poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Peter Pan Creamy Peanut Butter

Dzisiejszą recenzję postanowiłam znów poświęcić na tzw. ''przypadkowy produkt'', który po prostu znalazłam w lodówce, i który jakoś mnie zainteresował, a którego sama bym nie kupiła. Nie jest on całkiem w moim stylu, bo mimo że lubię masła orzechowe, to po kremowe sięgam bardzo rzadko.

Masło orzechowe Peter Pan Preanut Butter Creamy nie ma szaleńczo rzucającego się w oczy opakowania, wygląda raczej jak produkt z niższej półki. Nie kupiłabym osobiście, ale chciałam spróbować takie pospolite, dla kontrastu do masła, którego recenzję dodam za jakiś czas. Dopiero po spróbowaniu spojrzałam na skład i... co zobaczyłam? Zapraszam do recenzji.

Gdy odkręciłam słoik, zobaczyłam idealnie gładką masę, w której dostrzegłam całe mnóstwo małych kropeczek. Ucieszyłam się, że to chyba cynamon i powąchałam. Już po zapachu zorientowałam się, że muszą to być orzeszki, czy coś; bardzo zmielone. Zapowiadał on jednak coś zwykłego i smacznego. Tak właśnie pachną fistaszki, prawda?

Zanurzyłam w maśle łyżeczkę. Nie było z tym najmniejszego problemu. Było ono mięciutkie i w ogóle przypominało pod względem konsystencji te wszystkie smarowidła typu Nutella.
Spora łyżeczka powędrowała do ust i nastąpiło pierwsze rozczarowanie. Krem ten nie było słony, a właściwie... miał po prostu słodki smak. Ten czynnik był fakt faktem tylko dodatkiem do samego smaku orzeszków, ale to nie jest to, czego szukam w masłach orzechowych.
Całe szczęście, że prażone fistaszki mają tak silny smak. Dzięki temu słodycz nie jest aż taka drażniąca.
Nie potrafię go lepiej opisać, niż po prostu tak, że masło z orzeszków smakuje głównie tymi właśnie orzeszkami.

Niestety, zaraz po tym skupiłam się też na konsystencji. Masło było idealnie gładkie, jednak to zgadzało się z opisem. Nie czepiam się, mimo, że osobiście wolałabym wersję z kawałkami orzechów. Jednak... było tłustawe w sposób, który skojarzył mi się z naoliwionymi zawiasami w drzwiach. 

W sumie, nie było to nic przesadnie obrzydliwego, żeby tym pluć, ale szalę przeważyła strona ''niesmaczności''. Niby tłuszcz nie przelewał się w słoiku, jednak jego dziwny posmak był. I wcale nie było to tylko orzechowe.

Gdy grudka smarowidła powoli znikała z ust, w końcu i sól poczułam. Dzięki temu spojrzałam łaskawszym okiem na to masło. Niestety, ta słona nutka była o wiele za słaba. Owszem, jakaś tam była, ale jak już masło ma być słodko-słone, to niechże ta sól dominuje. Czasem w USA woda trafi się bardziej słona, niż to!

Reasumując, masło orzechowe Peter Pan jest całkiem do zjedzenia, w końcu to masło orzechowe, a i zbyt drogie nie jest, z tego co się orientuję. Jednak jest tłuste i słodkie w sposób, który po prostu irytuje. Nie znam zawartości orzechów, bo w składzie procentowo nie jest to podane, ale zakładam, że 96 % składu zajmują orzechy i cukier. Nie jest na tyle słodkie, by cukier zdobył większość sejmową, ale i tak mogłoby być lepiej.


ocena: 6/10
kupiłam: znalazłam w lodówce
cena: jak wyżej
kaloryczność: 656 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy ziemne, cukier, mniej niż 2%: utwardzone oleje roślinne (bawełniany, rzepakowy), sól, częściowo utwardzony olej bawełniany

niedziela, 30 sierpnia 2015

lody Eridanous Frozen Yogurt

Ostatnio (pisane jakoś w maju) poczułam się trochę przytłoczona ilością lodów w mojej zamrażarce. Znaczy, nie przeszkadza mi ogromna ilość zapasów, ale zaczął mnie przerażać fakt, że szuflady w mojej zamrażarce po prostu nie wytrzymają - wszystko poupychałam tam na siłę i na jednej zauważyłam pęknięcie. Stwierdziłam, że choćbym miała zamarznąć od środka, muszę czym prędzej wziąć się za wyjadanie lodów. Co prawda, nie wszystkich na raz, ale po kolei. Zakupy zrobiłam, jak przyszło kilka ciepłych dni, a potem lato znowu się schowało i najzwyczajniej w świecie ochoty na tego typu przekąski nie miałam ochoty. Teraz, trochę pod przymusem, zaczęłam się zastanawiać, jakie lody by tu wybrać. 
Wszystkie wydawały się kuszące, ale postanowiłam zacząć od najbardziej mi obcych. Lody... jogurtowe? W zasadzie nigdy takich nie jadłam. Tu pojawił się kolejny dylemat: Grycana, czy kompletnie mi nieznane? Drogą dedukcji, doszłam do tego, że Grycana na pewno są bardzo słodkie, a tego dnia nie miałam zamiaru konać z wychłodzenia i zasłodzenia równocześnie. 

Wybór padł na Eridanous Frozen Yogurt, czyli lody z jogurtem typu greckiego z miodem (8%) i karmelizowanymi orzechami pekan (8%), zakupione przeze mnie podczas tygodnia greckiego w Lidlu. Już po otwarciu 270-gramowego (500 ml) opakowania dotarło do mnie, że właściwie lidlowe lody też są bardzo słodkie, ale było już za późno.
Rzucając okiem na skład uznałam jednak, że jest całkiem przyzwoity i nie powinno być za słodko.

Swoją drogą, nie lubię zbyt słodkich jogurtów. Przeważnie te pseudo-greckie są strasznie przesłodzone, a greckie... w nich to mam małe rozpoznanie, ostatnio jakiś jadłam to był za gorzki.

Z kolei lody... lody to lubię słodkie, ewentualnie lekko gorzkie (np. kawowe, kakaowe). Co do kwaśnych lodów... nie wiedziałam czego się spodziewać, więc do tych Eridanous podeszłam trochę z dystansem.

Mimo to, kiedy pociągnęłam nosem i poczułam świeżo jogurtowy zapach z czymś słodkim, pomyślałam, że właściwie nie może być źle. 
Najpierw spróbowałam ten miód (który w 100 % miodem nie jest, więcej w nim syropu glukozowego i cukru) i pierwsze, co przyszło mi do głowy to jego dość dziwna konsystencja. Przypominał gęstawy syrop z tanich lodów, ale był gładki, a nie proszkowaty, czy scukrzony. W smaku... delikatnie mówiąc - bez ochów i achów. Owszem, było czuć miód, ale taki najtańszy, wielokwiatowy, bez konkretnej głębi smaku. Oprócz tego, dało się wyróżnić także lekko cukrowy posmak. Nie zabrakło tu także sztuczności i, co raczej logiczne, słodkości. Nie smakował mi osobno, ale ja jestem osobą, która miód je dość często i jest to taki prawdziwy, z dziadkowej pasieki, bez polepszaczy, to na wszelkie dodatki w miodzie jestem wyczulona.

W połączeniu z lodami, ten miodowy sos po prostu był. Dodawał słodkości, ale nie drażnił. Poza tym, był tylko na wierzchu i troszeczkę na dole, pod masą lodową, więc w takiej ilości - może być. 
A jak już o samych lodach... zagarniając je łyżeczką poczułam orzeźwienie. Było to orzeźwienie właśnie, a nie ochłodzenie, które czuje się przy jedzeniu lodów. Naprawdę przyjemny efekt, taki świeżo jogurtowy. Bardziej jednak niż sam jogurt, czułam tutaj maślankę. Całkiem przyjemny kwasek był udekorowany słodkością, co w jogurcie na pewno by mi przeszkadzało, w lodach - wcale. Minimalistycznie jogurtowo-gorzkawy posmak także się znalazł, jednak, że to mają być lody z jogurtem greckim... nie wiem, czy byłabym w stanie stwierdzić, nie czytając składu. 
Lody okazały się naprawdę smaczne i nieprzesłodzone. To drugie jest raczej rzadkością w lidlowych lodach, ale możliwe, że po prostu kwasek to przesłodzenie zniwelował.

To nie koniec zalet! Gęste i idealnie gładkie, pod tym względem także bardzo jogurtowe, pod względem konsystencji miały wszystko, na co liczyłam. 
Dodatkowo, cała masa lodowa skrywała w sobie kawałki orzechów. Było ich mnóstwo, aczkolwiek nie były to całe orzechy, a posiekane na kawałki średniej wielkości. Posmaku karmelowego jednak się nie doszukałam... była przy każdym kawałeczku pewna słodycz, ale tylko tyle. Orzechy chrupiące nie były, w zasadzie można je określić po prostu jako miękkie. Liczyłam, że będą tak skarmelizowane, że wszystko będzie mi tu chrupać, a i paloną nutę poczuję... niestety, przeliczyłam się. Na szczęście nie były zatęchłe i nie brakowało ich.

Sumując za i przeciw, stwierdzam, że Eridanous Frozen Yogurt to dobre lody. Może nie olśniewające, bo miód mógłby być miodem i mogłoby być go więcej, do orzechów też mam malutkie zastrzeżenie, ale całość jest ciekawa i zjadłam ze smakiem. 


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl, tydzień grecki
cena: 6.99 zł
kaloryczność: 225 kcal / 100 g, 122 kcal / 100 ml
czy znów kupię: nie

sobota, 29 sierpnia 2015

Godiva Chocolatier 31 % Milk Chocolate Salted Caramel mleczna z solonym karmelem

Nadszedł dzień moich imienin (nie, to nie dzisiaj - pisałam to w lipcu), a jako, że ich nie obchodzę, znów umknęło by to mojej uwadze. Było to jednak bardzo słoneczne popołudnie, spędzone w Anchorage. Dzień po przylocie poświęciłam na obejście tego miasta i zajęcie się kwestią alaskańskiej gastronomii. Skierowałam się do supermarketu i dziwnym faktem, znalazłam się w wiadomym dziale.

Gdy tylko zobaczyłam tę uroczą, boską tabliczkę z kostką z nagą kobietą na koniu, wiedziałam, że to coś dla mnie, jakkolwiek to brzmi. Godiva Chocolatier 31 % Milk Chocolate Salted Caramel, czekolada mleczna z solonym karmelem (albo raczej toffee, jak możemy przeczytać ma odwrocie opakowania) wydała mi się bogato wyglądająca, a przy tym zapowiadająca się niezmiernie smakowicie.

Otworzyłam ją jednak dopiero następnego dnia, dojeżdżając do Homer (oczywiście na miejscu pasażera; nie myślcie, że kieruję zajmując się czekoladą). Od razu po samochodzie rozszedł się maślano-czekoladowy zapach.
Gdy rozerwałam złotko, zobaczyłam wielkie kostki, czyli takie jak lubię, z delikatnym ''grawerem''. Oh, jak mi się ta czekolada spodobała!

Pierwszy kęs w końcu znalazł się w ustach. Czekolada zaczęła się rozpuszczać dość szybko i kremowo. Było w jej strukturze tyle delikatności, idealnej gładkości, że byłam naprawdę zaskoczona. Ta czekolada była wręcz maślana!
To właśnie masełko łączyło się ze słodką śmietanką. Mogę śmiało powiedzieć, że była głęboko mleczna. Mleko, świeża śmietanka - to jest to! W tym natężeniu te smaki są tak rzadko spotykane, że przy jedzeniu tej czekolady, momentami brakowało mi tchu. Przysięgam, dawno nie jadłam tak czysto śmietankowej czekolady.

Słodycz była silna, ale nie zamulająca. W zasadzie, osiągnęła równy poziom ze śmietanką, ale nie wpłynęła na nią jakoś znacząco. Wydała mi się doskonale wkomponowana. Oprócz tego, im bliżej chrupiących kawałków, było w niej coraz więcej czegoś przyjemnie maślanego, kojarzącego się z toffi. Można powiedzieć, że ta czekolada zaserwowała cukier w jego najlepszym wydaniu, bo jego smak wcale nie był rażący. Powiem więcej: z każdą kostką chciałam więcej i więcej.

Obok tego wszystkiego odnalazłam także subtelną sugestię kakao. Nie nazwałabym tego nawet goryczką, czy cierpkością. To było takie skierowanie moich myśli w kakaowym kierunku. Tę nutę odebrałam mimo wszystko jako stabilną i wiele znaczącą dla całości.

Gdy czekolada prawie całkowicie zniknęła, na języku pozostało całe mnóstwo dość drobnych kawałków (koloru beżowo-złotego).  Rozchodził się od nich lekki, słonawy posmak. Gdy zaczęłam je gryźć, głośno chrupały, mimo że wcale nie były przesadnie twarde. Co więcej, wcale nie przyklejały się do zębów.
Miały w sobie o wiele więcej słodkiej maślaności, niż soli, ale i tak były smaczne. 
Posmaku palonego karmelu nie musiałam tu zbyt długo szukać: sam w końcu przyszedł.

Ta dosłownie szczypta soli, pojawiająca się jeszcze zanim czekolada całkiem się rozpuściła, świetnie wgryzała się w słodycz.
W końcu nadchodził także moment, w którym czuło się tylko odrobinę karmelowo-toffi słodyczy z całkiem słuszną dawką soli.

Całość odebrałam jako niezwykle dobrze wyważoną. Ta tabliczka była naprawdę pyszna, chociaż po kilku kostkach zatęskniłam za posmakiem kakaowej goryczki, czy jeszcze silniejszego smaku palonego karmelu. Z drugiej jednak strony, jakakolwiek mała zmiana mogłaby zepsuć harmonię tej czekolady.



ocena: 10/10
kupiłam: Fred Meyer
cena: 2.99 $
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: mleczna czekolada (cukier, mleko, tłuszcz kakaowy, masa kakaowa, lecytyna sojowa, naturalny aromat), kawałki karmelu (cukier, laktoza, chude mleko, masło, sól, olej kokosowy, serwatka w proszku, lecytyna sojowa)

piątek, 28 sierpnia 2015

Kinder Bueno Dark

Nie znam nikogo, kto nie znałby Kinder Bueno. To jest wszędzie; przy każdej kasie w sklepach, w reklamach, w kinie w moim mieście jakieś "czwartki z bueno" robią. Czy to działa na ludzi, że lecą do sklepów i kupują je tonami? Nie. Przynajmniej nie na mnie. Nigdy nie lubiłam Kinder Bueno. Zawsze, gdy je dostanę, oddaję je od razu komuś innemu, ale zdarzyło mi się jeść i na samo wspomnienie tego, robi mi się niedobrze. Kinder Bueno White funkcjonuje u mnie jako zupełnie inny produkt. Nie wiem, co w nim jest, ale straszliwie mi smakuje. W zasadzie, to jeden z moich ulubionych wafelków, bo chyba do tej kategorii zaliczyć go można.

Wszystko pięknie, ładnie, ale... kiedy jakiś czas temu w sklepach pojawiła się limitowana edycja tego właśnie batono-wafelka, Kinder Bueno Dark, czyli wersji w ciemnej czekoladzie, natychmiast kupiłam. Był to czyn w zasadzie spontaniczny, ale w pełni świadomy. Wafelek w deserowej czekoladzie z mleczno-orzechowym kremem, czyli teoretycznie, nic paskudnego. Idąc tym tropem, skoro wszystkim smakuje krem z tego produktu, a mnie głównie zraził jakiś słodko-plastikowy smak, zapewne pochodzący od czekolady, może mi posmakować. Dedukcja ta nie zmieniła jednak faktu, że wrzuciłam wafla do szuflady ze słodyczami i zostawiłam go tam na parę miesięcy. Nie miałam na niego ochoty.


Pewnego dnia, kilka dni po powrocie z wyjazdu, naszła mnie ochota na coś małego, słodkiego (ale nie do końca) i niezbyt skomplikowanego, żeby potem nie musieć wytężać mózgu, pisząc recenzję. Wiadomo, na co padło.

Kiedy otworzyłam opakowanie, zobaczyłam tradycyjnie pakowane oddzielnie dwa paluszki. Jeden w jednym miejscu trochę się nadtopił, ale nie było tragedii. Nie wiem dlaczego, ale wydało mi się to takie tanio zwyczajne. W ogóle nie wyglądało wytrawnie, tak, jak i opakowanie, w którym coś, nie bardzo wiem co, mi nie pasuje.

Rozerwałam folię i powąchałam. Ot, wafelkowo-czekoladowy zapach, czyli dalej nic szczególnego. 
Ugryzłam pierwszy kawałek. Czekolada w mgnieniu oka zaczęła się rozpuszczać. Jej cienka warstwa szybko znikała, w sposób mazisto-tłusty. Jego posmak zszedł na szczęście na dalszy plan, ale na moje nieszczęście, plan pierwszy (drugi, trzeci i kilka kolejnych) zajął cukier. Słodycz silna i drapiąca w gardle, zmieszana z gorzkością, która była tempa, jak ołówek dzieciaka, pozbawionego temperówki na długi czas. To była po prostu lekka gorzkość, bez żadnej głębszej nuty. W ogóle kakao sprawiało wrażenie jakiegoś dziwnie "pustego". 
Mimo, że nie zachwycające, ani nawet nie zadowalające, kakao trochę ułatwiało odbiór cukru. 

Gdy moje zęby trafiały na wafelek, miałam chwilę, by odetchnąć. Wafel bowiem był neutralny; w zasadzie pozbawiony smaku. Ani to słodkie, ani to słone. Raczej blade, z lekko wiórowatym posmakiem. Był nieco chrupiący, ale zarazem straszliwie delikatny, że trzymając go w ręku, bałam się, że zaraz gdzieś coś wgniotę.
Ten element skrywał nadzienie, którego odnalazłam w środku całkiem sporo. 
Pierwsze wrażenie? Margaryna. Drugie? Margaryna z cukrem. Po chwili do tego duetu dołączyły też orzechy laskowe. Może nawet możemy tu mówić o odrobinie mleka. Nie, nie pysznego, świeżego mleka, a takiego w proszku. Najsilniejszym z tego wszystkiego okazał się tłuszcz. Krem był taki lekko proszkowy, ale jakby producent próbował zrobić coś rzeczywiście kremowego. Grudka margaryny z cukrem, doprawiona orzechami. Po trzech kawałkach, najbardziej czułam jednak słodycz i orzechy. Mleko gdzieś tam też było, ale jakby zanikało w słodyczy. 

Spróbowałam nie wyłapywać poszczególnych elementów, a przyjąć do siebie całość. Niewiele to batonowi pomogło, ale fakt, było trochę lepiej. Cukier, jakaś tam, mało kakaowa, gorycz, posmak orzechów i tłustość. Miało wyjść delikatnie i lekko wytrawnie, a wyszło topornie i nijako.

Szczerze mówiąc, po dwóch kawałkach jednego paluszka miałam już dość. Drugiego oddałam, nawet nie otwierając. 
Nie bardzo rozumiem tego fatalnego odbioru całości. Pamiętam, że zawsze, gdy jadłam wersję białą, smakowało mi wszystko, łącznie z kremem. Wiedziałam, że jest tłusty, ale ten dzisiaj opisany... mało, że jest tłusty. On jest tłuszczem. Po prostu. Oprócz tego ta niby ciemna czekolada tylko mnie dobiła. Przesłodzona, jak i wszystko inne. 
Miałam plan, że jak posmakuje mi ten, to dam drugą szansę klasycznemu Bueno. A jaki wniosek wyciągnęłam? Chyba nie warto kupować więcej popularnych batonów, wafelków itp. 



ocena: 3/10 (2 jest zarezerwowane dla klasyka, a 1 dla najpaskudniejszych rzeczy na świecie)
kupiłam: Stokrotka
cena: około 2-3 zł
kaloryczność: 566 kcal / 100 g, paluszek (21,5g) - 121 kcal
czy znów kupię: nie

czwartek, 27 sierpnia 2015

lody Haagen-Dazs Gelato Sea Salt Caramel

Gdy człowiek wejdzie w odkrywanie nowych smaków, kombinacji, to w końcu coraz mniej rzeczy robi na nim wrażenie. Solony karmel w czekoladach, czy lodach, parę lat temu wydałby mi się jakimś wariactwem. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że wariant ten kiedyś doprowadzi mnie do zguby. Jak go tylko gdzieś zobaczę, biorę, aczkolwiek nie braknie mi już przy nim tchu. Serce może mi i trochę przyspiesza, ale wiecie... Mam tak przy dużej części potencjalnie dobrych słodyczy.

Kiedy stanęłam przed zamrażarką w Walmarcie, zobaczyłam lody, o których istnieniu przecież wiedziałam, znów zachowałam się jak ogłupiony dzieciak w sklepie z zabawkami. Stałam z wytrzeszczonymi oczami, włączył mi się instynkt łowcy, a w mojej głowie była jedną myśl 'Kupić. Zeżreć'. Mniej więcej... Haha.

Gdy już się opanowałam, wzięłam lody Haagen-Dazs Gelato Sea Salt Caramel, czyli lody (konkretniej to gelato) o smaku solonego karmelu z solonym karmelowym sosem, i poszłam z nimi do kasy. O 21 byłam w tymczasowym domu i mimo, że to nie moja pora na jedzenie, poniosłam pudło do swojej sypialni na górze i otworzyłam.
Warto także dowiedzieć się, czym właściwie gelato jest. To włoski, mrożony deser zrobiony na bazie mleka, nie zaś śmietanki, jak w przypadku większości lodów.

Kolor masy lodowej był jasny, beżowo-złocisty.
Łyżeczka przeszła przez nią bez problemu. Lody wydały mi się minimalnie mniej zbite od większości haagenów, ale wciąż elegancko gęste.
Spróbowałam. Od pierwszej sekundy rozpoczął się dziki taniec słodyczy i słoności.
Porcja lodów zaczęła rozpuszczać się idealnie gładko i kremowo. Była nieprzyzwoicie wręcz delikatna, przypominała mi aksamit. Mleko grało tu o wiele odważniejszą rolę, niż zazwyczaj. Śmietankowy charakter był okryty właśnie przez mleko. Sprawiło to, że lody prawie w ogóle nie były tłuste. (Co mi akurat w normalnych Haagen-Dazs nie przeszkadza, bo to i tak dobry tłuszcz, ze śmietanki). Albo właściwie... były po prostu mniej-śmietanowo-tłuste, niż normalnie.
Na pewno odtłuszczone mleko przełożyło się także właśnie na te konsystencję. Czułam się, jakbym jadła mrożony krem.

Krem wyjątkowo słodki i maślany, czyli znów wracamy do kwestii tłuszczu. Masełko jest tu dość wyraziste i bardzo dobrze komponuje się ze smakiem odrobinę palonego, brązowego cukru. To był smak karmelu doskonałego. Straszliwie silna słodycz wcale nie przeszkadzała dzięki dodatku... soli. Ewidentna słona nuta przełamywała wszystko, co wcześniej opisałam. Bezlitośnie łamała słodycz, chociaż lody wciąż były głównie słodkie, a nie słone.
Ilość wszystkiego była po prostu idealnie wyważona.

Już w tym momencie lody trafiły na listę moich ulubionych, lecz natrafiłam na coś jeszcze, a mianowicie na wstążkę karmelu.
Był to lekko ciągnący sos, jak na taki twór bardzo gęsty. Jego kolor wpadał w jasny bursztyn, a smak... Był czysta poezją. Słodycz sięgnęła zenitu, masło goniło ja bez utraty tchu. Ponad tym wszystkim stała sól. Nie zakłóciła jednak palonego cukru, a przeplatała się z nim.

Ilość sosu była znikoma, jednak wystarczyło. To był miły dodatek, który mimo wszystko zbyt wiele niczego nowego nie wnosił.

Co ja tu mogę rzec? Doskonały balans pomiędzy słodyczą, a solą. Sól była tylko dodatkiem, aczkolwiek wgryzającym się bez skrupułów w nutę główną: maślaną słodycz. Smak palonego karmelu miło mnie zaskoczył, bo czysto palona nuta rzadko występuje nawet w lodach karmelowych z solą. 
Krótko mówiąc, nie zasładzają obrzydliwie, dzięki tym akcentom właśnie, a słodkie są i to bardzo.
Są to zdecydowanie jedne z moich ulubionych lodów. Gdyby były dostępne w Polsce, pewnie ważyłabym dwa razy tyle, co teraz (albo umarłabym z przejedzenia).


ocena: 10/10
kupiłam: Walmart
cena: 4.19 $
kaloryczność: 252 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak, gdy będę miała okazje

Skład: karmelowe gelato [chude mleko, śmietanka, syrop kukurydziany, cukier, żółtka jaj, słodzone skondensowane mleko, cukier, brązowy cukier, masło (śmietanka, sól), pektyna, sól morska, naturalny aromat]; karmel [syrop kukurydziany, słodzone skondensowane mleko, śmietanka, cukier, woda, masło (śmietanka, sól), sól morska, lecytyna sojowa

środa, 26 sierpnia 2015

Earth Loaf Smoked Salt & Almond 72 % ciemna surowa z Indii z wędzoną solą i migdałami

Dzięki moim dość częstym, kilkugodzinnym podróżom przez całą Polskę (jeżdżę z Suwałk do okolic Krakowa), mam wiele okazji do odwiedzania sklepów, o których w mojej okolicy mogłabym tyko pomarzyć. Oczywiście, nie samym oglądaniem produktów człowiek żyje, więc całkiem sporo kupuję. Przeważnie staram się wybierać interesujące czekolady, z którymi do czynienia nigdy nie miałam.

Przyglądając się czekoladom w sklepie LeChocolat, jeszcze kiedy znajdował się przy Żurawiej, mój wzrok padł na urocze, kolorowe opakowania czekolad Earth Loaf. Mało tego, gdy tylko zostałam poczęstowana kawałkiem jednej, wiedziałam, że muszę ją kupić, więc wzięłam dwie. ;)

Earth Loaf Artisan & Raw Chocolate to ręcznie wyrabiane czekolady z Indii, produkowane przez małą firmę. Wszystko ma być zdrowo i naturalnie. Szczerze powiedziawszy, nigdy wcześniej o tych czekoladach nie słyszałam.
Jako, że jestem ogromną fanką połączenia sól&czekolada, wybrałam na pierwszy ogień, według mnie ciekawszą, tabliczkę - Earth Loaf Smoked Salt & Almond Sngle Origin Raw Artisan Chocolate, czyli ciemną surową czekoladę z zawartością 72 % indyjskiego kakao, słodzoną indyjskim cukrem palmowym, z wędzoną (?) solą i migdałami (również z Indii).

Po rozerwaniu papierka, zobaczyłam ciemną czekoladę podzieloną na duże kostki z wzorkami, które... nieszczególnie mi się spodobały.

Wyglądały tanio i banalnie. Na szczęście zapach już taki tanio-banalny nie był. Uniósł się tutaj bowiem aromat cytrusowy, lekko grejpfrutowy.
Gdy odwróciłam tabliczkę, zobaczyłam kilka migdałów i ogromną ilość biało-brązowej soli. Zaczęłam się zastanawiać, czy to ta wędzona sól (jest coś takiego, ale osobiście nigdy się z nią nie spotkałam), czy może sól i cukier palmowy.

Nie zastanawiając się długo, umieściłam kostkę w ustach, stroną dodatków na języku. Zalała mnie fala soli, było straszliwie słono, ale nie mogę powiedzieć, że to mnie obrzydziło. Lubię sól. Potem słony smak zaczął stopniowo "odpuszczać". Robiło się coraz łagodniej i słodko, w sposób... odrobinę plastikowy. To zapewne za sprawą nadmiaru soli w pierwszym momencie. Rozgryzłam w miarę miękki migdał, a jego smak, z początku oczywiście czysto migdałowy, potem jednak pomieszał się z czekoladą i posmakiem soli i już tak przyjemnie nie było. Dało to efekt smak, który skojarzył mi się z przesolonymi frytkami z restauracji fast food. Pojawił się tutaj element kwaskowatości, jeszcze nie potrafiłam jednoznacznie stwierdzić, czy wyszło to na dobre.
Zupełnie rozczarowana wzięłam do ust kolejną kostkę, tym razem dodatkami do góry.
Czekolada zaczęła powoli się rozpuszczać. Była minimalnie pylista, odrobinę sucha, ale w gruncie rzeczy gładka i delikatna. Wydała mi się surowa i oporna, jakby oburzona faktem, że ślina próbuje ją rozpuścić. Uwolniła kwaskowatość soczystych grejpfrutów, z ich delikatną gorzkawością. Nadeszła także delikatna słodycz, a i słoność zaczęła narastać. Znalazło się tu pewne podobieństwo do oscypków, wędzonych serów.
W pewnym momencie zatrzymała się przy owocowej nucie, tworząc z nią spójny duet. Niezdecydowana kwaskowatość przeszła w wyrazistą, słoneczną pomarańczę.
Kostka zaczęła się rozpuszczać, jakby dopiero ta pomarańcza do tego ją namówiła. Na myśl przyszedł mi lekko mokry piasek. Znalazłam się na plaży, o poranku. Wiatr rozwiewał mi włosy, a kiedy spróbowałam oblizać usta, poczułam słoność, pochodzącą ze zdradzieckiej, ciemnej wody. To właśnie była ta czekolada.
Potem rozgryzłam migdał, a jego lekki smak przeciął kwaskowatość. Znów skojarzenie z frytkami, czy ziemniakami (których swoją drogą nienawidzę). Kwaskowatość nie wróciła już do swojej pierwotnej postaci, a ruszyła dalej: w kierunku mandarynek.
Gdy czekolada znikała zupełnie, na długo po niej pozostawał jeszcze gorzki smak skórki pomarańczy.

Po skończeniu tej tabliczki poczułam się nieco rozdarta. Z jednej strony, smakowała mi czekolada i dobrze komponowała się z solą (podczas drugiego sposobu jedzenia - dodatkami do góry). Było w niej coś dzikiego i intrygującego. Z drugiej jednak strony... migdałów było mało, a i ich smak nie odnajdywał się w tej tabliczce, z ewidentnie wędzono-cytrusowymi nutami. Sól mogłaby być wmieszana w tabliczkę, a nie być nierównomiernie rozsypana na jej dole.
Chciałabym wystawić tej czekoladzie wyższą ocenę, ale nie mogę. Posmak frytek, ziemniaków, obrzydził mi ją zupełnie.
Wiem, że dobry skład, że wszystko to, co lubię... jednak ten posmak był tak natarczywy, że z poczciwej oceny, na którą zasłużyła sama czekolada (8?), muszę ją obniżyć. W dodatku, nie podoba mi się "napchanie" dodatków na spodzie, a nie w czekoladzie. Złe rozmieszczenie i tyle.


ocena: 6/10
kupiłam: LeChocolat
cena: 12 zł
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

wtorek, 25 sierpnia 2015

lody Ben&Jerry's Boom Chocolatta! Cookie Core

Pierwszy poranek w USA. Z samego rana, kiedy jeszcze wszyscy spali, zeszłam do kuchni. Śniadanie, kawa... a potem się zaczęło. Łowy. Zajrzałam wszędzie, gdzie mogłam znaleźć coś do jedzenia z kategorii 'coś słodkiego'. Czekoladki Hershey's? Hm, jadłam tego sporo ostatnim razem, a te czekolady i w Polsce, drogo, bo drogo, ale dostanę. Chwila! Jeszcze zamrażarka! A może tam coś znajdę? 

Uchwaliłam drzwiczki, a tam w świetle zamrażarkowych reflektorów... nowość: Ben&Jerry's Boom Chocolatta! Cookie Core mocha & caramel ice cream with chocolate cookies, fudge flakes & a chocolate cookie core.

Wyjęłam, obejrzałam. Czego się dowiedziałam? Lody kawowo-kakaowe (mocha) z kawałkami czekolady i lody karmelowe z czekoladowymi ciasteczkami z ciasteczkowo-czekoladowym rdzeniem. Przyznam, że widziałam te lody ostatnio w internecie i odrobinę mnie zaciekawiły. Może nie miałam zamiaru kupić, ale zastanawiałam się, w jakiej to jest formie.

Po otwarciu zauważyłam, że są podzielone, jak producent przekazał. Okrąg podzielony równo, na dwa kolory, a w środku mniejsza, ciemna, okrągła plama.
Bez zastanowienia zaczęłam od części brązowej, czyli, jak się chyba każdy domyśli - kawowej. Z góry założyłam, że będzie lepsza.

To, co mi od razu rzuciło się w oczy, to gęstość lodów: nieprzesadnie zbite, ale w pełni zaspakajające, bo po prostu konkretne. Czuć też to, że zostały zrobione na śmietance, co objawia się także w odrobinie przyjemnego tłuszczyku.

Przejdźmy jednak do konkretnych smaków.

Lody kawowe są dobre, ale na tym koniec. Są bowiem bardziej śmietankowo-mleczne, niż mocno kawowe. Wiem, że te wszystkie kawy typu mocha, to właściwie mleko z dodatkami (w tym wypadku z kakao), ale w lodach mogli sypnąć tej kawy więcej. Goryczka jest naprawdę słaba, za słaba. Nie czuć wyrazistości kawy, ale ogromny plus, że nie są przesłodzone, a tylko zwyczajnie słodkie. W zasadzie... smakują jak lody czekoladowe, mające w sobie minimalnie kawową nutkę.

W tej części zatopiono kawałki masy czekoladowej, czyli po prostu większe i mniejsze kawałki ciemnej czekolady, które mają konsystencję doskonałą; nie są przemrożone, a w ustach od razu zaczynają się rozpuszczać, chociaż potrafią też nieźle chrupnąć. To nie jest mleczno-czekoladowy, tłusty zlepek, a kształtne i nieco twarde kawałki. Rozpuszczanie ułatwia im lekka tłustawość, na którą jednak narzekać nie mogę. Pasowała tam. Ogólnie czekolada jest taka, jaką lubię, czyli słodko-gorzka (z naciskiem na to drugie), co z kolei świetnie pasuje do mlecznej kawy.

Część biała od razu nastawiła mnie do siebie trochę bardziej negatywnie. W końcu karmel ma inny kolor. Może tutaj nie jest to czysta biel, ale złotawy kolor też nie. Gdy ją spróbowałam, wydała mi się bardziej śmietankowa i silnie maślana, niż karmelowa. Jakbym miała już to jakoś nazwać, byłoby to toffi. Jedyne, czego nie mogę jej odmówić, to słodycz; przytłacza i tak już lekką goryczkę drugiej części. Sama karmelowa masa wypada bardzo pospolite, wręcz kiepsko.

W tej części zatopione są kawałki ciastek; cudownie wilgotne, rozpuszczające się nieco tylko wolniej od lodów. Przez to przypominają mi raczej kakaowy biszkopt, niż ciasteczka. Oprócz tego mają gorzkawy smak, który nie podchodzi tylko z kakao, ale też ze smaku bardzo dobrze wypieczonych ciastek. Te kawałeczki są rewelacyjne, trochę sprowadzają do poziomu tę pseudo-karmelową słodycz.

Zwieńczeniem jest solidnie czekoladowe centrum. Tworzy je rdzeń, idący przez całe lody: od góry do dołu. Odkryłam to dopiero w miarę, jak nakładałam porcje sobie po trochu.
Najpierw pozwolę sobie omówić jego konsystencję, bo bez wątpienia zasługuje na chociaż chwilę uwagi. Rdzeń ten jest dość twardy, bo przemrożony, ale także bardziej miękki, niż zwykła czekolada. Nie jest zbyt zbity, ale sos to na pewno nie jest. Chrupkie to jest, między zębami chrzęści, niczym cukier, ale też rozpuszcza się.
Porównałam ten środek do cukru, ale z cukrem... to on nie ma nic wspólnego! W ogóle nie jest słodki i w sumie... jest najbardziej gorzki ze wszystkich dodatków w tych lodach. Czekoladowy, przez duże ''C', ale ma w sobie też coś, co skojarzyło mi się z trochę za długi pieczonymi ciasteczkami. Smaczne to było i ciekawe.

Gdyby ciastka były zatopione w lodach kawowych, karmelowa część mogłaby dla mnie nie istnieć. Do kawowej mam jedno jedyne zastrzeżenie: więcej goryczy. Czy to tej kawowej, czy kakaowej. Cieszę się jednak, że nie były przesłodzone. Smaczne lody, ale w zasadzie... nic nadzwyczajnego. Za dużo tu tego wszystkiego i zrobił się mały chaos nie gruncie rzeczy, wszystkiego jest tylko po trochu.

(Czy tylko mi dziwnie kojarzy się to zdjęcie? Haha)

ocena: 7/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: jak wyżej
kaloryczność: 281 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

śmietanka, odtłuszczone mleko, syrop cukrowy (cukier, woda), woda, cukier, olej sojowy, kakao, żółtka jaj, masło (śmietanka, sól), ekstrakt z kawy, syrop kukurydziany, mąka ryżowa, mąka ziemniaczana, mąka pszenna, olej kokosowy, brązowy cukier, ekstrakt z wanilii, sól, wodorowęglan sodu, naturalny aromat, kakao w proszku, lecytyna sojowa, jaja, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mleko, koncentrat białka serwatki, guma guar, karagen, tłuszcz mleczny

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Lindt Exotic Mango-Maracuja mleczna z kremem mlecznym, mango i marakują

Po całkiem miłej degustacji Lindt'a z papają, na tę tabliczkę spojrzałam nieco pod innym kątem. Najpierw podchodziłam do niej dość sceptycznie, bo ani nie jest to wyszukane połączenie smaków, ani forma nie jest nadzwyczajna. Na taką letnią pogodę z mojej szuflady wybrałabym raczej ciemną z kokosowym nadzieniem, ale muszę zauważyć, że pisząc tę recenzję byłam na drugim końcu Polski, u mojego taty, tuż przed wyjazdem do USA (pierwsza połowa lipca), więc nie miałam zbyt dużego wyboru, jeśli o czekolady chodzi.

Lindt Exotische Fruchte Mango-Maracuja jest czekoladą mleczną z nadzieniem mango-marakuja i kremem mlecznym. Mango jest jednym z moich ulubionych owoców, a marakuję... kiedyś tam próbowałam i pamiętam, że była słodko-kwaśna i... i właściwie to tyle. Od początku nie byłam pewna, czy uda mi się wyodrębnić i trafnie zidentyfikować jej smak, a skład wcale nie był obiecujący dla "odnalezienia marakui".

Otworzyłam egzotycznie wyglądającą, soczyście różową (kolor może być soczysty?) tekturową "kopertę", która nie przypadła mi do gustu ze względu na kolor, i rozerwałam sreberko. Wypukłe,grube lindt'owskie kostki  wyglądały już o wiele bardziej zachęcająco, niż opakowanie. Zapach... zapach był cudownie mleczny, z aromatami kakaowo-czekoladowymi. Stwierdziłam, że mam tu do czynienia z czekoladą bardziej mleczną,

Połamałam na kostki i wreszcie spróbowałam tę nowinkę, do której moje uczucia zmieniały się co kilka dni.

Czekolada mleczna powitała mnie rozkoszną słodyczą, wyrazistą mlecznością i nutką kakao. Kiedy zaczyna powoli się rozpuszczać, odkrywa goryczkę kakao, która przeplata się ze smakiem świeżego mleka. To po prostu Lindt, a ja będę go wychwalała, jak zawsze.

Po chwili do dobrze znanego smaku dochodzi delikatny kwasek. Kostka pęka, a w ustach rozchodzi się kwaskowato-słodki smak, który rozchodzi się od półpłynnego "dżemu". Był to smak wyraźnie owocowy, ale zabrakło mi w nim tej typowej dla owoców świeżości, orzeźwiającego powiewu. Mango wyłapałam bez problemu - było czytelne, mimo, że był to smak jeszcze nie całkiem dojrzałego, trochę niewyrazistego owocu. Do tego dołączył smak tłustego, mleka z bardzo słodkim akcentem. W międzyczasie kwaskowatość zaczęła się zmieniać w jakby bardziej cytrynowo-mandarynkową. Mandarynka po chwili ugięła się pod naciskiem cytryny i mango. 
Mleczność zaczęła się wywyższać i w końcu to ona przejęła słodycz. Ucieszył mnie ten fakt, bo owocowe nadzienie miało w sobie element nadmiernego ''podkręcania''. Było w nim coś trochę sztucznego.
Biały krem był nieco tlustsyz od samej czekolady, rozpuszczał się gładko i raczej szybko, niż wolno.
Czysto mleczny smak łączył się z kakaową nutką, a wtedy owocowa kwaskowatość stawała się tylko wspomnieniem.
To byłby pyszny duet, gdyby nie słodycz. W pewnym momencie, po około dwóch, może trzech, kostkach zrobiło się o wiele za słodko. Potem było już tylko gorzej: słodycz stała się wręcz muląca.

Czekolada w sumie jest niezła, ale całej na pewno nie dałabym rady wcisnąć. Już nawet nie chodzi o zasłodzenie, ilość cukru przyprawiającą o mdłości... Jednak mango-marakuja nie pasują mi specjalnie do mlecznego kremu. Nie wyszło to lekko i orzeźwiająco, a wręcz przeciwnie. Mimo tego, wciąż jest całkiem smaczna.


ocena: 7/10
kupiłam: Carrefour (?)
cena: ?
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 15%, cukier inwertowany, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku 3%, olej palmowy, koncentrat soku z marakui 1,5%, mango 1%, syrop glukozowy, koncentrat soku z mango 0,5%, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, laktoza, pektyna, naturalne aromaty

niedziela, 23 sierpnia 2015

lody Magnum Vanilla & Chocolate 140 ml

Stali czytelnicy bloga zapewne zauważyli już, że ostatnio testuję Magnumy, więc przy tym wpisie trochę się wytłumaczę. Fakt, są one dość drogie, ale pomyślałam, że właśnie dlatego warte zrecenzowania. Tańsze zamienniki każdy może sobie pójść i kupić, a następnie samemu spróbować. Po co przepłacać? Przepłacać będę ja, która nie wiadomo dlaczego wyznaczyłam sobie cel, przetestowania wszystkich (oprócz truskawkowych) Magnumów. Magnum w pudełkach wypatrzyłam dopiero w tym roku, jednak i tak nie zdecydowałam się na kupno z jednego, prostego powodu. 19.99 zł za lody, w których nie ma tego, co w Magnumach najlepsze? Mówię tu o grubej polewie. Bez nich to przecież nie to samo...

Na przeciw jednak jak zwykle wyszła mi stacja Orlen, gdzie lody Magnum Vanilla & Chocolate były dostępne w wersji 140 ml, czyli 105 g. Od razu mówię, że nie wiem, czy i jeśli tak to czym, różnią się od wersji 0,5 l. Ten mały kubeczek skrywa lody waniliowe z sosem czekoladowym (13,5%), kawałkami mlecznej czekolady (6%) i posypką z gorzkiej czekolady (3,5%). Tak przynajmniej napisali...

Zdjęłam pokrywkę, a moim oczom ukazało się sreberko z logiem Magnum, które wyglądało... jakoś tak wykwintnie, w przeciwieństwie do reszty opakowania i samych lodów, bowiem posypka nie wyglądała na gorzką czekoladę, a po prostu jakieś czarne, błyszczące nieregularne kulki.

Tak też po zakończeniu sesji zdjęciowej na fotelu w samochodzie, przeszłam do degustacji. Gorzka czekolada, bo od niej zaczęłam, była miękka i plastelinowa, a równocześnie dziwnie twardawa.

Spodziewałam się chrupiącej czekolady, takiej, jak polewa magnumów. Nic z tych rzeczy. Rozpuszczało się dziwnie powoli i wcale nie jak czekolada. Ta była dziwaczna po prostu, jeśli o konsystencję chodzi. W smaku natomiast... bez rewelacji. Trochę cukru, trochę kakao. Zdecydowanie wolałabym, żeby już się nie bawili w dodawanie z tej posypki, bo jedzenie jej nie należało do przyjemnych. Z lodami jednak uszło w tłumie, bo zimno trochę przyćmiło tę czekoladę.
A jak już o lodach... biała masa, do której nawpychano mlecznej czekolady (o niej za chwilę). Biała, po prostu biała. Bez żadnych waniliowych kropek. W smaku czysto śmietankowo-mleczna.

Mamy więc do czynienia z lodami śmietankowymi. Ja się pytam... dlaczego więc napisane jest "lody waniliowe"? Nie przepadam za zwykłymi śmietankowymi, więc byłam bardzo rozczarowana. Tym bardziej, że były tłuste i bardzo słodkie. Właściwie żadnych plusów. No dobra, obrzydliwe też nie były; mleczność jakoś je ratowała, ale dla mnie to wciąż za mało...

Kawałki mlecznej czekolady, rozmieszczone w lodach bardzo nierównomiernie, były bardzo malutkie i prawie w ogóle pozbawione smaku - tylko tyle wyczułam, że słodkie, a także i większe, o których na szczęście mogę napisać już więcej.
Mleczna, bardzo słodka i tłustawa, ale ogólnie w odbiorze była raczej przyjemna. Mimo to, także nic nadzwyczajnego. 
Gdybym zakończyła tutaj tę recenzję, ocena była by bardzo, bardzo niska. 
Ale... zawsze jest jakieś ale! W samym środku kubeczka znalazłam wielką kulkę (?), albo raczej kropę (?) sosu czekoladowego. Bardzo gęsty i zbity, minimalnie ciągnący. Przypominał wręcz mousse czekoladowy.
W smaku czuło się słodycz, wiadomo, ale oprócz niej całkiem silną nutkę kakao i jakby lekko, bardzo leciutko, alkoholową nutkę.

Ten sos podbił nieco ocenę, jednak do niego też się przyczepię: było go po prostu za mało, a i umiejscowiony jakoś tak dziwnie. To znaczy, gdyby był "przepleciony" przez lody, może wydałyby się smaczniejsze.

Osobiście bardzo, bardzo się cieszę, że je kupiłam. Dzięki temu zaoszczędziłam całkiem sporo kasy, bo po większe opakowania się nie wybieram.


ocena: 5/10 (i tak to w dużej mierze zasługa sosu, gdybym miała oceniać lody bez niego, byłoby 2-3/10)
kupiłam: sklep przy stacji Orlen
cena: około 5 zł (wyrzuciłam rachunek)
kaloryczność: 243 kcal / 100 g, 182 kcal / 100 ml, lód 140 ml (105g) - 255 kcal
czy kupię znów: nie


PS Jestem już w domu, więc będę miała trochę czasu, by zająć się recenzjami produktów z USA (wygląd postów itp.) i tutaj pojawia się pytanie do Was: chcecie, żebym leciała teraz tylko z tymi produktami, czy przeplatać je z innymi? Terminy mnie trochę gonią, więc ewentualnie wpisy będą bardzo nieaktualne, opóźnione (np. czekolada zjedzona w sierpniu, pojawi się na blogu we wrześniu), czyli tak, jak było teraz. Co myślicie?

PS2 Pytałam już o to kiedyś, ale ponawiam: chcecie, żebym zrobiła kategorie lodów, tak, jak w przypadku czekolad? Zauważyłam, że jest ich strasznie dużo i ciężko cokolwiek znaleźć.

sobota, 22 sierpnia 2015

Lindt Excellence Caramel with a touch of sea salt ciemna z karmelem i solą morską

Wydaje mi się, że połączenie "Lindt" i "solony karmel" na moim blogu już jest spoilerem samym w sobie. Co tu dużo ukrywać? Uwielbiam solony karmel, uważam, że sól wydobywa to, co najlepsze w kakao, a i Lindt zawsze ma u mnie wysoką ocenę. Do tych kilku przesłanek zdradzę, że nie jest to moje pierwsze spotkanie z tą czekoladą. Ani drugie, ani nawet trzecie. Nie wiem, ile razy już ją kupowałam. Na to, jaką ocenę wystawię, można by postawić majątek swojego życia i być pewnym wygranej... chyba. Chyba, że stworzyłam taki wstęp, żeby na koniec wszystkich zaskoczyć. Nieoczekiwany zwrot akcji? A może to teraz Was podpuszczam? A to już zapraszam do recenzji.

Recenzji... Lindt Excellence Caramel with a touch of sea salt, czyli "ciemnej czekolady z kawałkami karmelu i odrobiną soli morskiej", a dokładniej z kawałkami karmelu, skarmelizowanym cukrem i solą. Zawartość masy kakaowej w czekoladzie to 47 %, więc jest to doskonałe wyśrodkowanie dla tych trochę niezdecydowanych, czy wolą gorzkie, czy raczej delikatne czekolady.

W momencie, gdy rozerwałam sreberko ciasno otulające cienką tabliczkę, poczułam cudny zapach kakao wymieszany z czymś, co skojarzyło mi się z ni to karmelowymi cukierkami, ni to krówkami. 
Pierwsza kostka ułamała się z trzaskiem, a kiedy jej kęs znalazł się w moich ustach, poczułam subtelną słodycz z dosadną goryczką kakao. Dzięki odrobinie przyjemnej tłustawości rozpuszcza się w miarę gładko i powoli. 
Osobiście wolałabym nieco większą zawartość kakao, ale nie ma co narzekać - mamy bardzo dobrą, deserową czekoladę. 
W końcu czekolada odsłania karmelowe cząstki: jest ich mnóstwo, jednak wszystkie są raczej małe. Małe, jednak smak mają "ogromny". To znaczy, czuć je bardzo, bardzo wyraźnie. Wyczułam nawet pewną różnicę między poszczególnymi kawałkami. Jak później odkryłam, są kawałki ciemniejsze - ewidentnie bardziej palone, wręcz jakby z odrobinę "wędzonym" posmakiem, oraz jasnobeżowe - znacznie słodsze, ale także z elementami palonymi. 
W ogólnym odbiorze karmelowe cząstki były silnie gorzko-palone, czasem przybierały postać słodko-maślaną, a czasami obie te nuty łączyły się w jedno. Przyjemnie było je co jakiś czas chrupnąć, ponieważ napędzało to cierpko-palony smak.
Wszystko to było podkreślone przez sól, dzięki której czekolada wiele zyskała. Soli było całkiem sporo, nie dawała o sobie zapomnieć, jednak cały czas pozostawała tylko dodatkiem. 

Tabliczka nie była całkiem słona, co pewnie ucieszy osoby, dla których połączenie czekolada&sól wydaje się ekstremalne. Tutaj wszystko było stonowane i, jak na mój gust, trochę za bardzo uładzone. 
Gdy tak wszystkie te elementy przeplatały się ze sobą, czekolada rozpuszczała się i rozpuszczała, do momentu, gdy na języku pozostały tylko bursztynowe kawałeczki. Karmel okazał się (no, nie całkiem dopiero wtedy, bo zdarzyło mi się to i owo rozgryźć już wcześniej) świetny także, jeśli o konsystencję chodzi. Nie stwarzał problemów, kiedy chodziło o pogryzienie go, bo był na tyle twardy, by przyjemnie chrupać, ale na tyle delikatny, by gryzienie sprawiało samą przyjemność. 

Tutaj mam mały problem. Myślałam, że łatwiej będzie mi tak wysoko tę czekoladę ocenić, bo należy do ligi moich ulubionych czekolad, ale... nawet podchodząc do niej obiektywnie, nie da się nic innego wystawić.


ocena: 10/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4.99 zł (promocja)
kaloryczność: 507 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: cukier, miazga kakaowa, kawałki karmelu 5 % (cukier, laktoza, tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna rzepakowa, aromat), skarmelizowany cukier 5% (cukier, tłuszcz kakaowy), tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, sól morska 0,3%, aromat, aromat waniliowy

piątek, 21 sierpnia 2015

lody Movenpick Cappuccino

Po pozytywnych wrażeniach związanych z lodami Movenpick na patyku, postanowiłam wreszcie sięgnąć po nieco cięższy kaliber. Nie, nie kolejne Magnum, a po prostu dużo opakowanie Movenpick. Uściślając, normalne, bo z tego co wiem, mniejszych opakowań "familijnych" (jasne, sama wszystko zawsze zjadam, no, chyba, że chodzi o jednoosobowe rodziny) nie ma. 
Zastanawiałam się, który smak wybrać. Z białą czekoladą i pistacjami wydał mi się zbyt ryzykowny (w końcu jeszcze tej marki nie poznałam, a nie chcę się przejechać), waniliowy za zwyczajny (chociaż wiem, że jest smaczny, bo w wersji na patyku jadłam i był naprawdę dobry), na czekoladowe tego dnia nie miałam ochoty...

A w końcu zobaczyłam puste miejsce i podpis z ceną: "Movenpick Cappuccino". Zaczęłam szukać dokładniej, tym razem, wiedziałam już, czego. Nie wiem, dlaczego niedostępność produktów tak na mnie działa, ale już wiedziałam, czego chcę. "Szukajcie, a znajdziecie". Znalazłam. Jedno opakowanie, ukryte za innymi smakami. Opakowanie 900 ml lodów Movenpick Cappuccino, czyli lodów o smaku mlecznym i espresso z kawałkami czekolady z kawą i sosem czekoladowym, udekorowane ziarnami kawy mokka z polewą czekoladową stało się moje. Ten nieco zawiły opis z dołu opakowania nie przybliżył mi za bardzo, jak mogą smakować i wyglądać te lody, toteż, gdy tylko wróciłam do domu, otworzyłam.


Moim oczom ukazały się jasnobeżowe lody z ziarnami kawy na wierzchu. Ziarna kawy? Długo nie myśląc, zgarnęłam jedno i do buzi. Długo, długo nic - no tak, w końcu nieźle zmrożone, a potem... zaczęło się rozpuszczać. Poczułam słodkawy smak czekolady, z lekko gorzkawą sugestią. Lekko tłustawe ziarenko w końcu zmieniło się w bezkształtną grudkę, o tak, teraz poczułam także kawę. Na języku wyczułam malutkie twarde drobinki kawy właśnie. Przyjemnie chrupały. No tak, czekoladowe ziarenka kawy z kawą - dałam się nabrać, alee... były smaczne.

Przeszłam jednak także do samych lodów. Są one dość rzadkie, jednak nierozwodnione, a po prostu nie mają w sobie tej gęstości, którą gwarantuje kremówka. Są nieco tłustawe, zwłaszcza (albo mi się wydawało) ta mleczna, biała część. Warto zwrócić uwagę, że nazwano je lodami mlecznymi, nie zaś śmietankowymi - i to właśnie czuć. Takie bardzo słodkie mleko. Spróbowałam oddzielić jakoś część beżową - espresso. O tyle, o ile udało mi się jakoś ją samą skubnąć, mogę powiedzieć, że jest smaczna: słodka, delikatnie gorzko-kawowa. Nie jest to słodycz na poziomie Grycan caffe latte, ale też nie goryczka znana z Haagen-Dazs. Movenpick określiłabym jako kawę z mlekiem i cukrem, której osobiście nie pijam, ale w formie lodów - czemu nie?
Kolejnym składnikiem jest sos czekoladowy, wmieszany cienkimi strużkami w część mleczną. Nie udało mi się go wyodrębnić, ale nikt nie je takich lodów dzieląc "na części". Do lodów mlecznych, dodają one słodkiej, a zarazem lekko gorzkiej nutki, jak większość takich sosów czekoladowych. Ani to wybitnie pyszne, ani niesmaczne. Sosu jest po prostu strasznie mało, ale przyznać mu muszę, że i tak dobrze podkreśla kawowy smak reszty.

W masie lodowej są zatopione chrupiące, a jednocześnie lekko miękkie, kawałki czekolady, słodkawej, ale wyraźnie deserowej, rozpuszczającej się bardzo powoli (lepiej ją chrupać i tak właśnie robiłam). W tej czekoladzie znajduje się coś bardzo rewelacyjnego: drobinki kawy, które to napędzają kawowy smak, ewidentnie gorzki i znany wszystkim kawoszom. Kawałków, mniejszych i większych, jest cała masa. Nie było łyżeczki pozbawionej ich. 

Ogólnie, lody (wszystko w połączeniu) kojarzą mi się z wymyślnymi kawami z dużą ilością dodatków pokroju mleko, sos czekoladowy, cukier. Takie kawy, albo wręcz desery, potrafią mi smakować, jednak zdecydowanie nie na co dzień.
Lody Movenpick są dla mnie takim właśnie kawowym deserem, bo nie jest to czysta kawa, jak w tych podlinkowanych wcześniej. Jako deser kawowy, spełnia swoją rolę doskonale. Jest delikatna kawa (doskonała dla tych, którzy nie lubią silnej goryczki, ale i dla osób takich jak ja), są mleczne lody z sosem czekoladowym, a wszystko to jest słodkie i gorzkie jednocześnie, za prawą kawowych cząstek. 
Lody bardzo przypominają te Jacobsa, jednak brakuje im kawowej posypki (sama sobie je posypałam kawą rozpuszczalną i polecam taki zabieg).
Byłyby doskonałe, gdyby smak kawy był jeszcze silniejszy, a i sosu (skoro już jest) mogłoby być więcej.


ocena: 9/10
kupiłam: Tesco
cena: 15.99 zł
kaloryczność: 226 kcal / 100 g, 124 kcal / 100 ml
czy znów kupię: w promocji tak

Skład: zagęszczone mleko odtłuszczone, cukier, syrop glukozowy, tłuszcz kokosowy, preparat serwatkowy z mleka, miazga kakaowa, kawa, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, ekstrakt kawy, tłuszcz kakaowy, emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa), substancje zagęszczające (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), aromat z mlekiem, tłuszcz mleczny, naturalny aromat waniliowy