wtorek, 12 maja 2015

A. Morin Java noir 70 % ciemna z Jawy

Dzięki wielkiej życzliwości pewnych osób, dane mi było jakiś czas temu zaopatrzyć się w kilka niezwykłych tabliczek firmy, o której istnieniu dowiedziałam się dzięki pewnemu blogowi.

Morin jest małą, rodzinną czekoladziarnią z Francji. W swojej ofercie ma kilka tabliczek, które ja nazywam "czystymi", co znaczy, że wyprodukowano je z jednego i określonego gatunku kakao, uprawianym w danym miejscu. Od jakiegoś czasu interesuje mnie smak czekolad z różnych miejsc na świecie. To, że klimat, uprawa, wszystkie tego typu czynniki, mają ogromny wpływ na smak końcowy. Fakt, że zdobyłam kilka różnych tabliczek wciąż napawa mnie szczęściem przeogromnym i mam nadzieję, że ucieszycie się z tej serii wpisów, bo ja już się cieszę, na samą myśl o degustacjach.

Pierwszą tabliczką, po którą sięgnęłam jest A. Morin Java 70 %, czyli ciemna czekolada z 70%-ową zawartością kakao z Jawy, indonezyjskiej wyspy, której mieszkańcy zajmują się głównie rolnictwem, między innymi uprawą kakaowca.
Muszę przyznać, że to czekolada, która zaciekawiła mnie najbardziej, głównie ze względu na to, że ziarno kakao jest specjalnie wędzone, i rozbudziła moje pożądanie na tyle, że zdecydowałam się ją zakupić mimo, iż była już kilka dni po terminie. Osobiście już kilka razy sprawdziłam, że kilka dni to dla dobrze przechowywanej czekolady nic takiego.

W końcu nadszedł słoneczny poranek, który chciałam jakoś sobie umilić i wyjęłam z mojej szuflady niepozornie zapakowaną czekoladę. Opakowanie ma prosty, minimalistyczny wręcz, wzór, ale ma w sobie coś, co zapadło mi w pamięć. Delikatnie otworzyłam papierek i rozerwałam sreberko. Zapach mnie urzekł, bo był niespotykanie mało czekolady, a wyraźnie kwaśny i cytrusowy. Dla niektórych na pewno zapali się tu czerwona lampka, ale ten aromat tylko rozbudził moje zmysły. 

Czekolada była złamana, pewnie paczkę niezbyt delikatnie traktowali, ale mówi się trudno.

Ułamałam pierwszą kostkę, co przyszło z wielkim trudem, bo czekolada jest dość twarda, jednak w końcu z głośnym trzaskiem ustąpiła. Kosteczka powędrowała do moich ust. Przez pierwszy ułamek sekundy czułam łagodną słodycz i twardą kremowość, co brzmi jak oksymoron, ale nie umiem tego inaczej określić.
Nie zdążyłam nawet mrugnąć, a już rozlał się kwaśny, cytrusowy smak. Wraz z proszkowatym i pylistym rozpuszczaniem się kostki pojawiały się coraz to inne owoce. Najpierw była to niedojrzała jeszcze pomarańcza i gorzkość jej skórki. Kwaśny smak jest w tej czekoladzie zdecydowanie na pierwszym miejscu, goryczka wychodzi na jaw co jakiś czas i jest to goryczka bardziej właśnie pomarańczowa, niż kakaowa. Słodycz w ogóle gdzieś zanika. 
Kiedy tak czekolada rozpuszczała się powoli, robiąc się coraz bardziej mulisto-wilgotna, czułam kandyzowane i liofilizowane owoce. Cytryna? Mango? Ananas?! To ostatnie skojarzenie zostało ze mną dość długo, a potem wymieszało się z cytryną i pomarańczą. 
W pewnym momencie do tego wszystkiego doczłapał się posmak wina, a także coś bardzo dziwnego... znacie smak już lekko psującego się jogurtu? To było coś, co przez moment czułam, jedząc tę czekoladę.

Chwilę potem, kwaśność nieco złagodniała, a ten dziwny posmak zniknął. Kostka, a właściwie już bezkształtna, czekoladowa masa, zaczęła robić się kremowo-gumowata, z naciskiem na to drugie. Wciąż pozostawała pylista. A do, nieco lższejszej niż na początku kwaskowatości, doszedł smak, kojarzący mi się ze starym, zapleśniałym drewnem. Nie był to jednak, o dziwo, smak, który by mi nie pasował. 
Kiedy kawałek czekolady zniknął w ogóle, w ustach pozostała goryczka, teraz wyraźnie kakaowa, oraz posmak jakby... wędzonego sera? 

Czekolada z jawajskiego kakao jest niezwykle dziwna i... mało czekoladowa. Dominują tu cytrusy i dziwne, drzewne nuty. Jest to tak niecodzienne, że nie mogłam się od tabliczki oderwać, a z każdą kostką chciałam więcej i więcej. Co prawda, samej "czekoladowości" mi tu trochę brakowało.


ocena: 8/10
kupiłam: zamówiłam przez e-mail u pana Pawła
cena: 10 zł (cena za tabliczkę kilka dni po terminie :P )
kaloryczność: nie podana 
czy kupię znów: z chęcią bym kiedyś do niej wróciła

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna

16 komentarzy:

  1. Nawet nie wiesz, jak ubolewam nad tym, że dodajesz swoje recenzje dopiero po 7mej i nie mogę sobie ich poczytać przy śniadaniu! ;) Dziś stwarzalam zagrożenie na drodze, gdy prowadząc auto zauważyłam, że pojawił się u Ciebie pierwszy Morin.

    Super, że skusilas sie na Jawe! Ta czekolada byla rzeczywiscie malo czekoladowa, feeria cytrusowej kwasnosci byla czyms wyjatkowym. Jak wroce z roboty musze sobie usiasc na spokojnie do mojej recenzji i dokładnie porownac z Twoimi wrazeniami :). Jedno jest pewne - Jawa dała czadu swoja oryginalnością i cieszę się, że również to dostrzeglas i czerpalas z tego przyjemność!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to zapleśniałe drewno i ser wędzony to coś, co mi się kojarzyło z likierem z nadpsutych orzechów :D. Rzeczywiście ta czekolada miała w sobie nuty czegoś psującego się.

      A grejpfruty nie przyszły Ci na myśl wśród owoców? :)

      Usuń
    2. A wiesz, że w pewnym momencie i grejpfruty czułam? :P Gdzieś w momencie, gdy "skórka pomarańczowa" się nasilała, to miałam przez chwilę wrażenie, jakbym jadła te czerwone i przypadkiem skórkę ugryzła.

      Usuń
  2. Autorka bloga, o której wspominasz mi także miesza w głowie, w tym jak najbardziej pozytywnym sensie :) Myślę, że jeśli już dogłębnie poznam smaki z niższej póki sama wypróbuję innych, droższych bukietów. ;) Ale to jest czas! :)

    Co do samej czekolady już, nie wiem czy taka kompilacja smaków by mi podeszła. Naprawdę nie wiem. Zastanawiam się czy smaki są może zbyt abstrakcyjne, może zbyt mocne, dziwne? Musiałabym się przekonać na własnej skórze, bo gadać sobie mogę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czysta abstrakcja, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Myślę, że warta spróbowania, chociażby jako ciekawostka. ;)

      Usuń
  3. Kolejna osoba kusi tymi oryginalnymi czekoladami :) zawsze nas ciekawiło jak taka niby zwykła tabliczka może mieścić w sobie naraz tyle kontrastujących ze sobą smaków :)

    OdpowiedzUsuń
  4. O nie, teraz zacznie się seria smaków, których nie ogarniam :D Może doczekam dnia, kiedy zacznę się lubować w lepszych czekoladach, w końcu Basia też zaczynała od plebsu. Nie wiem, jak wygląda Twoja historia. Póki co jednak wszystkie prezentowane Moriny będą dla mnie jednym i tym samym produktem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja historia w skrócie to: gorzkie klasyki polskiego rynku, plebejskie mleczne słodkości i... nie umiem nazwać obecnego etapu, ale uganiam się za takimi wykwintnymi ciemnymi tabliczkami, ale i Milką Oreo nie pogardzę. :P

      Usuń
  5. Jaka grubaśna, takie lubię! :D Małe i płaskie kosteczki są nie dla mnie. Ostatnio coraz bardziej przekonuje się do gorzkiej czekolady dzięki takim recenzjom jak ta. Muszę kupić wreszcie jakąś ciemną ale jeżeli mam się do nich przekonać całkowicie to koniecznością będzie zaopatrzenie się w taką naprawdę dobrą bo tylko one będą w stanie mnie ,,nawrócić" :D Akurat Zotter wydaje mi się odpowiednim kandydatem. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak zdecydujesz się na Zottera, to będziesz mogła bezpiecznie zwiększać sobie procent zawartości kakao, co w sumie jest najlepszym sposobem. :P A i Zotter chyba nie ma złej czekolady, więc rozczarowania nie będzie.

      Usuń
  6. Ta tabliczka jest tańsza niż się spodziewałam. Trochę mnie kwaskowatość odpycha, ale wyczuwalne nuty smakowe brzmią ciekawie i nietypowo.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytam Twój opis i próbuję wyobrazić sobie ten smak... Ile bym oddała, aby jej spróbować :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Zupełnie mnie ta czekolada nie kusi, ale muszę przyznać, że naprawdę pięknie piszesz. Czytając Twoje recenzje dosłownie czuję smak danego produktu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strasznie miło mi to czytać! Dziękuję. :)

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)