środa, 20 września 2017

Domori Cacao Criollo 80 % ciemna z Wenezueli

Wbrew pozorom wcale nie szaleję na punkcie kakao criollo, bo czekolady z niego są zazwyczaj bardzo delikatne. Rozumiem oczywiście, że ludzie z wyższych sfer pewnie właśnie gustują w spokojniejszych kompozycjach, ale ja czasem nie mogę odnaleźć w nich "tego czegoś". Tak było z Domori Cacao Criollo 70 %, ale już np. Domori IL100% Criollo pokazała, co potrafi. Sięgając po tabliczkę dzisiaj recenzowaną miałam dobre przeczucia. 

Domori Cacao Criollo 80 % to ciemna czekolada zawierająca 80 % kakao Criollo (blend różnych podgatunków) z Wenezueli.

To, co poczułam po otwarciu było co najmniej intrygujące. Zapach balansował między poważnym, mrocznym, a lekkim i rześkim klimatem. Czułam nutę dębowej whisky (ze wskazaniem bardziej na smakowitą drewnianość i dębowość, niż na alkohol). Obok tego pojawiła się świeżo zmielona kawa, od której odchodziła mglista nutka jakiegoś czekoladowo-migdałowego wypieku.
Palone nuty okazały się bardzo znaczące, bo tworzyły przejście do słodyczy. Z niej wyróżniłam coś palono karmelowego, a równocześnie za "żywego" na karmel (w trakcie degustacji uzmysłowiłam sobie, że to daktyle), a także... odległą słodycz pianek pieczonych nad ogniskiem (to tylko wyobrażenie, nawet nie skojarzenie).

Zaskakująco ciemna (w porównaniu do IL100%) tabliczka była twarda, przy łamaniu głośno trzasnęła, żeby pokazać mi ziarnisty przekrój o bordowym przebłysku.
W ustach okazała się idealnie gładka, a zarazem nieco lepka i wręcz oporna. To jednak nie wada, gdyż ta tłustawa oporność i kleistość kojarzyła mi się z masłem orzechowym.

W smaku już od pierwszej chwili poczułam moc kakao, ale czekolada ani przez moment nie wydała mi się zbyt ordynarna.
Ze zdziwieniem trafiłam na o wiele bardziej owocowe nuty, niż sugerował zapach. Był to przede wszystkim soczysty kwasek moreli i brzoskwiń, nektarynek. Ta fuzja przyniosła mi na myśl nuty Criollo 70 % Ocumare 77, a także dżemowaty klimat Criollo 70 % Porcelana.

Bardzo szybko pojawiła się też wykwintna gorzkość, wnosząca drzewne i orzechowo-migdałowe nuty. Ponownie pomyślałam o jakiejś dobrej, jedynie słodkawej whisky, o takich nutach, ale oczywiście w wydaniu czekoladowym, nie takim alkoholowym.

Za sprawą gorzkości nasiliło się poczucie palenia. Wydało mi się dość silne i dzięki wyżej opisanym nutom nadało zupełnie innego wydźwięku słodyczy. I tak była znikoma, ale zyskała jeszcze większą... naturalność. Przenosiła morele w suszone klimaty, co podsyciło ogólną lekkość i soczystość słodyczy. Karmelowość, która raz po raz mi migała, stała się "karmelem zrobionym z suszonych owoców". To była taka... daktylowa karmelowość.
W pewnej chwili pojawił się posmak kojarzący się jakoś tak winogronowo-porzeczkowo (za kwaśno na winogrona, ale w sumie bez smaku porzeczek), szybko przechodzący w soczyste rodzynki.

Wszystkie te owocowe nuty sprawiły, że czekolada była lekka, lecz ani na moment nie porzuciła swojej wytrawnej stateczności. To ona zawładnęła sobie końcówkę, niosąc kakaową gorzkawość, drzewność i spokojny klimat. To właśnie pozostawało w posmaku.

Ta czekolada zdobyła mnie niemal od razu. Uwielbiam nuty właśnie moreli i brzoskwiń w czekoladach, a dębowa whisky i daktyle to już w ogóle szał. To głęboka pyszność, w której mogłabym utonąć na wieczność.

Zerkając na nuty wypisane na opakowaniu ("suszone figi, daktyle, rodzynki") mam jednak wrażenie, że to, co napisał producent, nie oddaje klimatu tej czekolady, bo sugeruje coś słodkiego, a ona... ona była poważniejsza i zarazem soczystsza. Przeglądając inne blogi trafiłam na np. Dark Matters, którego Autorka też inaczej to odebrała.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19,99 zł (za 25 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność:  578,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: być może

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

wtorek, 19 września 2017

Amedei Toscano Black 63 % ciemna (neapolitanka)

Kolejna neapolitanka Amedei nie kusiła mnie dosłownie niczym i nie wiązałam z nią żadnych nadziei. Po prostu postanowiłam zjeść, żeby nie wyrzucić (nie ma w moim otoczeniu osoby, która chciałaby ciemną czekoladę), a jak już miałam jeść to oczywiście i recenzję musiałam napisać. Owszem, zdaję sobie sprawę, że to nie to samo, co pełnowymiarowa tabliczka, ale zawsze jakieś rozeznanie.

Amedei Toscano Black 63 % to ciemna czekolada o zawartości 63 % kakao criollo i trinitario (blend), którego pochodzenie nie zostało podane.

Od razu po otwarciu poczułam zapach palono drzewny mówiący o zdecydowaniu kakao, ale i motyw kojarzący się z cukiernią, w której w danej chwili wypiekają ciasta. To takie przejście od palonych, poprzez pieczone klimaty do... nieco mdlącej, w dużej mierze waniliowej, słodyczy. Ta kojarzyła mi się z cukrem pudrem, lukrem.

Neapolitanka głośno trzaskała i była tak twarda, że odgryzając kawałek przeszedł mnie lęk o zęby. :P
Zaintrygował mnie jednak kolor o wielu przebłyskach - od czerwieni po granat. Przekrój w ogóle wydał mi się jakiś rubinowo-bordowy, czego niestety zdjęcia nie oddają.
Rozpływanie się czekolady tak ciekawe już nie było, bo była tłusto-kremowa i proszkowa (w kontekście, którego nie lubię, bo na wszelką proszkowość czy szorstkość przypadło za dużo tłuszczu).

W smaku w pierwszej chwili poczułam leciutką goryczkę pieczonych orzechów, która później rozwinęła się w po prostu orzechy laskowe. Ucieszyłam się, że chyba wreszcie trafiłam na niezłą Amedei, ale wtedy na smak orzechów zwaliły się dziwne słodkie nuty.

Początkowo pomyślałam o czerwonych żelkach, galaretkach, ogólnie o takich czerwonych, bliżej nieokreślonych słodyczach... Może o niby-malinowym smaku. Od tego rosła i wyrastała ponad wszystko słodycz kojarząca się z waniliową... bezą? Bezą, cukrem pudrem - takimi rzeczami. Wszystkie skojarzenia z tego akapitu są bardzo luźne, bo nawet nie pamiętam, kiedy takie rzeczy jadłam, gdyż nie cierpię ich.

Później od tej bezowej słodyczy i posmaku orzechów wychodziło skojarzenie z mięciusią, cieplusią i słodziusią szarlotką zrobioną ze słodziusich jabłek, z dodanymi suszonymi jabłkami (nie lubię ani tych słodkich i miękkich, ani suszonych), odrobinki cynamonu, za to z wielką koroną z bezy i kruszonki z orzechów laskowych.

Degustację zamknęła słodycz tego całego czortostwa, a ja pozostałam ze skrzywioną miną.
To nie była zła czekolada! Po prostu zawarła wszystkie znienawidzone przeze mnie nuty. Sam motyw orzechów laskowych bardzo mi się podobał i żałuję, że nuta szarlotki poszła w taki słodki, zupełnie nie mój klimat. Typowa dla Amedei słodycz zabiła wszystko, co mogłoby być fajne - myślę, że to ona podcięła skrzydła malinowej nucie, upodabniając ją do dziwnych słodyczy.
Właściwie... to ciekawa czekolada, o słodkich nutach, ale w sumie nie taka przesłodzona, więc jak komuś wszelkie bezy, lukry niestraszne, może być zadowolony. Wtedy pozostaje tylko kiepska konsystencja.
Cieszę się, że miałam okazję spróbować tylko neapolitankę, nie zaś całą czekoladę, bo gdybym ją kupiła, chyba by mi się płakać chciało.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia

poniedziałek, 18 września 2017

Pralus Tanzanie Forastero 75 % ciemna z Tanzanii

Mając ochotę na czekoladę ze "smakowym kopem", dzień po degustacji OB z Tanzanii, postawiłam na propozycję Pralusa również stamtąd. Dlaczego? Jadłam już taką neapolitankę i jej nuty niemal zwaliły mnie z nóg, zaciekawiły tak, że nie mogłam przestać o nich myśleć bardzo długo. Od razu wiedziałam, że to jedna z tych czekolad, które po prostu trzeba zjeść w pełnym rozmiarze.

Pralus Tanzanie Forastero 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao forastero pochodzącego z Tanzanii.

Po otwarciu poczułam złożony zapach, którego nuty uzupełniały się wzajemnie, będąc jednocześnie dość kontrastowymi w stosunku do siebie. To fuzja słodziutkich, soczystych i miękkich jabłek i gruszek, ale także octowy kwasek zespojony z mocno palonym, ciepłym motywem.

Czerwonawa, nie tak ciemna jak neapolitanka, tabliczka wydała mi się wyjątkowo twarda, ale w ustach rozpływała się idealnie kremowo. Właściwie... stawała się kremem, który był jakby posypany kakaowym pyłkiem.

Przy pierwszym kęsie mignął mi smak masła orzechowego, ale gdy czekolada zaczęła się rozpuszczać, rozszedł się nieco. Wyraźniej wybiły się za to słodko-kwaskowate owoce.

Początkowo czułam połączenie dojrzałych jabłek i czegoś bardziej egzotycznego... brzoskwiń? Cały miks kręcący się w klimatach jabłko-gruszka-melon-brzoskwinia; naprawdę trudno tu coś konkretniejszego wyłowić. Z owoców wykradał się pewien kwasek. Ten był już mniej owocowy, podchodził pod jakieś wino lub winny ocet.

W tym czasie orzechowa nuta zaczynała coraz bardziej kojarzyć się z kremem z orzechów - jakby laskowych, nieprażonych, a bardzo świeżutkich. Obok tego pojawiła się karmelowa słodycz, od której nagle pomknął palony motyw.

Nagle "nadciągnęły ciemne chmury". Palony motyw stał się dymną gorzkością, która wydobyła ze wspomnianego kwasku soczyste nuty octu balsamicznego. Pojawiła się też wręcz pikanteria marynowanego imbiru. Pomyślałam o jakimś daniu z jabłkiem, octem balsamicznym i masłem orzechowym. Do tego ten słodko-gorzko-ostry imbir... Nie było to zbyt słodkie danie, choć ponownie wracała też ta słodsza gama smaków.

Słodsza, ale nie całkiem słodka. Czułam wśród tego jakby karmel łączący się z suszonymi owocami. Czy była w tym żurawina, którą czułam w neapolitance? Możliwe, ale równie dobrze mogły to być kwaskowate rodzynki czy suszone śliwki.

Posmak o dziwo był raczej słodki, znacząco palony i orzechowy, choć wciąż zaprawiony nieco wytrawniej octem i imbirem (minimalnie, ale jednak) z zaznaczonymi żółtymi owocami. Zostawał na dość długo.

Neapolitankę jadłam dość dawno, ale wydawała mi się o wiele bardziej żurawinowa, przy pełnej wersji smak poszedł bardziej w kierunku octu balsamicznego i wina. Pełnowymiarowa tabliczka wciągnęła mnie jednak rozwinięciem innych nut, z których wydobyły się smaki uderzające swoim charakterem. Podobał mi się stopień palenia i "doprawienia" octem i imbirem, podobnie jak niezbyt nachalne owoce, głębia orzechów . Neapolitanka była smaczna i intrygująca, pełnowymiarowa wersja w pewnym momencie przestała intrygować, a po prostu uzależniła. Wciągnęła mnie w swoją głębię, więc mam szczęście, że trafiła w moje nuty. Jej wytrawny wydźwięk bardziej przypadł mi do gustu niż łagodniejsza Original Beans.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 24 zł (dostałam zniżkę)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie wiem

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa

niedziela, 17 września 2017

Stainer Chocolate with Curry mleczna z przyprawami curry

Moim popisowym daniem jest curry. Uwielbiam je robić, bo to świetny obiad "coś z niczego" - zawsze znajdzie się coś, z czego można je zrobić, co dopełnią indyjskie czy tajskie przyprawy. Uwielbiam ich magię, toteż czekolada z przyprawą curry ma u mnie pierwszeństwo. To właśnie między innymi ona skłoniła mnie do złożenia całkiem sporego zamówienia ze Smacznej Jamy. Fakt, że specjalizują się raczej w alkoholach, ale i ofertę słodyczy mają ciekawą. Smaczna Jama umożliwiła mi zapoznanie się z włoską marką Stainer, która stawia na niecodzienne dodatki. Zapowiada się ciekawa przygoda!

Stainer Chocolate with Curry to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao (w internecie znalazłam, że z Madagaskaru) z przyprawami curry.

W pierwszej chwili po otwarciu poczułam wyraźne przyprawy, a dokładniej kolendrę, gałkę muszkatołową, w tonacji rzeczywiście przywodzącej na myśl curry, a więc także z sugestią kozieradki, pieprzu. Obok tego rozchodziła się słodka, prawie jak jakieś toffi, woń mlecznej czekolady, co z czasem sprawiło, że kompozycja zrobiła się bardziej słodko korzenna, cynamonowa.

Brązowa, z pomarańczowym przebłyskiem, tabliczka miała mnóstwo widocznych ciemnych kropek i wydała mi się nieco krucha. Przy łamaniu nie sprawiała żadnych kłopotów, wydała się miękkawa. W ustach rozpływała się powoli, trochę zalepiając tłustawą, bagienkową mazią i odsłaniając drobinki przypraw.

Od pierwszego kęsa czuć strasznie silną słodycz. Przez równie silne maślano-mleczne nuty i szybko wychodzące na wierzch przebłyski przypraw, rzeczywiście można pomyśleć o łagodnym curry zrobionym na mleczku (kokosowym).

Z mlecznej słodyczy coraz wyraźniej wychylały się przyprawy, a mnie raz i drugi zadrapało w gardle. Najpierw pomyślałam, że to od tej słodyczy, ale wtedy język przyjemnie rozgrzała subtelna pikanteria. Jestem pewna, że czułam tu gorzkawą gałkę muszkatołową, kolendrę i chyba kurkumę. Mignęła mi też odrobinka pieprzu, może i ociupinka chili, po czym zrobiło się bardziej słodko cynamonowo.

Słodycz nie odpuszczała i zwłaszcza przy końcu rozpuszczania kawałka się nasilała, robiło się nudno i za słodko, ale przesłodzenie nie zostawało w posmaku. Ten był ewidentnie wytrawniejszy, wskazujący na przyprawy curry.

To na pewno ciekawy pomysł na czekoladę, bo przyprawy było czuć. Nie zdominowały czekolady, niestety same trochę za bardzo tonęły w słodyczy; jak dla mnie było za słodko i za łagodnie. Wolałabym o wiele większą zawartość kakao zamiast cukru i większą ilość przypraw - myślę, że pikanteria dobrze wyszłaby z kakaowym kopem. Tak nie było ani kopa, ani mocnej pikanterii, mimo że curry właśnie z nią się kojarzy.
 Nie było źle, lecz słodycz zaczęła mnie męczyć już w połowie tabliczki (a dobre 50 g zawsze zjadam na raz). Cieszę się, że spróbowałam, ale nawet skończyć mi się jej nie chciało.

Niedojedzoną resztę oddałam Mamie (zjadaczce zwykłych słodyczy, która nienawidzi ostrych dań typu curry) i stwierdziła, że czekolada była taka, jak lubi, a więc słodka i mleczna, "kilka razy poczuła pierniczkowe pyknięcie, raz jakby nutkę prawie owocową" (ta mogła się przede mną ukryć, bo powalił mnie cukier - co ciekawe, Mamie wcale aż tak zasłodzona ta czekolada się nie wydała). Smakowała jej (uznała, że moja ocena jest krzywdząca, że powinnam wystawić przynajmniej jakieś 6, ale chyba i tak odebrała ją bez większych zachwytów); stwierdziła, że rzeczywiście "może i coś z tym jakimś curry w niej było".


ocena: 5/10
kupiłam: Smaczna Jama
cena: 8,75 (dostałam rabat -50%) za 50g
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, curry 0,5%, lecytyna sojowa, naturalny aromat: wanilia

sobota, 16 września 2017

Original Beans Cru Udzungwa 70 % with nibs ciemna z Tanzanii

W czekoladach niektórych marek zakochuję się od razu, od pierwszego spróbowania, z kolei do innych moja miłość narasta z czasem. Original Beans chyba należy do drugiej wspomnianej grupy, bo dopiero przy ostatniej niepróbowanej czekoladzie poczułam wręcz ukłucie w sercu, że wraz z nią skończy się odkrywanie OB (chyba, że wyjdzie coś nowego). Owszem, zostaną powroty, ale to nie to samo. Moment, w którym wyjęłam z szuflady niezwykle pięknie zapakowaną tabliczkę wyróżniającą się na tle swoich koleżanek był wyjątkowy. Ta tabliczka była wyjątkowa: zawierała dodatek, to nie czysta ciemna czekolada jak inne OB. W dodatku, kupując tę czekoladę wspiera się rolników zamieszkujących wioskę na skraju Parku Narodowego Udzugnwa, które to miejsce jest bezpieczną przystanią dla zagrożonych słoni żyjących w Tanzanii, a więc i w jakiś sposób pomaga się tym wspaniałym zwierzętom. Sam park Udzungwa górskimi widokami zapiera dech w piersiach... Ciekawiło mnie, czy czekolada wywoła podobne uczucie?

Original Beans Cru Udzungwa 70 % with nibs to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao pochodzącego z Tanzanii z parku Udzungwa z kawałkami ziaren kakao.

Od razu po otwarciu poczułam wykwintną kakaową bazę - lekką za sprawą nut słodkich i delikatnych. Czułam w nich dojrzałe pomarańcze, tak słodkie i łagodne, że aż kojarzące się z jakimś pomarańczowym serkiem. Dużo było w tym słodyczy, ale ona splatała się już z kakao, co dało efekt jakiś "podkwaszonych" fig, sprawiających wrażenie, jakby były zmieszane z kakaową "ciepłą ziemią". Czekolada kojarzyła się też trochę maślanie... z jakimś czekoladowo-karmelowym (wyidealizowanym) kremem do smarowania.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała odsłaniając mnóstwo kawałków kakao. W ustach okazała się jednak lepiąco-kremowa, niemal miękka, co wyszło zaskakująco dobrze, mimo że to ciemna, a w ich przypadku taka konsystencja rzadko mi odpowiada. Nibsy świetnie się tu wkomponowały, bo nie były twarde, może nawet właśnie prawie miękkawe, ale wciąż chrupiące. Nie bardzo wiedziałam, co z nimi robić - smak w zależności od tego, kiedy się je rozgryzało bardzo się zmieniał.

Od pierwszego kęsa czekolada wydała mi się głównie słodziutka. Nie chodzi mi jednak o siłę słodyczy, bo ona była bardzo delikatna i stonowana, ale o wydźwięk, klimat.

Najpierw wyraźnie poczułam pomarańcze i chyba mandarynki, ale po chwili owoce nie były już tak jednoznaczne.
W tle z kolei rozwijała się kakaowa baza o raczej niepalonym charakterze; kojarząca się z rozgrzaną ziemią. Czułam w niej pewną maślaność, choć z czasem przypominało to raczej jakieś masło migdałowe, bądź nawet krem migdałowo-czekoladowy.

Kiedy rozgryzałam nibsy podczas rozpuszczania się czekolady (a było to trudne - gryźć dodatek tak, żeby samej czekolady nie pogryźć), zaskakująco napędzały soczystość, ale wcale nie nakręcały kwasku ani nie podkreślały owoców, a ziemistość. To taka... soczysta ziemistość. Nadawały pomarańczom charakteru wyidealizowanych galaretek w czekoladzie, a soczystość wkradała się w ziemiste klimaty.

Kiedy jednak pozwalałam czekoladzie rozpłynąć się do końca, a kakao rozgryzałam potem, od pomarańczy i mandarynek rozchodził się cały bukiet żółtych owoców. Zaskakująco wyraźnie czułam owoc kaki, posmak brzoskwiń / nektarynek. Było słodko, ale to taka... słodycz o kwaskowatym klimacie? Nie umiem tego lepiej nazwać.
Zaczynając rozgryzać nibsy trafiłam na smak... wręcz gorzkawo piwny, który potem łagodniał i kojarzył się z jakimś naturalnym piwem brzoskwiniowym.

Po czekoladzie tak czy inaczej zostawał długi posmak kakao i żółtych owoców.

Muszę przyznać, że spodobała mi się dynamika tej czekolady. Ogólnie spodobała mi się. Była słodka, ale w sumie minimalnie słodka. Nie czułam tu obiecanego przez producenta toffi, co mnie w sumie ucieszyło, bo czułam smakowitsze rzeczy (pomarańcze, ziemistość, masło migdałowe, kaki). Łagodna, bo bez mocniejszych kwasków i gorzkości, ale miała charakterek, głębię (czego brakowało mi w np. Domori Cacao Criollo 70 % Canoabo też mającej łagodny wydźwięk, ale bez takiego charakteru). O wiele łagodniejsza, nieco bardziej maślana, mniej dymno-palona od Domori z Tanzanii, ale nie mniej charakterna, za to o podobnych żółtoowocowych nutach.

Zaskoczyło mnie, że Oldze z LivingOnMyOwn czekolada ta wydała się bardzo kwaśna. Według mnie była słodka, choć rzeczywiście o kwaskowatym charakterze. Myślę, że zależy to od tego, jakie czekolady jemy na co dzień - ja raczej te ciemne, gorzkie, Olga słodsze. Z ciekawości dałam kawałeczek (wielkości paznokcia, haha) Mamie, która też uznała czekoladę za kwaskowatą. Ja jednak zostanę przy nazywaniu jej po prostu "słodką o kwaskowatym charakterze".


ocena: 9/10
kupiłam: Smakowe Inspiracje
cena: dostałam
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie wiem

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ziarna kakao

piątek, 15 września 2017

Millano Yummy Milk Chocolate Coffee & Almond Pleasure mleczna z nadzieniem kawowo-migdałowym z alkoholem

Po podłej, obrzydliwej, niezjadliwej, piekielnej, mdłościopowodującej Yummy Peanut Pleasure na wieść, że Mama posiada jeszcze jedną Yummy, prychnęłam pogardliwie. Gdy popijałam sobie u niej niedzielną kawę, nagle na stole pojawił się talerzyk ze znajomymi kostkami. Oczywiście zrobiłam minę a'la grumpy cat i zbliżyłam nos do talerzyka, jakbym zbliżała się do czegoś, o czym na blogu o tematyce słodyczowej lepiej nie wspominać. Zapewniana przez Mamę o tym, że ta czekolada jest o niebo lepsza od poprzedniej, postanowiłam, że w sumie mogę się poświęcić i kostkę lub pół (+ perspektywa plucia) "dziabnąć".


Millano Yummy Milk Chocolate Coffee & Almond Pleasure to "czekolada mleczna z nadzieniem 50 % o smaku kawowo-migdałowym" zawierająca 25 % masy kakaowej, której producentem jest Millano-Baron.
Ja dodałabym jeszcze, że jest z alkoholem, bo to chyba dość istotne.

Po zbliżeniu się do czekolady poczułam zaskakująco silny zapach kawy, taniego, słodkiego wyrobu czekoladopodobnego przeładowanego aromatami i alkoholem, kojarzącym się trochę z cukierkami typu trufle.

Nie miałam okazji łamać czekolady, ale gdy wzięłam kostkę do ręki, wydała mi się miękka, tłusta i jakby otłuszczająca palce zaczynając się w nich rozpuszczać.

Ostrożnie ugryzłam kawałek i poczułam strasznie słodką czekoladę słodki ulepek mający udawać czekoladę, do czego po chwili doszła nuta spirytusu i kawowy akcent. Nie powiem, by przełamały słodycz, ale sprawiły, że nie miałam wrażenia, że jem sam cukier.

Tłusta czekolada szybko odsłaniała jeszcze tłustsze, mokro-miękkie i "śliskawe" nadzienie ("pomada" ze składu to chyba najtrafniejsze określenie). Czułam w nim margarynę, ale nie jako główny smak. Kojarzyło się trochę z czekoladowymi cukierkami przypominającymi trufle albo jakieś z odrobiną niby-marcepanu. Ewidentnie dużo w tym aromatów, w tym pewnie olejku migdałowego, który z migdałami ma niewiele wspólnego. Ot, takie sztucznie marcepanowe, dość znacząco alkoholowe i kawowe... Niestety, poczucie taniości nie odpuszczało, ale całość była "od biedy zjadliwa".

Na pewno było to mniej słodkie od Peanut Pleasure i bardziej adekwatne do nazwy. Co prawda nuta alkoholu mnie zaskoczyła, ucieszyłam się też, że nie czuć pseudo-owocowych posmaków - a przecież przeciery występują i w tej tabliczce.

Zakończyłam jedzenie na gryzie (mniej niż pół kostki?). To niesmaczna czekolada do przełknięcia. Osobiście nie widzę sensu kupowania i jedzenia czegoś takiego, ale jak ktoś lubi tanie i słodkie rzeczy, szuka czegoś alkoholowo-kawowego, to pewnie nie będzie aż tak narzekał. Mama stwierdziła, że jest bardzo ciekawa i "na pewno nie niesmaczna".


ocena: 4/10
kupiłam: poczęstowałam się (Mama kupiła w Lewiatanie)
cena: 5-6 zł (?) za 275g
kaloryczność: 481 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pomada (cukier, syrop glukozowy, woda), mleko w proszku odtłuszczone, tuszcz roślinny częściowo utwardzony w zmiennych proporcjach (palmowy, shea, rzepakowy, sojowy, słonecznikowy, kokosowy), serwatka w proszku, przeciery owocowe (cytrusowy, truskawkowy), ekstrakt z kawy, spirytus, sól, substancje utrzymujące wilgoć (sorbitole, glicerol), substancje zagęszczające (pektyny, agar), ekstrakt waniliowy, aromaty, tłuszcz roślinny (palmowy, shea), tłuszcz mleczny, stabilizator: inwertaza, substancja konserwująca: sorbinian potasu, emulgatory (lecytyna sojowa, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem cytrynowym, polirycynooleinian poliglicerolu)

środa, 13 września 2017

Wino śliwkowe / likier Choya Umeshu Silver [18 LAT+]

Ten 13-ty września, mimo że nie piątek, niestety jest pechowy dla części czytelników, bo już na wstępie jestem zmuszona wyprosić osoby niepełnoletnie, gdyż dzisiejszy wpis przeznaczony jest jedynie dla osób dorosłych (18+). Zapraszam jednak pojutrze, bo wtedy już będzie słodko i dla wszystkich. ;)

Zawsze wydawało mi się, że białe słodkie wina nie są w moim guście. Tak było do czasu, aż spróbowałam w restauracji sushi białego słodkiego wina śliwkowego, w którym prawie się zakochałam. Właściwie, "wino śliwkowe" to nazwa potoczna, bo alkohol ten wyrabiany jest z owoców ume, a więc bardziej moreli niż śliwek, to bardziej niskoprocentowa nalewka lub raczej likier, ale mniejsza o to. To twór niewątpliwie warty uwagi! Choya oferuje różne Umeshu, spośród których mam zamiar znaleźć swoje ulubione, zaczynając od najtańszego, które zdecydowałam się zamówić ze Smacznej Jamy wraz z dziesięcioma czekoladami.

Choya Umeshu Silver Japanese Ume fruit to umeshu zawierające 10%vol produkowane przez niemiecką firmę Choya, ponoć według japońskiej receptury.
Silver to ich najtańsza propozycja, ponoć do picia w temperaturze pokojowej lub schłodzona (ale nie z lodem), najbardziej polecana jako aperitif lub do koktajli.

Po odkręceniu butelki i zbliżeniu jej do nosa poczułam słaby, ale o nieco ordynarnym wydźwięku, zapach alkoholu. Towarzyszył mu motyw owoców, który dowodzenie obejmował po nalaniu do kieliszka.

Płyn miał złocisty kolor z zadatkiem na przezroczystość. Wyglądało trochę wodniście.

Pite w temperaturze pokojowej umeshu uderzało do głowy... swoją silną słodyczą. Na szczęście to słodycz przełamana smakiem owoców o kwaśnym charakterze. Nie był to kwas, ale kwasek soczystych owoców. Umeshu smakowało jak miks morelowo-brzoskwiniowo-śliwkowy, w którym kryło się coś niemal owocowo wytrawnego. Wszystko to kojarzyło się "słodyczowo", ale mam tu na myśli klimat i nie jest to minus. Alkohol tylko odrobinę ogrzewał język, więc wyszło słodko likierowo, choć wciąż soczyście owocowo.
Owoce były tak silne, że mi smakowało mimo za silnej słodyczy. Przy wersji Silver miałam wrażenie, że zasadniczy smak odrobinę za bardzo rozmywał się na jej rzecz. Przez słodycz właśnie skończyłam na kieliszku (mam na myśli temperaturę pokojową).

Po schłodzeniu było o wiele lepiej, bo to znacząco obniżyło słodycz i wtedy nie miałam wrażenia, że piję słodki likier, a właśnie jakiś delikatny, owocowy trunek... Taka bardzo mało alkoholowa naleweczka. Smak schłodzonego tym bardziej nie zrobiło się bardziej "esencjonalny", ale przynajmniej nie "rozmywał się w słodyczy". Morelowo-śliwkowy smak podchodził chwilami pod kwaskowate jabłka. Dwoma kieliszkami się nie zasłodziłam.
Z lodem wersja Original też mi smakowała, ale lód przy wersji Silver zdecydowanie rozbijał smak owoców (jestem za ciekawska, by i tak nie spróbować).

Samodzielnie jest smaczne, ale mi najbardziej posmakowało jako deser. Aperitif to dobry, jednak osobiście przed jedzeniem nie mam ochoty na nic specjalnie słodkiego.
Nie wiem, skąd wziął się pomysł picia tego bezpośrednio do posiłku, np. sushi - widziałam takie rzeczy. To nie jest alkohol stworzony do czegoś takiego, bo jest po prostu za owocowy i za słodki.

Całość ma swój urok, bo smakuje niebanalnie. Wyraźnie czuć rześkie owoce, przy których nawet słodycz nie zawsze musi przeszkadzać. Wersja Silver, a więc najtańsza, jest najsłabiej ume-esencjonalna, ale uważam, że to perełka wśród "słodziaków" w tej cenie.

Mam zamiar zrecenzować jeszcze umeshu Choya Original, Original Red i Dry, ale... zobaczymy jak to będzie. Na ume-chcicę Silver też się świetnie sprawdza.



ocena: 8/10
kupiłam: Smaczna Jama
cena: 19 zł (promocja) za 0,5l
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: możliwe

wtorek, 12 września 2017

Domori Cacao Criollo 70 % ciemna z Wenezueli

Z uśmiechem wspominam czasy, gdy Domori mnie onieśmielały... Może i minęły te dwa czy trzy lata, ale ja czuję, jakby to było tak dawno temu. Sięganiu po Domori dalej sięga niepewność: "czy uda mi się uchwycić wszystkie smaczki?", ale jest ona już nieco inna. Nowe czekolady Domori to tak jakby nowy rozdział. Kupiłam wszystkie nowinki, a zacząć postanowiłam od najmniejszych (z serii Criollo) i od najmniejszej zawartości kakao (bo Criollo 100 % już jadłam).

Domori Cacao Criollo 70 % to ciemna czekolada zawierająca 70 % kakao Criollo (blend różnych podgatunków) z Wenezueli.

Od razu po otwarciu poczułam zachwycająco wyrazisty zapach migdałów, prażonych orzechów laskowych i włoskich w "ciepłej" tonacji. Rozciągały się na ziemisto-drzewnej, rozgrzanej bazie, która świetnie dopuszczała do nich kwiatowo-miodową słodycz. Była leciutka, a w dodatku przy kwiatowości doszukałam się jakby... imbiru? Obok tego wszystkiego bardzo wyraźnie zaznaczyły się soczyste owoce - jagody (przez które, połączone z kwiatami, zapach skojarzył mi się z czekoladami Pacari) i jeżyny.

Z wyglądu ciemna tabliczka nie wydała mi się niezwykła, ale trzasnęła zdecydowanie, a w ustach... ach, jak ona się rozpływała! Gęsto, leniwie i nieco zalepiająco, a równocześnie idealnie gładko mięknąc, niczym bardzo maślany krem. Nie jest to moja ulubiona konsystencja, ale wydała mi się bardzo ciekawa, wszak nie dodano tłuszczu kakaowego.

Smak okazał się bardzo pasujący do konsystencji, bo o ile w pierwszej chwili poczułam odrobinkę owocowego kwasku, tak potem po ustach rozszedł się bardzo maślany motyw i trwał prawie do samego końca (trochę słabnąc). 
Słodycz cały czas pozostawała w tle, nie narzucała się. Najpierw nie umiałam jej nazwać, bo nie była karmelowa, mimo nieco opalanego motywu, nie była też kwiatowo-miodowa, mimo że "drapanie" tej złocistej cieczy jakby przez moment mi mignęło. W końcu znalazłam odpowiednie określenie na to. To takie toffi, ale głównie na bazie rozgrzanego masła i śmietanki, mało słodkie (a poczucie słodyczy dodatkowo obniżały owoce pobrzmiewające w tle).

Masło mogłoby mi przeszkadzać, gdyby nie to, że schodził się z orzechowym smakiem. To bogactwo migdałów i orzechów z gorzkawymi skórkami, które stanowiło centrum degustacji.
Właśnie przede wszystkim migdałowo-orzechowa była ta czekolada.
Po gorzkawych skórkach pojawiało się skojarzenie z mocno przypieczonym piernikiem, jakimiś przyprawami do niego (to już nie był imbir z zapachu, ale cała mieszanka), być może nawet nutą alkoholu (wina).

Ciężkość wyżej opisanych nut od samego początku była przełamywana kwaskiem owoców. Najpierw niepewne, daleko w tle, potem coraz odważniejsze. Wśród nich czułam niedojrzałe jeżyny i słodkie jagody, co kojarzyło mi się "porzeczkowo", ale smakiem porzeczek nie było (podobnie miałam w przypadku warstwy duetu tych owoców w Jagielniku z Legal Cakes). Z jeżyn rozchodziło się trochę cytrusów, pod koniec może też coś gorzkawego, co spójnie wchodziło w smak skórek orzechów.

Wszystkie smaki dążyły do tego, ażeby posmak pozostał głównie wykwintnie gorzki. To dobra gorzkość migdałów, orzechów, może trochę o owoce wzbogacona. Słodkawe masło też nie dawało za wygraną i gdzieś tam było. Jakoś nie umiem go nazwać toffi, mimo że właśnie taką nutę sugeruje producent na opakowaniu. O wiele bardziej podobała mi się "interpretacja nuty toffi" w Michel Cluizel Mangaro Milk 50 %.

Czekolada wydała mi się tabliczką stworzoną dla osób, które lubię czekoladową głębię, ale bez szaleństw. To taki ogólny obraz Criollo; miała w sobie migdałowo-orzechowe nuty charakterystyczne dla całej linii Criollo Domori, wydała mi się ztoffi-maśloną, o wiele łagodniejszą wersją Domori IL100% Criollo; Criollo 70 % Puertofino o zmniejszonej korzenności i wytrawności; miała podobne ciepło-"jagódkowe" akcenty co Criollo 70 % Guasare; orzechy, owoce i trochę przypraw przywodziły też na myśl Amedei Cru Venezuela 70 %, ale z wyciętą chałwowością Amedei. 


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19,99 zł (za 25 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność:  554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

poniedziałek, 11 września 2017

Pacari Raw Maca + Coconut Sugar ciemna surowa 70 % z Ekwadoru z korzeniem maca

Pewnego razu naszła mnie ochota na degustację "czegoś innego". Nie chodziło jednak o dziwolągi typu biała brokułowa Georgia Ramon, a o ciekawy i na pewno smaczny dodatek. Po głowie chodziło mi, jak cudowne wykończenie kremu z mango stanowił dodatek korzenia maca w Zotter Mango and Mace oraz fakt, że w podobnym kremie (ale bez maca) czegoś mi brakowało w Zotter Mango PREDA. Chciałam bliżej przyjrzeć się tej intrygującej roślinie, a z pomocą przyszła mi czekolada Pacari - intrygująca nie tylko ze względu na sam korzeń.

Pacari Raw Maca + Coconut Sugar to ciemna czekolada o 70 % zawartości surowego kakao z Ekwadoru (miazga + tłuszcz) z korzeniem maca, słodzona cukrem kokosowym*.

*Tak jest napisane, jednak pod naklejkami z tłumaczeniem składu i na stronie jest po prostu cukier trzcinowy.

Zaraz po otwarciu poczułam wyrazisty zapach kakao o kawowym charakterze wraz z "nibsową ziemistością", jakąś aluzją do nuty "ziołowej cytryny". To motyw surowej czekolady, jednak... on był tu bardziej surowawy, niż surowy, tym bardziej że dość znacząco podkoloryzowała go korzenno-karmelowa nuta.

Tabliczka była bardzo twarda, czego poczucie wzmacniały głośne trzaski słyszalne przy łamaniu. W ustach rozpływała się bardzo powoli i leniwie, trochę opornie i w gliniasty sposób, odsłaniając trzeszcząco-chrzęszczące drobinki sproszkowanego korzenia maca. Ta konsystencja odegrała znaczącą rolę w kwestii dopełnienia smaku.

Smak pozornie był dość prosty. Cechowały go stateczność i stonowanie. Ogół był gorzkawy, choć nie można tu mówić o gorzkości czy cierpkości. Gorzkawość ta była wykwintna i kojarząca się z paloną kawą. Towarzyszyła jej subtelna słodycz o karmelowym charakterze i zaskakująco korzenny klimat.

W korzenności tej na próżno szukać jakiś konkretnych przypraw, tu bardziej chodziło o cały wydźwięk. Charakterystyczny "ciepły" motyw takich przypraw łączył się z pewną ich wyrazistością, co w kakaowo-kawowej bazie tworzyło złudzenie niewiarygodnie korzennych czekoladowych pierniczków. Struktura, te drobinki, przywoływała zaś skojarzenie ze słodkimi, rozpływającymi się w ustach ciasteczkami korzennymi.

Czekolada nie wydawała mi się wyraziście surowa, choć raz i drugi pojawił się tu minimalnie soczysty, ziemisty posmaczek. Głównie i tak czułam pierniczki, kawę i ciasteczka korzenne.

Czekolada bardzo mi smakowała, mimo że nie była wyjątkowo wciągająca, porywająca czy głęboka. W sumie była prosta, bo mocno korzenna. Zakładam, że to głównie zasługa tego korzenia, ale bardzo przypominała Pralus Trinidad Trinitario 75 %, która miała podobne nuty, tylko że pochodzenia kakaowego. Mało tego, wydała mi się pozbawioną cukierkowości i słodyczy wersją jedzonej dzień wcześniej Domori Cacao Criollo 70 % Canoabo.
Taak, to bardzo prosta i smaczna czekolada. Brakowało mi jednak w niej czegoś. Może wyrazistszej surowości?


ocena: 8/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 23 zł
kaloryczność: 598 kcal / 100 g*
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao 63,03%, cukier (trzcinowy lub kokosowy) 30 %, tłuszcz kakaowy 5,60%, maca 1%, lecytyna słonecznikowa 0,37%

sobota, 9 września 2017

Domori Cacao Criollo 70 % Canoabo ciemna 70 % z Wenezueli

Robiąc większe czekoladowe zakupy, zawsze staram się zamówić "coś nowego i coś starego". Chodzi o to, że oprócz nowości, wracam też do czekolad, które wyjątkowo mi smakowały, lub, jak w tym przypadku, jadłam niepełną wersję. Dzisiaj opisywaną próbowałam na początku mojej przygody z czekoladami, w dodatku w formie neapolitanki i wtedy uznałam, że nie smakowała aż tak cudownie, by ją zamówić. Potem nie zamawiałam, bo wiecznie było coś, czego jeszcze w ogóle nie próbowałam, a teraz... teraz wygrała chęć "skolekcjonowania" całej serii Domori Criollo i to, że przed rozpoczęciem degustacji nowych Domori, chciałam jakąś "bardziej znaną", bo się stęskniłam. 

Domori Cacao Criollo 70 % Canoabo to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Criollo Canoabo pochodzącego z Wenezueli z plantacji San Jose.
Canoabo to podgatunek ziaren Criollo, który swoją nazwę zawdzięcza wenezuelskiemu regionowi, gdzie rósł pierwotnie. Został uratowany przed wyginięciem właśnie m.in. Domori.

Ze złotka wyjęłam niemal czarną tabliczkę. Ten odcień brązu dobrze pamiętałam po neapolitance, jednak tabliczka Basi była o wiele jaśniejsza, co mnie trochę zaskoczyło. W kwestii zapachu czułam jakby połączenie obu podlinkowanych recenzji.

Czekolada pachniała bowiem wyidealizowaną, niemal ze snu wyjętą, cukiernio-piekarnią. Miód, karmelowa kwiatowość (czyli taka "żywa", słodka roślinność) - to wszystko kojarzyło się wręcz słodziaśnie, cukierkowo. Rysowało się to na kakaowej bazie, przypominającej o wyższej półce produktu. Tutaj doszukałam się lekkiej migdałowości i nuty chlebowo-roślinnej, kojarzącej się z jakimś nietwardym chlebem z ziarnami, soją czy grochem.

Przy łamaniu tabliczka trzasnęła, a w ustach rozpływała się leniwie, gładko-kremowo zalepiając je dość konkretnie.

W pierwszej chwili poczułam głęboką słodycz. To było jak miód i/lub nektar przechodzące w naturalny karmel wysokiej jakości. Wtórowała temu pewna lekka roślinność, która (gdy smak rozszedł się po ustach na dobre) sprawiła, że całość kojarzyła mi się z soczystymi, świeżymi daktylami.

Analogicznie, poczułam błogą moc kakao o subtelnych tonach. Żadnej gorzkości czy cierpkości, ale zdecydowany, pełny smak. Przez moment pomyślałam o dobrze wypieczonym pieczywie z soją, grochem (lub jakimś wymyślnym zrobionym z mąki migdałowej, mielonego grochu czy coś), ale gdy opływała to wyżej opisana słodycz, skojarzenia pomknęły w innym kierunku.

Otóż poczułam bardzo czekoladowe pierniczki i maślane, dobrze wypieczone rogaliki. Ogólny słodki klimat w pewnym momencie przełamywała soczystość, jaką niósł posmak soku pomarańczowego i takiego też dżemu. Czekoladowe pierniczki nadziewane dżemorem, rogaliki posmarowane takowym zaserwowane... w towarzystwie czekoladowo-migdałowego gęstego kremu do smarowania lub podobnego (wyidealizowanego) budyniu. Zwłaszcza bardzo lepiąca końcówka z czymś takim mi się kojarzyła.

Właśnie stateczniejszy posmak maślanych wypieków, czekoladowości pozostawał na dość długo. Nie można tu mówić o gorzkości, może jedynie gorzkawości, bo od początku do samego końca było błogo i delikatnie.

Jeśli mam być szczera, to pełnowymiarowa wersja wydała mi się już nudnawa jak na Domori. W żadnym wypadku nie była przesłodzona, ale jej ogólny wydźwięk wydał mi się "za słodziaśny". To łagodna kompozycja o słodkim charakterze miodowo-daktylowego, maślano-dżemorowatego posiłku, w którym nie brak czekoladowości (pierniczków, budyniu). Wczuwając się w to uważnie stwierdziłam, że to jedna z tych czekolad, które bardziej zachwycają przy krótszym spotkaniu, jako neapolitanki. Wtedy nie dochodzi do poczucia monotonii. 


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19,99 zł (za 25 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność:  554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

piątek, 8 września 2017

Millano-Baron Yummy Peanut Pleasure mleczna z nadzieniem o smaku orzeszków arachidowych i solonymi orzeszkami

Uwielbiam masło orzechowe, ale słodycze z nim od jakiegoś czasu mnie nie pociągają. Nigdy nie wychodzą tak masłoorzechowo i niecukrowo, jak bym sobie tego życzyła. Mimo to, gdy Mama zaproponowała mi współudział w zbrodni, czyli wspólne wszamanie najzwyklejszych, bo baronowych, czekolad z tym dodatkiem, z chęcią przystałam (kupiła dwie tabliczki - jedną z Biedronki, a drugą tak skądś "taka zwyklejsza, to najwyżej dla mnie będzie"). Tym bardziej, że nawet mi smakowała podobna propozycja Milki, czyli Peanut Caramel. "Jak na Milkę" i nie na tyle, by samej kupić, ale jednak.
Przy podziale czekolada nas zszokowała, a do mnie dotarło, że Mama była w błędzie, bo ta tabliczka koło masła orzechowego nawet nie leżała. To raczej baronowa wersja czekolad z nadzieniem a'la Pierrot, Bajeczny, michałki, czy coś. Po spróbowaniu skłaniam się jedynie ku temu "coś".


Millano Yummy Milk Chocolate Peanut Pleasure to "czekolada mleczna z nadzieniami 50 % o smaku arachidowym i kawałkami orzeszków arachidowych solonych" zawierająca 25 % masy kakaowej, której producentem jest Millano-Baron

Po otwarciu poczułyśmy orzeszkowy zapach tonący w obrzydliwym smrodzie słodkiego i sztucznego wyrobu czekoladopodobnego, jakby wręcz naperfumowanego i owocowego w sposób charakterystyczny dla czekolad  z lepiącym, płynnym nadzieniem. Mamie skojarzyło się to z lubianymi przez nią czekoladkami z wiśniami w alkoholu, więc jej zapach nawet przypadł do gustu.

Szczerze wystraszyłam się, że czekolada jest po prostu zepsuta i dopadłam do opakowania. Data w porządku, skład... przerażający, ale zawierający przecier truskawkowy, co wyjaśniło zapach. Odkryłam też przyczynę maminej pomyłki: "peanut pleasure" (przy jej nieznajomości angielskiego pleasure a butter musiało wyglądać podobnie :P ). Zdecydowałam wtedy, że wezmę sobie pasek czekolady - i tak bardziej do zdjęć (a to tych "gryzionych", a to ozdobnych), bo pachniało jak coś, czego wcale nie miałam ochoty brać do ust.

Po ostrożnym spróbowaniu potwierdziły się wszystkie obawy i okazało się, że... jest jeszcze gorzej niż się zapowiadało. 
na górze przełamane,na dole przekrojone

Sama czekolada to typowa przedstawicielka plastikowo-ulepkowatych, tłustych tworów o smaku cukru, cukru i sztucznych aromatów (z cukrem). Wyjątkowo kiepska tania czekolada, która w dodatku przesiąkła owocową nutą z nadzienia.

A nadzienie to sprawa skomplikowana. Na opakowaniu widać jakiś podział... w rzeczywistości była to gładka, tłusta masa koloru ciemnego brązu smakująca cukrem, orzeszkowo-czekoladowym nadzieniem rodem z tanich wafelków, margaryną i sztucznym owocowym nadzieniem, które skojarzyło mi się z różnego rodzaju jajkami, cukierkami, czekoladkami itp. z różowym pseudo-kremem. To taki specyficzny, sztucznie truskawkowy smak, który od dzieciństwa przyprawiał mnie o mdłości.

W górnej części kostki zatopiono spore kawałki chrupiących orzeszków. Były świeże i wyraziste, ale solonymi bym ich raczej nie nazwała. Niestety, w otoczeniu, jakie przygotował im producent, na nic się nie zdały.

To było tak obrzydliwe, że zjedzenie jednej kostki było męczarnią. Ta czekolada miała w sobie element sprawiający, że nie przypominała czegoś zdatnego do jedzenia. Zlepek cukru, margaryny i aromatów to jedno, ale jeszcze ta pseudo-owocowa nuta... to za dużo na moje nerwy. Owszem, fistaszkowość też było jakoś tam czuć, ale na tyle słabo, że w ogóle bym tej czekolady orzechową nie nazwała. Wsadzenie do niej fistaszków to zhańbienie ich. Przez ich nutkę skojarzyła mi się z czymś równie paskudnym, co jadłam jakiś czas temu - z wafelkiem Teatralnym. Ta czekolada to właśnie tabliczkowa i bardziej owocowa wersja tego paskudztwa. W komentarzach pod nim jedna z moich Słodyczowych-Prawie-Bratnich-Dusz wspomniała o istnieniu Teatralnych o smaku czekoladowym i cytrynowym, więc zakładam, że gdyby istniał Teatralny truskawkowy (niech opatrzność ma nas w swojej opiece i niech coś takiego nigdy nawet do głowy producentom nie przyjdzie!), smakowałby tak, jak ta czekolada. Właściwie... ta czekolada była nawet gorsza od Teatralnego. Wafelki to ogólnie niska półka słodyczy, więc nie wymagam od nich zbyt wiele, ale czekoladę to można zrobić chociaż jadalną... To? To już nawet nie niska półka. To piwnica, kanał.
Mama też swoją część wyrzuciła, bo stwierdziła, że czegoś tak słodkiego to dawno nie jadła i nawet owocowa nuta nie pomogła (a potrafi zjeść całą tabliczkę nadziewanej Milki lub Wedla). Chciałabym tu podkreślić, że właśnie Ona wychowała mnie tak, że jedzenia się nie wyrzuca, że trzeba zwracać uwagę na daty, przyglądać się, czy na owocach i warzywach nie ma zadrapań, przez co by mogłyby szybko zgnić, że np. pewne rzeczy można zamrozić, więc krótko mówiąc... wiele trzeba, by skłonić moją Mamę do wyrzucenia jedzenia. Yummy dała radę.


ocena: 1/10
kupiłam: Mama kupiła (chyba w Stokrotce)
cena: 5-6 zł (?) za 275g
kaloryczność:  515 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, tłuszcz roślinny częściowo utwardzony w zmiennych proporcjach (palmowy, shea, rzepakowy, sojowy, słonecznikowy, kokosowy), serwatka w proszku, solone orzeszki arachidowe (orzeszki, sól 1,5%), orzeszki arachidowe 2,4%, tłuszcz roślinny (palmowy, shea), tłuszcz mleczny, przecier truskawkowy, aromat, sól, substancja utrzymująca wilgoć (agar, pektyny), stabilizator: inwertaza; substancja konserwująca: sorbinian potasu, emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu)