wtorek, 30 czerwca 2015

lody Gelatelli Master of Taste Crunchy Almond

Czy amerykańskie = dobre? 
Według mnie nie. Trzeba im przyznać, że mają rewelacyjne masła orzechowe i parę innych rzeczy, ale ogólnie prawie wszystko zakrawa o kicz. W lipcu będę miała okazję przypomnieć sobie to i owo, ale raczej ciągnie mnie do miejsc bardziej oddalonych od cywilizacji (fala recenzji będzie dopiero na jesieni, albo i w sierpniu, zależy kiedy będę miała czas napisać to i owo). Co do produktów amerykańskich w Polsce. Są strasznie drogie, często niewarte swojej ceny (bo mimo, że smaczne... to bez przesady!), ale na szczęście Lidl umożliwia nam zrobienie zapasów rzeczy na amerykańską nutę. 
Pianki do pieczenia? Jogurt z popcornem? Ja dziękuję! Jednak znalazło się też kilka produktów, w które zaoptrzyć się musiałam. 

Były to lody Gelatelli Master of Taste czekoladowe, oraz nowość - Gelatelli Master of Taste Crunchy Almond, czyli "lody śmietankowe karmelowe z sosem karmelowym, karmelizowanymi migdałami 8% i kawałkami karmelowymi 2,5%". Sos karmelowy to 9 % całości, a migdały - jedynie 4,2%. Tak czy inaczej, karmelowe 426 g (500 ml) lodów zapowiada się naprawdę dobrze (i słodko). 


Otworzyłam pudełko, pociągnęłam nosem. Zapach nie był czysto karmelowy, jak opis, a zdecydowanie bardziej złożony. Pojawiły się tu bowiem bardziej karmelowo-maślane nuty z sugestią migdałów. 
Kiedy zanurzyłam łyżeczkę w złocisto-beżowej masie, ze zdziwieniem odkryłam, jak delikatna i miękka jest. Nie czekałam zalecanych 10 minut, tylko tyle, ile zajęła mi "sesja opakowania", więc nie wiem, co by było, gdybym poczekała więcej. Na szczęście lubię takie roztapiające się już lody. 

Spróbowałam najpierw samej masy. Była dość kremowa, gładka i mimo, że do zbitych nie należała, to wodnistą też bym jej nie nazwała, a zdecydowanie gęstą (gęsta, ale nie zbita - może brzmi wręcz paradoksalnie, ale taka była). W smaku na przód wysuwała się słodycz, bardzo silna. Nie czułam tu smaku śmietanki, ale taką śmietankową tłustawość. Czuć tu jeszcze jakby trochę masełka... Jeśli miałabym być szczera, to są tłustawe i na mój gust, odrobinę (ale dosłownie odrobinę), trochę za.
Maślany motyw także w smaku się pojawił, opiewał on wyraźnie karmelowy smak. Nie odnalazłam tu żadnej, nawet najmniejszej palonej nuty. To, co czułam to była silna słodycz, jednak nie cukrowa, a wpadająca w karmel. 

Sos karmelowy przeplatał całą masę i nie mogę narzekać, że było go mało. Miejscami więcej, miejscami mniej, ale odpowiadało mi to. Kiedy go spróbowałam, przekonałam się, że większa jego ilość mogłaby podziałać na niekorzyść. Dlaczego? Sos był bardzo, ale to bardzo słodki. Gęsto-lejący, czyli o konsystencji dziwnie podkręcającej odczuwanie słodyczy.
 Maślane nuty były tu silniejsze, niż w lodach, ale także tu słodycz była na pierwszym miejscu. Sos aż drapał w gardle. Ani soli, ani palonego posmaku tu nie wyczułam. Chyba, że minimalna nutka, pojawiająca się po jakiś czas, ale była tak słaba, że nawet posmakiem jej nie mogę nazwać. Karmelowy sos okazał się straszliwie słodkim dodatkiem, jednak mimo wszystko nie był cukrowy. W tej ilości, smakował mi. 
W lodach swoje miejsce znalazły także karmelizowane migdały i kawałki karmelu. Jakby je tu podsumować? Lody nie bez powodu nazywają się "crunchy" - migdały, ściślej mówiąc, to ich kawałki i cząsteczki, nie są rozmiękłe, czy zatęchłe, a przyjemnie chrupiące. Ich smak jest wydobyty za sprawą słodko-palonych nut wokół. Karmel, który się na nich znalazł i ten z samodzielnych karmelowych cząstek, uwydatnił walory tychże bakalii. Mają one lekko prażony smak i wyraźnie przebijają się przez słodycz lodów i sosu. 

Kawałki karmelu są bardzo słodkie, ale już z posmakiem słonawo-palonym. Niestety są strasznie malutkie i nie jest ich zbyt wiele. 
Dodają jednak przyjemnego, chrupiącego efektu.

Powiem tak: nie są to najlepsze lody, jakie w życiu jadłam, ale muszę przyznać, że bardzo mi smakowały. Fakt, tylu cukrów i syropów w składzie to dawno już nie widziałam, ale karmel to w końcu palony cukier, więc co się dziwić? 
Jak na mój gust są mimo wszystko za słodkie. Z racji tego, że są bardziej rzadkie, niż zbite i gęste, słodycz odebrałam jeszcze silniej. Migdałów z kolei jest trochę za mało, a dokładniej to kawałki są za małe. Po całych kostkach czekolady w wersji czekoladowej liczyłam na całe migdały, albo przynajmniej połówki, bo bez przesady - całych migdałów w lodach to jeszcze nigdy nie spotkałam. Palony posmak jest w znikomej ilości. 
Trochę skojarzyły mi się z Haagen-Dazs, ale Gelatelli są o wiele słodsze (aż za słodkie). Na korzyść lidlowych lodów działa jednak cena.
Dobre lody w stosunkowo niskiej cenie. Ja mam dość wysoką tolerancję na cukier w lodach, więc dla mnie to przesłodzenie nie było aż takie straszne, ale osoby wolące mniej słodkie lody ostrzegam. 


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 7.77 zł
kaloryczność: 252 kcal / 100 g, 215 kcal / 100 ml
czy znów kupię: nie planuję


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Muller Mix Hawaii Pina Colada jogurt kokosowy ze wsadem ananasowym

Gdy tylko dowiedziałam się o nowych smakach Muller Mix'ów, wiedziałam, że nie spocznę, dopóki ich nie dostanę. To nic, że nie jadam jogurtów od dłuższego czasu, to nic, że recenzje produktów sprzed paru miesięcy zalegają mi do opublikowania... Wiedziałam, że nowe smaki to po prostu strzał w dziesiątkę. To znaczy, pozwoliłam sobie założyć, że mi posmakują, bo w końcu amaretti i pistacja, czy kokos & ananas to połączenia poszukiwane przeze mnie w słodyczach (i nie tylko ;) ). 

Traf chciał, że udało mi się trafić na jeden z nowych smaków, a konkretniej na Muller Mix Hawaii Pina Colada, czyli jogurt kokosowy (albo raczej o smaku kokosowym, co przeczytałam na opakowaniu dopiero pisząc recenzję) ze wsadem ananasowym.

Rzeczywiście, brzmi jak jogurtowa wersja pina colady, a więc czegoś, co wielbię i ubóstwiam, jednak pozostało pytanie: skoro w jogurcie brak pewnego bardzo ważnego składnika (nie jednego, jak się potem okazało) pina colady, to czy spełni on moje oczekiwania? 

Oderwałam papierek i najpierw zaspokoiłam zmysł węchu. Na przodzie był zdecydowanie ananas. Smakowity, kwaśno-owocowy zapach kompetentnie skrywał jogurtową nutkę. Przede mną trudne pytanie: od czego zacząć? Postawiłam na jogurt, pamiętając rewelacyjny kokosowy Muller Mix Caribic
Nabrałam całą łyżeczkę gęstej masy. Uwielbiam gęste jogurty, co do gęstości właśnie - nie mam zastrzeżeń. Oprócz tego, idealnie gładki... Niby brzmi to jak zaleta, bo czy jest ktoś, lubiący jogurty z grudkami? Grudek nie cierpię, ale liczyłam na wiórki kokosowe, a tym czasem... ani jednego, najmniejszego kawałeczka wiórka nie znalazłam. Mało tego... kokos w smaku jest prawie niewyczuwalny. Przytłacza go smak jogurtu, ale wcale nie naturalnie kwaśnego, a jakiegoś takiego... przesłodzonego. Teraz, patrząc w skład, to się nawet nie dziwię - 0,2 % kokosa... owszem, jakąś minimalistyczną nutkę, albo nawet półnutkę to dało, Przy tej słodyczy czai się i kwaśny posmak, jednak do naturalnych on nie należy i również jest tylko posmakiem. 
Pełna podejrzeń, nabrałam na łyżeczkę trochę wsadu. Co mnie zaskoczyło to to, że znalazły się tam całkiem spore kawałeczki ananasa. 9,9 % tego owocu to już lepszy wynik, niż kokosa w jogurcie, a do tego jeszcze 1,4 % soku ananasowego z zagęszczonego soku ananasowego (masło maślane?). Tutaj muszę pochwalić: ananas czuć. Nawet jest coś do pogryzienia, bo kawałki zachowały całkiem przyjemną konsystencję: miękką, ale zwartą. Teraz wiadro zimnej wody: smakuje to jak zasłodzony ananas z puszki, na myśl o którym aż mi się niedobrze robi. Cukru jest tu jeszcze więcej, niż w jogurcie (który... no ok, nie był aż tak bardzo przesłodzony - jemu mogę to wybaczyć). Mało tego! Owocowa część była także kwaśna, ale wychwyciłam tu kwasek cytrynowy, nie zaś naturalnie kwaśny ananas.

Co do konsystencji wsadu... przypomina on bardzo rzadki dżem, w zasadzie tu nie ma się do czego przyczepić.
Wylałam żółty dżemik na jogurt i zjadłam to łącznie. W połączeniu ananas smakował bardziej anasowato, a jogurt wydał mi się tylko i wyłącznie słodko-jogurtowy. Kokos? Pilnie poszukiwany. Czasami, gdzieś w oddali się wyłaniał, próbował coś zwerbować, ale wyszło to słabo i w gruncie rzeczy, gdyby człowiek nie analizował dokładnie smaku, to na pewno by go przeoczył. 

Ogólnie, właściwie nawet mi smakował, jak na jogurt z ananasowym wsadem. Jak na kokosowy jogurt... to już gorzej. Jako namiastka pina colady, od biedy może być, ale spodziewałam się... właściwie sama nie wiem czego. A właściwie wiem: chciałam wreszcie jakiemuś mix'owi móc wystawić dziesiątkę, albo chociaż 9-tkę, jak dla wersji Caribic. Wyszło jednak za słabo, zdecydowanie.


ocena: 4/10
kupiłam: Kaufland
cena: 1.99 zł
kaloryczność: 118 kcal / 100 g (jogurt ze wsadem ma 130 g)
czy znów kupię: nie

niedziela, 28 czerwca 2015

momami creation ciemna z piernikiem migdałowym i biała ze skórką pomarańczową i prażonymi migdałami

Mount momami to niemiecka firmą, z którą miałam już styczność, raz bardzo dawno temu z trójkątną tabliczką, a raz z białą z solonymi migdałami i wanilią. O tyle, o ile tej pierwszej nie pamiętam zbyt dobrze, tak co do tej drugiej snuję plany licznych powrotów. Od dawna ubolewam, że ich czekolady nie są łatwo dostępne. Owszem, w niektórych marketach można je dorwać, ale wybór jest naprawdę ubogi. 

W okolicach świąt pojawiły się w tym roku w Biedronce, jednak jakoś nie było mi po drodze do tego sklepu, a później nie mogłam ich nigdzie znaleźć. "Trudno" - pomyślałam, stojąc ostatnio w Biedronce, kiedy moje zakupy już leżały na taśmie. Wtedy obojętnie rzuciłam okiem w kierunku rzeczy przecenionych i wytrzeszczyłam oczy. 

Dwie, wielkie kwadratowe opakowania (ale sama czekolada ma tylko 90 g): czerwone i białe po 1.49 zł każde. Pobiegłam po nie natychmiast i tak oto stałam się posiadaczką dwóch ciekawych czekolad Creation firmy momami (dawniej Mount momami).

O wiele bardziej atrakcyjna wydała mi się wersja "czerwona", czyli momami Creation Zartbitter Chocolade mit Lebkuchenmandel & Weisse Chocolade mit Orange-Gebrannte Mandel, czyli "czekolada ciemna z piernikiem migdałowym (56 % zawartości masy kakaowej) i biała ze skórkami pomarańczy i migdałami (28% zawartości kakao)".  Opakowanie było nieco zmasakrowane, a czekolada połamana tak, że do zdjęć musiałam ułożyć ją trochę tak, jak puzzle, ale wynagrodził mi to zapach, towarzyszący już otwieraniu. Silny zapach pierniczków w czekoladzie z silną cynamonową nutką. Sam zapach był cudowny!










Logicznie zaczęłam próbowanie od części białej (najlepsze, jak przypuszczałam, postanowiłam zostawić na koniec). Kawałki prażonych migdałów i skórek pomarańczy były nierównomiernie rozłożone. Miałam wrażenie, jakby ktoś po prostu pożałował dodatków, ale koniec końców i tak ugryzłam kawałek, a zbliżając go do twarzy już czułam, że mam do czynienia z dobrą białą czekoladą. Zapach był bowiem słodko-mleczny i lekko pomarańczowy, czyli po prostu przyjemny. 
Czekolada zaczęła rozpuszczać się powoli, jak na białą czekoladę. Działo się to w sposób kremowy i minimalnie proszkowaty. Mleczna słodycz była silna, jednak nie przesłodzona. Głównie czułam śmietankową mleczność, słodką i smaczną. Owszem, jak to biała czekolada, zasładzała w szybkim tempie, jednak nie było tu niczego obrzydliwie cukrowego. Odebrałam ją jako lekką, ze względu na tłustawość w minimalnym i pozytywnym, mlecznym, stopniu.
Bogactwo smaków dodatków skutecznie łamało słodycz, pomimo, że nie było ich tak dużo, jakby chciała. Świetnie wyprażone migdałowe cząstki chrupały i dodawały czekoladzie charakteru swoją nutą. Dobrze wysuszone skórki zachowały swoją soczystość i były dość miękkie. Goryczka wydobywała się z nich za każdym razem dość dosadnie, ale doskonale współgrając z ogólną lekkością i mlecznością. 
Oprócz tego wszystkiego, czekolada miała w sobie korzenną nutę, ale założę się, że po prostu nią przesiąkła od tej drugiej części.
Była bardzo smaczna, jednak dodatków mogłaby być zdecydowanie większa ilość. Bardziej korzenna, albo np. waniliowa nuta w samej czekoladzie także byłaby mile widziana.


ocena: 8/10
kupiłam: Biedronka
cena: 1.49 zł (za całość)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g (ale nie wiem, jak to się odnosi do poszczególnej części)
czy znów kupię: jakbym jeszcze upolowała to na pewno, zwłaszcza w tej cenie



Druga część już od samego początku ciekawiła mnie o wiele bardziej. Gorzka czekolada z migdałami z przyprawami do piernika. Strasznie ciekawiło mnie, jakich konkretnie przypraw użyto, więc nie pozostało mi nic innego, jak natychmiastowe sprawdzenie tego osobiście. 
Tutaj dodatków także nie było tak dużo, jakbym sobie życzyła, ale migdały były o wiele lepiej rozmiejscowione.
W końcu ugryzłam pierwszy romb. 
Od razu poczułam gorzki smak kakao ze słodkawą nutą. Czekolada zaczęła się powoli i gładko rozpuszczać w minimalnie mazisty sposób. Całość była przesiąknięta piernikowym smakiem. Czułam tutaj nutkę cynamonu. Sama czekolada była bardzo smaczna, miała w sobie coś delikatnie orzechowego. Słodycz wydobywała stanowczą goryczkę kakao. Słupki migdałów w końcu zaczęły się wyłaniać, jednak z początku nie smakowały migdałowo. Przy nich jednak rozpoczęłą się symfonia przypraw: w głównej roli znalazł się cynamon, a zaraz za nim goździki. Lekka korzenna pikanteria wydobyła z czekolady jeszcze bardziej jej słodką kakaowość. W końcu i same migdały dały popis, jednak ich smak był nieco osłabiony przez ciepłą ostrość kardamonu, który w pewnym momencie także wyczułam. Delikatny kwasek także się gdzieś tutaj umiejscowił, a potem ta cała typowo piernikowość zgrała się z samą czekoladą. 
Cóż to był za efekt! Taki bardzo czekoladowy piernik z lekką, rozgrzewającą pikanterią przypraw. Cała czekolada przesiąkła tymi przyprawami, ale nie wiem, czy tak miało być, czy to kwestia zbliżającego się terminu. Tak, czy inaczej, wypadło fenomenalnie.


ocena: 10/10
kupiłam: Biedronka
cena: 1.49 zł (za całość)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g (ale nie wiem, jak to się odnosi do poszczególnej części)
czy znów kupię: jakbym jeszcze upolowała to na pewno, zwłaszcza w tej cenie

sobota, 27 czerwca 2015

McEnnedy American Star Nougatelli ciastka z kremem orzechowym i czekoladą

Wiecie, ostatnio dziwnie się czuję pisząc recenzje innych produktów, niż czekolady, czy lody. W nich się odnajduję, potrafię porównać, czy coś. Dzisiaj przede mną zadanie z pozoru łatwe, dla mnie jednak jest swego rodzaju wyzwaniem. Może najpierw spróbuję Wam trochę przybliżyć mój problem, bo mimo, że jest dość głupi, to wciąż pozostaje problemem. 
Podczas ostatniego tygodnia amerykańskiego w Lidlu kupiłam dwie paczki ciastek, na które w sklepie miałam ochotę, że byłam gotowa tego dnia otworzyć jedne i drugie. Przyjechałam do domu, rozpakowałam resztę zakupów, a dwie wielkie paczki (po 175 g każda) wrzuciłam do szuflady ze słodyczami, a ochota na nie prysnęła, niczym czar rzucony na kopciuszka po północy (widzicie? żyje prawie jak z bajki!). 
W tym tygodniu, będąc w Lidlu, znowu zobaczyłam te ciastka i znowu naszła mnie na nie ochota. Tym razem oczywiście ich nie kupiłam, ale po powrocie do domu otworzyłam pierwsze z brzegu - traf chciał, że były to orzechowe, a dokładniej "kruche ciastka z czekoladą deserową i kremem orzechowym" McEnnedy American Star Nougatelli.


Otworzyłam wielką pakę, wyjęłam "korytko" z ciastkami i wydało mi się, że jest ich jakoś... mało. 8 dużych ciastek, ważących łącznie 175 g, a wyglądają jakoś tak ubogo. Wyjęłam ze trzy i dopiero zauważyłam, że rzeczywiście swoje ważą - dziwne, bo wyglądają na dość lekkie, zwłaszcza, kiedy ma się świadomość, że w środku ukrywa się jeszcze krem. Mimo, że pierwsze wrażenie było raczej słabe, moją uwagę przykuła ilość kawałków czekolady. W każdym ciasteczku jest ich cała masa! Już wiedziałam, że musi być pysznie.

Ugryzłam pierwsze ciastko, a okruszki posypały się na wszystkie strony. Ciasteczko jest bowiem bardzo, ale to bardzo kruche i suche, nie w nim nic z twardości. Mimo tych wszędobylskich okruszków, muszę przyznać, że taki stan rzeczy w pełni mi odpowiada. Nie cierpię zbyt twardych ciastek, uwielbiam te wypieczone na sucho, ale łatwo ustępujące pod naciskiem zębów. A te suche były. Ani odrobiny wilgoci tu nie odkryłam. A czy w smaku były wybitnie dobrze wypieczone? Hm, użyłabym raczej słów: "całkiem nieźle" i tyle. Oprócz tego, smakowały jak najzwyklejsze pod słońcem ciastka, tak, że nie mam im nic szczególnego do zarzucenia. Całkowicie neutralne ciastka, odrobinę tylko maślane, nie okropnie mączne, aczkolwiek czuło się tu jakby minimalnie owsianą nutę. Nie były ani trochę słonawe, sodowego posmaku też nie ma. Czyli - zwykłe, pospolite (smaczne) ciasteczka.
Dodatkiem, który wprowadzał jakiś konkretniejszy smak były kawałki czekolady deserowej. Lekko twarde, rozpuszczające się raczej powoli i gorzko-słodkie. Oczywiście, nie ma tu co szukać głębi gorzkiej czekolady, to były po prostu smaczne czekoladowe kawałeczki. W dodatku w każdym ciastku jest ich sporo, chociaż fakt, że w jednym mniej, w drugim więcej. 
Ta czekolada nadała ciastkom fajnego, łatwego smaku. 

Jednak to nie koniec. W samym środku ciastka jest krem, od którego oczekiwałam znacznie więcej, niż od opisanej już części. "Krem orzechowy" z 3,6 % orzechów laskowych. Od razy wyobraziłam sobie jeszcze bardziej orzechową Nutellę, ogromną jej ilość, o konsystencji zbliżonej do smarowidła tego, zostawionego w ciepłym miejscu, czyli gęsto-ciągnącej. 
Pierwszy gryz ciasteczka - nic, drugi... o, coś słodkiego czuję! Tak, wreszcie poczułam silną słodycz. W zasadzie, nie mogę powiedzieć, że od razu coś mnie zasłodziło, bo to, co było takie słodkie, znalazło się w ciasteczku w znikomej ilości. Wtedy do mnie dotarło, że to pewnie ten krem orzechowy. Cieniutka warstwa była tłustawa, a przy tym odrobinę sucha w niektórych miejscach. W innych już bardziej przypominała krem, ale taki raczej zbity i miejscami zasuszony. 
W drugim ciastku, jakie schrupałam, kremu było już trochę więcej, ten przypominał już krem z moich wyobrażeń.
Co wnosił do ciastek? Na pewno element słodkości i czegoś trochę wilgotniejszego. Samymi suchymi ciastkami szło by się zapchać w dość krótkim czasie, nadzienie trochę poprawiło sytuacji.
A czy w smaku rzeczywiście było przyjemnie orzechowe? Smakowało to jak połączenie kremu z wafelków orzechowych i Nutelli. Orzechy laskowe było czuć i to całkiem wyraźnie, jednak były one trochę przysłonięte przez słodycz i czekoladowy smak. 
Tego neutralnego ciastka w niektórych ciastkach jest za dużo w stosunku do kremu. W innych natomiast, ilość nadzienia była naprawdę solidna. Po czterech ciastkach doszłam do wniosku, że to wszystko gra ze sobą w dziwny sposób i naprawdę bardzo mi smakowało. Krem wydobywa jeszcze bardziej tę delikatnie maślaną nutę.
W zasadzie, dopiero w połączeniu to wszystko zaczyna smakować naprawdę rewelacyjnie, zwłaszcza, gdy trafi się na większą ilość kremu.
Gdyby tak dać więcej tego kremu orzechowego, byłoby jeszcze lepiej, jednak wtedy mógłby być jeszcze troszeczkę mniej słodki i bardziej orzechowy. Wiecie czego mi tu brakowało? Na przykład kawałków orzechów. Gdyby te warunki były spełnione, byłabym skłonna dać 10.
Warto też zauważyć, że to spora paczka w bardzo przystępnej cenie.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 4.49 zł
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: może

piątek, 26 czerwca 2015

lody Gelatelli Master of Taste Crunchy Chocolate

O tygodniach tematycznych w Lidlu chyba każdy słyszał, a czy każdy je lubi? Ja, owszem, zawsze, podczas każdego tygodnia, znajdę coś dla siebie, jednak uważam, że pomysł z "tygodniami" jest niezbyt dobry. Wolałabym, gdyby Lidl był sklepem z produktami międzynarodowymi, z poszczególnymi działami, czy coś takiego. Po prostu chciałabym, żeby wiele produktów było w stałej ofercie. Wiadomo także, że tak się nie stanie, bo ludzie wychodzili by z założenia "co masz kupić dziś, kup jutro", a tak wszyscy wszystko tonami kupują "na zapas". Kolejną irytującą mnie rzeczą jest zmienność asortymentu. Podczas jednego tygodnia są inne smaki lodów, podczas kolejnego - inne bądź zmienione. Ostatnio mieliśmy masę lodów McEnnedy (w tym bananowe, które bardzo chciałam kupić, bo ostatnio nie zdążyłam, a tym razem już ich chyba nie ma), a teraz wszystkie są pod szyldem Gelatelli.

Ostatnio opisywałam Pretty Peanut Butter i Cookie Dough, ale nie wiem, czy czegoś w nich nie zmieniono. Słyszałam, że w tych pierwszych teraz dodano całe orzeszki, ale to niepotwierdzone informacje - sama tym razem tych lodów nie kupiłam.
Mam za mało miejsca w zamrażarce, a bardzo chciałam spróbować nowy smak i...

...i Gelatelli Master of Taste Crunchy Chocolate, czyli lody czekoladowe z kawałkami białej czekolady (3%) i czekolady deserowej (3%), migdałami w czekoladzie (3%), orzechami włoskimi (2%) i orzechami pekan (2%),  z racji tego, że na lody czekoladowe czaiłam się już te parę miesięcy temu. Wydaje mi się, że kiedyś nazywały się inaczej, ale jeśli o ich zawartość chodzi, nie potrafię porównać różnic (o ile takie są), bo to moje pierwsze z nimi spotkanie.

Wystawiłam 438-gramowe pudełko z zamrażarki i poczekałam parę minut, nie chcąc połamać łyżki. (Później odkryłam, że nawet na opakowaniu jest informacja, żeby wystawić na 10 min wcześniej, ale ja zawsze i tak czekam, bo nie lubię siłować się z twardą jak kamień masą.)
W tym czasie miałam okazję, żeby dokładnie przyjrzeć się opakowaniu i uznałam, że po prostu jest urocze! Mało tego, skład także jest dość... uroczy. Nawet skład np. białej czekolady jest lepszy od większości popularnych białych czekolad. Kaloryczność podana, co jest rzadkością dla lidlowych słodyczy... jednym słowem: miodzio! (nie lubię tego powiedzenia)

W końcu otworzyłam, z nieskrywaną nadzieją na coś wybornego, i pociągnęłam nosem. Kakao jak nic! Ładny, intensywny brązowy kolor lodów i równie mocny zapach przypadły mi do gustu. Czas zabrać się za jedzenie. Wbiłam łyżkę, lecz w pewnym momencie zatrzymała się i nie mogłam wbić jej głębiej. Siłowałam się chwilę i spróbowałam trochę dalej. Co się okazało? Trafiłam na pierwszy "kawałek czekolady". Kawałek okazał się być całą, sporą, kostką! Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie. I tak przy każdej łyżeczce trafiałam a to na czekoladę, a to na orzechy.

Mimo wszystko, opis zacznę od samych lodów, bo i od nich zaczęłam próbowanie. Są gęste, naprawdę gęste, a także zbite, chociaż nie całkiem twarde. Pierwsze miejsce w składzie zajmuje śmietanka, co czuć. Nie powiedziałabym, że są rozwodnione, mimo, że woda także się w składzie znalazła. Pod względem konsystencji są świetne. Smak nie pozostaje w tyle! Ewidentnie czułam kakao, aczkolwiek bez kakaowej goryczki. Po prostu silny, kakaowy smak, który często w lodach "o smaku czekoladowym" jest pomijany. Poza tym, lody były dość słodkie, ale nie przesłodzone - to pewne. Kakao chyba udało się to w miarę stonować, tak, że wszystko było, jak należy.

Jeśli o bogactwo dodatków chodzi, to pozwolę sobie zacząć od tych najłatwiejszych do opisania, czyli orzechów. Włoskie, to chyba jedne z moich ulubionych, a pekan są do nich bardzo podobne, aczkolwiek nie były tak przemrożone, żebym nie odróżniła jednych od drugich. Mało tego, szło to zrobić nawet po kształcie, ponieważ raz, czy dwa trafiłam na cały orzech, a kilka razy na wielkie połówki. Lekko chrupiące, ale raczej miękkie, co było naprawdę przyjemne w odbiorze. Swój smak zachowały w pełni. Orzechy świetnie współgrały z czekoladowymi lodami, a włoskie raz i drugi dodały delikatnej goryczki. Bardzo trafiony dodatek. 
Kolejny to migdały w czekoladzie - również lekko chrupiące, ale nie zbyt twarde. Pokrywała je całkiem gruba warstwa czekolady ciemnej - bardzo słodkiej, ale niepozbawionej nutki kakao. Czuć było, że to migdały, ale migdałowego kopa już mi zabrakło. Mogły być podprażone, czy coś, albo pozbawione tej czekolady.

Na koniec zostawiłam sobie kawałki, a właściwie kostki, czekolady. Zacznę od ciemnych, bo od nich oczekiwałam więcej. Dwie kostki zostawiłam sobie na skonsumowanie już po lodach, a resztę zjadłam razem z lodami. Wniosek? Z lodami, przez zmrożenie, czekolada utraciła część swojego smaku i była straszliwie twarda. Póki zaczęła się rozpuszczać, mijało bardzo wiele czasu. Oddzielnie, w smaku była bardzo słodka i lekko gorzka, a także tłustawa w przyjemny sposób. Bez żadnej wykwintnej głębi, ale prosta i smaczna. Z lodami wypadała gorzej, bo gdy np. zaczęłam ją gryźć, wydawała się proszkowata. Dodawała goryczkowatego motywu, szczególnie, gdy chwilę potrzymało się ją w ustach, by się ociepliła i zaczęła normalnie rozpuszczać. Z białą czekoladą było już lepiej, bo od białej nie oczekiwałam zbyt wiele, a zaskoczyła mnie. Była śmietankowo-maślana, tłustawa w pozytywnym tego słowa znaczeniu i trochę przesłodzona, jednak skonsumowana w towarzystwie lodów, ta słodycz w niczym nie przeszkadzała. 
Dodatek czekolady jest dość ciekawy, ale taka zmrożona czekolada, jak dla mnie, średnio pasuje. Wiecie, jestem ogromną fanką degustacji czekolad i lubię im poświęcić o wiele więcej czasu, niż innym słodyczom. W lodach... nie zawsze ten dodatek wychodzi, a tutaj... sama nie wiem, niby nie było źle, ale wielkie, twarde kostki trochę ciężko się jadło, mimo, że właściwie były dobre. To w końcu czekolada, a nie jakieś grudki pozbawione smaku! Wolałabym jednak chyba, żeby te kawałki były nieco mniejsze. 

Ogólnie rzecz biorąc, patrząc na cenę, gramaturę (438 g / 500 ml) i oczywiście skład i smak, jestem usatysfakcjonowana. Pyszne lody, które pewnie kupiłabym jeszcze nie raz, gdyby nie fakt, że są tylko podczas tygodnia amerykańskiego. Są godne polecenia, zwłaszcza dla osób uwielbiających czekoladę i orzechy, a najlepiej ich połączenie.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 7.77 zł
kaloryczność: 283 kcal / 100 g, 248 kcal / 100 ml
czy kupię znów: tak

czwartek, 25 czerwca 2015

Lindt Hello, My name is Cookies&Cream mleczna z kremem i ciasteczkami

Wydaje mi się, że z Lindt'em już nie musimy się sobie przedstawiać, jednak seria Hello, my name is... ma w sobie coś subtelnie kuszącego i wzięłam sobie za punkt honoru spróbowanie wszystkich smaków, wchodzących w jej skład. Wszystkich, również tych niedostępnych w Polsce, ale to innym razem. Dwa już znam, jednak nie zdradzę, które do. Do każdego wariantu mam zamiar podejść całkowicie od nowa.
Dzisiaj, gdy otworzyłam "słodką szufladę", jedna czekolada, a właściwie jej mniejsza wersja (39 g), wyszeptała do mnie: "Hello, my name is Cookies&Cream. Nice to sweet you." To była mleczna czekolada Lindt, z kremem śmietankowym (czy tam mlecznym) i ciasteczkami, której przeznaczyłam dzisiejszy wpis. 


Po otwarciu czarno-złotego opakowania poczułam przecudowny, smakowity zapach ciasteczek, czekolady i takiej... słodziutkiej mleczności. Mogłabym to wąchać, niczym ćpun klej, przez resztę życia, jednak, gdy tylko dotarło do mnie, że smak może być jeszcze lepszy od aromatu... spróbowałam. 
Mleczna czekolada zaczęła powoli się rozpuszczać. Gładka i lekko tłustawa, uderzyła wręcz goryczką kakao i mleczną słodkością, która wydała mi się nieco słabsza, niż zwykle w lindt'owskich mlecznych. Gdy czekolady robiło się coraz mniej, narastał mleczny smak, pochodzący oczywiście z gęstego kremu, znajdującego się w środku. Był słodszy od czekolady i wyraziście śmietankowo-mleczny. Dwoma słowami: pyszny i delikatny. 


Kiedy kosteczki (swoją drogą urocze, z motywami, które ujęły mnie za serce) stawały się bezkształtną masą, wyłaniały się kawałki ciastek, których było o wiele więcej, niż można to było sobie wyobrazić. Pod względem delikatności, były przeciwieństwem kremu - twarde i suche. Właściwie, jako ciastka, powiedziałabym, że dobrze wypieczone, jednak w tym wydaniu nieprzyjemnie drapały w podniebienie i język. Wydały mi się wręcz ostre. Lubię czasem w czekoladzie coś tam chrupnąć, ale na korzyść tej czekolady zdecydowanie by podziałało chociaż minimalne "zmiękczenie" tych ciastek. A jak smakowały? Wyraziście kakaowo, z goryczką oczywiście, z minimalnym, prawie niezauważalnym słonawym posmakiem. Smakowały jak takie domowe, długo pieczone ciasteczka. Właściwie były smaczne, jednak smak, to nie wszystko, jak się okazuje.
Delikatna, gładka czekolada i jeszcze delikatniejszy krem silnie kontrastowały z twardymi ciasteczkami, co akurat w tym przypadku podziałało bardzo negatywnie na odbiór całości.
Szkoda, bo cookies&cream to jeden z bardziej lubianych przeze mnie motywów. Nawet rewelacyjna czekolada i smaczny krem nie są w stanie wynagrodzić mi dyskomfortu, jaki sprawiły te ciastka, kalecząc wręcz podniebienie i język.


ocena: 7/10
kupiłam: firmowy sklep Lindt
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, tłuszcz roślinny, śmietanka w proszku 3,5%, mąka pszenna, tłuszcz mleczny, kakao w proszku, lecytyna sojowa, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, sól, wanilina, ekstrakt słodowy jęczmienny, węglan amonu, wodorowęglan sodu, węglan potasu

środa, 24 czerwca 2015

lody na patyku Magnum White

"Yeah, Mr. White!"* - okrzyk radości. Już po tytule widzicie, że jest to kolejna recenzja z magnumowej serii, bo jako, że klasyk opisany, oceniony, to białemu również nie popuszczę. 
Magnum White to waniliowy lód w białej czekoladzie. Uwielbiam to połączenie, chociaż przyznaję, że zwykła biała polewa często w lodach, czy to batonach podszywa się pod czekoladę, a o dobrą białą tabliczkę również ciężko. Do lodów Magnum mam jednak zaufanie, wiem, że nie strzelą mi w plecy, więc lecimy z recenzją.
*cytat z "Breaking Bad".


Otworzyłam i z zaskoczeniem odkryłam, że lód pachnie mleczną, białą czekoladą, tak silnie, jak niejedna cała tabliczka. Lody, nawet te z czekoladą, rzadko już przy wyjęciu z opakowania dają tak wyrazisty zapach - wiadomo, są w końcu przymrożone. 
Pierwszy kęs, głośne chrupnięcie. Smak, jaki poczułam to bardzo dosłodzone mleko. Smakowity, gruby kawałek zaczął się szybko rozpuszczać w moich ustach, a słodka mleczność była cudowna. Fakt, bardzo, bardzo słodka, jednak nie muląca. Czekolady jest na tyle dużo, by móc się dość długo nią delektować, ale na tyle mało, żeby konsumenta nie zasłodziła kompletnie. 
Spodziewałam się czegoś bardziej śmietankowego i tłustego, a polewa z czekolady była wyraziście mleczna. Owszem, tłustawa także, ale jakoś tak... pozytywnie.


Kiedy zjadłam już całą czekoladę, czułam, że podskoczył mi cukier, ale wtedy przyszła pora na waniliowego loda, który nie był tak słodki, jak oczekiwałam. W zasadzie, wyszło to bardzo pozytywnie, bo był takim... wyrównaniem poziomu cukru prawie do normy. Gęsty, kremowy i zarazem delikatny. Trochę tłusty, ale ze względu na smak, potrafię mu to wybaczyć. Słodki i waniliowy. Słodycz po pewnym czasie zrobiła się dość silna, a wanilia pozostała stonowana (albo odebrałam ją tak przez słodycz czekolady). Mimo tego, iż mogłoby być jej jeszcze więcej wanilii, to i tak jest jej więcej, niż w większości waniliowych lodów. Ta słodycz (mam tu na myśli sam lód) była jednak całkiem dobrze wyważona. 
Oprócz tego pysznego smaku przewodniego (wanilii), czułam tu także czystą mleczność, a nie śmietankowość, jak w większości lodów. 
Można rzecz, że lód od stóp do głów od polewy do patyczka był mleczny, co kupiło mnie już totalnie. 
Pyszna, słodka biała czekolada, z silnie mlecznym motywem, oraz ewidentnie mleczny lód z dużą ilością wanilii - to jest to! W dodatku, Magnum White to naprawdę duży lód, a czekolady nie pożałowano, nie mówiąc już o ogromnej ilości waniliowych kropeczek, które tak bardzo lubię widzieć w lodach (mimo, że czasem to fake; w magnumach na szczęście - nie). Mimo, że wanilii nie jest mało, ja wciąż uważam, że mogłoby być więcej.


ocena: 9.5/10
kupiłam: Tesco
cena: 3.89 zł
kaloryczność: 300 kcal / 100 g, 220 kcal / 100 ml, lód (120 ml / 86 g) - 260 kcal
czy znów kupię: tak

wtorek, 23 czerwca 2015

Zotter Labooko fruit Kokos biała ryżowa z kokosem (bez laktozy)

Ostatnio żadne terminy czekolad mnie nie gonią i jakoś musiałam się zdecydować, którą dzisiaj otworzyć. Popadło na błękitne, zotterowe opakowanie.

A co owe jasnoniebieskie opakowanie skrywało? Kokosową czekoladę, którą długo odkładałam "na potem", będąc święcie przekonaną, że to będzie najlepsza czekolada, jaką zjem w życiu.

Zotter Labooko fruit Kokos jest tabliczką z serii owocowych, do których zamiast mleka w proszku dodano sproszkowany owoc, w tym wypadku - kokos. Tym, co dostrzegłam dopiero przy robieniu zdjęć, był fakt, że czekolada jest pozbawiona laktozy (nie ma w niej mleka), jest za to ryż w proszku. Pomyślałam, że w sumie ok, bo mleko ryżowe, sojowe itp. lubię. Jak płatku kukurydziane, to tylko z takim, jak owsianka czy kasza - musi być zwykłe 2 %, ewentualnie kozie. Tak więc widzicie, że nie jestem uprzedzona do żadnego z tych produktów.

Rozchyliłam papierek przedstawiający dziewczynkę z kokosem, i gdy zabrałam się za złotko poczułam piorunujący, nieziemski czysto kokosowy zapach. Za sam zapach dałabym dziesiątkę! Czym prędzej pozbyłam się papierka (nie, nie wyrzuciłam, a odłożyłam na bok) i wyjęłam dwie, 35-gramowe tabliczki o kolorze białym, bez żadnych zakłóceń. 
Wreszcie ugryzłam kawałek. Czekolada była dość delikatna, jednak nie miękka. Poczułam słodycz, silną, jednak nie aż tak, jak w większości białych czekolad. Pierwszym skojarzeniem było Rafaello, lecz bez wiórek i tłustego kremu. Tabliczka była kremowa, owszem, a także tłustawa, alee... przyjemnie tłustawa, gdyż nie zastosowano tu żadnych innych tłuszczy, niż masło kakaowe. Tym, czego nie da się pominąć jest oczywiście smak kokosa: wyrazisty, mimo, że nie znalazłam tu ani jednego całego wiórka. Nawet połowy. Spodziewałam się, że będzie lekko chropowata, przez to, że wiórki są przemielone, ale nie. Była doskonale gładka.

Przy tym wszystkim, mimo szybkiego rozpuszczania, wyczułam tu jeszcze jeden posmak, kompletnie obcy dla mnie w białych czekoladach. Była to sugestia ryżu, jak w mleku ryżowym, jeśli wiecie o co chodzi. Oprócz tego, znalazł się tu motyw wanilii, przyjemnie podkreślający smak kokosowy.
Przy kolejnym kawałku już wiedziałam, że czegoś mi tu brakuje. Konkretniej śmietankowego smaku, który tak uwielbiam w np. białych czekoladach Lindt'a. Ten ryż w proszku trochę mi nie pasował i tyle. 
Jeszcze jeden kawałeczek i słodycz zaczęła się nasilać. Troszeczkę drapało mnie w gardle, przy kończeniu drugiej malutkiej tabliczki.
Proporcjonalnie, smak kokosowy jakby zanikał.
Pojawił się także jakiś kwaśny posmak - dość słaby, ale jednak. Proszek cytrynowy - jak byk w składzie jest i to przed wanilią. To także mi do gustu jakoś nie przypadło, aczkolwiek może właśnie dzięki niemu nie miałam uczucia kompletnego zasłodzenia i zamulenia... tylko częściowe zasłodzenie, bo jak już mówiłam: z każdym kolejnym kęsem czekolada wydaje się coraz słodsza (lecz ciągle bardzo kokosowa). 

Dotarliśmy do momentu, w którym nie wiem, jak podsumować tę tabliczkę Labooko. Jest nawet smaczna, ale... Przeraźliwa słodycz? Obecna. Kwasek? Obecny, tylko... po co on tu? Oprócz tego brak "śmietankowości" i, mimo tego, że wiedziałam, że czekolada ich nie zawiera, wiórek. Naprawdę, według mnie, dodałyby jej uroku. Jednak wiem także, że są osoby, które wiórek nie lubią - im pewnie bardziej posmakuje. Osoby, które unikają laktozy - także mogą być zachwycone, jednak ja... 
Pierwszy szał i zachwyt, wywołany innym wymiarem owocowości w tabliczkach Labooko fruit nieco już osłabł po czekoladzie z mango. Mam na myśli to, że taka forma nie jest dla mnie już nowością. 
No cóż... gdyby była śmietankowa i bardziej kokosowa - miałaby 10, to pewne, ale tak... Wypadła mdła i z pewnymi nieodpowiadającymi mi nutami smakowymi.


ocena: 7/10
kupiłam: Zdrowa Spiżarnia
cena: 16,50 zł
kaloryczność: 542 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie

Skład: masło kakaowe, surowy cukier trzcinowy, ryż w proszku (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), syrop fruktozowo-glukozowy, wiórki kokosowe (11%), proszek kokosowy (4%: mleko kokosowe, maltodekstryna), proszek cytrynowy (cytryna, skrobia kukurydziana), sól, wanilia, lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 22 czerwca 2015

lody Grycan śliwka w czekoladzie

Dzięki kilku dniom u mojego taty, miałam okazję całkiem nieźle poznać lody od Grycana, które trochę mnie ciekawiły, ale jakoś zawsze było coś innego do kupienia. Wyrobiłam sobie o tych lodach niezbyt pewną opinię: smaczne. Bez fajerwerków, nie są to Haageny, ale mają ciekawe smaki. Żeby stwierdzić coś więcej, zjadłam jeszcze za mało smaków.

Jednym z takich smaków jest śliwka w czekoladzie z serii Grycan "dla koneserów". Funkcjonuje on jako nowość i to już chyba przynajmniej od tamtego roku. Wtedy jednak Grycan kompletnie mnie nie interesował, a w tym sezonie, ten konkretny smak zaintrygował mnie, chociaż budził także pewne obawy. Dlaczego? Z dwóch powodów. 
Uwielbiam lody czekoladowe, ale tylko te dobre. Wszelkie "o smaku", czy pod takie podchodzące, odpadają. Są zazwyczaj strasznie mdłe.
Dwa: ze mną i ze śliwkami bywa różnie. Uwielbiam świeże śliwki, a suszone mogę od czasu do czasu zjeść. Nigdy nie lubiłam śliwek w czekoladzie, chociaż ostatnio, tym dobrze zrobionym, dałam zielone światło. 
Co więc z lodami? 

Po otwarciu i powąchaniu poczułam delikatny zapach czekolady. Spróbowałam samej masy lodowej. Jest ona słodka o zabarwieniu czekoladowym. Nutka kakao jest, ale dość mdła; słodycz jest silniejsza, chociaż także niezbyt ostentacyjna.
Towarzyszy temu jeszcze nieokreślona proszkowatość, jednak nie klasyfikuje to lodów do kategorii "obrzydliwe". 
Lody są raczej miękkie, delikatne, kremowe, dość rozwodnione i zbite zarazem, a także dość... gumowate, do czego mam obojętny stosunek, ale niektórym może to przeszkadzać. Nie wiem, czy to jest związane z przechowywaniem lodów, czy po prostu takie są. To już drugie lody Grycana z tym dziwnym efektem, jakie miałam okazję jeść. 
Trochę tłustawe, za sprawą śmietany kremówki, która w składzie jest w składzie dość wysoko. Czuć tu także mleczność, ale bardzo ukrytą za słodkością czekolady. 
Mogę je podsumować jako bardzo przeciętne czekoladowe lody.

Tym, co je wyróżnia, są suszone śliwki, a dokładniej ich ogromne kawały (czasem nawet połówki, albo prawie całe), których w pudełku jest bardzo dużo. Ciężko jest wręcz nabrać łyżeczką lody bez nich. Smakują jak to suszone śliwki: słodko, z charakterystyczną kwaskowatością i posmakiem. Są soczyste i raczej miękkie. Powinno to dodać lodom porządnego i cudownego śliwkowego kopniaka, ale nie.

Śliwki idą swoją drogą, lody czekoladowe swoją. Nie współgrają ze sobą, a szkoda.

Podsumowując: zwykłe czekoladowe lody z interesującym, niespotykanym na polskim rynku, dodatkiem, który średnio się do nich wpasował.
Czy warto kupić? Raczej tak. Czy kupiłabym? Sama nie. Czy cieszę się, że spróbowałam? Bardzo! 
Smaczne, ale bez przesady.


ocena: 7/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: jak wyżej
kaloryczność: 224 kcal / 100 g (132 kcal / 100 ml)
czy kupię znów: nie

niedziela, 21 czerwca 2015

Peters Pecare ciemna z kremem wiśnia-chili

Internetowe zakupy mają chyba prawie tyle samo wad, co zalet. Cena czasem bywa może i niższa, ale trzeba wydać jeszcze na przesyłkę. Więcej rzeczy do wyboru, to fakt, ale ja mam coś takiego, że jak mam przed sobą tysiące rzeczy do wyboru, to w końcu nic nie zwróci na siebie mojej uwagi. Ostatnio jednak znalazłam produkt, który bardzo mnie zainteresował, jednak ze względu na przesyłkę pozwoliłam sobie wybrać jeszcze parę rzeczy według zasady - jak już kupować, to hurtem.

Jedną z rzeczy kupionych przy okazji miała być elegancka czekolada nieznanej mi firmy z truflą z dodatkiem wiśni i chili. Uwielbiam wręcz chili w czekoladach, więc to ta tabliczka poszła na pierwszy ogień.

Kiedy wyjęłam z szuflady Peters Pecare Chili-Kirsch, uniosłam metalowe wieczko, poczułam... zalewające mnie rozczarowanie. To nie była czekolada, jak było napisane na stronie, a czekoladki... Nie mniej jednak, deserowe czekoladki z truflą z wiśnią i chili, to prawie to samo, co czekolada z truflą z wiśnią i chili, nie?

W eleganckim, metalowym pudełku znajduje się sześć sporych kostek, z małymi rysuneczkami przedstawiającymi wiśnie i papryczkę chili każda, z których dobiegł mnie smakowity, czekoladowy zapach. Była to woń charakterystyczna dla deserowych czekolad / czekoladek - delikatnie silna i zapraszająca do skosztowania. Jak tu takiej się oprzeć?
Spróbowałam. Czekolada jest bardzo dobra, gładka i wręcz kremowa. Lekko tłustawa i słodka. Nutkę kakao oczywiście czuć i to nawet całkiem wyraźnie, pomimo, że słodycz jest wyraźniej zarysowana. Nie da się jej nie nazwać smaczną, jednak żadnej głębi kakao w niej nie odnalazłam. 
Czekolada w końcu odsłania truflowe nadzienie w połączeniu smakowym wiśnia-chili. Jak dla mnie, mało trufli w trufli, środek określiłabym jako prawie lejący krem, bardzo słodki i śmietankowy. Idealnie aksamitny, lekko tłustawy. 
Najpierw po ustach rozlał się słodki smak dojrzałych wiśni z delikatną kwaskawą nutą. "Rozlał się" to chyba trochę za dużo powiedziane. Był on wyczuwalny, jednak to czekolada cały czas była na pierwszym miejscu. Nic jej nie zagłuszyło. Czekoladowa słodycz z nutką kakao. Wiśnia dopiero na którymś tam miejscu z kolei. Wyczułam także odrobinę alkoholu, co było bardzo mgliste, krótko mówiąc: niewyraźne. Niewyraźny był jeszcze jeden dziwaczny posmak, którego nawet nie umiem bliżej do czegoś porównać. Taki... cierpko-buraczany, chociaż był wyczuwalny tylko chwilowo. Przy każdej kosteczce.
Po paru chwilach w gardle poczułam... "drapanie" chciałoby się napisać, ale nie. Raczej coś w rodzaju delikatnego zaakcentowania. Był to smaczek ostry, w końcu chili to cały 1 %. Dodawał on swoistej pikanterii, jednak dopiero w gardle. Wiem, że to dziwne, ale jako tako, samego smaku chili prawie nie wyczułam, tylko ta lekka ostrość. Gdyby jej nie było, czekolada smakowałaby tak samo, a świat by się nie zawalił.

Całość jest wykwintnie słodka, z bardzo, bardzo drobnymi elementami wiśniowo-pikantnymi. Czekolada smaczna, ale bez jakiegoś "szarpnięcia", czegoś, co by mnie porwało, zachwyciło. Zjadłam, bo zjadłam i na tym tyle. Konsystencja i wygląd są dopracowane, ale smak jest po prostu niedopracowany. Przerost formy nad treścią - dobry średniak. Dotarło do mnie dopiero, że wydałam tyle głównie na opakowanie, nie na jakość / smak, a w tej cenie oczekuję mimo wszystko znacznie więcej od smaku. Szczególnie, że to wariant "wiśnia-chili", a wiśni i szczególnie chili jest tyle, co mysz napłakała.


ocena: 6/10
kupiłam: frisco.pl
cena: 19.99 zł (za 63 g)
kaloryczność: 529 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

sobota, 20 czerwca 2015

ciastka z kremem 7days Cake Bar: with vanilla cream, with cocoa cream

Czy lubię ciasta? Cały czas się w sumie nad tym zastanawiam. Większość mogłoby stać niezjedzona przeze mnie, aż do końca świata. Są jednak wyjątki, np. takim sernikom się nie oprę nigdy. A co, jeśli chodzi o delikatne ciasta z kremem? Nie mój typ. Nigdy nie zwracam na takowe uwagi. Z drugiej strony... jak już zobaczę "pseudo-ciasto na raz" to po prostu muszę spróbować! 
I tak zaczęła się moja miłość do 7days Cocoa Cace Bar, czyli biszkoptowych ciastek z kremem w polewie czekoladowej, wiele lat temu. Potem zniknęły one z rynku, a ja szybko o nich zapomniałam. Ot, powiedzmy długoletnia wakacyjna młodzieńcza miłość. Szkoda mi ich trochę było, ale nie rozpaczałam za ich brakiem.
Gdy jednak zobaczyłam je na jakiejś stacji benzynowej... no, więcej chyba pisać już nie muszę, skoro czytacie tę recenzję. 


Nadmienię jeszcze, że za firmą Chipita i ich wyrobami 7days jakoś nie przepadam (te rogale mnie obrzydzają), ale takie ciastka... czemu nie? 

Malutkie opakowanie skrywa ciastko w tekturce, która umożliwia trzymanie delikatnego wyrobu i zachowanie czystych rąk. Pomysłowe, trzeba przyznać. 


Jak po wstępie się domyślacie, jadłam te biszkopto-ciasta już nie raz, więc opis zacznę od, według mnie, smaczniejszego wariantu. 

7days Cocoa Cake Bar with vanilla cream, czyli ciasteczko z nadzieniem o smaku waniliowym w polewie czekoladowej. 
Zacznę może tradycyjnie, od góry. 
Polewa czekoladowa. I już mam problem. Nie ze smakiem na szczęście... Ciężko jest mi określić, jaka właściwie ta czekolada jest. Bez wątpienia jest słodka, w sposób przyjemny i raczej delikatny. Mleczna, chociaż ta nuta jest bardzo delikatna. Zamiast mlecznego smaku, obok słodkości występuje kakao. Na pewno nie jest to spowodowane wysokim procentem zawartości kakao, a raczej tym, że nie da się idealnie oddzielić czekolady, od biszkoptu, dlatego, że jest ona strasznie delikatna i niezwykle cienka, a każda próba "zdobycia" samej czekolady kończyła się niepowodzeniem. 


Biszkopt / ciasto (właściwie nie wiem, jak to nazwać) jest równie delikatny (niech będzie biszkopt), jak czekolada. Mięciutki i bardzo wilgotny. Przypomina wręcz desery o konsystencji tak delikatnej, że porównanie do lekkiej pianki będzie tu bardzo na miejscu. Mało tego, oprócz rozkosznej struktury, smak także stoi na wysokim poziomie. Biszkoptowość jest stłumiona przez słodkie kakao. Niby goryczki się nie wyczuwa jakoś specjalnie, ale czuć, że znacznie bliżej jest do smaku ciastka kakaowego, niż czekoladowego. 
W samym środku, między biszkoptowymi warstwami, kryje się krem. Nie jest go dużo, ale on nadaje całości ciekawego smaku. Jest kremowo-tłusty, kojarzy mi się z serem mascarpone, tylko o wiele słodszym. Bardziej śmietankowy, niż waniliowy. Niestety wanilii w tym kremie nie czuć, ale jednym słowem podsumowując: smaczny, jeśli pominąć sztuczny posmak. 
Całość jest bardzo, ale to bardzo delikatna i lekka. Dobre, małe-co-nieco, chociaż o najedzeniu się nie ma mowy. 
Jedynym minusem jest skład, co czuć niestety także w smaku (trochę). Sama chemia. "Okropieństwo" - stwierdziłam, wzruszając ramionami i ze smakiem kończąc ostatni kęs. 


ocena: 8/10
kupiłam: jakaś stacja benzynowa
cena: 1.39 zł (chyba)
kaloryczność: 445 kcal / 100 g (ciastko 32g - 155 kcal)
czy kupię znów: raczej nie




7days Cocoa Cake Bar with cocoa cream
To ciastko jest po prostu odwrócone, kolorami, jak i smakiem, według napisu na opakowaniu: ciasteczko z nadzieniem o smaku kakaowym w polewie czekoladowej.
Czekolada jest równie cienka i delikatna, jak w wersji waniliowej, ale tutaj wydaje się nieco słodsza, a i kakao brak. 


Samo ciasto, koloru jasnego, jest oczywiście zupełnie inne w smaku, niż kakaowe: znacznie słodsze i biszkoptowe. Z bólem muszę stwierdzić, że również dość mdłe. Każdy chyba zna smak zwykłych, smacznych, biszkoptów. Tu miałam do czynienia z biszkoptem w wersji lekkiej i delikatnej jak piórko, bądź chmurka, oraz z dużą ilością cukru. Konsystencja równie wilgotna i miękka, jak w pierwszej wariacji.
Krem także jest inny - kakaowy z kolei.  Chyba jednak tylko na papierze, bo w smaku... To jest po prostu słodkie. Smakuje jak bardzo przeciętna, mleczna czekolada, której producent uznał, że kakao można zastąpić cukrem i nikt nie zauważy. Na szczęście, nadzienia jest na tyle mało, że ta słodkość jakoś wybitnie nie przeszkadza, ale mając dwa smaki do porównania uczciwie mogę stwierdzić, że ten jest gorszy. Oprócz tego tutaj tłuszcz dał się bardziej we znaki.
Całościowo to ciastko jest słodko mdłe. Nie powiem, że mi strasznie nie smakowało (konsystencja dalej mnie trochę zachwyca), ale wiedząc, że to (nawet jak na przeciętne słodycze) produkt o naprawdę okropnym składzie i tak nijakim smaku, znowu się nie skuszę. 


ocena: 5/10
kupiłam: jakaś stacja benzynowa
cena: 1.39 zł (chyba)
kaloryczność: 408 kcal / 100 g (ciastko 30 g - 122 kcal)
czy kupię znów: nie