piątek, 30 października 2015

Zotter Apples & Carrots with Ginger ciemna mleczna z nadzieniem kokosowym z marchwią i musem jabłkowo-marchwiowo-imbirowym z brandy, żurawiną i miodem

Nie wiem, czy ktoś z Was śledzi mnie na instagramie i... szczerze? Używam go tylko do wrzucania nikomu niepotrzebnych zdjęć jedzenia, żeby jak głupia nie trzymać ich na karcie pamięci. Dlaczego? Kocham jedzenie... kocham jego wygląd, prawie tak samo bardzo, jak smak i zapach. Moim miłosnym skokiem w bok w kategorii jedzenia było ostatnio ciasto marchewkowe ze Starbucksa, a jako, że nigdzie nie mam tej kawiarni, dane mi było zjeść je tylko dwa razy, podczas moich wyjazdów do Krakowa, czy stolicy. Kombinowałam nawet, jakby tu samej takie upiec. Marchewki, trochę przypraw korzennych i powinno coś wyjść, prawda? No, niestety... pieczenie ciast to nie moja bajka. Aż mnie coś skręcało w środku, że nie mogę znów wrócić do tego rewelacyjnego połączenia...

Wszystko do czasu, gdy wreszcie przyszły do mnie zamówione Zottery, sztuk kilkanaście. Po rewelacyjnej Namaste India, z chcicą na coś korzenno-marchwiowego, ta tabliczka po prostu musiała mieć pierwszeństwo! Zotter Apples & Carrots with Ginger, czyli czekolada ciemna mleczna o 50%-owej zawartości kakao z ganaszem kokosowym (mleko kokosowe + wiórki), marchwią i nadzieniem jabłkowo-marchwiowo-imbirowym z jabłkową brandy i żurawiną i miodem. Od razu mówię, że opis ten stworzyłam sama, dlatego, że żaden internetowy opis nie oddaje dobrze tego nadzienia. 


Gdy odwinęłam złoty papierek, zobaczyłam bardzo ciemną, grubą tabliczkę i poczułam przyjemny, czekoladowo-jabłkowy zapach. Wyobraźcie sobie domowy mus jabłkowy i dodajcie do tego ciemną czekoladę... to była właśnie ta woń.

Rozłamałam aromatyczny, 70-gramowy blok i zobaczyłam dwie warstwy: ciemną, której było znacznie mniej i niemal białą. Ta pierwsza miała konsystencję właśnie musu, a więc była rzadka, ale nie lejąca,a dolna... przypominała typowy, mleczny krem, może minimalnie mniej zbity. Ta część jest analogiczna do tej kokosowej z Namaste India, z tego co mi się wydaje. 

Najpierw odgryzłam kawałek solidnej warstwy czekolady. Wydała mi się delikatniejsza, niż sugerowałby to jej kolor. Była kremowa, tłustawa, ale równie gorzka, co czekolady ciemne, a to z kolei jakby trochę zaprzeczało konsystencji. Czułam tu także lekki, mleczny akcent i nienachalną, odrobinę surową, słodycz, wpadającą w nuty karmelowe, ale w stopniu bardzo podobnym, co cukier brązowy.

Oddzieliłam nieco "przecieru" jabłkowego i... rzeczywiście jabłka są w nim najsilniejszą nutą: kwaskowate i słodkawe, czyli z jednej strony mamy typowy, jabłkowy mus, z drugiej zaś... opiewały go delikatnie pikantne akcenty imbiru, które z kolei momentami zanikały w alkoholowych nutach. Owocowe alkohole w słodyczach niespecjalnie mi podchodzą (o czym przekonałam się przy alkoholowej serii Lindt), jednak tutaj ta naturalność przecieru jabłkowego i jabłkowa brandy zostały scalone imbirem i myślę, że właśnie to trzyma całość w ryzach. Mimo, że nie jest to silny dodatek, wypadł nieźle... chociaż według mnie mogłoby być ostrzej. Słodycz pochodząca z jabłek łączyła się z miodową mgiełką.
Znalazło się tu także całkiem sporo wiórek marchwi i... takich bardziej kwaskowatych, jednak były tak drobne, że ciężko było je dokładniej zidentyfikować.

Na granicy dwóch nadzień skumulowały się wiórki marchwi, jednak miały one bardzo delikatny smak. Jak na mój gust, powinno być ich o wiele więcej, ponieważ w kwestii marchwiowej czuję niedosyt.

Krem, zrobiony na bazie mleka kokosowego, z wiórkami kokosowymi i odrobiną marchwi, był bardzo słodki, co dobrze komponowało się z całą resztą. Stanowił dobrą, kokosowo-mleczną bazę z marchwiowym akcentem pod całą paletę dodatków. Lekko tłustawy, ale w żadnym wypadku nie zbity, czy ciężki, przypominał krem zrobiony z mleka. Miękkich wiórków było w nim od groma!

Całość, kiedy nie bawiłam się w oddzielanie poszczególnych warstw, robiła ogromne wrażenie, chociaż... nie aż takie, jakie by mi się marzyło. Najpierw debiut czekolady, oczywiście wyrazistej, gorzko-słodkiej z mlecznym akcentem, potem kwaskowatość jabłek, podkreślona przez alkohol i imbir, który niestety pozostał daleko w tle, a następnie mleczno-kokosowa słodycz, mieszająca się w to wszystko z odrobinką miodu. Przy niej odkryłam kwaśno żurawinowy akcent, który także się tu zaplątał i znalazł sobie odpowiednie miejsce. Marchew... czułam, ale jako drobny, lekko słodkawy, dodatek.
Można podsumować, że wszystko ze wszystkim się przegryzło, nasiąkło i wyszło... zaskakująco dobrze; smaki pokazywały się epizodycznie (mniej, lub bardziej), chociaż cały czas były ze sobą połączone.

Czekolada była bardzo smaczna, można powiedzieć, że to jabłkowo-alkoholowy przecier (nie)dla-dzieci, z dodatkiem imbiru oraz marchwi na kremie kokosowym, zamknięty w przepysznej czekoladzie. Tym, czego mi tu najbardziej żal, to marchew i imbir (dokładnie w tej kolejności). Marchwi było zdecydowanie za mało, momentami była prawie niewyczuwalna. Imbir wtapiał się w alkohol, co też go trochę osłabiło. Ja tu liczyłam na coś wyraziście jabłkowo-marchwiowo-imbirowego, a tutaj... małe rozczarowanie. 
Małe, ponieważ otrzymałam smaczną czekoladę, chociaż, według mnie, niestety nieco inną, niż obiecywała nazwa.


ocena: 8/10
kupiłam: zamówiłam u dystrybutora
cena: 16 zł
kaloryczność: 447 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Składniki: surowy cukier trzcinowy, suszone jabłka (16%), masło kakaowe, masa kakaowa, syrop fruktozowo-glukozy, pełne mleko w proszku, sok jabłkowy (5%), mleko, miód, suszone marchew (2%), jabłkowa brandy (2%), żurawina, odtłuszczone mleko w proszku, proszek ryżowy (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), imbir (1%), mleko kokosowe, wiórki kokosowe, koncentrat cytrynowy, proszek kokosowy (mleko kokosowe, maltodekstryna), oliwa z oliwek, sól, lecytyna sojowa, wanilia, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), lecytyna słonecznikowa

czwartek, 29 października 2015

Lindt Sommerlaune Limette-Buttermilch biała z maślanką i limonką oraz warstwą ciemnej czekolady

Lubicie maślankę? Gości w ogóle w Waszym jadłospisie? Ja kiedyś jej nie cierpiałam, ostatnio... kilka razy zdarzyło mi się z nią eksperymentować: a to naleśniki, a to koktajle... Od paru lat maślanka smakuje mi nawet sama w sobie, ale nie piję jej na co dzień, a jako taką "zachciankę", choć ostatnio dochodzę do wniosku, że coś za rzadko (to pewnie po tych całkiem udanych eksperymentach).
Mimo szczerych chęci, jakoś zabrakło mi lata na zrobienie koktajlu z maślanki z limonką, czy cytryną, a teraz? Pora roku już nie ta. Mimo, że w mojej kuchni goszczą już jesienne smaki, tak czekolada... dla czekolad nie mam żadnych wytycznych.

Kojarzycie letnie limitki Ritter Sport? Myślę tu konkretniej o Buttermilch-Zitrone, którą kupiłam jedynie po to, aby porównać właśnie z tym Lindt'em, a jako, że Lindt Sommerlaune Limette-Buttermilch, czyli czekolada biała z maślanką i limonką oraz warstwą ciemnej czekolady, ma większe szanse na posmakowanie mi, wiadomo, od której czekolady zaczęłam.
...Chociaż nie wiadomo, dlaczego zaczęłam dopiero jesienią. Cóż, ostatnie podrygi lata, a co tam!

Gdy rozerwałam sreberko, a moim oczom ukazała się żółtawa czekolada, poczułam wyrazisty, maślankowo-limonkowy zapach. Wyjęłam tabliczkę, oszacowałam, że warstwa czekolady ciemnej jest minimalnie cieńsza, po czym zbliżyłam ją do nosa, a wtedy doszła do mnie nutka kakao. Przyznam, że trafiłam na ciekawe trio: limonka, maślanka, kakao.

Łamiąc czekoladę na kostki (swoją drogą: dość nietypowy podział, jak na Lindt'a), raz po raz słyszałam głośny trzask, a sama czekolada wydała mi się bardzo twarda... mimo tej cienkiej ciemnej warstwy.
Oddzielenie jednej części od drugiej było bardzo trudne, ale jakoś, zębami, mi się to udało.

Ciemna czekolada samodzielnie smakuje bardzo dobrze. Jest to gorzka, lekko cierpka, a wciąż słodkawa czekolada. Wydała mi się mniej słodka, niż przeciętny deserowy Lindt (z serii Excellence), co odebrałam z wielką aprobatą. Ta część była idealnie gładka, maślana, chociaż nie zbyt tłusta.

Część biała (albo raczej żółta) od pierwszej chwili zaskakiwała swoją kwaskowatością, a konsystencja od razu przywoływała skojarzenie z Zotterami z serii Labooko fruit. Był to twór minimalnie tłusty i bardzo proszkowaty w silnie owocowym stylu. Orzeźwiający smak limonki popłynął niemal od razu, a za nim stał także maślankowy charakterek.

W miarę, jak czekolada się rozpuszczała, stawała się coraz bardziej maślano-tłusta i klejąco-zalepiająca. Falami nachodziła także przesadna słodycz, bez której by się obyło.

Kiedy włożyłam całą kostkę do ust, gorzkawość kawałka ciemnej czekolady była ze wszystkich otaczana przez limonkowo-maślankową kwaskowatość.

Czasem kwasek był tak silny, że właściwie czuło się tylko go i ciemną czekoladę. Niestety, chwilami też nadciągała słodycz, tak silna, że raz i drugi przyćmiła wszystko inne. Przez białą połowę momentami było wręcz plastelinowo, jeśli chodzi o konsystencję, jednak wystarczyło przekręcić kostkę w ustach i rozkoszować się pyszną, ciemną czekoladą. Niestety, to odbierało jej tę lekkość, jaką powinno zafundować limonkowo-maślankowe połączenie.
Na koniec po cukrze nie zostało ani śladu, a limonkowa, świeża i lekka nuta oraz cierpkość. 
(Dusza szachisty się chyba we mnie obudziła.)

Całość jest smaczna, ale pewne kwestie bym poprawiła. Przez dłuższą chwilę nie mogłam się w ogóle zdecydować, czy mi ta czekolada smakuje, jednak w końcu doszłam do wniosku, że tak, ale jako ciekawostka.


ocena: 8/10
kupiłam: sklep z niemieckimi słodyczami
cena: 10 zł
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład:  cukier, masło kakaowe, masa kakaowa, pełne mleko w proszku, maślanka w proszku (3%), odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, śmietanka w proszku, sok skoncentrowany z limonki (0.5%), naturalny aromat, aromaty, lecytyna sojowa

środa, 28 października 2015

Heidi WinterVenture Orange & Cinnamon mleczna z cynamonem, skórką pomarańczy i ciasteczkami

O Heidi już zdarzyło mi się pisać, ale teraz przynajmniej wiem, jak tę firmę postrzegać. Dobra, nie rozgryzłam jej jeszcze do końca, ale mogę śmiało powiedzieć, że trafiają się jej "perełki". Fakt, większość czekolad próbuje udawać wykwintne, ekskluzywne smakołyki z wyższej półki, ale niektóre limitki są naprawdę warte uwagi. Casablanca kupiła mnie zupełnie, a jako, że to jedna z tych starszych serii limitowanych, inspirowanych porami roku, tak ogółem patrzę na nie nieco przychylnym okiem. 
Zimowe edycje zawsze cieszą się moim dużym zainteresowaniem. Korzenne, "grzańcowe" klimaty to coś, co uwielbiam i nie wyobrażam sobie bez nich zimy. Do dziś pamiętam smak pysznej Heidi z jabłkami i cynamonem, którą zjadłam mniej więcej rok temu.
Tak też, gdy tylko nadarzyła się okazja, będąca sama w sobie jakimś dziwacznym trafem, okazja zakupienia drugiego wariantu... wzięłam bez zastanowienia i nawet ostatnie rozczarowanie Tiramisu mnie nie zniechęciło. 

Heidi WinterVenture Orange & Cinnamon, czekolada mleczna (30 % zawartości kakao) z kandyzowaną skórką pomarańczy (8%), ciastkami (3%) i cynamonem (1%), to tabliczka, którą bardzo, ale to bardzo chciałam spróbować, a moje nadzieje zdążyły już zniknąć prawie zupełnie. Nigdzie nie mogłam jej znaleźć, bo dowiedziałam się o niej już po zimowych dostawach czekolad w sklepach, a w mojej mieścinie i tak Heidi nie bywa nigdy i nigdzie.

Wiosną, podczas jednego z moich wyjazdów, byłam zszokowana, gdy zobaczyłam ją na sklepowej półce, co oczywiście spowodowało natychmiastowy zakup. Jednak jako, że jestem osobą przywiązującą wagę do nastroju, klimatu itp. z otwarciem postanowiłam trochę poczekać. 

Tekturkę, z przekłamanym obrazkiem (są na nim gwiazdki anyżu, których to w czekoladzie nie uświadczymy), który jednak jej wybaczam, bo i tak mi się podoba, otworzyłam dopiero na jesieni.

Zerwałam sreberko i wyjęłam czekoladę o jasnobrązowym kolorze.
Uniósł się bardzo czekoladowo-mleczny zapach, bez przesadnej głębi, ale przyjemny, a także silny zapach pomarańczy i cynamonu. Jako, że do skórek pomarańczy przekonałam się dopiero niedawno (chociaż sernika z nimi dalej nie tknę), podwójnie radowałam się tymże zapachem.

Połamałam na kostki i jedną z nich od razu umieściłam w ustach. Już od samego początku zaczęła się rozpuszczać, chociaż najpierw wydała mi się nieco proszkowa, co później przeszło w tłustawą gładkość. Był to przyjemny tłuszczyk, wydał mi się... mleczny, bo mleko czuło się naprawdę wyraźnie, chociaż może nie w takim stopniu jak w czekoladach Lindt. Było jednak bardzo blisko. 
Dopadła mnie także słodycz i pomarańczowa nuta. Obie nie były przesadnie nachalne, ale nie dało się ich przeoczyć. Cukier nie powodował zasłodzenia, a pomarańcza wydała się naturalnie owocowa, chociaż taka odrobinę przyćmiona przez chociażby cynamon. 
Cynamon nie objawił się tutaj jako silnie pikantne, korzenne uderzenie, a przyprawa zarysowująca "sens" tabliczki. Świetnie łączył się z samą pomarańczą i... wydało mi się, że wydobył nutkę kakao. W zwyczajnej Heidi raczej tego nie uświadczymy, tutaj natomiast kakao była jakby bardziej wysunięte naprzód.

Po pewnym czasie, słodycz zaczęła odrobinę drapać w gardle, co nie było co prawda zbyt silne, ani nawet specjalnie irytujące, ale nie obraziłabym się, gdyby mnie to ominęło. Smak pomarańczy z kolei zaczął się nasilać, zwłaszcza przy kawałkach skórek, których było sporo, jak na tak cienkie kostki. Nie były zbyt twarde i suche, nazwałabym je wręcz lekko soczystymi i "miękkawymi". Konsystencję miały idealną, ale słodycz była przy nich silniejsza. Goryczka? Jakaś tam minimalna, kiedy przegryzłam kilka kawałeczków, także się pokazała, ale właściwie można rzecz, że było jej tyle, co nic. Smak skórek, od których odjęto gorzkość, przebijał się przez czekoladę i tworzył z cynamonem nierozerwalny duet. Nie można zapomnieć o klimatach mleczno-czekoladowych w tle, które świetnie się tu wpasowały.
Ostatnim dodatkiem, najmniej znaczącym, są kawałki ciasteczek. Ciężko było wyłapać ich smak, robiły za neutralne urozmaicenie konsystencji jak dla mnie, co ogółem podziałało na plus. Równoważyły nieco słodycz i sprawiały, że jedzenie tej czekolady nie było nudne. W większości czekolad pewnie byłyby to kawałki migdałów, więc cieszę się z takiego ciekawego, lecz nie spektakularnego, rozwiązania.

Całość była przepyszna. Może minimalnie za słodka, za co obniżam ocenę, bo tłumaczę to sobie tak: gdyby zastosowano mniej cukru, cynamon i gorzkawość pomarańczy byłyby silniejsze, a właśnie tej chyba gorzkawości mi zabrakło. Cynamonu nigdy za wiele, ale gdyby sprawa z pomarańczą była rozwiązana po mojej myśli, ilość tej przyprawy byłaby wystarczająca. 
Chyba lepsza od wersji z jabłkiem, a już na pewno najlepsza Heidi, jaką jadłam.


ocena: 9.5/10
kupiłam: Alma
cena: 5-6 zł (coś koło tego, nie pamiętam) za 90 g
kaloryczność: 481 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym, żeby na zimę znów się pojawiła; wtedy na pewno bym kupiła

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, masa kakaowa, kandyzowana skórka pomarańczy 8 % (skórka pomarańczowa 55 %, syrop glukozowo-fruktozowy z pszenicy, cukier, dekstroza z pszenicy, kwas cytrynowy), ciastka 3 % (mąka pszenna, cukier, nieutwardzony tłuszcz roślinny, syrop glukozowy, skrobia kukurydziana, słodka serwatka, lecytyna sojowa, substancja spulchniająca: wodorowęglan amonu i wodorowęglan sodu, sól, aromaty: wanilina i masło), odtłuszczone mleko w proszku, cynamon 1 %, kakao w proszku, lecytyna sojowa, aromaty naturalne: ekstrakt waniliowy i pomarańczowy

PS Zdjęcie całej kostki z kawałkiem skórki pomarańczowej doskonale oddaje kolor czekolady; reszta,nie wiem dlaczego, jest rozjaśniona.

poniedziałek, 26 października 2015

A. Morin Cuba noir 70 % ciemna z Kuby

Moja chęć na dany rodzaj czekolad nachodzi mnie zawsze jakoś "falami". To znaczy... miewam takie dni, tygodnie, w których mogłabym zajadać tylko białą czekoladę, potem mam jej przesyt i im bliżej 100 % kakao - tym lepiej. Tym właśnie sposobem, po zjedzeniu chyba pięciu białych czekolad (w ciągu trzech tygodni bodajże), moja kolekcja ciemnych tabliczek zaczęła maleć. Miałam przesyt cukru i szukałam czegoś jak najbardziej gorzkiego. Tabliczka, po tabliczce. 
Tego dnia nie chciałam nawet myśleć o żadnych słodkich nadziewańcach, miałam ochotę na porządną, gorzką czekoladę. 
Nie musiałam zastanawiać się zbyt długo, po co by tu sięgnąć, ponieważ na widoku, w rogu mojej szuflady ze słodyczami leżały jeszcze dwie tabliczki Morina. Wybór padł na tę, z krótszym terminem, można rzecz: prawie niczym selekcja naturalna. 

Kuba kojarzy mi się z dwiema rzeczami: cygarami i kakao. No... może z trzema, ale gdybym zaczęła pisać o polityce, wcale nie byłoby tak miło, jak przy recenzji ciemnej czekolady o zawartości 70 % kakao, jaką jest A.Morin Cuba noir 70 %. Dzięki francuskiej czekoladziarni A.Morin wreszcie spróbuję czekolady z kubańskiego ziarna kakao. 

Otworzyłam tekturkę, niczym nie wyróżniającą czekolady od pozostałych morinowskich wyrobów, rozerwałam sreberko, i wzięłam głęboki wdech. Doszedł mnie zapach bardzo dziwnie złożony. Kwasek, który najpierw odebrałam jako ocet jabłkowy, łączył się z zapachem soli kuchennej, od którego zazwyczaj robi mi się niedobrze (a sól morską uwielbiam, także jej zapach), co jednak nie było obrzydliwe. Przez kakaowe tło... wydało mi się raczej interesujące. 
Połamanie czekolady nie było łatwe. Tabliczka okazała się straszliwie twarda, dzięki czemu naprawdę głośno trzaskała. Odkryłam też, że kostka uderzająca o drugą kostkę, wydaje jakby pusty dźwięk. Dziwne to było po prostu.
Po tym wszystkim, z wielką ciekawością, włożyłam pierwszą kostkę do ust. 

Trochę minęło, zanim zaczęła się rozpuszczać, a kiedy już to nastąpiło, sprawiała wrażenie bardzo opornej. Z początku wydała mi się sucha i kwaskowata, ale zupełnie nie owocowo. Taka konsystencja, (ziarnisto-sucha) z kwaskiem skojarzyła mi się z siarką, ale... takie określenie smaku nie oddaje. Nie umiałam zaklasyfikować tej nuty i nie zdążyłam się nad nią zastanowić, gdy nadciągnęła wilgoć, kojarząca się z namokniętym drewnem, po kilku deszczowych dniach. 
Wraz z tą mokrością, wilgocią, jakby trochę zapleśniałą, nadeszła gorzkość, chociaż nie było w niej nic specjalnie przenikliwego. 
To był moment przejścia, w którym konsystencja zaczęła przypominać mokry piasek, przechodzący w maziste błoto. 
Przez gorycz, a przynajmniej tak mi się wydawało, w ustach zrobiło się jakoś tak... sucho... piaszczyście.
Następnie ponownie pojawił się kwasek, który Basia na swoim blogu określiła jako ocet balsamiczny i to był chyba strzał w dziesiątkę. 
Obok tego wszystkiego cały czas stała słodycz, jakby nie ingerując w resztę. Po prostu była, ale... była takim smakowym duchem. 

Gdy czekolada zakleiła mi usta, dalej nie mogłam się zdecydować, czy jest sucha, czy wilgotna. Maź, zasychające błoto... zaklejające porządniej, niż masło orzechowe. To był taki... twardy, klejący mousse.
Mimo tego, nie zamuliła, ani tym bardziej nie przytłoczyła. Wydawała się wręcz... orzeźwiająca?! Doszłam do wniosku, że te wszystkie, z pozoru ciężkie, nuty się skumulowały, tworząc swego rodzaju "wyładowanie napięcia", przez które była chłodno-rześka. Tutaj słonawy wietrzyk od morza jest trafnym porównaniem. 
Na sam koniec nadeszło jednoznaczne, cierpkie ściągnięcie.

Ta czekolada jest jeszcze mniej czekoladowa, niż tabliczka z Jawy. W ogóle ciężko ją jakoś zaklasyfikować. Smaki szły jakby równolegle, to znaczy była lekka słodycz, a zupełnie gdzieś indziej - kwaśna-gorzkość. Konsystencja także była bardzo dziwaczna, wręcz trącała o absurd. 

Kosztowanie tej czekolady było naprawdę ciekawe i zaskakujące, jednak nie jest to czekolada, do której chciałabym wrócić. Dobra na spróbowanie i tyle. Szukałam w niej gorzkości, a znalazłam... trochę nie wiadomo co. Wolałabym jakąś głęboką, przewodnią nutę.


ocena: 7.5/10
kupiłam: zamówiłam przez e-mail
cena: 20 zł
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna

niedziela, 25 października 2015

Oreo mini Reese's Peanut Butter

Sprawa Oreo dla mnie pozostaje nierozstrzygnięta. Kiedyś, raz czy dwa, jadłam je z mlekiem i mi smakowały, rzeczy z ich dodatkiem lubię, ale... w momencie, gdy pije się więcej mleka, niż je ciastek... czy można dokładnie czuć ich smak? A i po ostatnich zmianach w postrzeganiu słodyczy jakie we mnie zaszły...
Niby kupiłam kiedyś paczkę Oreo do recenzji, żeby porównać je właśnie z tymi, ale... mimo, że logika podsuwa najpierw spróbować smak "bazowy", a potem "udziwniony", przywieziony ze Stanów... do tych zwykłych wcale mi się nie spieszyło, w efekcie czego w końcu je oddałam, nawet nie otwierając, a tych... termin jest już krótki. Można więc powiedzieć, że ta recenzja została trochę wymuszona. 

Oreo mini Reese's Peanut Butter to kakaowe herbatniki z kremem o smaku masła orzechowego Reese's (wyprzedzając pytania, od razu uspokajam: fistaszki są w składzie), ja mam je w wersji "mini" (opakowanie i tak jest spore, ale wierzcie mi... były tylko większe), bo nie widziałam normalnych. Były albo maxi, albo mini, a jako, że to wątpliwej jakości markizy, wybrałam rozmiar bardziej opłacalny.

Otworzyłam niebieską paczuszkę, a gdy tylko nią poruszyłam (by wysypać kilka ciastek), poczułam intensywny aromat masła orzechowego. Zaraz za nim, kryły się kakaowe ciastka... Gdyby chociaż połowa rzeczy na rynku tak pachniała... byłabym zachwycona! 

Przyszła jednak pora na spróbowanie, do czego się przygotowałam: przyniosłam sobie mleko i gorącą kawę. Najpierw oczywiście: samo ciastko.
Kakaowy herbatnik jest dość twardy, chrupiący, ale nie kruszy się. Ma świetny smak: gorzkawo kakaowy, z charakterystycznym posmakiem dobrze wypieczonych ciastek. Wydaje mi się, że jest w nim odrobinka soli i słodyczy. Samo ciasteczko jest mistrzostwem, ale... to wciąż zwykłe ciasteczko.

Jak się miewa krem?
No właśnie... Krem okazał się suchą i zarazem tłustą grudką, która ma w sobie coś po prostu proszkowego. Ma wyraźnie fistaszkowy smak, ale odbiega on od smaku konkretnie masła orzechowego. Na początku czułam orzeszki z dość silną słodyczą, a po chwili doszedł do tego silny motyw soli.
Jedząc wszystko razem nie czułam aż tak bardzo tej słodyczy. Było orzeszkowo-słonawo i kakaowo, chociaż... ten krem pozostawia dość sporo do życzenia.

Z mlekiem ciastko robi się ni to miękkie, ni to chrupiące, więc jego konsystencja jest do bani, a krem... krem robi się fistaszkowo-nijaki. Z mlekiem ta wersja smakowa jakoś zupełnie mi nie pasuje.

Czy kawa okazała się ratunkiem? Pod wpływem ciepła, ciastko stało się wręcz rozpływające w ustach. Pasowało mi to, tak samo jak "chrupiącość" przy podstawowym sposobie jedzenia. Kawa wzbogaciła gorzkawość ciastka, jednak odbiło się to na kremie, w którym tak jakby zabiła słony element. Został nam więc jedynie przesłodzony, nie najwyższych lotów sucho-tłusty krem.

O tyle, o ile zwykłe Oreo wolałam maczać w czymkolwiek, tak ten wariant zdecydowanie lepszy jest na sucho. Sam herbatnik jest bardzo smaczny, a krem... ma mało wspólnego z masłem orzechowym, to raczej słodko-słone orzeszki i tyle. Konsystencja okropna, a ta słodycz momentami robi się irytująca. Dobrze, że w wersji mini ciastka jest o wiele więcej, niż nadzienia. 


ocena: 6.5/10 (na sucho); 5/10 (maczane)
kupiłam: Walmart
cena: 0.99 $ (za 85g)
kaloryczność: 459 kcal / 100 g, 130 kcal - 9 ciasteczek
czy kupię znów: nie


sobota, 24 października 2015

Lindt Creation Knusper Praline mleczna z kremem z migdałów i orzechów laskowych z wafelkami

Od jakiegoś czasu mam straszliwy pralinowstręt. Uważam, że pralinki są po prostu ładne, a więc to jedynie coś dla oka. Ich opakowania są zazwyczaj eleganckie, prezentowe, a same czekoladki mają najróżniejsze kształty. Producenci, pochłonięci pracą nad wyglądem, często zapominają o takim drobnym szczególe, jakim jest smak. Jeszcze chyba nigdy nie trafiłam na pralinki, które byłyby niezaprzeczalnie pyszne. Pralina stanowi odmienna kategorie. Pralinę, jako orzechowo-karmelowy dodatek w lodach, czy czekoladach, natychmiast kojarzę z czymś pysznym.
Tym samym, gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu tej czekolady, zamówiłam ją.

Lindt Creation Knusper Praline mit Waffelstucken najprościej można określić jako czekoladę pralinową, ja jednak pokuszę się o tłumaczenie z niemieckiego (bądź co bądź coś tam się umie): czekolada mleczna z kremem migdałowo-orzechowym (orzechy laskowe) z kawałkami wafelków. Jak dla mnie... brzmi bosko. 

Otworzyłam opakowanie, rozerwałam sreberko (jak ja się przy tym zawsze boję, że uszkodzę czekoladę!) i wydobyłam z niego grubą, wielką (150 g) tabliczkę o migdałowo-mleczno-kakaowym zapachu. To było... takie wyraziste, że aż się chciało zatopić w niej zęby!

Tak też uczyniłam, odgryzając kawałek kwadratowej kostki. Natychmiast poczułam aż za dobrze znany mi smak. Silna słodycz, uładzona tylko odrobinę akcentem kakao, z nutą mleczną tak wyrazistą, że niemal czułam się, jakbym piła świeże mleko. Solidna warstwa czekolady była dość tłustawa, ale mimo to rozpuszczała się w tempie umiarkowanym, zaklejając przyjemnie paszczę. 

Wtem, zaczął mnie dochodzić jeszcze jeden motyw. Nasilał się, aż w końcu stał na równi z innymi. Były to migdały. Ich jakże charakterystyczny smak, co prawda, okryty jeszcze silniejszą słodyczą, ale mimo to nie wydał mi się przez tę słodycz zakłócony.

Warto zauważyć, że był to smak właśnie czystych migdałów, zupełnie niepodobny do marcepanu. 
Po chwili dołączył do niego smak orzecha laskowego, wyraźny, jednak on czasem niknął w słodko-mlecznej toni. 
Nadzienie miało postać idealnego kremu, dość tłustawego, jednak był to tłuszcz pochodzący tylko od orzechów i migdałów (oprócz nich w składzie nadzienia jest tylko cukier). Na przekroju kostki nie wydaje się, by ilość kremu była zadowalająca, ale możecie mi wierzyć, że smak miał bardzo wyraźny.
 Wszystko przemielono tu doskonale, a krem był jakby nieco lżejszy od czekolady i nie zaklejał, tak jak ona. Jedynym urozmaiceniem konsystencji były wafelki. 

Cała masa cienkich, chrupiących kwadracików dodawała całości odrobinkę soli i typowego smaczku dobrze wypieczonych wafelków, leciutko, minimalnie gorzkawych. Nie były jednak zupełną przeciwwagą, bo i cukier się w nich znalazł. Niezwykle chrupały i chrzęściły, jednak to momentami kojarzyło mi się wręcz z cukrem. 
Skojarzenie to jednak znikało, gdy rozchodził się od nich smak właśnie tej "wypieczoności". 

Całość, wbrew pozorom, nie jest przesłodzona. Tak, słodycz dociera do granicy smaczności, ale zatrzymuje się w odpowiednim momencie, pozwalając zadebiutować bogactwu smaku migdałów i orzechów laskowych. Jedno i drugie czuć bardzo wyraźnie. Całość jest wzbogacona przez wafelki, co minimalnie upodabnia tę czekoladę do... o wiele lepszej wersji czegoś z gatunku Pierrota i Bajecznego. Jest lepsza od Creme Brulee, ale na pełną dychę nie zasługuje.


ocena: 9/10
kupiłam: specjalne zamówienie z Niemiec
cena: 10 zł
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: cukier, migdałowo-orzechowy pralinowy krem (17%; migdały, cukier, orzechy laskowe), masło kakaowe, pełne mleko w proszku, masa kakaowa, laktoza, kawałki wafli (3%; cukier, mąka pszenna, masło klarowne, serwatka w proszku, słód jęczmienny, węglowodan sodu), tłuszcz palmowy, orzechy laskowe, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, słód jęczmienny, masło klarowne, kawa, aromat

piątek, 23 października 2015

Valrhona Grand Cru Lait Jivara 40 % mleczna

Valrhona to francuska manufaktura, istniejąca od niemal 100 lat. Zbiera bardzo dobre opinie, a w Polsce jest rzekomo głównie znana szefom kuchni drogich restauracji. Więcej nie trzeba, by mnie zaciekawić. Dlatego, że lubię sobie wyrabiać zdanie na rozmaite tematy, postanowiłam się przekonać, o co tyle szumu. Pierwszą ciemną (Guanaja 70 %), jaką próbowałam, zachwycałam się i to nie mało, a mleczna Tanariva 33 % smakowała mi, ale zdecydowanie za mało jak na tę cenę. I jak tu sobie wyrobić opinię w oparciu o dwie tabliczki?
Skoro mleczna była smaczna, ale po prostu mleczno-słodka, to taka z jeszcze bardziej podwyższoną zawartością kakao... powinna być lepsza, prawda?

Czekolada mleczna Valrhona Grand Cru Lait Jivara 40 % ma podwyższoną zawartość kakao, mniej więcej o 10 %, niż przeciętne tabliczki. Na podstawie tego stwierdziłam, że po prostu musi mi posmakować bardziej, niż zbytnio "uładzona" Tanariva.

Delikatnie otworzyłam opakowanie i powąchałam niezbyt ładną, o dziwacznym kształcie, jasnobrązową tabliczkę. Zapach był smakowity, ale nie porywał. Czuło się tu mleko i kakao, jednak obie te nuty wydały mi się bardzo dosłodzone, przez co konsument utracił możliwość wychwycenia kakaowym niuansów. 

Umieściłam pierwszy kawałek w ustach, a ten zaczął się powoli rozpuszczać. Najpierw z oporem, potem jednak uległ i zaczął się powoli przemieniać w kremową grudkę. Idealnie gładka konsystencja była bardzo maślana i przyjemna, ale... to było tak proste, że aż mnie zaskoczyło. Z taką zawartością kakao liczyłam na odrobinę chropowatości, jak w przypadku 44 %-owej Menakao. A tutaj... nic z tych rzeczy.

Gdy tak czekolada zaczynała rozpuszczać się coraz szybciej, smak nie ulegał cudownemu rozwojowi. Od samego początku był słodkawy, karmelowy, ale... ze słodyczy samej w sobie było w nim raczej niewiele. Ta tabliczka do słodkich po prostu nie należy. Kryją się w niej bardzo stonowane nuty, przypominające trochę przydługo palony karmel. Czuć także, że zastosowano pewną ilość cukru brązowego. Dla mnie taki zabieg jak najbardziej przypadł do gustu.
Lekka słodycz, w wydaniu takim jak ta, pasowałaby mi doskonale do wyrazistej, głębokiej mleczności, której...
...tu zabrakło. Owszem, czułam tu mleko, ale zabrakło mi w nim takiej smakowej pełni. Po prostu było. Jego smak stał na nieco wyższym stopniu niż słodycz, ale nie była to nuta wiodąca.

Co ciekawe, gorzkości też tu nie odnalazłam, więc kakao też nie było tu głównym dowodzącym. Jego akcent pojawiał się tylko chwilowo, a także, na nieco dłużej, przy samym końcu, ale o tym jeszcze za chwilę. Przy rozpływaniu się kawałka, wychwyciłam posmak czegoś gorzkawego, co skojarzyło mi się ze zbożową skórką pomarańczową (jakkolwiek dziwnie to brzmi). Wydaje mi się, że to nuta słodu jęczmiennego, jednak do tej kompozycji zupełnie mi ona nie pasowała. Okraszona przez lekki mleczny smak i lekką słodycz, wypadła dość blado.

Mgiełka kakao plątała się bez celu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Czasem w ogóle zanikała, chyba po to, żeby pojawić się na sam koniec, ale tylko jako delikatnie cierpki efekt po zniknięciu całej czekolady.

Całość okazała się bardzo średnia jak na ten przedział cenowy. Jivara jest po prostu mdła. Mamy tu wątłą nutę kakao, lekką słodycz, delikatnie mleczny posmak i nutkę słodu. Wszystkiego po trochu, co jako kompozycja się nie sprawdziło. Gdyby było jeszcze więcej mleka, albo więcej kakao - byłoby lepiej, bo tak czekolada wypada tak poprawnie, że aż pospolicie. Nie ma się tu do czego przyczepić, ale nie ma też tego czegoś, co by się trwale odnotowało w pamięci. Tanariva 33 % była wyraziście mleczno-słodka, Guanaja 70 % - gorzko-słodka, a ta... po prostu nijaka.


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: dostałam jako bonus do zamówienia
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: masło kakaowe, pełne mleko w proszku, cukier, ziarno kakaowe, cukier brązowy, naturalny ekstrakt waniliowy, lecytyna sojowa, jęczmienny ekstrakt słodowy

czwartek, 22 października 2015

Ehrmann Almighurt Mohn-Marzipan

Znawczynią jogurtów nie jestem, o tym potrafię mówić wszem i wobec. Raczej ich nie jem, a gdy mnie na jakiś najdzie, traktuję go jako słodycz, a nie np. drugie śniadanie (którego, swoją drogą, wcale nie jadam). Nie widzę w większości nic zdrowego, a nie mają aż tak ciekawych smaków, żeby rezygnować dla nich z np. zjedzenia czekolady, czy lodów. Jakiś czas temu zdecydowałam się na zakup dwóch jogurtów firmy Ehrmann (biała czekolada i kokos; rosyjskie ciasto) i muszę przyznać, że bardzo mi smakowały, jednak do statutu jogurtu idealnego, jeszcze im brakuje paru rzeczy. Dzięki Waszym komentarzom i recenzjom, dowiedziałam się, że jest też jeszcze jeden smak, którego przegapić po prostu nie mogę.

Ehrmann Almighurt Mohn-Marzipan, czyli jogurt z makiem i marcepanem stał się dla mnie numerem jeden na "liście rzeczy, które nie są czekoladami, do kupienia". Oczywiście w moim mieście mogłam szukać, szukać i nic. Tutaj muszę przyznać, że jestem ogromnie wdzięczna mojemu tacie, mieszkającemu w Krakowie, do którego dość często jeżdżę i systematycznie opróżniam mu lodówkę. Nie z byle czego, oczywiście, a z rzeczy, które zawsze na mój przyjazd kupuje (często na moje zlecenie). Pasożytniczy tryb życia, powiecie? No cóż, ludzie mają dziwną chęć dokarmiania mnie, a ja po prostu z tego korzystam.

Jeśli chodzi o ten konkretny jogurt, to... bałam się go. Pół kilo jogurtu? Otwartego zostawić nie chciałam, a na raz? To chyba na obiad... na tych zastanowieniach zleciał czas do mojego powrotu i zdecydowałam się wziąć jogurt do domu w podróżnej lodówce. W końcu przyszedł dzień, gdy odkręciłam słój.

Zapach był bardzo przyjemny. Przede wszystkim delikatny, ale zapowiadający, czego możemy spodziewać się po smaku. Wyodrębniłam zarówno mak, jak i marcepan, choć to pierwsze było chyba silniejsze.

Pierwsza łyżeczka. Jogurt w pierwszej chwili wydał mi się się rzadki. Albo inaczej: rzadszy, niż się spodziewałam. Tak, przyzwyczaiłam się do serkowo-gęstych amerykańskich jogurtów greckich... Po zamieszaniu łyżką i dokładnym oględzinom, doszłam do wniosku, że właściwie to mam do czynienia z najzwyklejszym jogurtem: ani zbyt rzadkim, ani wyjątkowo gęstym.
To, co go odróżnia od typowych tego typu produktów, to mak. Jest go pełno!

Jak to wszystko smakuje? Jogurt jest śmietankowo-mleczny, nie ma w nim żadnego kwasku. Normalnie pewnie bym tu ponarzekała, ale przy tym połączeniu, z dobrze wyważoną słodyczą, było idealnie. Słodycz ani odrobinę nie wpłynął na smak właściwy.
Marcepan był tylko akcentem, aczkolwiek jego charakterystycznego smaku nie dałoby się tu przeoczyć. Wilgotna masa z migdałów - to się po prostu czuło! Słodycz ją nieco podkoloryzowała, ale nawet, gdy doszłam do połowy słoika, nie wydała mi się zbyt silna.
Wiodącą nutą okazał się mak. Nie trzeba było rozgryzać jego ziarenek, by go wyczuć. Wszechobecna, ale wcale nie za silna, słodycz sprawiła, że jogurt skojarzył mi się z (nieprzesłodzoną) masą makową do np. łazanek.
Czarne kuleczki nie irytowały mnie - wręcz przeciwnie, rozgryźć je co i raz było wyjątkowo przyjemnie. Pewnie dlatego, że po prostu były jakby świeże i wręcz strzelające, a nie rozmiękłe, suche, czy coś w tym stylu.

Na samym końcu, może przy ostatniej łyżeczce, w mojej głowie pojawiła się myśl, że może jogurt mógłby być minimalnie mniej słodki.

Połączenie marcepan & mak w jogurcie wydawało mi się ryzykowne. W zasadzie, kojarzyło mi się z czekoladą Zottera Typically Austria, więc poprzeczka została wysoko postawiona.
Obiadową porą, rozsiadłam się na łóżku z tym słoikiem i... nie wiedziałam czego się spodziewać. W trakcie jedzenia (swoją drogą; najadłam się nim chyba na pół dnia) wyszło, że ten jogurt po prostu podbił moje serce. Subtelny posmak marcepanu, a do tego wyrazisty mak w delikatnym, słodkawym jogurcie... Prosty, chociaż niespotykany smak. To było po prostu pyszne. Szczerze? To jeden z dwóch najsmaczniejszych jogurtów, jakie jadłam w życiu.

Chociaż przyznać muszę, że komuś, kto nie ma fioła na punkcie marcepana i maku, a w jogurtach szuka świeżej kwaskowatości... może mniej smakować. Ja przymykam trochę oko na ilość cukru.


ocena: 10/10
kupiłam: Carrefour (?)
cena: nie mam pojęcia
kaloryczność: 125 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak (albo raczej: sama będę przyrządzać jogurt na wzór tego)

*mak to 30 %, a marcepan 10 %  wsadu

Aktualizacja: 04.12.2016
Przy okazji lidlowego deseru Deluxe w podobnym wariancie smakowym (mak-marcepan) i z racji, że jogurty te pojawiły się i w moim mieście, postanowiłam go sobie przypomnieć i przy okazji zamienić zdjęcia na ładniejsze. ;)
Po otwarciu czułam zapach przede wszystkim smakowitego marcepanu.
Jogurt był gęsty, aczkolwiek mógłby być jeszcze odrobinę gęstszy. Na ilość maku nie narzekam, bo nie żałowali go, naprawdę!
W smaku mimo silnej słodyczy czuć jogurtowość, aczkolwiek pozbawioną kwasku. Pasuje to do migdałowego smaku marcepanu, który jest tu bardzo wyrazisty. Mak dodatkowo przebija słodycz swoją niemalże goryczką i przyjemnie chrupie, strzela.
Obecnie uważam, że jest nieco za słodki, ale i tak dobry.
ocena: 9/10
kupiłam: Tesco
cena: 4,99 zł
czy kupię znów: nie

środa, 21 października 2015

Wedel mleczna z karmelowym nadzieniem i kakaowymi ciasteczkami

Są takie firmy, których czekolad po prostu nie kupuję i koniec. Zwłaszcza, jeśli chodzi o tabliczki-giganty. Milka, jak Milka... czasem, gdy potrzebuję zapchać się cukrem, ciężko o coś lepszego słodszego. Do Wedla straciłam serce już lata temu. Sprzedajna marka, fatalna jakość. Wprowadzają jakieś nowości, kombinują, męczą się... a i tak zawsze jedno i to samo wychodzi. Z prostych powodów, nad kupnem wedlowskich nowości nawet się nie zastanawiam - po prostu ich nie kupuję. Moja mama ma jednak jakiś tam sentyment, a i cukier lubi, więc czasem i mi coś wpadnie. Wypraszam bardziej pod kątem recenzji, niż "łapania łakoci", dlatego, że chcę żeby na tym blogu gościły różne czekolady, dla porównań.

Ostatnio na rynku pojawiły się trzy nowe, 290-gramowe Wedle, z nadzieniem karmelowym i chrupiącymi dodatkami. Co to tam dokładniej jest, nie mam pojęcia, nie śledzę tej marki. Moja mama, znając moje zamiłowanie do kakaowych ciastek w czekoladzie (wielokrotnie polecałam jej Bellarom z ciasteczkami), zakupiła E.Wedel czekoladę mleczną z nadzieniem karmelowym i ciasteczkami kakaowymi. Swoją drogą... podoba mi się wygląd opakowania; jest na swój sposób urocze i ładnie zaprojektowane.


Pierwotnie otrzymałam dwa rządziki czekolady, ale po powąchaniu stwierdziłam, że jeden to i tak dużo.

Zapach był... po prostu cukrowo-czekoladowy. Pospolity, niezbyt przyjemny. Możliwe, że całkowicie zwyczajny, a na mój odbiór przełożył się wygląd kostek, według mnie paskudny i bardzo badziewny. Ostrożnie odgryzłam połówkę ogromnej, pseudo-eleganckiej kostki i... poczułam cukier.

To czekolada zaczęła się rozpuszczać, uwalniając słodko-mleczny smak tłusto-plastikowego tworu. Tłuszczu było tu sporo, ale było to mniej więcej to samo natężenie miała sztucznie mleczna proszkowość. Warto zauważyć, że sama tłustość czekolady była nawet w porządku; trochę maślana. Jechało mi tu jednak smakiem pseudo-kakao, podobnego do wyrobów czekoladopodobnych i plastiku. To wszystko oczywiście z kilogramem cukru!

Dalej było już tylko więcej cukru i tłuszczu. Czyżby nadzienie? Tłusta, znacznie gorsza, gruda, wyłaniająca się spod solidnej warstwy czekolady miała smak balansujący na granicy mleka w proszku i margaryny. Co prawda, ani jedno, ani drugie nie było specjalnie natarczywe w smaku, bo po prostu zabił je cukier, ale... tłuszcz czuło się na języku, pozostawał jeszcze długo po zniknięciu kostki. Mimo, że kostka rozpuszczała się szybko, łatwo i tłusto, było w niej coś szorstko-proszkowego i topornego, ciężkiego. O mlecznym posmaku już wspominałam, a co z karmelem? Jakoś umknął. Chyba, że karmel według Wedla to właśnie zacukrzona margaryna - w takim wypadku to taak, nadzienie jest karmelowe.

W pewnym momencie trafia się na chrupiące kawałki. Nie czułam ich smaku, był zabity przez cukier.
Dopiero gdy zostawiłam je w spokoju, nie gryzłam, kostka zniknęła a one zostały na języku i pochrupałam je... miały jakiś tam słodko-gorzkawy smak. Znów było to coś podobnego do kakao dla dzieci. W dobrej czekoladzie, z dobrym nadzieniem, mogłyby być fajnym urozmaiceniem konsystencji i czymś, zakreślającym np. gorzkość, sól. Jednak nie w tym przypadku.

Reasumując, Wedel nie wydał nic nowego. Gdyby mi ktoś powiedział, że to czekolada z kremem mlecznym, nadzieniem creme brulee, czy czymkolwiek innym, byłabym skłonna uwierzyć. Tu po prostu nie czułam nic, oprócz cukru i plastiku. Ciasteczka tylko tyle, że chrupały. 
Dodatkowo proszkowo-tłusta konsystencja (te czynniki miały też po części wpływ na smak) i bonus w postaci wyglądu czekolady, tylko przypominają mi, dlaczego Wedla nie tykam. Ocena taka, a nie inna, bo wiem, że karmel można wykonać znacznie gorzej (idealnym przykładem jest Milka), zamiast cukru w cukrze z plastikiem i margaryną, może być margaryna, coś przeterminowanego i cukier z dodatkiem cukru. 
Trzecią kostkę, z trzech, które dostałam, rozłupałam na części i... nie dałam jej już rady.


 ocena: 3/10
kupiłam: dostałam pasek od mamy
cena: nie znam, mówiła coś o ośmiu zł
kaloryczność: 517 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (sama nawet tej bym nie kupiła)

poniedziałek, 19 października 2015

Clif Bar White Chocolate Macadamia Nut

Będąc na Alasce, zajechaliśmy do Fred Meyer po suszone warzywa i beef jerky, jedzenie na kolację i takie tam. Tego pierwszego nie znaleźliśmy, ale natknęliśmy się na na bardzo ciekawą promocję: 10 clif bar'ów w cenie 10 $. Wybierając swoje trzy smaki, nie mogłam się nadziwić, że wariantów tych batonów jest aż tyle. Zawsze myślałam, że to po prostu jakiś ''bananowy chlebek'' i za bardzo mnie nie ciekawił.

Kiedy jednak przyszło mi wybrać jakieś na szlak, wybrałam akurat trzy, nie tyle ciekawe, co najciekawsze z tego, co tam było.
Na szlak Crow Pass wybrałam Clif Bar Energy Bar Makadamia White Chocolate, który był najmniej obiecujący. To baton z płatków owsianych z prażonymi orzechami makadamia i białą czekoladą,  czyli coś nie do końca w moim stylu, ale cóż... spróbować można, a nawet trzeba.

Kiedy zatrzymaliśmy się na szlaku, bo reszta towarzyszy-podróżników odczuła potrzebę zjedzenia czegokolwiek, rozsiedliśmy się przy metalowych częściach, pozostałych z dawno opuszczonej kopalni, wydobyłam słodycz z plecaka.
Gdy otworzyłam opakowanie, wyjęłam całkiem gruby prostokąt; typową, zbożową ''sklejkę''. Wyglądało zupełnie zwyczajnie, jak każdy inny pseudo-zdrowy baton. Na wierzchu odrobina białej wstążki, zapewne z białej czekolady. Nie powinno być za słodko, prawda? Sprawdźmy!

Po pierwszym gryzie już wiedziałam, że jestem za bardzo naiwna, jeśli o takie produkty chodzi.
Cukier! Jest strasznie słodko i od samego początku słodycz zaczyna przymulać. To nie jest dobry znak. Tym bardziej, że przy tym pierwszym kęsie byłam w stanie powiedzieć tylko, że jest słodko.

Z wierzchu baton nie był klejący, w środku może tylko odrobinę bardziej, łatwo się łamał, był miękki, lecz na pewno nie ciągnący. Trzeba było sporo gryźć, żeby to przeżuć, mimo, ze nie był przesadnie twardy. Chroniącego elementu także mi tu zabrakło.

Tak żując i gryząc, próbowałam doszukać się czegoś w tej słodkości. Może gdzieś tam zaplątał się smak białej czekolady? Momentami robiło się jeszcze bardziej słodko i może trochę śmietankowo. Z początku, przy konfrontacji kawałek batona - język, a potem znowu było po prostu cukrowo.

Gdy przegryzałam się przez kolejne centymetry sześcienne batona, wyczułam gdzie nigdzie trochę maślaną, trochę orzechową nutę. I więcej słodyczy. Czy to miały być tę orzechy makadamia? Przyznam, że spodziewałam się wielkich ich kawałków i w ogóle, a tutaj można by je nawet pominąć. Tak samo, jak białą czekoladę, ponieważ prawie ich nie czuć.

Chciałam napisać, że smak nieco zagubił się po drodze, ale... nie było go od początku.

Słodycz wręcz przeciwnie. Towarzyszył jej charakterystyczny zbożowy, lekko wręcz owsiany smak. Lubię zbożowe ciasteczka, ale nie cierpię smaku zboża zmieszanego z cukrem, a tutaj właśnie taki mnie zastał. Cukier z płatkami owsianymi - zestawienie dokładnie w tej kolejności.

Czy ten baton dodał mi energii? Na pewno chciałam jak najszybciej iść dalej, gdy wyładować złość, że na taki piękny szlak wzięłam coś tak nudnego, a nie jakąś dobrą czekoladę.

Muszę co prawda przyznać, że nie był to twór nie do zjedzenia, ale... taką kompozycję można było o wiele lepiej zrobić. Smak zbóż z cukrem? Na pewno nie dla mnie, chociaż pocieszam się, że mglisty posmak tytułowych smaków też się trafił, tyle, że... prawie znikomy.

Zły początek dla Clif Bar'ów. Już nastawiłam się na nie negatywnie, a jeszcze dwa przede mną. Wzięłam je ze sobą do Polski, ale jeszcze nie wiem, czy mam na nie ochotę, czy komuś oddam. Albo poleżą do czasu, gdy termin zacznie gonić.


ocena: 3/10
kupiłam: Fred Meyer
cena: 1 $ (promocja)
kaloryczność: 260 kcal / baton (68 g)
czy kupię znów: nie

niedziela, 18 października 2015

Wilie's Cacao El Blanco Venezuelan 00 White Chocolate biała

Willie Harcourt-Cooze wyruszył w podróż w daleki świat. Czego szukał? Nie mam pojęcia. Co znalazł? Plantację kakao w Wenezueli "El Tesoro", którą w końcu postanowił zakupić, rozpoczynając tym samym nową przygodę, związaną z czekoladą i jej produkcją. Jego firma, Willie's Cacao, produkuje czekolady właśnie stamtąd, a także z innych plantacji, położonych w różnych miejscach na świecie, w fabryce w Anglii.

Firma ta, a dokładniej jej czekolady, bardzo mnie zaciekawiły i postanowiłam je sprawdzić osobiście. Chciałabym spróbować wszystkie dostępne tabliczki, ale oczywiste jest, że... nie wszystko na raz. Znajomość z czekoladami Willie'go postanowiłam zacząć od białej, bo to wbrew pozorom po białych czekoladach, można oceniać różne manufaktury. Dlaczego? Według mnie, wykonanie dobrej białej czekolady jest trudniejsze niż wykonanie ciemnej. Nie oszukujmy się, średnia ciemna jest jak najbardziej zjadliwa, a średnich białych... sama nawet nigdy nie kończę.
Nie wiem, czy mój punkt widzenia przeplata się z Waszą opinią na ten temat, ale i tak zapraszam Was na dzisiejszy wpis.

Wilie's Cacao El Blanco Venezuelan 00 White Chocolate to biała czekolada, stworzona z zaledwie trzech składników. Są to masło kakaowe, mleko w proszku i surowy cukier trzcinowy. Żadnych dodatków, nic. Czysta biel. Zawiera aż 36 % masy kakaowej (tłuszczu kakaowego), czyli więcej, niż niejedna popularna mleczna tabliczka. 

Kiedy otworzyłam biały, elegancko i nienachalnie zdobiony kartonik, wyjęłam tabliczkę, w złotko oprawioną. Rozerwałam je, aby ani trochę nie uszkodzić czekolady, po czym w moich rękach znalazł się całkiem grubawy, biały, kwadrat, z logo na samym środku. Zbliżyłam czekoladę do nosa i, przymknąwszy oczy, znalazłam się w krainie słodko-gorzkawo-kwaśnych zapachów kwiatów, porzeczek, zawartych w kakao. Otworzyłam oczy i wytężyłam zmysł węchu. Czułam bowiem ciemną tabliczkę, jak nic! Coś takiego przy białej czekoladzie zdarzyło mi się po raz pierwszy i muszę przyznać, że byłam straszliwie zaskoczona, nawet po recenzji Basi, którą czytałam już dłuższy czas temu. 

Po takich dziwach, czym prędzej wgryzłam się w tabliczkę. Nie było tu oczywiście żadnego chrupnięcia, ale topienia się w palcach też nie. Rozdzielanie jej (czy to odgryzanie kawałka, czy łamanie), szło jak po maśle, z łatwością, jednak nie był to żaden miękki ulepek.

Kawałek rozpuszczał się powoli, z początku gładko i tłustawo. Myślałam, że zaraz przerodzi się to w konsystencję typowo kremową, ale nie. Natrafiłam na "nieugłaskaną" szorstkawość. Czekolada sprawiała przez to wrażenie bardzo naturalnej i wyrafinowanej. Nieznacznie obklejała usta, nie zaklejając zupełnie.
Cały czas pozostawała tłusta, co jednak ma w tym przypadku jak najlepszy wydźwięk. Była to tłustość świeżego, naturalnego masła i mleka, takiego prosto od krowy, które tylko co zdążyło wystygnąć. 
O samym mleku można powiedzieć jeszcze parę rzeczy. Mianowicie, w tej tabliczce została zawarta jego słodycz i specyficzny smak, niepoddanego obróbce (odtłuszczaniu itp.). 
Słodka nuta mleka została dodatkowo podkreślona przez cukier trzcinowy, który nadawał jej jeszcze bardziej surowy wyraz. Tak, jak powiedziałam, cukier podkreślał inne smaki, ale w nie nie ingerował, nie narzucał się. Czekolada sprawiała wrażenie bardzo mało słodkiej. Miałam wrażenie, że słodycz została tu spowita zasłoną dymną.

W pewnym momencie zaczęły się tu przebijać nutki odrobinkę kakaowo-owocowe. Myślę tu o czerwonych owocach, jednak... była to tylko mgiełka, opierająca się w dużej mierze na wyobraźni, pobudzonej przez boski, "ciemny" zapach. Łącząc się z wręcz śmietankowym smakiem tworzyły coś naprawdę niezwykłego.

Całość jest z pozoru delikatna i śmietankowa, jednak ta tabliczka po prostu łamie system, niszczy stereotypy. Dosłownie. Najpierw pokazuje nam swój wdzięk, żeby następnie zniszczyć wszelkie wyobrażenia i staje się dzika, surowa, szorstka. Przez naturalne i pełne mleko, czy masło, i wreszcie nuty żywcem wyjęte z ciemnej czekolady, wyraża swój charakterek, to, że nie dała się okiełznać człowiekowi. Jest to czekolada w pełni maślano-śmietankowa, nie ma w niej nawet cienia wanilii, dzięki czemu miałam wreszcie okazję poznać 100%-ową białą, niczym niezakłóconą (mimo, że wanilię uwielbiam) rozkosz.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 12 zł (za 50 g)
kaloryczność: 612 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią