wtorek, 18 lutego 2020

Chateau Winter Spekulatius mleczna z ciastkami korzennymi

Zawsze myślałam, że lubię ciastka korzenne, a czekolady z nimi wydawały mi się atrakcyjne, jednak... Na przełomie 2018/19 odkryłam, że w rzeczywistości chyba właśnie nie. Wprawdzie Scholetta Winter Schokolade a'la Spekulatius czy Dolfin Speculoos mi smakowały, E. Wedel Korzenny Cookie - jak na Wedla też porażką nie był, ale tak naprawdę żadna nie była specjalnie... zjawiskowa. Z kolei jednak Ambiente Truffle Chocolate Con Leche Speculoos czy Lindt Hello Crunchy X-Mas Cherry poważnie mnie rozczarowały. Ogólnie rozczarowaniem okazała się zimowa seria czekolad(ek) Chateau (wprawdzie smaczna Winter Apfel, ale już kiepskie: Winter Kipferl, Winter Mandel) - marki, której ufałam...

Chateau Winter Spekulatius to mleczna czekolada śmietankowa o zawartości 33 % kakao z z kawałkami ciasteczek korzennych (15%); w formie batoników.
Opakowanie zawiera 11 szt. (po ok. 18,2g), czyli 200g.
Edycja limitowana, wyprodukowana przez WIHA GmbH, która pojawiła się w Aldi w listopadzie 2018 r.

Po rozchyleniu papierka poczułam zapach cynamonowej, przeraźliwie cukrowej coli. Sztuczny wydźwięk nie zachęcał do jakiejkolwiek dalszej interakcji, acz nie był paskudny, bo wkomponowany w mocno mleczną czekoladę.

Przy łamaniu czekoladki lekko trzaskały, były dość twarde i wypełnione średniej wielkości okrągłymi kawałkami ciastek koloru pomarańczowo-czekoladowego.
W ustach czekolada rozpływała się błogo-kremowo, aksamitnie zalepiając. Miarowo stawała się tłustą, gęsto-miękką masą. Ujawniała kawałki, które nie rozpływały się, ale chrupały całkiem przyjemnie, mimo kiepskiej struktury. Otóż cechowała je dziwna (acz nie wyjątkowo kamienna, a jakby stwardniała) twardość. Gryzione wydawały się mączno-grudkowe, wlepiające się w zęby.

W smaku czekolada, podobnie jak w zapachu, szarżowała cukrem ze sztucznym motywem coli. Mleko i śmietanka dopływały dopiero po chwili, wybijając się na całkiem przyjemny, głęboki poziom. Bliżej coli plątały się jakby i inne nuty (może coś lekko waniliowego?), jednak ona skutecznie zepsuła resztę. Nadała jej wydźwięku plastiku.

Ciastka wylegające na język w pierwszej chwili wydawały się bez smaku, a po chwili podkreślały cynamonowość. To już nie tyle sztuczność, co cukrowo-cynamonowy smak z nutą coli. Przy rozgryzaniu "obok czekolady" i pod koniec okazały się pikantne i pszenicznie mączne, a zarazem specyficznie tłuszczowe i jakby karmelowe. Wyraziste i kartonowe zarazem. Czuć jakby jakąś bardziej gorzką gałkę muszkatołową i coś korzennie-słodkiego. To bez dwóch zdań ciasteczka korzenne, acz nie pierwszej jakości.
Przy ciastkach czekolada stawała się cukrowym, nijakim tłem.

W posmaku pozostały właśnie średnie, ostrawo-kartonowe ciastka i przecukrzona czekolada. Po zjedzeniu cola wyległa w pełnej okazałości. O ile w trakcie jedzenia można przeżyć, tak ten posmak był okropny.

Całość postrzegam jako definicyjego, nie za drogiego przeciętniaka. Nie ma za co pochwalić, a poszczególne elementy wyszły dokładnie tak, jak po marketowej czekoladzie można się spodziewać.
Robiła nadzieję, że zagra śmietanka i w ogóle... a za chwile cola i cukier wszystko psuły. Ciasteczka... ot, mocno średnie. Chrupnąć w czekoladzie to jeszcze można, ale na pewno nie chciałabym takich osobno. Prawie wszystko trafiło do Mamy, której smakowały. Stwierdziła, że "ciasteczka dobre, czekolada też, ale dziwny posmak po niej zostaje."


ocena: 5/10
kupiłam: Aldi
cena: 6,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g; sztuka - 100 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku 13,5%, miazga kakaowa, mąka pszenna, mleko pełne w proszku 4,7%, produkt z serwatki, tłuszcz palmowy, laktoza, syrop glukozowo-fruktozowy, lecytyna sojowa, przyprawy, sól, substancje spulchniające: wodorowęglan amonu, wodorowęglan sodu; aromat, syrop karmelowy, ekstrakt waniliowy

poniedziałek, 17 lutego 2020

Georgia Ramon Mexico 76 % Soconusco Criollo ciemna z Meksyku

Po Cluizelu Plantation Riachuelo 70 % przypomniała mi się smakowita Mokaya 66 %. Wlazła mi do łba i za nic nie chciała wyjść, a jako że uwielbiana Georgia Ramon ostatnio mi podpadła (70 % Georgia Reaper, której nie dałam rady zjeść), postanowiłam sięgnąć po propozycję tej marki właśnie na meksykańskie kakao. Region ten bowiem wciąż mnie intryguje. Nuty nie dość, że specyficzne, dziwne, to niektóre bardzo, bardzo przeze mnie lubiane.
Jako ciekawostkę dodam, że kakao użyte do produkcji tej czekolady fermentowało 5 i pół dnia (normalnie proces ten trwa ponoć około 5 dni - im dłużej, tym aromaty silniejsze), przy czym ziarna były raz dziennie obracane.

Georgia Ramon Special Edition Mexico 76 % Soconusco Criollo to ciemna czekolada o zawartości 76% kakao criollo z Meksyku z regionu Soconusco.

W pierwszej chwili po otwarciu poczułam pudrowo-słodki zapach czerwonych owoców (pudrowe porzeczki?), który po wyjęciu tabliczki zmieszał się z ciężkimi polnymi kwiatami. Pojawiło się coś wytrawnego, ale neutralnego (a nie gorzkiego, wędzonego czy coś). W pewien sposób było to lekkie (nawet te "ciężkie" kwiaty). Na myśl przyszedł mi dom i meble z jasnego drewna - takie... świeże, nowe.

Na dotyk powiedziałabym, że czekolada będzie raczej tłustawa (może sucho-tłusta?) i zwarta.
Ciemna tabliczka przy łamaniu była twarda i wydawała trzasko-pyknięcia, też kojarzące się z młodym drewnem. Nie zdziwił więc i zwarty, mimo że nieco ziarnisty, przekrój.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, ale ani trochę nie opornie. Wynikało to z jej początkowej twardości. Co więcej, przez gładką tłustość przypominała chłodne masło. Potem miękła, choć zwartość zachowała. Chwilami wydawała się trochę wodnista. Odbioru nie polepszyło nawet wrażenie, że zawiera całkiem sporo drobinek przypraw. Rozpływała się dokładnie tak, jak sugerował przekrój.

Od pierwszej chwili poczułam słodkawy smak o chłodnym wydźwięku. Zawahał się, czy nie pójść w pudrowym kierunku, potem skojarzył mi się z mglistym słodzikiem. Ten zrobił lekką aluzję do kwasku, jakby do pudrowych czerwonych porzeczek (jak z białych Zotterów lub pudrowych cukierków?), ale żadna nuta tego nie podłapała. Moją uwagę przyciągnęło coś innego.

Z głębi czekolady zaczęła płynąć pikanteria. Zawisło realne "zagrożenie", że zaraz z pełną mocą uderzy ostre chili. Kompozycja trochę się ogrzała, niejednoznaczny bukiet przypraw stopniowo, choć powoli podnosił ostrość, ale koniec końców nic mocnego nie uderzyło. Wyrazistość tej pikanterii określiłabym jako stonowaną. Chwilami wydawała mi się wręcz słodko-korzenna albo soczyście papryczkowa, wręcz czerwonoowocowa.

Za nią budowało się drewniano-orzechowe tło. Niegorzkie, raczej dziwnie neutralne i podpinające się pod chłodnawy efekt słodyczy. Do głowy znów przyszło mi jasne drewno (dom i meble z niego). W drugiej połowie rozpływania się kęsa można już mówić o namiastce prawiegorzkawości, wzrosła lekka wytrawność, a ja wyłapałam nutę zielonego groszku. Delikatna pudrowość podszepnęła, że to groszek liofilizowany.

Poczucie liofilizowania i chłodek, a także równolegle rozchodząca się pikanteria bliżej końca ułożyły się w lekką ziołowość. Nie była goryczowata ani mocna... Kojarzyła się trochę z wręcz osaczającymi polnymi kwiatami z nieśmiałą, wiszącą sugestią kwasku (Mama o takich zapachach mówi "trochę kwiaty, trochę siki"). Gdy wróciła nieco osłabiona już ostrość, przyniosła lukrecję.

W posmaku pozostało drewno, bardziej kawowe po tej końcówce, oraz odległa, mglista słodycz. To, jak niegorzkie i niekwaśne to było, zasugerowało mi słodzik. Pozorna mikronutka owoców w zasadzie w ogóle nie dodała owocowości.

Całość, mimo że niezła, jakoś mi nie pasowała. Konsystencja na pewno, mimo że idzie się przyzwyczaić, a wrażenie drobinek przypraw świetnie zgrało się z ich smakiem, ale to jedyny plus. Za tłusta, a w smaku za... nijaka? Chyba tak, bo gorzka prawie wcale nie była. Taka neutralność i dość wysoka pikanteria w sumie nie byłyby złe, gdyby nie to, że reszta nut reprezentowała smaki nie w moim guście (słodzik, pudrowość; groszek - lubię go, ale nie w czekoladzie). Owoce jakby chciały, a nie mogły... Jestem daleka od osądu, że owocowe nuty powinny być w każdej czekoladzie, ale tej by mogły pomóc. Żałuję, że lukrecja jakoś wyraźniej nie zagrała. Wolałabym też więcej kawy niż takie delikatne, acz żywe drewno.

Z In 't Veld Jungle Please 80 % Kakao Mexiko Soconusco łączy ją na pewno bardziej neutralność niż gorzkość, ale smak tamtej budowały też nibsy. Michel Cluizel Mokaya 66 % i jej ogrom przypraw (w tym wyrazista lukrecja), kawa, owoce (winogrona, wiśnie i wiele innych) wciąż przewodzi. Georgia cała jakby chciała, a nie mogła.


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 16 lutego 2020

Zotter Labooko Single Schoko zum Weisswein / Chocolate for White Wines biała z karmelem, ananasem i papryką

Nie lubię białego wina, raczej nie lubię białej czekolady, ale w zakupowym szale, kiedy to zamówiłam prawie wszystkie nowości Zottera, i na tę się zdecydowałam (bo głupio spróbować tylko Labooko for Red Wines). Gramatura mała (bo to z linii pojedynczych Labooko), więc uznałam, że warto sprawdzić, jak też Zotter widzi białe wino w formie tabliczki. Jak tak zerknęłam, przywiodła mi na myśl Sauvignon Blanc (With Paprika And Pineapple) i Labooko Apple and Sea Buckthorn with Vanilla, ale i tak nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Zotter Labooko Single Schoko zum Weisswein / Chocolate for White Wines to biała czekolada z wmieszaną czekoladą białą karmelową (30%), czekoladą białą ananasową (25%) i sproszkowaną papryką (0,4%).

Przy pierwszym wdechu aż nie wiedziałam, jak określić znajomy zapach, jaki poczułam. Po chwili zaskoczył zapieczony ser (na jakimś makaronowym daniu - może pomidorowym, z czymś podwędzanym?) i/ lub "sos słodko-kwaśny" (jako jakiś bliżej nieokreślony twór - co często robią jakieś "kurczak / cokolwiek w sosie..."), a więc dość wytrawny twór z mocno soczystą bazą. Ananasa czuć wyraźnie, chwilami zdecydowanie dominował. Otaczała go pewna ciężkość. Początkowo myślałam o wędzeniu / pieczeniu (bo sos?), ale po chwili ogarnęłam się, że to jednak maślaność. Dużo maślaności. Maślaności białej czekolady...? Bardzo słodkiej w gruncie rzeczy, od silnej wanilii. Jednocześnie wszystko to nie obeszło się bez pudrowego echa. Dziwny zapach, tu i ówdzie apetyczny, ale nie wiem, czy taki zachęcający.

W dotyku tabliczka koloru brzoskwiniowego wydawała się sucho-tłustym ulepkiem, ale już przy łamaniu trzaskała z racji twardości.
Czekolada potrzebowała dwóch-trzech sekund, by zacząć rozpływać się kremowo-tłusto. Wydawało się, że kolejne soczyste smugi jakby "opadają" niczym aksamitny materiał z coraz bardziej mięknącej masy. Była aksamitna, acz z drobinkami.

W trakcie robienia kęsa poczułam pudrowość i nutę soczystego, słodkiego ananasa, które splatały się ze sobą za sprawą wanilii. Już po chwili wanilia zalewała usta, narzucając wysoką słodycz...

...kompozycji mocno maślanej. Maślaność ta mieszała się z mlecznym, pełnym smakiem, który po chwili przywiódł mi na myśl skondensowane, bardzo słodkie karmelowe mleko z tubki. Silna, niemal podrapująca w gardle słodycz waniliowo-karmelowa zyskała dodatkową głębię dzięki cynamonowi, który szybko zaznaczył się w tle. Wszystko to było ciężkie i lekko przytłaczające.

Cynamon nadał charakteru, dzięki któremu karmel wyszedł bardziej palono-podwędzany. Mniej więcej w połowie czekolada dochodziła do smaku bardziej związanego z zapachem. Pełnotłuste nuty podszepnęły mi pieczony ser. Zaznaczyła się przy nim jednak też bardziej rześka, egzotyczna nuta. Powiązana ze słodyczą, lekko pudrowa i "cytrusowa na słodko". Po chwili zrobiła się wyraźnie ananasowa. Wprawdzie bez kwasku, ale zadowalająco soczysta. Ananas mniej więcej w połowie zdawał się być jedną z istotniejszych nut.

W tej soczystości, słodyczy i z nieco rozgrzewającym efektem cynamonu, ujawniała się lekka nuta papryki. Nie wiem dlaczego, pomyślałam o słodkich pomidorach.

W posmaku pozostał delikatny ananas słodki, acz  podkreślony bardziej cytrusowym kwaskiem, dużo maślaności i ogólna, karmelowa słodycz, dość ciężka. Słodycz trwała jakby obok, pozwalając ananasowi i papryce na zbliżenie na tłustym tle, co skojarzyło się z lekką cierpkością.

Muszę przyznać, że to udana tabliczka. Nie wiem, czy nawet nie ciekawsza i bardziej kojarząca się z białym winem niż wersja dla czerwonego. Połączenie smakowitej, ale nie przesadzonej wytrawności i naprawdę dobrej, białej czekolady dobrze wykonano. Maślaność nawet mnie nie raziła, bo zapewniała spójność. Jak dla mnie za słodko, a i mogła by być jeszcze bardziej ananasowa czy cierpkawa (jak wytrawne, a nie słodkie białe), ale... Myślę, że wielu zachwyci swą... błogością i miękkością, które były ciężkie w pozytywnym sensie.
Nie ukrywam, że mnie znudziła i w sumie już po większej połowie uznałam, że wolę zostać z miłym wspomnieniem, bo zamysł mi się podoba. Wykonanie też przednie (acz mam swoje "ale").
Myślałam, że może Mama skończy, ale spróbowała i stwierdziła, że mimo że jest zaskoczona, iż tak wyraźnie czuć ananasa, że bardzo dobra ("coś ci w nie nie pasuje?!" - do mnie), przyznała, że rzeczywiście jest w niej coś serowego, to jednak jej za mało słodka była (o, kosmosie!) i narzekała na wyczuwalną paprykę ("zupełnie niepotrzebna!" - z czym ja oczywiście się nie zgadzam).


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 8 zł
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), odtłuszczone mleko w proszku, suszony ananas, sproszkowana papryka, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, sól, proszek cytrynowy (skoncentrowany sok cytrynowy, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon

sobota, 15 lutego 2020

Lindt 70 % Edelbitter Mousse Minze ciemna z nadzieniem miętowym i mousse'em z ciemnej czekolady

Do czerwca 2019 (czyli czasu otwarcia dziś publikowanej) żadna interesująca mnie linia czekolad nie wyszła. Wynikało to też pewnie stąd, że przed latem próbowałam uzbierane po różnych sklepach w dużej mierze pod Mamę. Taki system miałyśmy: otwierałam, degustowałam sobie, jak mi posmakowało - szło do mnie; jak nie - do niej. Przeważnie większość zjadała Mama, a ja utwierdziłam się w przekonaniu, że jednak od czekolady to ja czekoladowości oczekuję. Nie chodzi mi o samą zawartość kakao, ale też o odczuwalną czekoladowość. Słodką mleczną z nugatem mogę uznać za czekoladę, ale twór którego nadzienie o smaku cukrowo-jakimś zabija czekoladowy wierzch mnie nie interesuje. Lindt w wakacje całkiem sporą serię nowości (dostępnych w Niemczech), ale... większość była w bieli, w tym np. kawowa. To doskonałe przykłady takich nie dla mnie. Kupiłam jednak dwie ciemne Creation, bo ciemną część tej linii lubię i te wydały mi się ciekawe, dobre na lato właśnie. Według mnie bowiem to ciemna jest świetna na lato. Białe słodko-tłuste? Toż to jest ciężkie... Gadu, gadu, a przecież dzisiaj przedstawiana nie ma z nimi nic wspólnego. O co chodzi? Właśnie o to. Ten Lindt jakoś mi tak zaległ z poprzednich zakupów.

Lindt 70 % Edelbitter Mousse Minze to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z ciemnoczekoladowym mousse'em (26%) oraz kremem miętowym (15%).

Po otwarciu poczułam głównie zapach smakowitej mięty, łączącej w sobie goryczkowatość ziół i aromatu oraz słodycz wręcz pudrową, kojarzącą się z lukrem. Dzięki palonej, wręcz kawowej czekoladzie wycofanej daleko na tyły, na myśl przyszedł mi likier. Niewątpliwym plusem było, że zapach był wyrazisty, ale nienachalny.

Konkretna tabliczka lekko trzaskała. Twarde były bowiem jedynie grube warstwy czekolady, skrywające na oko równe, oszczędne warstwy nadzień. Potem okazało się, że mousse dokładnie wypełniał spód każdej kostki, zaś miętowy krem kumulował się na środku (w wypukłym wierzchu).
Całość była dość zwarto-lepiąca, więc trudna do rozdzielenia nawet nożem.
Zielonkawy, trochę jakby fluorescencyjny krem na wierzchu lekko się lepił. Był plastyczny i mazisty.
Cienka warstwa mousse'u miała dużo bąbelków, nie maział się, więc wszystko wyglądało dobrze.
W ustach czekolada rozpływała się leniwie i kremowo, przy czym bardzo szybko robiła się miękka. Zalepiała usta, nie będąc przy tym za tłustym ulepkiem. Pozwoliło to na wyciśnięcie się miękkiego, wilgotnego nadzienia miętowego. Było gładkim, lekko tłustawym kremem, ani trochę nie kojarzącym się z lukrem (a tego się obawiałam).
Mousse zaskoczył mnie, że mimo tłustości, sprawiał wrażenie lekkiego, jednocześnie w całości zbliżony do czekolady. Jakby lekko tylko roztrzepanej, tłustszo-rzadszej.

W smaku czekolada przywitała mnie przyjemną cierpkością i silną słodyczą. Obie miały odważnie palony wydźwięk, a i o skojarzenie z kawą łatwo. Szybko okazało się, że odrobinę przesiąkła miętą. Przekierowało to skojarzenia w chłodniejszym, trochę likierowym kierunku.

Miętowe nadzienie przebijało się bardzo szybko, ale początkowo jedynie pobrzmiewało goryczkowato-słodką miętą.

W tym czasie mousse mieszał się z czekoladą nieco rozrzedzając, łagodząc jej smak. Otóż był wręcz cukrowo-słodki, przy czym doszukałam się odległego, chłodzącego efektu mięty, którą lekko przesiąkł. Sam jednak okazał się wyrazisty w smaku, acz nieco... wyraźnie mdławy. Dodając pylistej cierpkości, goryczki kakao, równocześnie wprowadził silną maślaność. Wydał mi się maślano-wodnisty w smaku, ale wpisujący się w ciemnoczekoladowość. Ustatkował się, dołączając do czekoladowego tła.

Po łagodnym, maślanym mousse'ie zadebiutowało nadzienie górne. Mniej więcej w połowie za jego sprawą do kompozycji dołączyła... śmietanka, po czym mleczność drastycznie wzrosła. Oczywiście pojawiła się też mięta - subtelna jednak. Podbijała chłodzący efekt. Sprawiła, że całość przywodziła na myśl lody. Sama, początkowo w wydaniu bardziej ziołowo-słodkim, pozwoliła jednak działać też innym smakom. Mleczno-maślany duet podniósł słodycz do poziomu przesady, acz jednocześnie sprawił, że... pasowała. Chwilami wydawało mi się to wręcz cukrowo-pudrowe, ale w drugiej połowie także smak mięty zaczął rosnąć. Odgonił mdławe sugestie, wkraczając bardziej jako cukrowo-słodka mięta z pogranicza aromatu a naturalnych ziół. Słodycz rosła wraz ze śmietankową nutą i cierpkością kakao.

Końcówka była chłodno-cukrowa i trochę mdła, a jednocześnie smakowicie cierpka dzięki kakao i mięcie.

W posmaku pozostała mięta z aromatu oraz cierpkość kakao i paloności / ziołowości, odlegle kojarząca się z likierem. Na ustach z kolei czułam trochę tłuszczu, ale że i ogromne ochłodzenie... czułam się jak po ciężkich lodach.

Całość wyszła... łagodnie i cukrowo, acz spójnie i harmonijnie. To zrobione na śmietance lody kakaowe z miętą w formie tabliczki. Przyjemnie schładzała, nie była bardzo ciężka, mimo że mousse to po prostu przypominający tłusto-rzadszą czekoladę krem. W smaku zacny, mimo że za cukrowy (jak i całość). Początkowo miałam wątpliwości co do jego maślaności, ale zapewniła doskonałą harmonię między ciemną czekoladą, a mleczno-śmietankowym kremem miętowym. Nie ukrywam, że zaskoczył mnie swoim smakiem, tym jak delikatnie podał miętę, ale ładnie ją wyeksponował. Nie była wiodącym smakiem, acz od początku do końca była, sporo wnosząc.
Ja się tym trochę za bardzo zasłodziłam i zalepiłam, ale w sumie... zrobiłam to z przyjemnością.
Zaskoczył mnie też... aż tak dobry skład. Rzadko się zdarza, by miętowe nadzienia nie zawierały badziewia.
Lepsza od Creation Menthe Frappe / Refreshing Mint Dark (mimo że wersja "chłodzona" zgodnie z zaleceniem producenta też ma 8) i zdecydowanie spójniejsza i bardziej moja niż Creation Dark Chocolate Sublime Mint. Wreszcie mam swoje 70 %, o którym tak przy obu podlinkowanych pisałam.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł (około, nie pamiętam)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, masło klarowane, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, śmietanka w proszku, lecytyna sojowa, wanilia, olejek z mięty pieprzowej

piątek, 14 lutego 2020

lody Ben & Jerry's Love Is...Topped

Nie lubię słodkich ulepków. Koloru różowego od dziecka nie trawię*, ale... jestem dziwadłem i wiem to nie od dziś. Tak jak czasem lubię rzeczy podchodzące pod kicz, to i np. coś różowego mogę uznać za tak wręcz groteskowe, że aż fajne. Zdarza się, że strzela mi coś do łba, by spróbować coś zupełnie nie w moim stylu albo sprawdzić coś... tak po prostu. Walentynki? Tylko takie, powtarzając za Marilynem Mansonem, w cieniu Doliny Śmierci. Czy zabójcze dla mnie miały okazać się dzisiaj prezentowane lody? Nie ukrywam, że w kolejce specjalnie czekały właśnie na ten dzień. Ja czekałam z ironicznym uśmiechem. Ktoś mógłby się zdziwić, po co w ogóle wydałam na nie kasę, skoro składają się ze wszystkiego, czego nie lubię... Kierowałam się tym, ze zupełnie nie w moim stylu Birthday Cake w jakiś dziwny sposób... były smaczne, mimo że z nutą obrzydliwości.
Dzisiejsze, wydaje mi się, wpisują się w jakiś tam amerykański kanon. Wydaje mi się, że akurat do masła i przesadzania z cukrem brązowym mają słabość. Robienie rzeczy o smaku brązowego cukru wydaje mi się niedorzeczne, ale cóż... Chyba nie tylko mi, skoro i tłumaczenie na polski opisu tych lodów jest dziwne. Stworzyłam własny, by jakoś brzmiało, ponieważ brązowy cukier tak trochę karmelowo smakuje, a i mniej więcej tak je odebrałam, ale... widzi mi się to jako po prostu to, co Amerykanie lubią najbardziej: masło i cukier. W oryginalne brzmi to: "Buttery brown sugar ice cream with pink salted caramel cups, a cookie swirl, a pink topping, and pink chunks".
*Uogólniam, często półżartem. Są i całkiem w porządku odcienie - kolor jak wszystkie inne.

Ben & Jerry's Love Is...Topped to lody o smaku maślano-karmelowym z brązowym cukrem ("buttery brown sugar ice cream"), z różowymi czekoladkami nadziewanymi solonym karmelem oraz z  masą ciasteczkową, przykryte różową polewą z różowymi kawałkami.

Po otwarciu w zasadzie nic nie poczułam, ale wiadomo - zamrożone czekolady / polewy rzadko kiedy pachną (chyba?). Dopiero w trakcie jedzenia poczułam silną, wręcz cukrową słodycz mdło-śmietankowych lodów z tanią, karmelowo-maślaną nutą.

Ze zdziwieniem odkryłam, że polewa na wierzchu, mimo iż twarda, z kamieniem nie miała nic wspólnego i po ludzku dało się ją rozłupać. Rozpływała się po dłuższym czasie oraz oczywiście w ustach, robiąc to w sposób gęsto-zalepiający, kremowo-gładki jak... nadzwyczajnie zalepiająco-ciągnąca, tłusta biała polewowa czekolada. Tłustość tego czegoś porażała.
Wtopiono w nią "chunks" (czekoladko-kawałki?) w kształcie serduszek. Były jednolite, bez nadzienia. W zasadzie wydały mi się podobne do tejże polewy / czekolady. Niczym pseudoczekolada zmieniająca się w krem z tłuszczu, nie zaś kamień.
W masie ukryto posiekane i całe czekoladki-babeczki (również koloru różowego) z płynnym, lejąco-ciągnącym karmelem wewnątrz. Były inne niż np. w Caramel Chew Chew. Ich wierzch to też ta wyżej opisana polewa, ale w ich przypadku znośniejsza, a karmel... ślisko-lepiący i zupełnie jak niemrożony. Nie pożałowano ich, ale karmelu wewnątrz już tak.
Masę lodową przeplatała rozmieszana masa ciasteczkowa. Nazwano to "swirl", acz według mnie to po prostu skupiska, z czego niektóre bardzo rozlazłe, w efekcie czego w pudle znalazło się sporo kawałeczków-okruszków ciastek luzem. Odebrałam je jako już na starcie zawilgocone, a więc wilgotne i miękkie. Próbowały chrupać, ale raczej rozpływały się w ustach. Robiły to "na grudki", trochę mącznie. Tego dano raczej średnio dużo, nierównomiernie.
Wreszcie sama masa... Nie podobała mi się jej struktura. Okazała się bowiem twardawa, trochę gęsto-kremowa. Czuć w niej silną wodnistość. Mimo że rozpływała się powoli, pozostawała zbita, przy czym ujawniała tłustość masła i śmietanki, a i tak opływała wodą. Jakby sama się rozrzedzała, co nie było przyjemne. Sprawiło jednak, że także dodatki szybciej wilgotniały i miękły.
Ogół cechowała miękkość i lepiszczość właśnie. Ja przypisałabym im jeszcze ciężkość, kremową tłustość. Mi zupełnie się to nie podobało i nie mogę uwierzyć, by komukolwiek mogło. Polewę i wszelkie serduszka / kawałki uważam za tak podłe, że cały wierzch skończył w śmieciach.

Różowa polewo-czekolada (zarówno ta jako wierzch, serduszka, jak i "skorupka" babeczek) porażała wysoką, cukrową słodyczą. Kawałek wzięty do ust w zasadzie zaczynał przez nią drapać w gardle już po paru sekundach, równocześnie gdy w ustach roztaczał smak mleczno-maślanej białej... polewy. Parszywej, taniej polewy białej, która z białą czekoladą... to chyba tylko taką z najniższej półki miała coś wspólnego. Smakowała cukrowo, a tłuszczowa polewowość waliła taniością, że omijałam ją, jak tylko się dało. I tu ucieszyłam się, że babeczki były posiekane.

Otóż czekoladki z karmelem, oprócz ohydnego wierzchu zawierały cukrowy, maślany karmel, który też mordował cukrem, ale z wyraźną nutką soli. Nie była nachalna (chyba dodatkowo podkreślała cukrowość), ale wyczuwalna, co do tej kompozycji wyjątkowo pasowało. Było tego, tak ogółem (pomijając, że samego karmelu w czekoladkach mało), tak mało, że niestety... nikły. A mogłyby pomóc...

Ciasteczkowe drobinko-skupiska z kolei zatracały się poprzez swój w gruncie rzeczy nijaki smak. Głównie mączne i pudrowo słodkie. Trochę kartonowe, trochę "palonocukrowe" (kojarzyły mi się z ciastkami korzennymi bez przypraw korzennych). Ciastkowe, ale bez charakteru, mdłe.

I po tych wszystkich dodatkach przechodzimy do bazy: samej masy lodowej. Niezależnie, czy próbowana przed, jedzona razem z nimi, czy po dodatkach, wydała mi się nijaka. Szarżowała przede wszystkim przesadzoną słodyczą cukru. Czy to obiecany brązowy cukier? Nie powiedziałabym. Zabójczo to słodkie i tyle.
Wyraźnie czuć też... masło. Maślana jak maślano-mleczne, mdłe ciasteczka (z cukrem?). To, że zrobiono je między innymi na bazie śmietanki przez maślaność uszło uwadze. Można to uznać jako plus, bo czuć obiecany smak (mi jednak wyjątkowo nie odpowiadał). Za maślanością jednak szerzył się znaczący, mdły, rozwodniony posmak. To dodatkowo spłyciło bazę i uwypukliło słodycz. Maślano-cukrowo-rozwodniona? Taak, a przez co bez charakteru.

Całość wyszła nijako, tanio i niesmacznie. Mam wrażenie, że zrobiono te lody, aby tylko wyglądały, jak się producentowi zamarzyło. Wszystko zasładzało, że w głowie się nie mieści. Biała polewa była po prostu okrutna: cukrowo-tłuszczowa. Karmel akurat wyszedł nieźle, ale nie odegrał istotnej roli. Ciastka... ot, były, też nie najlepsze. Cukrowo-maślane lody nie wyszły toffi / karmelowo (co w sumie mnie zaskoczyło, bo tego można by się spodziewać). Wyraźnie czuć w nich maślaność (obiektywnie to plus), ale też i taką ilość cukru, że nie da się ich jeść (zwłaszcza, że jem lody bardzo topiące się, więc odczuwalność słodyczy wtedy rośnie). W dodatku wyraźnie czuć wodę (a wraz z jedzeniem coraz bardziej).

Rzeczywiście maślano-cukrowe (chociaż jak robią taki smak to uważam, że powinny być posłodzone tylko brązowym, bo tak go nie czuć przez ilość białego) i w sumie za to trudno je winić (tytuł), ale zrobione byle jak, po jakości pojechali. Mocno przeciętne lody, które w dodatku były wszystkim tym, czego nie lubię.
Za subiektywne odczucia nie winię, ale wychodzę z założenia, że wszystko dobrze zrobione może mi posmakować (dobrym przykładem są wyjątkowo nie w moim stylu Birthday Cake). Te nie posmakowały. Smakowej taniości nie lubię i nie polecam. Niewiele ich zjadłam, resztę oddałam Mamie, która lubi bardzo-bardzo słodkie lody (uwielbia wszelkie lidlowe i Grycan!), a tłustość jej nie straszna. Smak i konsystencja różowej polewy wystraszyły ją tak, jak mnie. Zgodziła się, że ciastka właściwie żadnej roli nie odegrały. Całość odebrała lepiej niż ja, a babeczki z karmelem ją zachwyciły. O samych lodach: "jak takie zwykłe tanie lody, co ja kupuję po 10 złotych, na lody za tyle to by niezłe były".


 ocena: 3/10
kupiłam: Carrefour
cena: 24,99 zł (za 500 ml)
kaloryczność: 300 kcal / 100 g; 273 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: woda, śmietanka (21%), cukier, mleko zagęszczone odtłuszczone, oleje roślinne (rzepakowy, kokosowy, sojowy), mleko pełne w proszku, żółtko jaja, cukier puder, skrobia, cukier brązowy 0,9%, syrop glukozowy, mąka pszenna, pełnoziarnista mąka pszenna, masło, śmietanka w proszku, mleko słodzone zagęszczone odtłuszczone, sól, lecytyny sojowe, tłuszcz mleczny, zagęszczony sok z buraka czerwonego, melasa, stabilizatory (guma guar, karagen), naturalny aromat waniliowy, substancja spulchniająca (węglany sodu), miód

czwartek, 13 lutego 2020

Scholetta Raspberry Yoghurt mleczna z nadzieniem jogurtowo-malinowym z kawałkami malin

Zakończenie serii tej tabliczką jest przypadkiem. Tamte musiały mieć swoją kolejność, a ta została. Poważnie zaczęłam wątpić w jakość i smak proponowane przez tę markę, ale wciąż było to połączenie, które mogło trafić w mój gust.

Scholetta Raspberry Yoghurt in finest milk chocolate with a delicious yoghurt filling to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z "nadzieniem jogurtowo-malinowym", które stanowi 38 % i jest dokładniej: kremem jogurtowo-malinowym z kawałkami malinowymi.

Po otwarciu poczułam silny zapach mleka w proszku i słabszy, acz wciąż wyraźny - malin. W dużej mierze pudrowe (częściowo przez mleczność), ogółem zaś łagodne i słodziutkie. Kwasku nie czuć, sztuczność minimalnie, a słodką czekoladę daleko w tle

Przy łamaniu tabliczka wykazywała twardawość za sprawą grubych warstw samej czekolady. Pozornie kruchawa, przy wgryzaniu się w kostkę okazała się miękkawa. Otóż nadzienie było bardzo miękkie, plastyczne i oleiście-maziste, pełne czerwono-białych drobinek (jak się okazało, głównie pestek).
Czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, stając się gęsto-gładkim, zalepiającym bagienko-kremem.
Nadzienie wyciskało się spod niej szybko i tak też się rozpływało, zalepiając przy tym niemiłosiernie w mniej miły sposób. Cechowała je margarynowo-oleista miękkość, minimalna soczysto-wodnistość, ale i straszliwa proszkowość / pyłkowość.
Kawałki trochę się rozpuszczały, trochę pochrupywały. Wydawało mi się, że to głównie pestki.
Całość zalepiała i oleiście zatłuszczała, szybko znikając.

W smaku czekolada rozpoczęła występ cukrem i mlekiem, do których zaraz dołączyła nuta plastiku. Podkreśliła, że to mleko w proszku przewodzi, ale z czasem smakowita śmietanka osłabiła jego wyczuwalność. Cukier z powodzeniem walczył o swoje.

Nadzienie nasiliło przede wszystkim smak mleczny, w którym doszukałam się nuty tego w proszku. Cukier i pewna mdłość nie pozostały bierne, acz to właśnie dzięki pustemu polu do manewru (jakie utworzyły) wyłoniła się lekka, cukierkowo-pudrowa nuta malin. Były to delikatne mydlano-sztucznawe maliny, trochę jak jakaś guma rozpuszczalna, ale ogólnie minimalnie wyczuwalne jako przygłuszony motyw.

W miejsce tego łagodnego, nijakiego zbiorowisko mniej więcej w połowie wszedł kwaskawy jogurt. Mieszał się z ogromem cukru, ale był wyraźnie wyczuwalny. W zasadzie... przez pewien czas dominował, by potem osłabnąć.

Bliżej końca, gdy językiem zaczęłam trafiać na kawałki dodatku, podkreślił naturalniejsze, suszone maliny. Od kawałków właśnie ich kwaskawy smak się rozchodził. Malina nagle wzrosła, jednak tylko na chwilę, bo potem znów kwaskawość stała się bardziej jogurtowa. Ostała się jednak sztuczna pudrowość malin (nie tyle same maliny).

Po wszystkim pozostało przesłodzenie. Mimo to, posmak należał zarówno do jogurtowej kwasowości, malinowej mydlanej gumy, jak i do nutki naturalnych, kwaśnych malin. Czułam też całkiem przyjemną, niemal śmietankową czekoladę, ale i i nijaką tłuszczowość - znów nakręcającą pudrowość. Może nie paląco-chemiczne, ale nieprzyjemne. Przerysowane, sztuczne, a jednocześnie w irytujący sposób wyciszone.

Całość uważam za złą, za jedynie cień dobrej tabliczki. Sama czekolada znośna, mimo że i jej nie ominęły nieprzyjemne posmaki. Nadzienie  to już porażka.
Wprawdzie czuć jogurt, ale przytłumiony (o wiele mniej wyrazisty niż w wersji truskawkowej). Malin prawie nie czułam (a wyczuwalne sugestie mydlano-pudrowe i kwaśno-suszone miłe nie były), za to ich pestki... aż nadto. Słodycz, nijakość, mleko w proszku... Nawet jogurt i śmietanka nie pomogły. A pod względem struktury to okropna miękka muziaja, która zalepiała nieprzyjemnie, atakując jeszcze prochowością i potwornymi pestkami. Na szczęście nie była wyjątkowo tłusto-ciężka, mimo że oleistość pokryła usta.

Truskawkowo-jogurtowa przynajmniej była całkiem przyjemnie jogurtowa i nie zawierała pestek. Ta... nawet jogurtowa była mniej, a o owocowości nie mówię. Już jak dali pestki, to naprawdę mogliby zrobić ją bardziej malinową... A że im się nie sproszkowały? Zdecydowanie wolę cukierkowo-gumową, za mało jogurtową Terravitę, która przynajmniej nie miała pestek, a jej konsystencja była spójniejsza. Też miękko-ulepkowata, ale w kremowy, jakby uzasadniony sposób.
Większość oddałam Mamie. Jej też nie smakowała, w ogóle najpierw myślała, że to kolejna truskawkowa. A komentarz? "No jogurt jakiś tam czuć... Nie chce mi się jej jeść." Marnie dziadostwo skończyło.


ocena: 3/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,99 zł
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczony jogurt w proszku 6,6%, dekstroza, olej słonecznikowy, laktoza, proszek malinowy 0,6%, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, śmietanka w proszku, pasta z orzechów laskowych, barwnik (czerwień buraczana), naturalny aromat, ekstrakt wanilii, sól, regulator kwasowości: kwas cytrynowy

wtorek, 11 lutego 2020

Michel Cluizel Plantation Riachuelo Milk 51 % Bresil mleczna z Brazylii

Nie bardzo widzę sens kupowania czekolad mlecznych z wyższej półki. Do mlecznych pałam o wiele mniejszych entuzjazmem niż do ciemnych, a i w większości nie są zbyt charakterystyczne, toteż szkoda mi na nie kasy. Czasem jednak lubię zestawić ciemną z mlecznym odpowiednikiem. Niestety w tym przypadku po zjedzeniu ciemnej, miałam mieszane uczucia. Niektóre jej nuty bowiem spokojnie mogłyby pochodzić właśnie z mlecznej, ale... już same w sobie. Jeszcze silniejsza słodycz i mniej kakao? Trochę nie wiedziałam, w jakim kierunku to pójdzie.

Michel Cluizel Plantation Riachuelo Milk 51 % Bresil to mleczna czekolada o zawartości 51 % kakao z Brazylii z plantacji Riachuelo ze stanu Bahia.

Zabrawszy się za sreberko, poczułam intensywny, ciepło-słodki zapach lekko palonego karmelu, może raczej karmelków, oraz hybrydy orzechów z sianem. Gdy jednak zbliżyłam się do tabliczki, poczułam się, jakbym wąchała watę cukrową. I to była wiodąca nuta. Wszystko opływało mleko, co wyłoniło delikatnego kokosa / mleczko kokosowe. Klimat był rześki, a lekki konkret z tła podpowiadał drewno... Jak zapach waty cukrowej na drewnianym patyczku. Już takiej w większości zjedzonej i... i właśnie ten drewniany patyczek.

Tabliczka w dotyku była tłusta i wyglądała mi na lepiącą. Łamała się z łatwością, cicho ujawniając proszkowo-ziarnisty przekrój.
Robiąc kęs czułam się, jakbym wgryzała się w taflę tłuszczu.
W ustach nie stawiała oporu, rozpływała się wolno i idealnie (szokująco wręcz) gładko, zdecydowanie za tłusto jak śmietankowo-margarynowy lód na patyku. Robiła to bardzo, bardzo powoli, zalepiając tłustą zawiesiną.

Od pierwszego kęsa czułam chłodną, mglistą słodycz podbudowaną chłodną tłustością, które odlegle kojarzyły mi się z łagodnym mleczkiem / śmietanką kokosową. Słodycz wydała mi się zaskakująco niska. Lekki, goryczkowato-palony karmel puścił przodem tłuszczowość.

Właśnie taka nijaka tłustość w smaku rozeszła się bardzo szybko i przez pewien smak nawet nie umiałam jej nazwać. W dużej mierze maślana, ale też trochę jak jakieś mleczko kokosowe (ale wyjątkowo mdłe) albo owcze (takie... orzechowo-siankowe?). Maślano-mleczna tłuszczowość wciągnęła w swoją toń słodycz, układając się w smak bardzo, bardzo maślanych karmelków. Przy drugiej kostce mniej więcej w połowie kompozycja zrobiła się chwilowo bardziej mleczna. Potem znów pomyślałam o jasnym, nieśmiałym drewnie, takim jakimś patyczku.

Wzmocniona tłustością słodycz w drugiej połowie rosła. Delikatne mleko i wanilia trochę odciągały ją od karmelków i spychały ku wacie cukrowej. Aż mnie zadrapało w gardle, choć wcale nie było to przesłodzone. To raczej połączenie nijakiej tłustości i słodycz. I nic poza tym...

...Aż do momentu, gdy kawałek z ust prawie zniknął. Wtedy ta patyczkowa drewnianość wydała mi się bardziej orzechowa czy jak orzech kokosowy (palony kokos?). Pojawiła się gorzkość orzechów (laskowych?) ze skórkami. Wzrosła, przełamując wszystko inne. Zalała usta, by...

Nagle znów to silna słodycz uderzyła i zniknęła. I słodycz, i czekolada.

Pozostał po niej goryczkowaty, lekko sucho-ściągający posmak. Gorzkość palonego karmelo-toffi, pylistego kakao, orzechów w palonym klimacie, które odłączyły się od słodyczy. Trochę jak po nijakiej ciemnej czekoladzie.

Całość zupełnie mi nie odpowiadała. Wydawała się zrobiona z tłuszczu kakaowego. Przy takiej ilości tłustego mleka, osobiście dałabym w ogóle samą miazgę. Niska słodycz nie przełożyła się na wyjątkową gorzkość - przez większość czasu jej nie było. Dopiero pod koniec pojawiły się przyjemniejsze, gorzkawe orzechowo-drewniane nuty, ale to nic nie dało, bo już i tak obrzydziła mnie cała ta tłuszczowość. Tłusto, słodko i jakby nic innego. Pełne mleko wiele tu zrobiło i nie, nie podobało mi się to. Nie zmogłam więcej niż dwie kostki i trochę dałam Mamie. Nie smakowała jej. Początkowo nie mogła uwierzyć, że to zwykła mleczna, bo czuła głównie "maślaność i pod koniec jakąś gorzkość, jak po ciemnej czekoladzie", a całość podpadła jej tym, że "ona jakby słodka w ogóle nie jest. W sumie to jest żadna, tłusta tylko, ale przyjemny taki rześki posmak po niej zostaje".
Uważam, że to czekolada zupełnie bez wyrazu, zła, choć uwierzę, że osoby lubiące tłuste mleko, zakochają się w niej - ja nie bez powodu kupuję mleko 2 %, a takie ze wsi od krowy wydaje mi się obrzydliwe i tłuste nie do przebrnięcia.

Wydała mi się jeszcze tłustsza i bardziej miękka (od mleka?) niż Bonnat Asfarth 65 % Milk.

Z ciemną łączą ją na pewno drewno i orzechy, choć ciemna to raczej drzewa, gorzkawe orzechy i migdały, a mleczna drewno i orzechowość. Poszłabym jednak dalej, bo nuty mocno pieczonych wafli z ciemnej połączyłabym z nutami patyczka waty cukrowej mlecznej. Maślaność i śmietanka się zgadzają, choć w mlecznej oczywiście zintensyfikowane. Co ciekawe, słodycz mlecznej wcale nie wydawała się dużo wyższa. Po prostu została jakby pozostawiona sama sobie, bo w ciemnej towarzyszyły jej kwaskawe, intrygujące owoce.

Daleko jej do smacznego Cluizela Mangaro Milk 50 %. W tamtej mleko wydawało się dodatkiem do kakao, nie odwrotnie i przełożyło się to na nuty i charakter. Mimo że i tamta była maślana, smakowała tak, że i ja miło ją wspominam.
Przy (najlepszej spośród mlecznych z Brazylii) Akesson's 55 % Brazil Fazenda Sempre Firme Dark Milk Chocolate to już w ogóle wyszła słabo. Niska słodycz tamtej nie została bowiem otoczona maślanością, a kakao i mlekiem w proporcjach takich, że po prostu mleko dołączyło do wyrazistych nut kakao.


ocena: 5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21,99 zł (za 70 g)
kaloryczność: 611 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: pełne mleko w proszku, kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, wanilia

poniedziałek, 10 lutego 2020

Terravita Jogurtowo-Malinowa mleczna z nadzieniem jogurtowo-malinowym

Połączenie truskawka-jogurt wydaje mi się o wiele bardziej pospolite niż malina-jogurt, ale pewna nie jestem (nie rozglądam się za takimi rzeczami). Śmiało mogę za to powiedzieć, że mi wydaje się smakowitsze. Uwielbiam słodkie maliny, ale... świeże owoce nawet w sezonie prawie zawsze trafiają mi się kwaśne (i nie, nie chodzi mi o te marketowe sprowadzane, a ze straganów / bazarków) i mają irytujące pestki. Żeby było śmieszniej, kwaśne maliny postrzegam jako kiepskie, ale np. połączenie słodkich malin i kwaśnego jogurtu... Mniam! Rzeczy malinowe przemawiają do mnie bardziej niż np. truskawkowe też dlatego, że... truskawki na surowo kocham o wiele bardziej. Ważne, że się w tej mojej logice nie gubię. Zdradzę, że z całej serii jogurtowo-czerwonoowocowych nadziewanych tabliczek, obstawiałam, że ta posmakuje mi najbardziej (że może nawet Mamie nic nie wpadnie?).

Terravita Jogurtowo-Malinowa Czekolada mleczna nadziewana to czekolada mleczna o zawartości 30 % kakao z nadzieniem o smaku jogurtowo-malinowym, które stanowi 50 % całości.

Już rozchylając sreberko poczułam słodki zapach pudrowych malin. Nienapastliwe, zarysowały się na cukrowo-mlecznoczekoladowym tle. W tym momencie trudno orzec, czy będzie dobrze, czy źle.

Tabliczkę odebrałam jako konkretną, acz miękką. Z jednej strony gruba czekolada lekko pykała, ale miękko-plastyczne nadzienie aż się rwało.
W ustach czekolada rozpływała się chętnie, zalepiając w kremowo-tłusty sposób. Była gładka w przeciwieństwie do nadzienia, które wydawało się gładkie z pyłkowym efektem (cukru pudru?). Również tłusty, ale w sposób mokro-rzadszy, środek wyciskał się spod czekolady dość szybko. Lepił się i upuszczał lekką soczystość. Odebrałam go jako nieco gumiasty (co nasilał smak).

W smaku już za sprawą czekolady od samego początku było bardzo słodko, choć tak mlecznie-waniliowo, w miarę przyjemnie. Dopiero po chwili cukrowość wzrosła, zabijając jakąkolwiek waniliowość. Mieszała się z mlekiem. Ogromem mleka, ale i tak porażała.

Nadzienie nasiliło cukier i pewną mdłość. Oprócz słodyczy niosło delikatność / nijakość, ale najpierw zawahało się, jakby miało pójść ku słodziuteńko-naturalnym malinom (mleku malinowemu? konfiturze?). Słodkie maliny szybko wskoczyły na tor gumy rozpuszczalnej. Chemią nie szarżowały, ale nie były smakowite. Dosłownie jakbym jakąś czerwoną Mambę jadła. Chwilami nawet nie tak jednoznacznie malinową. Wysoka słodycz uplasowała się w pudrowym klimacie.

Z czasem pojawiła się odległa, leciuteńka kwaśność. Podkreśliła maliny - i to takie jak suszone, bardziej soczyście owocowe. Przy wysokiej, wyrazistej mleczności całości gdzieś tam odlegle rzeczywiście także o jogurcie pomyślałam, ale raczej nikł w ulepkowatej, gumowo-malinowej i cukrowo-mlecznej toni. Czułam za to mdławy, margarynowy posmak, nasilający ogólną pudrową delikatność.

Po wszystkim pozostało przesłodzenie; posmak należał zarówno do malinowej gumy, lekkiej, trochę jogurtowej kwasowości, jak i odrobinki naturalnawych, niewyrazistych malin, mleka i nijakiej tłuszczowości.

Tabliczkę odebrałam jako przerysowaną. Może nie paląco-chemiczne, ale w nieudany sposób. Naturalna (choć na pewno nie świeża, raczej mleczno-konfiturowa) malina przegrała z gumą rozpuszczalną. Jogurt nie pomógł, bo się prawie nie pojawił. Mleczność, i to zadowalająco dużo, na szczęście trochę tak. O przecukrzeniu już nie wspomnę. Zdecydowanie w nadmiarze - tylko wzmocniło przerysowanie.

Wyszła gorzej od truskawkowej siostry, bo bardziej gumowo-pudrowo, niż owocowo (i nawet chyba odrobinę wyrazistsza kwaśność nie pomogła). Mnie od czego takiego odrzuca zdecydowanie. Jednocześnie nie mogę powiedzieć, by była bardzo zła. Szkoda, że jogurt czuć tak słabo. Może on by pomógł?
Po kostce sobie darowałam, bo leciało to prosto do przystanku końcowego "słodki ulepek". Nie wątpię, że znajdzie amatorów, tylko właśnie... to jednak tabliczek "nie dla każdego". Oddałam Mamie. Ona nie wiedziała, co ja się tak czepiam, bo: "Słodko, malinę czuć, jogurt jakoś też, a i pewnie tania... Dobra taka".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od Terravity
cena: -
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, lecytyny sojowa, ekstrakt wanilii), nadzienie (cukier, tłuszcz palmowy, serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, proszek jogurtowy 2% (mleko odtłuszczone, kultury bakterii jogurtowych), proszek malinowy 2% (koncentrat maliny 58%, koncentrat buraka, regulator kwasowości: kwas cytrynowy), lecytyna sojowa, aromaty, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; aromat)

niedziela, 9 lutego 2020

Dolfin Noir Orange & Spices Edition Limitee ciemna 60 % ze skórką pomarańczową, imbirem i cynamonem

Jakiś czas po Pacari Orange przyszła pora na pomarańczową propozycję innej marki. Od dłuższego czasu bowiem sprawdzam sobie, jakie to pomarańczowe czekolady mogłyby mi pasować. Pierwsze miejsce zajmują bezsprzecznie ciemne o nutach pomarańczy, ale gdy chodzi o dodatki - z tym już trudniej. Kandyzowanych nienawidzę - to wiem. Ktoś mógłby zapytać, po co tyle zachodu... Po prostu lubię pomarańcze, ale nie lubię obierać, a jak już się za nie wezmę, trafiam na suche / kwachowate / zgniłe.
Z tą było tak, że jak zobaczyłam, że zimowo-świąteczna limitka, że z przyprawami, wiedziałam, że chcę. Zawsze bowiem bardzo mi odpowiada ilość przypraw w Dolfinach (Hot Masala, z cynamonem czy z anyżem). Jakoś na dalszy plan zeszło, jaką to pomarańczę dodano. Pewnie przez Rococo Gingerbread Spice Milk Chocolate jak przyprawy piernikowe, to od razu w mojej głowie pojawiło się przekonanie, że obok będzie olejek. Podlinkowaną uważam za niewypał, ale po Dolfinie spodziewałam się czegoś lepszego. Dzień przed degustacją ze smutkiem odkryłam, że... kandyzowana! Dobra tam, oszukam mózg: crystallized - krystalizowablabla... kryształowana? Kryształowa! Na bogato, zacnie. Starałam się nie nastawiać negatywnie.

Dolfin Noir Orange & Spices Edition Limitee to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z kandyzowaną skórką pomarańczową i przyprawami: imbirem i cynamonem.

Otworzywszy opakowanie, poczułam jednoznaczną woń do granic możliwości czekoladowego piernika. Piernika przez duże "P" z całą gamą palonych, w tym kakaowych nut, i subtelnymi przyprawami korzennymi. Ewidentnie czuć skórkę pomarańczową, która przy łamaniu nawet zyskała na pewnej soczystej świeżości. Imbir i cynamon wydobyły pierniczkowość i orzechowość czekolady, która dzięki temu wyszła tak... właśnie palono-piernikowo przede wszystkim, mimo że słodycz okazała się wysoka.

Przy łamaniu czekolada pykała, w przekroju nie ujawniając skórki. Mimo to wydała mi się nieco krucha i ogólnie delikatna, mająca tendencję do miękkości (nie "tłusta" - to niezbyt mi do niej pasuje).
W ustach rozpływała się łatwo i chętnie, nie ociągając się, choć też nie szybko. Zmieniała się w gładko-tłustą, miękką grudkę. Z czasem odsłaniała drobinki przypraw, dodających pylisty efekt (ale sama czekolada nadal wydawała się gładka). Trochę kremowo-lepiąco, trochę wodniście.
Zatopiona w niej średnia, a więc odpowiednia, ilość skórki pomarańczowej okazała się jędrna, minimalnie gumiasta i dość... żujna. Miękła i sprawiała wrażenie lekko soczystej. Koło suszonej nie stała, ale i zbyt kandyzowana nie wydała mi się... raczej jak wyjęta z zacukrzonej konfitury, z czasem trochę farfoclowata. Prawda, trzy-cztery kawałki były jakby twardsze i suchsze, bardziej grudkowato-scukrzone, ale w całości uszły.
Trafiłam na parę twardych drobinek, ale szczerze, nie wiem co to. Niektóre wydawały się słodko-ostre, inne jakby "pomarańczowawe"... Trafiłam też na dwa nieco większe "suche coś", co nazwałam sobie "suszcem", a przypominało ususzone włókno (imbir? pomarańcza?).

W smaku od pierwszej chwili poczułam silną słodycz. Chwilę później przedstawiła się jako cukrowe ciastka imbirowe. Takie jasne, mocno maślane, wręcz z kryształkami cukru i... sowicie przyprawione imbirem.

Przyprawy piernikowe dały znać o sobie szybko; pierwszy imbir. Rozgrzał atmosferę spływając do gardła i tam też nieco grzejąc. Wydał mi się ostrawy we wręcz pieprzny sposób, acz niepozbawiony imbirowego posmaku. Głównie rodem wyjęty z ciastek imbirowych. Natężenie jego pikanterii ani na chwilę nie zagłuszyło innych smaków, nie przesadzono z nim. Rozgrzewał, nie palił.

To rozgrzanie zwróciło uwagę na to, jak palona była czekoladowa baza. Palono-gorzkawy motyw prezentował pierniczki w polewie kakaowej w towarzystwie czarnej kawy z pianką (konsystencja optowała za rozpuszczalną creme). Gorzkawa paloność... także wiele z piernikiem miała wspólnego. To jednak nie dość, że mocno czekoladowy piernik, to jeszcze... taki jak ciasta / ciastka maślane (nigdy nie jadłam prawdziwego piernika, więc to luźne wyobrażenia) oraz... maślano-mulista masa (krem / trufla). Czekoladowo-maślany, bardzo wilgotny piernik, o słodyczy rosnącej od samego początku.

Słodycz mieszała się z maślanym wątkiem. Wtedy to dołączył słodki cynamon. Zmieszał imbir z prawie cukrowością i w kwestii przypraw przejął ster od imbiru. Cynamon podkreślił skojarzenie z kawą z pianką i ciasteczkami, może też pierniczkami, nie zaś piernikiem. Wyszedł bardzo wyraźnie, ale nienachalnie. Im bliżej końca, tym bardziej podkręcał paloność i cierpkość samej czekolady. Kakao oprócz pierniczków i kawy chyba skrywało orzechy.

Słodycz ogólnie układała się w jakiś likier (czekoladowy?), sos... może i pomarańczowy... goniła ją z oddali pomarańcza naturalna i bardzo słodka, choć z leciutkim kwaskiem. Pomarańczę dało się uchwycić także przy kęsach, w których nie było ani kawałka. Lekka słodko-kwaśna soczystość nawilżała piernik i kręciła z imbirem.
Słodycz nasilała się przy kawałkach pomarańczy, choć wtedy przyjmowała jej smak, nie cukru. Wydały się idealnie wpasowane w delikatnie czekoladowo-przyprawowe otoczenie.

A smak pomarańczy na dobrą sprawę wyeksponował się dopiero gdy nadgryzałam i podsysałam lub rozgryzłam kawałki dodatku bliżej końca. Była to pomarańcza słodko-kwaskawa, dość cierpka, ale nie gorzka. Cierpkość mieszała się z kakao, więc w naturalny sposób wzrosła, a sama pomarańcza smakowała mi bardziej jak sok pomarańczowy, a nie skórka. O kandyzowanej raczej nie myślałam (może raz czy dwa), gdyż była zbyt... soczyście orzeźwiająca.

W posmaku pozostała właśnie słodko-cierpka pomarańcza i maślany piernik, maślane ciasteczka. Z przypraw wrócił imbir, mieszający się z cukrowo-kakaowym wątkiem. To znów niemal likierowo-palona ciemna czekolada z zasładzającą ilością cukru.
Oprócz tego czułam za silną tłustość... ciastek maślanych itd., którą starała się rozbić lekka soczystość pomarańczy.

Całość wyszła niezwykle spójnie i jednoznacznie. Maślane ciasteczka, piernik z nieprzesadzoną ilością imbiru i cynamonu w towarzystwie palonej kawy i nuty naturalnej pomarańczy wyszły łagodnie. Wszystko świetnie wyczuwalne, ale przystępne, bo niekłócące się, nie zabijające nawzajem. Z jednej strony może się to wydać nudne, ale też proste i przyjemne. Przyjemna nuda? Tak. W dodatku dla każdego, bo i lekko wytrawna (choć prawie niegorzka), słodko-maślana, przyprawiona, ale i niemal orzeźwiająca.
Dla mnie zdecydowanie to za maślane, wolałabym niższą słodycz, ale... podobała mi się ilość przypraw i skórka niekojarząca się z kandyzowaną. Mało kakao aż tak bardzo nie dawało się we znaki. W sumie ta tabliczka mogłaby być definicją "czegoś czekoladowego" (kremu, ciasta - jako przykład, że nie chodzi o samo kakao).


ocena: 8/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 6,95 (dostałam rabat -50%) za 70g
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kandyzowana skórka pomarańczy 3% (skórka pomarańczy, cukier, syrop glukozowy), imbir 1%, cynamon 1%, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy