piątek, 23 czerwca 2017

Pacari Raw Passion Fruit ciemna surowa 70 % z Ekwadoru z marakują słodzona cukrem kokosowym

Tak jak napisałam we wczorajszej recenzji - z dwóch posiadanych Pacari z marakują to bardziej niecodzienną zostawiłam sobie na drugą degustację. Połowę tabliczki (oraz porządne zdjęcia) zdobyłam dzięki uprzejmości Jarosława, który mi ją po prostu odstąpił. Jak to stwierdziliśmy - być może to już ostatnia taka na świecie? Zasiadając do tej degustacji nie wiedziałam, co sądzić. Wcześniej nie wierzyłam, że będzie mi dane ją spróbować, a trzymając ją w rękach, dalej nie mogłam uwierzyć w moje szczęście. Jak wypadnie w stosunku do nowej, niesurowej wersji? Czy będę opłakiwać fakt, że już nie robią surowych?

Pacari Raw Passion Fruit to ciemna czekolada o 70 % zawartości surowego kakao z Ekwadoru (miazga + tłuszcz) z marakują stanowiącą 1% słodzona cukrem kokosowym.

Po otwarciu poczułam ziemisty zapach, który miał w sobie coś wręcz podfermentowanie kwaskowatego, i kojarzył się z ziemią oraz drewnem, mokrymi po sowitych opadach deszczu. Wokół tego kręciła się nuta egzotycznych owoców, która sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała, gdzie tu się wgryźć. Z zaskoczeniem odkryłam także jakby... coś dymnego?

Bardzo ciemna, niemal czarna tabliczka nie była aż tak twarda, jak się spodziewałam, ale konkretności nie można jej odmówić. Także w sposobie rozpuszczania się, gdyż był on gęsto-zalepiający i dopiero pod koniec pojawiała się silniejsza soczystość.

W pierwszej chwili poczułam... kwach. Jakkolwiek to brzmi, zapowiadał coś nad wyraz smacznego, bo łączył w sobie to, co uwielbiam, czyli kwaskowatą goryczkę kojarzącą się z ziemią i kawą o takowej nucie oraz owocowe, a dokładniej cytrusowe, orzeźwienie.

To orzeźwienie miało w sobie coś bardziej... z chłodu wilgotnej ziemi, niż z soczystości, ale można powiedzieć, że splatało jedno i drugie.

Leciutka słodycz zaznaczyła się w końcu w tle jako nuta jagód, a z kwasków podpełzała do niej esencjonalna nuta... maślanki, tworząc dziwaczne połączenie jagodowo-cytrusowego napoju na jej bazie. Ze wspomnianych cytrusów roztaczała się egzotyka.

Na pewno nie były to cytryny, a raczej... wino o cytrusowo-ziemistych nutach oraz egzotyczne owoce typu mango, brzoskwinie - soczyste i dojrzałe, ale z kwaskowatymi nutami. Same cytryny częściowo również czułam, ale nie były tak oczywiste. Egzotyka jakby ośmielała się z czasem; bogactwo owoców w tych klimatach skojarzyło mi się z owocową karuzelą, napędzaną przez marakuję w poważnym, specyficznie surowo kakaowym otoczeniu. Moc kakao była tu poniekąd głównym smakiem, ale sporo miejsca ustąpiła owocom, że niemal się z nią zrównały (no, ale też wychodziły z niej, więc trudno to opisać).

Owocowe nuty właśnie też wypływały z samego kakao i nie były jednoznaczne, a dodana marakuja... mimo że kojarzyła się z owocem, czyli z sokiem i miąższem z pesteczkami, to także nie była aż tak jednoznaczna i porażająco wyrazista. Ona się wpasowała w otoczenie.

Jej wyczuwalność nasilała się z czasem, a słodkawo-kwaskowate nuty owoców, maślanki i wina zaczęły mi się kojarzyć, gdy już przegryzły się z marakują, z octem balsamicznym. Powiedziałabym, że końcówka degustacji była jak marakujowy ocet balsamiczny, choć wątpię, by coś takiego istniało. Był to poważny kwasek, mający w sobie smakowitą kakaową cierpkość, ale właśnie i ten marakujowy, wzbogacony o delikatną słodycz.

W ustach pozostawał posmak ziemisto-kawowego kakao o konkretnych nutach oraz owoców egzotycznych, z marakują na prowadzeniu. To było jak jedzenie kakaowo-czekoladowego kremu z owocami.

Ta czekolada wydała mi się bardziej "egzotycznie-konkretną kompozycją" niż "czekoladą z marakują" (którą niewątpliwie jest nowa, niesurowa Pacari). Nuty czekolady i dodatek wymieszały się całkowicie, to głębia i moc kakao oraz trafiony dodatek. Bardzo smaczne i bardzo specyficzne.

Muszę przyznać, że zakochałam się, ale... nie bardziej niż w niesurowej Pacari z marakują. Tamta była niewiarygodnie soczysta jak najprawdziwszy sok; marakuja objęła tam dowodzenie i wyszło genialnie marakujowo, choć wciąż oczywiście czekoladowo.
Surowa Pacari wydała mi się po prostu poważniejsza, przez co mniej lekka i soczyście marakujowa - w końcu marakui w surowej tabliczce jest znacznie mniej, bo tylko 1 %. Jako że właściwie okazały się zupełnie inne, powinni mieć w asortymencie obie, bo jestem pewna, że w zależności od dnia i humoru mogłabym mieć ochotę konkretnie albo na jedną, albo na drugą.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: gdyby trafiła się okazja, to tak (ale wiem, że to niemożliwe)

Skład: ziarno kakao 63,03%, cukier kokosowy 30 %, tłuszcz kakaowy 5,60%, marakuja 1%, lecytyna słonecznikowa 0,37%

czwartek, 22 czerwca 2017

Pacari Passion Fruit ciemna 60 % z Ekwadoru z marakują

Z całej mojej kolekcji czekolad trudno jest mi wybrać szczególne, wyjątkowe, bo poniekąd wszystkie takie są, ale... dzisiaj opisywana niewątpliwie ma u mnie specjalne miejsce. Otwierałam ją z ogromnym podekscytowaniem, gdyż wiedziałam, że po niej czeka mnie jej dawna wersja, której od dawna już nie robią. Która okaże się lepsza? Czym się różnią? Obie są z marakują - jedna zwykła, z nieco niższą zawartością kakao, ale wyższą owocu, a druga... z kakao surowego. Taki egzotyk! Najpierw postanowiłam zjeść zwyklejszą (choć w przypadku Pacari nie można mówić o zwyczajności), choć nie wiedziałam, czego się po obu spodziewać.

Pacari Passion Fruit to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru (miazga + tłuszcz) z marakują, która stanowi aż 6 %.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach, który był mieszanką lekko palonego, nieco winnie-ziemistego i mocno orzechowego kakao oraz miodowo-egzotycznej, słodko-kwaśnej soczystości.

Czekolada miała głęboko brązowy, ale raczej jasnawy kolor, a przy łamaniu wydała mi się bardzo twarda.
W ustach rozpływała się cudownie, bo w tempie umiarkowanym, gładko kremowo, a przy tym nietłusto, odkrywając mnóstwo drobinek nadających pewnej szorstkości. Wydała mi się niezwykle soczysta, co rozwinę przy opisie smaku.

Przy pierwszym kęsie poczułam wykwintną słodkawość splatającą się z przyjemną gorzkawością kakao, która jednoznacznie kojarzyła mi się z orzechami (laskowymi i włoskimi). Palona nutka to podkreślała, nadawała powagi, mimo że nie była zbyt silna. W pierwszej chwili mignęło mi skojarzenie z karmelowo-orzechowym kremem, ale trwało tylko sekundę, bo to, co poczułam dosłownie chwilę potem...

To było jak jedzenie najwyższej jakości orzechowo-czekoladowego biszkoptu, solidnie wypieczonego, ale i mocno nasączonego sokiem z owoców egzotycznych.Te bowiem wystrzelały przed inne smaki niezwykle szybko.
Tak jakby z kęsa wspomnianego biszkoptu nagle zaczął wypływać sok z marakui. Mimo że jadłam ten owoc może dwa-trzy razy w życiu, ten smak był nie do pomylenia. Nieprawdopodobnie świeży i naturalny, jakby tylko co wyciśnięty z owocu. Zdominował czekoladę, choć pozostawił smakowitemu, statecznemu kakao tworzenie tła.

Czekolada nawet rozpływała się, jakby wypuszczała marakujowy sok. Tak jakbym piła gęste smoothie. A w nim... jakby jeszcze jakieś cytrusy, zielone jabłka... Nie byłam pewna. Na pewno nie sama marakuja, ale też jakieś nuty z samego kakao, choć bez wątpienia z soczystą marakują na czele.

Wiem, że brzmi to na bardzo kwaśny kąsek, jednak czekolada była także przyjemnie słodkawa, z tym że słodycz nie wychodziła przed szereg. Ona jedynie lekko tonowała kwasek, nadając nieprzesadzonej, karmelowej nutki (genialnie pasującej do tych lekko palono orzechowo-biszkoptowych nut). Całość była cudownie rześka, orzeźwiająca dzięki soczystości, a choć było to słodkawe orzeźwienie, nie ma tu mowy o za silnej słodyczy.

Na końcu, przez chwilę, czułam sam sok z marakui. Nagle, skądś wyskoczyła palona nutka kakao kojarząca się z lekkim, egzotycznym do potęgi winem, łącząca się z marakują i pozostająca jako posmak słodkawej i lekko palonej ciemnej czekolady oraz marakui.

Czekolada skradła mi serce od pierwszego kęsa. Trafiła do czołówki moich ulubionych czekolad - i nie mówię tu tylko o tych z dodatkami, ale w ogóle o wszystkich.

Byłam niezwykle ciekawa, jak wyjdzie w porównaniu z surową, której recenzję będziecie mogli przeczytać już jutro...


ocena: 10/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (nieosobiście)
cena: 19 zł (za 50 g)
kaloryczność: 598 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa 48,84%, cukier trzcinowy 40%, marakuja 6%, tłuszcz kakaowy 4,96%, lecytyna słonecznikowa 0,2%

środa, 21 czerwca 2017

Legal Cakes baton Żurawina + jagody goji

Po wstępnym zapoznaniu się z zakupionymi w maju batonami Legal Cakes, doszłam do wniosku, że za pierwszym razem trafiłam na najsmaczniejsze (Chiacho, Brownie) i najgorszy (L'Oreo), a teraz miałam do czynienia z wywołującymi o wiele mniej emocji. Na koniec zostawiłam sobie chyba najprostszy, z owocami, które bardzo lubię, bez dodatkowych słodzideł. Trochę żałowałam, że nie załapałam się na dawną wersję, a już bezglutenową (jestem sceptyczna do większości rzeczy "bez..."), ale mówi się: "trudno".

Legal Cakes Żurawina + Jagody Goji to bezglutenowy baton na bazie bananów, żurawiny oraz płatków (gryczane, jaglane) z jagodami goji.
Podoba mi się, że nie zawiera dodatkowych słodzideł oraz cieszy wysoka zawartość owoców, ale ich proporcje o wiele mniej.

Po otwarciu poczułam zapach głównie bardzo słodkich bananów w wydaniu zarówno świeżym, jak i bardziej "chlebkowym", ale i pewną zbożowość oraz suszone owoce. 

Baton okazał się konkretny, zwarty, wręcz zbity, ale nie twardy. Płatki zostały tu w większości przemielone, co przełożyło się na konsystencję chleba z dodatkiem kaszy lub płatków. Jednak dzięki ilości bananów, nie było sucho, a mokro (nieprzesadnie), soczyście i trochę lepiąco. Taki prawie bananowy chlebek. Znalazło się w nim mnóstwo soczystych, jędrnych owoców, które wydały mi się nie tylko naturalnie soczyste, ale i namoczone, przy czym wcale nie były rozlazłe. Żurawina w takiej formie wyszła niewiarygodnie świeżo i cudownie, a goji... utraciły swoją suchą specyfikę (i charakterek).

Smak w dużej mierze był odzwierciedleniem konsystencji. 
Baza smakowała przede wszystkim bananowo i zbożowo chlebowo. Nie mam tu na myśli chlebka bananowego, bo banany wydały mi się wręcz świeże, a także dojrzałe i słodkie. Baton był więc bardzo słodki, ale jedynie w owocowy sposób. Do przesłodzenia nie doszło, bo płatki - gryczane i jaglane - skutecznie to neutralizowały i wprowadzały właśnie chlebowość (to pewnie też sprawka odżywki białkowej), taki "zbożowy konkret". Kojarzyło mi się to też trochę z jaglanką (niestety ugotowaną na wodzie; ja swoją robię na mleku) z ogromną ilością owoców. 

Tych było tu mnóstwo - głównie owoców żurawiny. Zdecydowanie dominowały nad goji swoim słodkim i wyrazistym smakiem, w którym znalazła się jedynie odrobinka kwasku. Były przepyszne.

Jagody goji zaś... pozostawały strasznie bierne, wydały mi się złagodzone i takie jakieś "mało gojiowate". Utraciły swój charakterystyczny cierpko-gorzko-słodki smak, za który właśnie tak bardzo je lubię, dlatego też w tym batonie bardzo mnie rozczarowały.

Całość była bardzo owocowa, słodka, ale właśnie jedynie w owocowy sposób. Zbożowość płatków mogłaby być mniej "chlebowa", nie podobało mi się to niemal zupełne przemielenie, bo to sprawiło, że baton był za ciężki do swojej słodkiej owocowości - płatki gryczane jakoś mi tu nie pasują. I właśnie... słodycz. Odebrałam ją jako bardzo silną, ale w sumie w pozytywnym tego słowa znaczeniu (lubię słodycz bananów i dojrzałej żurawiny). Niestety, zawiodły mnie goji. Powinno być ich więcej - i to takich charakternych, a nie niewyraźnych, rozmoczonych. Myślę, że ich pełny smak genialnie wpasowałby się w tę słodycz i zmienił jej wyraz na bardziej wytrawny. Czuję, że z takim przełamaniem smaku (i np. z płatkami owsianymi zamiast gryczanymi) miałby co najmniej 8, a tak... niestety. Smaczny, ale rozczarowujący (jeśli ktoś, tak jak ja, napalił się na tytułowe goji).


 ocena: 7/10
kupiłam: kawiarnia Legal Cakes w Krakowie
cena: 7,50 zł (za 140 g)
kaloryczność: 226 kcal / 100 g; sztuka 140 g - 316 kcal
czy znów kupię: nie wiem

Skład: banany, żurawina (15%), płatki gryczane, płatki jaglane, jagody goji (4,5%), odżywka białkowa

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Madecasse Sea Salt & Nibs ciemna 63 % z Madagaskaru z kawałkami kakao i solą morską

To, że tak szybko ta recenzja pojawia się u mnie, zaskoczyło mnie samą. Bohaterka dzisiaj opisywana od dawna była na mojej liście "do zdobycia", jednak nie bardzo miałam skąd ją wziąć. Pewnego razu, na zdjęciu czekoladowych zbiorów przesłanym przez Jarosława, dostrzegłam cudo: piękne opakowanie z lemurem. Trzeba Wam wiedzieć, że mam bzika na punkcie tych madagaskarskich słodziaków, więc moje zainteresowanie wzrosło diametralnie. Była to w końcu jedna z upragnionych czekolad w wydaniu specjalnym (dochody ze sprzedaży tej linii szły na kampanię "Save the lemur" pomagającą lemurom na Madagaskarze). Dzięki szczodrości szczęśliwego posiadacza tejże tabliczki, dostałam połowę oraz komplet pięknych zdjęć (chyba rozpoznacie, które to? :P ).

Madecasse Sea Salt & Nibs to ciemna czekolada o zawartości 63 % kakao z Madagaskaru z kawałkami kruszonego kakao i solą morską.

Po rozchyleniu sreberka poczułam zaskakująco silny zapach, jak na czekoladę, która była już długo otwarta. Silny i w dodatku wyrazisty! Były to owoce typowe dla Madagaskaru, a więc grejpfruty, cytrusy i jakieś czerwone w kompozycji raczej słodkawej i wzbogaconej o mocne palenie. Istotne jest, że nie te nuty były palone, tylko po prostu obok nich wyczułam palenie ("jako bonus").

Czekolada miała porządną konsystencję, bo była solidna, nic z niej nie odpadało i nie wydała mi się ani specjalnie sucha, ani specjalnie tłusta. Rozpływała się raczej kremowo, choć kryła w sobie odrobinkę pylistości.

Gdy tylko zrobiłam pierwszy kęs, poczułam przede wszystkim mocny smak grejpfrutów i cytrusów. Był słodki, ale także bardzo gorzko-kwaśny. Z czasem gorzkość zaczęła nabierać jeszcze większego znaczenia, gdyż do głosu zaczęło dochodzić palenie / prażenie, początkowo ukrywające się (nieskutecznie, bo i tak było czuć je w tle). Doskonale wzmocniło ogólną gorzkość, bo nie narzuciło się całkowicie grejpfrutowi, a podkreśliło go. Ten palony smak jako sam w sobie zaś wypuścił trochę dymnych nut, które to jakby wydobyły na wierzch smak skórki cytryny.
Ta gorzkość i palenie były obecne cały czas, co bardzo mi się podobało przy tej mocy palenia, która została trafiona w punkt - jeszcze trochę i mogłoby przysłonić nuty smakowe kakao.

Potem smaki zaczynały się mieszać, pojawiły się wyraźne owoce leśne oraz twarogowe nuty, przy czym nabiał tylko się gdzieś tu zarysowywał, jakby... robił za istotne tło, ale sam nie brał większego udziału w przedstawieniu. O ile czekolady Menakao wydają mi się mocno twarogowo-kefirowe, takie wręcz nabiałowo-kwaskowate, tak tutaj czułam bardziej... tłusty twaróg albo jakiś serek twarogowy.

Spośród wspomnianych owoców leśnych zdecydowanie dominowały jeżyny. Ciekawym było, że kiedy jadłam kawałek prawie bez nibsów był to duet jeżyny-jagody, zaś przy rozgryzaniu nibsów... czułam soczyste, trochę kwaskowate truskawki, a jeżyny w tle.

I właśnie, dochodzimy do dodaków. Na spodzie czekolady znalazło się mnóstwo kawałków kakao - zarówno małych, jak i naprawdę sporych. Takie rozwiązanie podobało mi się o wiele bardziej, niż w Menakao 63 % nibs & sea salt, gdzie w niektórych tabliczkach nibsy są malutkie, w innych wielkie. Tu mamy jedne i drugie. Nie były zbyt twarde, a mimo to bardzo przyjemnie chrupały, roztaczając w ustach goryczkowaty kwach z pewną... słodyczą? Tak mi się wydawało. Nieziemsko podkreślały poszczególne nuty. Nibsowa gorycz - grejpfrtuta, kwach - ach, jak on podsycał cytrynowość! - "słodkawość" rozkręcała twaróg.

Wydaje mi się, że sól w tej czekoladzie znalazła się pod nibsami. Ujawniała się epizodycznie w trakcie rozpuszczania całości. Raz po raz pojawiła się słona nutka, by zaraz zniknąć. Smakowicie podkreślała soczystość owoców i palenie. Była to odrobinka, dosłownie szczypta, ale wydaje mi się (jestem pewna!), że większa ilość zburzyła by kompozycję albo niepotrzebnie podkreśliłaby słodycz.

Słodycz też była ciekawa, bo ogółem... nie odegrała większej roli. Owszem, owoce i twaróg były słodkawe, ale jako taka pojawiała się dopiero pod koniec, lecz to nie ona zostawała w posmaku. Ten należał do cytrusów (choć może w wydaniu "na słodko") oraz dymu, może nieco za mocno palonej kawy, ogólnego palenia-prażenia.

Ta czekolada wydała mi się o wiele lepszą, spójniejszą kompozycją niż Menakao 63 % Bright & Indulgent cocoa nibs & sea salt. Minimalnie, ale jednak. Wyjście z wielkością nibsów okazało się strzałem w dziesiątkę. Mam też wrażenie, że Madecasse była mniej słodka oraz bardziej kremowa - czyżby zawierała więcej tłuszczu kakaowego kosztem cukru? Bardzo możliwe. Jeśli chodzi o owoce inne niż cytrusy, w Menakao dominowały te słodkie - jagody oraz czerwone porzeczki. Madecasse zaserwowała cierpkie jeżyny i kwaśne, niedojrzałe truskawki.

Może nie zachwyciła mnie aż tak, bym po zjedzeniu jej nie mogła się pozbierać, ale... muszę ją jakoś wyróżnić, wystawić coś więcej niż Menakao i na pewno zdobyć kiedyś całą tabliczkę. Dobra, o wystawieniu oceny już w ogóle przeważyło opakowanie i cel kampanii.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki kakao, lecytyna sojowa, sól morska (<1%)

niedziela, 18 czerwca 2017

Legal Cakes baton Owocowo-czekoladowy

Przed dwoma, jak mi się wydawało, owocowymi w każdym calu propozycjami Legal Cakes zdecydowałam się spróbować baton, który z założenia powinien smakować mi najbardziej. W końcu kocham czekoladę, prawda? Otóż już z wyglądu, jak na batona czekoladowego, ten wydał mi się jakiś za jasny, więc założyłam, że potraktuję go raczej jako po prostu batona owocowego albo twór bliżej nie do określenia (wygrała opcja numer dwa).

Legal Cakes Baton Owocowo-czekoladowy to bezglutenowy baton na bazie bananów i płatków (gryczane, jaglane) ze śliwkami i czekoladą.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim zapach słodkich bananów, a daleko w tle majaczyło coś na wzór śliwki w czekoladzie. Słodko, słodko, słodko, ale smakowicie. 

Dość mocno przypieczony baton okazał się zaskakująco konkretny, ciężki, a także zbity i niemal twardawy. Strukturę określiłabym jako bardzo przemieloną i sprasowaną, bez kawałków bananów i bez pojedynczych płatków. Ogólnie był raczej suchy, choć z pewną soczystością, która niewątpliwie nakręcała się przy wielkich kawałkach i calutkich sztukach soczystych, jędrnych, ale i nieco ciągnących się śliwek. Baton nie był tłusty, choć pewna kremowość pojawiała się przy czekoladowych "kieszonkach". Czekolada wystąpiła tu jako takie... nie kawałki, a natychmiast rozpływające się grudki. 
Nie podobała mi się ta konsystencja. Czekolada szybko znikała, śliwki jak to śliwki, a samą batonową część trzeba było męczyć i męczyć. Wydawało mi się, że przeżuwanie tego nie ma końca.

I nie była to niekończąca się przyjemność, bo sam baton, oprócz bananowej słodyczy, był po prostu mdły. Nie był ani wyraźnie gryczany, ani jaglany. Kojarzył mi się z chlebem z konkretnej mąki albo z pieczoną, osuszoną jaglanką ugotowaną na wodzie (brr, ja gotuję na mleku i taką właśnie uwielbiam). 

Śliwki także niosły jedynie słodycz, bo były to te kalifornijskie. Smaczne, ale w towarzystwie słodkich bananów to było już za wiele, tym bardziej, że nie pożałowano ich. Owocowe zasłodzenie i tyle. Zdecydowanie wolałabym tu widzieć kwaskowate węgierki.

Nawet czekolada, pewnie przez konsystencję, wydała mi się znacznie słodsza niż w reszcie ich batonów. Owszem, było czuć i kakao, ale trochę się gubiło w ogólnej słodyczy. Czekolady nie było za wiele, ale przy tym słodkim smaku, to chyba mała strata.

Dodatki przy każdym kęsie na chwilkę przywodziły na myśl bardzo słodkie śliwki w czekoladzie, ale szybko były zagłuszane przez ogólną słodycz, niewyrazistość i skojarzenie z ciężkim, zapychającym chlebem.
Bardzo zawiodła mnie ta ciężkość, która dopadła niegdyś wręcz piankowe batony Legal Cakes po tym, jak zmienili je na bezglutenowe. Ja rozumiem, że niektórzy są uczuleni, ale... nie wszyscy unikamy wszystkiego. Spokojnie mogli zostawić dawną wersję i wprowadzić bezglutenową, a nie je zmieniać. Myślę, że płatki owsiane zamiast tej "chlebowej" bazy podbiłyby ocenę. Przydałoby się też dodać jakieś przełamujące słodycz owoce.

Gdyby nie to, jak tego batona obmacałam i z jednej strony obgryzłam, z wielką chęcią oddałabym Mamie (a rzeczy zdrowych i ciemnych czekolad jej nie oddaję). Tak zjadłam go w dwóch podejściach, zasładzając się i zapychając za każdym - na świeżo po kupieniu i trzy dni później było tak samo.


 ocena: 5/10
kupiłam: kawiarnia Legal Cakes w Krakowie
cena: 7,50 zł (za 140 g)
kaloryczność: 188,6 kcal / 100 g; sztuka 140 g - 264 kcal
czy znów kupię: nie wiem (jeśli zmienią skład, np. owoce to tak)

Skład: banany, śliwki (24%), płatki gryczane, płatki jaglane, czekolada 90% (czekolada 7%), odżywka białkowa

sobota, 17 czerwca 2017

(Mulate) Naive Honey ciemna 68 % z Madagaskaru z miodem leśnym

Jeśli mam być szczera, to nie sądziłam, że po obiekt dzisiejszej recenzji w ogóle sięgnę. Próbowane poprzednio czekolady Naive bardzo, bardzo mi smakowały, jednak co do tej miałam obawy, że okaże się dla mnie za słodka. Nawet nie 70 %, a tylko 68 %  kakao i miód? Kakao - tym razem nawet wiadomo skąd, bo z Madagaskaru. Niby miód też nie byle jaki, a konkretnie typowo litewski (w końcu to litewska marka), bo leśny. Może już to pisałam, ale co tam. Lubię próbować różne miody, spośród których preferuję gryczany (i ogólnie te charakterniejsze), więc zaczęłam się zastanawiać, czy był jakiś powód dla którego użyto właśnie miodu leśnego. Dodatki w dwóch poprzednich Naive (grzybowa Porcini i z chmielem Hops) były wręcz genialnie wpasowane, więc muszę przyznać, że gdy dowiedziałam się, że chodzi o miód leśny, naprawdę zainteresowałam się, jak jego bardzo słodki kwiatowo-ziołowy smak odnajdzie się w kakao z Madagaskaru, czyli jednego z moich ulubionych regionów.

Native Honey to ciemna czekolada o zawartości 68 % kakao z Madagaskaru z miodem leśnym, który stanowi 5 %.

Po otwarciu hermetycznego sreberka, poczułam coś, czego w życiu bym się tu nie spodziewała: ogrom owoców leśnych, głównie porzeczek, oraz naprawdę mocne palenie, z którego wyłaniała się lekko karmelowa słodycz przechodząca także w mokro-ziemiście-żywiczne nuty lasu iglastego, a więc może i trochę takowego miodu (choć w gruncie rzeczy miód nie był tu specjalnie wyczuwalny; gdybym jednak musiała jakiś obstawiać, obstawiłabym ze spadzi iglastej, a więc taki kwaskowato-konkretny, a nie słodziutki leśny).

Gruba, żywicznoczerwona tabliczka łamała się bez problemu, ujawniając ziarnisty przekrój. "Na dotyk" wydała mi się lepiąco-tłustawa, kremowa, więc zaskoczył mnie także jej sposób rozpływania się w ustach. Rozchodziła się dość wolno, kremowo zalepiając usta, jednak nie miała w sobie za wiele tłustości, a pewną... "niegładkość" - nie szorstkość, pylistość czy ziarnistość, ale właśnie "niegadkość".

Spotkało mnie jeszcze trzecie zaskoczenie, ponieważ smak nie okazał się tak nietuzinkowy jak konsystencja i zapach.

Już od pierwszej sekundy czułam silną słodycz oraz mocne palenie. Oba smaki zaczęły rozwijać się - słodycz leniwie, palenie zaś dynamicznie, przybierając głęboko gorzki smak. Wydawało mi się, że momentami to on dominował, jednak były i takie chwile, gdzie to słodycz wybijała się na szczyt.

Czułam w niej owoce, dokładniej czerwone porzeczki i cały miks leśnych, otulone przez taką... prawie drapiącą, choć jeszcze nie, karmelową słodycz. Nie była miodowa w sposób, w jaki zazwyczaj są rzeczy "miodowe", to była taka bardziej zakamuflowana miodowość - "słodziaśna", ale z pewną głębią. Wyraźnie czułam w niej malinowo-karmelowe nuty, które określiłabym jako karmelomaliny i karmelokwiaty. Ta słodycz była interesująca, ale całościowo wydała mi się za silna.

Takie "miodowawe" nuty owoców wchodziły częściowo w palony smak przekładając się na dość wyraźny motyw ziemistości kojarzącej się z lasem iglastym, mchem i jego wilgocią. To las, który żyje, w którym rośnie mnóstwo kwiatów i połyskuje złota żywica.

Oprócz nut słodyczy, smak tej czekolady był przede wszystkim gorzko-palony. Próbując się wczuć "na siłę" chyba grejpfruta przez moment czułam, ale... palenie było tak mocne, że nigdy w życiu nie powiedziałabym, że kakao pochodzi z Madagaskaru - zupełnie nie czuć jego cytrusowych nut. Plus, że nie było posmaku przypalenia, ale i tak było tak silne, że zabiło charakterystyczne nuty kakao.

Końcówka była jednak już bardziej słodka, niż palona, a posmak pozostający na dość długo po zniknięciu kawałka, był wyrównany - słodko-palony.

Summa summarum, całość wyszła dość dobrze, mimo że za słodko. Smak był głównie palony, gorzkość była na zadowalającym poziomie, a wszystkie nuty miały raczej słodki charakter - taki kwiatowo-miodowo-owocowy. Przez to powiedziałabym, że to jakaś czekolada z Ekwadoru (który ma właśnie takie kwiatowe nuty).
Ja jednak czuję rozczarowanie. Uważam, że smak miodu byłby lepiej wyeksponowany, gdyby dodano mniej cukru. Tak było za słodko, ale nie aż tak mocno miodowo, jak można by się spodziewać. Mimo, że ziarna ewidentnie nie zostały przypalone, to palenie było tu za mocne i zabiło smak kakao z Madagaskaru. Tym razem Native nie sprostało moim oczekiwaniom - zmarnowało potencjał Madagaskaru i przesłodziło.


ocena: 7/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 19,99 zł (za 55 g)
kaloryczność:  nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, miód leśny (5%), tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

czwartek, 15 czerwca 2017

Erithaj Ba Lai Chocolat Noir Vietnam 74 % ciemna z Wietnamu

Przy Erithaj Ben Tre Vietnam 70 % wspomniałam już, że posiadam jeszcze parę tabliczek tej marki, i to z wyższą zawartością kakao oraz mleczną. Jak zaplanowałam, jako drugą do otwarcia przeznaczyłam, że tak powiem, "środkową", co do której miałam naprawdę ogromne oczekiwania, gdyż już pierwsze spotkanie z Erithaj było niezwykle... owocne. O tak, jej owocowa (śliwkowa) moc - cudo. Jak będzie z jej koleżanką, z tego samego regionu (Ben Tre), ale tylko i wyłącznie z kakao trinitario znad rzeki Ba Lai? Oj, lubię taką precyzję.

Erithaj Ba Lai Chocolat Noir Vietnam 74 % to ciemna czekolada czekolada o zawartości 74 % kakao trinitario z Wietnamu z prowincji Ben Tre znad rzeki Ba Lai.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach, który wydał mi się wręcz namacalny. Była to mokra ziemia, ogólne poczucie gęstości i wilgoci, co równie dobrze mogło przywodzić na myśl także jogurt oraz ogrom malutkich ciemnych owoców - raczej leśnych. Jeżyny, jagody itp. Oprócz tego, w tej całej mokrości czułam taką... roślinną, świeżo ziołową (lub bardziej "przyprawową") soczystość trudną do sprecyzowania.

Tabliczka o soczystym, ciepłym kolorze miło trzasnęła. Łamała się trochę nierównomiernie, a kiedy włożyłam pierwszą kostkę do ust, chyba odkryłam dlaczego. Otóż nie miała gładkiej, kremowej konsystencji. Cieszyła się charakterną pylistą szorstkością, zacięciem, zamkniętymi w lepiąco-bagienkowatej, ale nie tłustej, masie. Rozpływała się po prostu bosko. Mój ideał.

W pierwszej chwili poczułam łagodny, nieprażony smak mający owocowy klimat, jednak nie zdążyłam się nad nim zastanowić, a już nadciągnęło gorzkawe, soczysto-cierpkie uderzenie. W sekundę poraziła mnie intensywność i wyrazistość - krótko mówiąc: moc smaku, a także jego jednoznaczność. Miałam wrażenie, jakbym właśnie jadła jeżyny... garściami! Takie w pełni sezonu, a więc słodko-goryczkowate i po prostu przepyszne.
Zaraz po nich pojawiły się także ciemne - granatowe i fioletowe, z przewagą tych pierwszych - winogrona. Również słodkie, dojrzałe. To było jak rozgryzanie tychże winogron, rozkoszowanie się ich słodyczą, a następnie wysysanie cierpkich skórek. Kocham to!

W tle zarysowała się subtelna słodycz kojarząca się z wyidealizowaną, bo nieprzesłodzoną krówką, w dodatku taką odrobinę przyprawioną i... przypieczoną? Zaraz! Przecież to była nutka batona Ania Owies!

Również subtelnie i również w tle pojawiły się cytrusy, jednak nie był to zbyt jednoznaczny smak. Owszem, wyraźny, ale jakby mi ktoś powiedział, że to nuta jogurtu... w sumie można by się nabrać. Zwłaszcza, jeśli mówiłoby się o cytrusowym jogurcie.

Cytrusy z czasem wzmocniły się i po złączeniu ze słodyczą, stworzyły efekt niejednoznacznej i niemal chłodzącej słodyczy, jakby takiej przytłumionej. Następnie uległy trochę goryczce jeżyn i winogron, do bukietu smaków dotarł lekko palony smak. Pomyślałam o niemocnej, ale głębokiej kawie o cytrusowych nutach. To było to!

Końcówka należała palonych nut, słodko-cierpkich owoców i jakby... cierpkiej słodyczy? Te smaki były niezwykle wyraziste i takie "stężone", jakby nie mogły pomieścić się w tabliczce.

Z zaskoczeniem więc odkryłam, że posmak należał do słodkich owoców i lekkiego palenia. To było jak spokojny, cichy wieczór po dniu pełnym wrażeń i emocji.

W czekoladzie zakochałam się już od pierwszego kęsa. Raz i drugi czuć w niej palenie, ale nie było mocne, dzięki czemu wszystkie nuty miały okazję świetnie się rozwinąć. Nie było ich jednak za wiele. Czekoladę nazwałabym wręcz prostą, bo była szokująco jednoznaczna. To po prostu jeżyny, ciemne winogrona i palona końcówka, z nutami krówkowo-przyprawowo-cytrusowymi. Te nuty były tylko tłem, zaś zasadnicze smaki... Dawały nieźle popalić. To doskonały przykład czekolady, która pokazuje smakowitość kakao - nie trzeba nic więcej. Genialna i bijąca na głowę wiele innych. Zdecydowanie jedna z moich ulubionych.

Erithaj zszokowało mnie wyrazistością i jednoznacznością smaków w swoich tabliczkach.
Muszę przyznać, że orzeźwienie, wyrazistość fioletowych owoców i wytrawna (wręcz goryczkowata) słodycz troszeczkę kojarzyła się z Erithaj Ben Tre Vietnam 70 %, ale według mnie Ba Lai jest lepsza, choć to pewnie dlatego, że po prostu wolę winogrona i jeżyny od śliwek.


ocena: 10/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 23 zł (za 100 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak (przy najbliższej możliwej okazji!)

Skład:  ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

środa, 14 czerwca 2017

Legal Cakes baton Karmelowy

Po mającym potencjał, ale i niestety okropne orzechy, Sneaky'm będącym zdrowym zamiennikiem Snickersa, a także po L'Oreo, któremu udało się osiągnąć obrzydliwość oreowego kremu, po obiekt dzisiejszej recenzji sięgnęłam niepewnie. Przypominał bowiem wszelkie ciastka z karmelem i czekoladą, Twix'a itp., a takich nigdy nie lubiłam. W kwestii Twix'ów, to zawsze uważałam je za lepsze od jakiś Marsów czy Milky Way'ów (tych dwóch to w ogóle nienawidzę odkąd pamiętam) przez neutralizujący słodycz i lepkość herbatnik. Zajmujący jego miejsce biszkopt od Legal Cakes był jednak zagadką, bo występuje on tylko w tym betonie.

Legal Cakes Baton Karmelowy to bezglutenowy baton z migdałowego biszkoptu, "karmelu" na bazie masła orzechowego i daktyli polany czekoladą.

Po otwarciu poczułam bardzo smakowity zapach migdałów, biszkoptu i nutę masła orzechowego, a także słodycz za słodkiej kakaowej polewy, co akurat już takie przyjemne nie było.

Baton okazał się lekki, dość zwarty i suchy. Czekolada ładnie się trzymała, była grubą warstwą, podobnie jak "karmel" o lekkiej i gęstej konsystencji z ciągnącymi się kawałkami daktyli. Wierzch był kremowo tłusty, ale że biszkopt stanowił większość, i tak bardzo szybko zapychał przez swoją suchość i irytował sypaniem się (nawet kruszeniem tego nie nazwę). To oczywiście przez mąkę migdałową, ale gdyby zrobili go bardziej wilgotnym, myślę, że załapał by spójność (nie raz jadłam coś zrobionego z tej mąki, co było wilgotne, więc da się).

W smaku biszkopt ten był łagodny, jedynie trochę słodkawy i przede wszystkim migdałowy. Ta migdałowość, jakaś odrobinka również migdałowej mleczności i leciutko przypieczony smaczek sprawiły, że smakowało to jak biszkopt idealny.

Warstwa "karmelu" rzeczywiście minimalnie mogła kojarzyć się z karmelem przez silną słodycz, choć według mnie smakowała głównie masłem orzechowym. To prawda, że masłem orzechowym na słodko, ale że baton nosi nazwę "Karmelowy", a większość jego słodyczy pochodzi od daktyli, wybaczam mu to. Biorąc pod uwagę smak biszkoptu, słodycz tej warstwy nie była przesadzona.

Niestety, słodycz mocno napędza także czekolada. Przez ogólną słodycz tych warstewek, wyjątkowo na wierzch wyszła tu nuta słodziku. Sądzę, że cała słodycz w dziwny sposób podkreśliła też smak kakao - niestety, tutaj wyszło takie "suche", a więc ewidentnie odtłuszczone. W tym batonie czekolada kojarzyła się bardziej z typową polewą (w dodatku ze słodzikiem), a nie smakowitą czekoladą.

Połączenie migdałowego biszkoptu, daktyli i masła orzechowego kojarzyło się raczej trochę bardziej makowo-korzennie (?), niż karmelowo. Może właśnie dlatego tak bardzo przypadło mi do gustu. Niestety nie mogę tego powiedzieć o całości, bo przy tym połączeniu czekolada Legal Cakes wyszła wyjątkowo słabo i strasznie zasłodziła (już bez niej było bardzo słodko).
Za największą wadę Karmelowego uważam proporcje, może i formę. Spokojnie mogliby zupełnie zrezygnować z erytolu i dać większą warstwę niby-karmelu, ale zwiększając jedynie ilość masła orzechowego.
Gdyby takie nadzienie umieścili wewnątrz biszkoptu, to w sumie obyłoby się i bez kiepskiej czekolady. Ewentualnie czekolada do poprawy.

Potencjał spory, ciekawostka w ofercie, ale jednak mogli to o wiele lepiej zrobić.


 ocena: 7/10
kupiłam: kawiarnia Legal Cakes w Krakowie
cena: 8,50 zł (za 90 g)
kaloryczność: 290 kcal / 100 g; sztuka 90 g - 261 kcal
czy znów kupię: nie wiem

Skład: masło orzechowe, migdały, odżywka białkowa, daktyle, mąka ryżowa, mleko migdałowe, erytol, czekolada 90 %

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Zotter Sauvignon Blanc mleczna z nadzieniem ananasowym i paprykowym z białym winem Sauvignon Blanc oraz z białą czekoladą, miodem, rodzynkami i grappą

Są takie połączenia smaków w czekoladach Zottera, o których przed ich spróbowaniem, staram się nawet specjalnie nie myśleć, nie próbować zgadywać "jak to mogło wyjść?", ponieważ są tak ciekawe, że... Po prostu trzeba spróbować! Na listę takowych wciągnęłam Sauvignon With Paprika And Pineapple i byłam zrozpaczona, kiedy zniknęła z oferty. Całe szczęście, że zazwyczaj i tak kupuję wszystkie nowości Zottera, bo okazało się, że Sauvignon Blanc to właśnie ta czekolada, tylko że w nowym opakowaniu. Osobiście wolałam stare, tak samo jak nazwę, bo od razu było wiadomo, o co chodzi, a teraz... ta tabliczka jest łatwa do przeoczenia, bo na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia.


Zotter Sauvignon Blanc to mleczna czekolada (o zawartości 40 %) z nadzieniem ananasowym i paprykowym z białym winem Sauvignon Blanc oraz z białą czekoladą, miodem, rodzynkami i  grappą.

Zauważyłam, że w kwestii tłumaczenia składu tej czekolady, w odniesieniu do słowa "pepper" w internecie jest mnóstwo błędów. Ja opieram się na tym, co jest napisane na oryginalnej stronie Zottera w jęz. niemieckim oraz na tym, co sama czułam i widziałam - w mojej tabliczce były wręcz kawałeczki papryki widoczne na zdjęciach.

Po otwarciu poczułam głęboki zapach bardzo słodkiej, mlecznej czekolady w wyraźnym towarzystwie ananasa. Po przełamaniu nasiliła się ogólna słodycz, bo z tabliczki wydobyła się cała mieszanina wanilii, śmietanki, karmelu itp.

Przełamanie tejże czekolady nie było problemem, bo całość była niemal miękka i tłusta, ale w pozytywny sposób. Nadzienia wydały mi się mniej maślane niż w innych Zotterach z białym winem, były kremowo tłuste za sprawą ogólnej mleczności, migdałowości, co przypadło mi do gustu  o wiele bardziej niż tłustość typowa dla masła.
Jak zauważyliście, użyłam liczby mnogiej: nadzienia. Otóż jest podział, mimo że ledwo widoczny. Góra jest bardziej różowawa i mazista, a żółtawy dół wydał mi się bardziej śliski.
W tym wszystkim zaplątało się dosłownie parę kawałków rodzynek nie grających żadnej roli - były, bo były.

Sama czekolada była smaczna, wyraźnie mleczna, ale i bardzo słodka. Rozpływała się kremowo, ujawniając nadzienia, z których jako pierwszy odzywał się ananas.
Początkowo jako kwaskowato-słodkie, egzotyczne przebłyski, potem już o wiele bardziej zdecydowanie. Zaskakująco podkreślało go bowiem wino - mocne, jak na białe, i z wyczuwalnymi nutami. Wydało mi się bardzo słodkie, ale i rześko egzotyczne. Z ananasem stworzyło genialny duet.

A to dopiero początek! Słodycz pochodząca od wina nadała charakteru innym zasładzającym nutom, które też pokazały się dopiero po ananasowym początku. Nie było tu jednak mowy o przecukrzeniu, bo wyraźnie migdałowo-karmelowa nuta to uprzyjemniła. Zrobiło się bardzo słodko, na moment wręcz zasładzająco, by po chwili w ustach rozszedł się cynamon i lekka pikanteria, podkreślona alkoholową nutką.
Pikanteria zaczynała rosnąć i wtedy też pojawiał się posmak papryki. Taki... słodko-wytrawnawy (warzywny), a tuż obok kojarząca się z pieprzem ostrość chili. Myślę, że to skojarzenie wywołała pewna... korzenność utworzona przez alkohol i cynamon? Tak mi się wydaje.

W pewnym momencie aż poczułam drapanie w gardle. Z aprobatą przywitałam jednak fakt, że była to zasługa alkoholu, przypraw i dopiero na końcu samej słodyczy, więc było to całkiem miłe.

Na koniec, właśnie po tej słodyczy, alkohol nieco osłabł i zrobiło się pikantniej, by dać jeszcze parę sekund ananasowi na pokazanie się.
To właśnie on zanikał w łagodnie mlecznoczekoladowej otoczce. Taki posmak pozostawał jeszcze na jakiś czas.

Ta czekolada była słodka, ale także charakterna. Wydała mi się wzmocnionym odzwierciedleniem nut smakowych wina Sauvignon Blanc. Przede wszystkim czułam tu bowiem ananasa i głęboką słodycz, ale nuta papryki i pikanteria sprawiły, że pewien taki... wytrawny charakter został zachowany. To bez wątpienia też zasługa samego alkoholu, którego nie pożałowano.
Podobało mi się, że nie było to ciężko tłuste, a nieco orzeźwiające (mimo pewnej tłustawości).
Myślę jednak, że i pieprz można by tu sypnąć - pasowałby, bo skojarzenie z nim było cudowne, tylko jakoś tak za krótko trwało.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, białe wino Sauvignon Blanc 9%, syrop z cukru inwertowanego, miazga kakaowa, masło, papryka (3%), sproszkowany karmel, suszony ananas (2%), suszone pokrzywy, czarny bez, rodzynki, miód, grappa, słodka serwatka w proszku, sok cytrynowy, nierafinowany cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, papryka w proszku (0,1%), sól, wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon, chili Bird's Eye