czwartek, 30 kwietnia 2015

Mullermilch Weisse Schoko Macadamia

O mojej historii z mlekiem związanej pisałam już przy Mullermilch fistaszki&czekolada. Generalnie, w skrócie, mogę powiedzieć, że większość smakowych jest dla mnie za słodka, ale i tak czasami mam na nie ochotę. Szczególnie na nowe smaki od Mullera, jak właśnie Mullermilch Weisse Schoko Macadamia, czyli o smaku białej czekolady i orzechów makadamia. Warto zauważyć, że nawet w składzie jest i biała czekolada i pasta z orzechów. 
Jak takiego połączenia nie lubić? 

Gdy tylko odkręciłam nakrętkę, poczułam słodki, mleczny zapach z nutami białej czekolady. Mleko ma biały kolor, co w sumie nie powinno dziwić, nawet w tej (albo szczególnie w tej) wersji smakowej. 
W końcu pierwszy łyk. Zdecydowanie jest to słodkie mleko, w żadnym wypadku jogurt. Zero kwaskowatości, czyli tak, jak powinno być. Smakiem wiodącym jest tutaj biała czekolada. Niezwykle słodka i śmietankowa. Białe tabliczki już to do siebie mają, tak więc dalej żadnego minusu nie znalazłam. Gdy przychodzi czas na kolejny łyk, a pierwszy kontakt ze słodkością jest już za nami, wreszcie można wyczuć także bardzo delikatny, orzechowy smak. Typowo lekki, jednak trzeba pamiętać, że orzechy makadamia mają właśnie łagodny smak i zapach, więc dziwne by było, gdyby orzechowość grała w tym mleku główną rolę. Niestety, ta była obstawiona głównie przez cukier, nawet nie przez samą białą czekoladę konkretnie.

Nie spodziewałam się, że mi to mleko posmakuje, myślałam raczej, że zjadę je za przesłodzenie - a tu zaskoczenie! Jest słodkie, to fakt, ale tak śmietankowo-czekoladowe, jak biała czekolada z orzechami, których smak jest jednak za bardzo przyćmiony. Najpierw wystawiłam 7, ale potem doszłam do wniosku, że było to nie fair w stosunku do wariantu czekolada&fistaszki.


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 3.09 zł
kaloryczność: 77 kcal / 100 ml
czy znów kupię: nie

środa, 29 kwietnia 2015

Amedei Porcelana 70 % Criollo ciemna z Wenezueli

Amedei to włoska firma, wyrabiająca czekolady z najcenniejszych ziaren kakao. Prawdziwa włoska kuchnia jest wspaniała; Włosi mają po prostu dobry smak, tak więc czekolada, w dodatku tak często nagradzana, po prostu nie może być zła. Jako miłośniczka czekolady, zaopatrzenie się w jakąś tabliczkę Amedei uznałam za priorytet. 

Co jest takiego w Amedei Porcelana 70 % z rzadkich ziaren criollo porcelana z Wenezueli z zawartością 70 % kakao, że niektórzy zwą ją królową czekolad? Na pewno coś jest, a co dokładniej, postanowiłam się przekonać i przekazać Wam właśnie w tej recenzji.

Gdy wzięłam do rąk śliczną, tekturową kopertę z wypukłym cegiełkowym wzorem, poczułam, że mam do czynienia z naprawdę wykwintnym produktem. I to poczułam w każdym tego słowa znaczeniu. Już samo opakowanie jest bardzo eleganckie, a zapach... tutaj mogłabym bardzo dużo napisać. Ciężko kakaowy, mający w sobie drzewny element. 

Otworzyłam i moim oczom ukazały się malutkie kosteczki koloru dość ciemnego brązu. Taki palisander z dodatkiem czerni. Nadszedł długo wyczekiwany moment, kostka powędrowała do ust.

Pierwsze, co poczułam i co szczerze mnie zaskoczyło to... delikatność. Intensywny smak, pełen kakaowej goryczki nie był w żadnym stopniu nachalny. Czekolada jest łagodna, niczym deserówka z najwyższej półki. Rozpuszcza się bardzo powoli i kremowo, lekko "maziście".
Odrobina tłustawości sprawia, że jej gorzkość jest łatwa w odbiorze. Na smak ma tutaj wpływ wiele czynników. Jednym z pierwszych skojarzeń była karmelowa słodycz kakao, odrobinę migdałowa i drzewna. W tle doszukałam się cienia śmietanki i ledwie wyczuwalną, przez ułamek sekundy, owocową kwaskowatość.
Dość silny był tu smak wanilii, słodkawy i rozkoszny. Zwiewność i subtelność doprawiona goryczką.

Zakończenie wszystkiego stanowił posmak kawy. Gorzkiej kawy z nutą kakao, również gorzkiego. Właśnie to czułam w ustach na długo po rozpuszczeniu się kostki, a muszę zauważyć, że kawy przy degustacji nie piłam. 

Muszę przyznać, że nazwa "porcelana" jest w pełni adekwatna. Nie myślałam, że gorzka czekolada może być tak delikatna. Tyle w niej w końcu było słodkości i nut smakowych, z pozoru prostych. Podczas jedzenia tak dużo się działo, że aż ciężko mi to było pozbierać w sensowną całość.
Zdecydowanie warta swojej ceny, najlepsza czysta gorzka 70%, jaką jadłam dotychczas.


Aktualizacja z dnia: 29.11.2015

Otrzymałam od kogoś w prezencie drugą tabliczkę, co doskonale zgrało się w czasie z zakupieniem przeze mnie czekolady Domori Porcelana 70 %. Postanowiłam raz jeszcze wrócić do Amedei, już z większym czekoladowym doświadczeniem i po analogicznej Domori.

Tym, co od samego początku rzuciło mi się w oczy (w kubki smakowe?) była struktura czekolady. Po Domori odebrałam ją jako bardziej proszkową, albo nawet chropowatą. Oprócz tego wciąż pozostawała dość maślana, także w smaku.

Początkowo znów wyczułam tu lekko drzewną nutę, która przeszła w stronę bardziej owocową. Tym razem byłam w stanie szczegółowiej określić, co to za owoce. Skojarzyło mi się to z plackami z dżemem morelowym. Potem na myśl przyszły też truskawki, ale morele były dosadniejsze. Wraz z tą nutą zaczynała rozlewać się słodycz: bardzo głęboko karmelowa i miodowa. Słodki, scukrzony miód - to było dzisiejsze skojarzenie.
Całość doprawiona lekko ziołową nutą i jakby cały czas popijana kawą. Zwłaszcza zakończenie było bardzo kawowe, tak, jakby zjeść placuszki z dżemem i miodem oraz karmelem, a następnie zapić sporą ilością kawy.
Najpierw myślałam, że po Domori, Amedei wyda mi się słabsza. Nie straciła aż tak wiele w moich oczach, ale warto zauważyć, że Amedei ma po prostu słodszy i delikatniejszy, bardziej stonowany smak. Strukturę ma mniej gładką, więc tu już każdy musi wybrać, co mu bardziej odpowiada. Ja uważam, że te czekolady są po prostu różne, a dla mnie... to Domori skradła serce.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 47 zł (za 50 g)
kaloryczność: nie podano
czy znów kupię: z ogromną ochotą

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, masło kakaowe, wanilia

wtorek, 28 kwietnia 2015

Mini Chips Ahoy!

Kto nigdy w życiu nie jadł najzwyklejszych ciasteczek, takich jak pieguski. Obok markiz, to chyba najpopularniejsze ciastka. Są wszędzie i każdy zna ich smak. Nic dziwnego, bo w swojej prostocie są po prostu genialne. W sumie nie kupuję ich, sama piekę bardzo rzadko. Po prostu nie widzę w nich nic takiego, co by mnie jakoś specjalnie ciągnęło do ciągłych powrotów do nich. 
Ameryka, różne blogi i producenci czekolad (np. Milka) oszaleli na punkcie Chips Ahoy!. Może nie tak, jak na punkcie Oreo, ale jakoś tam również. W końcu najważniejsze, to wypromować produkt, a tłum już za nim leci.
Chips Ahoy! to dla mnie najzwyklejsze ciasteczka z kawałkami czekolady, których bym nie kupiła, gdyby nie to, że trafiłam na wersję mini.

Po otworzeniu paczuszki nie poczułam niczego szczególnego. Kiedy wysypałam zawartość, zobaczyłam garść malutkich, bladych ciasteczek. Trzy, dwa, jeden... zaczynamy!
Ciastka są bardzo kruche i suche, co widać już po pierwszym gryzie. Sypie się to to na wszystkie cztery strony świata, a sypałoby się na więcej stron, gdyby tylko istniały. Maleństwa są niezwykle twarde, co tylko potęguje kruszenie się, podczas gryzienia.
Ciastka same w sobie nie są słodkie, prawie w ogóle. Nie wiem, jak je opisać, zwykłe lekko maślane ciastka.

W tle chyba wyczułam wanilię. Podkreślam słowo "chyba".
Kawałki czekolady są smaczne i kakaowe, jednak daleko im do nazwania ich prawdziwie gorzkimi, bliżej im do deserowości. W chórku dla kakao gra słodko-mleczny smak. Ten mleczny jest bardzo minimalny. Przy nich już same ciastka wydają się bardziej słodkie. Czekoladowych drobinek jest naprawdę sporo i mają słuszną wielkość.

Smaczne, najzwyklejsze na świecie ciasteczka.


ocena: 8/10
kupiłam: cosslodkiego
cena: 3.99 zł
kaloryczność: 500 kcal / 100 g (paczka 28 g - 140 kcal)
czy znów kupię: wątpię

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

lody Jacobs Latte Macchiato

Jestem wielbicielką kawy. Uwielbiam ją i wszystko (prawie) z jej dodatkiem. 
Najczęściej sięgam po Jacobs Creme (ze względu na szybkość parzenia i piankę), albo specjalnie zamawianą, którą sama sobie mielę (co zajmuje mi niestety sporo czasu), jednak dziś skupię się na pierwszej opcji. Jacobs. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy jakiś rok temu w sklepowej zamrażarce z lodami zobaczyłam uroczy, mały kubeczek Jacobsa, o tak dobrze znanym mi żółto-złotym kolorze. 
Od razu zrobiłam zapas, a potem, przez cały rok, już tylko go uzupełniałam. Dlaczego? Zapraszam do recenzji. 

Lody Jacobs Latte Macchiato od R&R to 185 ml lodów kawowych i śmietankowych (w proporcjach mniej więcej równych) z kawałkami czekolady z rozdrobnionymi ziarnami kawy i posypanych kawą mieloną.

Po usunięciu wieczka, do mojego nosa dotarł zapach właśnie kawy. To w końcu ona robiła za posypkę. Zatarłam ręce i zabrałam się do pałaszowania. Kawa, wiadomo, gorzka i rewelacyjna (chociaż nie często jadam kawę, raczej ją piję, ale co kto lubi - mi smakuje w każdej istniejącej odsłonie). 
Masa lodowa w kolorze białym to, jak nie trudno się domyślić, smak śmietankowy. Taka mleczna, minimalnie słodka śmietanka. Świetnie to współgra z częścią beżową (wizualnie, jak i smakowo), czyli kawową. Słodko-gorzką i śmietankowo-mleczną, a nie rozwodnioną. Gorzkość kawowych lodów nie należy do zbyt intensywnych. Rzekłabym, że jest bardzo, bardzo delikatna. 
Żadna część nie jest przesłodzona, co w sumie rzadko zdarza się w lodach produkowanych przez wielkie firmy dla mas.

Ciekawe urozmaicenie gładkiej masy stanowią kawałki czekolady z ziarnami kawy. Są one gorzkie. Jakże mogłoby być inaczej, skoro to nic innego, jak kawa? Co prawda, zmieszana z czekoladą, ale to jej ziarna wybijają się na prowadzenie. Czekolada jest tylko słodkim podkreśleniem subtelnej gorzkości. Drobinek jest sporo, a rozmiar mają słuszny. Stety, albo niestety są tylko w kawowej połowie.

Całość dla mnie jest po prostu przepyszna; nierozwodniona, słodka, ale nie przesłodzona i bardzo kawowa. Prawdziwa gratka dla miłośników kawy. 



ocena: 10/10
kupiłam: Tesco
cena: 5.50 zł (około)
kaloryczność: 109 kcal / 100 ml (kubeczek 185 ml - 202 kcal)
czy znów kupię: tak

niedziela, 26 kwietnia 2015

Milka choqsplash Minze mleczna z nadzieniem miętowym

Jeśli chodzi o połączenie "mięta i czekolada" - ze mną bywa różnie. W smacznej, deserowej mi pasuje, w mlecznej... unikam, ale nie twierdzę, że nie da się takiej czekolady dobrze wykonać. To, że uganiam się za nowościami - wiecie. To, że mam słabość do Milki - wiecie. A przynajmniej wie ten, kto mojego bloga już trochę czyta. 

To z Milką, jak i z nowościami, odziedziczyłam po mojej mamie i właśnie jej zawdzięczacie tę recenzję. To ona kupiła sobie tabliczkę Milki choqsplash Minze, a ja, jako dobra córka zrobiłam dobry uczynek i spróbowałam, ekhem, kostkę jako pierwsza, czy aby nie zatruta (wiecie, taki tester jedzenia, jak dawniej na dworach, albo i dzisiaj u Putina). Przy tym oczywiście musiałam obcykać zdjęcia i tak właśnie zdobyłam materiał do recenzji. Historia życia normalnie.


O co chodzi z tym "ekhem"? No tak... Po otwarciu zdziwiłam się trochę, bo czekolada jest dość dziwnie podzielona, ni to kostki, ni to nie wiadomo co. Nie jest do końca symetryczna (jak niektóre tabliczki Lindt'a), ani asymetryczna (jak Milka Bubbly). Warto wspomnieć, że ma tylko 90 g, bo w końcu tak ciężko do tych 100 g dociągnąć... 
Ogólnie dla mnie coś takiego średnio się podoba, przejdę jednak do opisu smaku.


Czekolada słodka, tłustawa i mleczna. Wydaje mi się (ba! jestem pewna), że jest lepsza jakościowo od tych dostępnych w Polsce. Nie jest taka przecukrzona, chociaż wciąż bardzo, bardzo słodka. Kakao jak nigdy w Milce nie było, tak wciąż brak. Uczciwie mogę jednak przyznać, że mi smakowała. Podczas próbowania, czy to przy rozdzielaniu nożem, czy przy pozwoleniu kostce się rozpuszczać w ustach (a rozpuszcza się błyskawicznie) w końcu trafia się na nadzienie. Nieco lejące, ale wciąż gęstawe. W kolorze zielono-szare, wpadające w żółć. Pachnie miętą i miętą również smakuje. Intensywną i przesłodzoną. Takie... tik taki w formie kremu. Niby nie takie złe, ale w połączeniu z i tak już słodką czekoladą, jakoś to wszystko nie gra. 

Dla osób lubiących miętę i rzeczy bardzo słodkie, może smakować. Mojej mamie smakowała. Dla mnie... tak sobie. Gdyby było czuć kakao, może byłoby lepiej. 


ocena: 5/10
kupiłam: moja mama kupiła w sklepie z niemiecką żywnością
cena: chyba 3.50 zł
kaloryczność: 495 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Z tego, co znalazłam w internecie, jest też wersja z orzechowym kremem, którą z chęcią bym przygarnęła. Może kiedyś się za nią rozejrzę, ale to w odleeegłej przyszłości.

sobota, 25 kwietnia 2015

Primavika Deser słoneczna pomarańcza z ziarnami zbóż

Mój romans z pomarańczami jest bardzo długi i skomplikowany. Kiedyś bardzo je lubiłam, ale skórek w niczym nie cierpiałam. Potem owoce wydawały mi się za kwaśne (nawet jak były słodkie), a w stronę skórek pomarańczy skierowałam wręcz nienawiść. Jakiś czas temu znów wróciłam do pomarańczy (i teraz nawet nie wiem, czy wolę je, czy mandarynki), a i do skórek zmieniłam nastawienie. Znaczy... w ciastach są dla mnie nie do przyjęcia, a już o sernikach nie mówiąc. W czymś innym jednak, np. czekoladzie, czy deserze, dlaczego miałabym nie dać im szansy? 
Tym bardziej, że jadłam już jeden deser Primaviki i smakował mi. 

Deser słoneczna pomarańcza z ziarnami zbóż, również od Primaviki, brzmi i wygląda bardzo zachęcająco. (Ja chcę, żeby wreszcie było dużo słońca!) Skład ma przyjemny dla oka, w porównaniu do tego, co na rynku jest o wiele łatwiej dostępne.

Kolor jest podobny do tego ze śliwką, czyli brązowawy, jednak tutaj kieruje się nieco bardziej w stronę pomarańczowego. Nie wygląda zbyt ładnie, ale gdy tylko po odkręceniu nakrętki poczułam smakowity, cytrusowy zapach, od razu wzięłam się za próbowanie. 
Lubicie soki? Ja pijam tylko te ze świeżo wyciśniętych owoców, bez cukru. Taki sok z pomarańczy jest czymś nieziemskim. Właśnie z takim sokiem skojarzył mi się smak tego deseru. Kwaśny, ale jest w nim coś słodkiego. Smaki te są ze sobą równo splecione, jak ściśle związany warkocz. Potem zostawał w ustach posmak, jak przy zwykłych sokach (a przynajmniej tak mi się wydaje). Czuć tutaj jeszcze łagodniejszą nutę, pewnie dlatego, że deser jest na bazie przecieru z dyni, która jest łagodna i słodkawa, jakby ktoś nie wiedział. 
W całym słoiczku aż roi się od ziaren i skórek pomarańczy. Ziarna zbóż są lekko chrupiące i zarazem delikatne. Nie są rozmiękłe, tylko takie... nietwarde. Nadają całości lekko zbożowego posmaku. Skórki są słodko-kwaśne i o dziwo bardzo mi ten dodatek przypadł do gustu.


Lubiącym owocowe smaki, a zbyt leniwym, żeby zrobić samemu, polecam.



ocena: 8.5/10
kupiłam: dostałam, ale produkty Primaviki można znaleźć w PiP, Almie, realu i na stronie: sklepvita.pl
kaloryczność: 99 kcal / 100 g, słoiczek 170 g - 168 kcal
czy znów kupię: jak gdzieś znajdę, to tak


piątek, 24 kwietnia 2015

Lindt Excellence Cherry Intense ciemna z wiśniami i migdałami

Intensywny zapach kwitnącej wiśni... Słońce delikatnie oświetlające jasnoróżowe, aromatyczne drzewa, przyozdobione kwieciem. 
Ogromne, bordowe owoce. Włożenie soczystej bomby do ust i powolne zaciśnięcie na niej zębów. Wybuch, rozlanie się w ustach cudownego, kwaśnego soku.

To dwa obrazy, które powstają w mojej głowie na słowo "wiśnia". Nie wiem, który jest wspanialszy. Może za sprawą Lindt Excellence Cherry Intense dojdzie do tego jeszcze trzeci? Czy tabliczka da radę, mimo wysoko postawionej poprzeczki?

Kiedy tylko rozerwałam tekturkę i pozbyłam się pazłotka, poczułam zapach, który zna chyba każdy. Mam na myśli zapach wiśni w czekoladzie. Wiśnia i deserowa czekolada - to daje specyficzne połączenie, którego nawet za bardzo nie umiem opisać, więc pozwolicie, że przejdę do smaku.

Najpierw to kakao daje o sobie znać. Przyjemna i delikatna goryczka miesza się ze słodkością. Wiadomo, 48 % kakao właśnie tak działa, więc ta czekolada może posmakować także tym, którzy nie przepadają za ciemnymi tabliczkami. Po prostu jak zwykle pyszna, deserowa lindtowska czekolada. Kostka rozpuszcza się w ustach bardzo powoli i gładko. W trakcie tego procesu dochodzi do nas smak wiśni.
Lekko kwaśny i słodki. Przesiąkła nim cała czekolada. W końcu z deserowej masy wyłaniają się kawałki migdałów i wiśni. Zacznę od owoców, gdyż tutaj mogę się trochę rozpisać. Są one przede wszystkim słodkie i niestety nie są to same wiśnie, a takie galaretkowate cząstki (wstawiam zdjęcie składu, na samym dole). Smaczne - to trzeba im przyznać. Owocowo-słodkie z kwaskowatym akcentem. Tych kawałków nie jest za dużo, ale swoje robią. Wolałabym, żeby było ich więcej i żeby były to czyste wiśnie w swej wiśniowej postaci, ale to nie koncert życzeń. Drugim dodatkiem są siekane migdały. Kawałki całkiem spore, jednak nie duże. Chrupią i smakują tak, jak migdały powinny smakować. Pysznie i (odkrycie!) migdałowo. 

Czekoladę jadłam z ogromną przyjemnością. Swoje wady ma, ale jest warta polecenia.


ocena: 8/10
kupiłam: firmowy sklep Lindt
cena: 10.49 zł
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy znów kupię: może kiedyś

czwartek, 23 kwietnia 2015

Twix Peanut Butter

Ostatnio w mej głowie zrodził się pomysł napisania recenzji kilku klasycznych batoników. Po dłuższym zastanowieniu od czego zacząć, doszłam do wniosku, że w sumie na żadnego z nich nie mam szczególnej ochoty. Co innego, jeśli chodzi o wersje, których nigdy nie jadłam...
Ostatnio był Twix White, ale dla mnie to nie wystarczy. Dla mnie, największej na świecie wielbicielki masła orzechowego, byłoby hańbą, gdybym tę wersję pominęła. To jest właśnie powód (jeden z dwóch, drugi to chorobliwa chcica na cokolwiek z tym właśnie smarowidłem), dla którego obiektem dzisiejszej recenzji jest... Twix Peanut Butter, czyli Twix z masłem orzechowym.


Czym prędzej wyjęłam z szuflady czerwone, oczo... jaskrawe opakowanie i rozerwałam je. Dwa, znane chyba całemu cywilizowanemu światu, paluszki i zapach słodki i czekoladowy.


Gdy rozłamałam jeden z batoników, nieco się zdziwiłam. Moim oczom ukazała się jasna warstwa masła orzechowego i... ciemne ciasteczko?! Jak to, takie cuda w Twix'ie? Przecież ten batonik zawsze jest ze zwykłym herbatnikiem... Moja ciekawość rozszalała się już w ogóle, jednak musiałam ją jeszcze przez moment potrzymać w niepewności i dokonać oględzin poszczególnych elementów.


Czekolada, którą batonik oblano, stanowi cienką warstwę, ale bardzo słodką i mleczną. Jest smaczna, jak to w Twix'ach i innych batonach tego typu. Tłusta, szybko się rozpuszcza, odsłaniając serce batona, czyli to na co czekałam już od dawna... masło orzechowe. Ewidentnie fistaszkowo i... minimalnie słone. Liczyłam na pyszne masło, z dodatkiem soli rodem z Reese's. Nie. Tutaj mamy kremowe, zwykłe masło orzechowe. Nie narzekam, bo jest naprawdę dobre, jednak uważam, że mogło być lepsze. Lekko tłuste i dość... jakby... wyschnięte. Znaczy, nie jest kremowe i wilgotne, a takie właśnie "suchawe". 
Myślałam, że to ono będzie głównym elementem tego Twix'a, jednak to ciemne ciastko stanowi jakieś 65 % wnętrza. Jakie ono jest w smaku? Wreszcie zaspokoiłam swoją ciekawość. 
Jest kruche i suche, ale nie rozlatuje się na wszystkie strony podczas jedzenia. Rozgryzając je, poczułam silnie kakaowy i lekko słonawy posmak. To mi w pełni odpowiadało. Dobre ciastko, ale znowu... liczyłam, że będzie go mniej, a więcej masła i że to ono będzie dawało nutkę słoności, ale stało się inaczej.
W połączeniu mamy batonik ze smaczną, słodką czekoladą oraz słonawą nutą, płynącą głównie z ciastka i także z masła orzechowego. Jak klasyczna wersja Twix'a mimo wszystko jest dla mnie trochę za słodka, tak z tą było wszystko w porządku. Tyłka jednak nie urwało, gdyż było jakoś tak... sucho i krucho.


ocena: 9/10
kupiłam: Coś słodkiego
cena: 6.99 zł
kaloryczność: 525 kcal / 100 g, 2 batoniki (47,6g) - 250 kcal
czy znów kupię: może przy okazji

Jak Wam się podoba takie rozmieszczenie tekstu i zdjęć? Lepsze niż poprzednie?

środa, 22 kwietnia 2015

Dobilas Jogurty EKO: Wanilia, Jabłka i ziarna zbóż

Zawsze, ale to zawsze kiedy jadę do jakiegoś większego miasta, zahaczam o sklep, którego w moim nie znajdę i nie ma bata, żebym nie sięgnęła po produkty, które widzę po raz pierwszy. 

Jednym z takich właśnie produktów okazał się Dobilas Wanilia Jogurt EKO, czyli litewski waniliowy jogurt ekologiczny. Wydaje się być całkiem zwyczajny, ale wzięłam go głównie ze względu na jego wielkość, bo tego dnia akurat było dość ciepło i bałam się, że może nie wytrzymać kilkugodzinnej drogi do domu, a jak wiadomo, mały jogurt - mała strata. 
Składu nie będę omawiać, każdy może go sobie poczytać na zdjęciu, bo to nie moja specjalność. 
Ja wolę zająć się smakiem. 

Po otwarciu poczułam silnie waniliowy zapach. Nie był to aromat, który atakuje nas nachalnie, niczym twarze polskich polityków na kilka dni przed wyborami, a zaznaczenie "ja tu jestem" i zachęta "spróbuj, jak nie wierzysz". Elegancka, doskonale kremowa konsystencja, ani za gęsta, ani za płynna, kusiła jeszcze silniej. Co więc miałam niby zrobić? Spróbowałam! 
Od razu dobiegł mnie słodki smak. W dodatku nie taki, jakby ktoś dodał za dużo cukru, a po prostu bardzo prawdziwie waniliowy. Jest to słodycz bardzo mocna (wanilia jest w końcu słodka), jakby komuś się tej wanilii dodało za dużo. W dużej mierze jest to po prostu aromat, a słodycz jest napędzana przez cukier. Czuć również mleczność, taką tłustawą wręcz, z posmakiem, niczym prosto ze wsi z wiaderka. Nie chodzi mi tu o "ciepłe mleko prosto od krowy", a takie świeże mleko (od krowy co prawda, ale nie ciepłe) po prostu. Ta "krowiość" może niektórym trochę przeszkadzać, ale jest ona naprawdę minimalna.
 Wanilię rzeczywiście czuć (mimo dużej ilości cukru), a gdzieś w tle - specyficzny jogurtowy akcent. Summa summarum, jogurt mi smakował. Początek nie zapowiadał nic dobrego (cukier, czy wanilia... i tak nieco przesłodzone), jednak już po drugiej i trzeciej łyżeczce odkryłam, że ma on w sobie "to coś", dzięki czemu chętnie zjadłam go do końca, chociaż nadal utrzymuję, że mniej cukru by mu nie zaszkodziło.


ocena: 8.5/10
kupiłam: Carrefour
cena: 2.85 zł
kaloryczność: 106 kcal / 100 g 
czy kupię znów: tak



Dobilas Jabłka i ziarna zbóż

Po drugi smak sięgnęłam po pewnym czasie, za dużo od niego nie oczekując. Powód? Nie przepadam za jogurtami z ziarnami, zazwyczaj są one albo za twarde, albo za bardzo rozmiękłe i bez smaku.
Jako, że waniliowego nie było akurat w sklepie, zdecydowałam się na ten wariant. Czy jogurty Dobilas ogólnie są dobre, czy tylko jedna "perełka" im się trafiła?

Po oderwaniu wieczka czuć całkiem przyjemny zapach, jogurtowo-jabłkowy. Lekki, nienachalny.
Pierwsza łyżeczka i... zaskoczenie! Od razu trafiłam na spore kawałki owoców w ilości, której producent się nie powstydzi, to pewne. Spodziewałam się po prostu jabłkowego smaku, a tu taka niespodzianka. Jak te kawałki smakują? Słodko. Słodko i oczywiście jabłkowo. Na pewno nafaszerowano je cukrem, co mogli sobie darować, bo jabłkowa kwaskowatość byłaby tutaj na miejscu. "Ziarna zbóż" - element, którego się trochę bałam. Płatki owsiane, jęczmienne i inne zboża spełniły jednak całkiem nieźle rolę przyjemnego dodatku, w sprawie konsystencji, jak i smaku. Nie były zbyt rozmiękłe. O twardości jednak nawet mowy nie ma! Nadały "krowiej", przesiąkniętej słodkimi jabłkami, całości (sam jogurt jest właśnie taki trochę "krowi", jak w wersji waniliowej) smakowitej zbożowości.
Wydaje mi się, że ten smak jest nieco mniej słodki od waniliowego, jednak tutaj z kolei brakuje właśnie tej kwaśnej nutki. Czy to z samego jogurtu, czy to z jabłek.
Smaczny, ale bez ochów i achów. Nie każdemu posmakuje ze względu na posmak, o którym wspominałam kilka razy.


ocena: 7/10
kupiłam: Alma
cena: nie pamiętam, ale chyba coś koło 2-3 zł
kaloryczność: 113 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie

wtorek, 21 kwietnia 2015

Dolfin Noir au the Earl Grey deserowa z herbatą

Będąc w Almie oczywiście musiałam się zaopatrzyć w czekolady dostępne tylko tam. Dolfin zwróciły moją uwagę, bo ich opakowanie skojarzyło mi się, sama nie wiem dlaczego, z opakowanie cygar. Nie chodzi mi o te drewniane skrzyneczki, a taką folię, w którą czasem są pakowane. Nieważne. Wzięłam kilka tabliczek, które na dłuższy czas zostawiłam w mojej szufladzie. Po prostu nie mogłam się zdecydować, od której zacząć. Ostatnio, przy herbatce naszła mnie ochota na czekoladę. I którą wybrać? A niech już te chwile będą herbaciane w 100 %.

Dolfin Noir au the Earl Grey, czyli czekolada deserowa (52 % kakao) z herbatą Earl Grey ukrywa się w uroczej kopercie, z której z ochotą ją wydobyłam. Uderzył mnie zapach herbaty! Mieszał się on z czekoladą, która jednak znikała gdzieś w tle. Ciekawe doświadczenie przy obcowaniu z czekoladą. Kolor ma ciemny (niestety nie widać tego zbyt dobrze na zdjęciach), co w sumie mnie zaskoczyło (w końcu to czekolada deserowa, a nie gorzka 80 % czy coś). Pozytywnie oczywiście. Podzielona jest na prostokąty, czyli tak, jak lubię. 

Pierwszy kawałek ułamał się z trzaskiem. Już wiem, że będzie dobrze.
Pierwszy kęs. Kawałek zaczął powoli się rozpuszczać. Czekolada nie jest tłusta, ale mazistości występującej w tych gorzkich, także tutaj się nie znajdzie. Czuć tutaj cierpkość kakao z elementem słodkości. Wyczułam tutaj także jakby wanilię, ale bardzo, bardzo minimalnie. Po pewnym czasie poczułam na języku coś jeszcze.
Malutkie, twarde cząsteczki. Bardzo malutkie. Wtedy też pojawił się smak herbaty, który wcześniej był gdzieś jakby za mgłą. Teraz to on zawładnął kubkami smakowymi.

Czarna herbata z goryczką, która teraz nieco złagodniała, kakao. Wszystko rozpuszczało się powoli, co chwila na prowadzenie wysuwała się inna nuta smakowa. Raz kakao, raz herbata, raz słodkość... To ostatnie bardzo minimalne. Goryczka kakao i herbata (właśnie w tej kolejności) ją zdominowały, ku mojej uciesze. Dobra herbata, to niesłodzona herbata.

Ta czekolada mniej więcej taka była. Jedząc ją, poczułam się jak w dobrej herbaciarni. Smak i zapach earl grey był tak silny i charakterystyczny, że o mojej zaparzonej i czekającej na mnie w kuchni herbacie, kompletnie zapomniałam. 
Wszystko jest tak, jak powinno być, ale te twarde, wręcz ostre, drobinki jakoś tak... Sama nie wiem. Dobrze, że zapach i smak herbaty nie pochodzi z samego aromatu.

Nad oceną trochę się zastanawiałam. Była smaczna, ale nieprzyjemnie się ją jadło z powodu wyżej opisanego. Myślę, że z powodu 8 czekolada nie poczuje się urażona.


ocena: 8/10
kupiłam: Alma
cena: 9.99 zł
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, herbata earl grey, wanilia, lecytyna sojowa

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Reese's Peanut Butter Cups Miniatures

Chyba nigdy nie pogodzę się z faktem, że na polskim rynku jest tak mało produktów z masłem orzechowym. Amerykanie są pod tym względem o wiele bardziej kreatywni (bądź leniwi, zależy jak na to patrzeć) i robią dosłownie wszystko, co się tylko da, z dodatkiem tegoż właśnie kremu. Pewnie dlatego są potęgą gospodarczą. 

Przeglądając rozmaite blogi dławię się krwią, zalewającą mnie ze złości (albo raczej śliną, ale mam tendencje do koloryzowania), na widok coraz to innych rzeczy z tym jakże prostym produktem. Też macie takie masochistyczne zapędy, że przeglądacie strony z zagranicznymi słodyczami i rozpaczacie, że nie ma ich w Polsce? 

Ostatnio, będąc w Warszawie, jak zwykle zajechałam do sklepu cosslodkiego, oferującego słodycze zza oceanu. Niby USA nie słynie z najlepszych czekolad, ale smarowidła (i oczywiście rzeczy z nimi) to mają niewyobrażalne. 
Tym razem nie rozdrabniałam się, nie kupiłam kilkunastu małych batoników, czy małych tabliczek czekolad, nie. Kupiłam coś, co chodzi za mną już od bardzo długiego czasu. Mam na myśli Reese's Peanut Butter Cups Miniatures, całe 150 g, czyli największą paczkę, jaka była na stanie. Właściwie, akurat konkretnie miniaturki za mną nie chodziły (myślałam o zwykłych w mlecznej, białej lub ciemnej czekoladzie, batonach, wafelkach) , ale akurat nie było zbyt dużego wyboru (uściślę: były tylko miniaturki, duża paczka i na sztuki), a jak się nie ma, co się lubi, to i tak kupuje się babeczki Reese's (przynajmniej w moim przypadku). Nie mogę bez nich żyć (znaczy, mogę, ale żyć, wcinając je, jest jakoś przyjemniej). A dlaczego? 

Zacznę od tego, że sam zapach po otwarciu paczki po prostu powala - czyste masło orzechowe z czekoladową nutą.
Mimo iż nieduża, każda babeczka jest dość ciężka, lecz w żadnych wypadku nie można nazwać ją twardą. Oblana jest naprawdę dużą ilością mlecznej czekolady, nie grzeszącą zawartością kakao, mającą wysoki współczynnik zasłodzenia, która odrobinę zamula. Nie chciałabym próbować jej w formie zwykłej tabliczki, bo w dodatku jest nieco zbyt tłusta i roztapia się szybko (a zaczyna już w momencie, gdy bierzemy babeczkę w palce). 
To jednak nie czekolada stanowi sedno (na szczęście). Ona jest tylko dodatkiem. Duszą babeczek jest zbite, lekko proszkowe w konsystencji wnętrze z masła orzechowego. Taka forma nie zdała by pewnie egzaminu jako smarowidło, bo nie jest do końca kremowa, lecz w tym produkcie zdaje za pierwszym podejściem (a nie jak większość ludzi męcząca się ze zdaniem na prawo jazdy). Nie jest ono ani wilgotne, ani zbyt suche. Rozpuszcza się w ustach znacznie wolniej niż polewa, z każdą chwilą wydobywa się kolejna dawka dobrze wyważonego, słonego smaku, który uwielbiam w masłach orzechowych. Czekolada i wnętrze. chociaż tak różne, niczym ogień i woda (albo jak sól i cukier, jak kto woli) tworzą spójną i zarazem kontrastową całość.
W wersji miniaturowej chyba jest więcej czekolady, niż w klasycznej. Szkoda, bo ta nadmierna słodycz trochę przeszkadza, ale ten szczegół potrafię wybaczyć.



Chociaż pyszne, muszę im nieco ocenę obniżyć za proporcje czekolada : masło orzechowe. Czekolady jest nieco za dużo, biorąc pod uwagę jej niesmaczność (delikatnie mówiąc).

ocena: 9/10
kupiłam: cosslodkiego
cena: 18.99 zł
kaloryczność: ok. 480 kcal / 100 g, 5 sztuk - 220 kcal
czy znów kupię: tak, jak tylko będę miała możliwość 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Zotter Sacramental Wine and Frankincense / Messwein und Weihrauch mleczna z winem i kadzidłem

Kiedyś ciekawiło mnie, jak smakuje wino mszalne. Co w tym takiego jest, że księża na całym świecie je tak popijają co mszę? Obecnie ciekawić mnie przestało, jak i wszystko, co z takimi obrzędami związane, ale Zotter Sacramental Wine and Frankincense Messwein und Weihrauch to już co innego. 
Na opakowaniu mamy rysunek kościelnego kielicha (sądząc po kropelce nad nim, coś w nim musi być, albo dopiero będzie) i złocistego kadzidła na czerwonym tle. No, no, to ciekawe. 
Czy to odpowiedź na modlitwy prawdziwych smakoszy? 


Messwein und Weihrauch to 40 % mleczna czekolada z nadzieniem z białej czekolady i kremem z czerwonego wina, porzeczek i kadzidła (tak, moi drodzy, kadzidło też jest w składzie, nie tylko w nazwie). 

Niecodziennie zdobiony papierek szybko został przeze mnie usunięty, zaraz potem poszedł kolejny, ten złocony, a ze środka wydobyłam grubą, 70-gramową tabliczkę. Dobiegł mnie zapach wysokiej jakości mlecznej czekolady. Zaraz... dlaczego nie kadzidła? Pierwsze, lekkie rozczarowanie. Przełamałam na pół. Trzask był minimalny. Co jest, Zotter? Czekolada dziwnie szybko się rozpuszcza (znaczy... nie tak szybko jak przeciętne, mleczne czekolady, ale i tak dość szybko) i jest, jak na mój gust, za miękka. Nie wiem, jak traktowali moją przesyłkę na poczcie i w czasie transportu, więc może to tego wina?

W przekroju zobaczyć można dwie, kontrastowe warstwy, w konsystencji przypominające przemielony krem - białą i fioletową, pokryte całkiem sporą ilością czekolady. Opis zacznę od początku, czyli od samej czekolady. Słodka i mleczna, jednak to kakao jest tutaj wiodącą nutą. Tłustawa, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Idzie się zakochać!

Dalej, nadzienie o fioletowym kolorze. Jest ono słodko-kwaśne. Na początku czuć smak porzeczek, dojrzałych i naprawdę dobrych, a potem dochodzi winny, dość charakterystyczny, lecz niestety za delikatny, posmak. Połączenie tego przywiodło mi na myśl porzeczkowe śliwki, przyrządzone w winie. Sama nie wiem, skąd takie skojarzenie, bo nigdy czegoś takiego nie jadłam.

Druga, czyli biała warstwa jest lżejsza i słodsza w smaku. Nie jest to czysta biała czekolada. Jest słodka (może nawet odrobinę za słodka), śmietankowa, nasiąknięta kwaskowatością wina i... czuć tutaj coś jeszcze. Lekki, ledwo wyczuwalny, lecz jakże inwazyjny posmak. Nuta, której w czekoladach (i w sumie w niczym innym) się nie spotyka. Kadzidło kościelne. Tak, tego nie da się pomylić z niczym innym. O tyle, o ile tego zapachu nie wyczułam, to w smaku już tak. Mało tego, kadzidlane nuty tak rozbudziły zmysły, że doszło do tego, jakbym zapach również poczuła.
Niestety, w całości ta "kadzidlaność" nieco zanikała w porzeczkowo-śmietankowo-słodkiej czekoladzie z akcentem wina. Spodziewałam się czegoś innego. Myślałam, że zapach i smak kadzidła i wina uderzy mnie już w momencie otwarcia, a tu nic takiego się nie wydarzyło. Tak czy inaczej, czekolada jest pyszna, ale fakt, że nie dostałam tego, czego oczekiwałam trochę obniżył końcową ocenę (chciałam znów wystawić Zotterowi 10, ale mówi się trudno).


ocena: 8.5/10
kupiłam: LeChocolat
cena: 18 zł
kaloryczność: 504 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie

(A na odwrocie czekolady... napisy "Zotter". Dopiero przy tej tabliczce to zauważyłam)

Skład: masa kakaowa, surowy cukier trzcinowy, masło kakaowe, daktyle (9%), pełna śmietanka w proszku, migdały, mleko, syrop fruktozowo-glukozowy, masło, słodka serwatka w proszku, brandy z cukru trzcinowego, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, odtłuszczone mleko w proszku, wanilia, olejek miętowy (0.01%), płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), cynamon

sobota, 18 kwietnia 2015

Primavika Deser jesienna śliwka z ziarniami zbóż

Jak mantrę będę powtarzać, że ubolewam nad tym, że pewnych sklepów nie ma w mojej okolicy. Zawsze jak w nich jestem, to coś wypatrzę. Alma, Piotr i Paweł, czy nawet real. Ileż tam jest ciekawych produktów! Jakiś czas temu w oczy rzuciło mi się czerwone logo mało znanej firmy, o nazwie Primavika. W blogowej sferze co prawda jest raczej rozpoznawalna, ale ja miałam okazję zapoznać się z nią stosunkowo niedawno. 
Produkt, któremu poświęcam dzisiejszy wpis, jest tak prosty, że aż genialny. Deser ze śliwkami i ziarnami, a konkretniej deser jesienna śliwka z ziarnami zbóż od Primaviki właśnie. 
Dlaczego uważam takie rzeczy za genialne? Nie raz sama próbowałam zrobić taki deserek, czy po prostu przecier. Nigdy nie mogę utrafić ze słodkością, czy proporcjami owoców. Na ratunek dla takich jak ja przybywa 170-gramowy słoiczek. W dodatku, z wartym uwagi składem. To, co oferują nam zazwyczaj sklepowe półki woła o pomstę z cukrem na pierwszym miejscu w składzie. Tutaj nie będę się rozpisywać, zapraszam do zjechania trochę niżej (zdjęcie składu).

Gdy tylko odkręciłam nakrętkę, dobiegł mnie silny zapach suszonych śliwek. Osobiście uwielbiam takie jesienne, śliwkowe zapachy. Wiem, że trochę się z tą jesienią spóźniłam (albo trochę za szybko z nią wyleciałam), ale po prostu nie mogłam jej się oprzeć. Śliwki są dobre o każdej porze roku! Kolor i wygląd może nie zachwycają, ale są naturalne, bez żadnych barwników, a to już plus.

Skoro zapach wywarł na mnie tak pozytywne wrażenie, łyżeczka zanurkowała w słoiku bardzo szybko. A potem powędrowała do ust. Smak? Jest śliweczka, oj jest! Suszone śliwki mają dość mocny smak, tutaj na szczęście jest stonowany czymś "lżejszym", co czyni deser właśnie deserem. On z założenia jest lekki. Przecier z dyni robi kawał dobrej roboty. 
Mamy tutaj lekką kwaskowatość, jednak słodycz zdecydowanie przeważa. Nie jest to przecukrzony produkt, w żadnym razie. Ani grama cukru! Wszystko za sprawą syropu z agawy, czego w smaku nie wyłapałam, ale słodycz jest, a cukru w składzie brak - mnie to cieszy.
Sam przecier, ze śliwkami, czy bez, byłby nieco nudny. Tutaj wkraczają nazywane przeze mnie "chrupaczami", bądź urozmaiceniami konsystencji, ziarna zbóż. Konkretniej ziarno pszenicy, kasza jaglana i kasza jęczmienna. Żadne z nich nie jest rozmiękłe, czy bez wyrazu. Są twardawe, ale zębów nie łamią. Do woli można gryźć, gryźć i gryźć, bo co chwila człowiek na coś trafia. Te dodatki dodają lekkiego ziarnistego posmaku, co wypada naprawdę smacznie. 

Polecam osobom, które mają ochotę na jakiś słodki deser, zamiast przesłodzonych jogurtów czy przecierów, a są zbyt leniwe (tak jak ja), żeby zrobić samemu.



ocena: 7.5/10
kupiłam: dostałam, ale produkty Primaviki można znaleźć w PiP, Almie, realu i na stronie: sklepvita.pl
kaloryczność: 95 kcal / 100 g, słoiczek 170 g - 162 kcal
czy znów kupię: z chęcią