piątek, 18 sierpnia 2017

Georgia Ramon Maranon Peru Nacional 70 % Dark Chocolate ciemna z Peru

Po intrygującej, pełnej niecodziennych nut smakowych ciemnej mlecznej Maranon Peru Nacional 60 % Milk Chocolate nie mogłam się doczekać, ażeby przekonać się, które pochodziły wyłącznie od kakao, a które wyszły dzięki połączeniu z mlekiem. Trochę żałowałam, że różnica w zawartości kakao pomiędzy mleczną a ciemną jest taka niska, ale koniec końców... na co tu narzekać?

Georgia Ramon Maranon Peru Nacional 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru z doliny znad rzeki Maranon.
Ta tabliczka, wraz z wersją mleczną 60 %, to edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam wyrazisty, soczysto-gorzkawy zapach o zaskakująco wyraźnym charakterze grejpfruta, czerwonych owoców, słodkich pomarańczy oraz kwiatowym, ale w dość ciekawy sposób. Ta kwiatowość zespajała owoce i gorzkość, jakby na dodatek skrywając coś bardziej ziołowego. Przez tę ziołowość z kolei rozumiem niejednoznaczną mieszaninę kojarzącą się równie dobrze z przyprawami, dymem, suszeniem.

Trochę zaskoczył mnie czerwonawy kolor, nieróżniący się zbytnio od mlecznej koleżanki. Większe różnice czuć dopiero przy rozpływaniu się czekolady w ustach, bo była niegładka, wręcz pyliście piaskowa, ale wciąż kremowa, a nie proszkowa. Towarzyszyło temu poczucie suchości, jednak ono chyba wynikało bardziej ze smaku.

W pierwszej chwili po zrobieniu kęsa czułam łagodną gorzkość. Określenie jej klimatu jest dość trudne. Po części była łagodnie kawowa, a po części wręcz wysuszająco dymna, palona. 

Zaraz jednak została przełamana słodyczą, do której doszła początkowo niepewna soczystość. Skojarzyło mi się to ze słodkimi, nierzeczywiście naturalnymi galaretkami i landrynkami o smaku pomarańczy i grejpfruta. 

Słodycz ta, mimo że nie osłabła, została z czasem zalana przez gorzkość. Tym razem miała już mniej dymny charakter. Doszukałam się tu bardziej kawowo-orzechowego wyrazu, a przez te pomarańczowo-grejpfrutowe nuty, a właściwie ich soczystość, pomyślałam także o wilgotnej ziemi. 

Z gorzkości tej wypływały kolejne nuty... chciałoby się napisać "ziołowe", ale w sumie... one były bardziej słodko roślinne... nie kwiatowe, ale... w sumie nie wiem jakie. Szybko robiło się bardziej słodko, bardziej owocowo, ale nie bardziej soczyście. Tutaj wyłoniła się nuta soku z kaktusa oraz połączenie porzeczek i aronii - znane mi z mlecznej wersji, ale słabsze. Tutaj bowiem wyraźniej wychodziła goryczka i cierpkość wspomnianych owoców, niż ich kwaskowata soczystość. 

Z goryczkowato-cierpkich owoców z czasem powróciły także grejpfruty i pomarańcze, przynoszące także wzmocnioną słodycz.
Końcówka należała do gorzkości, która z kawy tym razem już wyraźnie przeszła w orzechy, a dokładniej gorzkie skórki orzechów. Obstawiałabym tu migdały albo orzechy włoskie - chyba bardziej włoskie. To właśnie posmak gorzkich skórek orzechów pozostawał na dość długo po zjedzeniu.

Całość wydała mi się zmienna w monotonny sposób (co nie jest minusem). Smaki tu "falowały", bo raz na wierzch wznosiły się owoce, a raz gorzkość, cały czas ewoluując. Owoce przeszły drogę od galaretek pomarańczowych i grejpfrutowych przez porzeczki i sok kaktusowy po same grejpfruty i pomarańcze a gorzkość od kawy i dymu, przez orzechowo-kawowe klimaty kojarzące się z ziemistą robustą, po orzechy. 
Czekolada okazała się głównie gorzka, ale w bardzo łagodny sposób, łagodzony przez ogólną słodycz, która wydała mi się bardziej wyeksponowana niż w mlecznej wersji. Z kolei soczysta, owocowa kwaskowatość była... znikoma, a to właśnie ona sprawiła, że mleczna była tak intrygująca. 

Muszę przyznać, że poniekąd była dość podobna do Zotter Labooko Peru "Huallaga Nativo" 75 %, zwłaszcza jeśli chodzi o część owocowo-orzechowych nut oraz o poczucie dymności (w Zotterze raczej wypieczoności) czy wilgoci. O ile jednak Zotter dzięki smakowitym kwaskom chwilami kojarzył mi się z piwem, tak pozbawiona kwasków GR była słodką, stateczną kawą. 
W tej czekoladzie w sumie nie było nic niespotykanego. Była smaczna, ale nudniejsza od mlecznej. To pewnie dlatego, że niewiele jest tak bogatych mlecznych, a jednak ciemne 70 % potrafią bardziej "dać czadu". 


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 17 sierpnia 2017

Georgia Ramon Maranon Peru Nacional 60 % Milk Chocolate ciemna mleczna z Peru

Po rozczarowaniu, jakie wywołały czekolady Georgia Ramon z dodatkami (Almonds & Pumpkin Seeds i Broccoli & Salted Almonds) oraz po tym, jakimi dziwadełkami okazały się ich czekolady 100 % (Congo i Belize), po dzisiaj opisywaną sięgnęłam z ciekawością i podejrzliwością. Nie mogłam się doczekać porównania z jej ciemną siostrą, a fakt, że i tej kakao nie brak, działał bardzo pozytywnie.

Georgia Ramon Maranon Peru Nacional 60 % Milk Chocolate to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao z Peru z doliny znad rzeki Maranon.
Ta tabliczka, wraz z wersją ciemną 70 %, to edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam zapach, który skojarzył mi się z zakurzoną kwiaciarnią oraz słodziutkim, niemal karmelowym, mlekiem z pewną goryczką. Ta goryczka po części składała się na owe zakurzone klimaty, ale było w niej także coś... orzechowo-suszonoziołowego? To już nie było zbyt jednoznaczne, a zagadkowe i tajemnicze.

Podobnie jak czerwonawy, ale bardzo ciemny kolor tabliczki. Po lekkim trzaśnięciu zobaczyłam ziarnisty przekrój, który jednak nie znalazł odzwierciedlenia w rozpływaniu się. W ustach bowiem czekolada wydała mi się bardziej proszkowa, niż ziarnista, co sprawiało, że mimo ogólnej tłustości, w ogóle się taka nie wydawała. Miała w sobie element suchawości, lecz coś mi tu nie grało. Nie umiałam sprecyzować co, bo naprawdę lubię szorstko-suche czekolady...

Przy pierwszym kęsie poczułam zapowiedź zaskakująco silnej jak na mleczną czekoladę kwasowości, jednak ta nie nadeszła.
Usta zalał orzeźwiająco owocowy smak o dość silnej słodyczy. Rozszedł się i bardzo szybko pojawiła się zdecydowana goryczka, spychająca słodycz na daleki, daleki plan. Z ogólnej owocowości, poczucia soczystego orzeźwienia początkowo trudno było coś wyłowić, więc skupiłam się na goryczce.

Ta rozchodziła się na kilka pomniejszych. Wyraźna była pewna roślinność, ziołowość, która złączywszy się ze słodyczą, wydała mi się cudownie kwiatowa. Ziołowo-kwiatowy akcent nadał jej charakteru.
Druga część goryczki pozostawała splątana z owocowymi klimatami, w efekcie czego wyczułam niemal cierpką aronię. Aronia dominowała, choć z czasem owocowość ujawniła także coś słodszego i czerwonego (porzeczki? grejpfrut?), a także kwaskowato ananasowe motywy.

Zepchnięta na tyły słodycz nie pozostała bierna, a weszła w strefę mleczną. Czułam jakby naturalną mleczną słodycz, co kojarzyło mi się z kremem orzechowym, bo i te delikatnie zaznaczały się w tle. Zaplątała się tu wręcz naturalna słonawość, ogólna naturalność bardzo mocno zabrzmiała (mimo że gdzieś w głowie cały czas miałam świadomość proszkowości mleka).

Pod koniec wyczułam słodko owocowy smak soku z kaktusa, czegoś egzotycznego i bez dwóch zdań zielonego. Wtedy też wzmocniła się gorzkawość, do której dołączyła wysublimowana cierpkość. Miało to orzechowo-roślinny wydźwięk kojarzący się z kaszą jaglaną ugotowaną na mleku.

Orzechowo-kaszowa gorzkawość wyczuwalna była jeszcze długo, do pary z posmakiem pełnego mleka, który utrzymywał się najdłużej.

Musze przyznać, że odnalazłam tu wiele niecodziennych, pysznych nut jak chociażby niezwykle wyrazista aronia czy sok z kaktusa. Podobała mi się zakurzona kwiatowa-ziołowość przechodząca w kaszę. Kompozycja okazała się łagodnie, ale wyraźnie gorzka i naprawdę znikomo słodka - w dodatku ta słodycz wydawała się w pełni naturalna, a więc owocowa i mleczna. Mleczność nie była tu byle jaka, a pełna i charakterna, choć czuję, że można było to wykonać jeszcze lepiej.

Już przy pisaniu recenzji przyjrzałam się mapie Peru i położeniu rzeki Maranon - jednym z jej głównych dopływów jest Huallaga i... wtedy do mnie dotarło. No przecież! Toż parę nut tej czekolady była niczym wyjęta z Zotter Labooko Peru "Huallaga Nativo" 75 % - myślę tu o aronii, orzechowej oraz egzotycznej nucie, ale także o klimacie pewnej rześkiej roślinności - owszem, w Zotterze była to rosa, tu po prostu roślinność, ale w tym przypadku chodzi mi o wydźwięk. Mleko zaskakująco spójnie wyszło z tymi smaczkami.

Muszę przyznać, że czekolada była intrygująca - nie wiem, czy jeśli chodzi o nuty smakowe, to nie smakowała mi bardziej niż Zotter Labooko Nicaragua 60% oraz Manufaktura Czekolady Ekwador 60 % + mleko i wanilia, ale było w niej coś, co nie pozwoli mi wystawić jej 10. Po niej jednak nie mogę się już doczekać ciemnej z tego samego kakao.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 601 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie...? nie wiem

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, surowy cukier trzcinowy

środa, 16 sierpnia 2017

baton Snickers White

Muszę przyznać, że początkowo zakładałam, że do testu w ogóle nie włączę białoczekoladowego wariantu, bo jak w zeszłym roku był w sklepach jako edycja limitowana, nie kupiłam (i nie żałowałam), a w chwili obecnej do białej czekolady czuję wręcz wstręt (z małymi wyjątkami, bo nadal uważam, że np. biały sojowy Zotter to cudo). Zdziwiłam się, kiedy Mama wyjęła tego batona ze swojej skrytki pytając, czy chcę pół. Przystałam na propozycję, po czym ostrożnie kawałek jednego z dwóch batonów z opakowania odkroiłam. "Nie wygłupiaj się" - usłyszałam, ale po powąchaniu tego tworu nie miałam najmniejszych złudzeń...


Snickers White to baton z "miękkiego nugatu 16%, karmelu 27% i prażonych orzeszków ziemnych 22% oblanych czekoladą białą 35%".

...Poczułam bowiem zapach cukru i śmietanki lub mleka w proszku, który okropnie zohydził zapach orzeszków i zwykłego, słodkiego karmelu. Nie przypominało to zbytnio białej czekolady, a jakąś sztucznie śmietankową, cukrową "białą polewę".

Baton był tłusty już "na dotyk". "Czekolada" prawie topiła się w palcach, a w ustach rozpływała się tłusto, lekko proszkowo i plastelinowo, odsłaniając lepiące wnętrze. Karmel strasznie się kleił i ciągnął, jak w klasyku, a nugat był jakiś taki... lepiąco-tłusto-suchawy, jakby grudkowy, na pewno niegładki. Jedyne co pod względem konsystencji zasłużyło na pochwałę to chrupiące orzeszki, których w moim kawałku było sporo.

Na nic jednak nie zdała się ich ilość, bo smak został zupełnie przysłonięty (a przecież w klasyku one są takie prażone, wyraziste!). Karmel, jak w klasyku, był strasznie słodki i z margarynową nutą, ale autentycznie słodko karmelowy. W nugacie nie czułam nic, oprócz cukru i margarynowej nuty. Nie wiem, czy smakował tak samo jak w klasyku, bo możliwe, że to wierzchnia warstwa "czekolady" tak podkręciła cukrowość.

Właśnie... rzekoma czekolada smakowała jak cukier wymieszany z mlekiem w proszku. To było tak słodkie, że myślałam, że z oczu popłyną mi łzy - tak drapało w gardle! Okropny smak mleka / śmietanki w proszku z kolei nadał temu mdląco-sztucznego charakteru.

Zszokowało mnie, że ten cały cukier zupełnie zabił smak fistaszków. Mleko w proszku zaś i posmak margaryny oczywiście nie dały się zabić, o nie! One zabawiały się z cukrem w najlepsze. Nie sądziłam, że jakikolwiek Snickers może być aż tak podły... A jednak. Widzicie ten odkrojony mały kawałek (na zdjęciu niżej ugryziony)? Na oko to jakieś 15g i nie dałam rady zmusić się do ani odrobiny więcej. Zacukrzyło i zemdliło mnie po takiej ilości, a plułam tym do kibla. Ta limitka Snickersa nie powinna nigdy znaleźć się w dziale żywności - umieściłabym ją raczej gdzieś, gdzie leżą trutki na gryzonie i robaki. Zjadłam odrobinkę, a trauma chyba nie opuści mnie aż do śmierci... Snickersowi White możecie podziękować za to, że w ramach testu KitKatów, nie przeczytacie o wariancie White - zabrakło mi sił, by się do niego zmusić, gdy usłyszałam od Mamy, że jest "równie niesmaczny".


ocena: 1/10 (czuję się, jakbym i tak zawyżyła, mimo że przysięgłam sobie nie rozszerzać skali pod żadnym pozorem)
kupiłam: poczęstowałam się kawałkiem
cena: -
kaloryczność: 491 kcal / 100 g, batonik (40g) - 196 kcal
czy znów kupię: NIE (i błagam, niech producent nie truje już tym ludzi...)

Skład: cukier, syrop glukozowy, orzeszki ziemne, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, olej słonecznikowy, tłuszcz palmowy, sól, laktoza, serwatka w proszku, naturalny ekstrakt z wanilii, białko mleka

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Georgia Ramon Belize TCGA-Cooperative Trinitario 100 % ciemna z Belize

Majowie i ich osiągnięcia zawsze w latach szkolnych wydawali mi się bardzo ciekawym, ale pomijanym tematem. Ich kultura zawsze mnie trochę intrygowała, ciągnęła, mimo że jakoś nigdy specjalnie się nią nie interesowałam. "Podobała mi się" - to chyba dobre słowa. Tak samo, jak spodobało mi się opakowanie dzisiaj opisywanej czekolady. Nie, nie spodobało mi się. Ja się w nim zakochałam i gdybym to je miała oceniać, od razu walnęłabym jakieś 20/10, ale... z opisu jej wnętrze może wydać się równie zajmujące.

Georgia Ramon Belize TCGA-Cooperative Trinitario 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao trinitario pochodzącego z Belize, a dokładniej z południowo-wschodniej części półwyspu Jukatan.
Czas mielenia kakao tej czekolady wynosi 24 godziny, a konszowania - 6 godzin.
Kakao pochodzi od kooperatywy Toledo Cacao Growers Association zrzeszającego 1100 farmerów - rdzennych mieszkańców Belize.

Wąchając ciemną tabliczkę przez moment odniosłam dziwne wrażenie, że wącham kawę, nie zaś czekoladę, choć kawy samej w sobie nie czułam. Zaraz jednak skupiłam się na nutach, wśród których kryło się dużo owocowego kwasku, który można by przypisać morelom, brzoskwiniom i cytrynom. Obok tego stało coś na kształt odymionej skóry i/lub skórki od chleba. Ogólnie jednak zapach nie był zbyt mocny, ani też specjalnie kwasowy.

Tabliczka trzasnęła jak gałązka, a w ustach rozpuszczała się raczej łatwo, prawie kremowo, ale z lepko-mazistym efektem. Pod koniec degustacji zaczęła mi ściągać zęby jak białkowy odtłuszczony jogurt, ale tylko pod koniec.

W pierwszej sekundzie po zrobieniu pierwszego kęsa poczułam zapowiedź kwachu, lecz przełknąwszy ślinę już nie wiedziałam, skąd taka myśl, bo oto w moich ustach rozszedł się kwasek, ale smakowicie owocowy. Owszem, był to kwasek niedojrzałych owoców, ale często właśnie na takie mam ochotę.
Po chwili doszło do tego trochę subtelnej słodyczy, co umożliwiło mi rozebrać owoce na czynniki pierwsze. Przeważała tu cytryna wraz z gorzkawą skórką, jednak czekolada wcale nie była specjalnie cytrusowa. Jej owocowość była niedojrzałym i niejednoznacznym miksem. Pod znakiem zapytania można by tu wypunktować morele, brzoskwinie, zielone winogrona i wiele innych, które nie były tak wyraźne, bym mogła je nazwać. 

W połowie rozpływania się kawałka smak zrobił się nieco bardziej opalany, raz po raz wyłaniała się pewna maślaność, co nadało czekoladzie łagodnego i trochę orzechowego charakteru. Owoce też nie odpuszczały, a to wszystko skojarzyło mi się ze smakiem pewnego wspomnienia. Trudno to wyjaśnić, ale... macie tak, że czujecie jakby smak jakiegoś zapachu? Ja tu czułam smak zapachu kanapki z białego chleba z Nutellą i zapachu soku pomarańczowego (co było nieodłącznym elementem menu parę lat młodszego ode mnie kuzyna, który co roku w wakacje przyjeżdżał z rodzicami do moich rodziców). 
To był dziwny moment; pod względem smaku czekolada była wtedy niewiarygodnie słodko czekoladowa, łagodna... masłem nie smakowała, ale miała w sobie coś maślano-neutralnego.

Następnie pojawiały się orzechy (żadne konkretne) z nieco gorzkawymi skórkami, coś odymionego... jakby też skórzana odzież? Kwasowość przy tym powracała, ale znów była owocowa i, po połączeniu z maślanością, sprawiała wrażenie typowo nabiałowej. Jak nieco za kwachowaty owocowy jogurt lub owocowa maślanka. Kwach jednak cały czas trzymał poziom pewnej łagodności.

Końcówka była więc przejściem z wytrawnej kwasowości do bardziej orzechowo-odymionego smaku. W ustach pozostawał posmak skórek orzechów i dymu, ale i poczucie kwaskowatości nabiału. 

Całość była niewiarygodnie łagodna - do tego stopnia, że zjedzenie na raz nawet większej ilości niż te 50 gramów nie byłoby problemem. Wszystkie kwaski trzymały się klimatów lubianych przeze mnie, bo kojarzyły się z owocami i produktami mlecznymi, co przy znikomej gorzkości wyszło wyjątkowo ciekawie. Nie spotkałam się jeszcze z tak przyjemnie kwaśną czekoladą. Wydaje mi się, że mleczne nuty wzięły się tu za sprawą tłuszczu kakaowego, ale wyciągnął on też chyba te mniej "moje" nuty, a więc ogólne poczucie neutralnej maślaności. Nie podobało mi się skojarzenie z tamtą kanapką (nie lubię takowych), ale akurat ono na szczęście było bardzo przelotne.
Muszę przyznać, że to po prostu intrygująca czekolada, którą z czystym sumieniem mogę nazwać także bardzo przystępną. Smakowita, ale do ulubionych nie dołączyła.

Trochę przypominała Zotter Labooko Belize Toledo 82 %, zwłaszcza jeśli chodzi o niedojrzałe owoce, ale... GR była dziwniejsza. Trudno powiedzieć, która jest smaczniejsza - to dwie zupełnie różne czekolady, co mnie nie dziwi, biorąc pod uwagę zawartość kakao i inne czynniki z nim związane.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 22 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 568 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie...? nie wiem

Skład: miazga kakaowa

niedziela, 13 sierpnia 2017

batony Snickers, Almond, & Hazelnut

Początkowo planowałam zupełnie inne rozłożenie snickersowych postów, ale jako że w czasie, gdy nastał czas otwierania tych batonów złapała mnie niechęć do za słodkich rzeczy, postanowiłam podzielić się nimi z Mamą nierówno, zostawiając sobie tylko po kawałku (tak, żeby wyszedł mi mniej więcej cały baton; wcześniej planowałyśmy po połowie), w efekcie czego zjadłam je w ciągu jednego dnia i... i tak nie podołałam mojej porcji.

Klasyka każdy zna, więc recenzowanie go w innych okolicznościach nie miałoby sensu, jednak pozwoliłam sobie na opisanie go, ażeby mieć punkt odniesienia.

Snickers to "baton z nugatem (16%), karmelem (27%) i orzeszkami ziemnymi (22%) w mlecznej czekoladzie (25%)".

Baton pachniał intensywnie prażonymi orzeszkami i karmelową oraz mlecznoczekoladową słodyczą.

Czekolada była zdecydowanie za tłusta i wręcz cukrowa w smaku, ale przy tym typowa dla takich produktów.
Lepiący karmel smakował głównie cukrem, ale i najzwyklejszym słodkim karmelem. Jego cukrowość dla mnie okazała się nie do przejścia. Miękko-tłusty nugat odebrałam jako do bólu cukrowo-mdły.

Ratunek od tego wszystkiego, a więc od obleśnej tłustej miękkości i cukru, stanowiły chrupiące orzeszki, rozmieszczone równomiernie. Dzięki prażonemu smakowi wydały mi się odrobinkę wręcz słonawe i całkiem dobrze wyróżniające się na tle cukrowości.

Niestety, nawet te orzeszki obecnie nie pomogły batonowi w moich oczach. I tak był okropnie cukrowy, choć fistaszki to niewątpliwie dobry pomysł. Na szczęście głównym minusem był cukier, bo kiepskie tłuszcze czy chemia aż tak nie dawały się we znaki. Mamie smakował, ale nawet ona stwierdziła, że jest za słodki.


ocena: 5/10
kupiłam: poprosiłam Mamę
cena: -
kaloryczność: 481 kcal / 100 g, baton (50g) - 241 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, syrop glukozowy, orzeszki ziemne, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, laktoza, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, sól, lecytyna sojowa, białko jaja w proszku, zhydrolizowane białko mleka, naturalny ekstrakt z wanilii

--------------
Snickers Almond to "baton z nugatem, karmelem i migdałami w czekoladzie mlecznej" z USA.

Baton pachniał cukrem, słodkim karmelem i prażonymi migdałami, a także trochę czekoladowo, niestety z przewagą dwóch pierwszych czynników w odróżnieniu od klasyka.

Czekolada, karmel i nugat były tłusto-cukrowe. Cukier było czuć jeszcze bardziej niż w klasyku. Obrzydził mnie, Mamę także (a ona lubi m.in. produkty Milki).

Migdały były cudownie chrupiące, ale przy tym poziomie cukrowości i tak wydały mi się jakoś za mało wyraziste (mimo prażenia!), zabrakło mi przy nich chociaż złudzenia słonawego elementu. Co więcej, wadą okazała się ich forma - miałam wrażenie, że duże sztuki bakalii były tak rozmieszczone, że karmel i nugat miały okazję wyeksponować swoją cukrowość (gryz z migdałem, a potem drugi z luką po migdale, ale resztą warstw).

Z przykrością stwierdzam, że migdały w tym cukrowym otoczeniu wyszły gorzej, niż orzeszki ziemne. To było zacukrzenie totalne (i nawet Mama to potwierdziła; swoją część po dwóch gryzach wyrzuciła). Myślałam, że umrę od zacukrzenia, a nie zjadłam nawet jednej trzeciej. Może ta wersja jest adekwatna do nazwy, bo jednak są migdały zamiast orzeszków, ale co z tego, jeśli coś nie gra? Wersja Rockin' nut Road może zupełnie nie była w moim stylu, ale wydała mi się bardziej spójna, a i ciemnawa czekolada trochę ratowała sytuację.


ocena: 2,5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 491 kcal / 100 g, batonik (40g) - 196 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko, laktoza, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, aromat), syrop kukurydziany, migdały, cukier, olej palmowy, odtłuszczone mleko, mniej niż 2 %: laktoza, sól, utwardzony olej z nasion palmy i/lub olej palmowy, białka jaj, aromat

--------------
Snickers & Hazelnut to "baton z nugatem (15%), karmelem (27%), orzeszkami ziemnymi (17%) i orzechami laskowymi (5,6%) w mlecznej czekoladzie", wersja limitowana.


Baton pachniał bardzo podobnie do klasycznej wersji. Czułam tu fistaszki, a orzechy laskowe na tyle słabo, że zastanawiałam się, czy to nie autosugestia.

W smaku właściwie z powodzeniem mógłby udawać klasyka, ale trochę bardziej cukrowo-mdłego. Kawałki orzechów laskowych zatopionych w karmelu pomiędzy ziemnymi nie odznaczały się specjalnie w smaku. Niestety, nie był to jedyny minus. Ich kosztem zmniejszono wyraziste orzeszki ziemne odpowiedzialne za obniżanie słodyczy. Tutaj cukier szalał w najlepsze,bez jakiegokolwiek złudzenia słonawości.
Wersja Hazelnut nie wniosła praktycznie nic nowego. Tytułowe orzechy to tylko szczegół, którego prawie nie czuć (za co obniżam ocenę o punkt), ale który odebrał Snickersowi odrobinę jego snickersowości. Był cukrowy i mdły - nawet trochę bardziej od klasyka, choć Mama uznała, że są takie same ("może rzeczywiście słodszy" - ale nie była tego pewna).


ocena: 3/10
kupiłam: sklep osiedlowy
cena: 2 zł (około)
kaloryczność: 489 kcal / 100 g, baton (49g) - 240 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, syrop glukozowy, orzeszki ziemne, odtłuszczone mleko w proszku, orzechy laskowe, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, laktoza, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, sól, lecytyna sojowa, białko jaja w proszku, zhydrolizowane białko mleka, naturalny ekstrakt z wanilii 

piątek, 11 sierpnia 2017

Georgia Ramon Congo Forastero & Trinitario 100 % ciemna z Kongo

Kupując czekolady Georgia Ramon wybrałam "po trochę z każdej kategorii", a więc z dodatkami, setki, ciemną i mleczną, żeby ogólnie sobie jakąś opinię wyrobić. Z dodatkami (migdałowa z dynią i biała brokułowa) zawiodły, ale na szczęście nie jakością, dlatego liczyłam, że z setkami będzie inaczej. Byłam ich bardzo ciekawa, bo miejsca pochodzenia kakao wybrano niezbyt powszechne. Na pierwszy ogień wybrałam tę... właściwie nie kierując się niczym konkretnym. To, że kakao pochodzi z pasma zwanego Górami Księżyca (Ruwenzori) doczytałam już po degustacji. Jednak... czy w miejscu o takiej nazwie, będącym górskim pasmem wulkanicznym, gdzie mimo surowych warunków rośnie kawa i wanilia, może urosnąć złe kakao?

Georgia Ramon Congo Mountains of the Moon Forastero & Trinitario 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao (blend forastero i trinitario) pochodzącego z Kongo.
Czas mielenia kakao tej czekolady wynosi 24 godziny, a konszowania - 12 godzin.

Jeszcze zanim na dobre otworzyłam opakowanie, poczułam zapach suszonych ziół i dymno-palony motyw ewidentnie kakaowego pochodzenia. Po zbliżeniu nosa do ciemnej tabliczki poczułam moc statecznego kakao właśnie, bezkresną czekoladowość z nutką, którą sobie nazwałam "niesetkową słodyczowością", co w trakcie degustacji zmieniłam na "prawie wanilię".

Czekolada nie wyglądała na zbyt mocną smakowo. Przy łamaniu trzaskała niczym cienkie gałązki, ale w ustach nabierała mocy i robiła się dziwna. Wydała mi się niecodziennie sucha, choć była też nieco tłusta. Ten efekt i poczucie niegładkości przywodził na myśl rzeczy z mąki migdałowej albo jakiś dawno zastygły sos albo (tutaj wspomogłam się recenzją Basi o co prawda zupełnie innej czekoladzie, ale także z Kongo) rozciamkaną skórkę chleba. To było takie... gumiasto-gliniaste i bardzo klejące. (Poczytałam trochę w internecie, bo zainteresowałam się tym, że czekolada konszowała tylko 12 godzin - długie konszowanie zmniejsza lepkość, więc chyba mamy przyczynę, bo piszą, że przeważnie konszuje się 2 doby.) Czułam, że to mogłoby mnie zmęczyć, gdyby nie było równocześnie tak ciekawe. 

Od pierwszego kęsa naszło mnie skojarzenie z bardzo maślaną tartą wiśniową i nie opuszczało aż do końca degustacji. Chwilami słabło, ale cały czas gdzieś chociaż w tle się kręciło. 

Poszczególne części tejże tarty trochę się rozdzielały i tak oto do smaku wypieczonego, raczej neutralnego spodu tarty dochodziła nutka orzechowo-migdałowa ze znacząco palono-pieczonym zatarciem. Był to stateczny smak, w którym z czasem rozwijała się dymna gorzkość jednoznacznie kojarząca się z kawą i kakao. Czułam więc przede wszystkim gorzkość, ale o łagodnym, nieordynarnym wydźwięku.
W dużej mierze na pewno złagodził ją słodkawy, waniliowy posmak. Wraz z maślanością przez moment kojarzył mi się nawet z... białą czekoladą. Ogólna słodycz wzrosła, ale jakby się zorientowała, że jest trochę nie na miejscu i przybrała bardziej suszonoowocową postać. 

Mniej więcej od połowy rozpływania się kawałka, robiło się bardziej owocowo, choć wciąż wszystko wydawało się nieco osnute dymem. Doszukałam się tu suszonych i wędzonych śliwek, przy których wzmocniła się nuta wiśni. Połączenie tych owoców wydało leciutki kwasek, ale i pewną żywszą słodkawość.

Po chwili jednak znów to suszono-palone nuty zwróciły na siebie uwagę. Stateczna gorzkość, łącząc się z wanilią, uwolniła smak prawie roślinny, może odrobinę ziołowy. W tym towarzystwie palona, odymiona kawa wyszła na wierzch i właśnie z jej posmakiem pozostałam na jeszcze bardzo długo.

Ta czekolada zaskoczyła mnie paroma rzeczami. Przede wszystkim tym, jak słodka i łagodna się okazała. Łagodna i w gruncie rzeczy stateczna. Ta cała maślaność tarty, wiśnie, słodycz i wanilia ciekawie połączyły się z dymną palonością, która wydawała się cechą charakterystyczną tej tabliczki, mimo że nie powiedziałabym, żeby kakao było specjalnie mocno palone. Pomijając niecodzienną konsystencję, odebrałam ją jako łudząco podobną do (również z Kongo) Original Beans Cru Virunga 70 %. Smakowała mi, ale nie ukrywam, że w setkach nie szukam aż takiej maślaności. Przez jej słodycz i lepką konsystencję wiem, że była dobra na raz; to nie jest czekolada, do której chciałabym wracać.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 22 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 568 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa

czwartek, 10 sierpnia 2017

batony Snickers Rockin' nut Road, Peanut Butter

Słodycze niebędące w moim stylu próbuję wtedy, gdy jakieś wpadną mi okazyjnie, gdy mam możliwość podzielenia się z Mamą (lub kradzieży części posiadanego przez nią słodycza) itd. Jako że Mama je słodycze codziennie, niektóre trochę jej się nudzą i robimy takie "serie porównawcze" (rzadko w nich uczestniczę, ale się zdarza). Jako, że dostałam ostatnio kilka słodkości z USA, Snickersy lata świetlne temu były jednymi z moich ulubionych batonów i mam wyjście awaryjne (czyli oddania za dużej ilości lub reszty tych, które mi nie posmakują), postanowiłam sobie zrobić serie porównawcze dawnych ulubieńców, czyli Snickersów i KitKatów (zaspoileruję, że Mama była zadowolona, bo prawie wszystkie bardzo jej smakowały).

Przypominanie sobie Snickersów zaczęłam od klasyka, ale postanowiłam wrzucić najpierw amerykańskie smaki - tylko dlatego, że smak "rocky road" już recenzowałam (stara recenzja Snickers Rockin' nut Road) , ale dawno, więc chcąc go porównać z innymi, pozwoliłam sobie na nowo go opisać. Starą recenzję zostawiam, a chronologię porównań trochę zachwieję.

Snickers Rockin' nut Road to "baton z nugatowym nadzieniem marshmallow, karmelem i migdałami oblany ciemną czekoladą".


Baton pachniał ciemną czekoladą - wytrawnie, ale też słodko na sposób charakterystyczny dla ciemnych o niskiej zawartości kakao.

Sprawiał wrażenie lekkiego, ale wydał mi się... pełny. Wszystkiego było tu bowiem dość sporo: gruba warstwa czekolady, mnóstwo lepiącego i ciągnącego się karmelu (rzadszego niż w klasyku), sporo migdałów i dużo piankowego, gumiastego nugatu. Konsystencja, może i zalepiająca, ale nie na ciężki sposób.

Czekolada rozpływała się bardzo szybko, była zdecydowanie za tłusta, ale nie plastelinowa. Smakowała niemal gorzko kakaowo, choć i jakoś tak maślanie. Niestety, przesadzili w niej z ilością cukru, co nie zmienia faktu, że jak na czekoladę w batonie, była w porządku.

Karmel pod nią był cukrowo słodki, ale miał też karmelową nutkę, więc nie był taki nijako cukrowy. Wydaje mi się, że raz poczułam posmak margaryny, ale to tylko jak akurat trafił mi się kęs bez migdała.
Na szczęście migdałów nie pożałowano. Były przyjemnie chrupiące, wyraźnie wybijały się w smaku, ale niestety nie przełamały słodyczy. Gdyby zostały porządnie uprażone, byłoby lepiej. Tak są dodatkiem dobrym, ale... dodanym do czegoś zupełnie cukrowego.

Tego poczucia - cukrowości - dopełniał bowiem piankowy nugat. Trudno jest mi go określić jakoś inaczej, niż "cukrowa pianka", taki marshmallow i tyle. Ja tego tworu ogólnie nie cierpię, ale mimo to, całkiem "do przejścia" to wyszło, nawet dość ciekawie.

To takie... "niby to samo, ale inaczej" - taki Snickers, ale w sumie zupełnie inny. Strasznie słodki, zalepiający (choć ogólnie "lżejszy"), z fajnym chrupaczem. Połowa mnie wykończyła, ale to kwestia mojej wybredności, bo zły nie był. Jedyne, co podobało mi się bardziej niż w klasyku to ciemna czekolada.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 461 kcal / 100 g, baton (49.9g) - 230 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, mleko odtłuszczone, laktoza, tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat), syrop kukurydziany, cukier, migdały, utwardzony olej z nasion palmy i/lub olej palmowy, mleko odtłuszczone, mniej niż 2 %: laktoza, sól, białka jaj, aromaty, E319

Snickers Peanut Butter to "baton z nugatem, karmelem, masłem orzechowym i orzeszkami ziemnymi oblany mleczną czekoladą".


Po otwarciu opakowania poczułam mocny fistaszkowy zapach, w którym dało się wyróżnić taki typowy dla masła orzechowego, jak i same orzeszki, oraz silną słodycz mlecznej czekolady.

Kostki batona (?) okazały się konkretne; na szczęście wypełniało je głównie masło orzechowe. Kawałków i połówek orzeszków według mnie pożałowali, co uważam za minus, ale z kolei skąpą ilość karmelu i nugatu uważam za zaletę, albo raczej za pójście w dobrym kierunku, bo... i tak za wiele to nie pomogło. Mam do nich ten sam zarzut co do grubawej warstwy czekolady.

Czekolada, nugat i karmel były przeraźliwie słodkie i tłuste. Czekolada wydała mi się bardziej plastelinowo-ulepkowata niż w klasyku, taka skłaniająca się ku Reesesom (trochę przesadzam, ale nie była najwyższej jakości). Karmel z kolei... niby był taki sam, a jednak mniej zbity, chyba jeszcze bardziej cukrowy. Głównie cukrowy, z margarynową nutą. Nugatu w ogóle nie czułam jako jakiegoś konkretnego smaku, bo niemiłosiernie tylko jeszcze bardziej wszystko zacukrzył.

Na szczęście masło orzechowe nie było słodkie, a słonawe jakby na naturalnie orzeszkowy sposób. Te było bowiem przyzwoicie czuć, chociaż cukrowość pozostałych warstw i tylko odrobinkę słonawa nutka, sprawiły, że ta warstwa nie była tak intensywnie fistaszkowa, jakby się chciało. Orzeszki zatopione w niej przyjemnie chrupały i napędzały orzeszkowość, ale jak już pisałam - dodano ich za mało (i mogłyby być posolone czy coś). Tak czy inaczej, ta warstwa była ratunkiem od dwóch pozostałych. Także w konsystencji, bo masło mimo tłustości zachowało pewną przyjemną suchawość.

 Zasłodziłam się już jedną kostką, ale muszę przyznać, że dzięki sporej ilości masła orzechowego i wyrazistych orzeszków (których i tak chcę więcej!) to całkiem niezły baton. Wywaliłabym nugat zupełnie, bo tylko dodawał cukrowości, a tę i tak już za mocno nakręcał karmel i plastelinowa czekolada. Zamiast pchać tu tyle wszystkiego, dopracowaliby lepiej warstwę z orzechami i czekoladę. To chyba jednak i tak najlepszy Snickers. Pisząc to, mam mieszane uczucia, bo czuję, że zdradzam właśnie latami ulubionego batona - klasyka, ale... ten był jednak mniej słodki i... no masło orzechowe, no.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 495 kcal / 100 g, dwie "kostki" (50.5g) - 250 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko, laktoza, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, stabilizator smaku), masło orzechowe (orzeszki ziemne, olej palmowy), orzeszki ziemne, cukier, syrop kukurydziany, cukier inwertowany, laktoza, syrop kukurydziany w proszku, oleje roślinne (utwardzony z nasion palmy, utwardzony rzepakowy i/lub bawełniany) mniej niż 2 % - dekstroza, gliceryna 

środa, 9 sierpnia 2017

Manufaktura Czekolady Ghana 70 % + kwiat soli morskiej ciemna z Ghany

Za każdym razem, gdy kończę zakupione czekolady Manufaktury Czekolady zastanawiam się, dlaczego zamówiłam ich tak mało... Muszę to chyba zmienić i kupować je normalnie "hurtowo" jak Zottery, Domori itp., bo zasiadając do tej zacierałam ręce. W końcu zorientowałam się, że dawno (jak na mnie) nie jadłam czekolady z solą. A już na pewno czekolady z kwiatem soli morskiej, czyli najdelikatniejszymi kryształkami soli morskiej zbieranymi ręcznie z powierzchni specjalnych "solanek".

Manufaktura Czekolady Ghana 70 % + kwiat soli morskiej to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Ghany z kwiatem soli morskiej.

Po otwarciu poczułam głęboki zapach przywodzący na myśl nieco przypalone czekoladowe ciasto z orzechami i czekoladowym sosem, prażony sezam, coś słodszego błądzącego między kwiatami, a owocami oraz rześki, niemal "owocowy" motyw soli. Była to wykwintna sól, czuć to od samego początku.

Jak widać, dodatku nie pożałowano, ale przy łamaniu twardej, lekko ziarnistej w przekroju tabliczki, trochę się te płatko-kryształki osypywały. Żałuję, że nie wtopili części także do środka. 
W ustach najpierw to sól szybciutko się rozpuszcza, a dopiero potem (chociaż to się oczywiście trochę "zazębia") leniwa, szorstka czekolada. 

Umieściwszy kostkę w ustach czułam, jak rozchodzi się w nich rześki "kwasek" soli, by zaraz podsycić owocowe nuty czekolady.
Sama czekolada bowiem w pierwszej chwili wydała mi się głownie słodka i statecznie gorzka. W obu tych smakach bardzo istotną rolę odegrał palony klimat. Przełożyło się to na skojarzenie z czekoladową spalenizną (ciasto z zapachu), przy której zaplątał się taki jakby spalony kwasek, jednak znów to sól przejęła tu stery. Maksymalnie podkręciła rześkość, dzięki czemu niewyraźne, leciutkie kwaski przybrały cytrusowy charakter. 

Słodycz zawdzięczała paloności karmelowy charakter, co wraz z rześkimi, owocowymi nutami przywodziło na myśl jabłka i obraz kwitnących drzew. 

Karmel i paloność, w zderzeniu z solą i cytrusową mgiełką wybiły na wierzch smak kawy. Kawa, karmel, jabłka... wszystko to sprawiło, że pomyślałam o mocno wypieczonej orzechowej kruszonce. Znowu powróciło też skojarzenie z sezamem, choć teraz może bardziej z sezamkami czy czymś takim (sezamkowa kruszonka na kawowym ciachu?).
O tak, cały czas czekolada wracała do palonych klimatów, zostawiając słodycz jako słodycz gdzieś w tyle. 

Palone smaki jednak wcale nie wydały mi się ciężkie czy coś, tak samo jak nie wydaje mi się, by ziarna kakao były palone jakoś specjalnie mocno. Spora ilość soli nadała im rześkości i podkreśliła także te lżejsze aspekty. Zwykła słoność nie była jednak tak wyraźnie wyczuwalna. Owszem, była, ale jako doprawienie, nie słoność.

Po zjedzeniu czekolady zostawał jednak efekt jak po zjedzeniu czegoś bardzo, bardzo słonego i stateczny, czekoladowo-kawowy palony posmak (w tym wypadku niemający już z jakąkolwiek spalenizną nic wspólnego).

Czekolada bardzo mi smakowała - śmiało mogę ją nazwać złagodzoną wersją Manufaktury Czekolady Ghana 100 %. Spodobało mi się to, że kwiat soli morskiej podkreślił smaki, ale nie wzmocnił słodyczy (co się często dzieje w czekoladach z solą przez kontrast). Utworzył interesujące przejście między "kwaskowatością" kryształków a "kwaskiem spalenizny", dzięki czemu wyszły nowe, ciekawe nuty. Wolałabym jednak, żeby sól była wtopiona w całą tabliczkę, a nie tylko jako posypka (ciągle bałam się, że za dużo jej się osypie).


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 17 zł (za 50 g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: ziarno kakao, cukier, kwiat soli morskiej

wtorek, 8 sierpnia 2017

Pralus Trinidad Trinitario 75 % ciemna z Trynidadu

Nie lubię neapolitanek, wolę mieć całą tabliczkę czekolady, ale muszę przyznać, że zaczynając przygodę z Pralusem, właśnie neapolitanki okazały się pomocne przy wyborze, które kupić najpierw. Po spróbowaniu neapolitanki Trinidad 75 %, wiedziałam, że zdobycie pełnowymiarowej tabliczki to tylko kwestia czasu, a pamiętając ziołowo-korzenne nuty tamtego maleństwa, o jej degustacji myślałam już kilka dni przed nią, a zasiadłam wreszcie z ogromnym podekscytowaniem.

Pralus Trinidad Trinitario 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario pochodzącego z Trynidadu.

W chwili otwierania poczułam ziołowo-roślinny zapach, ale gdy zabrałam się za robienie zdjęć, nie mogłam się nadziwić, jak wyrazisty i intensywny zapach żywych, kwitnących kwiatów rozszedł się od tabliczki. Już po degustacji znalazłam w internecie, że to lawenda (nie znam się na kwiatach i wiedziałam, że znam ten zapach, ale nie wiedziałam co to). Rzeczywiście... to było tak jednoznaczne, że aż dziwne.
Z czasem uznałam, że sam roślinny (nie ta kwiatowa słodycz, a właśnie roślinny) motyw kojarzy mi się z np. mlekiem sojowym, sojowymi czekoladami, a zioła... zioła idą bardziej w kierunku przypraw. Zapowiadało się ciekawie.

Twarda i trzaskająca tabliczka w ustach rozpływała się gładko i bezproblemowo, choć wydała mi się leniwa i mazista.

W smaku od samego początku czułam kwiatową słodycz i ziołową gorzkość. O ile ta pierwsza okazała się prosta, tak ziołowość szybko wchodziła w bardziej palono-zadymione klimaty, uwalniając przy tym szczyptę przypraw.

W palonej nucie zaczęłam doszukiwać się czegoś chlebowego, ale nie umiałam sprecyzować. Przypalona skórka od chleba?
Z pomocą przyszły mi przyprawy, które rozwinęły się przywodząc na myśl mieszaninę korzeni, czyli cynamon, imbir... może nawet pieprz, co nadało całości pewnej pikanterii.
Kwiatowa słodycz z kolei zaczęła podchodzić pod goździki. Cały ten bukiet sprawił, że "chlebowość" nie kojarzyła się już z niczym innym, jak z charakternymi ciasteczkami korzennymi.

Pomogła tu zapewne gorzka baza, nadająca kompozycji pewnego spokoju, hamująca dynamikę. Właśnie w tej gorzkości było coś... roślinnego, przypominającego zielone warzywa i soję. Przez mocniejsze smaki nie bardzo mogłam (nie bardzo chciałam?) się na tym skupić. Przy roślinności w tle wychwyciłam rześką nutę trawy cytrynowej. Sojowa nuta podsycała kakao, co zaś kojarzyło się z pierniczkami.
Jako że w tle zaznaczała się pewna kwaskowata soczystość, pomyślałam o pierniczkach z marmoladą. A cóż to za marmolada? Nie wiem... może cytrusowo-brzoskwiniowa? Coś z cytrusami związanego na pewno... W końcu i ta trawa cytrynowa nie dawała mi spokoju.

Po zniknięciu kawałka z ust pozostawał posmak ciasteczek korzennych, a więc korzennych przypraw, paloności i pewne wspomnienie... roślinnej ziołowości? Nie umiem tego w pełni opisać; w internecie ludzie piszą o szparagach, ale ich się nie doszukałam. Smak tej czekolady wydał mi się "pełen zakamarków", w których kryły się ciekawe nuty. To było intrygujące, owszem, ale jeśli mam być szczera, to "przyspieszone streszczenie" tego (z pominięciem pewnych akcentów), jakie zaserwowała mi neapolitanka, chyba bardziej mi odpowiadało. Taka korzenno-ziołowa prostota bardziej mi smakowała, ale oczywiście i pełnowymiarowa była bardzo pyszna.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 24 zł (dostałam zniżkę)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie wiem

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa