wtorek, 18 czerwca 2019

Moser Roth Chocolat Amandes Edel Marzipan Zartbitter ciemna 50 % z marcepanem

Lubię marcepan, ale jem go bardzo mało. Sam, ot, zwykły marcepan po prostu jest za nudny, a i nie wiem... Nawet się jakoś nad tym nigdy nie zastanawiałam. Nie umiem powiedzieć, jak to się stało, że w tym roku pod koniec stycznia miałam 5 wielkich tabliczek, poniekąd zwykłych, z marcepanem. Ostatnie, co pamiętałam, to że miałam sobie kupić w Aldim czekoladę z mozartowym pistacjowym marcepanem... Chyba trochę minęłam się z planem. Zaczęłam od potencjalnie najbardziej "średniakowej", klasyka - ciemnawa czekolada i marcepan. Jako że obiło mi się, że za Moser Roth stoi Storck, tak sobie pomyślałam, że może wyjdzie zupełnie tak samo co Merci Edel-Marzipan, a więc ten smak, który jeszcze toleruję (mlecznych Merci nie lubię - wyjątek stanowią owocowe smaki).

Moser Roth Chocolat Amandes Edel Marzipan Zartbitter to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana marcepanem (45%).

Po rozchyleniu papierka poczułam smakowicie słodki, intensywny zapach marcepanu. Charakterne migdały jako marcepan ozdobiła odległa nutka słodko-palonej ciemnej czekolady oraz jakby odrobinka "alkoholowego scukrzenia", ale bez alkoholu.

Niemal czarne tabliczki składały się z łamliwej, twardo-chrupkiej, odpowiednio grubej warstwy czekolady i mokro-miękkiego, bardzo plastycznego marcepana. Łatwo i chętnie dawał się modelować np. w kulkę, lekko się lepił.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i kremowo, gładko w śmietankowo-maślany sposób, kojarzący się z czekoladami śmietankowymi. Nie wyszła jednak specjalnie gęsto czy bardzo tłusto, a wręcz trochę wodniście.
Marcepan rozpływał się dość szybko z racji tego, jak wilgotny był. Nie była to jednak wilgoć soczysta, a jakby nasączona, czyniąca go rzadkim. Mimo że grudkowy, nie rozłaził się błyskawicznie z racji mocnego przemielenia, a co za tym idzie - gumiastości. Zwarto-plastyczny jednocześnie sprawiał wrażenie zlepionego (?). Trzeszczał / rzęził w taki wilgotnie-marcepanowy sposób (nie za sprawą cukru!). Daleko mu do cudownej wilgoci i rzadkości Zottera. Na szczęście nie znikał w sekundę.
Nie podobała mi się rzadkawość czekolady i to, że wnętrze było takie rozrzedzone, ale muszę przyznać, że dzięki temu całość wyszła bardzo spójnie, a to plus.

W smaku już czekolada rozpoczęła za silną słodyczą. Szybko weszła w palony klimat. Z cukrową słodyczą zrównał się gorzkawy kawowo-palony smak i początkowo maślana, z czasem coraz bardziej śmietankowa nuta. Ta druga minimalizowała gorzkość i mieszała się ze słodyczą. Uważam ją za zbyt silną. Po chwili zaznaczyła się cierpkość kakao, która skojarzyła mi się z cukrowym syropem / likierem kakaowym. Bliżej końca słodycz podszeptywała wanilię (waniliowo-kakaowy likier?).

Marcepan dodał mnóstwo słodyczy. Była jego siłą napędową. Miała nie tyle cukrowy, co "scukrzono"-charakterniejszy (jak likier?) wydźwięk, a także zalatywała słodko-mdłą sztucznością. Na szczęście na stałe złączona była z migdałami - bardzo wyrazistymi w marcepanowym kontekście.
Odrobinkę wzmocniły gorzkawość.
Gdy tak całość rozpływała się i mieszała się w ustach, migdały skumały się z niemal śmietankową nutą czekolady, a cała wyrazista marcepanowość, skojarzenia z likierem podkreśliły cierpkość kakao. I tak jednak bardzo szybko, bo już po paru chwilach, czułam przesłodzenie. W połowie przeszło to aż w drapanie w gardle, choć o dziwo czystym cukrem nie smakowało.

Końcówka, mimo że zdecydowanie za słodka, była przyjemnie wyraźnie marcepanowa i śmietankowo-czekoladowa, cierpka.

Po wszystkim pozostał posmak marcepanowo-waniliowy, zdecydowanie przesłodzony. Plątała się tam pewna sztucznawość, ale i akcent niezłej, słodko-maślanej, a jednocześnie cierpkawej czekolady. Ta ostatnia dodała też przyjemny, lekko podsuszający efekt.

Czekolada wyszła zdecydowanie za słodko, drapiąco w gardle od, ale wciąż nieźle. Co prawda gorzkość czekolady była znikoma, ale przynajmniej wydawała się bardziej śmietankowa niż maślana. Ratowała ją także cierpkawość, przyjemnie mieszająca się z marcepanem. To połączenie przywiodło na myśl likier (cukrowy, bezalkoholowy, ale jednak). Właśnie i sam marcepan był zadowalająco wyrazisty mimo słodyczy. Z przyjemnością wszamałam trzy mini-tabliczki za jednym podejściem, dwie pozostałe zostawiając na inny dzień.

Tak jak myślałam, wyszła podobnie do Merci, ale nieco lepiej. Moser Roth pochwalić się może wyraźniejszą cierpkością kakao i migdałów. Cieszę się też, że była bardziej śmietankowa i rzadsza niż maślana Merci. Owszem, wolałabym wytrawniejszą i gęstszą, ale z dwojga złego wolę rozwiązanie Moser Roth. Co więcej, naprawdę spodobało mi się, że wyszło to tak spójnie, a nie jak twardo-skorupkowy Ritter Sport Marzipan.
Miło mnie zaskoczyła (bałam się, że będzie gorzej), ale też zaczęłam się trochę obawiać mlecznej (jeszcze bardziej słodka?!).


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 230g)
kaloryczność: 500 kcal / 100 g; 1 minitabliczka 46g - 230kcal
czy kupię znów: mogłabym kiedyś

Skład: 55% czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), cukier, 16.4% mielone migdały, fruktoza, syrop glukozowy, syrop z cukru inwertowanego, dekstroza, aromat

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Zotter Labooko Congo 70 % ciemna z Kongo

Od dawna przymierzałam się do kupienia Zottera z Congo, jednak zawsze było "a, to innym razem" z bardzo głupiego powodu. Jakaś niska wydawała mi się zawartość kakao. 68 %... gdyby było 70 %, natychmiast bym zamówiła, a tu odkładałam (bo Zottery i tak są dość słodko-maślane, nawet te 75 %). Strasznie podobało mi się jednak opakowanie. Swój błąd zrozumiałam dopiero, gdy to cudo zniknęło z oferty. Zottera chyba wkurzyłam, bo wreszcie stwierdził: "a masz dziewczyno te 2%!" (komu, jak nie dla mnie, jest ta nowa wersja?), ale co tam. Wszystko to przełożyło się, że to właśnie kakao z Kongo poszło na pierwszy ogień z nowych Labooko. Co więcej, to nie "jakieś tam kakao z Kongo", a kakao z łańcucha Gór Księżycowych (a że kocham góry i kosmiczno-księżycowe klimaty to już pewnie setny raz piszę). 1000 lokalnych farmerów ponoć wybiera stamtąd specjalne, jakieś największe ziarna, które potem konszują bardzo jak na Zottera krótko, bo 9 godzin. Są obrabiane metodą FMR, co normalnie oznacza wykorzystanie magnetyzmu w celu obniżenia temperatury obróbki czegoś, ale... w przypadku Zottera jest nazwą jego własnej metody na to obniżenie: poprzez dodanie wody podczas prażenia, by wytworzyła się mgła chwilowo mocno obniżająca temperaturę.
Miałam nadzieję, że przełoży się to na wielki zachwyt.

Zotter Labooko Congo 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Kongo.
Czas konszowania to 9 godzin, wykorzystana metoda FMR.

Po rozchyleniu papierka poczułam słodkie, dojrzałe, czerwone owoce i niealkoholową nalewkę. Na myśl przyszły mi ciemne wiśnie... zespojone w duecie "wiśnia&migdał". Miałam wrażenie, jakbym właśnie z takimi dodatkami czekoladę wąchała. Lekko podprażone migdały i orzechy osadziły bowiem całość w ciepłych realiach. Było w tym coś z kwitnących, ukwieconych  i rozgrzanych słońcem drzew. Ogólnie zapach był kontrastowo-łagodny: soczyście-ciepły oraz słodki w kontekście charakternym i zarazem podchodzącym pod pudrowość.

Ciemna tabliczka przy łamaniu trzaskała, jakby była bardzo maślana, choć w dotyku nie odebrałam jej jako tłustej.
Twardo-chrupka przy robieniu kęsa, w ustach właściwie podtrzymywała wszystko to. Rozpływała się łatwo i powoli, niczym idealnie gładka tafla. Tłusto-zbity kawałek długo zachowywał kształt i formę, a jedynie opływał smugami i litrami soku. Soczystość minimalizowała poczucie tłustości, a pod koniec w ogóle robiło się ściągająco (jak za sprawą owoców).

W smaku od pierwszych sekund poczułam słodziutką naleweczkę malinową albo syrop malinowy. Nalewka z pazurkiem, ale skupiająca się na słodyczy. A po chwili uwaga skupiła się na słodkich malinach. Zrobiły się niemal pudrowe, bardzo słodkie. Wciąż jednak był to na tyle owocowo-naturalny (a nie cukierkowy) smak, że normalnie miałam wrażenie, że zaraz natrafię na pesteczki. Cała ta czerwonoowocowa słodycz po pewnym czasie zrobiła się bardziej soczyście-kwaskowata. Naleweczka przeszła w konkretniejsze, choć wciąż słodkie, czerwone wino.

Nieco wolniej po ustach zaczął rozchodzić się niemal neutralnawy, minimalnie gorzkawy klimat ciepła. Przede wszystkim czułam maślaność. Weszła jednak w wyraźnie pieczony motyw. Przed oczami stanęła mi maślana, wypieczona na krucho tarta.

Tarta cytrynowa! Soczystość owoców wypuściła mniej więcej w połowie całkiem sporo kwasku. Oprócz tej cytrynowości, podchodzącej przez powyższe trochę pod lemon curd, czułam ogrom soku z cytrusów. Trzymał się jednak też tej czerwieni owoców - jakiś suszków? Pomyślałam o suszonej wiśni i żurawinie. Przy nich nie zabrakło niemal pudrowej słodyczy, ale zdawała się nieistotna.

Tarta okazała się bowiem tartą migdałową. Wyraźnie, oprócz maślaności, czuć tu migdały. Migdałowe wypieki? A może też zwykłe, chlebowe... Ciepły wydźwięk sprawił, że przed oczami miałam też kwitnące drzewa skąpane w słońcu... Rosnące na równie rozgrzanej ziemi. Podkreśliła je jakaś pikantniejsza nutka, jednak kwiaty i owoce sprawiły, że było to lekkie, orzeźwiające. Wszystko jednak wciąż było bardzo łagodne, bo nuta maślano-pieczona nie odpuszczała.

Pod koniec owocowy kwasek rósł. Mieszając się z ciepło-pieczonymi nutami, zrobił się wręcz cierpkawy. Cierpka wiśnia wymieszała się z cytryną... jakiś grejpfrut tu nagle wyskoczył? A jednak cała słodycz i maślaność tchnęła w to pudrowość.

Po wszystkim pozostał cierpkawy posmak czerwonych owoców, słodkiego alkoholu i ciepło migdałów, drzew, wypieków, przekładające się na pewne wysuszenie po całej tłustości. Soczystość nie zniknęła, lecz trochę ściągnęła. Czułam też maślaność i wręcz cukrowość.

Czekolada wyszła ciekawie, acz spokojnie. Dzięki takim kontrastom, na jakie w niej trafiłam, wydaje mi się przystępna. Za sprawą nalewkowo-winnych nut pokazała pazurki. Wysunęła je jednak z malinowo-owocowosłodziutkich łapek. Soczyste cytrusy wniosły sporo kwasku, jednak przez inne nuty był on hamowany. Ciepło-migdałowy klimat był bardzo smakowity, ale dla mnie za mało gorzki. Osnuwała go rześkość, ale... to nie była taka mocno-mocno rześka (owocowa) tabliczka. Kompozycja okazała się dla mnie za łagodna w denerwujący maślano-pudrowy sposób. Maślana pieczoność i cukierkowa pudrowość to, obok struktury (tłusta tafla), jej jedyne wady.
Jakbym w ciemno miała zgadywać zawartość kakao, powiedziałabym, że jest "niewiarygodnie łagodną czekoladą 75-80 %" - to dopiero ciekawe wrażenie.

Migdałowo-pieczona i wiśniowa była również Georgia Ramon Congo 100 %, przy której też wspomniałam o tarcie maślanej (to ciekawe, bo tart nie lubię i jadłam może kilka razy w życiu, a ich nuty odbieram nie tak źle), ale nie powiedziałabym, że obie są z jednego kraju. Zotterowi bliżej było do drzewno-prażonej i hibiskusowej Original Beans Cru Virunga 70 %, ale OB była o wiele bardziej intrygująca.
No tak, wszelkie kwaski i soczystość, mniejsza prażoność to pewnie kwestia krótszego konszowania Zottera.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 16 czerwca 2019

Loacker Napolitaner mleczna 38 % z orzechowym nadzieniem, kawałkami orzechów laskowych i waflem

Po nie najlepszej Loacker Dark-Noir, została mi tylko jedna. Z ulgą odetchnęłam, że nie wzięłam i mlecznej, a gdy dowiedziałam się, że są aż cztery smaki (także biała), to już w ogóle było mi głupio wesoło, że nie zainwestowałam od razu w całą serię, co zdarza mi się robić. Tak na logikę, w takim produkcie orzechowy smak wydawał się najbardziej sensowny... Taki, który może wyjść smacznie. Inna sprawa, że nawet kiedy jadłam wafelki, to orzechowe omijałam, a to właśnie takie waflowo-orzechowe mi się wydawało. Lubię orzechowe czekolady, ale... miałam wątpliwości, na ile ta tabliczka czekoladowo wyjdzie.

Loacker Napolitaner to czekolada mlecza o 38% zawartości kakao nadziewana orzechowym kremem z orzechów laskowych (24%), siekanymi orzechami laskowymi (3%) i chrupiącym waflem (4%).

Po otwarciu trochę zaskoczyło mnie, jak delikatny był zapach mlecznej, nie za słodkiej czekolady, za którą stał również delikatny, naturalny i goryczkowaty orzech laskowy z sugestią kakao oraz wafel.

W dotyku czekolada wydała mi się tłusta i miękkawa, choć łamała się normalnie. Za sprawą wafelka wydawała z siebie trzask.
Gruba warstwa czekolady skrywała średnią ilość nadzienia orzechowego ze stosunkowo sporą ilością kawałków orzechów. Wielkościowo wydały mi się adekwatne, ale śmiesznie poutykane w "dołki wafla".
Wafel był gruby, ale nieziemsko leciutki, bardzo napowietrzony, a dzięki temu chrupko-kruchy. Świeżość pierwsza klasa.
W ustach wszystko to stawało się cudownie gęsto-mulisto-lepiącą masą, do której dochodziły poszczególne elementy.
Czekolada rozpływała się powoli i niezwykle gęsto-kremowo. Zalepiała i oblepiała usta oraz swoje wnętrze. Do tłustego bagienka, jakim się stała, dołączył miękko-zalepiający krem. Ten jednak był nieco rzadszy od niej, oleistszy, ale wciąż gęsty i mulisty. Jego lekka proszkowość sugerowała zmielone orzechy. Ich zatopione kawałki były przyjemnie chrupiące i świeże.
Wafel miękł wraz z pozostałymi warstwami, stając się lekko "obrzydliwawą" papką. Też wpisał się w mulistość i gęstość. Wraz z kremem wprowadzał suchawy efekt, neutralizujący tłustość (która wydawała się głównie pełnomleczna i orzechowa).

W smaku czekolada była przede wszystkim mleczna, niemal śmietankowa. Niemal od samego początku dołączyła do tego leciutka gorzkawość kakao. Wydała mi się lekko podprażona i podkręcona akcentem orzechów. Znikoma słodycz była wyraźnie waniliowa.

Za sprawą słodkiej wanilii i orzechowo-kakaowej nutki przejście do nadzienia było idealnie spójne. Ono odznaczało się już silniejszą słodyczą, ale podtrzymało podprażono-orzechowy klimat. W nim jednak ważniejszą rolę odegrały orzechy laskowe. Ich świeży smak w kremie mieszał się z mleczno-maślaną czekoladowością. Kojarzył się tym samym z jakimś kremem typu Nutella. Przy kawałkach orzechów - wiadomo, to prażone orzechy laskowe dominowały. Przecinały wszystko smakowitą goryczką, podkreślając kakao - także jako "słodkie kakałko".

Wafel wpisał się w prażoność, neutralizował słodycz, bo mimo że był słodkawy, wyszedł niemal neutralnie dzięki orzechom. Kojarzył się z andrutami, ale mam wrażenie, że przy nim z kremu wyszła nuta margaryny. Coś mi w każdym razie tu się wyłoniło; on dodał też ociupińkę słonawości, ale tonęło to w orzechowo-czekoladowej toni.

Na końcówce słodycz wzrosła, acz miała smakowity wydźwięk waniliowo-mleczny i smarowidła czekoladowo-orzechowego.

Po wszystkim pozostał posmak świeżo-prażonych orzechów laskowych, waflowość i lekka gorzkawość kakaowo-orzechowa oraz poczucie dość silnej słodyczy. Na ustach została tłusta warstewka, ale wydawała się pochodzenia mleczno-orzechowego.

Ta czekolada to gęsto-mulista, miękka szlachetność. To jakby posmarować kremem orzechowo-czekoladowym (typu Nutella) andruto-wafla i popijać to naturalnym, wyrazistym mlekiem. Było słodko, ale waniliowo i wcale nie za mocno, co mnie zaskoczyło. Wyraźnie orzechowo, ale naturalnie, świeżo (a nie np. nugatowo). Ogrom mleka i nuta kakao nawet wafla miło osadziły w otoczeniu.

Całość smakowała mi o wiele bardziej niż Dark-Noir . Myślę, że to kwestia tego, że czekolada była o wiele lepsza, bo mocno mleczna i nie za słodka, z wyczuwalnym kakao oraz to, że taka forma (czyli miękkość i wafel) bardziej pasuje do czegoś orzechowo-mlecznego niż kakaowego.
Podobało mi się, że wafel rozpływał się w ustach, że to nie tabliczka do chrupania, aczkolwiek... nie mogę powiedzieć, by ogólna miękka tłustość i to, jak to w końcu stało się papką, jakoś szczególnie mnie urzekło. Tak, do tego smaku to pasuje, a świeżość wafla i orzechów - przednia.


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,99 zł (za 54g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, olej kokosowy, syrop glukozowy, orzechy laskowe 5%, mąka pszenna, serwatka w proszku, mąka sojowa, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, dekstroza, ekstrakt słodu jęczmiennego, lecytyna sojowa, substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, difosforan disodowy), sól, ziarna wanilii Bourbon, przyprawy

sobota, 15 czerwca 2019

MIA 65 % Madagascar Coconut ciemna z Madagaskaru z kokosem

Że też przy Chocolate and Love Mint 67 % musiałam wspomnieć o pysznej Madecasse 63 % Dark Chocolate Mint Crunch. Od razu zachciało mi się czegoś w podobie, czegoś... dziko madagaskarskiego. Akurat dzisiaj przedstawiana machała mi przed nosem tylko pięcioma miesiącami do końca terminu ważności, zaznaczonego na mojej kartce czerwoną linią. Na samo wspomnienie marki aż mi ślinka zaczęła lecieć. Madecasse 70 % Dark Chocolate Toasted Coconut uznałam na przykład za zjawiskową, nie widziałam więc powodów, by MIA nie dorównała.

MIA 65 % Madagascar Coconut to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Madagaskaru z karmelizowanym suszonym kokosem.

Po otwarciu z zaskoczeniem zarejestrowałam niemal pieprzną pikanterię wetkniętą w prażono-karmelową słodycz, splecioną z delikatnym, w pełni naturalnym kokosem. Otulił go ciężkawy zapach świeżych płatków róż. Oprócz tego, wyłapałam coś rześko-zwiewnego, soczystego. Coś jak połączenie kwiatów i cytrusów, ale... nie tak do końca. Do głowy przyszedł mi cytrusowo-kwiatowy pieprz syczuański.

Tabliczka była twarda, chrupała-trzaskała, przy czym wydawała się pełna. Kokos to przemielona, sucho-chrupka posypka, która chętnie odlatywała i odskakiwała. Było go jednak tak dużo, że nie sprawiało to problemu.
W ustach czekolada rozpływała się niczym gęsta glina, długo zachowując formę. Była przy tym kremowa, ale nie nazbyt tłusta. Wydawało się, jakby wypływał z niej ogrom soku, a jednocześnie udawała trochę pyliście trzeszczącą.
Wiórki kokosowe okazały się chrupko-trzeszczące (trzeszczały trochę jak chałwa) i suche w pozytywnym sensie, bo prażono-karmelizowane, z zachowanym elementem świeżości. Nie memłały się ani trochę, za to kojarzyły się z "wiórkami z orzechów".

W smaku najpierw popłynęła stonowana słodycz palonego karmelu. Nagle, niespodziewanie uderzyła gorzkawa pieprzność i zniknęła jeszcze szybciej, niż się pojawiła. Do palonego karmelu dołączyły  kwiaty, dodając mu skrzydeł. To były ciężkawe, choć żywe i wilgotne płatki róż, ale i jakieś inne. Do tych "innych" szybko podpiął się kokos. Po paru sekundach był wyraźnie wyczuwalny.

Czekolada nie pozwoliła mu na dominację, acz odstąpiła mu trochę miejsca. Pobrzmiewająca cierpkość nagle za sprawą tego połączenia stała się kefirem. Kefir, mleczny smaczek, jeszcze więcej kefiru i sugestie śmietanki kokosowej w pewnym momencie dominowały. Lekki, cierpki kwasek nabiału przełamał i jednocześnie wpisał się w słodycz, by po chwili...

...wmieszać się w coraz odważniej przemawiające cytrusy. Poczułam grejpfruta, lekko podkreślonego rozgrzewającą pikanterią. Ta kręciła się wokół prażono-palonych nut. Palony karmel był ściśle powiązany z kokosem i tworzył przejście od niego do czekolady, zapewniając spójność. Zaplątały się tu orzechowo-karmelizowane nuty i coś poważniejszego - ziemistego. Ogrom soczystości przemodelował to w mieszaninę małych, ciemnych owoców leśnych. Cierpkawe jeżyny, kwaskowate jagódki, może żurawina... wciąż ozdobione pewną słodyczą karmelu i kwiatów. W pewnym momencie, ta leśna drobnica wyrwała się na przód.

Bliżej końca przy ziemistym akcencie, gdy zaczęłam trochę rozgryzać wiórki obok czekolady, wzrosło prażenie, podkreślające gorzkość pieprzu i cierpkość owoców (głównie jeżyn). Towarzyszyła temu, mimo ciepło-prażonego wydźwięku, pewna wilgoć płatków kwiatów... wbitych w wilgotną ziemię.

W posmaku pozostał przede wszystkim kokos, ale dość długo towarzystwa starały mu się dotrzymać kwaskowato-cierpkie cytrusy, jeżyno-jagódki i kefir, przemieszane z gorzkimi pieprzem i ziemią, a udelikatnione kwiatami. Wydawało się to dość... kokosowo-mleczne, ale poważne.

Tabliczka wyszła bardzo ciekawie, szokująco mocno kefirowo-kokosowo i karmelowo. Paloność / prażenie nie zaburzyły wilgotnie-soczystego klimatu budowanego przez róże, grejpfruty i ciemne owoce leśne. Czekolada pokazała pazurki dzięki niemal pieprznej pikanterii. Kokos był wyczuwalny właściwie przez większość czasu, ale podczepiał się pod poszczególne nuty czekolady, nie zagłuszając jej.

Bardzo podobało mi się, że wyrazisty dodatek tak wpasował się w czekoladę, która była po prostu boska. Różano-owocowo-kefirowa, z charakterem cierpko-goryczkowatym. Silna, palonokarmelowa i kwiatowa słodycz wydawała się szlachetna, wyważona. Cała kompozycja właśnie jakby na słodyczy i cierpkawości się opierała, gorzkość tworzyła cudowne tło, a w kwaśności nie było przesady. Formę dodatku uważam za niezwykle pomysłową - bardzo, bardzo mi się podobała.

Zupełnie inna niż Madecasse, bo forma dodatku inna i niespotykana w obu, ale równie pyszna. Madecasse była bardziej gorzka (za sprawą ziemi, kawy i orzechów) i cytrynowa, a jej słodycz miała waniliowo-mleczno-kokosowy charakter, w momencie gdy MIA to delikatna gorzkość pieprzu, ziemi i palenia, a jej słodycz to mnóstwo karmelu i kwiatów, owoców (leśnych i cytrusów). Łączy je jednak kokosowa mleczność, kefir i wyrazisty kokos. Madecasse to "orzechowy kokos", MIA "karmelowy kokos" - magia! Całościowo MIA wyszła bardziej słodko, ale tu rozumiem, że nie porwali się na 70 % kakao, by było harmonijniej.
Znów połówka, bo tak bardzo, bardzo subiektywnie po prostu muszę wyróżnić Madecassse za stosunek słodyczy do gorzkości.


ocena: 9,5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 16,79 zł (za 75 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 569 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, kokos 10%, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

piątek, 14 czerwca 2019

lody Gelatelli Choco Brownie

Uwielbiam brownie. Jest to jedno z nielicznych ciast, do których mam słabość i w przypadku którego niestraszne mi słodycz i tłustość - o ile tyle moc kakao będzie taka, jak trzeba. Do lodów z brownie chyba mam szczęście, bo nie przypominam sobie, bym na jakieś złe trafiła. Lody z Lidla, które mają dobry skład bardzo cenię (jestem jednak nieufna, toteż zawsze długo sterczę wśród zamrażarek dokładnie studiując, co napisano na opakowaniu), więc z ogromną radością przywitałam nowości (oczywiście na dzień zakupu, nie recenzji). Jednym ze smaków było bowiem brownie, czyli smak analogiczny do lodów Mucci Chocolate Brownie mit Brownie-Stuckchen z Aldi. Liczyłam, że i w lidlowych się zakocham (bo Lidle mam bliżej niż Aldi).

Gelatelli Choco Brownie to lody "czekoladowe z 13 % kawałkami ciastek czekoladowych"; według mnie kakaowe z kawałkami ciasta typu brownie; wyprodukowane w Holandii

Po otwarciu poczułam wyrazistą, słodko śmietankową bazę oraz kakao w nią wkomponowane, co skojarzyło mi się z kakao zrobionym na mleku / śmietance, tylko oczywiście w wersji lodowej.

Masa lodowa była twarda, gęsta i bardzo, bardzo zbita - dodatkowo za sprawą dodatku. Dosłownie jakby brownie wgryzło się w lody.
Topiło się to powoli i całościowo: ciasto miękło i rozpływało się zachowując jednak formę mokrego ciasta-papki, co wyszło zachwycająco, bo wcale nie zbyt tłusto. Całość była kremowa, ale nie aż tak mocno śmietankowa. Wydawała się lżejsza, ale nie rozwodniona.
Siedziałam z nimi ponad godzinę przy filmie i do końca tę gęstość zachowały.
W masie było pełno drobinek ciasta, że nawet trudno zgarnąć część bez nich. Małych i średnich kawałków również. Żałuję tylko, że trafiłam tylko na dwa na kawały-giganty (wolałabym ich więcej na rzecz części wielu małych).

Już pierwsza łyżeczka pokazała, co potrafi śmietanka. Miałam wrażenie, że to ona lub pełne mleko stanowi bazę, czemu pomogła stosunkowo niska słodycz.

Po ustach rozszedł się smak kakao, ujawniając lekką wodnistość. Zaraz pojawiła się lekka gorzkawość, a słodycz wzrosła. Smak zrobił się tylko trochę "śmietankowo-mlecznawy", co utrzymało tę drugą na odpowiednim poziomie, a także pozwoliło na wyraźniejsze wyeksponowanie kakao. Gorzkość była jednak stopowana. Efekt był więc wyraźnie kakaowy, ale przystępny. To jak nie za mocno słodkie kakao zrobione na mleku. Okazało się, że mieszanka śmietanki i wody wyszła trochę jak "mlecznawa" bita śmietanka - nie czuć rozwodnienia, ani też ciężkości tych pełnych składników.

Każdy, nawet najmniejszy kawałek ciasta, to kopniak kakao i ciemnej czekolady. Kojarzyło się wręcz trochę z bardzo słodkim, kakaowym likierem (bez alkoholu). Lekka cierpkość kakao wybijała się ponad wszystko, mimo że brownie wniosło również więcej słodyczy i maślano-ciastowy smak. Z racji tego, jak mokra była zawartość pudła, towarzyszyło temu poczucie zakalcowości (albo myślenie życzeniowe). Po kilku zagarniętych kawałkach ciasta, lody stały się jedynie tłem. W ustach i tak czułam silnie kakaowo-maślane, słodkie i obłędnie ciemnoczekoladowe ciasto.

Po wszystkim pozostał posmak słodko-kakaowy i jak po lodach mlecznych... jednoznaczne skojarzenie z niewymagającym zrobionym na mleku (może z odrobiną wody) kakao z bitą śmietanką i kakaowo-maślanym zakalcem.

Lody smakowały kakaowo, nie czekoladowo. Baza może niespecjalnie głęboka, ale przyjemnie śmietankowa (co przy tym składzie wcale nie było takie pewne) i nie ma złudzeń, że dodano właśnie brownie. Wszystko wyszło bardzo przejrzyście i zaskakująco mało słodko, lecz nie była to kakaowa bomba - śmietanka już tego dopilnowała. Tylko ciasto to tak napędzało. I właśnie trochę żałuję, że nie było tej całościowej kakaowej eksplozji, co jednak nie znaczy, że lody nie były pyszne.
Mam wrażenie, że gdyby w samej masie nie było tyle wody, byłoby bardziej czekoladowo niż kakaowo, ale... tutaj i ta kakaowość mi przypadła do gustu. Jako że nie wyszło tłusto-śmietankowo, nie było nazbyt sycąco, a w smaku tak bardzo rozwodnienia nie czuć, nie mam nic przeciwko. Myślę, że taka baza pozwoliła na lepsze wyeksponowanie kakaowego smaku (a w sumie odtłuszczone mleko to i tak woda zabarwiona na biało, więc na to samo by wyszło; a serio to chyba jeden z nielicznych przypadków, gdzie podoba mi się opcja wymieszania śmietanki i wody). Dzięki temu chyba smak ciasta tak wyraźnie się zaprezentował.
Nie jestem pewna, czy przekonuje mnie takie wgniecenie ciasta w lody i w końcu zupełna jego dominacja, ale nie narzekam.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 8,99 zł (za 415g / 500ml)
kaloryczność: 258 kcal / 100 g
czy kupię znów: bardzo możliwe

Skład: woda, 22,4% śmietanka, cukier, mleko zagęszczone,, 4,3% kakao w proszku, cukier trzcinowy, mleko w proszku odtłuszczone, 2,9% miazga kakaowa, masło, żółtko jaja, jaja, skrobia pszenna, stabilizatory: karagen, guma guar; tłuszcz kakaowy, skrobia kukurydziana, sól, glukoza, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

środa, 12 czerwca 2019

Scholetta Winter Schokolade Orangen Creme ciemna 50 % z mleczno-śmietankowym nadzieniem pomarańczowym z migdałami

Ostatnio marki Aldiego (własne lub też po prostu w nim występujące) nieźle mnie zirytowały. Znośna Freihofer Gourmet Kakao mogła wyjść lepiej, Chateau Winter Kipferl była słodko-nudna i przeciętna, niesmaczna Ambiente Truffle Chocolate Con Leche Speculoos to coś negatywnie dziwnego, a Chateau Ce'Real z mlecznym nadzieniem z ekspandowanym zbożem to w ogóle totalna porażka jadąca czekoladopodobną taniochą. Zaufanie do Aldi i wręcz uwielbianie Chateau (Weisse Kokos, śmietankowa Herbe Sahne, SalzbrezelHonig Salz Mandel) zostały wystawione na próbę. Do wszystkich tych marek chwilowo się zraziłam i tego dnia nie miałam ochoty na żadną z nich. Musiały swoje poczekać. A tak się złożyło, że marka Scholetta, której tabliczki kupowałam z myślą, że pewnie to jakaś taniocha, którą i tak oddam Mamie, akurat mnie zszokowała. Scholetta Winter Schokolade a'la Spekulatius była bardzo dobra. A że mnie wzięło na pomarańczowe czekolady, ta jawiła się jako indywidualistka wyróżniająca się na tle ciemnych ze skórką i migdałami (choć nie ukrywam, że teoretycznie to tamte powinny mieć u mnie większe wzięcie, praktycznie - strasznie często coś jest nie tak). Otworzyłam i... zaskoczenie. Szybko zerknęłam na opis tabliczki... ta jako jedyna z serii jest ciemna. Wcześniej do głowy mi to nie przyszło!

Scholetta Winter Schokolade Orangen Creme to "ciemna czekolada zawierająca 50 % kakao nadziewana kremem mleczno-śmietankowym (36%) o smaku pomarańczowym z kawałkami krokantu migdałowego (3%)".

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam intensywną woń soczystej, autentycznej pomarańczy, w której przeplatały się słodycz, goryczka i kwasek. Delikatna, acz dość mocno palona i niemal kawowa czekolada stanowiła jedynie tło. Później dołączyła do tego jeszcze niby migdałowa nuta. Wszystko to trochę kojarzyło mi się z ciastem.

Przy łamaniu tabliczka pykała, wydawała się dość twarda i konkretna. Nadzienie wyglądało na zwarte, ale maziście-mokre z małymi kawałkami dodatków, których było w sam raz.
W ustach czekolada rozpływała się leniwie i gładko kremowo, mięknąc w gęsto-lepiący sposób. Pod koniec pozostawiała leciutko pylisty efekt.
Z wolna odsłaniała nadzienie, które mięknąć nie musiało. Ono było miękkie w tłusto-margarynowo-mleczny sposób, a przy tym rześko soczyste. Wydało mi się niezwykle mokro-wilgotne. Osadziła się w nim silna, niezbyt przyjemna proszkowość. Całość wyszła miękko i trochę ulepkowo, ale też gęsto-kremowo.
Dodatki były bardzo chrupiące, ale do złudzenia przypominały po prostu... cukier i ciasteczka. Wielkie kryształki albo coś w cukrze. Pomyślałabym, że to cukier (częściowo się rozpływały), ale po wyodrębnieniu i przyjrzeniu się, odkryłam, że były w tym i skórki (te kawałki miały kolor pomarańczowy). Trafiały się niemożliwie "obcukrzone i docukrzone" pomarańcze: mikroskopijne skórki swoją drogą, ale też jakby "zupełnie scukrzony sok". Zatopiono tam także coś jak ciastka rozpływające się w ustach po lekkim nadgryzieniu. To były migdały, też w cukrze (?). Ze zdziwieniem odkryłam, że całkiem sporo tego wszystkiego tam było. Wszystko niestety strasznie posiekane.

W smaku czekolada okazała się przyjemnie gorzkawo-palona, bardzo słodka, ale nie przesłodzona. Skojarzyła mi się z łagodną kawą z pianką, którą po paru chwilach zaczęła otaczać maślaność. Słodycz rosła, ale była przystępna, bo mieszała się z nią. Dopilnowała tego leciutka cierpkość kakao, pobrzmiewająca w tle.

Maślaność i cierpkość nasiliły się, gdy spod czekolady zaczęło wyłaniać się nadzienie. Oto smak maślany zaczął się rządzić, a kakaową cierpkawość do zabawy wciągnął smak naturalnego soku pomarańczowego. Słodziutka pomarańcza była wyraźnie wyczuwalna, ale daleko jej do napastliwości. Nadzienie miało jej smak, choć jego baza była mleczno-maślana. Te jednak wcale nie "umleczniły" czekolady - jej cierpkość i lekka wytrawność cały czas czuwały. Wyłapałam w tym też nutę "niby migdałową", ale nie było to złe.

Przy rozgryzaniu chrupiących dodatków podskakiwała cukrowość. Pomarańcza jednak też - jako skórka z odrobiną goryczki, migdały... jakoś bardziej jako scukrzone orzeszki albo cukrowe ciasteczka. Ich samych prawie nie czułam, w oddali chyba olejek pobrzmiewał (ale na tyle słabo, że nawet mi nie przeszkadzał - a ja nie cierpię olejku migdałowego).

Pod koniec mleczna, trochę śmietankowo-margarynowa słodycz kremu i słodka soczystość pomarańczy mieszały się z maślaną czekoladą sugerującą kawową pianką, a cukrowym chrupaczom podyktowały korzenny wydźwięk.
Jakieś pozostałe na dosłownie sam koniec, gdy czekolada się już rozpłynęła, dodatki wreszcie trochę wyszły z cukrowości i dorzuciły smak suszonej pomarańczy i "ciasteczkowość migdałów").

I właśnie z posmakiem soku pomarańczowego, posmakiem mleczno-maślanym z sugestią margaryny i nibykorzenności, osnutych cierpkim kakao pozostałam.
Czułam silną słodycz, ale właśnie jeszcze nie za silną; tłuszczowość dosłownie na granicy przesady, bez nieprzyjemnych posmaków.

Ta czekolada była niczym siedzeniu w milusim, cieplutkim kocyku w towarzystwie maślanych ciasteczek w cukrze i delikatnej kawy z pianką, oraz obieranie i jedzenie pomarańczy (nie wychodząc spod kocyka). Słodziutkie, nieskórkowe, a wkomponowane w przystępne, słodkie nadzienie mleczno-margarynowe. Ciasteczkowy efekt wyszedł całkiem przyjemnie, ale... miały być migdały. Sama czekolada nad wszystkim czuwała, co też cieszy, bo była bardzo dobra. Słodka, łagodna, ale wciąż ewidentnie ciemna.
To niewątpliwie słodki i miękki ulepek, ale... w dobrym tych słów znaczeniu. To wszystko miało coś w sobie, pewien charakterek: bo a to ciemna czekolada, a to niewiarygodnie naturalna pomarańcza. Owszem, ogrom słodyczy i maślaności swoją drogą, ale wyważono to. Miękkość osadzono jakoś w gęstości. Pomarańczowy smak był delikatny, ale nie że "za mdły", tylko po prostu... delikatny. Nie sztuczny, nie napastliwy, więc w sumie dobry. Nie czułam też kandyzowania, a podcukrzenie - z dwojga złego wolę to drugie. Migdały genialnie udawały ciastka. Bardzo mi się to podobało, ale z drugiej strony szkoda, że migdałów w sumie brakowało. Nutka olejku i margaryny były tak znikome, że mi nie przeszkadzały.
Naprawdę, jestem pod wrażeniem.
Za sprawą palono-kawowej czekolady przypomniała mi Wedla Orange Mocha, tylko że Scholetta pochwalić się może jakością.


ocena: 8/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,79 zł
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

 Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), tłuszcz kakaowy, słodka serwatka w proszku, mleko pełne w proszku, śmietanka w proszku, tłuszcz mleczny, migdały 0,5%, lecytyna sojowa, suszona pomarańcza 0,2%, naturalny aromat pomarańczowy, ekstrakt z wanilii, barwnik: wyciąg z papryki

wtorek, 11 czerwca 2019

Fazer Travel London Toffee Rocks + Salty Cookie mleczna z solonymi kakaowymi ciastkami i chrupiącym toffi

Zastanawiając się, po którą czekoladę Fazer sięgnąć najpierw, wybrałam mniej ciekawą. Druga, czyli dzisiaj prezentowana, wydała mi się niespotykana i po prostu tak dziwna, że... że aż nie wiem. Solone ciastka? Trudno mi było to połączyć. Rozumiem czekolady z karmelem, krówkami itp. z solą, rozumiem z ciastkami, rozumiem z krakersami i innymi słonymi chrupaczami, ale i z ciastkami (zwykłymi?!) i solą to jeszcze nie widziałam. Jako że jestem otwarta, byłam jej ciekawa, więc kupiłam. Potem jednak... dotarła do mnie moja... no właśnie nawet nie wiem jak to nazwać. Bo i jak można nie zwrócić uwagi na gigantyczny biały napis "TOFFEE ROCKS"? To nie czekolada tylko z solonymi ciastkami, ale z solonymi ciastkami i toffi / karmelem... czyli w sumie też byłoby dobrze, gdyby nie to, że pamiętałam, jak nudna była Travel New York Iced Coffee & Mudcake (niby spoko, wszystko ok, a jakaś bez polotu), także po kolejnej nie spodziewałam się smakowej bomby. Sól przy karmelu już nie wydaje się tak intrygująca, ale jednak zestawienie tego z kakaowymi ciastkami... Chciałam wierzyć, że zapowiada się wielki, zacny żer.


Karl Fazer Travel London taste of Toffee Rocks + Salty Cookie / Knack + Salta Kakaokex to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z solonymi kakaowymi ciastkami (3%) i kawałkami karmelowego krokantu / karmelu / toffee / toffi*.
(*knäck - z tego, co znalazłam, tłumaczy się to jako palone i chrupiące, maślane toffi)

Już w trakcie otwierania zaskoczył mnie silny i obrazowy zapach wypalonego na ciemno karmelu oraz mocno wypieczonego, a jednak mokrego kakaowego ciasta. Otoczone było to słodką, niemal cukrową czekoladę mleczną. Miałam wrażenie, że w środku znajdę kakaowe ciasteczka.

Przy łamaniu tabliczka zaskoczyła mnie raz jeszcze, bo okazała się strasznie twarda i głośno trzaskająca. W przekroju zobaczyłam dużo ciemnych ciastek i lśniące kawałki-kryształki w kolorze palonego karmelu.
W ustach czekolada rozpływała się gładko i kremowo, acz w rzadki, a nie bagienkowo-zalepiający sposób. Szybko zaczęła ujawniać małe kawałki dodatków. Wydawała się bardzo nimi najeżona. One w pierwszej chwili sprawiały wrażenie twardo-ostrych. Czułam, jakby karmelu dodano o wiele więcej, bo ciastka bardziej zgrywały się z czekoladą.
Nie rozpuszczała się błyskawicznie, więc ciastka miały czas, by nasiąknąć i rozpływać się wraz z nią, choć trochę tu dyskutowały. Były bowiem chrupiąco-suchawe i "chrupiącość" tę próbowały zachować do końca. Toffi okazało się chrupiąco-skrzypiące, nie za twarde, a wręcz delikatne jak cienkie szkiełko. Rozpuszczało się powoli, a rozgryzione nie przylepiało się do zębów, więc jego strukturę uważam za w porządku.

Czekolada przywitała mnie silną, od razu wręcz cukrową słodyczą, ale i falą mleka, dzięki czemu smaki się wyrównały. Sama w sobie wydała mi się maślana, niemal kojarząca się z toffi. Wszystko to wydawało się nierozerwalne i podkreślone subtelną solą.

Dość szybko dzięki słonawości nakręciła się czekoladowa maślaność i nuta toffi, jednak gdy dodatki zaczęły się wyłaniać, to one odegrały istotniejszą rolę od czekolady. Smak toffi gwałtownie nasilił się, ale w kontekście bardziej mlecznym i leciutko palonocukrowym. Trafiwszy językiem na kawałki, poczułam smak łagodnych, mlecznych karmelków, jakoś związany z toffi, ale odlegle. Bliżej temu do mlecznego karmelu. One były palone, nie słone.

Paloność podkreślił wyrazisty smak ciastek, które to oprócz gorzkości kakao i mocno wypieczonych, ciemnych ciastek typu Oreo, wyraźnie dodały do kompozycji sól. Ta podkreśliła gorzkość kakao i karmelowy charakter toffi, a także ogólną silną i smakowicie naturalną mleczność. Ciastka przecinały słodycz, chwilami dominując smakowo, ale tak ogólnie nie zmniejszały jej poczucia.

Słodycz bowiem szalała niezależnie od nich - za sprawą słodziutkich, mlecznych karmelko-toffi i cukrowej mlecznej czekolady o nutach mlecznego toffi.

Na koniec pozostał posmak przede wszystkim gorzkich ciastek, słonawość i palona nuta ni karmelu, ni toffi. Oprócz tego przecukrzenie wywołane przez cukrową, mocno mleczną czekoladę.

Po zjedzeniu trzech kostek w sumie chciałam jeść dalej, ale natężenie cukru samej czekolady jakoś mi to uniemożliwiło. Najeżenie drobnicą też swoje dołożyło (niewygodnie mi się to jadło), toteż reszta trafiła do Mamy. Po paru chwilach przyszła do mnie z wytrzeszczonymi oczami: "Jaka dobra! Jeszcze raz powiedz, co to jest?". Kompletnie nie rozumiała, co ja niby mam do zarzucenia tej czekoladzie ("Przecież i jakąś gorzkość w niej czuć, ile tam jest tej czekolady? Znaczy tego... kakao?" - no tak, ciastka), była w szoku: "Dobra!", więc taak... słodko, mlecznie i chrupiąco. Chyba najpierw myślała, że się przesłyszała w kwestii dodatków (nie przepada za słodyczami z solą, kakaowych rzeczy nie lubi). Następnego dnia, trochę pod jej wpływem, zrobiłam drugie podejście, ale po kęsie utwierdziłam się, że zdania nie zmienię.

Czekolada przyjemnie mocno mleczna, maślana, ale no na bazie cukru - strasznie to czuć. Dobre dodatki niestety nie pomogły. Smakowo nieźle się wybijały, ale nie ratowały od przesłodzenia, rosnącego z każdą sekundą. Spodobały mi się przyjazne pod względem struktury, smaczne, mimo że nieokreślone, mleczne kawałki karmelo-toffi, jak i gorzko-kakaowe, rozpływające się ciastka. Sól z ciastek smakowicie jedne i drugie podkreśliła (nie było jej za dużo), ale chyba też przełożyła się na podbicie cukrowości. Właśnie: same kawałki toffi / karmelu podnosiły słodycz. One jednak były smacznie słodkie, więc po prostu potrzebują mniej słodkiej czekolady. Jedynym moim zarzutem w kwestii dodatków jest, że to taka drobnica.

Tabliczka z pomysłem, smacznymi dodatkami o godnej pochwały strukturze (ale za małym rozmiarze), lecz niestety... Całościowo wyszła tylko na tyle smacznie, że ileś tam jej można zjeść, ale w pewnym momencie po prostu ma się dość. Smaczna, jednak trochę męcząca dla osób, które czekolad nie gryzą i oczekują, że czekolada nie będzie tablicą z cukru. Niewątpliwie jednak "coś" w niej było, a np. w Coffee & Mudcake mi "czegoś" brakowało.


ocena: 7,5/10
kupiłam: Scrummy
cena: 12,99 zł (za 130 g)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, maślanka w proszku, mąka pszenna, olej palmowy, syrop glukozowy, mleko skondensowane, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, masło, lecytyna sojowa, substancje spulchniające (E503, E500), sól, aromaty

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Kakao ciemna 70 % z nadzieniem kakaowym i nibsami

Tej zimy w Aldim nakupowałam rozmaitych aldiowatych (nie tylko marek własnych, ale ogólnie takich, które pojawiły się chyba tylko tam) czekolad - każdej marki po kilka smaków, w ciemno. Chcąc mieć jakiś ogólny ogląd, co ja tam nachomikowałam, zaczęłam próbować po jednym smaku każdej marki. W tym przypadku padło właśnie na tę z dwóch powodów: 1) bałam się, że ciemna najszybciej zdziadzieje np. pokrywając się nalotem; 2) prawie nabawiłam się urazu do za tłustych i przesłodzonych kremów czekoladowych / kakaowych, więc chciałam mieć ją z głowy.

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Kakao to czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana kremem kakaowym (26%) i udekorowana ziarnem kakaowym; w formie minitabliczek / czekoladek.

Po otwarciu poczułam niejednoznaczny zapach, którego nie umiałam zaklasyfikować jako przyjemny lub nie. Z jednej strony przedstawiał ziemiste, niemal soczyste kakao o mocnym wydźwięku, a z drugiej dużo maślaności i śmietanki. Gdy trafiły one na ziemię, kojarzyły mi się tak maślano-grzybowo, trochę margarynowo. Gdy zbliżałam nos do spodu, w zapachu dominowały nibsy, wyostrzające ziemistość. Ku mojemu zaskoczeniu zapach nie był zbyt słodki, a wytrawny.

Na dotyk mini-tabliczki wydawały się bardzo tłuste i miękkie, ulepkowate, ale przy przełamywaniu czy odgryzaniu kawałka lekko pykały. Warstwa czekolady była dość gruba, środek wyglądał dziwnie. Najpierw myślałam, że jednak są dwa rodzaje nadzienia, ale nie: czekolada po prostu w każdym była dziwnie w nadzienie "wgięta". Część nibsów dobrze się jej trzymała, część odpadała, nadając kruchego wrażenia.

W ustach czekolada rozpływała się powoli, troszeczkę opornie tworząc jak gdyby gęstą, miękką zawiesinę. Była gładko-kremowa, ale z wysuszającym efektem przywodzącym na myśl trufle. Szybko wyłaziło spod niej nadzienie tłustsze i ewidentnie gładsze od niej. Okazało się czymś między oleistym kremem, a margarynowym musem. Nibsy z kolei były twardo-chrupiące i suche, ale nie ostre czy coś. W sumie spoko, bo takie jakoś pasowały do tłusto-miękkiej masy (osłabiało to poczucie).

W smaku czekolady na pierwszym miejscu stała słodycz o niemal uroczym wydźwięku.
Po dosłownie sekundach, doszła do niej lekka maślaność i delikatnie gorzkawe kakao o palonym wydźwięku. Najpierw do głowy przyszedł mi chleb (ciemnawy jakiś, ale nie twardy, żytni czy coś) z masłem, co dość szybko przeszło w słód lub kawą. Nie było to jednak wyraziste, a bardzo słodko-rozmyte.

Gdy próbowałam rozgryzać nibsy "obok czekolady" bliżej początku, wydawały się suche i prawie "wysuszone ze smaku".

Nadzienie zszokowało mnie tym, że podbiło słodycz, serwując jakby czystą słodycz wpisaną w śmietankę. Była za silna, ale jakby płynąca bezpośrednio ze śmietankowo-mlecznego smaku. Pojawił się też maślano-grzybowy akcent. Wraz z nim rozszedł się bardziej cierpki smak kakao. Z czekoladową gorzkawością wreszcie zrobiło się to intensywnie kakaowe i wytrawniejsze. Niestety, maślaność i margaryna też miały w tym spory udział. Nadzienie wydzióbane i spróbowane osobno miało w sobie nutę obrzydliwości, ale z czekoladą, w jego smak można było się wciągnąć.

Czekolada wraz z nadzieniem z chlebowo-słodowo-kawowej stała się wyraźnie kawowo-cappuccinowa. Gorzkawość i słodka do potęgi śmietanka mieszały się z margaryną, kryjąc ją. Już bliżej końca gorzkawość została wepchnięta bardziej w gorzkość (acz wciąż delikatną) przez nibsy, zanim jeszcze zaczęłam je rozgryzać.

Gdy zaczęłam rozgryzać nibsy, to one dominowały zupełnie. Najpierw niewiarygodnie podbijały kawę i słodowość, by po chwili zaserwować mieszankę słodyczy i kwasku w słodowej otoczce, jednoznacznie kojarzące się z jasnym, pszenicznym piwem. Trochę kiepskim, ale piwem (Lechem konkretnie). Niektóre były po prostu gorzko-kakaowe, inne jakieś gorzko-przypalone, parę bez smaku.

W posmaku pozostała silna słodycz, śmietanko-cukier puder oraz poczucie zatłuszczenia, a jednocześnie wysuszenia pyłkiem kakao. Czułam nibsy i kakao w kontekście musowo-maślanym. Dzięki temu przesłodzenie nie dawało się we znaki, ale... kojarzyło się to też dziwnie grzybowo-margarynowo. Wydaje mi się, że jednak gorzki smak kruszonego kakao trochę za bardzo kontrastowo podkreślił margarynowo-maślaność środka.

Trudno mi to wyjaśnić, ale w tym było coś wciągającego, mimo pewnej obrzydliwości. Wydało mi się połączeniem Gross Truffle i Lindt Lindor. Miało obrzydliwawe nadzienie Lindora, ale nie było tak słodkie, naprawdę czuć w nim kakao. Gross miał lepszą strukturę. Nibsów w Gourment było mi trochę za dużo, ale nie mogę powiedzieć, że nie pasowały.
Mimo wielu czynników  łagodzących, kakao naprawdę dobrze czuć, więc to niewątpliwie plus, ale dla mnie to i tak było zdecydowanie za maślano-margarynowe. Czuję, że inne smaki wyjdą na pewno lepiej, bo są z założenia takie słodkie a nie wytrawne, taka forma zaś zdecydowanie bardziej do słodkości pasuje. Zjadłam na raz, by nie musieć do nich już wracać (a oddać nie było komu).


ocena: 6/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 115g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g; 1 sztuka (ok. 10g) - 56 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcze roślinne w zmiennych proporcjach (palmowy, z ziaren palmowych), tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 4%, ziarna kakaowca 4%, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat

niedziela, 9 czerwca 2019

Tesco finest Swiss 72 % ciemna

Obecnie mam tak, że gdy tylko zobaczę ciemną czekoladę z logo Tesco finest, której jeszcze nie miałam, kupuję będąc pewna, że mi posmakuje. Uwielbiam takie pewniaki! Ostatnio robiąc sobie zapas "dla siebie" (tych, które już zrecenzowałam, są tak pyszne, że do nich wracam i np. nimi zagryzam / dojadam, gdy degustuję coś, co mi nie posmakuje albo coś małego). Do tej mi się nie spieszyło, bo jakoś powątpiewałam w ich szwajcarskie blendy ("kiedyś tam..."), ale po Tesco finest Swiss 85 % szybko zaopatrzyłam się i w dzisiaj przedstawianą.

Tesco finest Swiss 72 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao, wyprodukowana w Szwajcarii dla Tesco.


Po otwarciu poczułam mocny zapach palono-prażony, od razu przywodzący na myśl posypane kakao w proszku ciasto czekoladowe z brzegami wypieczonymi na chrupko i palonymi ziarnami kawy.
Za tymi pierwszoplanowymi gorzkimi nutami odnalazłam sporo ciemnych owoców leśnych, aronii i słodkich truskawek / malin. Te dodały rześkości i słodyczy, nie było więc zbyt ciężko.
Czyżby również pośrodku blachy krył się maślany zakalec, a na owych ziarnach zaparzono łagodną kawę z pianką?
Ciekawy zapach - wydawało się, że może należeć zarówno do czekolady mocnej, jak i łagodnej.

Przy łamaniu ciemna tabliczka była twarda, ale nie kamienna i trzaskała bardzo głośno, ale jakby była niecodziennie gruba i pełna.
W ustach rozpływała się powoli w dość tłusto-kremowy sposób. Długo zachowywała formę, pozostawiała smugi, ale zaskoczyła mnie swoją niegładkością. Czułam w niej pylisty, jakby wręcz trzeszczący, motyw (kakao w proszku?).

W pierwszej sekundzie poczułam prażone kakao, które wydało mi się wręcz trochę chamskie. Błyskawicznie zreflektowało się, przechodząc w gorzkawo-palony smak, który po chwili skupił się na paloności i prażeniu, i tak jednak eksponując zwykłe kakao. Nienachalna słodycz towarzyszyła mu już od początku. Nagle wydało mi się wręcz ordynarne, nieczekoladowe, a potem jak gorące kakao zrobione na mleku i posłodzone. Gorzkość była jednak delikatna, cierpkość niemal nieuchwytna.

Tonowały ją bowiem rozwijające się leniwie nuty maślano-orzechowe. Skojarzyły mi się trochę ze słodkim, kakaowym ciastem maślanym (czyżby z jakimś kremem śmietankowym? śmietankowo-orzechowym?), nerkowcami i młodziutkimi orzechami laskowymi. O ile paloność cały czas stanowiła bazę, tak orzechy wyszły świeżo i delikatniusieńko.

Palony klimat dopuszczał trochę cierpkawe akcenty, przy czym mniej więcej w połowie było wyraźniej kakaowo-kawowo (jedno i drugie ze śmietanką), a później coraz bardziej mniej czekoladowo, a po prostu kakaowo. Kakao oprószyło miks owoców. Cierpkość sugerowała aronię, może jeżyny ale ogólnie czułam mieszaninę leśnych. Wnosiły nieco soczystości i rześkiej słodyczy, ale były tak delikatne, jakby były nie surowymi owocami, a jakimś kremem owocowym.

Bliżej końca słodycz wzrosła, choć wydała mi się bardziej waniliowo-śmietankowa, na pewno rześka i nie za ciężka, mimo że znacząca. Owoce nieśmiało pobrzmiewały w  tle, a wszystko to już bardzo wyraźnie osnuł gorzkawo-palony smak.

W posmaku pozostało silne poczucie palenia / prażenia opierające się na smaku kakao, podrasowanego kawą i orzechową sugestią, do których dodano sporo śmietanki. Ujawniła się też silna cierpkość z pogranicza kakaowej, a jeżynowo-aroniowej. Czułam też słodycz o niepewnym, "waniliowatym" wydźwięku i pyliste wysuszenie.

Całość wyszła delikatnie gorzko i przyjemnie, mimo że o wiele bardziej jak kakao na mleku / ze śmietanką niż czekoladowo. Słodycz stonowana, kwasku brak. Mocne palenie tu akurat pasowało, nie przesadzili z nim, podobnie jak te tonujące maślano-śmietankowe nuty zbytnio się nie narzucały. Jednak przez to, jak silny był tu smak samego kakao, a słodycz prosta, brakowało mi głębi. Palone nuty kawowo-orzechowawe, kojarzące się z ciastem i kawą / kakao ze śmietanką to prostota, ale smaczna. Szkoda tylko że wszystko to znalazło się pod aż taką pierzynką kakao w proszku.
W 85 % też sporo tego kakao czuć, ale oprócz niego więcej ambitniejszych nutek. Tam na przykład słodycz zyskała bardziej miodowego charakteru, owoców było więcej.
O dziwo struktura wydała mi się w porządku - pylistość minimalizowała poczucie tłustości, choć powolne rozpływanie się przy jednostajnym smaku niektórych może męczyć (mnie na szczęście nie).

Mimo to, 72 % smakowała mi, ale jako czekolada do umilenia sobie popołudnia, na pewno nie na "pełnoprawną" degustację.


ocena: 8/10
kupiłam: Tesco
cena: 6,99 zł
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym w promocji

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy

sobota, 8 czerwca 2019

Chocolate and Love Mint 67 % ciemna z Peru i Republiki Dominikany miętowa

Nie mam nic do chrupiących dodatków w czekoladzie, dopóki nie przeszkadzają w odbiorze. Gdy jest ich tak dużo, że robi się jakiś zlepek, albo gdy są kamienne, albo gdy mają być, a prawie ich nie ma... brr. Niestety ostatnimi czasy dużo takich nieudanych chrupaczy mi się trafiło. Bałam się więc spoglądać ze zbyt dużą nadzieją na tę czekoladę. Miętowy chrupiący dodatek brzmi bowiem ryzykownie, mimo że ubóstwiam połączenie mięty i czekolady. Po prostu "mięta na chrupiąco" zdarza się rzadko. Co najdziwniejsze w tych rozważaniach to to, że Barona Luximo 70 % z granulatem miętowym wspominam właśnie bardzo miło, a z naturalniejszych to przecież Madecasse z miętą i nibsami (których nie cierpię!) dostała 9. Wszystko zapowiadało się więc ok, ale czekolady potrafią być przekorne, toteż nie chciałam się za bardzo napalić (by się nie rozczarować). Im więcej zaczynałam tak na to patrzeć, tym szybciej czekoladę wreszcie otworzyłam.
No, i to oznaczało wreszcie koniec z czekoladami ze sklepu, który... przestał istnieć.

Chocolate and Love Mint 67 % Dark Chocolate & Mint Crunch to ciemna czekolada o zawartości 67 % z Peru i Republiki Dominikany z chrupiącymi kawałkami o smaku miętowym z naturalnym olejkiem.

Matowa i niezbyt ciemna tabliczka pachniała przede wszystkim miętą, ale jakby olejkiem z ziół. Było to słodkie, goryczkowate i... naturalne tylko do pewnego stopnia. Mięta prawie zupełnie zdominowała czekoladę, ale wszystko to było zwiewne i lekkie, takie jak kwiaty.

Przy łamaniu okazała się strasznie twarda, jej trzaskanie przypominało huk (wystrzał z armat może od razu, co Kimiko?). Czasem coś się z niej okruszyło, bo była wypełniona drobinkami i kryształkami cukru.
Już mi się to nie spodobało. A szkoda, bo wyglądała jak Idilio Origins, sreberko zaś miała takie samo jak Original Beans, więc w pierwszej chwili przypomniała mi jedne z ukochanych marek. Lśniące w przekroju zło zepsuło dobre wrażenie.
W ustach sama czekolada okazała się idealnie kremowo-gładka, tylko że... no właśnie, jakby po prostu wtopionym cukrem. On trzeszczał / chrupał / skrzypiał - coś pomiędzy, ale i rozpływał się. Nie gryzę czekolad, więc w moim przypadku oparło się to na tej drugiej właściwości. I niestety, dodało to tabliczce wodnistego efektu. Sama w sobie nie była tłusta, pozostawiała tylko gładkie smugi i soczystość, a ten cukier... przeszkadzał i tyle. Ona rozpływała się w średnim tempie, cukier jakby ją pospieszał. Drażnił język i podniebienie swoją obecnością. "Miętowy krokant"? Chyba raczej cukier o smaku mięty.

W smaku już od pierwszej chwili słodycz grała nadrzędną rolę, ale nie była taka silna, a po prostu płynąca z wielu nut.
Szybko ukazała maślany karmel, za którym trochę olejkowy smak mięty nadmienił o swojej obecności.

Maślaność zaprosiła do kompozycji czekoladowość. Ta była bardzo delikatna i leciutko orzechowo-maślana właśnie. Gorzkawość początkowo tak subtelna, że niemal nieuchwytna, wpisała się raczej w palony karmel i karmelowo-orzechowe tony. Kakao i mięta jakby wspierały się w swej delikatnej cierpkawości. W niej też ukryła się soczyście-rześka nuta czerwonych owoców.

Wraz z miętowym cukrem, a więc już po kilku sekundach, nasilał się smak mięty właśnie. Nie był napastliwy, a jak delikatny, hojnie posłodzony napar z mięty. Mięta wyszła tu więc słodko, wciąż do pewnego stopnia olejkowo. Karmelowo-maślany smak dyktował cukierkowość, ale kakao podkreśliło też cierpko-palono-ziołowy smak. Niosło to rześkość i delikatny chłodek, niewątpliwie osłabiające ogólne poczucie słodyczy.

Zza nich popłynęła w drugiej połowie kolejna, lekko owocowa sugestia. Z racji orzeźwienia i wodnistości, właśnie takie owoce to przypominało. Jakieś mdłe gruszki, być może lychee czy melony. Egzotyczne i wręcz mgliste, trochę roślinne. Kwiatowe?

Bliżej końca cierpkawość kakao i ziołowość mięty mieszały się ze sobą, rosnąć. Palony klimat rozpoczęty przez karmel w tym momencie znalazł się przy nich. Gdy trafiły na soczystość, wyłapałam, że owocowe nuty ułożyły się w mglistego grejpfruta.

Pod koniec, jakby obok, nasilała się słodycz miętowa: najbardziej to olejkowa, cierpkawa, ale i ziołowo-"kwiatowa", także cukrowo-miętówkowa. Była lekka, rześka i zestawiona z nagle ziemiście kakaową, soczystą bazą. Wydaje mi się, że to te czerwonawo-cytrusowe tony tak nagle paloność ku ziemistości popchnęły. 

Pozostawiło to słodko-miętowy, rześki posmak. Owoce też gdzieś tam były, nie zabrakło i paloności (mieszanina orzechowo-maślanego kakao, karmelu i ziół). Nie było jednak gorzko, a już na pewno kwaśno. Czułam delikatną, chłodną słodycz zestawioną z ciepłymi nutami.

Całość wyszła bardzo delikatnie, nienachalnie. Smaki wyważone i pasujące do siebie, niczym kółka literacko-dyskusyjne (mogą być fani różnych gatunków, ale wszystkich łączy literatura). Łagodna czekolada, której maślaność, karmel, orzechy i paloność mieszały się ze zwiewną, niemal kwiatową (za słodko-przystępna na ziołowość; zakładam, że płynęła z kakao) miętą, której cukier nadał cukierkowych cech. Ta zwiewność i rześkość współgrały z niejednoznacznymi, rześko-lekkimi, wodnistymi owocami czy zawoalowanymi czerwonymi. Żadnego kwasku, gorzkawość uładzona, za to złożona słodycz. Mi tak ogólnie trochę za słodko było, ale nie mogę powiedzieć, by tabliczka była przesłodzona. Chodzi o to, że to było po prostu głównie słodkie - choć szlachetnie.

Czekolada mogłaby mnie zachwycić, gdyby nie to, że jedzenie jej nie było przyjemne. Od zacnego smaku uwagę odciągała struktura. To było tak subtelne, że potrzebowało większego skupienia się, a nie... Okropne było poczucie, że cukier po prostu nie rozpuścił się. Szorował język i irytował. Nie wiem, może producent uznał, że smak jest na tyle delikatny i nudny, że potrzeba urozmaicenia konsystencji. Ja tam wolałabym móc utonąć w takiej nudzie, pogrążyć się w letargu, niż czuć kryształki cukru na języku i podniebieniu.

Kostkę dałam Mamie, bo opowiadałam jej o tej czekoladzie i trochę nie mogła pojąć mojego problemu. Nienawidzi ciemnej czekolady, ale uległa mi. Posmakowała jej! Doceniła jej łagodny, niegorzki i niekwaśny, a słodki, nie za mocny smak, ale co? "No tak, ten cukier zupełnie niepotrzebny". Dokładnie! Ten "miętowy krokant" tylko wszystko popsuł. Gdyby nie on, na pewno dałabym 9 (kto wie, czy gdyby nie było tak słodko, a bardziej kakaowo, to i do 10 by to nie dobiło?), bo zaburzał i smak (odwracał uwagę od nut), i strukturę (sama czekolada wydaje się cudowna, tak między kryształkami), a do tego odbierał komfort jedzenia. 


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od Czekolady Świata
cena: -
kaloryczność:  560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, krokant miętowy 10% (cukier trzcinowy, naturalny olejek miętowy), pełny cukier trzcinowy, ziarna wanilii