wtorek, 11 grudnia 2018

Pacari Raw 101% Chocolate 100 % Cacao + 1 % Nibs ciemna surowa z Ekwadoru z nibsami

O tej czekoladzie jakoś specjalnie nie myślałam. Gdy sięgnęłam po setkę z nibsami jednej z moich ulubionych marek (Akesson's), pomyślałam, że warto niedługo później otworzyć podobną Pacari (też jednej z ulubionych marek). Dopiero bliżej degustacji uświadomiłam sobie, że w sumie... jeszcze tak kakaowej czekolady to chyba nie jadłam.

Pacari Raw 101% Chocolate 100 % Cacao + 1 % Nibs to ciemna czekolada o zawartości 100 % surowego kakao z Ekwadoru z dodatkiem nibsów, czyli kawałków kakao - w tym przypadku nieprażonych.

Po otwarciu poczułam intensywny, przepiękny zapach róż (i jeszcze jakiś innych, białych kwiatów) w towarzystwie soczystych cytryn, mający słodki i łagodny klimat osadzony na wilgotnie ziemistej bazie. Po przełamaniu tabliczki i wąchaniu w trakcie degustacji przy ziemistości pojawił się motyw dymu, który umożliwił słodowemu zapachowi o niemal piwnych zapędach spójne wniknięcie do kompozycji. Cudownie złączył się z cytrusami.

Tabliczka już w dotyku była tłusta, ale łamała się z głośnym trzaskiem. Była twarda, ale sprawiała wrażenie zawilgoconej. W ustach dopiero pokazała mi, co to tłustość. Odznaczała się oleistą tłustością, opływając tłustymi smugami i ujawniając różnej wielikości nibsy. Te były lekko chrupiące, trochę trzeszczące i nietwarde. W pewien sposób wyszły nawet miękkawo-soczyście, bardzo przyjemnie. Wydawało mi się, że zatopiono ich całkiem sporo, ale to ilość trafiona.

Od pierwszego kęsa poczułam smak, który skojarzył mi się ze smołą (btw. pisząc recenzję, zupełnie nieświadomie napisałam dwa pierwsze zdania identyczne co w recenzji ....). Bezkompromisowa kwaśność wystrzeliła niczym fajerwerki i rozniosła się po całych ustach, jednak niemal natychmiast została udekorowana delikatniejszymi nutami. Zrobiło się soczyście, smoła przeistoczyła się w cytrusy z cytrynami na czele.

Tutaj weszła słodycz. Przy pierwszej kostce odebrałam ją jako jedynie słodkawość, ale wraz z jedzeniem tabliczki wydawała się coraz bardziej po prostu słodka. Była to jednak słodycz łagodna, należąca do kwiatów. Przed oczami miałam jakieś zawilgocone białe kwiaty oraz róże. Od ich wilgoci w ogóle odeszła nuta żywych roślin, jednak wychwyciłam tu też coś podfermentowanego. Pasowało to do zawilgoconej ziemi, która od początku przybierała na sile.

Pojawiła się gorzkość skórek cytrusów, a także ogrom ziemistości. Wyszła jakby lekko osnuta dymem, leciutko jakby palona, ale przede wszystkim wilgotna, niemal czarna.

Ziemistość w drugiej połowie rozpływania się kęsa podchodziła pod kawę i goryczkowaty kefir (nuty podfermentowania znalazły ujście). Przy tych goryczkach, łączących się ze smoliście-cytrusową kwaśnością nagle przebił się smak słodu. Pomyślałam o jasnym piwie, a palona nuta wzrosła. Gdy jednak zaczęłam nibsy rozgryzać obok czekolady, nakręciły kwaśność i soczystość. Zostawione na koniec, wydawały mi się o wiele bardziej delikatnie gorzkie, niosące smak dymu, niż kwaśne.

W posmaku pozostawał złożony kwasek o dzikim, nieokiełznanym wydźwięku oraz gorzkawa kakaowość jako ziemia i kawa.

Ta tabliczka wydała mi się słodsza i kwaśniejsza niż 100 % - pewnie nibsy podkręciły pewne wątki, inne zaś wydobyły na zasadzie kontrastu. Czuć jednak, że to ta sama czekolada, więc dodatek aż tak nie ingerował w samą bazę. Ta wyszła tak bardziej... surowo-dziko, niczym prosto z dżungli, gdzie nigdy nawet stopa Cejrowskiego nie stanęła. Jedząc ją miałam poczucie, że jem "tabliczkę zrobioną z kakao", nie "czekoladę". Dziwne to było.
Smakowała mi i nawet nibsy uznałam za dobry przerywnik od straszliwej tłustości, bo ta mnie trochę zmogła... Przeszkadzała mi w cieszeniu się czekoladą. Akesson's smakowała mi bardziej, a chcąc porównać tę z Pacari 100 % - powiem tak: nie da się porównać czystej czekolady, a czekolady z dodatkiem. Tamta to dobra, czysta setka, a ta dobra setka z nibsami.


ocena: 8/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 23 zł (za 50g)
kaloryczność: 792 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Zotter Kir Royale ciemna 70 % z czekoladowym kremem z szampanem i kremem z czerwonych porzeczek z likierem z czerwonych porzeczek oraz warstwami nugatu migdałowego i białej czekolady

Wraz z końcem lata 2018 Zotter wycofał wiele czekolad ze swojej oferty i wprowadził nowości. Z racji tego, jak wiele dobrych i wspaniałych tabliczek zniknęło, do nowych czułam jakąś niechęć. Kupiłam wszystkie nowe ciemne Labooko i nadziewane (+parę innych), nawet nie robiąc dokładnego rozeznania, więc nie wiedziałam, która będzie najlepsza na początek. Zdecydowałam się na dziś przedstawianą, bo... zamiast na Fakty przypadkiem przełączyłam na jakiś kanał, gdzie leciało "Casino Royale" i telewizor nie chciał się przełączyć. Potem tytuł zapadł mi w pamięć, data czekolady była o trzy dni krótsza, niż innych i tak to się stało.


Zotter Kir Royale to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z czekoladowym kremem z szampanem (Marc de Champagne ) i kremem z czerwonych porzeczek z likierem z czerwonych porzeczek oraz cienką warstwą nugatu migdałowego i białej czekolady, a więc stylizowana na napój alkoholowy kir royal.

Po rozchyleniu papierka poczułam wyrazistą, bardzo słodką woń alkoholu i czekolady. Jakoś tak odwinęłam, że zbliżyłam nos do spodu tabliczki - dochodziły od niego nuty migdałowo-orzechowo-chlebowe i niewątpliwie zaprawione alkoholem. Z wierzchu czekolada pachniała lżej, bo jakby... kwiatowo? Nasiliło się to po przełamaniu, kiedy kwiatowość, słodycz i alkohol przeszyły czerwone owoce.

W kwestii łamania... Hm, całość odebrałam jako konkretnie zbitą, ale nietwardą. Warstwa kremowo-gładkiej ciemnej czekolady nie była bowiem aż taka gruba, a wnętrze cechowała raczej kremowa miękkość. Oba kremy były plastyczne, ale porzeczkowy odznaczał się większą soczystością i zwartością, a czekoladowy mazistością. Doszukałam się w nim odrobinkę suchawości (alkoholowo-kakaowej, jak w cukierkach truflach).

Kawałeczek spróbowałam podzielić na warstwy, ale jest to możliwe tylko częściowo: nugat migdałowy i biała czekolada praktycznie przylegają na stałe do czekolady ciemnej. Wydaje mi się, że na górze była biała czekolada, a na dole cieńsza, momentami jako skumulowane grudki, nugatowa warstwa. Wydaje mi się, że dolna "biała część" rozpuszczała się oporniej, mniej gładko, ale w sumie były to takie znikome ilości, że przy jedzeniu (przegryzałam się przez całość), umykała większość ich cech.

Początek należał do czekoladowej gorzkości niosącej dymne akcenty z racji mocnego palenia.

To jednak szybko zostało osłodzone nutami ze środka, które mieszały się ze sobą. Dominacja przechodziła od nuty do nutki, jednak słodycz nieprzerwanie rosła. Do ciemnej czekolady zaczęły za jej sprawą dopływać wątki mleczno-maślane.

Oto biała czekolada i nugat migdałowy nakręciły mleczno-maślaną słodycz. Migdałowa nuta łączyła się z samą czekoladą, która zrobiła się palono-orzechowa, a raz i drugi przemyciła sugestię ciemnego chleba.

Słodycz wydobywała się również z czerwonego nadzienia. Ta miała wydźwięk pudrowy i alkoholowy. Owocowo-pudrowe cukierki w wersji nie dla dzieci zalatywały trochę różanym smakiem, co wyraźnie poczułam, gdy tę warstwę wyłuskałam osobno. Alkoholowa słodycz rozgrzała nagle, ja wychwyciłam cynamon i... pojawił się kwasek. Rozszedł się smak cytrynowo-porzeczkowy, wnosząc soczystość i lekkość. Czerwone porzeczki zaznaczyły się wyraźnie, choć nie zrobiły się smakiem wiodącym, a splecionym z alkoholem.

Mnóstwo alkoholu dobiegało również z czekoladowego kremu. Ten wydał mi się trochę maślany, nie tak mocno słodki, a nawet wyraźnie cierpko-kakaowy. Jego alkoholowość podkreślona cynamonem, budowała poczucie rozgrzewania. Łącząc się z paloną czekoladą i migdałowo-orzechowymi akcentami nadała kompozycji wytrawności. Szampan wyszedł tu zaskakująco mocno. Przyjemnie splatało się to z owocowym wątkiem, alkoholowość zyskała soczystość, choć dosadności nie utraciła.

Końcówka była kwiatowo-lekka, bardzo słodka, a zarazem cierpkawa. Kakao i alkohol stanowiły spoiwo dla poszczególnych smaczków. Oprócz jednak tych charakternych składników, bliżej końca po ustach rozchodziły się też maślaność i mleczność.

W posmaku pozostał słodki alkohol, ogólna słodycz i czerwone porzeczki w akompaniamencie suchawego kakao. Towarzyszyło temu poczucie takiego... alkoholowo-kakaowego podsuszenia jak po truflach, ale i tłustość nadzień.

W sumie nie mam większych zarzutów w stosunku do tej czekolady, ale czułam po niej niedosyt. Owszem, wyszła wyraźnie alkoholowo, lecz wydawało mi się, że to jakiś słodki alkohol bez charakteru. A właśnie! Słodycz była jakaś taka zbyt wszechobecna... Porzeczki czuć, kwasek też wyszedł przyjemnie, ale znów - nie było to takie jednoznacznie czyste, a podkręcone cytryną. Maślaność i mleczność nie próżnowały, ale niespecjalnie mi tu pasowały. Spodobało mi się za to, jak to wszystko zostało doprawione nutą cynamonu i róż, a także poziom wyczuwalności migdałów.  Brzmi smacznie? Było smaczne, ale... jakieś mało czekoladowe, mimo kakao, które podszywało się pod trufle.
Z tego, co poczytałam, czym jest kir royal, muszę przyznać, że to esencja takowego w tabliczce, ale mam mieszane uczucia, bo takie coś, to wolę w kieliszku; w tabliczce chcę przede wszystkim czekoladę, no ale ciekawostka fajna.


 ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, syrop ryżowy, mleko, likier z czerwonych porzeczek, pełne mleko w proszku, Marc de Champagne, odtłuszczone mleko w proszku, suszone czarne porzeczki, koncentrat z czerwonych porzeczek, masło, migdały, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia w proszku, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

niedziela, 9 grudnia 2018

J.D.Gross Ekwador 70 % z nadzieniem malinowym ciemna z Ekwadoru z malinami

Ostatnio przy półkach z czekoladami w marketach (a to w Lidlu, a to w Tesco) pomyślałam, że szkoda, że J.D.Gross nie dubluje smaków z serii Lindt Excellence. Wolę Grossy, bo smaczniejsze, mają więcej kakao, a mniej tłuszczu, ale niestety ich oferta jest uboga. Jako że załapałam się na krótko będącą w sklepach limitkę z truskawkami, a jakiś czas później w przypływie ochoty na czekoladowe zasłodzenio-zatłuszczenie czekoladą z truskawkami (Wedel nie usatysfakcjonował, bo był słodkim zatłuszczeniem w bardzo złym stylu) kupiłam nowość Lindta, uznałam, że otworzę je jakoś w krótkim odstępie czasu, ażeby porównać. W dniu sesji zdjęciowej zauważyłam jednak, że coś atrakcyjniejszego, bo z większą zawartością kakao, a też z czerwonym owocem ma krótszą datę. I tak oto czekolada z malinami wlazła tu bez kolejki.

J.D. Gross Ekwador 70 % z nadzieniem malinowym to ciemna ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Arriba z Ekwadoru z okolic regionu Los Rios z kawałkami nadzienia malinowego, które stanowią 6% tabliczki.

Już w chwili rozchylania sreberka poczułam zniewalająco smakowitą woń słodkich malin: zarówno świeżych, jak i takich dżemikowato-konfiturowych - słodziuteńkich!
Całość jednak nie miała jedynie słodkiego wydźwięku, bo palono-kawowa, gorzkawa baza bardzo wyraźnie zaznaczyła swoją obecność.

Twarda tabliczka ładnie trzaskała ujawniając dość ubogi w maliny, gładki przekrój. Miałam nadzieję, że nie zostałam w maliny wpuszczona i jednak coś tu znajdę, więc zrobiłam pierwszy kęs.
Czekolada rozpływała się powoli, ale nie w sposób męczący. Nie była nazbyt tłusta, lecz wydała mi się gładko-tłustawa i "idąca w smugi". Jedynie pod koniec pozostawiała leciutkie poczucie suchawości, choć nie wysuszała. Leniwie odsłaniała średniej wielkości kawałki malinowe, które okazały się klejącymi, gęstymi i miękkimi soczystymi żelkami. W sumie... postrzegam je bardziej jako żelko-przecier. Nie były gładkie, za sprawą czego silniejsze było poczucie naturalności i scukrzenia. Rozpuszczały się wolniej od czekolady, trochę soczyście. Ja część rozpuszczałam (te bardzo pomniejszone zostawały chwilę po czekoladzie), część podgryzałam i "podsysałam" obok czekolady. Nie było w nich ani jednej pestki, co mnie kupiło.
Jasne stało się dziwne sformułowanie - kawałki nadzienia, nie nadziewaniec. Forma byłaby genialna, gdyby skład kawałków był lepszy.

W smaku najpierw poczułam całkiem mocną gorzkość o zdecydowanym, palonym wydźwięku. Litrami spłynęła palona i tylko co zaparzona kawa, jakby chcąc sobie zaskarbić jak najwięcej miejsca, zanim zrobi to nuta malinowa, początkowo tylko lekko zaznaczająca się.

Słodka malinowa nuta pojawiała się szybko, jakby niezależnie od malinowych kawałków. Wspierała ją ogólna słodycz, która nie miała oporów przed rozejściem się na wszystkie strony. Zasugerowała odrobinkę wanilii, do kawy dodała trochę śmietanki, coraz bardziej przejmując kontrolę nad gorzkością.

Słodycz i gorzkość splotły się jako przypalone ciasto czekoladowe... albo czekoladowo-kawowe. Kawa wciąż była wyraźnie wyczuwalna, choć to ciasto, przypalone po bokach, a wilgotne wewnątrz zaczęło skupiać na sobie coraz więcej uwagi. Skojarzyło mi się z czekoladowym piernikiem nasączonym kawą.
Słodko-malinowa nuta z tła dodała mu sporo przyjemnej delikatności. Była to nuta dżemu / przecieru, a nie świeżych, surowych owoców. Wyszła trochę sztucznie-cukierkowo, ale bardzo smakowicie, bo subtelnie.

Smak malin wyraźnie nasilał się przy odsłaniających się kawałkach, ale ogólnie był łagodny. Przewodziła w nich słodycz, przez co mimo soczystego smaku malin, wydały mi się bardziej cukierkowo-galaretkowo malinowe, niż po prostu malinowe. Na szczęście zaplątał się w nich też akcent malinowego kwasku.
Nie do końca naturalny smak wyszedł w porządku. Jego wydźwięk pozostawał nieco dżemowo-konfiturowy. Nie w porządku, a nawet dość "obleśnawa", okazała się nuta kiepskiego tłuszczu, która niestety w pewnym momencie odgrywała w tych kawałkach znaczącą rolę. Do głowy przyszły mi kiepskie, smażone powidła - ble. Nie był to jednak aż tak mocny smak, bo gdy część dodatku porozgryzałam, jego smak łączył się z wyrazistą czekoladą, tonął w niej.

Końcówka była więc bardziej przypalona i niczym kawowo-czekoladowy piernik z delikatnym w smaku dżemem malinowym. 
Posmak był słodko-cierpkawy, przy czym łączył w sobie słodziuteńkie, naturalno-podrasowane maliny i słodycz czekolady o palonym charakterze, która prezentowała się przyjemnie gorzko kawowoarribowo (na zasadzie kontrastu ze słodkim, ale w gruncie rzeczy delikatnym dodatkiem?).

Czekolada wyszła smacznie i przystępnie, spokojnie. Zawdzięcza to rewelacyjnej, pysznej dymno-kawowo-piernikowej bazie, która świetnie splotła słodycz z gorzkością tak, że i słodki dodatek się w tym odnalazł, nie był zbyt napastliwy. Maliny wyszły tu jako nuta - i bardzo dobrze, biorąc pod uwagę, jakie to maliny: raczej dżemowo-cukierkowe, naturalne, ale i lekko sztucznawe. Nie przeszkadzało mi, że to malinowe cząstki, a nie kawałki owoców... Fakt, że nie ma tu np. pestek przywitałam z aprobatą, ale... jestem wściekła na producenta za tłuszczowy posmak. Zawalił sprawę. Gdyby nie on, tabliczka mogłaby zgarnąć nawet 10 (9 na pewno by miała, a czy 10? to zależy, czy producent poszedł by w stronę zapchania cukrem czy np. sokiem z malin). Z drugiej strony... był na tyle delikatny, że aż tak nie napastował, a czekoladę zjadłam ze smakiem (acz bez większych ochów i achów).


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 4,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe (kieedyś tam, w promocji?)

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowo-fruktozowy, mąka ryżowa, zagęszczony przecier z malin 0,5%, lecytyna słonecznikowa, olej palmowy, skrobia ryżowa, substancja zagęszczająca: pektyny, zagęszczony sok z marchwi, błonnik cytrusowy, naturalny aromat, ekstrakt z laski wanilii

sobota, 8 grudnia 2018

Oreo Crispy & Thin Chocolate Creme

Ze słodyczami innymi niż czekolady mam jeden problem: czasem coś zobaczę i mnie na to najdzie, nawet kupię... jednak gdy przyniosę do domu, ochota odchodzi, a zdobycz ląduje na długie miesiące do szafki. Taki los spotkał te ciastka - a przecież zapowiadały się pozytywnie, bo gorzki herbatnik Oreo itp. lubię, kremu z nich nie cierpię, a w tych nie dość, że miało go być mniej, to jeszcze miał mieć smak czekoladowy. Motywacją do otwarcia było zjedzenie m.in. Dolfina Brownie i lodów z kakaowymi ciastkami Gelatelli. Tak jak już w tym temacie, to i po ciastka postanowiłam sięgnąć (bo kiedyś trzeba).

Oreo Crispy & Thin Chocolate Creme to "ciastka kakaowe z nadzieniem o smaku czekoladowym (32,5%)" od Mondelez. W moim opakowaniu było 96g, czyli 16 ciastek.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach słodko-gorzkich, mocno wypieczonych ciastek kakaowych z czekoladowym motywem taniego kremu.

Jakoś udało mi się "rozkręcić" ciastko, w którego herbatniku skrzył się cukier.
Sam herbatnik był chrupiąco-suchy, nie za mocno twardy i tylko trochę kruszący się, a za to przyjemnie mięknący w ustach. Podczas gryzienia trafiałam na pojedyncze skrzypnięcia cukru, co wcale mi się nie podobało.
Krem okazał się obleśnie tłustą, plastyczną masą o mocno proszkowo-skrzypiącej strukturze.
Ciastka jednak, mimo że cieńsze niż normalnie pod względem ilości biły na głowę warstwę kremu, dzięki czemu aż tak nie zatłuszczało to ust.

W smaku herbatnik był tradycyjnie gorzki za sprawą kakao i solidnego wypieczenia, taki nawet trochę cierpkawy, ale także bardzo słodki.

Krem przede wszystkim uderzał smakiem cukru pudru, a dopiero potem czekolady. Miałam wrażenie, że, jak to w tanim kremie, nawet kakao (wszak odtłuszczone, zwykłe) się w niej zaznaczyło jako pewna suchawość, ale niestety obok niego wyczułam margarynę.

Całość sprawiała nie najgorsze wrażenie, bo wszechobecne kakao i czekoladowość dobrze się połączyły. Gorzkawość herbatników podkreśliła smak kremu, choć oczywiście nie ukryła jego taniego posmaku. Ciastka wyszły przesadnie słodko, ale pasowały do herbaty czy mleka (nie lubię ciastek z mlekiem, ale troszeczkę i tak spróbowałam, "bo producent zaleca"). Mało tego, z nimi smakowały lepiej.

Tanioczekoladowy krem wyszedł całkiem znośnie, herbatnikom odjęłabym sporo cukru (Te kryształki... w wersji klasycznej też są? Przez nie herbatniki wydały mi się słodsze od klasycznych, ale mogę się mylić z racji, że nawet nie pamiętam, kiedy jadłam tamte.). Szczerze muszę przyznać, że ciastka wyszły tak, jak obiecał producent, nie odnotowałam poważniejszych wad, ale jakoś i zalet, ażebym chciała zjeść ich więcej niż 5 (w tym z jednego i połowy wydłubałam łyżeczką i wywaliłam krem na talerzyk, a Mama przygarnęła, haha). Najzwyklejsze ciastka.

Z Mamą miałyśmy podzielić się po paczce, ale stało się tak, że większość trafiła do niej. Mimo że nie lubi kakaowych herbatników, woli jasne, podobnie zresztą jak kremy, bardzo jej smakowały, acz przyznała, że "pieruńsko słodkie".


ocena: 5/10
kupiłam: Tesco
cena: ok 3 zł (promocja chyba jakaś była)
kaloryczność: 488 kcal / 100 g, w ciastku (6g) ok. 29 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, olej palmowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 7%, skrobia pszenna, syrop glukozowo-fruktozowy, substancje spulchniające (węglany potasu, węglany amonu, węglany sodu), sól, lecytyna sojowa, aromat

piątek, 7 grudnia 2018

Akesson's 100 % Forastero Brazil & Cocoa Nibs Fazenda Sempre Firme ciemna z Brazylii z nibsami

Po zjedzeniu In 't Veld Jungle Please 80 % Kakao Mexiko Soconusco prawdę mówiąc byłam prawie... zrozpaczona. Czekolada nawet mi smakowała, ale byłam zirytowana na to, że dodali nibsy. Nie lubię tego dodatku i przeszkadza mi w jedzeniu czekolady - zwłaszcza plantacyjnej, bo jak zwykła z nibsami albo np. tabliczka z solą i nibsami, to tam jeszcze ujdzie. Moimi ukochanymi Idilio Origins z nibsami w ogóle się nie zainteresowałam, bo postrzegam to jako marnowanie dobrej czekolady, która mogła być czysta (są te same jako czyste lub z nibsami), jednak Akesson's postanowiłam dać szansę. Tu sprawa wyglądała nieco inaczej, bo nibsy dodano do czekolady 100 %, ale nie do jedynej czystej setki z oferty (100 % Criollo Cocoa Madagascar Ambolikapiky Plantation), a do takiej, która czysta nie występuje, z brazylijskiego forastero (a jest 75 % Forastero Brazil Fazenda Sempre Firme). Czekolada, 101% powiedzmy, nie trafia się często, a tak wyszło, że mnie czekało porównanie, bo miałam także podobne Pacari.

Akesson's 100 % Forastero Brazil & Cocoa Nibs Fazenda Sempre Firme to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao forastero z Brazylii z plantacji Fazenda Sempre Firme z nibsami, czyli prażonym, kruszonym kakao.

Po otwarciu poczułam intensywny i wyrazisty, acz o łagodnym charakterze, zapach kawy złączony z niesamowitą rześkością cytrusów, lasu po deszczu (w tym wilgotnej ziemi, ale i kwiecistej polany). Kryło się tam także coś owocowego - na myśl przyszły mi żurawina i śliwki, ale jako... nadzienia do czekoladowych pierniczków? Taak, bo przede wszystkim czekoladowa była ta kompozycja.

Twarda i ciemna tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem, jednak nie wyglądała mi na 100 %. Dość gładki przekrój ujawnił średnią ilość większych i mniejszych kawałków kakao.
Czekolada w ustach rozpływała się powoli, ale nie opornie. Lekko ślisko, nie tak strasznie tłusto, minimalnie wodniście, ale i dość kremowo. Nibsów nie było strasznie dużo, wydaje mi się, że wystarczająco, by cieszyć się czekoladą, ale i je poczuć. Były chrupiące, ale nietwarde; wydały mi się soczyste.

Po umieszczeniu kawałka w ustach poczułam chłodny, słodki smak, troszeczkę kojarzący się z lukrecją / anyżem lub słodzikiem, który... zawahał się.

Niczym powiewająca, delikatna firaneczka zawisł kwasek. Roztoczył się nad wszystkim, ale był raczej sugestią, jakby zaraz miał się się ciężko opuścić niczym jakaś kurtyna, już nie firaneczka.

Obok tej chłodnej, odnotowałam niepewną słodycz, która niespodziewanie zaczęła rosnąć. Uderzyła wanilią, która płynęła na niemal mlecznej fali. W pewnym momencie na myśl przyszły mi lody włoskie. W końcu oba słodkie wątki doszły do porozumienia, pozostając jakby obok siebie.

W tle zaznaczyły się lekka gorzkość i ziemistość, szybko formujące wizję kawy. Cała ta mleczna słodycz szybko jednak ją wciągnęła. Oto czułam się, jakbym miała do czynienia z dobrą i zacnie kawową latte czy cappuccino. Zaznaczyło się przy tym subtelne prażenie.

Skojarzenia z rześką lukrecją / anyżem / słodzikiem powracały chwilami.

Ziemiste nuty trochę odbiły w bok, wisząca nad wszystkim aluzja kwasku zniknęła... albo raczej nieco się zmieniła, bo oto poczułam niewyraźne jagody lub borówki... Były słodkie, ale z kwaskowatymi zapędami. Raz czy dwa, gdy to waniliowa słodycz dominowała nad lukrecjową, wyłapałam coś słodkiego i egzotycznego - nektarynki?

Nibsy pomogły czekoladzie wysunąć pazurki.
Przy rozgryzaniu nibsów kwasek zdecydowanie się nakręcał, choć był bardziej cytrusowy. Nie mocno, bardziej taki... cytrusowo-nektarynkowy. Raz czy dwa pomyślałam też o mało słodkich, zielonych winogronach. Kwasek wciąż trzymał się wilgotnej ziemi, a rześkość podsunęła mi na myśl las po deszczu, zawilgocone korzenie i jakieś fusy. A te winogrona... jakieś rodzynko-fusy / suszki?

Po czekoladzie został lekko cierpkawy posmak nibsów w ziemiście-owocowym wydaniu oraz lukrecjowo-anyżowa słodycz. Trzymało się przy tym poczucie zawilgoconego lasu i fusów.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiej słodyczy i delikatnego charakteru (zwłaszcza, że smaki pozostały intensywne). W życiu nie powiedziałabym, że to 100 %, bo wydała mi się łagodniejsza od Akesson's 75 % Forastero Brazil, choć na pewno mniej od niej słodka. Może nawet nie mniej, a w mniej oczywisty sposób. Motywy lukrecjowo-anyżowy i zawilgoconego lasu były bardzo podobne, choć reszta bardzo się różniła. W setce mleczne kawy i wanilia, a w 75 % herbata, dym i likier... Wydaje mi się, że 100 % wyszła tak delikatniej za sprawą kwaskowato-ziemistych nibsów - na zasadzie kontrastu. One nakręciły owocową nutę, ale też nie jakoś bardzo.

Dalej nie wiem, czy to kwestia tego, że nie lubię nibsów, ale coś mi tu nie grało. One same akurat wydawały się bardzo pasować i nadawać charakteru, więc raczej nie... Te mleczne kawy i słodycz różnego rodzaju, nie za mocna, ale jakby przybywająca z każdej strony, jakoś mi nie leżała. Może to konkretne kakao potrzebuje trochę cukru i tłuszczu, żeby jakoś "przekierować" nuty (na bardziej "moje")? Nie ukrywam, że wolałam herbatę i likier, chociaż i ta bardzo mi smakowała.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 22 zł (za ok. 60 g)
kaloryczność: 609,7 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, nibsy7 %, lecytyna sojowa (1/1000)

czwartek, 6 grudnia 2018

E.Wedel Karmellove! biała karmelowa

Po naprawdę miłym zaskoczeniu, jakim okazał się Wedel Cookie o smaku Cheesecake, a także pamiętając, że Karmellove z solonymi orzeszkami mi smakowała, gdy zobaczyłam, że Mama kupiła sobie czystą Karmellove, zagarnęłam sobie rządek. W mojej głowie już powstawał plan, ponieważ dotarło do mnie, że białego Wedla nigdy nie jadłam, a miałam w planach upolować białą Crunchy Cookie. Chciałam więc sobie stworzyć możliwość porównania czystej białej karmelowej z czystą białą (bo przecież musiał być w niej choć skrawek czekolady bez ciasteczek), a i miałam dwie malutkie karmelowe limitki z dodatkami. Zaczęłam się bowiem zastanawiać, czy nie jest tak, że nowości (Karmellove wciąż jest względną nowością w porównaniu do np. mlecznej truskawkowej) Wedlowi wychodzą całkiem-całkiem, a kompletnie spie... zepsuł klasyki?


E. Wedel Karmellove! to czekolada biała karmelowa.

Po otwarciu poczułam zapach mleka w proszku w oceanie krówkowo-karmelowej słodyczy, co chwilami kojarzyło się wręcz trochę miodowo. Miałam problem, czy wydźwięk był pozytywny, czy negatywny.

Przy łamaniu zaskakująco biała (spodziewałam się czegoś bardziej beżowo-złotego) tabliczka była twarda, nawet lekko trzaskała. Zbyt tłusta, jak na białą, w dotyku mi się nie wydała, lecz po umieszczeniu kawałka w ustach, poczułam silną maślaną tłustość. Czekolada rozpływała się dość szybko w sposób bardzo proszkowy, nieprzyjemny, bo kojarzący się z mąką.

W smaku już od pierwszej chwili uderzyła cukrowość... ale jaka! Szybko stająca się maślaną krówką. Słodycz rosła, ale stawała się coraz bardziej krówkowo-karmelowawa. Dość szybko dołączył do tego smak mleka w proszku wraz z pewnym poczuciem sztucznawości. Już to rozbiło nieco poczucie słodyczy, ale nie zabiło krówkowości.

Karmelowy smak po pewnym czasie podrzucił nawet namiastkę soli, która poniekąd mogła być leciutko palonym posmakiem. To już zdecydowanie polepszyło odbiór ogólnej słodyczy, która nie osiągnęła poziomu strasznej przesady.

Po czekoladzie pozostał posmak maślanej krówki, delikatniusiego, słodkiego karmelu i mleka w proszku. Poczucie słodyczy było silne (jak dla mnie zbyt silne), ale mowy o zacukrzeniu totalnym nie ma.

Nie podobała mi się  struktura, a smak... odebrałam jako połączenie uroczej krówki i mało charakternego karmelu z mlekiem w proszku, w którym kryła się nuta obrzydliwości. To mi nie pasowało, jednak pozytywnie odebrałam poziom słodyczy - silny, ale karmelowa czekolada ma na to przyzwolenie. Dobrze, że nie smakowała czystym cukrem. Przy moim poziomie tolerancji na słodycz nie czułam potrzeby zjedzenia więcej, niż dwóch kostek (a jestem typem osoby, która zjada jedną... tabliczkę, nie kostkę; kostka nie satysfakcjonuje). Czekolada niezła, acz z wadami, więc nudna i bez szału. Widzę ją jako niezłą bazę pod dodatki.


ocena: 6/10
kupiłam: Mama kupiła
cena: -
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, proszek karmelowy 10% (mleko odtłuszczone, serwatka, cukier, masło, aromat), serwatka w proszku, emulgatory: lecytyna sojowa, E474; aromat, sól

wtorek, 4 grudnia 2018

Chocolatier Alexandre Vietnam 70 % Trinitario ciemna z Wietnamu

Pierwsze spotkanie z marką Alexandre nie było zbyt miłe, bo Alexandre Tanzania 70 % Forastero mi nie pasowała. Wiedza, doświadczenie, pasja i praca z lokalnymi farmerami z konkretnych regionów... brzmi ładnie, ale co z tego, skoro nie smakuje, jak lubię? A tabliczki wyglądały tak ekskluzywnie, porządnie... Potrzebowałam naprawdę długiej przerwy, by sięgnąć po kolejną bez uprzedzeń. Tym razem postanowiłam dać szansę regionowi, który ostatnimi czasy pokochałam dzięki czekoladom Marou - Wietnamowi. Optymizmem napawał fakt, że przedstawiana dziś tabliczka została stworzona we współpracy z Marou - Alexandre właśnie od Marou kupiło kakao.

Chocolatier Alexandre Vietnam 70 % Trinitario to ciemna o zawartości 70 % kakao trinitario z Wietnamu z regionu Tien Giang (z plantacji należącej do Marou).

Po otwarciu poczułam intensywny, acz niejednoznaczny zapach rozgrzanych słońcem drzew, ogólne ciepło i... w tym cieple czaiło się coś pieczonego, wypieczonego tak, że aż leciutko słonego - jak paluszki? W trakcie degustacji kojarzyło mi się bardziej z po prostu wypiekiem, ale początek był taki zdecydowanie mniej słodko-pieczony. Słodycz stała oddzielnie i należała do jakiś przesłodkich owoców, np. gruszek, które jednak nie były do potęgi soczyste, a wkomponowane w lekko kwiatowo-perfumowy klimat.

Przy łamaniu tabliczka okazała się bardzo twarda - trzaskała niczym grube, żywe gałęzie, odsłaniając w przekroju lśniące kryształki cukru.
Gdy rozpływała się w ustach, trafiałam na te kryształki językiem. Było ich sporo, toteż początkowo łudziłam się, że to drobinki kakao. Okazało się, że częściowo owszem, ale nie wszystkie, bo część rozpływała się i nakręcała słodycz.
Rozpływały się wraz z tłustą i zbitą czekoladą, która opływała zacnymi smugami oraz jakby sokiem owoców i wodą. Ta struktura nie podobała mi się ani trochę.

Najpierw swoją obecność zaznaczyła nienachalna, pudrowo-bezowa (kojarząca się z Amedei) słodycz, ale po chwili się uchyliła.

Uderzył smak prażony, przynosząc gorzkość. Poczułam drzewa - normalnie złota polska jesień w ustach. Nie było jednak bardzo gorzko, gdyż pojawił się także łagodzący, maślany posmak.

Obok rozlała się soczystość - jeszcze podrygi lata, bo poczułam czerwone leśne owoce - czyżby maliny? Słodkie, słodziuteńkie, jedynie z namiastką kwasku... Słodycz na moment ponownie skojarzyła mi się bardziej pudrowo, wzrosła, ale słodkie gruszki i jeszcze jakieś do bólu słodkie, esencjonalnie słodkie owoce wzięły ją w obroty.

Prażony smak równolegle wzrastał leniwie, aż zrobił się mocno pieczony. Mignął mi chlebowy wątek i niemal "coś wypieczonego i słonawego" (precelki? paluszki?), jednak ogólna słodycz przekierowała go w kierunku słodkiego wypieku. Zrobiło się słodko maślano-biszkoptowo, a mi do głowy przyszedł jakiś biszkoptowy jogurt.

Słodkie gruszki przeistoczyły się w słodkie jabłka z cynamonem. Cynamon nieco przypiekł pikanterią, idealnie złączył się z pieczono-prażonym klimatem. To, wisząca nad wszystkim aluzja do pudrowej słodyczy (na długo znikała, ale na początku każdego kolejnego kęsa wracała) przypomniało mi jedzone dzień wcześniej lody Halo Top Cinnamon Roll. Ta czekolada pod koniec rzeczywiście zrobiła się jak taki jakiś cynamonowy wypiek z owocami z cynamonem.

W posmaku zaskoczyła mnie cierpkość kojarząca się z drzewami oraz prażenie z minimalnym poczuciem soczystej słodyczy.

Pudrowa, cukrowa słodycz słodycz wisząca nad ciepłymi, prażono-pieczonymi nutami drzew i biszkoptu nie była przesadzona, wyszła w sumie lekko, jednak miała denerwujący wydźwięk (mam wrażenie, że za bardzo przyzwyczaiłam się do cukru trzcinowego itp. w czekoladach do degustacji, a tutaj dodatkowo kryształki zawaliły sprawę). Delikatne owoce rozkręcające się w kierunku jabłek z cynamonem z powyższymi sprawiły smakami, że widzę tę czekoladę jako cinnamon roll z jabłkami z cynamonem.

Gdyby nie okropna struktura i wydźwięk słodyczy, mogłoby wyjść coś naprawdę oszałamiającego, a tak... miałam wrażenie, jakby cudowne kakao dostało się w ręce kogoś, kto nie bardzo wiedział, jak zrobić dobrą czekoladę.
Czy nuty przypominały Marou Tien Giang 70 %? Wróciwszy do recenzji uznałam, że słodycz gruszek / jabłek można skojarzyć z zielonymi winogronami Marou, podobnie jak wytrawny wydźwięk (w Marou było to bardzo złożone, tu powiedzmy te "paluszki") czy korzenne przyprawy (znów: w Marou całe bogactwo, tu cynamon); reszta zaś zupełnie inna. Alexandre wydała mi się po tym taka... uproszczona. Wciąż smaczna, ale...


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25,99 zł (za 80 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa

poniedziałek, 3 grudnia 2018

lody Halo Top Cinnamon Roll

Cynamonowe bułki-ślimaki bardzo popularne w USA uważam za naprawdę świetny pomysł. Tam właśnie spróbowałam wypiek z serca Ameryki - cinnamon roll z popularnego Cinnabon (na insta uwiecznione, a co!). Wersja mała, ale... jakże zasładzająca, normalnie cynamocukier, cukier w cukrze i cynamonie. Smaczne w swej obrzydliwej przesłodzoności, choć do zjedzenia tylko raz. Spróbowałam i zupełnie nie odczuwam chęci powrotu do tego (nigdy więcej!), ale cieszę się, że spróbowałam (mimo że to nie moja bajka). Słodycze w tym smaku... wydają mi się dziwne, bo jak zrobić coś o smaku cukrowo-cynamonowej bułki? Quest Bar Cinnamon Roll Flavor uważam za jeden z najokropniejszych batonów, jakie jadłam, ale ogólnie nie lubię batonów tego typu, więc nie wiem, czy to wina smaku. W podobie Pop Tarts Frosted Brown Sugar Cinnamon też uważam za okropne, ale ej! Toż to zupełnie nie mój typ słodyczy! Jednak był też stylizowany na taki bułkowaty twór (acz z innej części świata) pyszny Zotter Carinthian Reindling. A lody? Kompletnie nie wiedziałam, jak one niby mogą być zrobione. Lody o smaku bułki...? No ej... Od razu wyobraziłam sobie coś mocno cynamonowo-ciastowego. Zachęciło mnie też "tylko 8 g cukru", które rozszyfrowałam dopiero w domu (nie chciało mi się zamarzać przy zamrażarkach w sklepie): na porcję. Naiwna myślałam, że na 100 g, no ale cóż. Marka i tak wyglądała zachęcająco. Dzięki tym lodom (jedyny smak, na który trafiłam), miałam rozstrzygnąć, czy zacznę wielkie polowanie na inne.

Halo Top Cinnamon Roll to lody "o smaku bułki cynamonowej typu cinnamon roll", a ja bym powiedziała, że lody z 6 % kawałkami ciasta cynamonowego i wsadem cynamonowym..
Pudło zawiera 473 ml / 268 g (co prawda na opakowaniu są tylko mililitry, ale strona producenta okazała się pomocna).

Po samym otwarciu lody zapachniały bardzo smakowicie: bardzo, bardzo słodko, "jakoś znajomo" biszkoptowo. Oprócz tego niezwykle wyrazisty wydał mi się zapach świeżego mleka. W trakcie jedzenia doszedł do tego cynamonowy wątek, a gdy lody mocno się już topiły, "znajoma nutka" wydała mi się rzeczywiście kojarząca z cynamonowymi wypiekami.

Masa lodowa okazała się dziwna pod względem struktury, gdyż nie była bardzo twarda, a twardawo-krucha. Bardzo zbita, ale jakby trzeszcząca przy nakładaniu. Topiło się to powoli, ciężko.
Lody nie były tłuste. Czuć, że zostały zrobione z mleka, ale ogromną rolę odegrała w nich dziwna mączność.
Masę przeplatał cynamon pod postacią niewielu skupisk sosu, ale też tak po prostu (wsad pewnie się przemieszał). Nie było go zbyt wiele.
W masie znalazło się za to sporo małych kulek ciasta. Rozpływały się w ustach, były miękkie i bardzo mączne, trochę trzeszczące, choć w pewien sposób też nieco tłustawo-gładkie. Przypominały trochę zakalec, a trochę rozmokłe kluski, co było dość obrzydliwe.

Lody smakowały podobnie jak pachniały, z tą różnicą, że nieco mniej smakowicie i mniej cynamonowo. Słodycz od pierwszej sekundy splatała się ze smakiem słodziuteńkiej bułki drożdżowej. Mimo że nie czułam słodziku ani cukru, było dość słodko, choć nie aż tak jak można by się spodziewać. Baza okazała się również mocno mleczna i to tak mleczna-mleczna, smakowicie.

W silnej słodyczy odnalazłam nutę cynamonu, który nasilał się przy skupiskach. Raz i drugi poczułam nawet lekką pikanterię. Ogólnie jednak lody nie były bardzo cynamonowe - osobiście czułam niedosyt.

Kawałki ciasta okazały się przede wszystkim mączne i słodkie. Słodycz nie była rażąca, za to smak mąki mi przeszkadzał. Okazały się cynamonowe w stopniu wyczuwalnym, ale jakoś bez wyrazu. Z zakalcem się nie kojarzyły. Te kawałki podsycały mączność samej masy lodowej.

Całość wyszła słodko, acz nie za bardzo i cynamonowo-ciastowo, choć niestety cynamonowo jakby tylko w porywach. Cynamon powinien być tu wszechobecny, a zanikał. Niby był, ale za mało.
Lody denerwowały mnie strukturą. Mączność masy nie była przyjemna, jednak tragiczna też nie. Mączność ciasta niestety owszem, tragiczna.

Poniekąd całkiem smaczne, ale jakieś... niesatysfakcjonujące. Tytułowy smak jakoś tam oddany, ale ja widziałabym je jako o wiele bardziej cynamonowe i dopracowałabym kawałki ciasta. Szkoda, że te lody nie smakują chociaż tak, jak pachną. Wydanych pieniędzy jednak nie żałuję.


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 19,99 zł (za 473 ml)
kaloryczność: 76 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: mleko, jaja, ciasto cynamonowe 6% (mąka pszenna, cukier, serek śmietankowy: pasteryzowane ukwaszone mleko, śmietanka, sól; jaja, mąka ryżowa, cynamon, ekstrakt z wanilii, sól), substancja słodząca: erytrytol, błonnik, koncentrat białek mleka, śmietanka, cukier trzcinowy, emulgator: gliceryna roślinna, wsad cynamonowy (cukier, cukier brązowy, cynamon, masło, odtłuszczone mleko w proszku, sól, aromat naturalny), sól morska, naturalne aromaty, cynamon, substancje stabilizujące: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; substancja słodząca: glikozydy stewiolowe

niedziela, 2 grudnia 2018

In 't Veld Jungle Please 80 % Kakao Mexiko Soconusco ciemna z Meksyku z nibsami

Pod koniec sierpnia chorowałam, potem jeszcze męczyło mnie gardło podrażnione łykaniem niewiarygodnie wielkich tabletek, przez co przez ponad tydzień nie degustowałam żadnych czystych, dobrych czekolad. Trochę to widać, bo ostatnio publikowałam głównie zwyklejsze z dodatkami lub nadziewane, ale gdy wreszcie mogłam "wrócić na swoje"... Najpierw niezbyt wiedziałam, po co sięgnąć. Padło na markę, o której myślałam, że jest dobra, ale nie obstawiałam, by była jakoś wyjątkowo wybitna (by np. zająć miejsce obok moich ukochanych Akesson's, Idilio Origins, JP Czekolada itp.). Właściwie nic o nie nie wiedziałam, w internecie cisza. Na niemieckojęzycznej stronie producenta tylko informacje, że twórca (Holger in't Veld) zajmuje się czekoladą od 2002 i przestrzega zasad sprawiedliwego handlu, kupuje kakao z określonych regionów itd. Oferta wydała mi się spora, ja zaś testowanie zaczęłam od czekolady z regionu, który uważam za strasznie pomijany i strasznie, strasznie ciekawy. Mało tego! Ta tabliczka została zrobiona z dziko rosnącego kakao. O tym, że to nie do końca czysta czekolada dowiedziałam się dopiero przy robieniu zdjęć.

In 't Veld / Intveld Jungle Please 80 % Kakao Mexiko Soconusco to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Meksyku z regionu Soconusco z nibsami (czyli kawałkami kruszonego kakao).

Mimo że opakowanie wydało mi się liche (w kartoniku tylko ot, lekko zaklejony papier), przy otwieraniu uderzył mnie intensywny zapach jagód i być może aronii. Zaciągnąwszy się, poczułam jakieś owocowo-alkoholowe sugestie. Trwała przy tym subtelna słodycz. Mimo tego wszystkiego, wydźwięk nie był lekki, a charakterny i dość ciężki. Otóż jagody z czasem wchodziły w wędzono-śliwkowe klimaty, które im dłużej wąchałam czekoladę, tym bardziej po prostu z wędzonością mi się kojarzyły. Na myśl przyszedł mi oscypek i palenisko, drewno na opał (nad którym się wędził?).

Ciemna tabliczka o chłodnym, intensywnym odcieniu lśniła i trzaskała donośnie, ujawniając niedużą ilość średniej wielkości nibsów.
W ustach rozpływała się bardzo powoli ze względu na to, że była dość zbita, przy czym bardzo rzucała się w oczy (na język?) jej chropowatość, nawet lekka piaszczystość. Była też tłusta, przez co skojarzyła mi się z twardawym serem. Soczystość różnego rodzaju i obecność chrupiąco-soczystych nibsów osłabiały jednak to poczucie.

W smaku od początku dominował gorzko-wędzony smak, solidnie dosłodzony owocami i wyrównany serowymi akcentami.

Słodycz nie niosła żadnego orzeźwienia, a cierpko-konkretną soczystość, bo jej owoce okazały się wyrazistymi jagodami i wędzonymi śliwkami, może też aronią - wszystkie zakrawające o cierpkość, ale bez kwasku. Czekolada nie miała mocno owocowego klimatu, te tutaj wyszły lekko przymglone jakby... za sprawą słodkawego, delikatnego alkoholu? Kojarzył mi się jakoś zielonowinogronowo, ale nie z białym winem... A może po prostu była to słodycz mdławych, zielonych winogron? Ich smak tak ogółem wydaje mi się tylko słodki i mdły, a to świetnie oddaje słodycz tej czekolady.

Śliwka... wydała mi się jakąś oscypko-śliwką, a potem po prostu oscypkiem ze śliwką. Wędzono-serowy motyw w drugiej połowie rozpływania się kęsa wchodził w esencjonalny splot twarogu i oscypka, przy czym pojawiał się lekki kwasek (smaczek twarogu). Przy serach kręcił się wędzony motyw, z którego w końcu wyłaniał się (w momencie, gdy one wyłaniały się z czekolady, a ja obok niej je rozgryzałam) smak nibsów.

Kawałki kakao wnosiły lekki kwasek, który chwilami udawał owocowy (do głowy przyszły mi nawet jagody, śliwki i wiśnie), ale przede wszystkim był słodowo-piwny. Piwo raczej jasne... choć równie dobrze mógłby to być inny, nie za mocny alkohol.

Ważne, że "podano sery z alkoholem", co pod koniec wyszło lekko pikantnie, z niejasną słodyczą. Owoce trzymały się z dala, ale - ciekawskie! - podkradały się również.

Po czekoladzie pozostał posmak serowo-nibsowy (przy czym nibsy były jakby słodowe), lekko słodki i jagodowy. Czułam niezbyt mocną cierpkość.

Całość wyszła bardzo intrygująco. Gorzkość... była bardziej wędzonością, niż gorzkością. Smak wydał mi się bardzo niespotykany, mało czekoladowy, wytrawny, mimo że w gruncie rzeczy całkiem słodkawy. W zasadzie trudno w tej czekoladzie o nutę czegoś, czego bym nie lubiła, ale połączenie tego wszystkiego trochę mnie przytłoczyło i zupełnie nie odpowiadała mi konsystencje oraz obecność nibsów. Owszem, w smaku wyszły ciekawie, ale... Po prostu zakłócały mi degustację (co innego tabliczka plantacyjna, co innego z dodatkiem). W sumie punkty obniżam jedynie ze względów osobistego odbioru, bo coś mi nie grało w połączeniu nut i już.

Pamiętam, że i Cluizel Mokaya 66% był taki winogronowo-śliwkowy (choć tam postawiono na śliwki suszone, tu wędzoność była mocna), a także likierowy, jednak tamta czekolada... ona była bardziej czekoladowa i pikantna za sprawą nut przypraw. Wędzona pikantność serów In 't Veld to coś naprawdę niespotykanego.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 16,59 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 599 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, surowy tłuszcz kakaowy

sobota, 1 grudnia 2018

Cachet Lemon & Pepper ciemna 57 % z cytryną i czarnym pieprzem

Po przeprowadzce w sklepach zaczęłam widywać sporo czekolad Cachet. Wiązałam z nimi pozytywne wspomnienia, ale wielu nie jadłam, więc nie byłam pewna, czy warto je gromadzić. Postanowiłam więc, że mimo zabójczo długich dat, zjem jedną szybciej, by sprawdzić sobie, jak tam jakość, słodycz i wykonanie tytułowego dodatku. Co więcej, czekolada z cytryną i pieprzem idealnie wpisała mi się w klimat tych, które miałam jeść na dniach. Pomyślałam, że pasuje do Lindta z grejpfrutem i Dolfina z imbirem.

Cachet Lemon & Pepper to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z cytryną i czarnym pieprzem.

Po otwarciu poczułam soczyście-ziemistą woń kakao splecioną z nutką pieprzu. Ta soczystość mieszała się z cytrynową soczystością, w której jednak znaczącą rolę odegrała skórka tego owocu.

Tabliczka łamała się z trzaskiem, była bowiem dość twarda; łamała się nierówno - pewnie przez dziwny, nieprzyjazny kształt kostek.
Przekrój odsłonił dodatki, z których jeden nie był skórkami czy kawałkami cytryny, a rozpływającymi się twardawymi drobinkami na bazie inuliny (zdrowy, naturalny zamiennik cukru) i soku, w których to było trochę mikroskopijnych farfoclo-skórek (całość rozpływała się i czasem taki drobiażdżek zostawał). Gdy je rozgryzałam, trzeszczały. Drugi to spore, twarde i chrupiące kawałki pieprzu, których częściowo nie widać, bo zupełnie zlały się z czekoladą (ale i te niektóre białe kawałki to chyba też pieprz), ale to je czuć językiem. Najlepiej chrupać je obok czekolady, gdy ta się rozpływa, bo kiedy myśląc, że to cytrynowe kawałki, zostawiłam je na koniec... oj, było pieprznie nie do wytrzymania (i bez sensu, bo już bez czekolady).
Sama czekolada dość szybko miękła, ale rozpływała się powoli, była gładka, przez co sprawiała wrażenie dość tłustawej.

Praktycznie nie da się nie trafić na którąś z drobinek, więc porządne opisanie smaku samej czekolady jest niemożliwe, tabliczka była zgraną kompozycją, poszczególne smaku splatały się.

Początek należał oczywiście do czekolady, która przywitała mnie nie za mocną słodyczą. Jej wydźwięk wydał mi się nieco przymglono-pudrowy. Również jako przymglone, może trochę kawowe, odebrałam kakao, które zaznaczyło się w tle. Między nie, a słodycz szybko wcisnęła się goryczka cytryny. Jako że słodycz przeważała, złączywszy się z nią, gorzkawość cytryny podchodziła trochę pod taką galaretkowato-cukierkową - ale tylko trochę!

Zaraz jednak zaczęły odsłaniać i rozpuszczać się cytrynowe kawałki, co nakręciło soczystość i smak cytryny o wiele naturalniejszej. Nie był to kwas, a połączenie gorzkości skórki i kwasku soku, wkomponowane w słodycz i gorzkawe kakao. Niepewna gorzkawość kakao z tła zagrała wyraźniej, mimo że nie była mocna. Przywołała wilgotne, ziemiste nuty, świetnie łączące się z soczystą cytryną. Sama ta ziemistość miała w sobie coś cytrusowego.

Drugim aspektem kakao okazał się palony wątek, który wyeksponował się w drugiej części rozpływania się kęsa, kiedy to wyłaniał się pieprz. Przy rozgryzaniu go, oczywiście rosła rozgrzewająca pikanteria. To ona cudnie podkreśliła paloność. Dało to efekt gorącej, palonej kawy. Oprócz ostrości, wyraźnie czułam sam smak ziaren czarnego pieprzu, a gorzkość przy niej chwilami robiła się zaskakująco silna jak na 57 % kakao.

Po wejściu w interakcję z dodatkami, zaczęłam postrzegać tę czekoladę jako bardziej kakaową. Może nie mocno gorzką, bo jednak zamglona słodycz była znacząca (acz nie za silna), ale kakaową. Budowała to soczysta, goryczkowata cytryna i ostro-gorzki pieprz, wkomponowane w cytrusowo-ziemiste i palono-kawowe nuty.

Po zjedzeniu pozostał posmak skórki cytryny, rozgrzanie spowodowane pikanterią pieprzu, a także ciemnoczekoladowa słodycz i lekka cierpkość kakao.

Zjadłszy całą tabliczkę uznałam, że była naprawdę dobrze skomponowana, bo dodatki wyraźnie czuć, ale nie zakłóciły czekolady. One podkręciły jej smak, świetnie się w nią wpisując. Cytryna wyszła trochę uładzona słodyczą, ale dzięki temu nie napastliwa; w dużej mierze autentyczna (a na jakieś początkowe nutki łatwo przymknąć oko) i tak, żeby nie zabić czekolady. Pieprz z kolei... jak się trafiło. Były takie dwa-trzy kęsy, gdzie skumulowało się go za dużo, ale ogólnie dodano go dużo w sensie... pokazał co potrafi, zagrał swoją pikanterią, podgrzał atmosferę, a jednak nie była to ilość przeszkadzająca w cieszeniu się czekoladą. Mam zarzut co do formy. Wydaje mi się, że można by uniknąć nieprzyjemnych zdarzeń (raz np. tak mi te kawałki pieprzu się zebrały, jeden zaleciał w gardło, że kaszlałam, aż popłynęły mi łzy), gdyby częściowo ten pieprz bardziej przemielić.

Uważam, że to bardzo dobra czekolada warta polecenia, ale nie dorównała Cachet Blackberry & Ginger, w której sprawa ostrego dodatku została o wiele lepiej rozwiązana.


ocena: 8/10
kupiłam: Carrefour
cena: 9,09 zł
kaloryczność: 503 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki cytrynowe 3% (inulina, ekstrakt z cytryny, skórka z cytryny 3%), tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, czarny pieprz 1%, emulgatory: E322, lecytyna sojowa