piątek, 16 października 2015

Manufaktura Czekolady Ekwador 70 % kakao + chili Peri Peri

Kombinując z zamawianiem czekolad znanych na całym świecie firm, zapomniałam trochę o naszych rodzimych, polskich firmach. Albo inaczej: miałam mały uraz i je omijałam. Po plastikowej Karmello jakoś się zniechęciłam, a wszelkie inne czekolady, które miałam w szufladzie polskich manufaktur, czekały cierpliwie na swoją kolej. Pewnego dnia, przeglądałam jedną z bardziej lubianych przeze mnie kategorii czekolad: tych z chili. Doszłam do wniosku, że na blogu wciąż jest ich nieco za mało, a i ja właściwie nie znalazłam jeszcze tabliczki, która w pełni by podbiła moje serce. Albo za mało chili, albo za mało czekolady w czekoladzie. To jest właśnie problem z mało popularnymi połączeniami. Po bardzo pozytywnych recenzjach czekolad polskiej Manufaktury Czekolady na blogu Basi, wygrzebałam z samego dna mojej szuflady ze słodyczami malutką, ładnie zapakowaną, bo w dostojną czerń z czerwownym akcentem, czekoladę.

Była to Manufaktura Czekolady Ekwador 70 % kakao + chili Peri Peri, czyli ciemna czekolada z chili. 70 % zawartości kakao w tabliczce z tą przyprawą wydało mi się idealnym środkiem; nie za dużo, nie za mało, więc od tej czekolady oczekiwałam naprawdę wiele. 

Z tekturki wyjęłam sreberko, do którego otwarcia potrzebowałam pomocy nożyczek. Kiedy cięcie zostało wykonane, ujrzałam czerń cienkiej tabliczki. W zasadzie, był to bardzo ciemny brąz, prawie wpadający w czerń. Wrażenie ciemnego koloru wzmacniały czerwone kawałki chili, których na spodzie znalazło się nie mało. 
Ułamałam pierwszy pasek. Trzask. Czekolada była twarda i zupełnie gładka w dotyku (oczywiście po stronie bez dodatków). Zapach, zupełny kontrast do wyglądu, był lekki, słodki i łagodny. Doszukałam się tutaj niedojrzałych, żółtych czereśni i porzeczek. Umieściłam pierwszą kostkę w ustach. 


Od pierwszej chwili odebrałam ją jako bardzo suchą i wręcz ziarnistą. To już nawet nie była pylistość, a właśnie surowa i z lekka szorstka ziarnistość. 
Smak, najpierw przytłumiony, był gorzki, później przeszedł w wyrazistą cierpkość, nad którą zawisły lekko owocowe, słodkie nuty. 
Wtedy w gardło, niczym strzała, pomknęła ostrość. W tym samym momencie, na języku debiutowała fala słodkości, mieszająca się z goryczą. Moje zmysły były trochę zdezorientowane. 
W ustach rozszedł się cały wachlarz ostrych nut - ba, cała pięciolinia nimi zapisana, cały czas gryzących w gardło. Całość zaczęła przechodzić w ciepłą pikanterię kardamonu. Przy nim znów ukazało się trochę słodyczy. Było to jakby chwilowe uspokojenie się burzliwego morza. 

Zaraz po tym, wraz z czerwonymi, nieprzyjemnie twardymi, kawałkami, nadeszło crescendo ostrości, wypalającej wręcz język. Najwidoczniej kubki smakowe zostały oszczędzone, ponieważ w tym wszystkim, odnalazłam akcenty wyraźnie paprykowe. Jak ja kocham papryczki chili! 
Myślałam, że poleją się łzy, jednak, dla ukojenia, czekolada przybrała postać cierpko-słodkawej. Tutaj należy podkreślić, że nie była słodka, a tylko słodkawa, lecz wciąż delikatna. Szorstko-pylista, niczym pustynna ziemia, choć mimo to wydała mi się jakaś... lekka i spokojna. 

Kostka już do końca rozpuszczania się, pozostała w miarę stateczna, kakao znów miało okazję się wykazać: pikanteria chili nie zabiła jego walorów. Sama w sobie, czekolada była pełna zakamarków, którym nie miałam okazji przyjrzeć się dokładniej. Nie była to czekolada prosta, miała w sobie pewien ciekawy element, tej właśnie cierpkiej-słodyczy, z którym mam zamiar zapoznać się lepiej przy tabliczce bez żadnej ostrej przyprawy.

W smaku była lepsza niż Lindt, miała w sobie więcej głębi, a także pewną, lekko wulgarną, ostrość, jednak kawałki chili wydały mi się za twarde i za ostre w kontekście konsystencji. To niestety zadziałało negatywnie na odbiór, chociaż momentami była tak rewelacyjna, że i o tym zapominałam.

Wiem, Lindt ma pełną dziesiątkę, ale spójrzcie na cenę i gramaturę. Im więcej płacę za mniej, automatycznie więcej oczekuję od samej czekolady.


ocena: 9.5/10
kupiłam: Polskie Rarytasy
cena: 15 zł
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: z chęcią

19 komentarzy:

  1. Ja nie umiem jej porównać do Lindta - dla mnie było to coś diametralnie innego. A jak wypada Twoje porównanie względem Menakao z chili?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie wolę czekoladę Manufaktury. Po prostu, oprócz ostrości sama czekolada jest wyraźniejsza.
      A do Lindt'a ją porównałam, żeby nie było niejasności, bo Manufaktury smakowała mi bardziej, ale wiadomo, cena i wszystko też się na ocenę przekłada.

      Usuń
    2. BTW, czy mój egzemplarz nie miał czasem więcej posypki? http://theobrominum-overdose.blogspot.com/2015/07/manufaktura-czekolady-ciemna-ekwador-70.html

      Usuń
    3. Gdy wróciłam do Twojej recenzji, też zwróciłam na to uwagę właśnie, ale pomyślałam, że chyba przewrażliwiona jestem. Taak, jakaś skąpo obsypana tabliczka mi się chyba trafiła.

      Usuń
  2. Mogę podzielić się w tym przypadku wrażeniami, aczkolwiek były praktycznie takie same ;) Ziemistość i pylistość, która otwiera "bramy piekła"( ostrość) jest momentami nie do zniesienia.Jednak w mojej punktacji ma 10/10.Dla mnie kawałeczki chilli nie były twarde.Co prawda trochę haczyły czasem język ale jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. Ostrość w tej tabliczce to jeszcze nic.. w tabliczce Zottera http://www.zotter.at/en/choco-shop/hand-scooped-filled-chocolates/hand-scooped/detail/product/chilli-birds-eye.html Chilli Birds eye ta ostrość jest nie do zniesienia.Momentami zastanawiałam się co zrobić, czy popić czy jak? Zięłam ogniem :P Gardło piekło..Z chęcią jeszcze raz bym ją zjadła ^_^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To coś czuję, że ten Zotterek jest stworzony dla mnie! Uwielbiam takie bardzo ostre smakołyki.

      Usuń
  3. Tej tabliczki nie mogę nigdzie znaleźć, a uparłam się na nią. Lubię ostre przyprawy. lubię jak mnie pali w gardle, więc ta czekolada wydaje się stworzona dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. To coś dla mnie kocham takie połączenia:) . Już kiedy gdzieś pisałam Lindt z chilli jest dla mnie za słaby kiedyś w Niemczech jadłam pyszną czekoladę z chilli ta miała ogień:),ale ją wycofali po 3latach:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lindt jest taki... bardziej dla "mas", a wiadomo, że nie może być wtedy ani za ostry, ani za słony (w przypadku tabliczki z solą). Takie ogniste są najlepsze, pod warunkiem, że wciąż czuć czekoladę (i nic nie drapie w język w znaczeniu dosłownym, a nie pikanterii). :P
      Szkoda, że wycofali... ciekawe dlaczego.

      Usuń
  5. No to kochana, teraz już chyba tylko........ WAWEL :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, nie. Są jeszcze Vivani, Zottery i wiele, wiele innych!

      Usuń
  6. Lindt z chilli mi smakował, choć oczekiwałam, że będzie ostrzejszy (czyt. wypali mi gardło).. Mimo wszystko na tą się nie skuszę, ostre czekolady to jednak baaardzo skrajna przyjemność xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lindt ogółem zawsze jest bardzo wyważony, ale... mam do niego sentyment - to moja pierwsza czekolada z chili. :D

      Usuń
  7. Lubię ostrze przyprawy, więc z ogromną ochotą bym się na nią skusiła! I ten niesamowity kolor^^ Widać, że to porządna czekolada :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda! W ogóle, po tej czekoladzie to już na 100 % przyjrzę się bliżej propozycjom Manufaktury.

      Usuń
  8. Wiem wiem, nie ocenia się książki, a raczej czekolady po tabliczce... ale ja wiem, że by mi to smakowało. Po prostu to wiem, nawet jeżeli to ciemna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W to nie wątpię, ale... tak przy Twoim komentarzu pomyślałam... że dobra biała z chili także byłaby czymś ciekawym.

      Usuń
  9. Mimo, że ciekawi nas ta ostrość to chyba tylko skończyłoby się to na jednej kostce albo nawet i pół :P

    OdpowiedzUsuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)