środa, 30 września 2015

lody Prigel Family Creamery Ice Cream Caramel Prezel

Pojechałam do sklepu po konkretne lody, czyli tak, żeby się nie szwendać, bo ostatnio właśnie takie robienie zakupów najbardziej mi odpowiada. Wybrałam sobie na cel Ben & Jerry's Cheesecake Brownie, ponieważ sernik i brownie to moje ulubione ciasta. Połączenie ich wydało mi się w pierwszej chwili doskonałe dla mnie, ale wtedy zorientowałam się, że... najzwyczajniej w świecie w zamrażarce ich nie było. Mój wzrok padł wtedy na inną półkę, na którą wcześniej nie patrzyłam.

Prigel Family Creamery Caramel Prezel, czyli lody karmelowe z preclami, chyba jakiejś lokalnej produkcji (stan Maryland), sprawiły, że wytrzeszczyłam oczy, a moje brwi uniosły się chyba o dobre parę centymetrów. Karmel i precle? Przecież to kolejne rzeczy, na punkcie których jestem totalną wariatką. Kalkulacja: jeżdżenie i szukanie tamtych się nie opłaci; sernikowe haageny są w Polsce, a brownie w lodach nie jest niezwykłym dodatkiem. Precle w lodach natomiast.... widzę po raz pierwszy. Z czekolady z preclami zrezygnowałam na rzecz innej... Lody wylądowały w sklepowym koszyku, a następnie w tymczasowo mojej zamrażarce.

Otworzyłam je w końcu i powąchałam. Poczułam coś, co trochę mimo wszystko mnie skołowało: lekko sztucznawy zapach, kojarzący mi się z amerykańskim marketem. Przebijały się tu nuty nieco mleczko-śmietankowe, ale wciąż nie mogłam zaliczyć tego do kategorii lekkich i przyjemnych.
Wbiłam łyżkę, lody były zbite i twardawe, co w pewnym sensie było dobrym znakiem.

Spróbowałam więc jasną masę, licząc na to, że smak zatuszuje nie najwyższych lotów zapach. Lekko tłustawa grudka zaczęła się rozpuszczać, uwalniając cukrową wręcz słodycz. Było to tak silne i irytujące od pierwszego momentu, że miałam ochotę wstać i wyrzucić tę lody za okno.
Cukier zmieszał się z mlekiem i śmietanką, co dało efekt wyjątkowo zacukrzonych śmietankowych lodów. To było tak słodkie, że aż wykrzywiało twarz.
Próbując się doszukać czegokolwiek, natrafiłam na jeszcze więcej cukru i odrobinę karmelu, więc właściwie wciąż cukru.

Był to karmel słodki i trochę maślany, więc w zasadzie można to nawet toffi nazwać.
Sól? Ani grama nie wyczułam. Palonych nut także nie było. Właściwie, nic dziwnego, bo sam karmel był tylko posmakiem, to jak tu oczekiwać od niego jakiejś złożoności? Zero, nic kompletnie oprócz cukru i śmietanki. Dobrze właściwie, że ani nie rozwodnione, ani nie zbyt tłuste, ale kogo obchodzi dobra konsystencja, gdy smak jest tak bardzo przeciętny, za nieprzeciętną cenę?

Dodatkiem, którego było strasznie mało, ale który jednakowoż się tu znalazł, były precle. Osobiście je uwielbiam i zawsze, gdy tylko mam okazję, kupuję te krakowskie, sprzedawane na rynku, cienkie i chrupiące.
Tutaj dosypano takie malutkie, cienkie i, z założenia chrupiące, precelki, typowa amerykańską przekąskę. Wiem, że smakowałyby mi, ale... nie w lodach. W połączeniu z nimi, stały się trochę jakby wilgotne i... stwardniały. Wilgotne, znaczy się: utraciły swój chrupiący atut. Gdy je gryzłam, autentycznie bolała mnie szczęka. Miałam uczucie jakbym jadła twardą, wilgotną grudkę ze skórek chleba.
Smaku praktycznie nie miały. Zostawiłam tę lody, nie chcąc nigdy więcej do nich wracać po paru łyżkach.
Następnego dnia zrobiłam kolejne podejście, tym razem spróbowałam dać lodom rozpuścić się na języku, a gdy zostawał sam precelek, po prostu go schrupać. To już pracowało lepiej, bo precle po paru sekundach w ustach minimalnie zmiękły, a i smak dobrze wypieczonych precelków dało się wyczuć. Znalazłam w nim odrobinę soli, ale tylko mnie ta jej znikoma ilość rozdrażniła.

Co miałam zrobić? Niezbyt dobre lody, a nikt inny nie lubił karmelu i precli. Dosypałam soli. Dopiero ten zabieg wydobył nieco karmelowy smak. Po dosłownie kilku szczytach, lepiej mi się je jadło. Nawet, kiedy zjadłam posolona warstwę; niższa wciąż była przecukrzona, ale odrobinę bardziej karmelowa, a i sól z samych precli wydała się nieco silniejszym akcentem.

Precli było jakoś tak mało, ale biorąc pod uwagę ich twardość i dziwnie mdły smak, ta ilość była mi obojętna.
Oprócz tego, zupełnie nie współgrały z samymi lodami. Wyglądało na to, że ktoś dodał przypadkowy dodatek, do pierwszych lepszych lodów, a następnie wymieszał z cukrem w proporcji 1:1.
Konsystencja lodów jest świetna, dobrze wyważono ilość mleka i śmietanki. Karmel? Prawie tyle, co nic. Wyobrażałam sobie jakieś słono-palone nuty, a tu guzik. Co prawda smak to tylko 'caramel', nie 'salted caramel'.
Precle też mnie rozczarowały, aczkolwiek sposób z solą dobrze na nie podziałał.

Nie mogę sobie wybaczyć, że wybrałam to, a nie jakiekolwiek lody znanej mi firmy, której jakości i smaku byłabym pewna. Możliwe, że te odebrałam gorzej, niż smakowały w rzeczywistości, właśnie przez rozgoryczenie, co jednak i tak nie zmienia faktu twardości precli i dużej ilości cukru.


ocena: 5/10
kupiłam: Graul's
cena: 3.99 $
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

wtorek, 29 września 2015

Manufaktura Czekolady Przewrót Mleczny mleczna z palonym jęczmieniem

Jakiś czas temu wstukałam do nawigacji samochodowej kilka krakowskich adresów, po których skrupulatnie jeździłam. Od jednego, do drugiego. Bez powodzenia. W żadnych ze sklepów nie mogłam znaleźć tego, czego szukałam. Chodziło mi o czekoladę ze słodem whisky, ale niestety - nic z tego.
Były to adresy, gdzie można znaleźć czekolady Manufaktury Czekolady, a większość z nich okazała się pustymi sklepikami ze zdrową żywnością. Naprawdę nie lubię tej milczącej, sterylnej atmosfery w takich miejscach. W jednym aż głupio mi było po prostu wyjść, więc zaczęłam uważniej przyglądać się czekoladom i odkryłam, że trafiłam na promocję. 

Oczywiście, znalazłam coś dla siebie. Jedną z dwóch zakupionych 55-gramowych tabliczek była Manufaktura Czekolady Przewrót Mleczny, czyli czekolada mleczna z palonym jęczmieniem. Niby nie słód, ale z ciemnym piwem się kojarzy, prawda? 

Otworzyłam delikatny w dotyku kartonik i uporałam się ze sreberkiem, na które podziałały dopiero nożyczki. Tu spotkało mnie nie małe zaskoczenie, ponieważ cały spód usiany był czarnymi ziarnami jęczmienia (nie spodziewałam się właściwie niczego konkretnego, ale ta ilość i wygląd nieco mnie zdziwiły), a zapach... cóż to był za zapach! Gorzkie kakaowe nuty przeplatały się z głęboko dębowym zapachem oraz motywem palonym.
Zapach był tak gorzko-wspaniały, że prawie natychmiast połamałam cienką tabliczkę i umieściłam kostkę w ustach.
Najpierw zaczęła rozpuszczać się czekolada. Działo się to powoli, odrobinę proszkowo. W pewnym momencie tłustawość zaczęła się rozkręcać, ale nie dała rady. Nie przebiła się. Smak zaczął się rozchodzić po całych ustach, a ja mogłam wyodrębnić jego poszczególne składniki.

Na pierwsze miejsce wybiegła słodycz, bardzo silna, chociaż może jeszcze nie muląca. Zaraz za nią był kakaowy smak i właśnie... nie tyle sama cierpkość, ile taka gorzkawość przemieszana właśnie z cukrem i mlekiem w proszku. Nie było to świeże mleko, głębokie w smaku, a ten właśnie proszek, który ujawniał się także w konsystencji. Odrobina tłuszczyku była maślano-kakaowa, co było oczywiście na plus. Całość odebrałam jako dobrą, aczkolwiek czysta czekolada mogłaby zasłodzić. 
Było tu więcej cukru i kakao niż mleka, więc przypominała deserówkę z mlekiem w proszku, a nie czekoladę mleczną z podwyższoną zawartością kakao. 
Tak, jak napisałam: czysta czekolada mogłaby zasłodzić, ale... nie ta nie zasłodziła. Dlaczego? 

Palony jęczmień, którego było naprawdę dużo, miał gorzki, silny smak. Gorzkość ta była dosadna i nieugięta. Przeplatały się w niej motywy jakby dębowe, drzewne i przypalone. Każde ziarno chrupało przyjemnie, było dość twarde i musiałam trochę czasu spędzić na gryzieniu ich. Wtedy to uwalniały się nuty wręcz kawowe: małej i wręcz gęstej gorzkiej kawy. 
Miała w sobie pewien element upodabniający ją do piwa na słodzie jęczmiennym, aczkolwiek możliwe, że odebrałam to tak, dzięki skojarzeniom.
To wszystko było okrywane mleczno-słodkawą otoczką czekolady, która w końcu cały czas się rozpuszczała. Gorzkość ziaren dominowała, aczkolwiek smak czekolady sprawiał, że była jakby... łatwiejsza i odrobinę lżejsza w odbiorze.

Tabliczka ta kojarzyła mi się z barem w ciemnej kolorystyce, pełnym stołków i stolików w kolorze mahoniowym, gdzie unosiły się aromaty ciemnego piwa i gorzkiej kawy. A może ciemnego piwa o kawowych nutach? Było to skojarzenie przyjemne, lecz nigdy w życiu nie posądziłabym o nie żadnej mlecznej tabliczki.
Tak też mimo swojej słodyczy, ta czekolada słodka nie była. Słodycz w całości robiła za drobny szczegół. 
To była niezwykła czekolada, do której bardzo chciałabym jeszcze wrócić.


PS Zdjęcie kostki jest rozjaśnione, żeby dobrze było widać ziarna.

ocena: 10/10
kupiłam: Polskie Rarytasy
cena: 15 zł
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: chciałabym

poniedziałek, 28 września 2015

lody Haagen-Dazs Chocolate Caramelized Oat

Przeglądając zdjęcia śniadań innych ludzi w internecie, czasem sobie myślę, co ja właściwie robię że swoim życiem. Nie, nie filozofuje. Po prostu tak sobie myślę, ze od lat na kolację (czyli zupełnie odwrotnie niż reszta świata, bo na śniadanie jem warzywne kanapki z mięchem) jem tę samą owsiankę, która ładnie wcale nie wygląda. Zwykłe mleko, płatki owsiane górskie i... przeważnie to tyle. Czasem dodam cynamon, orzechy, syrop klonowy, czy miód. Gdybym prowadziła bloga ze zdjęciami, pewnie nikt by go nie przeglądał. Dlatego mój instagram jest pełny zdjęć ''ładnego jedzenia'' - jak jem poza domem po prostu nie mogę się nadziwić, że moje jedzenie tak wygląda, w przeciwieństwie do tego, które sama przygotowuję. O co w tym wstępie chodzi? Chciałam opisowo powiedzieć, że po prostu kocham owsiankę i przy tym zdaniu przejść do lodów, które zawładnęły moim umysłem, gdy tylko zobaczyłam je w internecie.

Kiedy dostrzegłam słowo ''oat'' przy lodach mojej ulubionej firmy, nie obchodziło mnie już nic innego. Nie wiedziałam, co bym zrobiła, gdybym będąc w USA bym ich nie dorwała, ale na szczęście nie jest mi dane o tych czynach się dowiedzieć, ponieważ lody Haagen-Dazs Artisan Collection Chocolate Caramelized Oat udało mi się zakupić, a że są to dokładnie lody karmelowe z karmelizowanymi płatkami owsianymi w czekoladzie, dowiedziałam się dopiero oglądając opakowanie. Można powiedzieć, że po nazwie mniej więcej tego się spodziewałam.

Otworzyłam wieczko, zerwałam folię, mając nadzieję, że konsystencja już nie zagraża łyżeczce. 

Lody były koloru bardziej jasnobursztynowego, niż po prostu bezowego i pierwsza myśl była taka, że na pewno będą bardzo słodkie. Czekoladowe kawałki wyglądały nieśmiało na świat, co zapowiadało dużą ich liczbę.

Wreszcie spróbowałam, bo w końcu lody nie są po to, żeby na nie patrzeć. Sama masa na początek. Gęsta i kremowo-gładka, czyli śmietankowa baza jak zwykle dobrze sobie radzi z uniesieniem wszystkiego. Troszeczkę dobrego tłuszczu, co uprzyjemnia rozpuszczanie się porcji w ustach. Jak na lody, topią się dość wolno, tak, że smak można wziąć pod lupę z każdej strony. Słodycz jest maślano-karmelowa, jednak jej natężenie nie jest zbyt silne. Pomyślałby ktoś? Nieprzesłodzony karmel, który w dodatku był w pełni karmelowy. Wzbogacony o nuty mleczne, ale wciąż karmel.

Tak, jak myślałam, płatków owsianych w czekoladzie znalazłam naprawdę dużo. Duże ''zlepki'' i mniejsze, o wiele mniejsze, kawałki. 

Płatki są w nich przemielone, co odkryłam z małym rozczarowaniem. Marzyły mi się całe, owalne płatki. W smaku nie były to zwykłe płatki. Te były jakby podprażone, co zsunęło moje skojarzenia ku pieczonej owsiance. Jak łatwo po tym wywnioskować, były one twarde i lekko chrupiące. Nie ukrywam, że marzyłam o miękkiej papce, ale ja mam dziwny gust i lubię rozmiękłe płatki.

Każde skupisko płatków było pokryte ciemną czekoladą, która odsłaniała je powoli, popisując się i chwaląc swój smak. Gorzkawo-kakaowe nuty w pewnym momencie były naprawdę silne i świetnie pasowały do powolnego rozpuszczenia się.niestety, prolog, jak i epilog tworzyła słodycz, która wtedy była nieco za silna. W trakcie zanikania czekoladowej warstwy także się pojawiała, ale wtedy smakowała lepiej, bo wymieszana z kakao.

Co mi tu mogło nie pasować? Fakt, że te płatki w czekoladzie były jakby przypadkowo tam wrzucone i nie tworzyły zamkniętego kręgu z karmelowymi lodami. Smak samych płatków owsianych momentami aż zanikał, tonął pod resztą smaków.

Tak też, smaczne lody nie zdobyły najwyższej oceny, aczkolwiek były naprawdę dobre. Myślę, ze dobrym rozwiązaniem byłoby dodanie także samych płatków, żeby mogły się bardziej wykazać. Ewentualnie nawet mleko owsiane, czy coś.
Przyznam, że zawiodłam się na tym smaku, bo jakoś nie połączył moich trzech ulubieńców (no dobra, ulubionych rzeczy mam więcej, ale to są jedne z ulubionych), jakimi są karmel, czekolada i płatki owsiane.


ocena: 8/10
kupiłam: Wegmans
cena: 4.29 $
kaloryczność: 288 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

niedziela, 27 września 2015

Lindt Eiscafe biała z kremem kawowym i kawą

Intryguje mnie łączenie skrajności. W tej chwili myślę o smakach, ponieważ tak: 
-nie wyobrażam sobie dnia bez mocnej, gorzkiej kawy
-bardzo lubię dobrą białą czekoladę
-od czasu do czasu pijam latte
-lody kawowe to jedne z moich ulubionych smaków
-nie cierpię zwykłej kawy z cukrem, czy kiepsko wykonanych czekolad kawowych.
Przez to wszystko, uwierzcie mi, ciężko jest mi się zdecydować na zakup czekolady z kawą. Nie ma nic gorszego, niż smak pseudo-kawy w kiepskiego czekoladzie, ale z kolei dobra czekolada z silną kawową nutą jest czymś, za czym po prostu przepadam.

Część z rzeczy wypisanych od myślników zawiera (a przynajmniej wydaje mi się, że zawiera) czekolada Lindt Eiscafe, czyli biała z kawowym kremem z kawałkami kawy rozpuszczalnej. Bałabym się efektu uzyskanego przez inną firmę, ale Lindt? Na samą myśl o białej czekoladzie tej firmy aż mi ślinka leci, a kawa to... po prostu kawa.

Po czynnościach tak oczywistych jak otworzenie tekturki, rozerwanie sreberka, wydobyłam tabliczkę o typowym, dla niektórych serii Lindt'a, kształcie. Pachniała smakowicie, bo śmietankowo-czekoladowo, jak to właśnie białe Lindt'y potrafią. Pojawiło się jednak pytanie: gdzie ta kawa?

Połamałam na kostki i pierwszą z nich umieściłam w ustach. Biała czekolada natychmiast uwolniła swoją słodką śmietankowość. Rozpływała się w ustach. Jej gruba warstwa zmieniała się w delikatny krem, tłustawy, ale w kontekście mlecznym i tłuszczowo kakaowym. Wychwyciłam tu jakby odrobinkę wanilii (a właściwie jej aromatu, nie tej prawdziwej, wyrazistej wanilii).
Byłoby cudownie, gdyby nie to, że... wydała mi się bardziej słodko zaklejająca, niż pozostałe białe propozycje od Lindt'a. W tej słodyczy było już coś z lekkiego przesłodzenia, i nie mówię tu o "zasłodzeniu w dobrym stylu", a po prostu przesłodzeniu.

W pewnym momencie czekolada rozchodzi się, odkrywając, chyba jeszcze słodsze od niej, wnętrze. Krem jest zbity, aczkolwiek nie tak nabity, jak kremy mleczne z przeciętnych czekolad nadziewanych. Ten ma konsystencję nieco rzadszą od czekolady i... jest o wiele od niej tłustszy. Ta tłustość strasznie się wyróżniała ze wszystkiego innego, że wydawało mi się, jakby momentami tylko tłuszcz zostawał na języku. Niby było w tym coś maślanego, nie żeby tam margaryna od razu, ale po prostu w za nadmiernej ilości. To zrobiło z tej tabliczki twór strasznie zamulający, a w dodatku po prostu ciężki.
Krem ten jest mleczny i minimalnie wchodzi w kawowe nuty. Zero goryczki, za to tona cukru. Bądź co bądź, większość mrożonych mlecznych kaw właśnie tak smakuje...

Na ratunek nadchodzą granulki kawy rozpuszczalnej, których w każdej kostce jest całkiem sporo, choć nie tak dużo, jakbym chciała. Są one po prostu gorzkie, w czysto kawowy sposób.
Rozpuszczają się znacznie wolniej od czekolady, a pod zębami przyjemnie chrupią, co skojarzyło mi się z małymi, gorzkimi bombami, zrzucanymi na bezkresne pola słodyczy.

Ta właśnie gorzkość kawy świetnie komponowała się z bardzo słodką, lecz wciąż głównie śmietankową, białą czekoladą. Gdyby tych granulek było o wiele więcej, byłoby lepiej.
Zupełnie zachwycona byłabym, gdyby ten krem był zmieniony: mniej cukru, więcej smaku kawy, a co za tym idzie - goryczki. Mówię tu o goryczce w samym kremie, nie zaś pochodzącej z twardych kawałków.

Rozumiem, że mrożona mleczna kawa nigdy nie będzie gorzka i mocna, ale... sama czekolada świetnie spisała się w roli śmietanki i słodzidła, krem mógł już zająć się aspektem samej kawy.
Ta czekolada była dla mnie wielkim rozczarowaniem, ponieważ nastawiłam się na coś wybitnie pysznego, a dodatkowo... nic tak nie boli, jak niewykorzystany potencjał, który w niej widzę. To mógł być jeden z lepszych Lindt'ów.
Fakt, to wciąż smaczna czekolada, ale od tej firmy oczekuję znacznie więcej.

PS Spróbowałam zjeść kostkę na zimno, z lodówki (chociaż nienawidzę czekolad trzymanych w lodówce) i... wciąż nie było lekkiego orzeźwienia, a ciężka, zamulająca tłusto-słodycz (chociaż z miłymi akcentami). Chyba nawet było jeszcze gorzej, więc nie polecam eksperymentowania.


ocena: 7/10
kupiłam: specjalne zamówienie z Niemiec
cena: 12 zł
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, masło kakaowe, pełne mleko w proszku, masło skoncentrowane, śmietanka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, kawa (0,4%), masa kakaowa, naturalne aromaty, aromat waniliowy

sobota, 26 września 2015

lody Grycan makowe

Polską kuchnię można albo lubić, albo nie. Ja uważam ją za strasznie tłustą i jeśli mam być szczera... nie przepadam za nią. Nie rozumiem, jak ludzie mogą zapychać się ziemniakami do obiadu, ja ich po prostu nie cierpię, a nie czarujmy się, polska kuchnia to w dużej mierze te bulwy właśnie. Na szczęście jest też druga strona medalu, jak to się mówi. Oprócz ohydnych schabowych i kartaczy, mamy także całkiem bogatą paletę ciast. Sękacze, makowce, pierniki... Są to ciasta całkiem syte, nie zaś napchane kremem, czy czymś takim. Lubię ciasta przypominające biszkopt, do szczęścia mi wiele nie potrzeba. Sama ich nie piekę, bo po prostu nie widzę sensu, a i talentu do tego brak. Jak mnie jednak ktoś zaprosi, poczęstuje - nie odmówię. Sękacze i pierniki wielbię od dzieciaka, ale makowce... to już co innego. Właściwie, przekonałam się do nich dopiero jakiś rok temu. Wcześniej straszliwie mi przeszkadzały bakalie w nich, bo ogólnie nie przepadam za ich dodatkiem w ciastach, czy słodyczach.

Skoro już jednak z makowcem się zaprzyjaźniłam, a lody Grycana odkrywam pudło po pudle, zdecydowałam się zakupić wreszcie lody Grycan dla koneserów makowe, czyli, jak deklaruje napis na pudełku - lody o smaku domowego makowca. 

Gdy tylko otworzyłam eleganckie, czarne 500-mililitrowe opakowanie, poczułam mak. Słodkawy, charakterystyczny zapach. Makowce stanęły mi przed oczami, a ja z wielką ochotą nabrałam łyżkę masy lodowej. 
Jest ona cała w makowych, czarnych kropkach, aż wydaje się, że jest ich o wiele więcej, niż 10 %, jak napisano w składzie. 
Z tego co widzę, lody są dość gęste.
Spróbowałam. Rzeczywiście gęste, ale w kremowy sposób, w końcu na śmietanie kremówce zrobione. Nie pochwalam nawet odrobinę rozwodnionych lodów, jednak te trochę wody zawierały i myślę, że zadziałało to pozytywnie. Równoważyło minimalnie słodycz.

To, z czym mi się skojarzyły w pierwszej chwili to łazanki, a właściwie masa makowa do nich. Wyraziście słodka, makowa. Lody były bardzo słodkie, o czym już pisałam, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie całkiem przesłodzone. Mak, jego smak, równoważył to w dużej mierze. Dodał tak ciekawego smaku, którego w lodach nigdy nie czułam, że po prostu nie mogło mi nie smakować. Był bardzo silny, masa lodowa także nim przesiąkła, a i przyjemnie było czuć mak pod zębami (do momentu gdy nie zaczął włazić między zęby, ale ten szczegół wybaczam).
Oprócz maku i cukru, wyczułam tu także, w samych lodach (chociaż właściwie nie dało się nabrać ich ani trochę, żeby na mak nie trafić) jakby lekko biszkoptowy posmak. Taki wilgotny makowiec, w którym większość stanowi mak, nie zaś samo ciasto (biszkoptowe lub drożdżowe).

Ostatnim dodatkiem były rodzynki i skórki pomarańczowe. Te pierwsze - soczyste i słodkie - spotkałam kilka razy i mimo, że nie przepadam za nimi w ciastach, tak tutaj mi smakowały i w 100 %-ach pasowały do całości. Skórek pomarańczowych było jeszcze mniej. Dodawały one leciutkiej, pomarańczowej goryczki, ale nie ingerowały w smak lodów w ogóle, z racji na ich malutki rozmiar i znikomą ilość. 

Sama siebie tym zaskoczyłam, ale stwierdziłam, że bakalii, rodzynek i skórek, powinno być o wiele więcej. Same lody mogłyby być minimalnie mniej słodkie, chociaż gdyby suszonych owoców było więcej, uznałabym je za wyśmienite i nie doszukiwałabym się żadnych wad... No dobra, zawsze muszę się do czegoś przyczepić.


ocena: 8/10
kupiłam: spożywczak
cena: 9.99 zł
kaloryczność: 204 kcal / 100 ml
czy kupię znów: tak

Skład: śmietana kremówka, woda, cukier, mak (10%), odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, rodzynki, masło (z mleka), tłuszcz kokosowy, jaja, skórka pomarańczowa, emulgator (mono-i diglicerydy kwasów tłuszczowych), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar)

piątek, 25 września 2015

Modern Dwellers Smoked Salmon 65 % Chocolate Square ciemna z łososiem

Będąc na Alasce, nie mogłam nie spróbować lokalnych smakołyków. Góry górami, ale nie samymi widokami człowiek żyje. Przy pierwszej możliwej okazji spróbowałam kiełbasek z renifera (niczym nie doprawiane, są lekko pikantne - najlepsze kiełbaski, jakie jadłam). Na jedną noc zatrzymałam się przy zatoce, gdzie ludzie żyją z rybołówstwa. Idąc uliczką nad samą wodą, można było zobaczyć gigantyczne, patroszone właśnie ryby, wiszące przed knajpkami i restauracjami. Wyglądało to wręcz groteskowo. Normalnego człowieka może by i obrzydziło, ale mnie? Ja po prostu weszłam do jednego z barów i zamówiłam curry ze świeżo złowionym łososiem i halibutem.

To był moment, w którym obiecałam sobie, że spróbuję jeszcze jednej rzeczy: alaskańskiej czekolady.

Przed samym odlotem z Anchorage, zajechałam do sklepu, o którym wcześniej trochę poszukałam w internecie. Mimo wielu czekolad na półce, przyszłam tam po konkretną rzecz. Mianowicie po czekoladę Modern Dwellers Chocolate Studio Smoked Salmon 65 % Chocolate Square, czekoladę ciemną, z zawartością 65 % masy kakaowej, z płatkami wędzonego alaskańskiego łososia królewskiego (z wiśniami i przyprawami "alderwood", czyli wędzonymi na dymie z palonego drewna olchowego).

Bałam się... ale nie samej czekolady, a transportu do Polski. O dziwo, nie stopiła się, ani nie połamała. W domu, wyjęłam ją w stanie idealnym. A nastąpiło to niespełna tydzień po powrocie - po prostu za bardzo mnie ciekawiła.

Otworzyłam niepozorne opakowanie, a pierwszą myślą było: "jakiś śledź!", co było po prostu reakcją zszokowanego zmysłu węchu. Wącham czekoladę, czuję rybę.
Po pierwszym "niuchu" zaczęłam wyczuwać także delikatne, kakaowe nuty. Ryba ewidentnie wędzona... łosoś. Mimo wszystko, zapach był po prostu dziwny i średnio mi się podobał. Przypominał ten ze sklepu rybnego, a nie np. zapach świeżej ryby spotykany w restauracjach sushi.

Na sam początek odgryzłam kawałek z brzegu, chcąc spróbować samą czekoladę. Była ona zbita, twarda, lecz trzasku przy łamaniu nie usłyszałam; może tylko lekkie czekoladowe chrupnięcie. W ustach zaczęła rozpuszczać się dość szybko, tworząc lekko mulistą grudkę, zdecydowanie tłustawą, w sposób bardzo przyjemny - czysty tłuszcz kakaowy.

W smaku była gorzka, ale nie zaliczyłabym jej do tabliczek cierpkich. Odnalazłam w niej także słodycz, jednak ułożoną i nienachalną. 

Przy kolejnym kęsie poczułam... rybny posmak. 
Wtedy gorzkość i łagodna słodycz dalej zachowywały się jak gdyby nigdy nic, a obok nich pojawiła się nuta wędzonego łososia. Tak po prostu, jakby była to najzwyklejsza rzecz na świecie. Taka wkomponowana w całość. 
Gorzki smak rozlewał się na końcu języka, przy samym gardle, resztę ust wypełniła słodycz, teraz nieco silniejsza, dalej jednak charakterystyczna dla ciemnych tabliczek, nie był to przesłodzony plastik. 
Wszystko to wręcz absurdalnie łączyło się z łososiem, jego twardymi, lecz uginającymi się pod zębami kawałkami, okryte przez szczyptę soli i dziwny, lecz przyjemny, posmak jakiś delikatnych przypraw i charakterystyczną, niepełną, słodkawość cukru brązowego. 

Momentami smak łososia oraz soli wybijały się ponad wszystko. Ich wyrazistość została jakby podkreślona i wzmocniona przez słodycz, a gorzkość, we własnym tempie, rozchodziła się gdzieś z tyłu. Przy którymś kęsie w głowie mignęło mi skojarzenie: wiśnie? Potem doszłam do wniosku, że to tylko sugestia składu, bo moje kubki zwariowały przez rybę. Owocowości tu raczej nie czułam, chociaż nie dam sobie ręki uciąć, że jej tam nie było. Byłam trochę skołowana połączeniem, tak dziwnym, że aż smacznym. 
Raz wydało mi się, że zaczęło się robić odrobinę za słodko, ale potem trafiłam na większy kawałek słonawego łososia i zapomniałam o tej myśli. Dobrze, że sól i gorzkawość stały na straży łososiowego smaku. 

Po ostatnim kawałku zrobiło się... słodko. Chwilę później w ustach czułam już tylko sucho-gorzkawy posmak kakao, co odebrałam z aprobatą. Potem... potem zostało poczucie jak po zjedzeniu wędzonej ryby. 

Sama jestem zaskoczona, ale... ta czekolada bardzo mi smakowała. Lubię rybę, jem ją kilka razy w tygodniu, ale głównie w sushi. Wędzoną, samą w sobie, lubię, ale nie zwariowałam na jej punkcie. To, że czekoladę kocham, to wiecie, ale... kiedyś żyłam w przekonaniu, że pewnych rzeczy łączyć po prostu nie wolno. Teraz zmieniło się to o 180 stopni i tabliczki takie jak ta, utwierdzają mnie w przekonaniu, że słowo "dziwne" może być o wiele pozytywniejsze, niż "dobre". Ta tabliczka była dziwna, ale nie była dobra... Ona była pyszna. Zotter z bekonem? Ja dziękuję, gdybym mogła kupować tę z łososiem częściej, robiłabym to, bo... to wszystko zostało tak połączone, że nie wyszła "czekoladowa ciekawostka", a smaczna czekolada. 


ocena: 9/10
kupiłam: Modern Dwellers Chocolate Lounge w Anchorage
cena: 8.25 $
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: chciałabym

czwartek, 24 września 2015

Kinder Joy

Nigdy nie ukrywałam, że mam słabość do niektórych produktów o tak potwornym składzie, że można już tylko usiąść i płakać nad nimi... albo je zjeść. Produkty kinder, mimo, że straszliwie słodkie i tłustawe, uwielbiam. Z wieloma rzeczami mam tak, że mimo, iż ślinię się na samą myśl o nich, nie kupuję ich. Na świecie jest po prostu za wiele nieznanych smakołyków do odkrycia.

Jednego grudniowego dnia naszło mnie jednak na Kinder Joy, którego nigdzie nie mogłam znaleźć przez parę miesięcy. Byłam już tak zdesperowana, że zaczęłam szukać go w internecie, aż nagle... znów pojawił się w sklepach na lato. Wiadomo, w końcu to letni produkt, nie? Tyle to już dawno na nic słodkiego nie czekałam! Co zrobiłam? Oczywiście, że kupiłam.

Zapomniałam tylko o jednej, zasadniczej rzeczy. Ostatnio, gdy jadłam Kinder Joy, czyli kulki waflowe posypane kakao w kremie mlecznym i kremie orzechowo-kakaowym, nie jadłam jeszcze czekolad typu Zotter, Morin, Vivani, a moje spojrzenie na słodycze było zupełnie inne. Gdy przyszło co do czego, czyli do rozerwania jajka na pół, byłam już nieziemsko ciekawa, jak teraz odbiorę ten produkt. Byłam świeżo po spróbowaniu Kinder Bueno Dark, więc miałam bardzo złe przeczucia, ale w końcu pomyślałam, że aż tak gust mi się na pewno nie zmienił. W końcu, Kinder Bueno nigdy nie lubiłam, to nie dziwne, że i ciemna wersja mi nie smakowała. White to już co innego, tak samo, jak Kinder Joy.

Ledwo rozerwałam dwie połowy opakowania bez strat w paznokciach. Zabawkę zostawiłam na później, na razie zajęłam się częścią do zjedzenia. Pachniała słodyczą mleczno-czekoladową, ale inaczej niż znane wszystkim kinderki. Tutaj narodziło się pytanie: od czego zacząć?

Wyłuskałam waflową kulkę.

Kakao zaraz zaczęło się rozpuszczać, ale jak można się domyślić, bez żadnych wytrawnych nut. To było takie słodkie, jakby puste kakao. Zero cierpkości, smak przytłumiony, pozbawiony walorów. Wafelek przyjemnie chrupnął pod zębami; ten to był dobrze wypieczony i miał smak typowych wafli do lodów, sprzedawanych na gałki. Taki nieco papierowy. Może minimalnie mniej od nich słony. 
A wnętrze? O wnętrzu kulki na opakowaniu nie ma nic, więc chyba producent sam nie wiedział. Nie dziwię mu się, bo brązowy krem w środku jest po prostu słodki i tłusty. Konsystencję ma zbliżoną do Nutelli, nietrzymanej w lodówce. Jest równie tłusty, i mimo, że jest go mało, przez ten czynnik wydaje się strasznie toporny. W smaku było to odrobinę czekoladowe, może jakby z pseudo-orzechowym posmakiem. W zasadzie ciężko to stwierdzić, bo w sumie i tak czułam głównie cukier.
Kulki były słodko-nijakie, ale przynajmniej chrupiące, co i tak nie wróżyło dobrze dla kremu.

Wierzchniej warstwy kremu, o kolorze brudnej bieli, było znacznie więcej, niż orzechowo-kakaowej. Miała mieć smak mleczny. Jak było w rzeczywistości? Gdy tylko gęsty krem znalazł się w moich ustach, wiedziałam, że nie chcę ani odrobiny więcej. Tłuszcz! Sam tłuszcz; czułam go wszędzie. Miałam wrażenie, że właśnie umieściłam na języku grudkę margaryny wymieszanej z cukrem i mlekiem w proszku. Straszliwa słodycz zaczęła drapać mnie w gardle. Czułam warstwę tłuszczu na ustach.
Krem wcale nie był kremowy. Konsystencję miał... przypominającą olej wymieszany z proszkiem. Jeśli już o proszku... miało to smak zatęchłego mleka z dodatkiem minimalnie waniliowym. Oczywiście z cukrem. 

Dolna warstwa, ta ciemna, była równie tłusta, ale wydała mi się znacznie mniej proszkowa. Czuło się tu słodkie kakao, w wersji uładzonej, czyli bez głębi i cierpkości, a także orzechy laskowe. To była silna nuta i muszę przyznać, że razem z chrupiącymi kulkami, ratowało to sytuację. Smak orzechów był wręcz naturalny. Szkoda, że oprócz tego, znalazło się w tym tyle cukru, bo orzechy potrafią naprawdę wiele zdziałać, jednak w tych proporcjach z cukrem... poległy. W zasadzie, dzięki cukrowi, nie wyczułam aż tak bardzo, żadnego margarynowego posmaku (to objawiło się tylko w postaci tłustej warstwy na języku, ustach itp.)

Całością jestem zszokowana. Było tłusto i słodko, z elementami naprawdę obrzydliwymi. Niby nie była to najgorsza rzecz na świecie, ale... co się stało ze wspaniałym, delikatnym smakiem kindera? Serce mi się kraja przy tej recenzji, nie mówiąc już o wystawieniu oceny, nad którą myślałam naprawdę długo. Było to mniej margarynowe od Kinder Bueno Dark, na pewno lepsze od Kinder country cream & crock, ale... cream & crock było recenzowane jakiś czas temu i otrzymało 5/10. Idąc tym tropem, skoro Joy jest lepsze, ale... to po prostu mniejsze zło, nie mogę mu wystawić 6. Postanowiłam obniżyć ocenę dla cream&crock, żeby wszystko się zgadzało.


ocena: 3.5/10
kupiłam: Kaufland
cena: około 3 zł (?)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g, sztuka (20g) - 111 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (palmowy, shea), mleko odtłuszczone w proszku (13%), orzechy laskowe (7%), mleko pełne w proszku (5%), mąka pszenna, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu (2,5%), miazga kakaowa, skrobia pszenna, emulgator: lecytyny (soja); olej słonecznikowy,  tłuszcz kakaowy, białka mleka, substancje spulchniające (wodorowęglan amonu, wodorowęglan sodu), wanilina, sól.
Składniki mleka: 18% - Składniki kakao: 3,5%.

Nawet zabawki już nie tak fajne, jak kiedyś.

środa, 23 września 2015

Milka Caramel Cream / Toffee Cream / Caramel mleczna z nadzieniem toffi / karmelem

Czasem sobie tak myślę, jak wiele czynników ma wpływ na to, jak wszystko odbieramy. Wiem, zabrzmiało to trochę filozoficznie, ale dzisiaj akurat moje myśli są o wiele bliżej ziemi. To znaczy... Weźmy jako przykład czekolady, obiekty dzisiejszej recenzji. Ta pierwsza miała wielkiego pecha, że zostałam nią poczęstowana (całym paskiem, przez moją kochaną mamę), w tym samym dniu, w którym degustowałam czekoladę, która podbiła moje serce. Kontrast był tak ogromny, jak wielki jest Wielki Kanion. Zostawiłam sobie jednak kostkę na dzień kolejny i wiecie co? Nie zmieniło to mojego zdania o tej czekoladzie, a po części na to liczyłam. 
Dlaczego liczyłam, że zmienię zdanie? 
Jak już pewnie kiedyś pisałam, jakoś mam do Milki i jej słodkiej, tłustej ulepkowatości sentyment. Niby nie szaleję już za nowościami fioletowej krowy, ale lubię się czasem na coś skusić.
Jak już ulegać pokusom i częstowaniu mnie przez moją mamę czekoladami, to można i porównawczą recenzję sklecić. Tym sposobem, dzisiejszy wpis nieco dłuższy, bo o Milkach: Caramel Cream, Caramel i Toffee Cream. Pierwsza i ostatnia to rzekomo ta sama czekolada, tylko jedna z rynku niemieckiego, druga z polskiego. Tak, mamy karmel i toffi. W zasadzie, to dwie różne rzecz, ale jak tak się przyjrzeć większości produktów, zwłaszcza jeśli chodzi o te popularne, to istna loteria nazewnictwa.

Czekolada Milka Caramel, czyli mleczna z kremem mleczno-karmelowym i karmelem, jest po prostu... no, zapraszam do recenzji.


Otworzyłam, powąchałam. Bez fajerwerków. Zapach, jak zwykle, jest po prostu słodko-czekoladowy, wzmocniony o lekko karmelowy zapach. Nie był to smakowicie aromatyczny karmel, a taka słodka karmelowo-toffi podróbka, którą często dają w czekoladach i chyba losują nazewnictwo. 
Przekrojenie kostki wcale mnie nie zachęciło, bo klejący sos miał niezbyt ładny kolor, taki żółto-pomarańczowy, jak stare żółtko. 
Świat należy do odważnych: władowałam kostkę do ust. Tłusta słodycz, typowa dla Milki, od razu rozlała się, jak tylko mogła. Nie wiem, co mogę o samej czekoladzie napisać, z wyjątkiem tego, że jest kiepska, a mimo to... potrafi mi smakować, mimo braku kakao. 
Gdy czekolada nieco ustępuje miejsca na scenie płynnemu karmelowi, robi się już gorzej. Zamiast przesłodzonego, często spotykanego w tanich czekoladach tworu udającego karmel/toffi poczułam... margarynę z glutowatym żółtkiem i proszkiem do pieczenia, aczkolwiek z czymś palonym w tle. To po chwili zniknęło, a z prędkością światła przybył cukier. Zostawiam to bez komentarza.

Gdy poczucie obrzydliwości, zostało zalane słodkością, poczułam kolejną warstwę.
Krem mleczno-karmelowy był słodki i nawet prawie smaczny, jeśli pominąć posmak margaryny, który całkowicie nie zniknął. Lekko maślany (tak, ta część miała w sobie coś maślanego) , tłustawy i... zwyczajnie mleczny. Karmel, albo raczej toffi, bo to z nim mi się bardziej kojarzyło, był wyczuwalny... gdzieś tam... w cieniu słodyczy. 

Stałą część nadzienia odebrałam raczej prawie nie niepozytywnie, a samą czekoladę - neutralnie. Płynny i klejący karmel jest po prostu obleśny, przesłodzony i obrzydliwy. Potem niby się to zmienia, na po prostu przesłodzony pseudo karmel, ale dziwny posmak i zdezorientowanie pozostaje.


ocena: 2/10
kupiłam: sklep z niemiecką żywnością (moja mama kupiła)
cena: 3.50 zł
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy znów kupię: NIE



Milka Caramel
Milka z płynnym karmelowym nadzieniem tym razem... czyli czekolada, której na chwilę obecną nie kupiłabym z żadnego znanego mi powodu. Nie kupiłabym, ale dwiema kostkami zostałam poczęstowana, a to już zmienia postać rzeczy. To, co było dwukostkowym rządzikiem pachniało... jak zwykła, mleczna czekolada. Bez żadnej głębi, po prostu takie słodkie coś z nutką odrobinkę karmelową.


Karmel, jak już pisałam, lubię. Ten lejący... jako sos także. Jednak w czekoladzie zawsze mam co do niego jakieś uwagi. Łudziłam się, biorąc moje dwie kostki, że ta wersja będzie mniej margarynowa.

Już od włożenia podłużnej kostki (tak dziwnej, że nawet nie umiem powiedzieć, czy to ładne, czy brzydkie... po prostu mi nie odpowiada) do ust, czekolada zaczęła się rozpuszczać. Zwykła, przesłodzona i przetłuszczona Milka. Może i ma w sobie pewien urok, który, jak zauważyłam, ostatnimi czasy już na mnie nie działa. Nie wiem, czy jeszcze bardziej pogorszyli skład, czy odzwyczaiłam się już od kiepskich czekolad fioletowej krowy. Gdy czekolada się rozpuszczała, waliła mi po prostu margaryną, albo innym kiepskich tłuszczem.
Szybko ustąpiła, rozklejając się i powodując wylanie się karmelu, a wraz z nim... słodyczy tak silnej, że aż zaczęło mnie drapać w gardle. Po jednej kostce. Nie przesadzam w tym momencie. Jeśli mam określić smak tego klejącego karmelu, oprócz słodyczy, powiedziałabym, że to margarynowe coś, z lekko palonym posmakiem. Takie przypalone toffi, do którego produkcji zamiast masła użyto margaryny.
Po dwóch kostkach miałam dość. Było za słodko, za tłusto i za ohydnie. Dobrze, że tylko tyle dostałam.
Nie wiem, czy to czekolada jest taka niesmaczna, czy to mój gust tak się zmienił, odkąd ostatnio ją jadłam. Znaczy, już parę miesięcy temu nie była dla mnie cudem świata, ale na 5 na pewno by wyciągnęła. W dodatku, nie przeszkadza mi aż tak milkowa słodycz (Milka Oreo dalej jest dla mnie smaczną czekoladą, chociaż tam smak samej czekolady jest zabity przez słodycz, a i jadłam ją ostatnio parę miesięcy temu), jak ta margaryna z tego nadzienia... Tej przyznaję aż o punkt więcej, ze względu na paloną nutę.


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam dwie kostki od mamy
cena: jak wyżej
kaloryczność: 495 kcal / 100 g
czy znów kupię: NIE


Milka Toffee Cream



Kolejny podarunek w postaci trzech kosteczek od mojej mamy. Wyprosiłam, mimo, że dwie poprzednie były dla mnie ohydne. Dlaczego? Chciałam mieć porównanie. Czy to jest dokładnie to samo, co Caramel Cream, tylko, że wersja na polski rynek? Czekolada mleczna z kremem mlecznym o smaku toffi i płynnym nadzieniem toffi. Karmel i toffi to niby dwie różne rzeczy, ale wiadomo, w tego typu produktach te nazwy stosują zamiennie.
Kiedy tak ten pasek czekolady wąchałam, zapach wydał mi się smakowity. Słodka czekolada i palona, karmelowa nuta. Czy to może być niesmaczne?

Włożyłam pierwszą kostkę do ust i już znałam odpowiedź. Tłuszcz. Słodki tłuszcz. Wyobraźcie sobie margarynę, rozpuszczaną w kąpieli wodnej. Teraz, wyobraźcie sobie kogoś, dosypującego kilogram cukru na tę kostkę margaryny. Voila! To jest to. To jest właśnie ten smak. Margaryna i cukier. Tu nawet czekolady nie czułam. W zasadzie, ta wydała mi się mniej margarynowa od Caramel Cream, ale znacznie słodsza i obrzydliwsza.
Kiedy czekolada odpuściła po paru sekundach, w ustach rozszedł się smak toffi. Jest ono bardzo słodkie i tłusto-klejące. Margaryna dalej czai się w tle, ale nie potrafię stwierdzić, czy to z tego nadzienia, czy jeszcze z czekolady ten posmak został. Tym razem, nie ma nawet najmniejszej palonej nuty, która chociaż minimalnie ratowałaby sytuację.
Niżej, mamy ten krem mleczny o smaku toffi. A co ja tu czułam? Nawet nie zauważyłam, kiedy doszłam do tej części czekolady. W pewnym momencie po prostu zrobiło się jeszcze bardziej słodko, chociaż myślałam, że to już niemożliwe, a i margaryna się nasiliła. W tym momencie już nie byłam nawet pewna, czy to margaryna. Po prostu, stary, zjełczały, obrzydliwy tłuszcz. Z cukrem w dodatku.
Nie wierzę, że to piszę, ale już wolę obrzydliwe żółtko z margaryną, ale lekko paloną nutą w tle, niż to coś. Teraz zaczynam się zastanawiać... co się stało? I z kim / z czym? Ze mną, czy z Milką? Jakbym teraz odebrała np. Milkę Oreo?


ocena: 1/10
kupiłam: dostałam trzy kostki od mamy
cena: jak wyżej
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy znów kupię: NIE


Nie wiem, co, jak i z kim / czym się stało. Te czekolady wydały mi się obrzydliwe, jak mało co innego. Nie rozumiem, jak, skoro kiedyś jadłam i mi smakowały. Wiem, że gust się zmienia, ale aż tak? Fakt, zauważyłam, że Milki smakują mi coraz mniej, ale nie pomyślałabym, że aż zaczną mnie obrzydzać. A może fioletowej krowie po prostu karmel nie wychodzi? Nie wiem. Jadł ktoś jakąś Milkę ostatnio? Jakieś zmiany ktoś wyczuł?