwo".

W trakcie otwierania z opakowania wyrwał się intensywny zapach dobrej jakościowo, mocno maślanej białej czekolady. Nucie śmietanki towarzyszyła nieprzesadzona słodycz i ogrom... słodkawej, orzeźwiającej lukrecji / anyżu. Przy tym zaznaczała się leciutka wytrawniejsza pikanteria i uroczy wątek jagódkowo-cukierkowy.

Tabliczka trzasnęła-pyknęła w sposób charakterystyczny dla nieulepkowatych białych czekolad; w dotyku zaznaczała się jej tłustość, ale i pewna pudrowość. W ustach okazała się jednak, jak na białą, mało tłusta, ale bardzo gęsta, dość znacząco proszkowa. Przypominała w tym domowe lody. Nie była gładka, ponieważ zawierała sporo twardawych drobinek.

W smaku w pierwszej chwili była lukrecjowo słodziutko-chłodząca (efekt trochę podobny do mięty, ale tu lukrecji nie da się pomylić z niczym innym) i błogo maślana.

Zalewała to fala mleka.
Mleko łącząc się z lukrecją tworzyło złudzenie zimnego mleka pitego w upalny dzień.

Lukrecjowo-anyżowy smak szybko zaczął dominować, ale nie zabił innych smaczków. Był cudownie wyrazisty, choć nieprzesadzony. Wkomponował się w ogólną silną słodycz (w końcu lukrecja sama w sobie jest słodka). Chłodek tego dodatku sprawił, że słodycz była jak najbardziej przystępna, wydała mi się naturalnie zgłuszona, taka trochę słodzikowa, ale w pozytywny sposób, gdyż opierało się to na lukrecji. Kojarzyło mi się to (wraz z konsystencją) z lodami śmietankowymi.

Słodycz przełamana została też innymi czynnikami. Charakterniejszym była pewna wytrawność o ostrych zapędach. Ujawniała się głównie przy rozgryzaniu drobinek. Język był wtedy kąsany jakby schłodzoną pikanterią. Wydawało mi się, że ujawniała się przy tym także sól. To było niemal... korzennie-pieprzne, ziołowo-apteczne i wciąż obłędnie lukrecjowe.

Do śmietanki dołączał lżejszy akcent. To bardzo, bardzo nieśmiałe jagódki - może trochę kwiatowo-cukierkowe, ale też już "apteczne". Słodkie, ale rześkie, sugerujące odrobinkę kwasku.

Końcówka jednak i tak należała do pikantnej, wyrazistej lukrecji wgryzającej się w śmietankową maślaność białej czekolady. Silna słodycz podporządkowała się temu, nie odbiegała klimatem, była rześko-chłodząca, co cudownie wyszło przy pikanterii wyczuwalnej na języku jako... delikatne odrętwienie?

To poczucie pozostawało jeszcze dość długo, dłużej niż przyjemny posmak maślano-śmietankowej czekolady i (nieco mniej przyjemne) delikatne poczucie przesłodzenia (no ale w sumie w dobrym stylu).

Czekolada okazała się bardzo charakterna - lukrecjowa do potęgi, chłodząca, że aż jednoznacznie kojarząca się ze śmietankowymi lodami. Bardzo silna słodycz została genialnie przełamana poważniejszymi nutami, a błoga białoczekoladowość wcale przy tym nie ucierpiała.
Ta była bardzo białoczekoladowa i bardzo, bardzo lukrecjowa. Bardzo słodka, a zarazem charakternie wytrawna.

To najbardziej lukrecjowa czekolada, jaką jadłam. Co jednak ważniejsze, wciąż smakowała właśnie białą czekoladę, nie było w niej przesady. Co więcej, lukrecja nadała białej takiego bogatego, poważniejszego wydźwięku, że bardzo mi smakowała. Mimo silnej słodyczy nie zasłodziła, cudownie zaś ochłodziła i troszeczkę przypiekła pikanterią. Owoce wyszły tu tylko jako leciutki "doprawiacz", nie tak jak maliny w Frobscottle & Snozzcumber - (znaczący smak), ale wcale nie brakowało mi ich silniejszego smaku.
Od razu przywołała na myśl genialną białą Zotter Labooko Soy white - właśnie też anyżową / lukrecjową. Rococo wyszła intensywniej (intensywniej lukrecjowa, czekoladowa) i cudnie śmietankowo. To zjawiskowość w tabliczce.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: biała czekolada (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa), liofilizowana lukrecja, liofilizowane nasiona kopru włoskiego, liofilizowane sproszkowane borówki amerykańskie, sproszkowany burak, wędzona sól morska, suszone kwiaty lawendy, olejek z mirry

poniedziałek, 11 czerwca 2018

lody Gelatelli Master of Taste Pretty Peanut Butter

Te lody były rzadkim okazem - kupiłam je dla siebie, nie do recenzji, bo wiedziałam, że są dobre... Zerknęłam jednak na skład, trochę już od czasów recenzji w internecie o nich poczytałam i doszłam do wniosku, że jakieś zmiany pozachodziły (np. a to orzeszki są, a to nie), więc w końcu postanowiłam recenzję zaktualizować, dopisując na końcu parę zdań. Po spróbowaniu lodów doszłam do wniosku, że niemożliwe, by to sam gust mi się tak zmienił, z racji czego uznałam, że nowy post będzie najlepszym, co mogę zrobić.

Gelatelli Master of Taste Pretty Peanut Butter to "lody orzechowe z kremem orzechowym 20 % i kawałkami czekolady mlecznej" produkowane dla Lidla. Swoje zakupiłam w 2017 r.

Po otwarciu poczułam smakowity zapach fistaszkowo masłoorzechowy.

Wbicie łyżki graniczyło z cudem. Lody były strasznie twardym kamieniem i to właściwie nie przez to,  że były aż tak gęste (jak np. lody na śmietance) czy zamrożone, bo potem masa już topiła się normalnie, a łyżeczkę dalej było trudno wbić. Dlaczego? Otóż w masie zatopiono przemielone masło orzechowe i czekoladę. Była to drobnica, która przybrała postać twardego i tłustego plastiku.

Sama masa lodowa była niemal nie do wyłuskania, ale odebrałam ją jako strasznie mdlą, trochę orzeszkową, ale głównie słodką i rozwodnioną. Nijakość wody strasznie dawała się we znaki.

Czekolada okazała się strasznie słodkim plastikiem. Na pewno była mleczna, nie ciemna, ale ogólnie trudno to czekoladą nazwać. Mdło-słodkie gamołki.

Masło orzechowe gdy trafiłam na większą grudkę nie tak strasznie mikroskopijną grudkę było przeciętne. Wyraźnie arachidowe, zaplatało się parę ziarenek soli, ale... wydawało mi się, że i jakaś mdłą nutkę przy nim czułam. Być może jego smak po prostu się rozwodnił, bo było tak dziwnie przemielono-wmieszane w lody, że jak czekolada, przybrało formę nijakich drobinek.
Ogólnie jakoś nikło w kiepskiej masie i gubiło się pod naciskiem czekolady, która wydawała się stanowić większość.

Całość była z masłem orzechowym, co czuć, ale w żadnym wypadku nie był to zadowalający stopień masłoorzechowości. W zasadzie od niechcenia można trochę zjeść, ale nie były to lody, których chciałabym opierniczyć całe pudło. Za dużo tu kiepskich elementów: kiepskie lody, beznadziejny dodatek czekolady. Tak ją przemielili, że swoją słodyczą i plastelinowościa odciągała uwagę od masła orzechowego. Ja nie zjadłam nawet 1/4 i mając opory typu "a jak na dnie było mnóstwo grudek?" zapytałam Mamę (oddałam jej resztę). Okazało się, że trafiła na jedną większą - wielkości małego orzecha laskowego. Z moją to już dwie. Mama też stwierdziła, że "czuć masło orzechowe ale jakby obok wody". Średnie masło orzechowe z wodą i cukrem? Ja podziękuję.
Gdyby tak nagle trafić na wielką grudę, która cudnie zaczęła by się rozpływać, duże orzeszki... Byłoby smacznie. Tak było nudno, do bólu przeciętnie.


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł (za 500 ml / 431g)
kaloryczność: 277 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: woda, cukier, orzeszki ziemne 13,6%, śmietanka 9,6%, mleko w proszku odtłuszczone, mleko zagęszczone, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, żółtko jaja, stabilizatory: guma guar, karagen; emulgatory: lecytyna sojowa, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; olej palmowy, koncentrat jabłkowy, melasa z cukru trzcinowego, koncentrat z czarnego bzu, sól, aromaty

niedziela, 10 czerwca 2018

Mesjokke Mystery Dark 72 % #3 ciemna z Kongo

Kiedyś zaczynając przygodę z nieznaną marką czekolad lubiłam zaczynać od najniższej zawartości kakao lub od potencjalnie najmniej smacznej. W przypadku niderlandzkiej marki Mesjokke byłam jednak jakaś podejrzliwa, więc z czterech zakupionych na pierwsze spotkanie wybrałam, jak mi się wydawało, najbardziej wpisaną w moje klimaty - ciemną i tajemniczą. Miałam nadzieję, że nie będą to czcze słowa. Była ciemna, zrobiona na tajemniczą, ale i prawie nic o niej w internecie nie napisano. Jak się później okazało, z tajemnicą chodzi o to, że ta czekolada się zmienia - wychodzą różne edycje z różnego kakao, a producent nie ujawnia, jakiego. Moja pochodziła z edycji trzeciej, czyli chyba z Kongo (nuty by się zgadzały).

Mesjokke Mystery Dark 72 % #3 to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Kongo.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo słabiutki zapach. Najpierw skupiłam się na owocach, bo był w pewien sposób rześki. Pomyślałam o trawie, drzewach i... o jakiś słodkich i wodnistych owocach, np. melonach. W czasie degustacji wywąchałam też coś bardziej esencjonalnego, niż wodnistego i słodko-kwaskowatego - jakby marakuja i śliwka?
Ciepła moc kakao też wydała mi się jakaś leciutka, ale określiłabym ją jako drzewa i ciepła ziemia, może coś asflatowego.

To, jak delikatny był zapach nie współgrał mi z głębokim, ciemnym kolorem. Trzask wydał mi się jakiś suchawy, a cała tabliczka dziwnie pudrowo-tłusta. W ustach... nie dość, że okazała się pudrowo-pylista, to jeszcze rozpuszczała się szybko na "tłustą gamołkę".

W smaku w pierwszej chwili poczułam jednak gorzkawość. Najpierw niepaloną, choć wydawała się pochodzić od dymu. Dym... unoszący się nad asfaltem? Nad drogą prowadzącą przez las... To tak bardziej obrazowo, ale równocześnie do głowy przyszła mi masa czekoladowa - właśnie o takim smaku, ale masa, nie czekolada.
W tle doszukałam się przebłysku delikatnego "słodko-kwasku" nieśmiałej marakui (?... "rozmytej towarzystwem melona"?).

Szybko pojawiła się także słodycz. Najpierw pomyślałam o palonym karmelu, który nadał całości bardziej palonego, niż dymnego wydźwięku, potem, gdy wzrosła, przypominała bardziej jakieś cukierki toffi. Śmietankowo-maślane i słodkie. Tu wkradał się lekki kwasek.

Był to smak suszonych i wędzonych śliwek, w porywach może też trochę świeższych (ale wodnistych, jak z zapachu). Dominowały te suszone, do pary z rodzynkami, które swoje korzenie niewątpliwie wywodziły z toffi.

"Masa czekoladowa" przywoływała odległe skojarzenia z orzechami, których smak został jakby zneutralniony (taki mniej wyrazisty), a więc wpisujący się w drzewno-zbożowe, niemal zbożowo-suszonoroślinne klimaty (podobnie orzechowo-zbożowa była Original Beans Femmes de Virunga 55 %). Postawiłabym na laskowe. Zwykłe orzechy laskowe, trochę palonych nutek drzew, ziemi... Może prościej byłoby to nazwać po prostu nutą ziół, ale... nie była to ziołowość (jak mogliby to niektórzy zrozumieć), a taki suchawo-roślinny smaczek.
Na pewno im bliżej było końca, tym bardziej rosła słodycz tejże "masy".

Śliwki i ledwie ciągnący kwasek wraz ze słodyczą maślanego toffi i tą "neutralnością" orzechów (i zboża?) przy "masie czekoladowej" zaczęły udawać jakby coś jogurtowego...? Bardzo słodki, z leciutkim kwaskiem, gęsty i proszkowy jogurt czekoladowy ze śliwkami i ziarnami w formie tabliczki.

Na koniec pozostawal posmak bardziej palony, owocowa wodnistość śliwek, melonów...? A także poczucie za silnej, choć jakiejś mdłej słodyczy.

Nie mogę powiedzieć, że czekolada nie była smaczna. Podobały mi się jej dymno-palone zapędy (takie niepalono-palone w punkt), a i śliwkowość była bardzo miła. Żałuję, że delikatniejsze owoce były jakby stłamszone (w tym bukiecie smakowym jak nic przydałaby się silniejsza, kwaskowata marakuja, jogurt czy coś) , a słodycz nijaka i za silna. Gorzkawość niby też ładnie się rysowała, ale jakoś tak nie porwała mnie. Nie podobała mi się struktura (czego uwieńczenie stanowiło skojarzenie z jogurtem z ziarnami - jeden z gorszych produktów, jaki można zrobić).

Co ciekawe, dym, paloność, maślaność i a także "namotana" nie żywa, a suchawa ze śliwkami, a nawet gumiasto-dziwna (Mesjokke była jednak po prostu kiepska, a GR niecodzienna) konsystencja przywodziła na myśl Georgia Ramon Congo Forastero & Trinitario 100 %, czyli również z Kongo (to dało mi do myślenia i zaczęłam szukać info o Mesjokke).


ocena: 7/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 14,99 zł (za 41g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, lecytyna sojowa (max. 0,4%)