wtorek, 31 marca 2015

Ritter Sport Honig-Salz-Mandel mleczna z solonymi migdałami w miodzie

Nie ukrywam, że jestem już nieco znudzona tym, co dostępne w zwykłych sklepach. Czekolady są w ciągle tych samych, oklepanych smakach. W czasach, gdy ani migdały, ani nawet sól nie wywołują już jakiegoś makabrycznego zaskoczenia, ludzie tacy jak ja muszą szukać nowych smaków po malutkich sklepach z niemiecką chemią i słodyczami (chociaż jakbym skreśliła to drugie słowo to i tak by nie dziwiło, że aż roi się tam np. od Milek).

Zaszłam ostatnio do takiego właśnie sklepu z produktami z Niemiec, naprawdę zdesperowana. Czy ja naprawdę muszę już nawet czekolady przez internet zamawiać, jeśli chcę zjeść coś wyszukanego? Spodziewałam się setek opakowań z fioletową krową, ton wielkanocnych jajek i czekoladek Kinder (których w końcu w Polsce nie da się kupić, no nie?), a co odkryłam? No właśnie. Całkiem sporo ciekawych rzeczy. Byłam tak zaskoczona, że aż ciężko mi to opisać. Najlepiej chyba podsumuje to fakt, że wyszłam ze sklepu z bodajże 5 tabliczkami, w tym właśnie tą - Ritter Sport Honig-Salz-Mandel, czyli czekoladą mleczną z solonymi migdałami w miodzie.


Ritterka ta olała kolejkę wielu innych czekolad ze względu na połączenie smakowe, o którym jeszcze nie słyszałam.
Szybciutko, z wypiekami na twarzy, otworzyłam pomarańczowe opakowanie i dokładnie obejrzałam spód czekolady. Taak, te dzisiejsze pakowanie czekolad nie przemawia do mnie, o wiele bardziej wolę oglądać wymuskany wierzch kosteczek, ale mówi się trudno. Tym bardziej, że w tym wypadku, dół wyglądał bardzo przyzwoicie, bo pełen wybrzuszeń, spowodowanych obecnością migdałów. Niestety, zdarza się tak, że jest kosteczka ich pozbawiona, ale to da się wybaczyć.
Do skosztowania zachęca mleczno-czekoladowy zapach, nie będący jednak niczym nadzwyczajnym. 

Czekolada jest dość tłusta i bardzo szybko się rozpuszcza, zaczynając od momentu wzięcia kostki do ręki. Czuć porządną mleczność i jakąś tam nutkę kakao. Wydaje mi się, że jest słodsza od innych ritterek, jakie miałam okazję jeść. Trąca aż o nieco przesadne zasłodzenie, i ma plastikowy posmak, jednak nie jest to niezjadliwy wyrób. Po prostu, dla niektórych może być nieco za słodka. 
Na szczęście, w czekoladzie zatopiono solone migdały w miodzie. Miód w tych wszystkich orzeszkach, jakie można kupić, jest taki dość specyficzny. Owszem, słodki, ale ma w sobie raczej mało z prawdziwego, płynnego miodu. Ten tutaj również taki jest. Nadaje wszystkiemu charakterystyczny smak, wchodzący dość inwazyjnie w czekoladę. Co do samych migdałów - czuć je wyraźnie, nie są zatęchłe (co się chwali), jednak niektóre są jak na mój gust jakieś dziwnie zbyt twarde. Ogólnie jednak, ich dodatek to wielki plus. Szkoda tylko, że jest ich tak mało.

Na koniec zostawiłam sobie sól. Migdały niewątpliwie są solone i jeśli np. trafimy na kostkę, w której znajdziemy aż dwie sztuki, ewidentnie to poczujemy. Niestety, według mnie tego składnika jest zdecydowanie za mało. Niby nieco podkreślił smak migdałów w miodzie, ale oczekiwałam, że będzie wyczuwalny podczas jedzenia całej czekolady, a tu klapa - był tylko przy migdałach (w końcu to one były solone, a nie czekolada). 
Przy tej ilości soli, tabliczka mogłaby być zdecydowanie mniej słodka.

Niby czekolada jest w porządku, oprócz lekko plastikowatego przesłodzenia, ale liczyłam, że producent wyciśnie z tego wszystkiego coś więcej. Przecież to dałoby się podkręcić!
Cukier niestety dominuje nad innymi, o wiele ciekawszymi, nutami i nadaje tabliczce pospolitości. Szkoda, wielka szkoda, bo potencjał jest ogromny.


ocena: 7/10
kupiłam: sklep z niemieckimi słodyczami
cena: 6 zł
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, solone migdały w miodzie 23% (migdały 18%, cukier, miód 0,8%, oleje roślinne: rzepakowy, octowy, słonecznikowy; sól, maltodekstryna), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, naturalny aromat

poniedziałek, 30 marca 2015

baton Dumle Snacks Original

Wiem, że staję się monotematyczna, kiedy narzekam na niedostępność niektórych produktów w Polsce. Dzisiaj jednak, uderzę w inną nutę. Po części. Na razie brzmi to jak jakiś bełkot, ale zaraz wyjaśnię o co mi chodzi.
Nie lubię jak jakiś sklep nagle sprowadzi produkt, którego w Polsce dostać nie można. Znaczy, cieszę się, że mam możliwość spróbowania, ale jak tylko coś takiego zobaczę, to kupuję bez zastanowienia, czy dam radę to zjeść, zanim upłynie termin ważności. Kupuję nawet, jak nie mam aktualnie na to ochoty, to nic, że cena jest zawyżona, i tak kupię. Gdyby jednak te same sklepy miały te rzeczy w stałym asortymencie, nie musiałabym się stresować terminami, ani moimi kaprysami, a jedynie tym, czy aktualnie mam na coś ochotę czy nie. W ogólnym rozrachunku to cieszę się, że czasami można i w Polsce coś dorwać, ale wiadomo, kobietą jestem i narzekać na coś muszę.

Przejdźmy wreszcie do tematu właściwego, czyli do batona Dumle Snacks Original (o którym jest wstęp), składającego się z piankowego nadzienia karmelowego/toffi w mlecznej czekoladzie z chrupkami ryżowymi. Brzmi iście amerykańsko (pianka w końcu), chociaż to produkt bodajże fiński. Nigdy go nie jadłam, nawet w formie cukierków, które rzekomo można gdzieś czasem i w Polsce dorwać.


Otworzyłam. Powąchałam. Zapach mleczno-czekoladowy, przypominający Milkę. Jak się po pierwszym kęsie przekonałam, nie tylko zapach jest do niej podobny. Polewa czekoladowa jest równie słodka, a może nawet i słodsza. Bardzo szybko się rozpuszcza, jest tłustawa i jeszcze raz - słodka. Cała najeżona jest ryżowymi chrupkami, które dają przyjemny, chrupiący efekt i nieco poprawiają efekt samej czekolady, ze względu na ich leciutką słoność (tak leciutką, że prawie niewyczuwalną, ale jednak). Bardzo przypominają pod tym względem te znane z Lion'a.
 Nadzienie, to takie śmietankowe, słodkie, nieco ubite, ale wciąż delikatne, toffi. Tak, dla mnie to toffi, a nie jak mówią - karmel. Wiadomo, nazewnictwem żonglują strasznie i naprawdę się dziwię, że ludzie nie dostrzegają różnicy między jednym, a drugim. Klei się to to i zasładza równie mocno, jak czekolada. Nie przypomina mi to za bardzo pianki, którą od razu sobie wyobraziłam. To jest po prostu ciągnąca, krówkowa masa.
Batonik malutki, jednak nawet z kawą nie dałam rady zjeść go na raz. Mógłby być naprawdę dobry, jednak ten cukier wszystko psuje. Szkoda. A może po prostu za dużo oczekuję od takich zwykłych batonów?

(nie powiem, żeby wyglądał dość apetycznie, szczególnie na tym zdjęciu)


ocena: 7/10
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 477 kcal / 100 g 
czy znów kupię: wątpię 

niedziela, 29 marca 2015

Zotter Labooko Peru 100 % ciemna

Czyż nie jest tak, że każda kobieta lubi czasem sięgnąć po coś ekstrawaganckiego? Większość wybrała by pewnie jakąś kreację, czy coś. Jednak nie ja. Szczególnie, że ostatnio popróbowałam sobie kilka czekolad tak słodkich, że czuję zasłodzenie nawet na samą myśl o nich (recenzje za jakiś czas).
Jak na poszukiwaczkę nowych smaków przystało, ja sięgam po kolejną niecodzienną tabliczkę i robię to bez strachu, gdyż wiem, że Zotter po prostu nie może mnie zawieźć. Tym bardziej, jeśli chodzi o czystą, 100%-ową gorzką czekoladę z ziaren kakao Naranjillo z Peru.

Na pewno nie jest to czekolada dla wszystkich. Ten typ trzeba po prostu lubić. Ja, jako małe dziecko, nie dostawałam słodyczy zbyt często (moi rodzice odżywiali się raczej zdrowo, a na pewno racjonalnie) i pamiętam, że zawsze, gdy szłam do babci, miała ona w swojej szafce jakąś gorzką czekoladę, którą to podkradałam jej i kosztowałam kosteczka po kosteczce z wypiekami na twarzy. Później nastały czasy Milki i innych słodkich tabliczek, jednak tradycyjna, gorzka czekolada gości w moim życiu praktycznie od zawsze. 

Po całym ciężkim dniu, znalazłam wreszcie chwilę dla siebie, by móc usiąść i w spokoju zająć się tą jakże zagadkową tabliczką. Kiedy rozrywałam opakowanie (starając się jednak nie naruszyć papierka, gdyż rysunki te uważam za malutkie dzieła sztuki), poczułam ciężki zapach kakao, przywodzący na myśl ciemny, tajemniczy las, pełen niebezpieczeństw, do którego jednak przyciąga nas dziwna siła. 
Czekolada okazała się twarda i z początku wydawała się dość sucha, to jednak szybko przeszło w lekko mulistą wilgoć.

Pierwszy kęs przywołał myśl "zaraz się zacznie!", gdyż w ułamku sekundy nie poczułam dosłownie nic, serce przyspieszyło, dosłownie za moment jednak spłynęła na mnie namacalna ciężkość i gorzkość, kojarząca się z lekkim pyłem i ciepłym powietrzem nad nierównym terenem Peru. Każdy kawałek, rozpuszczający się, ma takie swoje ostre wzniesienia, kiedy to gorycz sięga najwyższego możliwego stopnia i powoli opada.
Wraz z tym, jak brutalna gorycz słabnie, czekolada ogólnie łagodnieje. Staje się lekko słodka, delikatna i jakby bardziej kremowa. Gdy już naszła mnie myśl, że to koniec palety doznań, w gardle poczułam delikatną kwasowatość, przypominającą skórkę cytryny. Ten kwaśny smak zaczął nabierać prędkości, niczym szalona karuzela w parku rozrywki. Nie był to ten znajomy kwasek, jaki można spotkać w cytrusach, wbrew pozorom słodkich. To był raczej taki czysty, zadymiony kwas, nawet nie umiem tego nazwać. 
Kiedy kawałek kończy się, pozostawia w ustach suchość, mówiącą, że skończyło się właśnie coś niepowtarzalnego i na pewno niezwykłego, wiadomą gorycz i zagadkową kwaskowatość. 

Jedzenie tej tabliczki sprawiło mi dziwną przyjemność. Była to przyjemność, mieszana z delikatnym lękiem, jako, że jadłam ją po raz pierwszy i nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać po kolejnych fazach.


ocena: 9/10
kupiłam: LeChocolat
cena: 18 zł 
kaloryczność: 636 kcal / 100 g 
czy znów kupię: zobaczymy, co życie przyniesie ;)

Skład: masa kakaowa


Aktualizacja: 19.03.2017
To mój trzeci powrót do tej czekolady, dzięki zdobyciu setek Zottera w wersji Contest - razem z Labooko Ecuador 100 %.
Czas konszowania tej Peru 100 % to 34 godziny.

Po rozchyleniu papierka poczułam gorzki, nieco dymny aromat. Był bardzo silny, opalany i z nutą... gorzkawej śmietanki? Tego się tu nie spodziewałam. Oprócz tego ogólna zapowiedź kwasku, ale niezbyt mocnego.

Po spróbowaniu znów się zdziwiłam, bo w pierwszej sekundzie poczułam mocną gorzkość kakao i akcent słodyczy. Poczułam smaczek dymu, zrobiło się jakoś tak sucho, a spod dymu wystrzelił kwasek.
Początkowo był to tylko kwasek, dość cytrusowy, ale bardzo szybko zaczął stawać się siarkowy. Siarka i dym, a obok tego pewna pylistość. Kojarzyło mi się to z kwaśnymi deszczami, pożarami i spacerem przez jakieś suche pustkowie w postapokaliptycznym świecie.
W kwasku plątała się nuta czegoś nadpsutego... orzechów? Potem te orzechy robiły się bardziej palone. Spalone.
To wszystko wirowało i przeplatało się, zalepiając usta, tworząc mocne "smakowe tornado", pośrodku którego odnalazłam w końcu... ukojenie. Leciutką słodycz, taką trochę śmietankową. Coś jakby... karmelizowane orzechy? Nie, takie już spalone. Doszczętnie.
I zasnute kwaskiem siarki, który zamykał całość wraz z sucho-paloną nutą kakao.

To mocna czekolada, której nie da się dużo zjeść na raz, ale... jest głęboka i pociągająca, albo raczej wciągająca. Gdy człowiek pozwoli jej się całkowicie pochłonąć, odnajduje w niej słodycz i łagodność. Trzeba tylko odpowiedniego nastawienia, otwarcia i chyba doświadczenia z setkami.
Nie wydała mi się już aż tak ofensywna, jak za pierwszym czy drugim razem; wciąż jednak bardzo mi smakowała. Zastanawia mnie jednak zmiana kaloryczności... czyżby Zotter coś zmienił? Jeśli tak, to co?


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł (za całe Contest oczywiście)
kaloryczność: 617 kcal / 100 g
czy znów kupię: może

Skład: masa kakaowa

sobota, 28 marca 2015

Fig Bar figowy

Wręcz uwielbiam te stanie w rossmann'owych kolejkach, za tłumem fukających i prychających "miłych" pań, kupujących cienie do powiek i dezodoranty, chyba hurtowo. Z tego co zauważyłam, to i jedno i drugie im na dobre wyjdzie. Stojąc tak, wyłapując pełne pogardy spojrzenia od starszych osobniczek, które zapewne spaliłyby mnie z chęcią na stosie, zaczęłam rozglądać się po półkach, znajdujących się bezpośrednio przy samych kasach. Ze mną jak z dzieckiem, nie można za długo przy czymś takim stać, bo zaraz z nudów coś wypatrzę. Tym razem padło na... Fig Bar, czyli, jak zachwala producent, baton z mąki pszennej razowej z pełnego przemiału z płatkami owsianymi itp. Jedna z tych takich uzdrowionych przekąsek. Były trzy smaki: jagodowy, figowy i malinowy. Jako, że nie potrafię sobie wyobrazić lepszej zimowej przekąski niż słodziutkie, mięciutkie suszone figi, wiadomo, który wybrałam. Nature's Bakery postarało się i zrobiło coś lepszego, niż te wszystkie batoniki fitness (które w sumie nie są takie złe, ale do bycia fit, to mają bardzo daleko), jednak wciąż nie jest to 100%-owo zdrowy produkt, wiadomo.


Kiedy już otworzyłam opakowanie, zdziwiłam się trochę, bo spodziewałam się jednego batonika, a nie dwóch mniejszych. No tak, sugerowana porcja, to połowa opakowania. "Sprytne".
Batonik przypomina malutki chlebek. Miękki, dość wilgotny, trochę kruszący się. W smaku jest bardzo mączny, nieco słodki, co, o dziwo, dobrze pasuje do delikatnego kwaśnego posmaku, charakterystycznego dla pieczywa razowego na zakwasie. Wyczułam również jakby odrobinę płatków owsianych. Wnętrze wypełnia gęsta masa, niewątpliwie figowa. Pełna malutkich pesteczek. Jak można się spodziewać, jest ona słodka, ale tak naturalnie słodka, zupełnie jak suszone figi, a nie, że został dosypany cukier i już.
Całość stanowi oryginalną, miłą przekąskę. Warto spróbować, jeśli chce się trochę odmiany od batonów oblanych czekoladą tak słodką, że w większym natężeniu byłaby nie do zjedzenia.


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 2.99 zł
kaloryczność: 380 kcal / 100 g - 1 batonik (pół opakowania) ok. 107 kcal
czy znów kupię: nie

piątek, 27 marca 2015

Dessella Premium deser mleczny z czekoladą

Rzadko bywam w Biedronce. Rzadko znajduję tam coś, co mi odpowiada. Jakież też było moje zdziwienie, gdy natknęłam się na deser od Ehrmanna. Raz udało mi się przejść obok obojętnie, a potem nastał dzień przeczytania recenzji Olgi i stwierdziłam, że po prostu muszę to spróbować.
Wersję orzechową już kiedyś jadłam (chociaż wtedy nie miałam jeszcze bladego pojęcia, że trafił mi się ehrmannowski produkt) i smakował mi, tak więc, moja wyobraźnia zadziałała i utworzyłam sobie pyszny obraz Desselli z czekoladą. Czy deser sprostał moim wymaganiom?

Desella Premium to deser mleczny z czekoladą i z bitą śmietaną to naprawdę spory deser (200g), dostępny chyba tylko w Biedronce.

Po otwarciu poczułam przyjemny, lekko czekoladowy zapach. Bita śmietana na wierzchu jest jasnobrązowa, czyli pewnie również czekoladowa. Nie pozostaje nic, tylko sprawdzenie, czy tak rzeczywiście jest. Pierwsza łyżeczka i... Tak, napowietrzona, mięciutka warstwa jest delikatnie czekoladowa. Ma taki typowy śmietankowy posmak i jest oczywiście słodka, ale ta słodycz jest na odpowiednim poziomie. Nie jest tłusta, ani chemiczna, jedyna wada to ilość. Tej części mogłoby być zdecydowanie więcej. 


Niżej, po głębszym zanurzeniu łyżeczki, dostałam się do głównej części, czyli masy, przypominającej budyń - gęstęj, lekko glutowatej (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i oczywiście wyraźnie czekoladowej. Mleczny posmak również się tutaj znajduje, co daje nam smak słodkiej, mlecznej czekolady.
W sumie miałam nadzieję, że będzie tutaj taki lekki orzechowy posmak, jak w Nutelli, czy nawet Monte, ale nic takiego nie odkryłam. Gdyby był bardziej kakaowy, również nie obraziłabym się. Była to jednak czekolada mleczna, jak obiecał producent, w dodatku bardzo smaczna, co pozytywnie mnie zaskoczyło.

Deser jest gładki, bez żadnych grudek, potrafi nasycić, nie zamulając słodkością (bo nie jest aż taki słodki, jak się wydaje), a dla mnie nie udało się znaleźć żadnych większych wad. Dla fanów desero-budyniów na pewno przypadnie do gustu, a ja wiem, że będę czasami do niego wracać.


ocena: 8/10
kupiłam: Biedronka
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 115 kcal / 100 g 
czy kupię znów: za jakiś czas pewnie tak

czwartek, 26 marca 2015

Lindt Excellence Chili ciemna z chili

Nuda, monotonność, szara codzienność potrafią zabijać. Dlatego właśnie ciągle szukam nowych doznań, wrażeń, nieprzebytych dróg, czy smaków, dla większości "dziwnych i niezjadliwych".
Uważam, że doznania, cielesne, jak i duchowe łączą się bezpośrednio z tym ostatnim. Zmysły smaku i węchu, to w końcu tak silne odbiorniki, że potrafią dostarczyć nam naprawdę wielu emocji.
Jeśli ktoś ma inne zdanie, to chyba nigdy w życiu nie jadł prawdziwie dobrej czekolady.

Lindt Excellence Chili, to ciemna czekolada z chili, czyli smak, który wiele miesięcy temu zwabił mnie do siebie i który bardzo wrył mi się w pamięć.

Przy rozerwaniu tekturki i sreberka, od razu poczułam intensywną woń ciężkiego kakao.
Po włożeniu kostki do ust, zaczyna się ona rozpuszczać, powoli i gładko. Gorycz kakao jest naprawdę silnie wyczuwalna, jednak nie jest to aż taka siekiera, wiadomo 48 % robi swoje, ale nie jest to liczba trzycyfrowa, ani szczególnie do takiej zbliżona. Jak na deserową czekoladę przystało (bo niestety gorzką nie jest), czuć również słodycz, tylko, że taką delikatną, to raczej echo smaku, niż po prostu smak. To jednak sprawia, że również dla antyfanów gorzkich tabliczek może przypaść do gustu.

Przez pierwsze parę chwil czujemy to, co opisane wyżej, jednak po upływie kilkunastu sekund, coraz bardziej nasila się coś zupełnie innego - subtelne pieczenie. Ostry smak, wyczuwalny bliżej gardła staje się coraz silniejszy. Chili doskonale sprawdza się w połączeniu z czekoladą, kiedy to miesza się z kakao oraz niewyraźną słodkością, i staje się naprawdę ostre, a to dodaje jej charakteru. Z każdą kolejną kostką efekt ten wydaje się być coraz bardziej intensywny. Po kilku, zostaje lekki posmak kakao, a pieczenie nie ustaje jeszcze przez długi czas. 


Jedzenie tej czekolady to sama przyjemność. Chili jest bardzo mocne, jednak na poziomie równowagi, tak, że mogłabym jeść tę czekoladę bez końca. Połączenie "chili, kakao i delikatna słodycz"  tworzy prawdziwą symfonię smaku z wieloma czynnikami składającymi się na harmonijną całość.
Czekolada jest bezsprzecznie jednym z bardziej oryginalnych i udanych produktów.


ocena: 10/10
kupiłam: Carrefour
cena: 7.69 zł (chyba promocja) 
kaloryczność: 538 kcal / 100 g 
czy znów kupię: tak

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator (lecytyna sojowa), ekstrakt z papryki chili, aromaty

środa, 25 marca 2015

Casali Original Rum-Kokos

Zawsze jak jadę do jakiegoś większego miasta, odwiedzam sklep, którego nie ma u mnie. Wtedy kupuję wszystko bez opamiętania. Nie czytam wtedy dokładnie składu, nie przyglądam się opakowaniom i obrazkom na nich, nie czytam tekstów pisanych małym druczkiem. Tak właśnie trafiły do mnie te jakże egzotyczne draże. Casali Original Rum-Kokos, czyli draże z mlecznej czekolady z kokosem i rumem. Synonim przepyszności. Od razu wyobraziłam sobie draże kokosowe Korsarz (te od Skawy), z masą rumową w środku i wiórkami kokosowymi.

Jakież było moje zdziwienie, gdy obejrzałam paczkę w domu. "Z płynnym wnętrzem" i do tego ten obrazek... jak mogłam tego nie zauważyć? Odłożyłam do słodkiej szuflady, a ostatnio sobie o nich przypomniałam i, wreszcie, otworzyłam. 
Po raz kolejny doznałam szoku (no ok, nie. Ale się zdziwiłam). Draże okazały się większe niż myślałam. Takie mniej więcej jak spore orzechy, oblane grubą warstwą czekolady. No, ale jak już otworzyłam, to grzech nie spróbować, nie? 

Warstwa czekolady jest mleczna, a co za tym idzie - słodka. Nie przesłodzona, ani nie tłusta. Jak się wczułam, poczułam nawet odrobinę kakao. Taka bardzo w porządku, zwykła czekolada. Jeśli chodzi o jej grubość... no właśnie. W niektórych drażach była bardzo gruba, w innych, można powiedzieć, nawet cienka. Gruba trochę uprzykrzyła mi przekrajanie, bo w dodatku była dość twarda, ale rozgryzało się całkiem przyjemnie. Dalej, trafiamy na warstwę powiedzmy-że-kokosową, bo niby ten kokos było jakoś tam czuć... Dla mnie wciąż za mało.
Chciałam poczuć wiórki, ich smak. Gdyby nie wielki napis "Rum-Kokos", może bym nawet je przeoczyła. Swoją nutkę jednak grały. Tak jak osoba grająca na trójkącie w szkolnym zespole. Moja ulubiona warstwa w takich słodyczach to ta taka cukrowa, oddzielająca czekoladę od płynnego nadzienia, którą za dzieciaka nazywałam szkłem. Tego to nie poskąpili. I wreszcie, bo mówią, że liczy się wnętrze...

Rum. Płynny oczywiście. Jest on mocny, wyrazisty i nie da się go przeoczyć. W niektórych sztukach, tych z grubszą czekoladą, było go oczywiście o wiele, wiele mniej niż w pozostałych (producent w kulki leci, hehe), ale mimo to, wciąż go czułam, gdy przyjemnie rozgrzewał gardło.

Rzadko trafiam na słodycze, w których alkohol jest bardzo mocny, a które wciąż potrafią smakować. Tutaj wszystko wyszło producentowi, nie ma posmaku stęchłego spirytusu i zapachu starego zmywacza do paznokci.
Gdyby kokos był bardziej wyczuwalny, dałabym wyższą ocenę. 


ocena: 8/10
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: zabijcie, ale nie przypomnę 
kaloryczność: 490 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie, chyba że jakiś inny smak, jak będę miała okazję

wtorek, 24 marca 2015

Milka Oreo 100 g mleczna z kakaowymi ciasteczkami i kremem mlecznym

Milkę Oreo chyba każdy zna. Jak jej nie próbował, to już na pewno przynajmniej o niej słyszał. Chyba nie muszę specjalnie myśleć nad żadnych ambitnym wstępem, może tylko pozwolę sobie zaznaczyć, że ogólnie czekolady od Milki mi smakują, nie mogłabym ich natomiast jeść dzień w dzień i bez kawy. Muszę mieć po prostu danego dnia na coś bardzo słodkiego. To samo się tyczy ciastek Oreo. Lubię je. Kupuję bardzo rzadko, jak mi się chce zjeść coś do mleka. I to byłoby na tyle.
Przejdźmy jednak do samej czekolady. Milka Oreo jest w dwóch wersjach - 100 g, czyli z kremem mlecznym i kawałkami pokruszonych ciastek Oreo i 300 g, ale o niej kiedy indziej. 


Po otwarciu od razu czuć smakowity, charakterystyczny dla mlecznych czekolad, zapach, a przed oczami mamy 5 rządków po 3 kostki, co mi osobiście bardzo odpowiada, bo bez problemu mogę stosować zasadę "jednego rzędu" (powiedzmy, bo w trzymaniu się tego jestem kiepska). Powierzchnia czekolady upstrzona jest czarnymi plamkami, co mi w sumie trochę psuje jej wygląd, mimo iż to nic innego, jak po prostu przebijające kawałki kakaowych, ciemnych ciastek Oreo. 

Warstwa czekolady jest bardzo słodka, co jest typowe dla mlecznych czekolad Milki (wydaje mi się, że jest jeszcze słodsza, niż inne, ale możliwe, że to sobie uroiłam). Jest to słodycz, która może niektórym osobom nie przypaść do gustu. Kakao tutaj nie znajdziemy, choćbyśmy poświęcili całe życie na poszukiwanie go. Szkoda, bo by się przydało. Pod średniej grubości warstwą czekolady, jest mleczny krem, o wiele słodszy od samej czekolady. W sumie aż ciężko powiedzieć coś więcej, bo niby już, już wyczuwam mleko właśnie, czy jakąś śmietankę, to dominuje ją słodycz. Na straży granicy przesłodzenia i mdłości stoją na szczęście kawałki ciasteczek Oreo. Te są z kolei kakaowe (ha! kakaowa nutka w Milce odnaleziona!), kruche, ale nie suche. Nie smakują jak ciastka, które za długo poleżały w otwartym opakowaniu, co często spotyka się w czekoladach z ich dodatkiem. Są naprawdę smaczne i minimalnie równoważą słodycz. Nie na tyle, żeby móc zjeść ją całą na raz, ale zawsze coś. 

Przyznaję, że na dzień, w którym chcę coś ekstremalnie słodkiego, ta czekolada jest dla mnie wręcz doskonała. Wiem, że eksperci od czekolad pewnie będą chcieli mnie zlinczować, ze względu na wystawioną ocenę, ale raz się żyje!

Aktualizacja z 14.07.2015: Najpierw wystawiłam 10/10, ale kiedy spróbowałam Bellarom z ciasteczkami, postanowiłam obniżyć Milce ocenę.


ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 3.19 zł (promocja)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku (z mleka), odtłuszczone mleko w proszku, mąka pszenna, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, śmietanka w proszku (2%), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu (0,8%), emulgatory (lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa), pasta z orzechów laskowych, syrop glukozowo-fruktozowy, skrobia pszenna, substancje spulchniające (E 501, E 503, E 500), sól, aromaty

poniedziałek, 23 marca 2015

Kinder delice kakao

Od dziecka szaleję za biszkoptami z nadzieniem, jednak nigdy mi ich za dużo nie kupowano. Nie wiem, jak przeżyłam dzieciństwo, "mając dużo energii oraz chęci do nauki i zabawy" (cytat z oficjalnej stronki kindera) bez tego typu pożywnych produktów. Dobra, stop z ironizowaniem. 
Teraz, jak stwierdziłam jakiś czas temu, odbijam sobie niedobory tych przekąsek przy każdej możliwej okazji. Całe szczęście, okazje takie nie zdarzają się mimo wszystko zbyt często, bo do każdego większego sklepu muszę tłuc się samochodem przez pół miasta, a jak już jestem w markecie, to kupuję tylko to, po co przyjechałam. Mam jednak problem ze staniem przy kasie w długaśnej kolejce: nie umiem ranić uczuć tych wszystkich słodziutkich produktów, które wręcz krzyczą "kup mnie!". Jak tu takim odmówić? 
Tak właśnie w moje ręce dostał się ten batonik. 

Kinder delice kakao, czyli kakaowy biszkopt z kremem mlecznym, jest chyba znany wszystkim. Kto go nie jadł, ten na pewno widział chociaż reklamy. Opakowanie jest małe, tak jak samo ciastko. Przekąska na jeden ząb, jak to mówią.


Wyjmując biszkopt z biało-czerwonego, jakże rozpoznawalnego, papierka, poczułam kakaowy zapach. Na tym etapie niczym mi nie podpadł. 
Polewa czekoladowa jest bardzo cienka, łamie się i odchodzi od reszty bez problemu. Jednak dokładne oddzielenie od niej biszkoptu graniczy z cudem, tak więc nie wiem, na ile jej smak rzeczywiście jest kakaowy, a na ile to już ciasto. W każdym razie, jest czekoladowa, nieco kakaowa i oczywiście słodka. Główna część batonika jest miękka i bardzo wilgotna, na poziomie doskonałym (bo wiadomo, że od wilgotnego ciasta bardzo blisko do mokrej papki). Kakao, według mnie, jest bardzo silne w smaku, jednak nie jest to taka kakaowa, gorzka czekolada, a słodkie kakao dla dzieci. W samym środku znajduje się dosłownie odrobina mlecznego kremu, o lekkiej konsystencji. Nie sądziłam, że to powiem, ale rzeczywiście czułam tu mleczny smak. Słodycz też, wiadomo, ale nie aż tak bardzo.


Wszystko pięknie, ładne, ale... dlaczego tego kremu jest tak mało? To powinno być centrum tego ciastka, a nie... Taką ilość to idzie przeoczyć. 
Nie mniej jednak, biszkopt ogólnie bardzo mi smakował.


ocena: 9/10 
kupiłam: Kaufland 
cena: 1.89 zł (promocja chyba) 
kaloryczność: 566 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie

niedziela, 22 marca 2015

Deluxe Creamy Mousse with Chocolate & Cake Pieces / Deluxe Mousse D'Amour Mus mleczny z makiem i marcepanem

Jakiś czas temu opisałam mousse, który podbił moje serce (link). Grzechem byłoby nie spróowanie drugiego wariantu smakowego, czyli Creamy Mousse with Chocolate & Cake Pieces, co producent tłumaczy jako mus śmietankowo-czekoladowy z kawałkami ciasta. Na walentynki występował również pod nazwą Mousse d'Amour, o ile dobrze pamiętam. Czekoladowe mousse'y zazwyczaj są, według mnie, mdłe i zamulające, bo smakują jak przesłodzone kakao. Temu produktowi dałam jednak szansę i podeszłam do niego z pozytywnym nastawieniem, nie oczekując niczego wybitnego. 
Mousse jest duży, nic dziwnego, w końcu trzeba było wepchać gdzieś wszystkie składniki ze składu, waży 175 g. Jadłam go już wcześniej i pamiętam tylko, że był dość mulący. Teraz postanowiłam spojrzeć na niego innym okiem. Pod kątem recenzji.

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę po otworzeniu to smakowity, czekoladowy zapach, którym kusi nas większość deserów czekoladowych. Jest on bardzo intensywny, ale raczej mało naturalny. Nie zwlekając, od razu przeszłam do dalszej części, czyli do skosztowania brązowej, napowietrzonej masy.

Spotkałam się tu z rodzajem ciężkiej lekkości, to znaczy mousse, jak to mousse, przypomina piankę, ale ten ma w sobie również coś z budyniu czekoladowego. W smaku jest nieco bardziej kakaowy, niż się spodziewałam, nie aż tak przeraźliwie słodki, jak pamiętałam (czyżby coś zmienili?).
Ten jest na pewno mniej słodki od smaku amaretti, co zasługuje na duży plus. Nie zamula.

(jak się przyjrzycie, to dojrzycie naturalne
skupisko ciasto-grudek, które naprawdę
świetnie się kamuflują) 
Kawałków ciastek jest na szczęście bardzo mało (trafiłam na około 7 drobinek na całe opakowanie) i są one nieco lepsze, niż w moim ulubieńcu. To znaczy, dalej są wilgotne, lekko obślizgłe i mączne, wolałabym żeby ich nie było, ale tutaj wyczułam też lekki smak czekoladowy (albo raczej czekoladopodobny). 

Ogólnie bardzo syci, co mnie zaskoczyło. Nie potrafię najeść się mousse'em, ale w tym przypadku musiałam go sobie podzielić i zjeść z pewnym odstępem czasu (czego nie lubię robić). Co za tym idzie, doszukałam się tu wady - mógłby mieć 150 g, a nie 175.
Dla mnie sam diabeł nie dogodzi, zawsze czepiam się gramatury. 
Jest smaczny, chociaż z tymi kawałkami ciastek to już przekombinowali. 


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl
cena: 4.99 zł (chociaż mogę się mylić) 
kaloryczność: 192 kcal / 100g 
czy kupię znów: może kiedyś 

Zapraszam na przestudiowanie składu, jak ktoś ma czas, bo jest naprawdę długi i nie tak ładny, jak smaczny jest sam produkt. 

Aktualizacja: 08.12.2016
Deluxe Mousse D'Amour Mus kakaowy z kawałkami ciasta


Tutaj już najlepiej widać zmiany, chociażby przez nazwę i skład, bo o dziwo zachowałam I z tamtego testu.
Po otwarciu poczułam zapach zwykłego kakao i czekolady typowej dla takich deserów, co nie wydało mi się jakoś straszliwie słodkie. Było nawet nieźle. Nabierając mus na łyżeczkę odebrałam go... no, jak puszystą chmurkę, z tym że zastygłą z wierzchu. W ustach okazał się nieco tłustawy, ale jeszcze w normie, choć już na granicy. I nie była to tłustość mleka czy śmietanki. 
Oprócz tego, deser był pełen malusieńkich mącznych, obślizgłych kawałków ciasta pozbawionego smaku. Nadawały temu obrzydliwości, bo mimo że nie było ich dużo, to były rozmieszczone tak, że właściwie ciągle na nie trafiałam.
W smaku zaś... początkowo było lepiej niż się spodziewałam. Mus nie był cukrowy, mimo silnej słodyczy. Wyraźnie czułam kakao o takim niby-wytrawnym wyrazie takich deserów oraz deserową czekoladę: słodką, ale wyraźnie niemleczną. Nie da się ukryć, że deser jest zrobiony na mleku, ale nie wpycha się ono w smak kakaowo-czekoladowy. Za to po pewnym czasie słodycz zaczyna za bardzo się wpychać. Wraz z nią zaczęłam wyłapywać inne niechciane posmaki - lekką sztuczność. W trakcie jedzenia nie była aż tak natarczywa, ale potem w ustach pozostawał kwaśno-chemiczny posmak.

Po paru łyżeczkach robiło się mdląco. Od słodyczy, chemii i takiego “deserkowego” kakao. Nie dałam rady całości, także przez te obleśne ciastka, od których robiło mi się niedobrze. Na pewno lepszy niż amarettini, nudniejszy od maku i marcepana, ale z tym drugim miał tyle samo plusów i minusów, więc ocena jest taka sama. Uważam, że gdyby nie był to oddzielny deser, a wierzch (pozbawiony paskudociasta) do czegoś typu Dessella, byłoby ok. Tak za szybko robi się mdląco. No... I skład I cena. Brawo za takie zmiany.


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl (moja Mama kupiła)
cena: 4.99
kaloryczność: 190 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: 52 % mleko pełne, śmietanka, cukier, woda, 5,4% kakao w proszku, 2 % kawałki ciasta (cukier, mąka pszenna, mąka ryżowa, białko jaja, mąka z fasoli, skrobia pszenna, skrobia ziemniaczana, olej słonecznikowy, aromat, substancja zagęszczająca: alginian sodu; sól), olej kokosowy, syrop glukozowy, białka mleka, 0,9% czekolada (kakao w proszku, cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, laktoza), żelatyna wołowa, bezwodny tłuszcz mleczny, pasteryzowana masa jajowa, skrobia modyfikowana, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mlekowym, syrop cukru skarmelizowanego, substancje zagęszczające: karagen, guma ksantanowa; regulator kwasowości: fosforany potasu, aromat, sól, substancja spulchniająca: azot

sobota, 21 marca 2015

Zotter Labooko Goat's Milk ciemna 64 % z kozim mlekiem

Ostatnimi czasy poszukuję coraz to nowszych smaków czekolad, gdyż wszystkie oklepane smaki jakoś mnie nie satysfakcjonują. Jako, że mieszkam na kompletnym za... w mieście, gdzie nic ciekawego nie ma (mówię tu o sklepach), to i jakoś nic ze sklepowych półek mnie nie powala. 
Przy porannych kanapkach z mięchem, serem kozim i duuużą ilością warzyw, przeglądałam jak zwykle blogi z recenzjami i trafiłam akurat na nowy wpis na blogu Sex, Coffee & Chocolate i zamurowało mnie. 
Dla mnie, wielbicielki serów kozich, czekolada ciemna (64%) z dodatkiem koziego mleka brzmi jak ósmy cud świata. Cudo to zostało stworzone przez firmę Zotter, którą w sumie znam stosunkowo krótko.

Już na samym początku urzekł mnie wygląd tabliczki, a właściwie to dwóch 35gramowych, oddzielnie pakowanych w złote papierki - malutkie i niepozorne, w tekturce z obrazkiem kobiety-kozicy (była kobieta-kot, to kozica też może być, nie?). 

Kiedy już dostałam się do samej czekolady... nie, właściwie to nie. Chciałam dokończyć, że "dotarł do mnie zapach...", ale to nie byłoby zgodne z prawdą. Smakowity, czekoladowy zapach czuć było jeszcze zanim otworzyłam opakowanie, więc powiem tylko, że poczułam ten zapach jeszcze bardziej, co oczywiście zachęciło mnie do jak najszybszego spróbowania. 

W pierwszej chwili od włożenia kawałka do ust i pozwolenia mu na swobodne rozpuszczanie się, czuć było cierpkość gorzkiej czekolady, do której po chwili dochodzi subtelna, nienachalna słodycz. Kwintesencja wykwintnej, deserowej (bo mimo wszystko, 64% to nie gorzka) czekolady. 
Zaraz, w ciągu następnych sekund, pojawia się jeszcze jeden akord smakowy. Jest nim charakterystyczny, ewidentnie "kozi" motyw, którego to jeszcze w żadnej czekoladzie nie czułam. Jest on jakby mleczną bryzą, dodającą mleczności właśnie. Smak serka koziego (takiego do smarowania, bo takowy od razu mi się skojarzył) jest czysty i wyrazisty, jednak nie przytłacza całej reszty. Wszystkie te czynniki składają się na spójną całość, wypadającą rewelacyjnie i bardzo, bardzo oryginalnie. 
Czekolada jest gładka i rozpuszcza się umiarkowanie wolno, co tylko potęguje te stopniowe odkrywanie jej. Jedzenie tabliczki było tak intrygujące, że po prostu nie mogłam się oderwać. 

Kiedy siedzę i spoglądam już tylko na sam złoty papierek, wciąż czuję smak koziego sera, umiejętnie wtopionego w czekoladę. 

Ciężko jest ocenić tę tabliczkę ze względu na jej inność. Nie wiem, jakby wypadła przy czekoladzie z kozim mlekiem innej firmy, po prostu nie mam porównania, ale jako, że bardzo mi smakowała i z chęcią jeszcze do niej wrócę, ma u mnie taką, a nie inną ocenę.


ocena: 10/10
kupiłam: LeChocolat
cena: 18 zł 
kaloryczność: 606 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: masa kakaowa, surowy cukier trzcinowy, kozie mleko w proszku (12 %), masło kakaowe, sól

piątek, 20 marca 2015

lody Daim Ice Cream

Chcę już lato. Nie lubię tej bezsilności, kiedy tak strasznie chcę już wygrzewać się na słoneczku, ale nie mogę, bo jest zimno. I to tak wiosennie zimno, czyli słońce świeci, jest gorąco, a w cieniu, jak wiatr zawieje, czuję się jakbym zamarzała. Co więc robię? Protestuję przeciwko chłodnym wiatrom, kupując lody i licząc na to, że w jakiś magiczny sposób przyspieszę tym nadejście lata.
Nie będę ukrywać, że Daim Ice Cream, lody karmelowe z kawałkami migdałowo-karmelowymi w czekoladzie, to jedne z moich ulubionych jednoporcjowych lodów, chociaż fanką samego batona nie jestem.

Krzykliwego, czerwonego pudełka nie sposób nie zauważyć w sklepowej zamrażarce. Jest ono według mnie urocze (to już jest chore, prawda?). Nie mogłam się opanować i oczywiście kupiłam. To nic, że pewnie będzie bolało mnie gardło, dla tego produktu jestem gotowa do poświęceń.

Po uniesieniu wieczka i zerwaniu papierka, wydobywa się karmelowo-śmietankowy, smakowity zapach. Lody mają lekko beżowy kolor, są posypane kawałkami mlecznej czekolady z nadzieniem karmelowo-migdałowym.
Na szczęście, te kawałki znajdują się też w środku, ale na wierzchu jest ich oczywiście najwięcej. Są słodkie, chrupiące i dość twarde.

Lekki posmak palonego karmelu i delikatna słoność dodaje im charakteru.
Czekolada szybko się rozpuszcza i jest jej dość mało, więc mogę powiedzieć tylko tyle, że jakąś tam mniej ważną rolę gra, smak karmelu jest o wiele mocniejszy, co wychodzi na plus.

W połączeniu z lodami, które to są tak słodkie (a zarazem bardzo karmelowe), że słodycz czekolady byłaby po prostu zbędna, komponują się przepysznie. 
Myślę, że fani karmelu nie mogą ich nie spróbować!


ocena: 9.9/10
kupiłam: Carrefour
cena: 4.35 zł
kaloryczność: 136 kcal / 100 ml
czy znów kupię: tak

Skład: mleko odtłuszczone, czekolada mleczna z chrupiącym nadzieniem karmelowo-migdałowym 20% (cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, serwatka w proszku, migdały 3%, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, serwatka zmodyfikowana, odtłuszczone mleko zagęszczone słodzone, sól, substancja glazurująca: guma arabska; maltodekstryna, lecytyna sojowa, aromaty) ,śmietanka syrop glukozowy, cukier, pasta karmelowa 3% (cukier, woda, syrop glukozowy), serwatka w proszku z mleka, mleko zagęszczone odtłuszczone, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), aromat

czwartek, 19 marca 2015

Studentska grzane wino - jabłko mleczna z jabłkami, galaretkami i orzeszkami ziemnymi

Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie pierwsze oznaki zimy (nie, nic mi się nie pomyliło), to pojawianie się grzanego wina w każdej możliwej odsłonie. Nie umiem się mu oprzeć, po prostu nie umiem. Pewnie zastanawiacie się, po co ja to piszę, ale następny akapit powinien to nieco wyjaśnić. 
Na wielu blogach można znaleźć bardzo pozytywne recenzje czekolad od Nestle, o nazwie Studentska, która od razu przywodzi na myśl mieszankę studencką (przynajmniej dla mnie). Zawsze byłam kompletnie wyprana z uczuć co do tej czekolady i mijałam ją obojętnie. W końcu, co nadeszło z limitowaną edycją zimową (tak, otwieram ją dopiero teraz), przełamałam się i dokonałam zakupu. Tylko ze względu na smak - grzane wino i jabłka. Jak dla mnie, od razu zabrzmiało to bardzo obiecująco, szczególnie, jeśli dodać do tego orzechy arachidowe, no i oczywiście, charakterystyczne galaretki, których w sumie byłam dość ciekawa. 


Po rozerwaniu papierka z zaskoczeniem odkryłam pazłotko, z którym chwilę się pomęczyłam, aż w końcu nadeszła chwila, kiedy dostałam się do samej czekolady. Nie pachniała zbyt ładnie. Słodko i jakby... tanią herbatą stylizowaną na grzaniec. W ogóle nie przypominało mi to zapachu mlecznej czekolady, którego się spodziewałam. Nie zrażona, ułamałam pasek. Gruby, widać, że środek jest nieźle naładowany. Może, mimo zapachu będzie smacznie. 
Przeliczyłam się. Tłusta, przeraźliwie słodka czekolada z kawałkami, których w pierwszych sekundach nie potrafiłam nazwać. Skupiłam się na czekoladzie, chociaż nie było to łatwe, po od razu dało mocnym smakiem soku jabłkowego średniej jakości, sklepowego, baaardzo dosłodzonego ze naganną ilością kwasku cytrynowego. Kakao w ogóle nie czuć. Nawet mowy o nim nie ma. Jest za to inna nuta... jakby cynamon? Niestety, zagłuszony słodkością. Ze zrezygnowaniem wzięłam się za wyłapywanie smaku nadzienia. Były orzechy arachidowe i to całkiem dużo - pierwsze pozytywne zaskoczenie. Była galaretka; klejąca i ciągnąca się, o wcześniej opisanym smaku jabłka. To te galaretki nadają ten smak soku? Czyli wracam do punktu wyjścia i dalej nie wiem właściwie, jak smakuje sama czekolada (i chyba nie chcę wiedzieć). Był jeszcze trzeci element, też jakby jabłko (ale kawałków jabłka w składzie nie ma), więc w sumie nie wiem. Na pewno czuć ten nieszczęsny sok. Po kilku kostkach nie oświeciło mnie, a ja miałam dość jakichkolwiek słodyczy przez resztę dnia. 

Ogólnie nie wiem, co o tej czekoladzie myśleć. Jest mało czekoladowa i w dodatku ma fatalny skład, z tych wszystkich dodatków zrobił się kompletny śmietnik, jakby chcieli zrobić czekoladę ze wszystkim, czym się da, a nie wyszło. I jeszcze kwestia grzańca... w ogóle nie zgadłabym smaku, gdyby nie było napisane na opakowaniu. 
Nie wiem, co ludzie widzą w tej firmie. Nawet nie mam zamiaru próbować innych smaków. 
Galaretki mogłyby wypaść fajnie, gdyby na nich się skończyło, bo jak dla mnie po prostu za dużo tu wszystkiego.
Kompletnie nie rozumiem fenomenu Studentskich. 


ocena: 3/10
kupiłam: jakiś mały sklep osiedlowy (nie w moim mieście)
cena: coś koło 7 zł
kaloryczność: 505 kcal / 100 g 
czy znów kupię: na pewno nie 

wtorek, 17 marca 2015

McEnnedy, Mini Brownies with Chocolate Chips

Zawsze, gdy pomyślę o lidlowym tygodniu amerykańskim, w głowie rozbrzmiewa mi tekst piosenki "Amerika" jednego z moich ulubionych zespołów (Rammstein), a mianowicie "We're all living in Amerika, Amerika ist wunderbar". Z niemieckiego nigdy nie byłam dobra, ale nawet ja drugie zdanie jestem w stanie zrozumieć. Na szczęście, Ameryka to nie same hamburgery i frytki, to również bardzo cudowni, twórczy ludzie, którzy jakieś pewnie 100 lat temu wymyślili ciasto (ta, raczej zapomnieli dodać jednego składniku), którego różne wariacie dominują na wszelkich blogach z przepisami. Cudo to zwie się właśnie brownie i dzisiaj przedstawiam Wam jego lidlową, miniaturową wersję - Mini Brownies with Chocolate Chips, czyli nic innego jak 8 malutkich kawałków brownie z kawałkami czekolady. Była jeszcze wersja z orzechami, ale nie zdecydowałam się na nią z prostej przyczyny - nie wiedziałam, jakiej to jest w sumie jakości i bałam się trafić na stęchłe orzechy (uraz przez pewną niedawną sytuację, w którą co prawda zaplątane były migdały, ale to szczegół). W internecie widziałam jeszcze kokosowe i karmelowe, ale oczywiście nie w Polsce. 
Opakowanie zawiera dwie duże paczki, w każdej po cztery mniejsze, tak, bo każdy kawałek jest dokładnie pakowany osobno. Nie wygląda to może jakoś za ładnie, takie tam folie i pazłotka, ale wyglądu się nie ocenia. 


Mini brownie wygląda niepozornie. Taki ciastowy kwadratowy klocek. W dodatku trochę tłusty. Pachnie przyjemnie, jak takie kakaowo-biszkoptowe ciasto. A jak smakuje? Kakaowo. Bardzo kakaowo, lecz wciąż nieco słodko. Ku mojemu zaskoczeniu, podczas jedzenia w ogóle nie czuło się tego tłuszczu, o którym wcześniej wspomniałam. Ciasto jest bardzo miękkie i wilgotne. Środek wypełniony jest gęstą masą, również kakaową, aczkolwiek już słodszą. Na jej obrzeżach natknęłam się na kilka całkiem sporych kawałków czekolady. Jej smak zlewał się z całą resztą, jednak to właśnie ona nadawała całości trochę słodyczy.

Warto zauważyć fakt, że nie jest to taka czekolada, jaką producenci często dodają do muffinek, a która jest po prostu słodka i sztuczna. Nie. To jest prawdziwa, niezła czekolada. Nie mogę pominąć faktu, że te brownie są takie trochę sztuczne w smaku, co mi kompletnie nie przeszkadza w tym przypadku (a na sztuczność w słodyczach jestem wyczulona), mogę je porównać tu do babeczek, również z Lidla. Podsumowując, mamy kakaową bombę, która niektórym osobom (takim jak ja, uwielbiającą kakaowe rzeczy) na pewno skradnie serce. Na pewnie nikt nie będzie się krzywił podczas jedzenia. Na pewno warto spróbować, jako ciekawostkę.

Całe szczęście, że są oddzielnie pakowane, bo bym chyba pożarła wszystkie. Z drugiej strony, szkoda, że nie można kupić mniejszego opakowania, bo sama po prostu nie jestem w stanie zjeść takiej ilości szybko, a denerwuje mnie, że leżą otwarte...


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 6.99 zł 
kaloryczność: 436 kcal / 100 g
czy kupię znów: sama nie wiem, na wersję z orzechami na pewno się kiedyś skuszę, jak będzie tydzień amerykański