poniedziałek, 18 listopada 2019

Coppeneur Chili mit Highland Whisky in dunkler Chocolade ciemna 70 % z mleczno-śmietankowym nadzieniem czekoladowym z whisky i chili

Generalnie Coppeneur obecnie widzi mi się jako oszukańczy badziew. Ja rozumiem, że trochę bezmyślnie się władowałam, bo np. nie zwróciłam uwagi, że kupuję białą (do dziś nie wiem, skąd moje przekonanie, że to ciemna), ale... One są niby takie z pomysłem, niby takie zacne, robione ręcznie, ale... Problem w tym, że smak za tym nie idzie. Zdesperowana, na koniec zostawiłam ciemną, jak się okazuje, jedyną ciemną z kupionych. Liczyłam, że alkohol wyjdzie na dobre, bo już jak i ta miałaby być cukrowo-nijaka... No cóż. Jednak już nawet się nie łudziłam, że chociaż zbliży się do Zottera Scotch Whisky "Highland Harvest".

Coppeneur Chili mit Highland Whisky in dunkler Chocolade to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana śmietankowo-mlecznym kremem czekoladowym z whisky i chili (67%).

Po otwarciu z zaskoczeniem odnotowałam soczysty zapach wiśni i scukrzonej whisky. Ta pierwsza wydała mi się poniekąd pochodzić od świeżo-soczystej papryczki, a poniekąd z palono-cukrowej czekolady o nieco sztuczno-bombonierkowym charakterze.

Tabliczka, mimo plastyczno-miękkiego, wilgotnego nadzienia była konkretna z racji grubości warstwy czekolady.
Czekolada rozpływała się w ustach średnio przyjemnie, bo wydawała się margarynowo-maślano zbita, mimo że nie jakoś wyjątkowo tłusta. Rozpływała się raczej powoli, i nie tyle opornie, co jakby niechętnie. Kremowa, a jednak nie mięknąca, a nieco plastelinowa.
Poczucie to nasilało nadzienie, bo i z nim było coś nie tak. Miękkie i bardzo wilgotne, plastyczne, ale zdecydowanie od czekolady tłustsze. Rozpływało się szybciej, tłusto-rzadko jak śmietanka. I zachowało jej gładkość... tylko do pewnego stopnia. Było w nim coś wysuszającego (sprawiającego wrażenia oporu) i scukrzonego (zakładam że drobinki "szkiełkowego" cukru z whisky - być może wynikało to z np. przechowywania przez sklep / transport).
Całości brakowało spójności. Zbita czekolada i mięciutkie wnętrze może lepiej by współgrały, gdyby nie to, że grubszy wierzch długo zostawał i wydawał się przez to jeszcze bardziej maślano-plastelinowy.

W smaku czekolada przesiąkła nadzieniem. Wgryzając się, natychmiast poczułam zwiastun chili i alkoholu. Dzięki niskiej słodyczy, całkiem wyraźnie zaznaczyły się palono-kawowe nuty. Stało się jednak jasne, że baza to maślaność i łagodność, przekładające się jedynie na gorzkawy (nie gorzki) smak.

Maślaność rosła, gdy wyłaniało się nadzienie. Otworzyło sobie drogę palącym chili i whisky, po czym roztoczyło dużo masła. Taki kontrast sprawił, że ta wydała się wręcz mdła. Maślany smak po chwili wydobył ogrom śmietanki. Wymieszało się to z łagodną czekoladą. Jedynie w tle kakao zdobyło się na lekką, suchawą cierpkość. Słodycz może nie była nawet taka silna, ale w pewien sposób drażniąca. Odebrałam ją jako bombonierkowo-perfumową.
Cierpkość... stanowiła preludium dla whisky, która to znacząco rozkręciła słodycz, spłynęła do gardła rozgrzewając je i język uderzając... alkoholem. Czuć, że to właśnie cukrowo-mocna whisky, a nic innego. Wydała mi się nawet w pewnym sensie beczkowo-drewniania i... jakby z nutą sztucznawych wiśni (?).
Alkoholowe rozgrzanie przygotowało grunt pod chili, które dość prędko swoją obecność zaznaczyło jako echo (zaraz na początku), a mniej więcej w połowie rozpływania się kawałka rozgrzewało / podszczypywało język, by następnie uwolnić soczyście papryczkowy (jakby trochę owocowy) smak. Z nim właśnie spływało do gardła. Rozgrzewało i lekko w nim piekło.

W ustach w tym czasie wciąż trwała, na zasadzie kontrastu podkreślona, maślaność / śmietankowość i taka właśnie ich nijakość, trochę bombonierkowość. Było słodko, nieco palonokawowo, cukrowo-alkoholowo. Kakaowa nuta, mieszając się z mnóstwem masła i whisky, podjeżdżała pod trufle i coś grzybowego.

Pikanteria opadała szybciej, acz chili pozostawiło efekt soczystości. Poczucie procentu było trwalsze, acz też już nie takie mocne / poważne, a jakby słodko-lżejsze. Posmak należał do właśnie lżejszego, pseudoowocowego (przearomatyzowanego) motywu, wraz z ogromem maślaności, śmietanką i lekką cierpkością łagodnego kakao. Maślano, ale nie za tłusto. Zostałam wręcz z lekkim efektem suchości po whisky i kakao (i syropie glukozowym?).

Trudno jest coś większego zarzucić tej tabliczce, ale też nie znalazłam w niej elementu wartego szczególnej uwagi czy pochwały. Może nie za słodko, ale i nie gorzko. Czy wytrawnie / wykwintnie? Czuć dobry alkohol, ale wydźwięk jakiś bez polotu (mam teorię, że zawalił syrop glukozowy). Chili wyszło dobrze, ale zestawienie go z masłem i śmietanką mi nie odpowiadało. Takie to jakieś muziaste, mocne, a w gruncie rzeczy mało szlachetne, ciemnoczekoladowe czy głębokie. Nudne, z elementem odpychającym. Do tego stopnia, że z obojętnością końcówkę (ok. 1/3) oddałam Mamie - uwielbia alkoholowe słodycze, nie cierpi ciemnej czekolady i chili, ale alkoholowe nadzienia tak ją intrygują, że czasem jest w stanie "się przemęczyć". W pierwszej chwili stwierdziła, że nadzienie dobre, ale z czasem jej entuzjazm opadł. Z zaskoczeniem uznała, że "ta czekolada wcale nie jest taka gorzka". Nie zjadła wszystkiego, bo jej też przeszkadzał "jakiś posmak i muziastość" (bo alkoholowe nadzienia lubi o wiele bardziej płynne). Świetnie podsumowała: "jak takim szczegółem łatwo zepsuć czekoladę".
Bliżej niż do Zottera, jest temu do nadziewanej wersji Stainera Grand Cru 70 % Peperoncino Scotch Bonnet con Rum (z whisky i rumem).


ocena: 7/10
kupiłam: LuxFood
cena: 22,63 zł
kaloryczność: 510,83 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, śmietanka, pełne mleko w proszku, 5% whisky, substancja utrzymująca wilgoć: sorbitol, syrop glukozowy, lecytyna sojowa, 0,1% chili, naturalny aromat waniliowy

niedziela, 17 listopada 2019

lody Breyers Delights Cookies & Cream

Mimo że nie jestem lodomaniaczką, lubię móc jakieś smaczne czasem zjeść (a więc ze słodyczy to i tak całkiem nieźle). Ważne, aby miały dobrą bazę, dlatego jestem sceptyczna do wszelkich wegańskich czy "zdrowych" / "dietetycznych" wymyślnych tworów. Do marki Breyers podeszłam trochę nieufnie. Dosłownie połowa smaków mnie zaciekawiła, ale ostrożnie wzięłam tylko wariant, który bardzo lubię i który uważam za względnie bezpieczny. Wprawdzie odtłuszczone mleko normalnie postrzegam jako "białą wodę", a na samą myśl o słodzikach (zwłaszcza erytrytolu!) aż drżę, ale... lubię wiedzieć, co tam w lodowym świecie słychać. A i chciałam się przekonać, czy z takich "dziwadeł" Halo Top się jakoś wyróżniają - czy ja na dziwny smak trafiłam? Warto dać szansę innemu?
Po degustacji i przeczytaniu chwalebnego tekstu na ich stronie internetowej, z czystej złośliwości, zaczęłam szukać więcej o producencie. To Unilever - od Algidy, ale też wszystkich Knorrów i Amino - zupki chińskie? Zdrowo! A jak nisko kalorycznie!

Breyers Delights Cookies & Cream to "lody waniliowe z ciasteczkami kakaowymi (6%)"; z wysoką zawartością białka, a niską cukru. Pudło to 500 ml / 266 g.

Ani po otwarciu, ani później lody specjalnie nie pachniały. Ot, tak trochę mlecznie, tak trochę słodko-dziwnie.

Wbijając łyżkę zdziwiłam się, bowiem nie trafiłam na większy opór. Masa okazała się miękka i podzielna, ale w dziwny sposób. Szła w warstwy, przy czym okrągłe ciastka też się rozchodziły. Z tego, co zjadłam, nie było ich za wiele (w reszcie ponoć też).
Właśnie jednak "rozchodzenie się / rozłażenie" jest tu najodpowiedniejszym określeniem. Całość bowiem nie rozpływała się, a coś takiego odstawiała. Lody niby topiły się szybko, ale w zasadzie wcale tego nie robiły. Pozostawały zwarte, wydawały mi się przy tym wręcz gumiasto-zagęszczone, bardzo miękkie, ale zwarte. Nie były wodniste, śmietankowe też nie, a dziwne... Tłustawe, niby kremowe, ale jak... czekolada-ulepek? Kremowo-ciągnące i trochę jak bita śmietanka.
Ciastka też rozłaziły się. Wyglądały na twarde, a rozpływały się w ustach jak kawałki gumiasto-kapciowego ciasta (to niestety ta "zła kapciowość", bo ciasto kapciowato-miękkie w lodach lubię).

W smaku masa lodowa uderzyła nijakością i przesadzoną ilością słodziku. Pomknął na pierwszy plan, wyraźnie czuć erytrytol i jego irytującą, przymglono-wgryzającą się w język specyfikę. Trochę chłodzący jak mięta, dziwnie sztuczno-naturalny...

Wkomponował się w równie dziwne, pseudośmietankowe otoczenie. Czułam jakby wypraną ze smaku słodką, bitą śmietankę. W ciemno powiedziałabym, że to jakieś lody wegańskie, bez laktozy lub jakieś inne "udziwnione". Jeszcze jak się jadło, to w miarę śmietankowo smakowały, ale..
Bliżej końca zalatywało to sztucznością i sztuczno-słodzikowym kwaskiem. To już było wstrętne.

Z nijakością ciemne ciastka wcale nie zawalczyły, ponieważ też okazały się nijakie. Smakowały głównie pszenno-mącznie. Słodko-ciastowo, może minimalnie "ciemnociastowo", ale nie kakaowo, a już na pewno nie gorzko. Może trochę gorzkawo z racji przypieczenia.
Ciastka również były słodkie w irytujący, słodzikowy sposób.

Po wszystkim pozostał paskudny posmak słodziku i sztuczna kwaśność, a także wręcz wgryzający się w język... bezsmak? To było paskudne nic. Nic, tylko ohyda.

Całość wyszła tylko tyle, że słodzikowo słodko, nijako i... Źle. O dziwo jednak sama białkowość aż tak nie dawała się we znaki. W miarę kremowa konsystencja, rozpływające się ciastka i chwilowo nieźle śmietankowy smak to nieliczne plusy. Tak to było... nielodowe, w sensie nietopiące się, przesłodzone okropnym słodzikiem, który tylko otworzył drogę kwasom, sztuczności i nie wiem, czemu jeszcze. Ciastek poskąpiono, a im brakowało kakao.
Jak się je, to jeszcze, ale gdy się kończy... Fu. Połowę jakoś tam zmęczyłam, by się wczuć, może się przekonać itd. ale druga powędrowała do Mamy. Cierpiałam wtedy z paskudnym posmakiem w ustach. Na samą myśl, że miałabym je skończyć, aż mi się niedobrze robiło.
Mamie też nie smakowały, ale zjadła, bo wyrzucić szkoda.


ocena: 3/10
kupiłam: Kaufland
cena: jakieś 16,99 zał zł (za 500 ml)
kaloryczność: 131 kcal / 100 g; 70 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, skondensowane mleko odtłuszczone, maltodekstryna, substancje słodzące (erytrytol, glikozydy stewiolowe), śmietanka 4,5%, białka mleka, cukier, mąka pszenna, masło, kakao w proszku, aromaty, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), stabilizatory (glicerol, guma karobowa - E410, guma guar), jaja, sól, substancja spulchniająca (węglany sodu)

PS Jako ciekawostka: Mama z kolei (w razie czego miałyśmy się podzielić czy coś) zdecydowała się na smak Salted Caramel Cake i ponoć jeszcze gorsze "karmel, na szczęście niesłony, czuć, ale z tym ohydnym posmakiem" (nie wiem, czy chodzi o słodzik czy może w ogóle o białkowość"). Aż zastanawiała się, czy nie wyrzucić (ale w końcu jakoś zmęczyła je). "Najstraszniejsze w nich były takie oślizgłe, nijakie... chyba ciastka to miały być." Cieszę się więc, że nawet nie powąchałam. :>

piątek, 15 listopada 2019

Auchan Bio Chocolat NOIR / Chocolate NEGRO 70 % ciemna

To zdumiewające, jak czasem potrafią zaskoczyć (zdaje się) "marketowe zwyklaki"... Powiedzmy, bo jak się nad tym zastanowić, gdy wybiera się je z głową, nie jest to aż tak dziwne. Nie ukrywam, że mam słabość do czekolad J.D. Gross, kocham Tesco finest, a Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % z Aldi to jedna z moich ulubionych czekolad tak ogółem (razem z niektórymi np. Idilio Origins, Akesson's, JPCzekoladami). Po prostu wydaje mi się, że gdy celujemy w kosztujące 4-10 zł, to szanse na to, że trafimy na dobre, są naprawdę spore. Marketowy zwyklak za 2 zł z kolei prawie na pewno będzie zły. Ot i filozofia. W kwestii dzisiaj przedstawianej nie miałam jednak żadnych przeczuć, bo opakowanie wyglądało według mnie tanio, trochę badziewnie (acz w pewien sposób mi się podoba), cena wyśrodkowana, ale... Ekhem. Mieszanka tak zagadkowa, że po prostu musiałam kupić i sprawdzić.

Auchan Bio Chocolat NOIR / Chocolate NEGRO 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao, marki własnej Auchan.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam uderzenie mocno palonych, wręcz zwęglonych drzew oraz soczystych ziaren kawy. W tych drugich znalazła się nawet kwasowość podchodząca pod żółte egzotyczne owoce: banany, brzoskwinie i ananasy. Wszystko to połączyła kwiatowo-waniliowa mgiełka.

Przy łamaniu tabliczka, wyglądająca na kruchą i suchą, trzaskała pięknie i donośnie niczym żywe, nie za grube gałązki.
Pękała wzdłuż linii, ujawniając jakby ziarnisty i zarazem gładko-zbity przekrój.
W ustach zaś rozpływała się, owszem... gładko, niemal aksamitnie. Raczej powoli, ale przyjemnie łatwo, trochę tylko oblepiając usta i podniebienie, a zachowując lekko ulepkowo-gumkowy efekt, co pod koniec przejawiało się też jako minimalna pylistość / cierpkość.

W smaku jako pierwsza zaznaczyła się bazowa paloność, po czym rozbłysła śmietanka i śmietana. Z jednej strony słodziutka słodyczą niemal cukrowopudrową śmietanka, może nawet bita, a z drugiej kwaskawa w specyficzny dla nabiału sposób śmietana lub kefir. Poczułam ich cierpkość.

Palony motyw umacniał się, jednak siekierowo-gorzko nie wyszedł. Sprawiał wrażenie nieco węgielkowego, przypalono-przesuszonego, ale jakby w sposób pożądany.

Wtedy wzrosła również słodycz. Prosta i nieprzesadzona, acz trochę o pudrowo-waniliowym wydźwięku. Przywiodła na myśl banany albo jakieś słodziutkie-słodziuteńkie mleko bananowe i/lub waniliowe, ale...

...za sprawą cierpkości i kwasku w owocowej strefie szybko zabłysnął ananas. Najpierw jakby kandyzowany / "w bieli" (bo i te mleczne nuty były; trochę to niedookreślone), potem coraz bardziej soczyście owocowy. Zrobiło się słodko w naturalnie owocowy sposób, ananas wymieszał się z bananem, ale zachował część kwasku. Trochę osłodziły go również brzoskwinie (może też trochę śliwek?) być może jako kefir / jogurt brzoskwiniowy.

Przy tych egzotycznych kwaśnych owocach rosła też paloność. Była gorzkawą i stateczną bazą. Najpierw mignęła mi przy niej wiśnia, ale po chwili odbiegła to od owoców. Wydała mi się nieco wręcz zwęglona, jak węgiel drzewny? Sporo w niej drzewności właśnie, co dodatkowo mi się jakoś z kandyzowanym ananasem wiązało, ale ogólna cierpkość i kwasowość przywołały też soczyste ziarna kawy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa palony klimat zwrócił uwagę na kawę właśnie. Zaczęła dominować, co trwało bardzo długo. Kawa, kawa i jeszcze trochę kawy... Niepewnie wyłoniła się z niej odrobina jeżyn.

Słodycz i mleczne nuty złagodziły to. Ziarna kawy zaparzono, dodano śmietankę, łagodząc ją.

Końcówka zrobiła się łagodniejsza, ale wciąż cierpkawo-kwaskawa w sposób węgielno-drzewny i kawowy, w pewnym stopniu nabiałowy, ale i bardzo, bardzo soczysty.

W posmaku zostało soczyste ściągnięcie, trochę jak po ananasie i niedojrzałych bananach, owocowo-kawowa kwaśność i słodycz, trochę taka prosta, nudna, a trochę mleczna.

Całość bardzo mi smakowała. Aż się zdziwiłam, że okazała się tak intrygująca, bo idealnie zespoiła - wydawać by się mogło, że za silną, a jednak nie! - paloność i owoce. Kompozycja była zacnie soczysta... acz w sposób owocowy i równie kefirowo-kawowo mocny. Kwasowość należała jakby jedynie do nich, gorzkość nie była za mocna... a słodycz? Ta miała za zwykły wydźwięk (wolałabym, by nie użyto białego cukru, a np. trzcinowy), ale przynajmniej zaskoczyła pozytywnie tym, jak niska była.
Poziom o wiele wyższy niż Lindt Excellence 70% czy 78 %.
Fair..... wprawdzie nie dorównała, ale zrobiła na mnie ogromne wrażenie, zbliżając się do ulubieńców. Od wspomnianej trochę "tańsza", mniej soczyście-owocowa (tamta to istny ewenement!), a bardziej palona, o prostszej słodyczy.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 5,69 zł
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt z wanilii

czwartek, 14 listopada 2019

Milka Mmmax Ganze Haselnusse / Whole Hazelnuts mleczna z orzechami laskowymi

Ta czekolada trafiła do mnie w dziwny sposób. Otóż zamówiłam Milkę Mmmax Nuss & Nougat-Creme, a w paczce znalazłam tę. Czym prędzej sprawę wyjaśniłam, dosłano mi właściwą, a ta została jako bonus. W pierwszej chwili chciałam oddać Mamie, ale zorientowałam się, że nigdy nie jadłam po prostu zwykłej Milki z orzechami, więc postanowiłam zgarnąć pasek na bloga. Jednak w warunkach domowych tego typu czekolady mnie nie kręcą. Czekałam. W końcu pojawiła się perspektywa wyjazdu w góry. Miałam zrobić część zdjęć w domu, wziąć pasek i jemu jeszcze dorobić zdjęcia na szlaku, ale... zorientowawszy się, że na ten wyjazd brałam prawie same czekolady z migdałami, uznałam, że trudno - będę dźwigać. A może będę chciała więcej niż pasek? Nie pamiętałam bowiem, kiedy ostatnio jadłam po prostu mleczną z orzechami laskowymi... A jakoś czułam, że to na nie mam ochotę. Na decyzję na pewno wpłynęło też to, że zaliczyłam cztery różne markety w poszukiwaniu HD Hazelnut Crunch (poczułam, że wiosną 2019 z ochotą je zjem) i nie dorwałam ich. O tak, potrzebowałam nasycić się laskowcami.

Problem w tym, że ogólnie ostatniego dnia wyprawy już nie miałam ochoty na więcej cukru. Nawet z laskowcami. Pogoda nie sprzyjała zdjęciom ani niczemu innemu, ale musiałam jakoś zejść do busów. Wyszło tak, że postanowiłam w drodze powrotnej ze schroniska ogarnąć jakieś bardziej osłonięte od wiatru miejsce, może z jakimś widoczkiem. Milka, w końcu krowa alpejska, chciałaby mieć pewnie scenerię górską za tło. Niech chociaż to ma, biedna, taka niechciana ta tablica...
No i gdy rano wyszłam ze schroniska, mimo że mnie zatrzymywali, musiałam działać, jak mi życie podyktowało. Stwierdziłam, że skoro kropi, pewnie będzie już tylko gorzej - niech więc tabliczka chociaż pierwsze zdjęcie ma ładne w miarę (po coś ją całą wzięłam!). Ale wtedy lunęło... Schowałam wszystko do plecaka i zaczęłam schodzić. Hm, ładnie powiedziane. Deszcz sprawił, że miałam do czynienia z ubitą, pionową ścianą śniego-lodu. Bez raków. Zrobiłam piękny, niezupełnie zamierzony dupoślizg. W pewnym momencie wystraszyłam się, że w ogóle poza szlak. Byłam zirytowana. Lało coraz gorzej. Nagle znalazłam oznaczenie i pogoda się ustabilizowała. No serio, nie mogła trochę szybciej?! Wściekła, ale i szczęśliwa, rzuciłam wszystko i uznałam, że no... Milka wreszcie się doczekała i przyszła pora, bym laskowcami zakończyła migdałową wyprawę. Na przekór światu.


Milka Mmmax Ganze Haselnusse / Whole Hazelnuts to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z całymi orzechami laskowymi (i kawałkami orzechów).
Tabliczka to 270g.

Po otwarciu w zasadzie z trudem wyniuchałam - warunki były dość dzikie, więc właśnie to i tak plus, że czekolada jakkolwiek pachniała! - smakowity zapach orzechów laskowych - prażonych, w uroczej, mlecznoczekoladowej toni.

Tablica łamała się z lekkim chrupnięciem, nie kruszyła się mimo tego, jak sowicie wypełniona orzechami była. Ze zdumieniem (już jedząc) odkryłam, że to nie tylko całe orzechy, ale też spore kawałki i mnóstwo drobinek, że aż trudno było o kęs samej czekolady.

Czekolada rozpływała się łatwo, w umiarkowanym tempie, choć szybko miękła, nieco zalepiając. Nie wydała mi się okropnie ulepkowa czy coś, a i wypełniono ją orzechami w sam raz. Gładko-kremowa, wcale nie taka tłusta.
Orzechy to porządne sztuki, sporo z nich miało skórki, ale już kawałki orzechów wydawały się ich pozbawione. Podprażone odpowiednio, nie do przesady, a więc zacnie chrupiące i przyjemnie rozpadające się pod naciskiem zębów, z zachowaną pewną soczystością.

W smaku czekolada przywitała mnie cukrowo-uroczą słodyczą, nie zaś czystym cukrem. Była jednak za słodka już od początku. Za słodka i dziwnie w tym specyficzna, bowiem taka zacukrzono-orzechowa i mleczna.

Wyraźny orzechowy wątek nasilał się tak, że odwracał trochę uwagę od przecukrzenia, mimo że oczywiście wciąż było bardzo słodko. Uroczo jednak. Coraz bardziej - wraz z dodatkami, na które zaczęłam trafiać językiem - nabierała charakteru czekolad i czekoladowych figurek z dzieciństwa oraz przede wszystkim... Dostawanych w prezencie czekolad z okienkiem.
By naturalne orzechy laskowe zaznaczyły się wyraźnie w smaku, wcale nie musiałam ich rozgryzać.

Choć bliżej końca, bo było mi za słodko, zaczęłam to robić - tak obok czekolady.
O ile kawałki podbijały ogólnie orzechowolaskowy smak, tak całe... Po prostu obłęd. Gryzione dominowały zupełnie smakiem najwyśmienitszych orzechów z najlepszych czekolad z okienkiem z dzieciństwa. Lekko prażone, niektóre z goryczkowatymi skorkami i jakby wręcz korzenne.

Wpisały się w orzechowość całości i sprawiały, że mimo zasłodzenia miało się ochotę na kolejny kęs.

W posmaku pozostały właśnie orzechy laskowe - te calutkie, pyszne jak z czekolad z dawnych lat, ale i ze sztucznawym orzechowym echem. Było w tym też coś specyficznie przesłodzono-milkowego. Mimo uroku, czuć przesłodzenie już takie męczące.
Zjedzenie paska było przyjemne, ale dla mnie wystarczyło z racji tej słodyczy. I tak poczułam drapanie w gardle.

Miałam okazję zestawić Milkę z inną mleczną, podobną acz z innymi dodatkami, z podobnej półki - Terravitą. Wiele się słyszy o specyfice Milki i zawsze miałam takie "Bo ja wiem? Strasznie słodka i...". Otóż po Terravicie tak sobie pomyślałam, że o ile tamta była mocno mleczna, wręcz śmietankowa, tak Milka sama w sobie była tak... Przecukrzono-orzechowawa w tym całym swoim przesłodzeniu. Już w domu, poprawiając recenzję zaczęło mnie z kolei zastanawiać, czy ta "na Niemcy" różni się jakoś od "na Polskę" i czy... sama baza tej orzechowej różni się od np. czystej. Osobiście nie mam zamiaru sprawdzać, ale ta tabliczka naprawdę była zaskakująco orzechowa.

Reszta, jak planowałam, wróciła do Mamy. Jej bardzo smakowała, ze wszystkich "z gór" w rankingu umieściła ją zaraz po "genialnej, przepysznej Terravicie" ("której tak malutki mi dałaś" - nie zapomniała wytknąć).


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

cukier, orzechy laskowe 17%, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, pasta z orzechów laskowych, naturalny aromat

środa, 13 listopada 2019

Terravita Czekolada gorzka z Żurawiną ciemna 60 % z kawałkami żurawiny

Gdy wybierałam, co wziąć ze sobą w góry, dotarło do mnie, że coś za słodko-mlecznie mi wyszło, więc zgarnęłam jeszcze ciemną, która widziała mi się jako "nie aż tak ciekawa na co dzień". Dodatek żurawiny specjalnie nie robi na mnie wrażenia, choć miło wspominam Moser Roth z żurawiną (i jabłkiem). Wersja Terravity podobała mi się z racji prostoty, ale tym samym... taka to u mnie tylko na szlak.
Otworzyłam ją idąc na Szpiglasowy Wierch. Jak zwykle podczas kwietniowej wyprawy znalazłam miejsce względnie osłonięte od wiatru i porobiłam zdjęcia. Chwilami mnie zwiewało; zapowiadali jeszcze burzę śnieżną, więc aż się dziwię swojej głupocie, że poszłam. Postanowiłam jednak, że gdy tylko coś, zawrócę. Kwestia porobienia zdjęć czekoladzie była ostatnim, o czym chciałam myśleć. Wytołkowałam sobie, że tym razem muszę odpuścić sesje na szczycie. A poza tym... W taką pogodę byłaby mało, że nieprzyjemna. Mogłaby źle się skończyć. Nie chciałam stracić ani telefonu, ani czekolady (ani życia - ale nie dramatyzujmy). Tak piźdz... wiało, że sobie ani jednej fotki nie zrobiłam (a i, szczerze, na sam wierch to nie doszłam). A może szkoda, bo na pewno czerwona na twarzy i z soplami z nosa wyglądałam bardzo atrakcyjnie.


Terravita Czekolada gorzka z Żurawiną to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z kawałkami żurawiny.

Po otwarciu uderzył mnie tak intensywnie żurawinowy zapach z akcentem wiśniowo-bombonierkowym, że aż wydał mi się przerysowany, ale nie mniej smakowity. Cukrowo-ciemnawa czekolada zaznaczyła się jedynie w tle.

Tabliczka była twarda, łamała się z trzaskiem, ale daleko jej do kamienności. Żurawiny nie zatopiono w niej zbyt wiele, acz takiej, na jaką się zdecydowano, nie wiem, czy chciałabym dużo więcej.
W ustach rozpływała się raczej w  średnim tempie, łatwo i gładko-kremowo. Tłustawa na odpowiednio niskim poziomie. Trochę oblepiająco-mazista, ale nie zbyt ulepkowata, miękka czy coś. Może minimalnie polewowa. Tylko bliżej końca pojawiał się lekko pylisty (ale nie suchy) efekt.
Żurawina z kolei rozczarowała tym, jak sucho-nijaka się okazała. Zawarła w sobie element dziwnego "podsuszenia", nakręconego dziwną warstwą, przez co rzęziła trochę jak kawałki gruszek w np. jogurtach - skład i smak sugerują, że to wina mąki ryżowej. Najpierw myślałam, że to jakieś kandyzowanie, ale właśnie nie. Mąka. Wyczuwalna jako irytująca, proszkowa warstwa.
Żurawiny dodano kawałki, nie zaś całe sztuki, co dodatkowo odebrało jej świeżość. Trupio-skórkowa, z czasem miękła. Bliżej końca robiła się bardziej farfoclowata, minimalnie soczysta.

W smaku czekolada rozpoczęła występ silną słodyczą, do której dołączyła maślaność. To przede wszystkim łagodny splot, bez szarży. Słodycz powoli wzrastała do poziomu naprawdę silnego, ale nie czysto cukrowego. Gorzkości czy kwasku na próżno tu szukać.

Pojawił się za to motyw wiśniowej bombonierki. Palone kakao trzymało się maślaności, ale mniej więcej w połowie wraz z tą nutą zdobyło się na odrobinkę gorzkawości wymieszanej z cukrem takowej bombonierki.

Gdy zaczęły odsłaniać się dodatki, z "wiśniowawego" posmaku wyszedł wyrazistszy smak żurawiny. Był to owoc głównie słodki. Miałam wrażenie, że podcukrzony albo przynajmniej z wyeliminowanym w dziwny sposób charakterem; kwasku brak. Czułam za to coś nijako-mącznego, dziwacznego.
Żurawina wpasowała się w przesłodzoną, dość maślaną, acz całkiem przyjemną czekoladę.

Dzięki żurawinie końcówka zaserwowała mi odrobinkę cierpkości i namiastkę gorzkości w słodko czekoladowej toni. Był w tym suchawy smakowo element - pochodził nie tylko od kakao, co w dużej mierze od żurawiny. To nie suszona nuta, a coś dziwnego, mdłego.

Rozgryzane pod koniec owocowe zdążyły już nasiąknąć i uwalniały kolejną (silniejszą) falę smaku słodkiej żurawiny, ale dalej bez kopa tego owocu. Niektóre z kawałków wnosiły niemrawy kwasek.

W posmaku pozostała dość mdła żurawina i lekka cierpkawość / suchawość kakao, wtoczone w maślano-słodkie otoczenie w zasadzie ciemnej czekolady, jednak takiej bardzo, bardzo łagodnej. Miałam wrażenie, że czuję też aromat, który kojarzył mi się z wiśniową bombonierką.

Nie znalazłam tu rażących wad, kompozycja wyszła całkiem w porządku, choć nudno i bez szału. Gdyby tak ogarnąć lepszą żurawinę, np. po prostu całe suszone owoce, a nie kawałki w mące (?), czuję, że byłby charakterek i 8.


ocena: 7/10
kupiłam: terravita.pl (dostałam)
cena: 8,99 zł (za 250 g; ja dostałam)
kaloryczność: 519 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki żurawiny 8% (żurawina, cukier, mąka ryżowa, olej słonecznikowy), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat naturalny, ekstrakt wanilii

wtorek, 12 listopada 2019

Terravita Migdały & Kokos mleczna z prażonymi migdałami i wiórkami kokosowymi

Uwielbiam migdały i rzeczy migdałowe, ale prawie ich nie jem. Same migdały do chrupania jakoś mnie nie kręcą. Wystarczy mi to, co jest w czekoladach. Jak od tabliczek z migdałami zaczęłam, tak migdałami dalej poleciałam. Tym bardziej, że połączenie z kokosem widziało mi się bardzo zacnie. Nie od razu przyszło skojarzenie z... Raffaello, ale w końcu przyszło. Te wprawdzie kojarzą się z bielą, ale przez długi okres czasu lata temu po prostu je uwielbiałam (i z tego okresu jest nawet recenzja) - właśnie dzięki temu, jak cudownie zgrywał się migdal i kokos w mlecznej toni... Świetne, a jednak tak rzadko spotykane połączenie... Przynajmniej w czekoladach (inne rzeczy obecnie mnie nie ciekawią). A że dostałam takie cuś od producenta, to i w klimat prezentowy się wpisało, jak Rafaello (nie pamiętam, bym kiedykolwiek sama je sobie kupiła; zawsze dostawałam).

Sięgnęłam po nią idąc pokręcić się w okolicach Koziego Wierchu. Nie wiedziałam, czy przy takich warunkach, jakie mnie spotkały w ogóle będę na niego włazić. Wichura, pełno śniegu, a jeszcze burzę zapowiadali. Już koło mostku od Doliny Pięciu Stawów wiało tak, że lepiej nie gadać, a niektóre szczyty były tak zasłonięte szarymi chmurami, że... Przy wspomnianym mostku był jednak duży głaz, dający osłonę od wiatru i akurat niezły widok, więc uznałam, że to dobra okazja na sesję czekoladzie.


Terravita Migdały & Kokos czekolada mleczna to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z kawałkami prażonych migdałów i wiórkami kokosowymi.

Gdy tylko zaczęłam rozrywać złotą folię, uderzył mnie zapach kokosa z migdałem w tle, może też jakimś orzechowo-cukrowym motywem czekolady. Był zachwycająco smakowity, mimo że zakrawał o przerysowanie - tylko że tak dziwnie naturalnie przerysowany.

Tabliczka w dotyku nie wykazała przesadniej tłustości, ale wyglądała mi na ulepek. Przy łamaniu odznaczała się pewną twardością, wydawała też chrupnięcia, jednak to raczej za sprawą grubości i dodatków. Tych było mnóstwo, z przewagą migdałów. To kawałki raczej średniej wielkości, ale i drobnica, w większości pozbawiona skórek. Złoty kolor sugerował porządne podprażenie. Jeśli o kokosa chodzi, to całe wiórki, również prażone, że aż przypominały twardawo-chrupiące słupki.

W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, na pewno łatwo i raczej szybciej niż wolno. Wydawała się kremowa i gładka, nie za tłusta. Ucieszyłam się, że mimo takiego wypełnienia (właściwie zrobienie choćby najmniejszego kęsa tak, by nie trafić na dodatki było niemożliwe) nie podchodziła pod ulepek, ale przez to też nie zalepiała przyjemnie ust.
Wszystkie dodatki mocno chrupały. Migdały - to zrozumiałe. Wyszły tak prażono, że aż lekko sucho, ale w porządku. Kokos początkowo też chrupał, dopiero długo przeżuwany zaczynał trzeszczeć i skrzypieć, ale nie memłał się i nie zostawał w ustach specjalnie dłużej od migdałów. Dodatki pozbawiono większej soczystości.

Od pierwszego kęsa w ustach roztaczał się duet cukru i mleka. Już po chwili pojawił się też kokosowy wątek sprawiający, że przesłodzenie wydawało się pożądane.

Mleko postawiło na swoim, więc mimo cały czas rosnącej słodyczy, to ono robiło za bazę. Chwilami niczym zasłodzone mleko skondensowane. Wyraziste i pełne do tego stopnia, że z czasem wydawało się śmietanką.

Śmietanką zacukrzoną co niemiara i nieco... Kokosową. Czekolada bowiem przesiąkła kokosem całościowo. Nadał jej trochę orzechowego wydźwięku, w który mniej więcej w połowie weszły migdały.
Orzechowy charakter czekolada zyskała wraz z tym, jak dodatki zaczęły z niej wylegać na jęzor. Migdały w mleku, kokosowa śmietanka - mmm... Utopione w cukrze, ale w pełni naturalne.

Gdy zabrałam się za rozgryzanie dodatków, mimo że nasilił się smak kokosa pobrzmiewający cały czas (tylko że tym razem ewidentnie jako prażone wiórki), to migdały dominowały. Ich smak był prażony, że aż taki... Nudno-nieintensywny. Niewielka część kawałków wydała mi się przeprażona. Jakby upuściły swój tłuszcz i się w nim podsmażyły, choć to akurat szczegół. Gorzkości brak, pewnie dlatego, że skórki trafiały się epizodycznie.

Rozgryzane na koniec chrupacze w udany sposób przełamały słodycz - akurat, by z ochotą jeść dalej.

W posmaku pozostały więc one: prażony kokos i niewyraziste, ale wyraźnie wyeksponowane, migdały, oraz mocno mleczna czekolada. Czułam, że podskoczył mi cukier, ale nie miałam wrażenia, że wyszorował mi usta.

Całość zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Kojarzyła się z bardziej orzechowo-czekoladową (murzyńską / opaloną) wersją Raffaello. Za słodko, migdały poprawiłabym, ale za to kokos to... Kokos marzeń. W porządnej, nie za tłustej, a głęboko mlecznej bazie. Na szlaku to naprawdę zacna czekolada, bo nic się nie memłało, nie męczyło. Bez sztuczności, a w sumie intensywnie (tylko migdały nie w ten sposób, co bym sobie życzyła). Podobała mi się ilość i proporcje dodatków.
To, czego nie przejadłam w górach zostawiłam, początkowo myślałam nawet, że sobie na "zagryzanie paskud na uczelnię", ale po porównaniu ją z inną (już w domu) uznałam, że jednak nie, tym bardziej że... Najpierw tylko trzema kostkami poczęstowałam Mamę i była zachwycona... Częściowo. Narzekała tylko na to, że... dostała tak mało. To jej dopiero później dałam resztę. Skoro mnie tego typu czekolady normalnie aż tak nie cieszą, a ją zachwyciła... Miło ją uszczęśliwić.


ocena: 8/10
kupiłam: terravita.pl (dostałam)
cena: 9,99 zł (za 250 g; ja dostałam)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (ale mogłabym dostać)

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, migdały 6%, wiórki kokosowe 6%, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt wanilii

poniedziałek, 11 listopada 2019

Cote D'Or Lait Amandes Caramelises mleczna z solonymi karmelizowanymi migdałami

Wybierając tabliczki, które miały mi w kwietniu 2019 towarzyszyć w górach, wybrałam takie nie do końca w moim stylu (np. z dużymi chrupaczami), ale takie, których Mama nie chciałaby (ciemne lub z solą). Długo zastanawiałam się, które to mogą być na pewno smaczne (żebym nie została bez czekolady do zjedzenia). Padło na wielkie czekoladziska (ponad 100 g), bo uznałam, że jak jedna nawali, to będę miała czym zagryźć. A ciężar... No cóż. I tak oto ta miała iść na pierwszy ogień, bo obstawiałam, że będzie nie dość, że najlepsza, to jeszcze tak wyrazista, że doskonała na zagryzanie.
Jak jednak pisałam przy Chateau Winter Mandel, plany zmieniłam, czego nie lubię. Otworzyłam ją przy schronisku w Dolinie Pięciu Stawów, by mieć ładne zdjęcia. Wzięłam ją bowiem na Zawrat, tylko że na oko warunki oceniłam jako beznadziejne (do zdjęć w szczególności, bo śnieg odbijający słońce i wiatr to ostatnie rzeczy, jakie są pomocne przy robieniu szczegółowych zdjęć czekoladom).

Cote D'Or Lait Amandes Caramelises / Melk Gekarameliseerde Amandelnoten to mleczna czekolada o zawartości 33 % kakao z solonymi karmelizowanymi migdałami (27%). Producent to Mondelez.

Po rozerwaniu sreberka poczułam dziwny, niezbyt przyjemny zapach przesadnego naaromatyzowania o charakterze słodko-cukrowym oraz migdałów. Cały czas czułam cukier, a po przełamaniu też słoność.

Tablicę cechowała twardość, ale raczej ze względu na grubość i ogrom dużych dodatków.
Migdałów nie pożałowano. Wystąpiły głównie jako całe, ale też połówki i sporo pokaźnych kawałków. 
W przekroju wydały mi się dziwnie jasne, a ich skórki wzięłam za warstwę karmelu. Gdy rozpoczęłam test, okazało się jednak, że niektóre po prostu są ze skórkami, a większość pokrywała biała, dość gruba warstwa, twardo-trzeszcząco-chrupiąca jak... draże? cukierki kamyki? Rozpuszczała się powoli. Dziwne to było... w ciemno powiedziałabym, że jak skorupka draży typu M&M's bez koloru, a nie karmel.
Czekolada w zasadzie ogółem rozpuszczała się raczej powoli, ale łatwo i kremowo. Trochę podchodziła pod ulepkowaty plastik, ale wrażenie ulepka poniekąd nakręcała chyba ilość dodatków.
Migdały, pomimo drażowo-kamykowatej warstwy karmelo-cukru, wydały mi się zaskakująco świeże (jak na karmelizowane) i zacnie chrupiące.

W smaku czekolada uderzyła jakąś dziwną nutą. Zdecydowanie przesadnie naaromatyzowana w kontekście słodkim i jakby trochę pseudoowocowym. Szybko zabił to cukier, przybywający właściwie jako jakiś mleczny cukier, cukier pudrowo-różowolukrowy... więc w sumie coś z tego naaromatyzowania sobie zostawił.
Na szczęście do akcji dołączyła nuta migdałowo-orzechową, bowiem czekolada przesiąkła migdałami.

Zanim jednak rozbrzmiały one w pełnej okazałości, wzrastała sztuczna słodycz; jakby sztuczny, cukierkowy cukier. To był ten "karmel" - przez większość czasu według mnie po prostu cukrowo-sztuczny, niekarmelowy, dziwny jakiś. Potem pojawiała się palona, wręcz gorzka nuta, czasem też szczypta soli. Raz i drugi, gdy dodatków zebrało się więcej, wyłapałam nutę smażenia.
Same migdały miały średnio wyrazisty smak, toteż wyszły zwyczajnie smacznie, a nie jakoś tam zachwycająco.
Rozgryzałam migdały właściwie już na sam koniec, toteż cześć "karmelu" rozpuszczała mi się szybciej. Miało to i plusy, i minusy, bo migdały nadawały wszystkiemu jakiejś tam względnej smakowitości.

Po wszystkim został posmak zaskakująco słony. Jednocześnie czułam się zacukrzona w sposób sztuczny, tandetny. Pozostały też migdały, ale jakoś mało wyraziste pod naporem tego wszystkiego.

Tabliczka okazała się wielkim (dosłownie!) rozczarowaniem. Czekoladowa baza miała w sobie jakiś irytujący posmak, migdały zepsuli cukrową skorupką, soli poskąpili... I co tu chwalić? Brzmi dobrze, a wyszło kiepsko. Przeciętnie, ale w sposób taki, że to przeciętność typu "więcej jeść tego za nic nie chcę". Uh, po Chateau Winter Mandel kolejny udawany karmel. Co to ma być? Jakieś dobro luksusowe czy co? Najpierw producenci mylili karmel z toffi, teraz jakaś dziwna moda na... no właśnie nie wiem co.
Po jakiś trzech kostkach, więcej nie zmogłam. Przywiozłam Mamie. Ona wprawdzie nie miała takich zarzutów, co ja, ale też była raczej "na nie", bo "te migdały... tak dziwnie to zostawało i nie wiadomo, czy czekać aż się rozpuści, kiedy gryźć i w ogóle". Też karmelem by tego nie nazwała. Teraz tak sobie myślę, że to może raczej ten jakiś biały nugat jak z Toblerone? Niefajne coś.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 14,79 zł (za 180 g)
kaloryczność: 537 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, migdały 18%, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, sól, syrop glukozowy, lecytyna sojowa, kakao odtłuszczone w proszku, aromat

niedziela, 10 listopada 2019

Chateau Winter Mandel mleczna z migdałami, chrupkami karmelowymi, cynamonem i kolendrą

O tym, że w góry zabrałam ze sobą właśnie tę batoniko-czekoladę, a nie z ciastkami korzennymi (czyli jeszcze jeden smak, który został z tej serii) przeważyło to, że przez ten rok trafiłam na kilka kiepskich ciasteczkowo-korzennych czekolad i miałam co do tej wątpliwości, czy nie pójdzie w większości do Mamy. W góry wolałam wziąć coś pewniejszego. A migdały? Bardzo je lubię w czekoladach właściwie w każdej formie. Przy dzisiaj prezentowanej zorientowałam się, że kwietniowy (2019) wyjazd w góry wyszedł mi "pod znakiem Migdała" (3 z 5 wziętych czekolad było właśnie z nimi).
Właściwie... Nie miała otworzyć ze mną podróży, ale tak właśnie się stało. Szłam sobie do Doliny Pięciu Stawów od Wodogrzmotów Mickiewicza, trasa była ładna, aż nagle... Dosłownie pionowa ściana śniego-lodu. Tragedia, właśnie tam dowiedziałam się od kogoś, jakoby ten szlak był... zamknięty? Aha? No, ale do schroniska musiałam dojść. Gdy zaczęłam grzebać w plecaku, okazało się, że nie wzięłam raków... Postanowiłam więc męczyć się bez. Wydawało się to niemożliwe i wspinaczka po jednej ścianie trwała chyba tyle samo, co reszta trasy! W połowie, zirytowana, rozsiadłam się na pokrowcu na plecak na swoich czterech literach na śniegu uformowanym a'la krzesło i sięgnęłam po czekoladę. Chwila wyciszenia, niemyślenia o okrutnym świecie... Wybrałam najbardziej podzielną i najmniej ładną do zdjęć ze względu na formę. Wcześniej planowałam, że pierwsza będzie lepsza (wyrazistsza) jako ewentualny późniejszy zagryzacz, ale nie miałam warunków do zabezpieczenia reszty i w ogóle. Batoniki tym razem okazały się świetną opcją.

Chateau Winter Mandel to mleczna czekolada śmietankowa o zawartości 33 % kakao z kawałkami migdałów (10%), chrupkami karmelowymi* (5%), cynamonem i kolendrą; w formie batoników.
Opakowanie zawiera 11 szt. (po ok. 18,2g), czyli 200g.
Edycja limitowana, wyprodukowana przez WIHA GmbH, która pojawiła się w Aldi w listopadzie 2018 r.

*"Chrupki karmelowe" to oryginalnie "Karamell-Crisps", co i tak uważam za niejasne, bo producenci w opisach naprawdę dziwnie się wyrażają i równie dobrze mógłby to być "chrupiący karmel".

Gdy tylko rozwinęłam papierek, poczułam zapach cynamonu, zalatujący aromatem cynamonowym.

Czekoladki były dość twardawe, choć już w dotyku tłustawe. Zdziwiło mnie, że mimo dużej ilości kawałków chrupaczy, nie sprawiały wrażenia kruchych. Dodatków było dużo różnych, w różnej wielkości. Migdałów więcej dodano małych kawałków, ale też i średnich całkiem sporo. Z karmelem sytuacja ogólnie okazała się skomplikowana. To spore bryły i drobinki... dziwnie chrupiąco-trzeszczącego jak chrupki zbożowe tworu. Chwilami. A inne kawałki to w większości po prostu chrupiący, twardawy karmel, rozpuszczający się straszliwie powoli i pozostawiający... coś. Obstawiam, że to karmelizowane chrupki zbożowe i tyle.

Czekolada w ustach okazała się gęsto-kremowa. Rozpływała się ujawniając lekką proszkowość i powoli odsłaniając chrupiące dodatki.

W smaku czekolada rozpoczęła występ silnym mlekiem. Jego fala po chwili ujawniła cynamon, a słodycz szybko zaczęła rosnąć. Cynamon odebrałam jako sztuczny, ale na szczęście nie jak cola. Z czekoladą zespoił się na stałe, całościowo. Cukier wyczuwalny był jako on sam, choć i wanilia się zaznaczyła.

To jednak mleko podchodzące pod śmietankę stanowiło bazę. Mleko / śmietanka z cynamonem. Ten najpierw zaleciał aromatem, potem nasilił się naturalniejszy, słodko-ostrawy. Dopomogła mu nuta migdałów i lekko palona, które pojawiły się wraz z wyłaniającymi się dodatkami.

Migdały ewidentnie były lekko podprażone, przez co świetnie wpisały się w korzenny klimat.

Karmel jednak nie był specjalnie prażony / palony... Miał ten problem, że nawet specjalnie karmelem nie był. Wpisał się częściowo w cukier, nasilając słodycz. Z drugiej jednak strony... wprowadzał neutralny wątek kartonowych chrupek zbożowych... w dodatku w cukrze. Może właśnie to i minimalnie podprażone było, ale... smakowało dziwnie - w negatywnym sensie. Nijako.

Oba dodatki jakby próbowały przełożyć się na poczucie naturalności cynamonu, ale... średnio to wyszło. Bliżej końca, raz i drugi, minęła mi także namiastka bliżej nieokreślonej gorzkości.
Cynamon mimo że wyraźny, wyszedł łagodnie, bo wymieszany z ogromem słodkiego mleka i właśnie nie był to czysty, najprawdziwszy cynamon.

Po koniec, rozgryzając dodatki czułam wyrazisty smak migdałów i lekko palony cukier. Przy migdałach epizodycznie pojawiała się lekka gorzkość - albo ich skórka albo coś bardziej korzennego? Kolendry nie obstawiam.

W posmaku pozostał cynamon, znów także cynamonowa sztuczność i przesłodzenie osadzone w mocno śmietankowo-mlecznych, trochę waniliowych realiach.

Nie podobał mi się tu podrabiany karmel, nie podobało mi się to, jak aromatem zalatywał cynamon. Brak kolendry mogłabym wybaczyć, gdyby nie dwa powyższe czynniki, przez które ogólnie coś nie grało. One sprawiły, że po jednej czekoladce wcale nie miałam ochoty sięgnąć po kolejną. Nie smakowały mi. Po prostu. Co z tego, że dobre migdały, niezła czekolada z cynamonem, który chwilami smakował, jak trzeba, skoro chwilami wyłaziły te czynniki... udające coś innego? Podrabiany karmel, podrabiany cynamon... tego jeszcze nie było.
To, co wróciło z gór, trafiło do Mamy. Ona nawet nie umiała sprecyzować, co jej w tym nie leżało, ale jej też nie smakowało.


ocena: 4/10
kupiłam: Aldi
cena: 6,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g; sztuka - 101 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku 13,5%, migdały, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku 4,7%, produkt z serwatki, mąka ryżowa, laktoza, białko pszenne, olej słonecznikowy, lecytyna sojowa, aromat, ekstrakt z cynamonu, karmel, słód pszenny, sól, ekstrakt waniliowy, ekstrakt z kolendry