wtorek, 16 października 2018

Minka Dark Chocolate Ecuador Hacienda Guantupi 100 % ciemna z Ekwadoru

Przeważnie bardzo pozytywnie patrzę na lokalne marki, które pozyskują kakao, wyrabiają czekoladę w danym regionie - wiecie, wszystko na miejscu. Dzięki Basi i tabliczce, którą mi sprezentowała (bardzo, bardzo dziękuję!) miałam poznać kolejną taką ekwadorską markę - Minka. Jej nazwa pochodzi od hiszpańskiego słowa "minga", będącego określeniem pracy na rzecz zbiorowości, pewnie coś w stylu "rób coś dobrego dla ogółu, dla świata". Swoją etyczną pracą, dbałością o kakao, pracą z lokalnymi farmerami (w tym La Mana Cotopaxi Ecuador, od którego to stowarzyszenia zakupiono kakao do produkcji tej czekolady) oraz przestrzeganiem zasad sprawiedliwego handlu marka ta niewątpliwie poświadcza ideę czynami. A jakie odzwierciedlenie znalazło to w tabliczce, będącej dosłownie w stu procentach ekwadorskim smakiem?

Minka Dark Chocolate Ecuador Hacienda Guantupi 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao z Ekwadoru z plantacji Guantupi.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim zapach czarnej, wilgotnej ziemi i jakiś wrastających w nią, również zawilgoconych, korzeni, przy których raz i drugi jakby zawahała się, czy się pokazać maślana nutka. Wilgoć łączyła się z soczystością jakiś łagodniejszych, słodszych cytrusów (pomarańcze? mandarynki?). Całość trzymana była w ryzach przez paloną kawę, nadającą zapachowi ciepłego wydźwięku.

Również kolor tabliczki wydał mi się kawowy (jak mocno palone ziarna kawy), a jej trzask cieszył uszy głośnością i zdecydowaniem.
W ustach okazała się gładka i nieco oblepiająca, gdyż rozpływała się powoli, pozostawiając oleiste smugi. Pod koniec rozpływania się kęsa nadchodziło lekkie poczucie "podsuszenia", dzięki czemu jej tłustość mnie nie obrzydzała.

W pierwszej chwili po umieszczeniu kawałka w ustach poczułam smak łagodny, bo głównie maślany.
Już od początku gorzkość zaznaczała się wyraźniej jedynie chwilami (mimo że cały czas gdzieś się kręciła). Podrzuciła konkretną, ziemistą nutę, po czym na dłużej zmieniała się w niemal warzywne nuty. Pomyślałam tu o czymś gotowanym, zielonym... brukselka? jakieś strączkowe? A może zrobione na maśle? To były takie warzywno-orzechowe nuty.

Epizodycznie przypominał o sobie kwasek. Początkowo pojawiał się w parze z ziemią, ale potem przechodził na maślaną stronę. To go złagodziło i osnuło lekką słodyczą. Ta akurat była rześka - jak woń lekkich kwiatów lub... smaczek owoców. Słodko-kwaskowate pomarańcze i brzoskwinie wydawały się wymieszane z jakimś... śmietanowo-maślanym... jogurtem? kremem? W owoce nieco ingerował kwasek śmietany... tak jakby.

Maślaność, jej specyficzna neutralność (ani gorzkość, ani kwasek), po owocowym momencie wyszła niemal na prowadzenie. Ziemistość dopowiadała też korzenie, które z czasem za sprawą orzechów z oddali wyciągały też kawę. Ziemistość i palona kawa objęły ster na końcówce.

Jako posmak pozostała gorzkość ziemi i odważnie palonej kawy.

Ziemisto-kawowa gorzkość, sugestie warzywno-orzechowe i jednak lekka soczystość, kawowy posmak to udana kompozycja, acz niestety bardzo złagodzona masłem. Mi wydawała się wręcz nim wyciszona, a dodatkowo przemycało mgiełkę śmietany (a akurat nie lubię ani masła, ani śmietany).

Czekolada wyszła w zasadzie porządnie, a na pewno przystępnie. To chyba idealna tabliczka na rozpoczęcie przygody z setkami, bo była gorzka, trochę kwaskowata i słodkawa. Maślaność aż tak nie zaburzyła tych smaków i nut z nimi związanych, ale według mnie i tak było jej za dużo. O ile konsystencję mogłabym jeszcze wybaczyć, tak w smaku mi to przeszkadzało.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam (dziękuję)
cena: -
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa

poniedziałek, 15 października 2018

Ursi Mon Dessert Double Coffee

Będąc w Auchan zauważyłam, że obecnie czekoladowe Grand Desserty Ehrmanna mają białe śmietanki. Ogólnie nie lubię bitej śmietanki, mogę ją jedynie tolerować, co w przypadku czekoladowego smaku jest bardziej możliwe. Biała to... no nie podchodzi mi. Dlatego czekoladowe Ursi wydało mi się atrakcyjne - śmietanka była czekoladowa. To mi zasugerowało, że to coś innego niż Ehrmann (ciągle się zastanawiałam, czy Ursi to np. nie ukryty Ehrmann dla Aldi). Kawowy Ehrmann niespecjalnie mi podszedł, ale że wśród takich produktach kawa to rzadkość, musiałam spróbować. Mimo że ostatnio doszłam do wniosku, że kawowe słodycze mi nie leżą, bo zawsze są za mało kawowe... Gdzie tu logika? Nie wykryto.

Ursi Mon Dessert Double Coffee to mleczny deser o smaku kawowym z bitą śmietanką o smaku kawy, produkowany dla Aldi.
Opakowanie zawiera 175 g.

Po otwarciu poczułam delikatny, przyjemnie słodki zapach. Było to pomieszanie mlecznej kawy, mleczno-śmietankowej toni i czegoś słodziutkiego jak jakieś nugato-toffi.

Proporcje deseru uważam za świetnie dobrane, bo wyrównane - obu warstw dali dużo, ale przy ich smaku nie miałam poczucia, że jedno zbytnio dominuje nad drugim.

Śmietanka oczywiście była tłusta, jednak w sposób charakterystyczny dla bitej śmietanki, przy czym zachowała też pewną lekkość napowietrzonego mousse'u.
Budyń był tak gęsty, że postawiona w nim łyżka stała. Nie miał w sobie nic ze śliskiego gluta; cieszył głładkością i pozbawiony był proszkowości. Jego tłustość wydała mi się pełnomleczna (a więc taka, jaka mi odpowiada - ta bardziej śmietankowa raczej mi przeszkadza).

W smaku śmietanka raczyła przede wszystkim "słodziuteńkością" śmietanki słodkiej w niemal toffi-orzechowym kontekście, ale i kawą. Prawda, że mleczną, ale i z sugestią goryczki.

Budyń również był bardzo słodki i niezaprzeczalnie kawowy. Oczami wyobraźni zobaczyłam niezłą kawę rozpuszczalną z ogromem wyrazistego mleka. Nie brakowało w niej nugatowo-orzechowych nut odpowiedzialnych za słodycz. Było mi za słodko, ale nie tylko cukrowo. To cała paleta cukrowo-karmelowych cappuccino. Po całej fali słodyczy, pojawiała się i gorzkawość kawy.

To naprawdę smaczny, acz bardzo przesłodzony deser. Kawę czuć wyraźnie, ale taką wkomponowaną w mnóstwo innych nutek - słodkich, ale przyjemnych. O ile normalnie obecnie nie wypiłabym mlecznej, a już na pewno słodzonej kawy, tak taki deser wydał mi się spoko.
Bardzo podobała mi się jego konsystencja.
Wydał mi się lepszy od Ehrmanna Double Coffee (choć wciąż się zastanawiam, czy to nie przypadkiem on produkuje te desery dla Aldi) - może równie słodki i kawusiowy, ale pozbawiony posmaku aromatu, który mi nie leżał. A może Mon Dessert był po prostu słodszy, co zamaskowało ten posmak?


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 115 kcal / 100 g; kubeczek 175g - 201 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, śmietanka 20%, serwatka, cukier, skrobia modyfikowana, ekstrakt z kawy 0,3%, syrop cukru skarmelizowanego, karmel (syrop glukozowy, cukier, masło, woda, śmietanka, sól), kakao w proszku, syrop glukozowo-fruktorozwy, substancje zagęszczające: karagen, guma guar; żelatyna, aromat, emulgator E472b, sól, azot

niedziela, 14 października 2018

Deluxe Czekolada Mleczna 35 % z karmelem i solą


Kiedyś na widok czekolady z solonym karmelem aż świeciły mi się oczy, a ostatnio zorientowałam się, że obecnie takie kupuję strasznie rzadko. Jakoś nie widuję takich, które wyglądają na satysfakcjonujące. Lidlowej, wyprodukowanej w Hiszpanii nie wiadomo przez kogo, z jakiegoś pojedynczego rzutu, postanowiłam jednak dać szansę ("Ja tam bym z bezą wzięła" - bezcenny komentarz Mamy, mimo którego wyszłyśmy ze sklepu tylko z dzisiaj przedstawianą, bez wariantu z bezą i ciastkami).

Deluxe Czekolada Mleczna z karmelem i solą to czekolada mleczna o zawartości 35 % kakao z solonym karmelem i płatkami soli, wyprodukowana dla Lidla.
Tabliczka to aż 120 g.

Po otwarciu folii dobiegł mnie słodki, mleczno-karmelowy zapach, wzbogacony o odległe, "orzechowe" kakao. Był mocno, naprawdę mocno mleczny, przez co kojarzy mi się trochę z karmelowym mlekiem skondensowanym (moim wyobrażeniem o nim). Gdy wyjęłam tabliczkę o miedzianym przebłysku i zbliżyłam nos do jej spodu, poczułam wyraźnie palony karmel i sól.

Przy łamaniu gruba tabliczka nie trzaskała, była przyzwoicie twarda, ale i pewne poczucie miękkości temu towarzyszyło. Wtopiony w spód dodatek: spore kawałki karmelu i bardzo dużo płatko-kryształki soli, których nie pożałowano, trzymał się mocno.
W ustach sprawiała wrażenie nie do końca gładkiej,  rozpływała się łatwo, tłustawo i kremowo, powoli odsłaniając karmel o chrzęszcząco-chrupiącej strukturze. Jego kawałki rozpływały się bardzo powoli, a z racji tego, jak mocno były wtopione, dopiero pod koniec rozpływania się kęsa zaczynałam przygodę z nimi. Karmel nie był twardy ani nie oblepiał zębów - wydał mi się bardzo przyjazny, taki przyjemnie trzeszczący. Okazało się, że sól to nie tylko widoczne gołym okiem kawały, ale i malutkie drobinki (+ sól kryjąca się w karmelu).
Najlepszym sposobem na jedzenie tej czekolady było położenie kawałka posypką na języku, a potem co i raz obracanie, bo to przełamywało trochę rozmywało słodycz.

W smaku sama czekolada smakowała głównie słodko. Od razu po zrobieniu kęsa zarysował się smakowicie słodki mlecznoczekoladowy smak, jednak słodycz bardzo szybko zaczęła rosnąć. Zrobiła się cukrowa i w połowie rozpływania się kęsa zadrapała w gardle, po czym... zaczęła słabnąć na rzecz bardzo wyrazistego, pełnego mleka. Wraz z drapaniem w gardle i mlekiem do akcji wkraczały też dodatki, więc nie był to czysty cukier, a ogólnie karmelowo-maślana kompozycja. Posypka wydobyła chyba też jakiś cień kakao.

Oczywiście sam karmel też swoje wyraźnie dopowiadał. Gdy najpierw go nie ruszałam, nie był aż taki mocny w smaku. Raczył słodko-maślanym smakiem delikatnego karmelu, może wręcz karmelowej krówki. Kawałki karmelu okazały się nie za mocno palone, właściwie przypominały słodkie, maślane karmelki, ale za to dość mocno posolone. Chwilami połączenie zahaczało o iluzję kwasku.
Zwłaszcza, gdy rozpływał się akurat większy kryształek soli. Ależ on przeszywał wszystko! Na chwilę - by potem pozwolić smakom popłynąć. Sam zaczął buszować gdzieś w tle, potem znowu takie mocniejsze ukłucie i znów odejście w czekoladową toń...

Kawałki, które w ustach zostały najdłużej, pozostawiały smak słonokarmelowo-krówkowy, słodki, przesłodzony, ale nie czysto cukrowy. Posmak samej czekolady uplasował się za nimi. Przypominało to słodkie, skondensowane mleko z cukrem o niewątpliwie czekoladowym smaku. Była to czekolada o cukrowo-karmelowych zapędach z dobrym, nie cukrowym, a słono-krówkowym karmelem i ogólnie zadowalającą ilością soli.

Całość wydała mi się naprawdę dobra - poniekąd zasładzająca, za co nie omieszkałam odjąć punktów, ale też tak jak trzeba słona i karmelowa.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 90,9% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, lecytyna: sojowa, słonecznikowa; aromat), karmel 8,3% (cukier, bezwodny tłuszcz mleczny, tłuszcz palmowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, sól, lecytyna sojowa), płatki soli 0,8%

sobota, 13 października 2018

Ursi Mon Desser Double Choc

Podążając spożywczym szlakiem swego miasta, dość szybko zawędrowałam (zajechałam świetną komunikacją miejską - i piszę to bez ironii, jestem w niej zakochana) do Aldi. Boskie czekolady Chateau, a zwłaszcza biała kokosowa, jedne z naprawdę nielicznych chipsów, które mogę raz na rok zjeść (Feurich sól & ocet), inne porządne produkty, które zdarzało mi się zjeść u Taty = po prostu świątynia przystępnych cenowo i dobrych jakościowo marek własnych, a przynajmniej tak mi się trochę ten sklep zawsze widział. Mając słabość do niemieckiego Ehrmanna, pamiętając pyszne Desselle, postanowiłam spróbować także deseru z Aldi. Miałam tylko nadzieję, że w niczym nie będzie przypominał niesmacznych Polmleków (które obecnie stoją za produktami Twój Deser z Biedronki) i hańbiących Ehrmannach Twój Deser Premium (niestety w bardzo podobnych opakowaniach co Ursi).

Ursi Mon Desser Double Choc to mleczny deser o smaku czekoladowym z bitą śmietanką o smaku czekoladowym produkowany dla Aldi
Kubeczek zawiera 175 g.

Po otwarciu poczułam obłędnie czekoladowy zapach rysujący się na wyrazistej, mleczno-śmietankowej bazie.

Proporcje między śmietanką, a budyniem uważam za dobre, bo niczego nie pożałowano, a nie miałam poczucia, że "przez śmietankę to się chyba nigdy nie przedrę" (bo już ona smakowała czekoladowo).
Wierzch okazał się tłustą bitą śmietanką, która jednak zachowała lekkość napowietrzonego mousse'u. Zostawiała poczucie tłuszczu na ustach. Jej tłustość stała się bardziej przystępna za sprawą lekko pylistego efektu kakao, które pozostawało w ustach nawet z leciuteńką cierpkością.
Dół cechowała tłustość pełnego mleka, ale i lekka proszkowość kakao, dzięki czemu deser wyszedł przyjemnie, jak lubię. To nie jakiś śliski glut, a krem tak gęsty, że po przechyleniu trzymał się kubeczka.

W smaku już śmietanka przywitała mnie czekoladą. Mimo że sugestia kakao podpowiadała niepewnie ciemną (ciemnawą?) czekoladę, był to łagodny, ale wyrazisty smak raczej słodziutkiej i urokliwie mlecznej czekolady, które to poczucie nasilała sama śmietanka. Ona również nie pozostawała bierna - czuć było bitą śmietankę bez sztucznych posmaków. Wyszła słodko i intensywnie czekoladowo.

Dół również był bardzo intensywny i słodki. Mleczna baza nadała czekoladowości częściowo mlecznego charakteru, ale czułam w niej i trochę kakaowej wytrawności. Nie przeszkadzało to jednak słodyczy w zerwaniu się z łańcucha. Szalała w najlepsze, płynąc z czekolady mlecznej, niby-ciemnej, a chwilami nawet udając coś karmelowawego.

Deser wydał mi się połączeniem przepysznej czekoladowej śmietanki z Desselli produkowanej przez Ehrmanna i przesłodkiego puddingu Milka Mullera, wzbogaconego o lekką kakaową wytrawność prawie ciemnej czekolady. Przepyszny, acz tak słodki, że końcówkę jadłam na siłę. Mimo to uważam go za lepszy czekoladowy deser niż Ehrmann Chocolate - może i słodszy, ale i bardziej czekoladowy.


ocena: 9/10
kupiłam: Aldi
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 116 kcal / 100 g; kubeczek 175g - 203 kcal
czy kupię znów: tak

Skład: odtłuszczone mleko, śmietanka 20%, serwatka, cukier, skrobia modyfikowana, 1,7% kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, 1% czekolada (cukier, kakao w proszku, tłuszcz kakaowy) syrop glukozowo-fruktozowy, substancje zagęszczające: karagen, guma guar; żelatyna, emulgator E472b, aromat, azot

czwartek, 11 października 2018

Georgia Ramon Island Growers Saint Lucia Trinitario 77 % ciemna z Wyspy Świętej Łucji

Georgia Ramon jest jedną z tych marek, których nie pokochałam od razu, a zaczęłam bardzo, bardzo lubić dopiero z czasem. Ogólnie marki nie postrzegam jako wybitnej, ale sądzę, że ma propozycje i przekombinowane, niesmaczne, jak również przepyszne (bo ciemne bez kombinowania?). Po każdą kolejną ciemną sięgałam więc ze spokojem i jakąś taką pewnością, że czeka mnie coś interesująco-smakowitego.
Dziś przedstawiana była jeszcze o tyle bardziej interesująca od innych, że to edycja specjalna - do jej produkcji wykorzystano bowiem rzadkie kakao z państwa-wyspy Saint Lucia z Ameryki Środkowej, leżącego blisko Dominikany. Umożliwiła to współpraca z Hotel Chocolat - firmą, do której należy plantacja Rabot Estate i która sama zajmuje się czekoladą (choć z tego, co widziałam na stronie, to raczej czekoladkami).

Georgia Ramon Island Growers Saint Lucia Trinitario 77 % to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao trinitario z Wyspy Świętej Łucji (Saint Lucia).

Po otwarciu poczułam wyrazistą woń wiśni, która zawierała w sobie kwiatową lekkość, zwiewność. Kojarzyła mi się z orzeźwieniem, jakie niosą melony. Był to zapach słodki, chwilami wydawał się "ciężko słodki" i podchodzący pod mango, a chwilami wiśnia jednak upuszczała więcej kwasku sugerując niemal jakiś związek z limonką.
Oprócz silnych owoców, zapach uraczył mnie także gorzkawymi nutami takimi jak drzewa czy tektura. Były raczej zawilgocone, niż np. prażone.

Przy łamaniu ciemna, zdecydowanie ciepłobrązowa tabliczka ładnie trzaskała, ujawniając gładki przekrój. W ustach wydała mi się soczyście-wodnista jak melon, rozpływająca się gładko i leniwie, a więc powoli, ale bez większego oporu. Była dość tłusta, ale im bliżej końca, tym bardziej wysuszała i niemal ściągała w cierpko-taninowy (jak wino) sposób.

W smaku w pierwszej chwili poczułam jakby zespojone na stałe gorzkość i słodycz.
O ile na gorzkość od razu składało się wiele elementów, na początku rozpływania się kawałka słodycz była ewidentnie słodko-wytrawnym, lekko alkoholowym czekoladowym sosem / syropem.

Gorzkość niosła proste nuty drzew i migdałów / orzechów o ciepłym wydźwięku, lekko prażone, które z czasem zaczęły przeistaczać się w swoje coraz bardziej zawilgocone i odymione wersje. 

Pełna słodycz sosu czekoladowego wyciągała z oddali coraz więcej soczystych nut tak, że dość szybko stała się dojrzałymi, soczystymi wiśniami. Wiśnie te łączyły wszelkie nutki, coraz ciaśniej związując słodycz i goryczkę.

Chwilami pojawiała się lekka ziemistość albo raczej przyprawy... na pewno jakieś pikantniejsze, może niemal pieprzne. Gorzkość wraz z nimi zaczęła formować naprawdę mocny smakowy legion, jednak w połowie pojawiły się i lżejsze nuty. 
Najpierw nazwałam je kwiatami (jakieś drobne, dzikie / leśne), ale doszukałam się i niemal lukrecjowego chłodku. Przy ziemistych nutach sporadycznie wychylał się kwasek owoców - wiśni, ale i może limonki? Na pewno jeszcze jakiegoś całego czerwonoowocowego miksu.

Wszystko to, wraz z rosnącą cierpkością ułożyło się w końcu w smak czerwonego wina, które oddelegowało alkoholowy sos czekoladowy. Wciąż dominowały świeże wiśnie, ale wino również odgrywało ważną rolę.

Stateczna gorzkawość orzechów / migdałów i tekturo-drzew nie zniknęła ani na chwilę, mimo że na pewien czas oddaliła się. Pod koniec, po tych przyprawach, kiedy spośród nich został tylko pieprz, ośmielona alkoholem, podrzuciła jeszcze trochę prażonoorzechowo-migdałowych nut i sporo dymu (takiego papierosowo-papierowego?).

Po wszystkim pozostawał posmak wiśni, pylistego kakao i czerwonego wina, wraz z poczuciem suchości, przyprawienia i cierpkości.

Czekolada miała bardzo jednoznaczny smak i klimat (mokry mimo prażenia, suchości itp.). Wiśnie, czerwone wino i przyjemnie zaznaczona gorzko-odymiona (choć może mało głęboka) baza drzew, migdałów. Podobało mi się, że miałam wrażenie, że na jej słodycz składała się niemała ilość procentów. Czekolada wyszła więc dosadnie, choć nie była taką siekierą. Była przepyszna, bardzo "moja". Miała jednak coś w sobie, że do tych naj-naj za nic bym jej nie włączyła - struktura, "prostsze zapędy"?
Z zaskoczeniem odkryłam, że właściwie czułam w niej wiele nut wina Barbaresco, a więc tego, które wypisał producent w linijce "nuty".
Przypominała mi Michel Cluizel Los Ancones 67 % swoim alkoholowo-słodkim, zawilgoconym charakterem i wiśniowym smakiem (co może nie powinno dziwić z racji położenia geograficznego) - tylko że jakby z wyciętymi nutami, które mi w Cluizelu tak sobie podchodziły.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 23,99 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 10 października 2018

lody Mucci Caramel Love

Sama nie wiem dlaczego, ale myśląc o posiadanych lodach, akurat te uznałam za najciekawsze. Mimo że w sumie proste, połączenie lodów czekoladowych i karmelowych wydaje mi się rzadko spotykane. Tych jednoporcjowych nie jadam, więc o nich nie mówię, ale w pudłach (tych lepszych) to jakoś tak... takie to proste, że aż nikt na to nie wpadł?

Mucci Caramel Love to "lody czekoladowe i lody karmelowe z sosem karmelowym 12 % i kawałkami polewy kakaowej 4 %" produkowane dla Aldi przez R&R Ice Cream.
Pudło zawiera 500 ml.

Już sam zapach lodów uderzył karmelową słodyczą, ale odpowiednio mocno też śmietankowo-mlecznym wątkiem i wyraźnym kakao.

Lody były twarde, zwarte - bardzo gęste. Rozpływały się powoli (czekoladowa część wolniej niż jasna), właśnie tak gęsto, odpowiednio tłustawo jak na śmietankową bazę przystało, choć miękły nieco szybciej niż pozostałe lody z serii Aldiego. Na to przełożył się bowiem bardzo gęsty i ciągnący, ale jednak sos, przypominający może wręcz swego rodzaju gładki krem karmelowy (a nie np. zmrożoną grudę).


Pozytywnie zaskoczyły mnie również kawałki polewy kakaowej, które nie wyszły jak typowa czekolada w typowych lodach, a więc nie miały nic wspólnego z kamieniami bez smaku. W czekoladowej masie znalazłam ich naprawdę dużo. W pierwszej sekundzie wystraszyłam się więc ich twardości, ale po chwili kremowo-tłusto rozpływały się w ustach, coś między czekoladą w temp. pokojowej, a jak te kawałki fudge w Haagenach.

Proporcje wszystkiego wydały mi się wyrównane, a wielkość dodatków odpowiednia - czekoladowe kawałki miały wielkość małych paznokci, a sos znalazł się w lodach w postaci dużych skupisk-grudek, dzięki czemu nie zmieszał się z lodami (można to robić samemu, jak się chce). Hojnie rozmieszczono je w całym pudle, acz bez przesady (nie miałam wrażenia, że "za mało lodów w lodach").

Smak części karmelowej uderzał słodyczą jeszcze mocniej, niż robił to zapach, gdyż okazał się bardzo wyrazisty. Natychmiastowo zasładzający, ale ewidentnie słodkokarmelowy, a nie po prostu cukrowy. Nie wyszło to śmietankowo, a mlecznie (i słodko!).

Karmelowy sos oczywiście nakręcał słodycz. Zalepiał nią swoją ofiarę (mnie), wypełniał usta i nie dał się zagłuszyć innym częściom. Jego smak wyszedł jeszcze wyraziściej niż masy lodowej. Karmelowy do potęgi (nie toffi czy coś), podchodzący pod maślaną krówkę, ale głównie karmelowy, a więc słodko-słodki, bardzo, bardzo słodki, ale zarazem głęboki. Wydał mi się lekko palony i jakby robiący wycieczki ku słonawości.

Zasładzającemu karmelowemu duetowi przychodziła z pomocą druga część lodów - czekoladowa. Baza, a więc mocno kakaowe, nie za słodkie lody z wyrazistą śmietankową bazą wydały mi się takie same co w Brownie. Różniły się jedynie wtopionym dodatkiem. W tych znalazło się sporo kawałków "czekolady", która raczyła przyjemnie ciemnoczekoladowym, ale wciąż słodkim smakiem. Jej gorzkość świetnie zgrała się z lodami czekoladowymi, a po np. łyżeczce karmelowej części na zasadzie kontrastu wydawała się jeszcze bardziej gorzka.

Kakao w bardzo udany sposób przełamywało słodycz karmelu, nie zabijając smaku karmelu. Lody te całościowo wyszły bardzo słodko, w pewnym stopniu zasładzająco, ale to jakby zamierzone (bo porządnie karmelowe) zasłodzenie. Ciemna część niewątpliwie nadała im charakteru, kopniaka kakao (odskoczni od słodyczy).
Lody bardzo mi smakowały, właściwie nie mam im nic do zarzucenia, a mogę tylko chwalić za ciekawe i dobrze wykonane połączenie smaków.


ocena: 9/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 227 kcal / 100 ml
czy kupię znów: możliwe

Skład: śmietanka 29%, mleko odtłuszczone, cukier, syrop glukozowy, mleko zagęszczone odtłuszczone, żółtka jaj, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 3%, tłuszcz mleczny, mleko zagęszczone, tłuszcz kokosowy, lecytyna sojowa, stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar, karagen, pektyny), miazga kakaowa, sól, ekstrakt wanilii, naturalny aromat wanilii, naturalny aromat

wtorek, 9 października 2018

Milka Bubbly Alpine Milk mleczna napowietrzona

Moja Mama czasem również ma degustatorskie zapędy - jej "degustacje" jednak dotyczą słodyczy zwykłych, tanich i żadna z nas nie ma z tym problemu. W sumie... ze sobą ogólnie mamy mało problemów, np. która pierwsza będzie czytać najnowszą książkę Mroza wypożyczoną z biblioteki w liczbie sztuk: 1. Gdy w jednej bohaterka (Chyłka) z dystansem podchodziła do białej bąbelkowej Milki, Mama stwierdziła, że wyobraża sobie Chyłkę wyglądającą podobnie do mnie. Pewnego dnia, gdy już kończyłam wspomnianą książkę, Mama ze śmiechem przyniosła mi obiekt dzisiejszego posta. Wprawdzie nie biała, ale... taka do porównania z bąbelkowym wyrobem Nestle. Za namową i świeżo po lekturze przystałam na przygarnięcie pryszczatej bąbelkowej połówki cukrolady czekolady.


Milka Bubbly Alpine Milk to "czekolada mleczna w środku napowietrzona (59%), zawierająca 30 % kakao.
Taka tabliczka to 90 g.

Po otwarciu poczułam uroczy zapach mlecznych czekoladek / czekolad dla dzieci (kojarzący się z kinderkami), mleka wymieszanego z taką ilością cukru, że aż stało się gęste. Zdziwiłam się, gdy w tej przesłodzonej kompozycji doszukałam się ulotnego akcentu orzechów laskowych albo kremu z nich.

Czekolada nie była miękka, ale też nie trzaskała. Przy łamaniu okazała się krucha, a właściwie... kruszyło się jej bąbelkowe "nadzienie". Pokrywała je gruba warstwa czekolady.
W ustach czuć ten podział: czekolada rozpływała się w średnim tempie, zalepiając tłustą mazią usta, aż ujawniła środek - mniej tłusty, a bardziej szybkorozpuszczający się jak cukier i przyjemnie napowietrzony. Przypominał mousse, odrobinkę pykał, ale bez przesady. Przyznam, że to udana bąbelkowa struktura (mimo że ogół nie w moim guście).

W smaku już od pierwszego kęsa poczułam cukier. Napastliwy, ale połączony ze smakiem mleka. Przez moment wydało mi się to naprawdę dość mocno mleczne, jak czekoladki dla dzieci z mlecznym nadzieniem, ale dosłownie po paru sekundach cukier wygrał.

Przy bąbelkowej części poziom przesłodzenia przechodził wszelkie normy, ale przy stłumionym mleku pojawiał się orzechowy posmak. Sztuczny orzech laskowy i jeszcze jakiś posmak sprawiły, że kojarzyło się to trochę z jakimś... mousse'owatym deserem mlecznym na bazie cukru. Nie wydaje mi się, by była to tylko kwestia konsystencji - środek smakował nieco inaczej niż czekolada na wierzchu.

Cukier im bliżej końca, tym bardziej szalał w gardle. Gdy kęs już zniknął, w gardle dosłownie drapało, a w ustach pozostawał posmak cukru i sztuczności, plastiku.

Całość wyszła zaskakująco plebejsko przyjemnie i ciekawie. Dobrze wykonana jeśli chodzi o bąbelkową strukturę, więc można się w nią wciągnąć. W kwestii smaku... no Milkę chyba po prostu trzeba lubić, zacukrzone mleko wzbogacone o pewne posmaki - może i sztuczne, ale pewnym osobom mogą posmakować. Zacukrzenie... było nieprzyjemne, ale przy tej strukturze wydało mi się jakieś przystępniejsze. To naprawdę udana czekolada. Mama stwierdziła, że powinnam jej przyznać 8, ale... miałabym opory - 8-ki dostają tabliczki, które z przyjemnością zjadam sama w całości, tej... zjadłam pół - z przyjemnością (chwilami zaburzaną zbytnim zacukrzeniem), a potem zostałam z nieprzyjemnym posmakiem cukru.


ocena: 7,5/10
kupiłam: -
cena: -
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy kupię znów: w przypływie ochoty na zasłodzenie mogłabym kawałek zgarnąć

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, pasta z orzechów laskowych, emulgatory (lecytyna sojowa, E 476), aromat

poniedziałek, 8 października 2018

Ehrmann Grand Dessert Chocolate

Gdy nagromadziłam kilka deserów do testowania, zaczęłam zastanawiać się, czy przypadkiem nie idealizuje Desselli. Owszem, widziałam w niej i parę małych minusów, ale i tak nie mogłam znaleźć niczego podobnie smacznie-ciekawego. Postanowiłam w związku z tym wrócić do klasycznego czekoladowego deseru Ehrmanna, ale w sklepie trochę się zdziwiłam. Śmietanka, którą zobaczyłam, była biała. Od razu trochę zrzedła mi mina. Nie lubię bitej śmietanki (dobrą mogę jedynie tolerować), a to właśnie czekoladowa, dzięki smakowi, jakoś lepiej mi podchodziła.

Ehrmann Grand Dessert Chocolate to czekoladowy deser mleczny z bitą śmietanką.
W opakowaniu znajduje się 190 gramów.

Po otwarciu poczułam zapach mlecznej czekolady, na który składało się wyraziste mleko i śmietanka, oczywiście sama czekolada ale i pochodząca pod niemal toffi słodycz.

Bita śmietanka była zarówno lekka, bo mocno napowietrzona, bąbelkowa jak mousse, ale i specyficznie tłusta. Trochę tłuszczu na ustach bardzo mi przeszkadzało.
Budyń był bardzo gęsty, kremowy i tłustawy w mleczny sposób. Nie doszukałam się w nim nielubianej śliskości, a znalazłam przyjemną, leciutką proszkowość kakao.
Nie pożałowano żadnej z warstw - przekopując się przez śmietankę do czekoladowej części aż się trochę zirytowałam, bo zaczęła nudzić i męczyć (jakby miała się nigdy nie skończyć), ale to akurat w deserze ze śmietanką dla większości osób będzie plusem.

Śmietanka smakowała... Słodką bitą śmietanką właśnie, bez cienia chemii. Jej jakości nie mam nic do zarzucenia, mam problem z doborem jej smaku ("czystego" zamiast czekoladowego) do czekoladowego deseru.

Sam deser czekoladowy okazał się bardzo wyrazisty. To przede wszystkim czekolada mocno podbita pełnym, mleczno-śmietankowym smakiem. Przełożyło się to na poczucie błogiej mlecznoczekoladowości. Nie zabrakło też oczywiście silnej słodyczy. Miała wydźwięk niemal toffi. Słodziuteńkiego toffi, czekoladowo-słodziaśnego toffi, co dodatkowo wzmacniała słodka śmietanka.

Połączenie wyraziście śmietankowej śmietanki i uroczo słodkiego, mocno czekoladowego budyniu z silnie mleczną bazą wydało mi się nieco zbyt muląco-słodkie. Zdecydowanie wolałam czekoladową śmietankę Desselli, gdzie całość smakowała przede wszystkim obłędnie czekoladowo.

Całość była bardzo wyrazista i bardzo słodka. Zwykła śmietanka i mlecznoczekoladowy dół to klasyczne połączenie - smacznie wykonane, ale niestety bez tego czegoś.
Mnie osobiście w tym słodkim deserze ta czysta śmietanka aż trochę brzydziła, a całość nieźle podwyższyła mi poczucie zasłodzenia. To było jednak takie poniekąd pożądane zasłodzenie.

Deser wykonany jak trzeba i tyle. Bardziej niż z podwójnie z czekoladową Dessellą kojarzył mi się z przesłodką Milką Mullera (tylko że jako nieco rzadsza wersja ze śmietanką).


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 1,79 zł
kaloryczność: 124 kcal / 100 g; porcja 190g - 236 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, 20% śmietanka, serwatka, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, skrobia modyfikowana kukurydziana, 1% czekolada (cukier, kakao w proszku, tłuszcz kakaowy), 1% kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, substancje zagęszczające: karagen, guma guar; żelatyna, emulgator E472b, aromat

sobota, 6 października 2018

Manoa Hawaii Milk Chocolate 50 % mleczna z Hawaii

Hawajskie kakao wciąż było dla mnie tajemnicą - nawet po zjedzeniu Manoa Chocolate Hawaii Dark 70 %. Byłam ciekawa, co też tym nutom może dodać mleko. Już trafiłam na czekolady, których to mleczne wersje wyszły ciekawiej (chodzi o te z małą rozpiętością zawartości kakao, np. ciemna 70 % i mleczna 50-60%), ale... No, po prostu nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czułam, że nuty pasowałyby do mlecznej, ale z drugiej strony... jeszcze odejmować kakao? Gdyby tak dać więcej kakao + mleko, a nie np. zwiększać ilość cukru (mimo że do tej użyto innego)... Niee, nie było sensu tego rozkminiać przed zjedzeniem - tym bardziej, że z racji małego rozmiaru zrobiłam to tego samego dnia.

Manoa Chocolate Hawaii Milk Chocolate 50 % to czekolada mleczna o zawartości 50 % kakao z Hawaii, z regionu Hilo.

Po otwarciu poczułam mleko o naturalnym, wiejskim i trochę maślanym wyrazie, z którym łączyła się "naturalność" napędzana nutą wyraźnie prażonych orzechów.
Zapach miał ciepły wydźwięk, w co wpisały się też owoce: czerwone, ale i ogólnie leśne: jagody, jeżyny, borówki. Były dość charakterne, cierpkawe, a nie tylko słodkie, choć i słodyczy tej woni nie brak.

Już w dotyku ciemnomiedziana tabliczka wydała mi się tłusta, co słychać było nawet przy łamaniu. Lekko trzaskała, ale jak te tłustsze. W ustach również była dość tłusta, ale nie aż tak bardzo - może nie wydawała się taka, bo zabrakło jej pewnej gęstości.

Pierwszą nutą, jaką poczułam był "smak zapachu galaretek owocowych". Taki bardzo słodki, ale i goryczkowaty smak. Było to w pewien sposób soczyste, ale i ciężkie, bardzo słodkie. Sztuczność to na pewno nie była, ale skojarzyło mi się to z nie najlepszymi czekoladkami i nutą, którą zawsze czuję w nadziewanych czekoladach Baron-Millano. To niby wątłe skojarzenie, szybko przykrywane przez jagodowe i czerwonoowocowe, (bardziej świeże) akcenty, ale i tak wstęp już mi się nie spodobał.

Od skojarzenia z czekoladkami odchodziła mleczność, szybko ustępująca ogromowi masła. Czekolada wydała mi się w przeważającej mierze maślana i słodka, jak słodko-maślany wypiek.

Jej słodycz uratowały jednak nasilające się owoce. Najpierw nie były zbyt jednoznaczne - jakieś czerwone. Po chwili jednak wyróżniłabym sok z granatu i czerwone, słodziutkie jabłka.

Mniej więcej w połowie maślaność i słodkie jabłka bezkompromisowo wszystko zdominowały. Jabłka były tak słodkie, że w pewnym momencie wydały mi się suszone... suszone albo pieczone. Pieczone? Wyłoniła się prażona nuta i już przed oczami miałam tylko jedno: szarlotka.
Przy prażeniu wyszła i bardziej gorzkawa, pikantna nutka. Pojawiły się przyprawy - pikantne, korzenne, z cynamonem na czele. Słodkie jabłka łączyły się z nimi we wspomnianą szarlotkę, którą zwieńczała maślaność nutami maślanej kruszonki. Przy niej pojawiały się także nutki prażonych orzechów.

W posmaku pozostała szarlotka właśnie, prażone nuty i ni owocowa, ni szarlotkowo-galaretkowa czekoladkowość.

Całość odebrałam jako o wiele bardziej maślaną, niż mleczną. Nie wydała mi się cukrowa do potęgi, a jednak niepozytywnie zasładzała. Owoce przez ogrom maślaności i mleko wydały mi się jakieś nienaturalne. Czerwone... były, ale poszły raczej w jabłkowym kierunku. Sama szarlotka mogłaby być niezwykle smakowitą nutą, ale mnie jednak obrzydzała jej przesadzona słodyczy i jabłka podchodzące pod suszone.

Czekolada była inna, może i interesująca, ale raz, że nie wpisała się w mój gust, a dwa... ani jakoś specjalnie mleczna, ani cudnie kakaowa, więc te "mleczna 50 %" to tak... To nie była zła czekolada, ale i za co chwalić nie ma.
Czy przypominała 70%? Taak, miała jej nuty czerwonych owoców, pikantne przyprawy, ale "zobrzydliwione" masłem i jeszcze silniejszą słodyczą.


ocena: 6/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 8,48 zł (za 20 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko

piątek, 5 października 2018

lody Mucci Cookie Dough

Z czterech smaków amerykańskich propozycji Aldi odrzuciłam zakalcowy, mimo że uwielbiam ten smak. Reszta po prostu wydała mi się ciekawsza, rzadziej spotykana (w końcu boskie Gelatelli Cookie Dough często bywają w Lidlu), a chciałam zaoszczędzić i pieniądze, i miejsce w zamrażarce. Jednak jako że Mama nie lubi lodów kakaowych / czekoladowych, jej pozostał tylko ten smak. A jak już pojawiły się w domu, uznałam, że nie dam rady nie chociaż nie spróbować.

Mucci Cookie Dough mit Chocolate-Chips & Cookie-Dough-Stuckchen to "lody waniliowe z kawałkami ciasteczek 17 % i kawałkami czekolady ciemnej 2%", a dokładniej z kawałkami surowych ciasteczek (cookie dough), produkowane dla Aldi.
Pudło zawiera 500 ml.

Lody pachniały słodkimi lodami śmietankowymi z słodko-waniliowatą nutką.

Masa była twarda i zbita. Lody topiły się bardzo powoli w charakterystyczny dla śmietanki, a więc gęsty sposób. Odebrałam je jako tłustawe, pełne i sycące.
W masie znalazło się mnóstwo kawałków zakalcowych ciastek - większość w kształcie walco-kulek, mniej więcej równe, średniej wielkości. O wiele mniejsze (więcej niż o połowę) od lidlowych. W większości (w mojej porcji na takie z czekoladą w ogóle nie trafiłam, ale za resztę pudła nie ręczę) nie zawierały czekolady - były czystymi ciasteczkami o kryształkowo-cukrowej strukturze. Rozłaziły się w ustach chrzęszcząc.
Kawałki czekolady były niewiele od nich mniejsze; dodano je niezależnie i w liczbie o wiele mniejszej. Najpierw miały konsystencję kamieni, ale ja jem lody bardzo długo, lubię jak się topią i... po naprawdę bardzo, bardzo długim czasie (jak wszystko inne prawie skończyłam), rozpuszczały się i one. Opornie, jak takie tłustawo-suche grudki.
Nie podobała mi się ani struktura zakalców, ani czekolady. Te pierwsze za bardzo podrobili, a drugich mogłoby nie być.

W smaku baza lodowa odznaczała się przesadzoną słodyczą i wyraźnie śmietankowo-mlecznym smakiem. Miała akcent wanilii, ale smakowała głównie pocukrzonym mlekiem. Nie było to złe, w pewnych przypadkach pewnie może odpowiadać. To jednak nie smak wanilii (ale też nie rozwodniony czy czystocukrowy).


Kawałki cookie dough nie pomogły, bo wydawały się zrobione prawie tylko z cukru. Nakręcały cukrowość wielokrotnie. Specyficzny smaczek surowego ciasta też posiadały, ale cukier wywyższał się zdecydowanie.


Czekolada ewidentnie była ciemna - smakowała gorzkawym kakao, jej słodycz była niska, ale i tak strasznie odstawała od reszty. Czy to kontrast, czy tylko struktura - zupełnie nie pasowała do tych lodów.

Całość wyszła o wiele za słodko, choć wcale nie tylko muląco cukrowo. Gdyby tak zamiast czekolady dać... no nie wiem, coś bardziej pasującego - kawałki jak w Haagenach, albo nawet miękkie ciastka kakaowe, byłoby lepiej. Mam ogromny żal do cookie dough - wydawały mi się głównie cukrem, a i to, że to (w porównaniu do Gelatelli z Lidla) taka drobnica im nie pomogło. Wyszły jakoś mało zakalcowo. Ogół przypomina Ben&Jerry's Cookie Dough o lepszej masie lodowej (w sensie, że Mucci lepsze). Biorąc pod uwagę cenę w Polsce o wiele lepiej wypadają Mucci z Aldi (choć cena miejscowa B&J's w USA miniaturek była niska). Przez cukrowość cookie dough i kiepską czekoladę zdecydowanie przegrywają z Haagen-Dazs Cookie Dough Chip. Cieszę się, że to nie ja kupiłam.
Przy ocenie lodów nie patrzę na cenę, bo i tak zawsze czekam na promocje, a jadam tak rzadko, że czy 15, czy 10 zł nie robi mi aż tak wielkiej różnicy. Mają mi smakować, jak już jakieś kupuję.


ocena: 8/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 220 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, śmietanka 28%, cukier, mąka pszenna, syrop glukozowy, mleko zagęszczone odtłuszczone, żółtka jaj, masło, miazga kakaowa, jaja w proszku, lecytyna sojowa, stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), tłuszcz kaakowy, sól, substancja spulchniająca (węglany sodu), aromat, ekstrakt wanilii, koncentrat z marchwi

czwartek, 4 października 2018

Manoa Hawaii Dark Chocolate 70 % ciemna z Hawaii

Nie rozumiem fenomenu miejsc takich jak Hawaje. W trochę starszych filmach pokazywali je jako wymarzone miejsce na urlop, ja ciągle gdzieś słyszę o amerykańskich emerytach wypoczywających albo na Hawajach, albo Florydzie. Hawajskie kwiatki, hawajki - ależ to swego czasu było modne! Jako że Hawaje widziały mi się zawsze jako raj dla plażowiczów, u mnie takie klimaty wywoływały tylko skrzywienie twarzy. Kakao stamtąd to jednak zupełnie inna bajka. Hawaje jako region jego uprawy stały się miejscem ciekawym.
Manoa Chocolate Hawaii to manufaktura założona w 2010, zajmująca się czekoladami bean-to-bar stamtąd. Weszłam w posiadanie dwóch maleństw, z czego postanowiłam najpierw sięgnąć po ciemną, ażeby lepiej się wczuć w nuty kakao.

Manoa Chocolate Hawaii Dark Chocolate 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Hawaii, z regionu Hilo.

Po otwarciu poczułam łagodny, acz wyrazisty zapach. Nie atakował, a głaskał, miział delikatnym prażeniem, przejawiającym się jako coś migdałowo-kokosowego, oraz słodką nutą owocową. Ta nuta sama w sobie była bardzo złożona, bo w pierwszej chwili na myśl przyszły mi borówki amerykańskie, delikatne kwiatki, potem jakiś taki borówkowy / jagodowy serek, aż w końcu ewidentnie sam serek homogenizowany waniliowy. Potem jednak miałam wrażenie, że to muszą być jakieś owoce - słodkie i egzotyczne.

Przy łamaniu ciepłobrązowa tabliczka trzaskała zacnie, trochę jakby była gęstą mleczną, ale gdy odgryzałam kawałek, wydawała mi się krucha.
W ustach rozpływała się na aksamitny, tłusty (ale do zniesienia) krem. Cieszyła idealnie gładką strukturą, a na koniec pozostawiała poczucie lekkiej pylistości, cierpkości.

W pierwszej chwili wydała mi się przesłodka, słodziuteńka. Szybko jednak spoważniała, stając się karmelem podszytym daktylami i bananami.

W tle zabłysła orzeźwiająca to nutka owoców. Wyłapałam sugestię kwaskowatych czerwonych, jednak wraz z rozwojem ogólnej słodyczy, także owoce się w nią wpisały. Niewątpliwie były egzotyczne, ale i jakieś leśne (z egzotycznego lasu?). Czułam bliżej nieokreślone borówko-jagódki i tego typu drobnicę, a później wróciły czerwone.
Pojawił się słodki granat oraz bardzo słodki, orzeźwiający i mięsiście-soczysty arbuz, może też trochę wiśni?
Wszystko to jednak miało pewną lekkość jak jakieś drobne, delikatne kwiaty.

Ogólna słodycz łączyła się ze stonowanymi, naturalnymi nutami. Spośród nich najszybciej wyeksponowała się maślaność, zaraz za nią zaś kokos. Tutaj wychyliła się lekko prażona nutka. Za ich sprawą słodycz  wpisała się w serek waniliowy. Jako że i owocowa nuta nie zniknęła, w tle pobrzmiewały banany. Smak kokosa stał się bardzo wyraźny, miał taki naturalnie "orzechowawy" wydźwięk (nie smakował wiórkami).

Kokos i egzotyka (w dużej mierze arbuz?) niosły orzeźwienie, ale im bliżej końca, tym kakao wyraźniej zaznaczało swoją obecność. Gorzkawość rozsypała pikantne przyprawy. Chili, coś bardziej świeżoziołowego i najpierw piekącego w język, potem niosącego chłodek. Ten chłodek to nie tylko lukrecja / anyż (acz one na pewno), ale też i kwiatowo-owocowe akcenty. Taak, bo i ciągle słodko było, ale tak jakby "zza mgły".

W posmaku z kolei pozostała gorzkość o prażonym wydźwięku, roztaczająca leciutką suchość. Pozostawał na dość długo.

Całość wyszła smacznie, o ciekawych zapędach, ale nic poza tym. Wszelkie nuty zostały osnute słodyczą i wkomponowane w nią. Karmel, daktyle, banany, a potem przejście w serkowo-maślano-kokosowe klimaty cały czas otaczały egzotyczne owoce - niestety w zasadzie trudne do jednoznacznego nazwania. Cała lekkość mogłaby znudzić, gdyby nie charakterniejsza, pikantniejsza końcówka.
Czekolada była słodka, jedynie z nutami gorzkości i właściwie bez kwasku (a takimi sugestiami bardziej rześkości / soczystości owoców egzotycznych).
Myślę, że większa zawartość kakao mogłaby podbić moje serce.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 8,48 zł (za 20 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy