poniedziałek, 27 marca 2017

Scharffen Berger Rich Dark Chocolate 72 % ciemna

Osoba poproszona przeze mnie o zakup kilkunastu czekolad w USA, wraz ze mną, stwierdziła, że tylu to nie opłaca się wysyłać i wybrała mi jakieś tam na miejscu, starając się trafić w mój gust lub wybierając "ciekawe". Nie wiem, w którą kategorię ta czekolada miała się wpasować, ale powiem Wam, że to pierwsza tej manufaktury, jaką próbuję. Na swojej stronie chwalą się, że byli pierwszą manufakturą robiącą czekolady "bean-to-bar", choć istnieją od 1997. Wszystko wyglądało w porządku, dopóki nie doczytałam, że w 2005 The Hershey Company ich wykupiła. Niby kontynuują tradycję, ale możecie się domyślić, że zrobiłam się podejrzliwa.

Scharffen Berger Rich Dark Chocolate 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao.

Po otwarciu poczułam delikatny, ale dość ciekawy, jakby wędzony, zapach. Było tu coś niemal mięsistego, ale skrupulatnie zakrywany przez plączące się perfumy i nuty drzew, torfu.

Tabliczka wydawała się bardzo sucha. Przy łamaniu była twarda, trochę trzaskała.
W ustach rozpuszczała się strasznie opornie. Nie rozchodziła się po nich, tylko przybierała formę plasteliny, albo "kawałków czekolady" rodem z rzeczy typu stracciatella. Nie była też specjalnie tłusta czy sucha. Po prostu żadna.

W smaku... podobnie, chociaż nie mogę powiedzieć, że go nie miała. Ba! Pewne nuty mogą się tu wydać smaczne, ale niestety - doszukałam się ich na siłę, ssąc czekoladę ze wszystkich sił, bo tylko tak dało się z niej ten delikatny smak wydobyć.

Na pewno był tu podwędzany motyw, ale bez najmniejszych konkretów. Całość była słabo palona czy prażona, miała może nieco ziemisto-drzewny charakter. Leciuteńką, stateczną gorzkość czułam, choć była ona jakby... strasznie onieśmielona, albo jakby uwięziona przez oporną konsystencję.
Nie zabrakło tu słodyczy, ale... ona też była mdła. Nie to, że słaba w znaczeniu "subtelna", ale po prostu mdła. Na pewno była słabsza niż np. w Lindt 70 % lub J.D. Gross Amazonas 60 %, ale... zdecydowanie wolę ich słodycz niż tę nicość tutaj.

Ta czekolada mnie zaskoczyła. Wszystko zostało w niej sprowadzone do jednego poziomu - poziomu nicości. Była jakby zupełnie wyprana ze wszystkiego, mało czekoladowa, przypominała wręcz jakąś polewę (no ok, nie smakowała jak tania polewa, ale takie skojarzenia budziła). Pod względem "nieczekoladowości" bardzo przypominała Ritter Sport Marzipan (tylko oczywiście bez marcepanu, który tam ratował sytuację). Nuda i tyle.


ocena: 5/10
kupiłam: Wegmans (chyba; ktoś mi kupił)
cena: nie znam
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, całe ziarna wanilii

niedziela, 26 marca 2017

ProBar Meal Superberry & Greens baton z płatków owsianych, owoców i orzechów z "zieleniną"

Pisząc ten wstęp (przed sięgnięciem po produkt), a także już wyciągając to z szuflady, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Dostałam to coś na szlaku od I., wrzuciłam do plecaka i zapomniałam o tym. Dopiero po paru miesiącach postanowiłam zmierzyć się z czymś, co... no właśnie: co to jest?


ProBar Meal Superberry & Greens to wegański baton energetyczny na bazie płatków owsianych, suszonych owoców (daktyle, rodzynki) i orzechów (nerkowca, migdały); wariant owoce leśne i zielenina (zawierający "wysoko wartościowe" i głównie surowe składniki).
Jego charakterystycznymi składnikami są nerkowce oraz masło z nich, borówki amerykańskie, całe mnóstwo egzotycznych owoców oraz (z tego, co ciekawsze i zielone ale daleko w składzie): szpinak, brokuły, mięta, spirulina, zielona herbata.

Skład jest straszliwie długi - wiele rzeczy widzę po raz pierwszy, nie wiem też jakie większość z nich ma właściwości, ale... jest ciekawy. Nie wydaje mi się jednak taki naprawdę w 100 % zdrowy.

Po otwarciu doznałam szoku. Poczułam tak soczystą, słodko owocową bombę, że wydała mi się wręcz przerysowana. Coś egzotycznego, coś czerwonego... ale w dziwny sposób. Trochę jak taka naturalna wersja wodnych "owocowych" lodów tego typu (Algida Kolorki). Sama siebie tym skojarzeniem zaskoczyłam.

Baton, albo właściwie bezkształtna kostko-grudka, był raczej miękkawy, łatwy do podzielenia, bo składał się z pestek i pesteczek, nie był bardzo zmielony. Na papierze zostawił zielone plany, a ręce trochę oblepił.

Gdy ugryzłam, wydał mi się z kolei wręcz... proszkowy, tak troszeczkę (płatki owsiane zostały zmielone). W sensie proszkowy między tymi wszystkimi pestkami i pesteczkami, bo wszelkie pestki i nawet migdały (kilka sztuk) były całe i przyjemnie świeże, chrupiące, mimo że nieprażone. Ogólnie wydało mi się to chrzęszczące, raz drugi coś chrupnęło jak chrupki ryżowe. Zaplątało się parę średnio soczystych suszonych kawałków owoców.

W smaku baton był... dziwny. Trudno go "połapać". Na pewno nie był tak owocowy, jak jego zapach. Przede wszystkim czułam taki neutralnawy smak pestek i, oczywiście gdy na nie trafiłam, wyraziste migdały. Po nich, gdy dalej przeżuwałam, dalej było tak migdałowo-orzechowo, chociaż obiecanych nerkowców (i masła z nich) nie czułam. Łagodną orzechowość owszem, ale bliżej nieokreśloną.
Z czasem całość wydała mi się też solidnie... zbożowa. I to już taka mieszanina owsa, jakby innych zbóż, nie wiadomo czego w sumie.
Do tego dochodziła silna słodycz, która wcale taka po prostu słodka nie była. Składało się na nią coś syropowo-bakaliowego i niewątpliwie owocowego. Rodzynki raz i drugi wychwyciłam wyraźniej. Oczywiście były słodkie.
Zaraz obok z kolei były smaki bardziej... zbożowo-warzywne? Chyba tak. Albo nie. Po prostu "wytrawniejsze".
Gdzieś z tła odzywała się egzotyczna nuta, ale nie żeby jakiś "soczysty kwasek" czy coś. Na pewno ananas (zwłaszcza po zjedzeniu posmak ananasa trochę zostawał), ale może i papaja. Słodkie jagodo-borówki chyba też były. Ogólnie takie "jagódkowe" klimaty, co by to konkretnie nie było.
Nad wszystkim roztaczał się specyficzny posmaczek, może i gorzkawy, chociaż określiłabym go raczej jako wytrawne "ciepło". Może pewna ziołowość? 

Wszystko to przełożyło się wręcz na... drapanie w gardle? Ni to od słodyczy, ciepłej gorzkawości... nie wiem. To było i słodkie, i gorzkawe, i zbożowe, ale... ale też ani słodkie, ani gorzkie. To było strasznie namieszane, bez konkretnego smaku. Cokolwiek strasznie trudno tu wychwycić i nazwać. 
Nie było niesmaczne, ale też nie chciałabym już do tego wracać. Nie lubię aż takiego namieszania smaków, bo wyszło to takie nieokreślone. Wszystko i nic.

Za to porządnie nasyciło! Miałam to zjeść jako takie coś przed lekką kolacją, ale gdy skończyłam, ze zdziwieniem odkryłam, że się tym dosłownie nażarłam. Tego dnia zrezygnowałam z kolacji i... poszłam spać najedzona, więc zgodzę się, że może to zastąpić posiłek, ale np. na szlak bym tego batona nie wzięła - za bardzo się lepi i rozpada. 


ocena: 6/10
kupiłam: -
cena: na stronie tego wychodzi około 4 $ za sztukę
kaloryczność: 360 kcal / baton (85 g); 424 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: syrop z ryżu brązowego, płatki owsiane, daktyle, masło orzechowe z nerkowców (orzechy nerkowca, olej słonecznikowy), nasiona słonecznika, rodzynki, orzechy nerkowca, nasiona lnu, sezam, migdały, brązowy ryż preparowany, organiczny suszony syrop trzcinowy, puree z borówek amerykańskich, olej canola tłoczony na zimno, borówki amerykańskie, gliceryna warzywna, pszenica zielona, suszony ananas, suszona papaja, koncentrat soku jabłkowego, suszony syrop trzcinowy, syrop ryżowy, mąka owsiana, naturalny aromat wanilii, źdźbła jęczmienia, nasiona dyni, melasa, lucerna, naturalny aromat borówkowy, błonnik z korzenia cykorii, kwasek cytrynowy, naturalny aromat jagodowy, pektyny jabłkowe, guma arabska, owoce dzikiej róży, korzeń maca, szpinak, naturalne aromaty, olej słonecznikowy, sól, ekstrakt z rozmarynu, ananas, marchew, wiśnia acerola, spirulina, chlorela, zielona herbata, mięta pieprzowa, brokuły, jagody acai, burak, maliny, jagody goji, ziemia okrzemkowa spożywcza, naturalny kwasek tocopherolowy i askorbinowy, bakterie Lactobacillus acidophilus, proteaza, korzeń syberyjskiego eleuterokoka kolczastego, alfa- i beta-armylazy, lipaza, laktaza, celulaza

sobota, 25 marca 2017

Gepa Vollmilch Caramel Salz mleczna z solonym karmelem i solą

Nawet nie umiem wyrazić, jak bardzo ostatnio mam ochotę na coś z solonym karmelem. I nie na "byle co, oby z solonym karmelem", a coś pysznego, z porządnie palonym karmelem i solidną dawką soli. Czy ja aż tak wiele chcę? W znalezieniu odpowiedzi miała mi pomóc malutka czekoladka, ważąca 40 g, niemieckiej kompanii Gepa, która swoją działalność opiera na sprawiedliwym handlu i o której to słyszę po raz pierwszy. Obiekt dzisiejszej recenzji dostałam od Agnieszki, której bardzo dziękuję!

Gepa Vollmilch Caramel Salz to mleczna czekolada z kawałkami maślanego, solonego karmelu i piramidkami soli.
Zawiera tylko 33 % składników kakaowych (miazgi + tłuszczu) pochodzących z Peru i Dominikany, a w składzie ma jeszcze miazgę z orzechów laskowych.

Po rozchyleniu papierka zobaczyłam rudawą tabliczkę zapakowaną jeszcze w przezroczystą folię, co bardzo mnie ucieszyło, gdy okazało się, że na wierzchu tabliczki wystąpiły gęste i klejące kropelki karmelu. Nie dużo, ale na tyle, by wystraszyć mnie, że z moim egzemplarzem jest coś nie tak. Jak się potem okazało, wszystko w środku było w porządku, więc nie wiem - może wierzch miał taki być?

W każdym razie, przy otwieraniu poczułam słodki zapach mocno mlecznej czekolady z silnie słodkokarmelowym akcentem i nutką soli w tle.

Przy łamaniu okazała się dość solidna, a jej przekrój ujawnił spore kawałki karmelu i drobinki soli, których piramidkami bym nie nazwała.

W ustach czekolada rozpływała się przyjemnie, kremowo i nie za tłusto, bardzo powoli ujawniając dodatki. Karmel pod względem konsystencji natychmiast skojarzył mi się z tym z J.D.Gross, bo był chrupiący, ale nie za twardy; bardziej chrzęszczący, choć nieoblepiający zębów w irytujący sposób. 

W smaku karmel pojawiał się dość szybko, ale nie był to ten z "chrupaczy". Od pierwszych sekund czułam ogrom smakowitego i naturalnego mleka. Zaraz za nim nadciągało skojarzenie z cukierkami karmelkami, a więc i znacząca słodycz. To pewnie w dużej mierze zasługa cukru trzcinowego.
O tak, mleko, karmel i... daleko w tle pojawiała się nieśmiała nutka orzechów. Początkowo myślałam, że może to kakao (liczyłam, że się nasili), ale to chyba jednak smaczek tłuszczu kakaowego i masy orzechowej, która również w składzie występuje. Czekolada była głównie słodka, bez wyrazistszego kakao. Może nie przesłodzona, ale chwilami docierała do granicy przesady. 

Na szczęście tu wkraczały dodatki. Kawałki karmelu wnosiły mocno maślano-karmelowy smak, o niezbyt mocno (ale jednak!) palonej nucie. Rozchodziły się wolno, z czasem pojawiała się w nich silniejsza słonawość.
Były też momenty, kiedy to ewidentnie czułam smak soli trafiając na jakąś drobinkę (piramidkę?). Ogółem można stwierdzić, że słonawości tu nie brak. Podobałoby mi się to jednak o wiele bardziej, gdyby potem - na zasadzie kontrastu - słodycz nie wydawała się jeszcze silniejsza. Sądzę, że mocniejsze kakao stanowiłoby tu świetne spoiwo.

Całość była słodka, uroczo karmelkowa i mocno mleczna. Nie poskąpiono soli, a zabieg z laskowcami dał ciekawy efekt, ale... ja bym widziała tu jeszcze trochę więcej kakao.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku 23 %, tłuszcz kakaowy, kawałki karmelu 10 % (cukier trzcinowy, syrop fruktozowo-glukozowy, masło klarowane, sól morska), miazga kakaowa, miazga z orzechów laskowych, piramidki soli, naturalny aromat wanilii

czwartek, 23 marca 2017

Idilio Origins 16xto Trinchera 74 % ciemna z Wenezueli

Wyciągając z szuflady ostatnią posiadaną tabliczkę Idilio Origins nie mogłam uwierzyć, jak szybko miał skończyć się pierwszy etap mojej przygody z tą marką. Mimo wszystko, cieszyłam się z tej degustacji, bo czekolady tej marki zachwyciły mnie i wiem, że zrobię wszystko, by zdobyć resztę. Na razie jednak miałam przed sobą kolejny region Wenezueli do odkrycia. W dodatku, ta czekolada miała nieco więcej kakao, ale czas konszowania (48 h) ten sam.

Idilio Origins 16xto Trinchera to ciemna czekolada o zawartości 74 % pochodzącego z wenezuelskiej wioski Las Trincheras, rosnącego na stromych zboczach wśród bogatej roślinności.

Po otwarciu sreberka poczułam piękny zapach kojarzący się z zielonym lasem na chwilę po deszczu oraz żółtymi owocami, wyraźnie słodkimi, choć bez przesady. Z czasem postawiłabym tu na mango.

Czekolada miała stateczny zapach, nie był on mocno prażony, a jej kolor kojarzył mi się z czymś lepiącym i mokrym, choć w przekroju wydała mi się ziarnista, krucha. Nic z tego nie potwierdziło solidne chrupnięcie twardej tabliczki.
W ustach robiła się kremowa - i to cudownie kremowa - mimo że była jedynie minimalnie tłustawa.

Jako pierwsze wystrzeliły owoce, ale nie były jednoznaczne, a jakby wręcz hamowane. Hamowane? Przez co? A przez feerię smaków składających się po prostu na poczucie mocnej... czekoladowości.
Po tym pierwszym wrażeniu zaczęłam próbować wyróżnić jakieś owoce, ale zdałam sobie sprawę, że ta czekolada właściwie nie była owocowa, mimo że czułam mango, nektarynki - wiecie, słodkie, żółte owoce. Jeszcze nie takie w pełni dojrzałe, ale i nie kwaśne.

Owoce były tłamszone przez wspomnianą czekoladowość. Co przez to określenie rozumiem? Ciepłe nuty o statecznym charakterze. Zdecydowana ziemia, drzewa, może i jakieś łagodne orzechy, a także wanilia. Wśród nich próbowała się "rozsiąść" lekko karmelowa słodycz, ale pozostawała wycofana.

Pod koniec degustacji, mniej więcej w tym momencie, wydawało mi się, że czuję też przebłyski jakiś czerwonych owoców, ale w końcu nie jestem ich pewna.

Jakoś w połowie dochodziło do powolnego połączenia owoców i tej czekoladowości wraz ze słodyczą, co dało mocne skojarzenie z... bananami z ogniska, które już nie płonęło ze względu na wilgotne drewno i ogólnie mokry (deszczowy?) dzień. Banany te leżały wśród drewna, na ziemi, i wcale nie dziwiło, że ktoś obficie polał je czekoladowym sosem (może również trochę karmelowym).
Było słodko i świeżo, trochę dziwnie, może nawet dziko, ale pysznie uzależniająco.

Właśnie z tym skojarzeniem i posmakiem słodyczy i drzewno-ziemistego kakao pozostałam na bardzo długo.

Ta czekolada była bardzo stateczna i w sumie łagodna, choć wcale nie taka słodka. Wyrazista, ale bez konkretnych nut, i tak wydała mi się ciekawa. Może momentami zwyczajna, momentami dziwna, ale przepyszna.
Miałam problem z oceną, bo chciałam jakoś wyróżnić ukochane 5nto Cooperativa Amazonas2ndo Seleccion Amiari Meridena , ale smakowała mi bardziej niż 3ero Seleccion Cata Ocumare. Nie cierpię wystawiać połówek, ale... tu po prostu nie mogłam tego nie zrobić.


ocena: 9.5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 34 zł (dostałam zniżkę <3) za 80 g
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy znów kupię: kiedyś możliwe

Skład: miazga kakaowa 74 %, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 22 marca 2017

krówki GEOMAX Luxury Cream Fudge; Mieszko Krówka Mleczna

Moja Mama z ogromną aprobatą podeszła do tego, że szukam dobrych krówek. Sama je uwielbia, więc zaczęła kupować różnych firm, podrzucając mi po kilka. Jako jednak, że cukierki i tego typu nie są słodyczami, o których umiem pisać długo, tutaj pozwoliłam sobie na podpięcie no-name'a do krówek znanej firmy Mieszko (nie miałam pojęcia, że robią krówki! ich michaszki kiedyś bardzo mi smakowały, to może i krówki?).

Krówka Luxury Cream Fudge od firmy GEOMAX z Opola Lubelskiego.

Rozwinęłam papierek, który od środka okazał się pazłotkowaty, dzięki czemu cukierek się do niego nie przykleił. A może to dlatego, że już w dotyku pomadka była sucha?

Pachniała bardzo słodko, ale krówkowo i śmietankowo, więc całkiem przyjemnie.

Bez problemu przełamałam krówkę, której wnętrze było trochę mokre. Spróbowałam. Mimo że zapowiadało się dobrze, zawiodłam się. 

Cukierek okazał się grudkowo-rozpadający, jak takie zlepki z cukru, pomimo pozornie mokrego wnętrza, które także właśnie w grudki się zmieniało.  Raz, dwa i krówka znika.

W smaku było bardzo, bardzo słodko, ale jeszcze nie cukrowo. Czułam mleczną krówkę, łagodne toffi i żadnych niechcianych posmaków. Nie była to głębia smaku ani wyjątkowa wyrazistość, ale w pełni by mnie zadowoliło, gdyby to się tak szybko nie rozpadało i nie rozpuszczało. 

Żeby tak trochę zalepiło, utrzymało się... A to nie. Parę sekund, pomadki nie ma i jest norma cukru na cały dzień.

Tak, jeden cukierek mi wystarczył, bo czułam, że po kolejnym bym się strasznie zasłodziła.


ocena: 7/10
kupiłam: moja Mama kupiła w Strokrotce
cena: 19,99 zł / kg
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, śmietanka, syrop glukozowy, mleko odtłuszczone w proszku, mleko, aromat



Mieszko Krówka Mleczna ma być według producenta "miękka i delikatna". A jak wygląda rzeczywistość?

W kwestii zapachu na pewno bardzo słodko i powiedziałabym, że tak... kiepsko toffi (jeszcze nie margaryny itp., ale już czuć, że "coś nie tak").

Trzymany w ręku cukierek wydawał się miękki i lepiący, ale można go rozciągnąć, przy czym wychodziło na jaw, że wierzchnia warstwa rozchodzi się jakby była sucha (ale nie jest sucha), a wnętrze bardzo, bardzo plastyczne; ciągnie się, jednak rozerwanie cukierka jest niemal niemożliwe. 
Dziwna konsystencja. 

W ustach jest jeszcze dziwniejsza, bo pomadka okazała się klejąca, tłusta, ale nie "mordoklejkowa", a taka... jak rozpuszczalna guma do żucia.

W smaku były głównie słodkie, wręcz w cukrowy sposób. W mlecznym smaku, który był dopiero za cukrem, chował się jeszcze bliżej nieokreślony tłuszczowy posmak.

Zajeżdżało margaryną, ale w sumie przez słodycz trudno to stwierdzić z całą pewnością. Na pewno nie toffi, a cukier z odrobinką mleka i tłuszczem. Pozostawiało to tłuszczony posmak.

Na zdjęciach wygląda pięknie, a ani nie smakuje, ani nie "mordoklei" jak krówka, za to strasznie chce się po tym pić. 

Cena może i minimalnie niższa od powyższych, ale za to skład... popisali się. I tak dziwne, że nie wyszło aż tak obrzydliwie, jak na to wskazuje.


ocena: 4/10
kupiłam: moja Mama kupiła w Kauflandzie
cena: 3,99 zł (215 g); wychodzi 18,59 zł / kg
kaloryczność: 424 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, syrop glukozowy, margaryna (oleje roślinne: palmowy, rzepakowy, częściowo utwardzony palmowy; wodaemulgatory: E471, lecytyna, kwas cytrynowy, aromat, barwnik: annato), mleko odtłuszczone w proszku (6%), mleko pełne w proszku (4%), masło, aromat


No cóż... jedne i drugie były lepsze od miodowych krówek Łysoń i paskudnych krówek z Olecka

wtorek, 21 marca 2017

Zotter G.Nuss.Tafel Trauben-Nuss mleczna z nugatem z orzechów laskowych z całymi migdałami, orzechami laskowymi i nerkowca oraz rodzynkami pokryta białą czekoladą

Z serii G.Nuss.Tafel Zottera ciekawiły mnie dwie tabliczki, mimo że żadna z nich nigdy nie była jakimś tam "must have". Po bardzo pozytywnym zasłodzeniu, jakie zafundowała mi smakowita G.Nuss.Tafel Mandel, sięgnęłam też po drugą, jednak tę już otrzymałam w nowym opakowaniu. Nie wiem, czy wraz z opakowaniami zmieniono coś jeszcze, ale co tam.


Zotter G.Nuss.Tafel Trauben-Nuss to mleczna czekolada z nugatem z orzechów laskowych z całymi migdałami, orzechami laskowymi i nerkowca oraz rodzynkami pokryta białą czekoladą.
Zawiera 50 % składników kakaowych (miazgi i tłuszczu).

Po otwarciu poczułam niezwykle mocarny i smakowity, w 100 %-ach naturalny, zapach orzechów laskowych w otoczeniu mlecznoczekoladowym i nieco karmelowym. Podkreślały go wyraźne, choć raczej subtelne, przyprawy korzenne, w które cudownie wpisywały się prażone migdały. Wszystko to ozdabiał akcent soczystych rodzynek, a w tle zawisła wanilia z rześką nutą... anyżu? Predysponowało to tę czekoladę do zdobycia 10!

Tak samo jej wygląd był po prostu przepiękny. Warstewka białej czekolady otulająca tabliczkę serii NougsusNougat i całkiem sporo całych bakalii na wierzchu. 
Okazało się to dość twarde przy łamaniu, lecz w ustach rozpływało się gładko i tłusto. 

Najpierw przywitało mnie wyraziste mleko, odrobinka orzeźwiającego anyżu i jakby jedynie waniliowa słodycz. Wspomniane przyprawy świetnie się ze sobą połączyły, bo nie było ani mdląco waniliowo, ani zbyt ordynarnie anyżowo. Niezwykłe i pyszne połączenie, które jednak szybko zmieniało się w wyrazistszą mleczność.

Do mleczności dołączał akcent czekoladowy i orzechowy. Bardzo szybko to orzechy laskowe, w wydaniu błogo pralinowym, lecz nie za słodkim, zagarnęły sobie całą "scenę do popisu". Nieśmiała korzenność, która pojawiła się wraz z laskowcami, sprawiła, że zrobiło się ciepło, wręcz kontrastowo do anyżowego orzeźwienia z początku. Słodycz nieco wzrosła, ale nie nadmiernie. Liczyłam, że przyprawy korzenne też się nasilą, ale pozostawały delikatne aż do końca.

Chrupiące i wyraziste migdały i, odkrywające o wiele mniej znaczącą rolę, orzechy laskowe nieco je podkreślały i chwilowo wypychały naprzód, ale jednocześnie same za dużo sobie zaskarbiały, zaburzając wszelkie waniliowo-anyżowo-czekoladowe nuty. 

Przy słodkawym, lekko przyprawionym nugacie, najlepiej wyszły chrupiące, ale i zarazem nieco miękkawe orzechy nerkowca. Ich smak był charakterystycznie delikatny, choć świetnie wyczuwalny. Zakochałam się w tym, jak wyszły wraz ze słodkimi, średnio soczystymi (więc w sumie też nieco "chrupiącymi") rodzynkami. Miałam szczęście, że w mojej tabliczce znalazło się sporo nerkowców i rodzynek, w dodatku obok siebie.

Niestety, było też sporo miejsc pozbawionych bakalii, gdzie sam nugat orzechowy wydawał mi się mdły, jakoś brakowało mi tam nawet smaku czekolady. Czekoladowość tabliczki była podkreślana nutą prażenia wydobywającą się z całych orzechów, ale... całość tym nie przesiąkła. Smaczek ten pojawiał się tylko przy rozgryzaniu.

W trakcie jedzenia tej czekolady miałam wrażenie, że Zotterowi coś nie wyszło, przekombinował to. Nawrzucał tu bardzo dużo różnych dodatków, w efekcie czego, tak naprawdę... czułam niedosyt wszystkiego. Po recenzji Basi (której swoją drogą nie trafił się ani jeden migdał) liczyłam na mocne przyprawy korzenne, a moja tabliczka była nieco mdła, jeśli o nie chodzi (w sumie pewnie były jakieś zmiany, bo składy się nieco różnią). Pozytywnie zaskoczyło mnie jednak, jak znaczącą rolę odegrała biała, waniliowo-anyżowa, warstewka. Świetnie wyszła z nerkowcami i rodzynkami.
Wydaje mi się, ze lepiej byłoby gdyby Zotter zrobił dwie oddzielne czekolady: nugat z nerkowcami i rodzynkami w tej białej czekoladzie oraz czekoladowy nugat z migdałami,  laskowcami i przyprawami korzennymi (z lub bez białej warstwy). Niestety, tak jak jest, wszystko to ze sobą po prostu nie współgra. Wydawało mi się, że jem resztki mieszanki studenckiej i całkiem smaczną czekoladę, a nie integralną kompozycję. Smacznie, ale mogło być jeszcze smaczniej.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, orzechy laskowe 10%, rodzynki 7%, orzechy nerkowca 4%, migdały 4%, odtłuszczone mleko w proszku,  lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, kardamon, anyż, cynamon

poniedziałek, 20 marca 2017

Choco-Lisa Classic Goat Milk Chocolate mleczna 37 % z kozim mlekiem

O firmie Choco-Lina... nic Wam nie powiem, bo sama nic nie wiem. Znalazłam w internecie, że robią czekolady głównie z mlekiem owczym, ale nie tylko ich produkcją się zajmują. Oferują jakieś eko, bio przyprawy i mieszanki (np. do pieczenia ciastek), a ja kupiłam ich dwie tabliczki tylko ze względu na mleko (owcze i kozie), bo bardzo lubię "inne" mleczne czekolady, a takich wciąż jest na polskim rynku za mało. Zaczynam od koziej, bo... "bo data".

Choco-Lisa Classic Goat Milk Chocolate to czekolada z mlekiem kozim (18 %) o zawartości 37 % składników kakaowych (miazga + tłuszcz).

Producentem jest wspomniana Choco-Lina - rozumiem, że owca ukradła "n", a koza wstawiła "s" w zastępstwo? Nie widzę w tym sensu, trochę to dezorientujące.

Po rozchyleniu srebrnego papierka poczułam spokojny, raczej łagodny, ale wciąż wyrazisty zapach smakowitej mlecznej czekolady o trochę karmelowym wyrazie i z kozią nutką, która nie wydała mi się inwazyjna.

Czekolada okazała się dość twarda, ale nie trzaskała. Rozpływać się zaczynała dopiero w ustach, nie była nazbyt tłusta, a tłustawo-kremowa ze znacząco proszkowym motywem.

Już od pierwszej chwili poczułam słodki karmel przenoszący się z zapachu. W smaku jednak był intensywniejszy, co przełożyło się na silną słodycz. Z czasem nieco wzrastała, ale i stawała się coraz głębsza, bo do smakowitego karmelo-toffi dołączała wanilia. 

Delikatny akcent kakao nie miał problemu z zaznaczeniem się, ale odniosłam wrażenie, że nawet nie próbował wyjść bardziej na wierzch, mimo że kozia słonawość jakby starała się go do tego zachęcić.

A no właśnie! Bardzo silnym smakiem okazało się tu mleko - wyraźnie kozie, ale subtelne. Wszelkie skojarzenia ze zwierzakiem, sianem itp. są tu nie na miejscu. Smak ten przejawiał się raczej w naturalnej słonawości i specyficznym smaczku, ale w połączeniu z karmelową słodyczą wcale nie wydawał się "chamski", mimo dosadności, którą się odznaczał.

Chwilami karmel dominował, robiło się wtedy naprawdę słodko, by następnie to nuta koziego mleka wychynęła na wierzch, co było jakby przerwą od silnej słodyczy. Całość wydała mi się pełna uroku i interesująca. Karmel z kozim posmakiem? Wyszło naprawdę smakowicie i bardzo, bardzo słodko w przyjemny sposób. Czekolada nie była przesłodzona, akcencik kakao się w niej znalazł, co obaliło moją teorię wysnutą przy koziej Domori. Wtedy stwierdziłam, że im więcej kakao, tym kozia nuta silniejsza, ale nie w tym przypadku. Choco-Lina zaserwowała mi kozią słodycz, co bardzo mi smakowało. Bardzo, owszem, ale jak wszystkie głównie mleczno-słodkie czekolady... nie aż na tyle, by zdobyć maksa. 

Kolejna kozia czekolada i... kolejna zupełnie inna. Choco-Lina, jak widać, jest dla słodyczomaniaków wolących słodkie czekolady i chcących zasmakować mocno koziej czekolady, wspomniana Domori jest bardzo wyważona zarówno jeśli chodzi o słodycz, koziość jak i kakao (nazwałabym ją uniwersalną), Askinosie cieszyła mnogością nut, więc określiłabym ją jako "dla osób nietolerujących krowiego mleka", a nie jako kozią, oraz Zotter Labooko z mocnym, kozim smakiem i dużą ilością kakao (zdecydowanie jedna z moich ulubionych czekolad tak ogółem).


ocena: 8/10
kupiłam: biogo.pl
cena: 20,30 zł za 90 g
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko kozie w proszku 18 %, masa kakaowa, wanilia bourbon

niedziela, 19 marca 2017

Zott Belriso Krówka

Uwielbiam sobie czasem zrobić ryż na mleku i dodać do niego jakieś dodatki typu orzechy, owoce. Od kubeczkowych z kolei trzymam się z daleka. Raz kupiłam i obrzydził mnie chłód tego glutkowatego tworu, już pomijając skład, który oczywiście przegrywa z domową wersją. 
Po dzisiaj opisywany sięgnęłam z podwójną awersją: raz, że gotowe ryże mnie trochę obrzydzają (no ale krówka! i piękne opakowanie!), dwa - okoliczności, w jakich do mnie trafił. Objechałyśmy z Mamą kilka supermarketów w poszukiwaniu moich kochanych Mullerów de Luxe, jednak wszędzie były tylko puste kartony i w końcu, w ostatnim, myślałam, że się poryczę. Mama coś tam sobie i tak nabrała, po czym usłyszałam "Zobacz, promocja na krówkowe Belriso! Wiesz jakie to pyszne?" i zachwalanie, że to ostatnio jej ulubiony deserek. Zrezygnowana, i ja się zdecydowałam. Nie muszę chyba dodawać, że już w domu, moja złość na brak Mullerów ulokowała się właśnie w tym niewinnym ryżu?

Zott Belriso Krówka to "krówkowy deser mleczny z ryżem".

Po otwarciu poczułam bardzo słodki karmelowo-krówkowy zapach. Muszę przyznać, że należał raczej do tych przyjemnych i niesztucznych.

Zawartość kubeczka wydała mi się średnio gęsta, ale zwarta. Całość była po prostu glutowato budyniowa (te "zmielone krówki" zupełnie się roztopiły tworząc właśnie gładki budyń) i pełna ziarenek ryżu o dziwnej konsystencji. Oprócz twardości, bardzo znacząca była tu mączność i ona mi jakoś tak gryzła się z budyniowatą resztą. W ogóle wydawało mi się to dość dziwne (budyń z ziarenkami ryżu... moje ryże są gęste i no... inne). Meh, to jednak deser nie w moim stylu.

Tak czy inaczej spróbowałam. Jak się spodziewałam, dominowała tu słodycz. Zdziwiłam się jednak, że deser wciąż był porządnie mleczny. Ryż oceniłabym jako schodzący na dalszy plan. 
Wspomniana słodycz była rzeczywiście nieco krówkowa, kajmakowa. Karmel w smaku zaznaczał się o wiele słabiej, niż w zapachu. Była to jednak Słodycz przez duże "S" (bardzo silna), bez głębi, wyrazistości. Wydawało mi się, że coś próbuje się w niej ukryć (sztuczność?), ale nie wiem.

Pod koniec jedzenia uznałam, że nie dość, że ta słodycz jest zdecydowanie za silna, to jeszcze nieco nijaka. Trochę krówkowa? Owszem, ale jakby mi ktoś próbował wmówić, że deser ma być karmelowy lub toffi, dałabym się nabrać. To po prostu nie była jednoznaczna, wyrazista krówka.
Przez to uznałam, że krówkowe Belriso jest po prostu nudne. To i przesadzona słodycz przeszkadzało  mi przy jego gramaturze (200 g), bo biorąc to wszystko pod uwagę, deser lepiej wypadłby, gdyby miał 150 g. 
Mimo wszystko, jak na ryż na mleku, chyba jest całkiem niezły. Ot, można spróbować; ja jednak zdania o tego typu deserach nie zmienię, a oceniam powtarzając sobie, że nie mogę odjąć punktów za to, że po prostu nie przepadam za tymi ryżami na mleku (chociaż korci). Utwierdziłam się jednak w przekonaniu, że takie coś mnie obrzydza.


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: nie wiem, Mama płaciła
kaloryczność: 116 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mleko 64 %, permeat mleka, ryż 9 %, drobno zmielone krówki 5% (cukier, syrop glukozowy, śmietanka, zagęszczona słodka serwatka, masło, syrop cukru trzcinowego, sól, lecytyna sojowa,, aromat), cukier, mleko w proszku odtłuszczone, dekstroza, syrop karmelowy, jaja w proszku, substancje zagęszczające: mączka chleba świętojańskiego, karagen; skrobia modyfikowana, sól, aromat

piątek, 17 marca 2017

Valrhona noir Abinao 85 % ciemna z Afryki

Po bardzo tajemniczym blendzie Valrhona noir Andoa 70 %, został mi jeszcze jeden. Nie bez powodu właśnie on, bo nie dość, że kolorystycznie świetnie pasuje do bloga, to jeszcze (powód właściwy) ma aż 85 % kakao, co jest wyjątkowe w przypadku tej marki. Pochodzi ono z Afryki, ale dokładny region nie jest znany, tak samo jak gatunek kakao (informacje znalezione w internecie były bardzo rozbieżne i nie pochodziły z pewnych źródeł, więc je pomijam). Liczy się, co ja wyczuję i koniec.

Valrhona noir Abinao 85 % to oczywiście ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao.

Po otwarciu złotko-sreberka poczułam mocno prażony, intensywny zapach. Plątał się między drzewami iglastymi (oczami wyobraźni zobaczyłam sosny piniowe), a ziemią i orzechami, podkręcany jakby przez lekko kwaskowatą cierpkość wina lub kefiru. W trakcie jedzenia wydawało mi się, że wywąchałam także, daleko w tle, wanilię.

Przełamałam piękną, ciemną tabliczkę, przy czym usłyszałam porządny trzask. Była niezwykle twarda, choć kiedy trzymałam ją w rękach wydawała mi się dziwnie sucha, a w przekroju - ziarnista. W ustach jednak stała się "lepiszcza", jakby starała się sprawiać wrażenie kremowej, ale z pewną suchością. Nie było w tym jednak nic nieprzyjemnego, pasowało do smaku.

W tej kwestii w pierwszej chwili poczułam wyraziste orzechy. Najpierw pomyślałam o piniowych, ale już po chwili byłam pewna - orzeszki ziemne, jak nic! W dodatku bardzo szybko, wraz z nieco zalepiającą konsystencją, skojarzyły mi się z masłem orzechowym. 

Zrobiło się gorzko, a kakao z pełną mocą uderzyło palonym smakiem. Orzechowa nuta wciąż trwała uparcie, jednak był to moment, w którym to bardziej ziemiste nuty zaczęły dominować. Do tego dochodził jeszcze przypalony kwasek, otwierający drogę cierpko-kwaskowatym nutom.

Rozwijając się, wypuściły całkiem sporo taninowo-kefirowych smaczków, które ogólna przyjemna gorzkość nieco hamowała. Sama przybrała wyraz przydymiony i jakby... skrywała skąpą, waniliową słodycz. 

Odrobinka słodyczy i nuta kefiru przełożyła się na delikatnie mleczny element na końcówce. Obok niego, taniny przybrały spokojniejszą postać czerwonych owoców, albo raczej konfitury z nich - z przewagą truskawek. Była to smakowita, choć przypalona konfitura. 
W posmaku gorzkiego, palonego kakao znów czułam orzechy, ziemię i... nie wiem dlaczego, ale nie mogłam odpędzić od siebie skojarzenia ze smaczkiem skórki brzoskwini.

Muszę przyznać, że bardzo smakowała mi ta czekolada. Znikoma słodycz i mocny smak to coś, czego zawsze szukam w ciemnych czekoladach, a ta... miała bardzo specyficzne fisztaszkowo-taninowe nuty, chociaż ogółem była bardzo prosta. Mimo że nie miała w sobie dzikości, nie można jej odmówić charakteru.
Jestem ciekawa, z jakich regionów pochodzi kakao. W ogólnym klimacie było coś, co kojarzyło mi się z czekoladami z Tanzanii, może trochę z Madagaskaru, ale gdybym miała zgadywać, obstawiałabym też Ekwador, a przecież to niemożliwe, skoro ziarna pochodzą z Afryki... Może to mocne prażenie tak wszystko "zamazało"?


ocena: 9/10
kupiłam: naszakawa.pl
cena: 14,82 zł (za 70 g)
kaloryczność: 593 kcal / 100 g
czy znów kupię: może i mogłabym

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt wanilii