sobota, 1 października 2016

Piwo AleBrowar Smoky Joe [18 LAT+]

Dzisiaj przybywam z kolejnym eksperymentalnym (a może i jedynym takim) wpisem na blogu. Nie, nie zmieniam kategorii na recenzje alkoholi (a i zwyczajną recenzją tego nie można nazwać), po prostu w ręce wpadł mi niezwykle ciekawy duet, można rzecz, że dzieci dwóch polskich marek. Chodzi tu o piwo o czekoladowo-torfowych nutach zrobione na bazie jęczmiennego słodu whisky oraz o czekoladę z tym samym słodem. Dzisiaj pierwsza połowa, przeznaczona niestety tylko dla części odbiorców, więc jestem zmuszona już w tym momencie pożegnać się na dziś (zapraszam już jutro na czekoladę! a dokładniej na recenzję czekolady) z osobami niepełnoletnimi.

Uwaga! Aby formalności w świetle polskiego prawa stało się zadość, informuję, że recenzja ta jest przeznaczona jedynie dla osób, które ukończyły 18. rok życia.

AleBrowar jest małym niezależnym zakładem, który współpracuje z browarem Gościszewo. W 2012 roku założyło go trzech przyjaciół mających wspólną pasję - piwo.
Ich oferta jest dość ciekawa, pomysłowe etykiety kuszą, rozmaitość też, ale mnie niezwykle zaciekawiło jedno, konkretne piwo.

Piwo AleBrowar Smoky Joe to rzemieślniczy stout wytworzony z jęczmiennego słodu wędzonego torfem, czyli słodem whisky, o 6,2% zawartości alkoholu.

Kiedy tylko pozbyłam się kapsla i nalałam piwo do szklanki, odnotowałam dwie istotne rzeczy.
Pierwszą był wręcz smolisty kolor, który sprawiał, że piwo wydawało się niezwykle gęste. Brąz wpadający w czerń podniesiony pod światło miał jednak pewne, bliżej nieokreślone, przebłyski.
Piana była brązowawa, nie powalająco wysoka, a także z dużą ilością większych i mniejszych bąbelków.

Druga to łagodny, lekko dymny i niewątpliwie słodkoczekoladowy zapach. Dochodziły tu ekscesy delikatnej, palonej kawy, a więc i ewidentnie palone, ciepłe, klimaty.

Wreszcie spróbowałam. Początkowo poczułam subtelny smak ciemnej, ale słodkiej czekolady o akcencie rozgrzanego asfaltu i dymu.
Zaczęły nasilać się smoliste nuty, aż weszły w klimat ciepło-ciężki, jakby minimalnie przyprawiony.
Przez moment wychwyciłam kwasek długo parzonej kawy, w którym były także lżejsze przebłyski owoców. Obstawiałabym tu coś z gatunku słodko-kwaśnych owoców leśnych, z leciutką gorzkawością.

Gorzkość nasilała się, bo obecna od początku, nie dawała się wcześniej aż tak we znaki. Tutaj była zdecydowana, przyjemnie rzemieślniczo piwna i w dużej mierze kawowo-czekoladowa. Te nuty nasiliły się, podkreślone przez silne akcenty ziemi i torfu, z wyraźnie wędzonym smaczkiem.

Wędzony słód stawał się coraz wyrazistszy, ale nie doszedł do momentu, w którym miałby być przesadzony. Wybił się jednak trochę ponad czekoladę i kawę, ale złączył się z nimi, nie zagłuszając ich. Nie wiem skąd, przyszło skojarzenie z nabiałem... ale z wątłą nutą. Jakby mocna kawa pita w towarzystwie mlecznej czekolady o podwyższonej zawartości kakao.

Wszystko kojarzy się trochę z whisky, a z samym piwem... mniej niż się spodziewałam, jeśli mam być szczera. Gorzkość jest całkiem silna, ale bardzo zrównoważona ze słodyczą i przeszyta kwaskiem. Wędzonka nie przytłoczyła mnie ani przez moment (a trochę się tego bałam, mimo że lubię wędzone rzeczy).

Smakowało mi. Bardzo mi smakowało, ale raczej w kontekście ciekawostki. Ono było po prostu... inne. Rewelacyjne piwo rzemieślnicze to jedno, ale tak niecodzienne nuty - no, no - naprawdę warte spróbowania.


Skład: woda; słody - pale ale, pszeniczny, whisky malt 45 ppm, carapils, czekoladowy pszeniczny, owies, palony jęczmień; chmiele - challender, fuggles; drożdże safales S-04

czwartek, 29 września 2016

Cachet Milk Chocolate Caramel & Sea Salt mleczna z karmelem i solą

Zawsze, ale to zawsze kiedy jestem w Almie (a zdarza się to może dwa razy w roku podczas wyjazdów do Krakowa / Warszawy) kupuję jakieś czekolady na zwykłe dni, a nie te "degustacyjne". Ostatnio zaciekawiły mnie czekolady Cachet z niecodziennymi dodatkami. Nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać, wzięłam tylko dwie (ciemną z jeżynami i tę), żeby sprawdzić, czy warto potem się nimi bardziej zainteresować.
W internecie wszystko wygląda ok; producentem Cachet jest belgijska firma Kim Chocolates działająca od 1987 roku, oferta której wydaje się całkiem niezła.
Postanowiłam zacząć od smaku, który mogłabym do czegoś porównać, np. do Vosges Bapchi's Caramel Toffee. Wiem, poprzeczkę ustawiłam bardzo wysoko.

Cachet Milk Chocolate Caramel & Sea Salt to mleczna czekolada z karmelem i solą.

Opakowanie w sumie nie zachęca, ale... gigantyczne kryształki soli na obrazku już tak. Czekolada jest tradycyjnie zapakowana w sreberko.

Po jego rozerwaniu (swoją drogą, już chyba cieńszego i delikatniejszego nie dało się zrobić...), zobaczyłam tabliczkę o dziwacznym podziale na wielkie, ale cienkie kostki i jasnym kolorze w tonacji raczej chłodnej.

Zapach był mocno mleczny, słodki i smakowicie zwyczajny (ale nie aż tak, żeby ślinka miała lecieć). Czułam tu także dość silny maślano-mleczny motyw karmelu-toffi. Cały czas próbowałam "wyniuchać" sól i w końcu nie wiem, czy ją rzeczywiście trochę czułam, czy nie.

Czekolada nie była zbyt twarda, łamała się dziwnie miękko-krucho i ciągle wydawało mi się, że zaraz zacznie się topić (mimo względnej twardości).

Spróbowałam. Okazała się bardzo tłusta na sposób maślano-mleczny, a więc rozpuszczała się błyskawicznie i idealnie gładko, ujawniając ogrom twardych, mniejszych i większych, kawałków. Nie było tu nic ulepkowatego, ale szybko zmieniała się w grudkę, po której po chwili nie było ani śladu.

W smaku czułam przede wszystkim mleko i słodycz, która jednak nie wydała mi się cukrowa, ani nawet jakoś strasznie przesadzona. Taki prosty, ale w sumie w porządku smak.
Od mniej więcej połowy rozpuszczania się, wyłaniał się mocno maślany motyw, z czasem przechodzący w smak śmietankowo-maślanych, bardzo słodkich, cukierków. Czując na języku twarde, ale gładkie (w sensie, że bez ostrych krawędzi czy coś) kawałki natychmiast pomyślałam o cukierkach Werther's Original. To zdecydowanie ich smak, może bardziej maślany (nie jadłam ich już lata), więc... karmel mi to żaden! Toffi tak, karmel na pewno nie.
Nawet nie zauważyłam, gdy czekolada zupełnie zniknęła, a w ustach pozostał ogrom tych właśnie bardzo słodkich kawałków. Rozgryzając je, nie odkryłam nic nowego. Dopiero po pogryzieniu ich pojawiał się delikatny akcent soli.

Zjadłam trzy kostki, przy czym trzecią w "poszukiwaniu soli" i miałam kompletnie dość. Sekunda, dwie i tłusta czekolada się rozpuszcza, a w ustach pozostają cukierki toffi (i właśnie... smaku karmelu nie czułam tu ani przez chwilę, tylko słodkie toffi). Jak zechcę zjeść sobie takowe, to po prostu je kupię, ale że cukierki to nie moja bajka... rozumiecie, że nie widziałam sensu dalszego jedzenia tej czekolady, nie? Tym bardziej, że jej smak sam w sobie jest po prostu mleczny i nudny. Soli bardzo malutko.
Resztę oddałam Mamie (lubiącej Milki, Wedle itp., jednak ostatnio narzekającej trochę na ich słodycz i nienawidzącej połączenia sól + słodycz) i była oczarowana tym, jak dobra i słodka była ta czekolada (rzekomo "najlepsza z tych, co pamięta, że ostatnio jadła").


ocena: 6/10
kupiłam: Alma
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne suszone mleko w proszku (dried milk w oryginale; pełne w tłumaczeniu), kawałki karmelu 12 % (cukier, syrop glukozowy, bezwodny tłuszcz mleczny, naturalny aromat, sól, lecytyna sojowa), miazga kakaowa, lecytyna sojowa, sól 0,1%, naturalny aromat wanilii
masa kakaowa: 31 %; mleczna 18 %

środa, 28 września 2016

Zotter Labooko India 62 % ciemna z Indii

Po Zotterze z Dominikany Labooko Loma Los Pinos 62 %  zabrałam się za drugą 35-gramową tabliczkę z zestawu Labooko Contest, według mnie znacznie ciekawszej, bo z kakao pochodzącego z Indii. Ten kraj intryguje mnie, uwielbiam indyjskie dania i przyprawy, ale nie byłam tam, a kultura jest mi dość obca, podobnie jak czekolady stamtąd. Do tej pory jadłam jedynie dwie niezbyt mi znanej marki Earth Loaf - czysta ciemna bardzo mi smakowała (dzięki nutom węgierek, imbiru, dymu i wędzenia... sera lub nawet mięsa), a ciemna z migdałami i solą... no coś mi w niej nie zagrało. Obie miały jednak aż po 72 % kakao i to surowego, więc nie wiem, czy szczegółowe porównywanie ich z dzisiejszą ma sens.

O tej wiemy też znacznie więcej: została stworzona z kakao Forastero, rosnącego w stanie Kerala leżącym na Wybrzeżu Malabarskim, uprawianego według zasad sprawiedliwego handlu (w końcu akurat tam poziom edukacji jest wysoki). Z bloga Sex, Coffee & Chocolate dowiedziałam się, że "Kerala" znaczy: "kraina palmy kokosowej", a oprócz kakao i palm kokosowych uprawia się tam herbatę, pieprz, wanilię, cynamon i kardamon.

Zotter Labooko India 62 % to ciemna czekolada o zawartości 62 % indyjskiego kakao forastero konszującego 16 godzin (czyli tyle samo, co Loma Los Pinos).

Po rozchyleniu papierka poczułam jakby "przypylony" zapach. Był to ogrom przypraw, mieszających się ze sobą tak, że nie byłam w stanie żadnej wyodrębnić, pod którym próbował ukryć się kwasek węgierek. Całkiem silną, oddzielną nutą były tu też nieprażone migdały.

Jasnawy kolor jakoś nie pasował mi do tych zapachów, ale już trzask i to, jak czekolada wygląda w przekroju (kojarzy mi się z piaskiem, albo piaskową skałą) jak najbardziej. Wciąż gdzieś zostaje to wrażenie pylistości, czegoś nieprzemielonego.

Po pierwszym kęsie, wychwyciłam leciutką cierpkość, która błyskawicznie usunęła się z drogi słodko-gorzkawemu smakowi, jaki nadciągnął z ogromną siłą. Pojawiły się jakby dwie płaszczyzny: jedna zdecydowanie słodka, kojarząca mi się ze słodkim syropem korzennym z wanilią i cynamonem, a druga...

Druga była złożonym smakiem espresso z odrobinką kwasku i dużą ilością cynamonu. Ze smaku kawy wychodziła gorzkość-niegorzkość, kojarząca mi się z pieprzem. I właśnie, nie był to pieprz sam w sobie, a dokładnie "gorzkość kojarząca się z pieprzem" (ma to sens?). Przy tym znalazł się też akcent skórzanej odzieży, jakby dla kontrastu do dynamicznej słodyczy, która tym razem ujawniła też posmak świeżych kwiatów (oczami wyobraźni zobaczyłam kolorowe bratki).

Przyprawy skojarzyły mi się z piernikiem z cienką warstwą śliwkową, który aż po brzegi doprawiono cynamonem i kardamonem. Właśnie ten piernik był taki "nieprzemielony", tak jak w przekroju czekolada. I teraz zaczęłam się zastanawiać: czy to zwykły piernik? O nie. To było coś bardziej orientalnego, jakby korzenne czekoladowe ciasto zrobione na bazie zmielonych migdałów (i znów skojarzenie z jedzoną ostatnio babeczką zrobioną na bazie migdałów).

Posmak pozostały po niej był średnio długi, raczej słodkawy, ale bardzo przyjemny.

Cała czekolada od początku do prawie samego końca okazała się bardzo intensywna i mimo, że była dość mocno słodka, to... jako słodką jej nie odebrałam. Jako korzenną? Jak najbardziej. Mimo obecności śliwek i kawy także nie nazwałabym jej po prostu owocową czy gorzką. Jest trudna do opisania, na pewno specyficzna i... cudowna. Dlaczego 9? Wolałabym jeszcze więcej kakao, bo 62 % to trochę mało, by wyraźniej poczuć charakter regionu.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za obie oczywiście)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: gdyby występowała oddzielnie, możliwe

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól

wtorek, 27 września 2016

Zotter Labooko Loma Los Pinos 62 % ciemna z Republiki Dominikany

Trochę się zdziwiłam, kiedy zorientowałam się, że w zasadzie jedyna próbowana przeze mnie ciemna czekolada z Republiki Dominikany wcale nie była czysto plantacyjną, a stylizowaną na smakołyk meksykański (Taza 85 %). Łatwo się domyślić, czego zaczęłam szukać w szufladzie z czekoladami?

Teraz, przy okazji, trochę ciekawostek o świecie. Wiecie czym jest Yacao? Pewnie nie. To dominikańska asocjacja producentów kakao wspierających społeczność oraz przyrodę Loma Los Pinos, skąd też ręcznie zbierają kakao, z którego najlepszych ziaren Zotter mógł stworzyć właśnie tę czekoladę, występującą w duecie Labooko Contest wraz z inną (z Indii) o identycznej zawartości kakao.

Zotter Labooko Loma Los Pinos 62 % to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao pochodzącego z Dominikany, która konszowała 16 godzin.

Od razu po rozchyleniu złotego papierka, zobaczyłam ciemną czekoladę, której kolor i przekrój (mimo naprawdę donośnego trzasku) skojarzył mi się z gęstym i zimnym budyniem. Jakby zaprzeczając temu, uniósł się nad nią ciepły, jakby trochę pyłkowaty, aromat kory drzew bardzo podobny do nuty pojawiającej się prawie zawsze przy Domori, oraz czegoś bardziej prażonego, suszonych wiśni i... przysięgłabym, że czułam tu słodką gruszkę w likierze.

Kiedy kawałek spoczął w ustach, zaczął łatwo rozpuszczać się w tłusty sposób, niczym niesamowicie wilgotne ciasto z kremem (kolejne zaprzeczenie).

Słodycz popłynęła gładko, ukazując pogodny charakter czekolady i wywołując u mnie skojarzenia z kwitnącymi drzewami i poranną rosą, która osadziła się na kolorowych kwiatach. To miało uroczy, słodki i jednocześnie orzeźwiający klimat, aż przez sekundę pomyślałam o anyżu, ale... nie, to nie był jego smak. Raczej taki efekt, który byłam w stanie lepiej opisać dopiero później.

W tym czasie, jakby bokami, próbowały wydostać się minimalna cierpkość i kwasek. Cierpkość poległa, chociaż później poczułam taką lekką, kawową gorzkość w towarzystwie mocno prażonych orzechów.

Kwasek z kolei... też nie rozwinął się wprost. Wychwyciłam nutę limonki i skórki pomarańczy w jakimś likierowym wydaniu, ale to nie było to. Nie jednoznaczny kwasek, nie owoce. A przynajmniej nie te, bo po chwili moje myśli zaczęły krążyć wokół wiśni i może śliwek... nasączonych w likierze. Słodycz zalała je zupełnie, ale nie zasłodziła kompozycji, a pokazała mi... żywe, silne drzewa, na których listkach zalegały kropelki deszczu.
Już wiedziałam z czym orzeźwiającym skojarzyła mi się ta czekolada. To były lody zrobione na śmietance o smaku czekoladowo-kawowym.

Pod koniec kwasek i gorzkość znów spróbowały swoich sił, ale uległy na rzecz słodkiego śmietankowego akcentu lodów albo jakiegoś kremu - tutaj pomyślałam o jedzonej kiedyś babeczce "Czarny Las" (ciasto czekoladowe, wypełnione wiśniami z waniliowym kremem i czekoladą).

Ta czekolada była głównie słodka, chociaż wyłuskałam w niej nutę znaną mi z Taza 85 %, czyli wiśni i likieru. Reszta smaków krążyła raczej wokół tych słodko-lekkich, orzeźwiających smaczków. Kwiaty, drzewa, rosa... ale najbardziej zapadło mi w pamięć to skojarzenie z kawowo-czekoladowymi lodami na śmietance.
Nie była przesłodzona, ale po prostu delikatna (jednak nie mam tu na myśli stopnia prażenia), przez co trochę nie w moim stylu - tylko dlatego taka ocena, bo oczywiście jakość itp. na bardzo wysokim poziomie. Cieszę się, że ją spróbowałam, ale nie wzbudziła we mnie większego zainteresowania regionem.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za obie oczywiście)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól

poniedziałek, 26 września 2016

Vosges Bapchi's Caramel Toffee mleczna 45 % z solonym maślanym toffi, orzechami włoskimi i pekan oraz solą

Kiedy skończyły mi się czekolady przywiezione ubiegłego lata z USA, najbardziej tęskniłam za Vosges. Nie dość, że sama czekolada jest bardzo dobra, to jeszcze dodatki są niecodzienne. 
Po tej czekoladzie zaczęłam przeszukiwać odmęty internetu w poszukiwaniu szczegółowych informacji o tej marce. Znalazłam, że używają kakao z Belize (państwo graniczące z Meksykiem), gdzie oprócz kakao uprawia się kawę, wanilię i trzcinę cukrową (możliwe, że to akurat jest dość istotne dla tej recenzji, dlatego uzupełniam wstęp już po jej napisaniu).
I dodam jeszcze, że Vosges zajęła trzecie miejsce na liście 10 najlepszych czekoladziarni (wyprzedzając Valrhonę, której przypadło miejsce 6.) według National Geographic, jednak nie wiem czym się kierowali.
Na szczęście przyjechała osoba, która na zlecenie kupiła mi wiele czekolad i dołożyła jeszcze parę od siebie, a potem... dosłała paczkę, bo nie zmieściły jej się w walizce. I znowu szuflada zapchana, co tym razem mnie ucieszyło, bo w większości to rzeczy w moim guście. Na pierwszy ogień poszły te, co do których formy dodatku nie byłam pewna (bałam się, jak potencjalne nadzienie / dodatek zniosły podróż).

Vosges Bapchi's Caramel Toffee to czekolada mleczna, o zawartości 45 % kakao, z solonym maślanym toffee, orzechami włoskimi i pekan oraz solą.

Inspiracją do tej czekolady rzekomo było słodkie karmelowe toffi robione przez babcię Katriny (założycielki Vosges), od której imienia - Bapchi - nazwano tę tabliczkę.

Po otwarciu folii doznałam szoku. Podwójnego. Po pierwsze, zobaczyłam, że w jednym miejscu tabliczka okropnie "spłynęła" i dziwnym sposobem wróciła do stanu stałego (nawet była dość twarda, żadnego topienia się w palcach), jednak mimo to nie okryła się żadnym nalotem, a zachowała żywy, głęboki, nieco rudawy, ale bardzo ciemny jak na mleczną, kolor.
Po drugie... poczułam obłędną fuzję śmietanki i kakao od razu kojarzącą mi się z mlecznymi Domori, tylko że wzbogaconymi o konkretną orzechową nutę. 

Zupełnie nie wiedząc, czego się spodziewać zrobiłam pierwszy kęs. Czekolada cichutko chrupnęła i zaczęła się rozpuszczać w idealnie gładki i dość tłusto-kremowy sposób. Dodatki wyczuwałam językiem dopiero po pewnym czasie - ich smak przebijał się szybciej.

Jako pierwsze, moje kubki smakowe ugodziło mleko. Pełne, naturalne i wyraziste. Właściwie był to smak nieco śmietankowy, z lekko maślano-orzechową nutą. Orzechowa nuta rozkręcała się, a po chwili uderzał silny akcent kakao. Znowu nasunęło się skojarzenie z Domori D-Fusion Lattesal, jednak w tym momencie nuta kakao stała się jeszcze silniejsza i... orzechowy posmak podzielił się. Częściowo wypływał jakby z kakao, a częściowo rozchodził się od kawałków orzechów, można więc powiedzieć, że był wszechobecny.

Czekolada nie wydała mi się mocno słodka, miała za to nieco waniliowo-karmelowy wydźwięk i dałabym sobie rękę uciąć, że dodano do niej brązowy cukier, ale... bardzo źle bym na tym wyszła, bo w składzie jest zwykły.

Tutaj nagle w język zakuł smak słony, bardzo mocny, ale "punktowy".  Nasiliła się nutka masła, tym razem o słodszym wyrazie... o tak, oto spod czekolady wyłaniało się toffi w postaci chrupiących (ale nie specjalnie twardych, pod tym względem były bardzo podobne do orzechów) kawałków. Miały słodko-słono-maślany smak. Rozpuszczały się o wiele wolniej od czekolady, powoli uwalniając kwaskowaty posmak, który przypisałabym raczej soli niż paleniu, bo... nie mówimy tu o mocno palonym karmelu. To raczej masło z nieźle podpalonym cukrem i solą, czyli no... bardzo dobre toffi.

Oprócz tego, kryształki soli występują osobno. Nie ma ich za wiele (może po dwa na jedną kostkę), ale są duże i mają moc!
Najmniej wyrazistym dodatkiem okazały się małe kawałki orzechów. Tych było bardzo dużo, chrupały, ale... oprócz nasilania ogólnych orzechowych nut nie robiły żadnej orzechowej rewolucji. Mimo, że da się odróżnić, że to raczej włoskie / pekany, a nie np. laskowe, to na pewno nie da się powiedzieć, kiedy trafiamy na jedne, a kiedy na drugie. Jak dla mnie były za mało podprażone (mało wyraziste) i po prostu za małe - właśnie za to 10-tki nie przyznałam.

Na koniec znów popisał się duet mleka i kakao, a po zniknięciu kawałka pozostał posmak karmelków i, głównie, soli.


ocena: 9/10
kupiłam: za czyimś pośrednictwem w Wegmans
cena: 7.50 $
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią bym do niej wróciła (i wrócę, bo mam drugą tabliczkę <3)

Skład: mleczna czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), toffee (cukier, masło, syrop ryżowy, woda, lecytyna sojowa, sól), orzechy pekan, orzechy włoskie, sól

niedziela, 25 września 2016

Domori Cacao Criollo 70 % Puertofino ciemna z Wenezueli

Po Domori 75 % Puertomar postanowiłam pozostać w linii kakao Criollo i tym samym otworzyć ostatnią (z tejże linii) posiadaną tabliczkę, która w dodatku nazwą przypominała poprzednią i także była zrobiona z podgatunku Criollo - Ocumare, ale 67.

Domori Cacao Criollo 70 % Puertofino to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Criollo pochodzącego z plantacji Hacienda San José w Wenezueli.

Gdy tylko wyjęłam czekoladę z papierka poczułam mocny zapach ciasta z bardzo maślaną kruszonką i orzechami oraz jakiegoś bardziej wytrawnego, znacząco przyprawionego... wypieku (?) w towarzystwie ciepło-ziemistych nut.

Rozchodził się on od intensywnie ciemnej tabliczki, która wyglądała mi na tłusto-kremową oraz, co sugerował jej przekrój, szorstko piaszczystą. Tymczasem, od razu po pierwszym kęsie, okazała się zupełnie kremowo-gładka i wręcz trochę zalepiająca.

Pierwszym smakiem, jaki wręcz wystrzelił z czekolady, był kwasek, ale jakby "przypruszony" smakiem drzewno-ziemistym o ciepłym wyrazie, a po chwili przykryła go "czekoladowa" słodycz karobu i smak wyraziście gorzki.

Szybko nadeszło skojarzenie z orzechami włoskimi (z ich goryczkowatą skórką) w cynamonie i, wydaje mi się, w towarzystwie innych przypraw. Później pomyślałam, że chyba czułam goździki. Przy nich też zmienił się ogólny charakter słodyczy, bo raz, że zelżała, a dwa: stała się bardziej złożona, jak gęsty syrop klonowy albo masa makowa.
Jakby nie zwracając na nią uwagi, gorzkość też się rozwinęła ukazując ciepłe nuty ziemi, które ogromną rolę odegrały także w zapachu. W tej ciemnej ziemi pełno było suchych gałązek nasuwających na myśl też coś pieczonego.

Te wszystkie smaki brzmią bardzo korzennie i istotnie takie były. Jednak kompozycja nie wydała mi się całkowicie rozgrzewająco-korzenna, bo znalazłam tu też sporo soczystości, niewątpliwie owocowej. Na pewno nie były to cytrusy, mimo że czułam słodkie i jędrne mandarynki. Przez wcześniejszy posmak masy makowej pomyślałam też o rodzynkach.

Tymczasem ta pieczona nuta zaczęła robić się coraz bardziej wytrawna, choć wciąż korzennie przyprawiona. Moje myśli zaczęły krążyć wokół makaronu (łazanki?) z orzechami i... z czymś innym, dziwnie pasującym ale raczej nie dodawanym do duetu korzennego makaronu z orzechami. Grzyby? Ale jakie? Może subtelne wykwintne trufle? Bardzo malutko, ale jednak coś takiego.

Na koniec nasilał się orzechowy smak i te pieczono-palone nuty przekładające się na porządny posmak dymu i tabaki, który pojawił się nagle i nieoczekiwanie.

Ta czekolada była mocno korzenna i orzechowa (orzechy włoskie), jednak równie dużo było w niej owocowej soczystości, mimo że niezbyt jednoznacznej. Wytrawniejsze nuty były dość pokrętne, jednak dobrze się tu wpasowały, bo całość odebrałam jako dość gorzką (mimo równie wyraźnej słodyczy). Najbardziej zaskoczył mnie jednak zapach kruszonki (który na smak specjalnie się nie przełożył).
Natychmiast skojarzyła mi się z również cynamonowo-goździkową czekoladą 75 % Pralus Trinidad (której jadłam jedynie neapolitankę). Jej smak rozwijał się co prawda w kierunku ziół, ale ten korzenny początek był niemal identyczny.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 15,73 zł (za 25 g) - dostałam zniżkę
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy

piątek, 23 września 2016

Domori Cacao Criollo 75 % Puertomar ciemna z Wenezueli

Po ostatnio próbowanych Domori (czyli setkach: IL100 % Blend i IL100 % Criollo) dalej miałam ochotę na coś wyjątkowego, więc zdecydowałam się sięgnąć po jedyną tabliczkę z serii z kakao Criollo, która zawiera nie 70 %, a 75 % kakao.

Domori Cacao Criollo 75 % Puertomar to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Criollo pochodzącego z plantacji Hacienda San José w Wenezueli.

Z tego, co udało mi się wyczytać, została stworzona z podgatunku (?) Criollo - Ocumare 61, w które poważnie zainwestowano w 1998 sadząc je w najbardziej wysuniętym na północ (w kierunku Morza Karaibskiego) krańcu plantacji, chcąc przywrócić wiekowe ziarna kakao o czerwonej barwie. 
Jak widać, udało się, ponieważ dzisiaj opisywana tabliczka została doceniona i nagrodzona srebrem w kategorii "bean-to-bar" przez Akademię Czekolady, "Golden Chocolate 2009 award" oraz ponownie przez Akademię Czekolady (tym razem) brązem w 2009.

Od razu po otwarciu złotej folii poczułam zapach ni to lasu liściastego po deszczu, tych zawilgoconych drzew, ni to... o tak, to było to. Kwaskowatego razowca na zakwasie, również bardzo wilgotnego, i zaserwowanego z łychą dżemu o niewątpliwie czerwonym kolorze. Na myśl przyszły mi czerwone porzeczki i wiśnie. Pojawiła się także słodycz jeszcze ciepłego, złotego karmelu.

Wydało mi się, że czekolada udaje, że jest mleczną. Zarówno jej kolor podchodził pod ciemnomleczny, jak i jej konsystencja, bo odebrałam ją jako tłustawą i  nasączoną. Przy łamaniu głośno trzasnęła, ale był to trzask czegoś zawilgoconego.

Spróbowałam, a w ustach zaczęła rozpływać się gładko niczym tłustawy (ale nie za bardzo) krem.

W pierwszym momencie wydała mi się bardzo słodka i skojarzyła z lodami śmietankowymi, ale już po chwili okazało się, że ta słodycz szybko się usuwa i pozostaje jako jedynie delikatny akcent.
W ustach rozchodziła się wyrazista, ale subtelna gorzkość, wzbogacona o wysublimowaną cierpkość.
Skojarzyła mi się z latte z mocno spienionym mlekiem (posmak przeszedł z lodów śmietankowych do mlecznej pianki) i podwójną, jak nie potrójną, dawką espresso. Powiedziałabym, że czuć tu odrobinkę dymu, ale ogółem ta czekolada prawie w ogóle nie ma palonych nut (znaczy się, że kakao prażono krótko).

Po dokładnym przyjrzeniu się powyższym smakom, zaczęłam zwracać też uwagę na czające się wokół kwaski. Nie były zbyt mocne, chowały się. Określiłabym je jako niesurowe owocowe. Ciężko było mi sprecyzować, co to za owoce - myślałam o porzeczkach albo innych leśnych i wiśniach, ale jedne i drugie w formie jakiegoś... dżemu, a wiśnie to podchodziły nawet pod półsłodkie wino.
Za bardzo tonęły w fuzji śmietanki, gorzkości i mglistej słodyczy. Te smaki tworzyły czekoladową esencję; wyobrażenie o czekoladowym cieście z wilgotnym czekoladowym biszkoptem, czekoladowym kremem, owocowymi warstwami, czekoladowym sosem spływającym po bokach i prawdopodobnie kawałkami czekolady.

Możliwe, że ciasto to było posypane orzechami... bo w końcu i ich smak się pojawił. Była to mieszanka migdałów, orzechów włoskich i... pod sam koniec wydało mi się, że czuję tu masło orzechowe z fistaszków. A już na pewno łagodną nutkę soli, która miała w sobie też coś wafelkowego. To była bardziej taka biszkoptowo-wafelkowa nuta.

Posmak po zniknięciu czekolady pozostawał na długo, ale był bardzo delikatny i prosty. Czułam orzechy i odrobinkę soli.

Głównymi nutami tej czekolady była śmietanka , kawa z ogromną ilością spienionego mleka, mieszanka migdałów i orzechów, ale pojawia się też całkiem sporo nutek dżemo-winnych i niecodziennych wafelkowo-masłoorzechowych akcentów.

Przyznam, że już po pierwszym kęsie wiedziałam, jaką wystawię ocenę. Ta czekolada była bowiem esencją czekoladowości: wyrazista, miała niezwykły charakter, a gorzkość była cudownie odsłonięta, ale przy tym wszystkim zachowana została łagodność criollo (ziarna musiały być naprawdę umiejętnie uprażone). Ciężko byłoby mi ją porównać do jakiejkolwiek wcześniej jedzonej.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 15,73 zł (za 25 g) - dostałam zniżkę
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy

czwartek, 22 września 2016

Bonne Maman Sables tout chocolat czekoladowe ciastka maślane z kawałkami czekolady mlecznej

To, że kocham czekoladę jest chyba oczywiste. Ciastka... lubiłam i niby lubię, ale jem bardzo rzadko, bo jakoś tak... no nie wiem, to nie jest coś, co mnie satysfakcjonuje. A ciastka czekoladowe, takie zwykłe, to nawet nie pamiętam czy kiedyś jadłam. Pewnie bym się nawet nad tym nigdy nie zastanowiła, gdyby nie niespodziewana współpraca z Altoria.eu, dzięki której dostałam właśnie (między innymi) takie ciastka, no... może tylko z lepszym składem od tych typowych sklepowych. Od nich też postanowiłam zacząć.


Bonne Maman Sables tout chocolat to czekoladowe ciastka maślane z kawałkami czekolady mlecznej.

Po otwarciu paczki poczułam całkiem niezły, czekoladowy zapach. Od razu skojarzył mi się z niewymyślnymi domowymi ciastkami.

Ciastka były średniej wielkości, równe i mniej więcej z taką samą ilością czekolady, wydały mi się dość ciężkawe i tłuste; w dziwaczny sposób pozostawiały okruszki na palcach.

Spróbowałam. Rzeczywiście były twarde i nieco kruszące się. Można je chrupać, ale równie dobrze można trochę je "porozpuszczać" w ustach, co wychodziło szczególnie smacznie, gdy trafiałam na większe skupisko czekoladowych kawałków, jednak na pewno nie mogę nazwać ich rozpływającymi się w ustach. Nawet po zanurzeniu w herbacie zachowywały pewną twardość.
Oprócz tego były tłustawe na tyle, że po zjedzeniu paru stwierdziłam, iż powinny być mniej tłuste, mimo że to w pełni maślana tłustość.

Od pierwszej chwili zwróciłam uwagę na słodycz, bo mimo że nie była  strasznie silna, to odebrałam ją jako bardzo wyeksponowaną. Prawdopodobnie przełożył się na to łagodnie czekoladowy smak - wyraźnie czułam tu raczej "czekoladowość" niż kakao, jednak wciąż był to smak łagodny, zmieszany z po prostu smakiem maślanego ciastka neutralnego w sposób mączno-sodowy.
Kawałki czekolady rozpuszczały się szybko i gładko, tłusto, ale były wyraziste w smaku, mimo że bardzo słodkie. To niezaprzeczalnie mleczna czekolada. Przy nich, zwłaszcza po zanurzeniu w herbacie, czułam lekki posmak orzechów laskowych.
Byłoby cudownie, gdyby herbata nie nasilała słodyczy i nie neutralizowała ogólnego czekoladowego smaku.

Te ciastka o wiele lepiej popijało się herbatą, niż się je w niej maczało (bo traciły zasadniczy, czekoladowy smak).

Całość ma dobry skład, a przez to zadowala prostym smakiem.
Jak dla mnie, wydały się nieco za tłuste i wolałabym, żeby były bardziej kakaowe niż słodko-czekoladowe (może wtedy bardziej pasowałyby do herbaty?), ale... w zasadzie nie mam im nic większego do zarzucenia. Paradoksalnie za co specjalnie chwalić też nie ma.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od Altoria.eu
cena: w zależności od sklepu ok. 6 zł za paczkę 150 g (ja dostałam)
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mąka pszenna o obniżonej zawartości glutenu, czekolada 33 % (cukier, miazga kakaowa, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu,  tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii), świeże masło 17 %, cukier, świeże jaja, proszek do pieczenia (węglany sodu i amonu, difosforany), miazga z orzechów laskowych, kakao w proszku, sól