poniedziałek, 30 listopada 2015

Domori 70 % Porcelana Criollo ciemna z Wenezueli

Cztery neapolitanki Domori, jakie próbowałam, były doskonałym wstępem do całej serii degustacji, jaką będę mogła sobie zorganizować dzięki Piotrowi z Sekretów Czekolady i prezentowi od I. ze Stanów. Czeka Was (łącznie z tą) 21 recenzji, więc mam nadzieję, że się cieszycie. O Domori możecie przeczytać przy mojej pierwszej recenzji czekolady tejże firmy - Domori D-Fusion Pralinato. Po dymno-owocowej Javablond 70%, w której zakochałam się na zabój, czy szalonej Canoabo 70%, właściwie nie miałam pojęcia, po którą by tu teraz sięgnąć. Miałam mały pokaz tego, co potrafi Domori, a teraz...? Po prostu nie wiedziałam od czego zacząć.
Z pomocą przyszedł mi nieoczekiwany, a mianowicie tabliczka Amedei Porcelana, która miałam już okazję jeść i opisać, ale której recenzję postanowiłam zaktualizować, dodając nowy akapit (możecie o niej przeczytać tutaj). Tym samym, trafiła mi się świetna okazja do małego porównania.

Domori Cacao Criollo 70 % Porcelana to ciemna czekolada z 70 %-ową zawartością kakao rodzaju criollo typu porcelana. To pierwsza tabliczka, jaką stworzyli z właśnie tej odmiany ziaren, pochodzących z Wenezueli z plantacji Hacienda San Jose, gdzie od 2004 w najlepszych warunkach i z największą dbałością hodowane są rozmaite gatunki kakao.

Otworzyłam przepiękny i skromny kartonik ze złotymi, połyskującymi napisami. Wyjęłam złotko przyozdobione delikatnym logiem. Już w tym momencie było widać poziom czekolady, a kiedy wydobyłam połyskującą, ciemną tabliczkę... w ogóle się zakochałam. Była tak gładka, że kiedy spojrzałam na nią pod odpowiednim kątem, działała jak lustro. Głębia brązu i intensywność zapachu pokazywały pełnię klasy.
Unosił się nad nią aromat lekki i świeży, odrobinę kwaskowaty w pełni owocowym kontekście. Postawiłabym tu na morele. Oprócz tego zapach... ciężko to nazwać, ale to był zapach śniadania na słodko jedzonego na balkonie w ciepły, słoneczny poranek. 

Przy łamaniu, słyszałam wyraźne głośne trzaski, a już po pierwszym kęsie zachwyciła mnie czysta jedwabistość kawałka. Stwierdzenie, że jest ona idealnie gładka czy kremowa, nie oddaje w pełni jej konsystencji. Jedwab - najprawdziwszy i najdelikatniejszy, rozpuszczający się w najprzyjemniejszy, lekko lepiący i powolny sposób. Jest maślana, co odgrywa bardzo znaczącą rolę w smaku.

W pierwszym momencie zawisło jakby pytanie: słodko czy gorzko? - tak, jakby czekolada nie mogła się zdecydować, a potem popłynął lekki kwasek.
On zaserwował mi przejście do kromki wilgotnego chleba - żytniego na zakwasie ze sporą ilością masła i dżemu owocowego. 
Co do owoców, one nie był już tak jednoznaczne, jak zapach. Najpierw poczułam słodki dżem truskawkowy, potem zaczęłam się wahać, czy aby na pewno nie są to morele. W końcu już nie byłam niczego pewna. Obok tego lekko gorzkie nuty wciąż wynosiły wytrawny smak na wierzch.
Do naszej "kanapki" dorzucono posiekane orzeszki - zwłaszcza przy drugiej kostce ukazała mi się orzechowa, lekko słodkawa nuta. W tej słodyczy można było utonąć, bo nie była ona czysto słodka - o nie! Smakowała mi gorzkawym miodem, o w pełni stonowanym smaku.

Potem zaczęłam się zastanawiać, czy chleb żytni jest odpowiednim porównaniem - bądź co bądź ma on silny i charakterystyczny smak, tutaj wszystko opiewało raczej słodkie klimaty.

Zakończenie było najbardziej gorzkie, wyraźnie kawowe. Czułam się, jakbym całość poczuła dobrą, głęboką w smaku kawą, chociaż nie żadnych siekierowato gorzkim espresso. 

Ta czekolada jest bardzo, bardzo delikatna, głównie w konsystencji. Smak, również nie jest skrajny, a stonowany, ale ma on pewien wyraz, charakter. To słodko-kwaskowaty ornament delikatności, wzbogacony o kawowy smak, wydobyty z bogactwa kakao. Ta czekolada jest diametralnie inna od reszty próbowanych przeze mnie. Po niej, moje postrzeganie czekolad na pewno ulegnie zmianie.

W odniesieniu do Amedei... Domori jest o wiele bardziej dynamiczna, chociaż wciąż rozkosznie subtelna. Amedei jest słodsza, a przez to wydała mi się nieco bardziej mdła (aczkolwiek wciąż pyszna). Moje serce kieruje się raczej ku Domori.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17,85 zł (za 25 g) - dostałam zniżkę od sklepu
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy znów kupię: z ogromną ochotą bym do niej wróciła

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy

niedziela, 29 listopada 2015

Lindt Exotic Acai Beere mleczna z kremem mlecznym i nadzieniem z jagód acai

Dzisiaj przyszła pora na ostatnią tabliczkę z owocowej lentio-egzotycznej serii Lindt'a, która, jak na ironię, była jedyną, którą planowałam spróbować. Kupiłam ją jako pierwsza, w dwie pozostałe zostałam trochę wmanewriwana na wyjeździe, ale to ją trochę mi obrzydziły. Co też jest trochę dziwne, bo właściwie mi smakowały, tylko... nie miałam po nich ochoty na więcej cukru z cukrowym owocowym dżemem. Papaya była ciekawa zwłaszcza za sprawą smaku... papai, a Mango-Marakuja... chyba trafiła na moją ogromną potrzebę dostarczenia cukru, bo nie wiem, czemu wystawiłam jej taką wysoką ocenę.
Trochę łaskawiej spojrzałam na nią po recenzji na blogu posypanacukrem, aż w.końcu zdecydowałam się otworzyć, bo jakby nie patrzeć, lubię wszystkie jagodowe owoce.

Lindt Exotische Fruchte Acai Beere to czekolada mleczna z kremem mlecznym i nadzieniem z jagód acai, o których praktycznie nie wiem nic, ale słowo ''jagody'' od razu wywołuje pozytywne skojarzenie.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam przecudowny zapach słodko czekoladowy. Był tu przede wszystkim silny motyw mleczny i odrobinka kakao. Takim zapachem mogłabym upajać się bez końca. Jednak... trochę mnie zaskoczyło, że w ogóle nie czułam owocowej nuty. 

Po włożeniu kostki do ust... utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że coś tu nie gra. Czekolada nie zaczęła się cudownie rozpuszczać, nie było tu masełka czy bagienka...

No dobra, odrobina tego drugiego po chwili się pojawiła, jakby chciała ukryć ulepkowatą plastelinowość całości. Przy tym cały czas rozchodził się smak przepysznej lindt'owskiej czekolady, ale... jakoś mi on nie pasował do tej zupełnie niezachwycającej konsystencji. Czułam wyrazistość mleka, sporą słodycz - ale w pełni w tym momencie pożądaną i sugestię kakao. 

Ah... i tu zaczął się wyłaniać krem, który chyba nawet dla producenta stanowi zagadkę.

Tak samo, jak na opakowaniu nie napisano czy jest on mleczny, śmietankowy czy waniliowy, tak też prezentuje się smak.
Jest to grudka z tłuszczu i cukru, aczkolwiek na upartego udało mi się wychwycić nutę mleka w proszku. To ona zaburzała mi wspaniały obraz lindt'owskiej czekolady. Niestety, tej białej części jest bardzo dużo.
Znacznie więcej, niż dżemu z jagód acai, którego ewidentnie poskąpiono.
Nadzienie owocowe jest dość zbite, nie wylewa się i trochę się klei. Jest go jednak o wiele za mało.
Po rozgryzieniu kostki trochę czuć czarne, słodkie i dojrzałe porzeczki, jagody... ale jest to dosłownie moment, potem wkracza kwasek cytrynowy i dołącza do tego cukrowy krem mleczny, który jest na wygranej pozycji ze względu na jego ilość.

Gdzieś tam przy tym wszystkim jest i smaczna czekolada, ale i ona zabija smak jagód, bo jest jej po prostu o wiele za dużo w stosunku do nadzienia owocowego. Dodatkowo jej smak jest psuty paskudne nadzienie cukrowo-tłuszczowe (mleczne?). Sztucznie wzmocniony kwasek nie pasuje mi zupełnie do słodkiego połączenia jakie ta czekolada mogłaby dać bez niego. 
Wyrok? Mimo wszystko można zjeść - gdyby połowę kremu zastąpiono owocowym dżemem (i najlepiej odjęto od niego trochę cukru), byłaby to najsmaczniejsza czekolada z serii.
Mnie ona bardzo szybko zmęczyła.


ocena: 7/10
kupiłam: sklep firmowy Lindt
cena: około 12 zł (?)
kaloryczność: 494 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

sobota, 28 listopada 2015

A. Morin Costa Rica noir 70 % ciemna z Kostaryki

Wszystko ma swój koniec. Jest to definitywne i ostateczne. Nawet najlepsza seria słodyczy kiedyś się kończy, ale najważniejsze jest to, jak ją zapamiętamy. W tym wpisie postanowiłam trochę porównać wszystkie tabliczki francuskiej czekoladziarni, które miałam okazję spróbować, ale najpierw czeka nas jeszcze spotkanie z...

...ciemną czekoladą z Kostaryki A.Morin Costa Rica noir 70 %. Zawartość 70 % kakao wydaje mi się najbezpieczniejszą ilością, jeśli chce się przegryźć smaczną czekoladę. Nie jest zbyt odważna, ale można w niej wyczuć wiele dobrego.

Rozerwałam dobrze już znany mi papierek i powąchałam ciemną tabliczkę. Zdziwiłam się trafiając na cierpko-kwaśny aromat. Pierwsze skojarzenie, które wyprzedziło jakiekolwiek myśli? Sosna i sorbet mango-cytryna.

Ułamałam pierwszą kostkę z niemałym trudem. Czekolada była straszliwie twarda i... skojarzyła mi się trochę z Morinem z Panamy, bo też można jej przypisać pewien głuchy dźwięk, jednak o pełnej akustyce nie ma mowy.
Włożyłam kostkę do ust, a ona zaczęła powoli się rozpuszczać. Jakby oliwa zaczęła powoli ściekać z kostki, uwalniając smak... słodki. Zero kwasku, a pewna, wcale nie taka lekka, słodycz.
Spod oleistej konsystencji zaczęła wyłaniać się szorstkość, lekka wręcz pylistość. Tu jest ciekawa sprawa: czekolada nie jest zbyt tłusta, ale ma oleisty charakter. Ona nie rozpuszcza się, nie ma żadnego bagienka, a jakby wytaczał się olej. Pod nim jest szorstka.

Przez większość czasu pozostaje cierpka, ale nie po prostu gorzka. Wydała mi się uładzona przez śmietankową nutę, idącą w stronę serka śmietankowego, co jest dość dziwne, bo mleka oczywiście w składzie nie ma. Ta nuta występuje jednak przy prawie każdym Morinie.
Spod cierpkości, wyłania się przenikliwy, gryzący kwasek. Nie jest on silny, ale taki... kujący, przy czym znów wróciło skojarzenie z drzewem iglastym.
Nie dochodzi on do głosu najprawdopodobniej przez gorzko karmelowe akcenty - jakby nieudolnie palone. Żeby nie było, nie jest to niesmaczna nuta, tylko... niecodzienna.
Czekolada skojarzyła mi się z prawie spalonym ciastem (plackiem?) z kwaśną żurawiną i miękką, średnio udaną, kruszonką.

Nie gustuję w nieudanych ciastach, ale... taka nuta w czekoladzie była po prostu intrygująca. Muszę jednak przyznać, że gdybym chciała zjeść całą tabliczkę na raz, mogłaby mnie po prostu znudzić.
Czekolada z Panamy nie jest zbyt ordynarna, łączy w sobie gorzkość, trochę słodyczy i lekki kwasek. Brzmi jak prawie każda inna czekolada ciemna, ale ta ma w sobie coś... innego.


ocena: 8/10
kupiłam: zamówiłam przez e-mail
cena: 20 zł
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna

Wszystkie były przecudowne, a to że jedne mają 10, inne 7 znaczy jedynie tyle, jak wypadają w stosunku do siebie.
Czekolada z kakao z Kostaryki ma w sobie odrobinkę drzewne, dokładniej sosnowe, nutki (bardziej w zapachu, niż w smaku), co można uznać za podobieństwo z drzewną Jawą, w której dominują także smaki cytrynowe, co czyni ją niestety mało czekoladową. Wystawiłam tę samą ocenę, bo żadna z nich nie ma w sobie tego czegoś, co by chwyciło za serce, aczkolwiek obie są interesujące.
Zupełnie inną czekoladą jest tabliczka z kakao z Sao Tome, która prezentuje słodką, wysoko kakaową czekoladę mleczną, bez mleka w składzie.
Peru Chanchamayo ma tyle samo kakao, co Sao Tome, ale... smakuje zupełnie inaczej. Ta jest już bardziej owocowa, choć także słodka.
Kwaśno-gorzka Kuba się nie popisała. Była najmniej czekoladowa i... dziwna; bez żadnej wiodącej nuty.
Najlepsza była jednak 70 %-owa Panama, karmelowo-słodka i zarazem gorzka. Tej tabliczce nie można odmówić czekoladowości i jest morinową zwyciężczynią.

piątek, 27 listopada 2015

Zotter Spiced Marzipan on Cinnamon Nougat ciemna mleczna z pomarańczowym marcepanem z imbirem, kardamonem, pieprzem i cynamonowym nugatem z orzechów laskowych

Wiedzieliście, że kiedyś za nielegalny przewóz goździków groziła kara śmierci? Nic dziwnego, w końcu od bardzo dawna przyprawy korzenne uważa się za bardzo niezwykłe. Jako afrodyzjaki czy kadzidła, w czasach odkrywania nowych ziem, stały się niemal tak drogie, jak złoto i srebro. Czy dziwi w takim razie fakt, że kardamon okrzyknięto królową przypraw? Jest w końcu chyba jedną z bardziej charakterystycznych i uniwersalnych przypraw.
Dlaczego to wszystko piszę? Z prostego powodu: żeby znów się nie rozpisywać jak to kocham korzenne smaki. Powiem tylko tyle, że na szczęście mam co kochać, a dzisiaj opisywana czekolada to... no właśnie, co?

Zotter Spiced Marzipan on Cinnamon Nougat to ciemna mleczna czekolada (o zawartości 50%) z pikatnym marcepanem (30%) pełnym przypraw takich jak: kardamon, imbir, pieprz z likierem, koncentratem i olejkiem pomarańczowym, a także samą pomarańczą, oraz nugatem z orzechów laskowych z cynamonem i kawałkami orzechów.


Kiedy otworzyłam złoty papierek, poczułam delikatny, aczkolwiek bardzo smakowity, zapach barrdzo korzennych pierniczków i marcepanu. Prawdę powiedziawszy, sama czekolada zbyt wiele do zapachu nie wnosiła, co mnie trochę zdziwiło, bo kiedy taflę przełamałam, zobaczyłam, jak gruba jest jej warstwa.
W każdym razie to od niej zaczęłam próbowanie, bo oddziela się dość łatwo. Jest dość twardawa, ale rozpuszcza się szybko i lekko tłustawo w kontekście pełno mlecznym i nieco maślanym. Czuć tu wyraziście mleko z silnym akcentem kakao (w końcu 50% robi swoje) i odrobiną słodyczy. Wydaje mi się, że przesiąkła nieco przyprawami korzennymi.

Wierzchniej warstwy, czyli marcepanu o żółtym kolorze, jest mniej niż nugatu a w konsystencji jest on niezbyt zbity, a miękki, miąszysty i soczysty. Przekłada się to także na smak, bowiem czuć tu wyraźnie pomarańcze, akcent ich skórki i rozgrzewający korzenno-alkoholowy motyw. Przede wszystkim działa tu kardamon i imbir wraz z bardziej słodkimi nutami. Oczywiście, że jest wyraziście migdałowy chyba już nie muszę wspominać. Osobno jest smaczny, ale na tym koniec.

Nugat jest tłustszy od czekolady i powiedziałabym, że jest idealnie maślany; kremowo-gładki, ale ma pewne urozmaicenie w postaci ogromnej ilości kawałków orzechów laskowych, które wydały mi się obtoczone cynamonem (oprócz cynamonu w całym nugacie). Ta warstwa była przede wszystkim słodko-ostra za sprawą cynamonu i bezkreśnie orzechowa, w klimatach bardzo słodkich.

Osobno wszystkie warstwy są smaczne, ale bajka zaczyna się, gdy przegryzamy się przez całą grubość. Spod mleczno-kakaowej fuzji, którą mogłam rozkoszować się dłuższą chwilę w końcu wyłania się typowy migdałowy smak marcepanu wzmocniony nutami pomarańczowo-alkoholowymi, które wraz z cynamonem z nugatu zaczęły błyskawicznie rozgrzewać. Przy tej fali ciepła wyłoniła się silna pikanteria, która tak naprawdę ukazała się dopiero w połączeniu ze wszystkim. Teraz wyraźnie mogłam wyłapać kardamonowe ciężkie nuty, podrasowane przez imbir, a wszystko ugłaskane wręcz kwiatową słodyczą.
Równolegle biegł słodko-orzechowy smak pochodzący z nugatu, a kawałki orzechów wydawały się dodatkowo napędzać cynamonową słodycz, tworząc aluzję korzennych ciasteczek z orzeszkami.
Marcepan powoli rozchodził się na boi, korzenna pikanteria wgryzała się w duet mleka i kakao, który gdzieś po bokach ciągle był obecny.

Na końcu czułam migdałowo-orzechowy smak, który pełnił funkcję bazy pod korzenno-słodką pomarańczową fuzję z nutą cynamonu i kardamonu.

Muszę przyznać, że kiedy pierwszy kawałek rozebrałam na części, troszeczkę się rozczarowałam, ale przy kęsie poczynionym przez całą czekoladę, nie miałam już wątpliwości... to pikantny ideał, w którym mimo, że wszystko jest silne, nic nie jest przesadzone i doskonale ze sobą współgra. To jedna z tych tabliczek, które trzeba jeść w całości, bo Zotter musiał tu wszystko przemyśleć. 
Zazwyczaj za silna pomarańcza tu jest tylko wyrazistym dodatkiem, a przyprawy... ah jak one podgryzają w język! Chrupiące orzechy, cynamon... zalety mogłabym wyliczać w nieskończoność.

Nie mogę nie odnieść się do Cinnamon Apple + Honey, bo to są zupełnie dwa przeciwieństwa, stanowiące doskonałą symetrię. Pierwsza czekolada jest idealnie słodko-delikatna i "milusińska", a ta.... pokazuje różki i uwodzi ostrością.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówiłam u dystrybutora
cena: 16 zł
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią bym kiedyś do niej wróciła

Skład: surowy cukier trzcinowy, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe 12%, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, koncentrat pomarańczowy, pomarańcze, syrop glukozowo-fruktozowy, likier pomarańczowy, masło, cynamon 0,3%, imbir, sól, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, kardamon, wanilia, goździki, pieprz, olejek pomarańczowy, olejek cytrynowy

czwartek, 26 listopada 2015

Chobani Greek Yogurt "flip" Peanut Butter Dream jogurt waniliowy z fistaszkami w miodzie, masłem orzechowym i czekoladą

Wolicie próbować całe serie produktów, czy jakąś jedną, pojedynczą rzecz? To jest pytanie na dzisiaj.
Ja mam coś takiego, że często mam wręcz uczucie pustki, gdy nie spróbuję na przykład jednej czekolady z danej serii. Czasem jakaś seria ciekawi mnie na tyle, że nie umiem wybrać najlepszego smaku. Innym razem, założę sobie, że np. muszę przetestować cały asortyment. Czasem mam z tym problemy ze względu na dostępność produktów.
Zdarzą się jednak i takie linie, które kupię całe od razu, zaczynam próbować i... i mam problem, bo coś mi nie pasuje.
 A czy potrafię spróbować jeden pojedynczy produkt? Niby tak, ale wtedy czuję, jakby omijało mnie coś wielkiego.


Dzisiaj już pożegnamy się z amerykańskimi jogurtami (które swoją drogą zjadłam w końcu dawno temu, a recenzja pewnie parę tygodni sobie poczekała w wersjach roboczych). Ten wariant specjalnie zostawiłam sobie na koniec, bo z góry, po jego nazwie, wiedziałam, że to coś stworzonego dla mnie. Chobani Greek Yogurt "flip" Peanut Butter Dream, czyli jogurt grecki waniliowy z prażonymi fistaszkami w miodzie, masłem orzechowym (w postaci zlepków-grudek) i czekoladą mleczną.  Czuję, że moja miłość do masła orzechowego kwitnie coraz szybciej, skoro nawet jogurt o tym smaku już dorwałam.

Kiedy otworzyłam opakowanie i zbliżyłam do niego nos, poczułam zapach typowy dla masła orzechowego. To chyba dobry znak, prawda?

Testowanie zaczęłam jednak od samego jogurtu, gdyż byłam święcie przekonana, że jogurt jest o smaku masła. To znaczy, po zobaczeniu słów ''peanut butter'' na opakowaniu (oczywiście nie chciało mi się doczytać tego, co było napisane małym druczkiem) zupełnie wyłączyło mi się myślenie i nie interesowało mnie nic innego. Teraz oto zagarnęłam łyżeczką spora porcję jogurtu, przypominającego bardzo gęsty budyń, albo jeszcze gęstszy serek homogenizowany, o smaku waniliowym. 
Pierwsze, co poczułam prawie natychmiast, to kwaskowatość jogurtu. Podchodziło to trochę pod jogurt naturalny, ale o wiele bardziej śmietankowy. Zbity i kremowy, nie miał ani jednej grudki. Konsystencja jest doskonała, ale... smak. Ta kwaskowatość była wręcz naturalna, a co za tym idzie - przyjemna, ale jeśli to miała być wanilia, to ja nie wiem. Jogurt miał ten sam pseudo-waniliowy akcent, co te wszystkie Danio. O tyle, o ile nawet takie zabarwienie pseudo-waniliowe czasem może mi odpowiadać, tak z tym kwaskiem już niekoniecznie. To po prostu nie współgrało. Serkowato-waniliowa nuta zaraz obok kwaskowatości? Niee... to nie smakuje najlepiej. Na szczęście cukier nie grał tu roli swatki, więc ogółem stwierdzam, że jogurt był mimo wszystko całkiem w porządku.

Po tym jakże długim wywodzie przejdźmy jednak do części ciekawszej. Zaczynając od jakiejś ogromnej grudki, odkryłam, że... ten dosłownie jest rewelacyjny: rozgryzłam, a nieregularny kawałek zaczął się rozpuszczać, jak gęste, lekko sklejające masło orzechowe. Fistaszki z lekkim motywem soli i cukru. Amerykańskie smarowidło w wersji do chrapania - mniam!

Następnie wyłowiłam kilka kawałków orzeszków w miodzie, o jansożółtym kolorze. Smakowały dokładnie tak, jak fistaszki powinny smakować, wzbogacone o nutę lekko miodową. Może nie był to czysty, naturalny miód, ale i tak wyszło całkiem smacznie.

Na koniec do ust wrzuciłam kawałek czekolady. W mgnieniu oka zaczęła się rozpuszczać. Tłustawa i bardzo, za bardzo, słodka. Mleko czuć, ale o kakao można już tylko pomarzyć.

Gdy dorzuciłam dodatek do jogurtu i jadłam, nie mieszając, warstwowo... Stwierdziłam, że czekolada jest przesłodzona, a przy orzeszkach mogłaby być sól. Chrupki z masła orzechowego zrobiły się jakieś takie nijakie i wcale się tak już nie rozpuszczały, jak tamta największa grudka. Może tylko jeden kawałek trafił się taki, jak tamten poprzednio opisany? Nie wiem. Były twardawe i lekko chrupiące. W końcu wszystko zaczęło mi się kojarzyć z twardymi kamyczkami, a jogurt... Jogurt to było kwaśne Danio.

Osobiście liczyłam, że mi bardziej posmakuje, a tak... niby było całkiem smacznie, ale jednak nie całkiem. Na pewno smakowało mi o wiele bardziej, niż jogurt bananowy.


ocena: 7/10
kupiłam: Walmart
cena: 1.59 $
kaloryczność: 210 kcal / opakowanie (150 g)
czy znów kupię: nie

środa, 25 listopada 2015

Zotter Cinnamon Apple + Honey ciemna mleczna z jabłkami, miodem, cynamonem, brandy i żurawiną oraz czekoladą białą z cynamonem

Do wstępu do tej czekolady chciałam znaleźć w internecie coś mądrego, ale natrafiłam jedynie na dyskusje i spory na temat tego czy szarlotka i jabłecznik to to samo. Wiecie, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam? U mnie w domu zawsze mówiło się raczej o jabłeczniku, mając na myśli ciasto z jabłkami, cynamonem i miodem z kruszonką, a tu się okazuje, że szarlotka to kruche lub półkruche ciasto z jabłkami a jabłecznik może być na jakimkolwiek cieście np. na biszkopcie. Jabłecznik czy szarlotka... to jedno (a właściwie jak widać dwa, ale jeden rodzaj) z tych ciast, które lubię, a nie ma ich zbyt wiele. 
Jabłka, cynamon... toż to duet przewspaniały i nadaje się do wszystkiego! Owsianki, musów, przetworów, bardziej samodzielnych dań, ciast, czy np. ... czekolady.

Zotter Cinnamon Apple + Honey to czekolada ciemna mleczna, z 50%-ową zawartością kakao, z jabłkami w miodzie i karmelu z cynamonem, jabłkową brandy i żurawiną oraz warstwą czekolady białej z cynamonem, czyli w skrócie tabliczka zawierająca wszystko, co uwielbiam prosto z jesiennej linii Zottera. Mogliście już o niej przeczytać na blogu Basi, a ja tylko zauważę, że w mojej tabliczce proporcje między poszczególnymi warstwami są bardzo podobne. 


Kiedy tylko otworzyłam złoty papierek, myślałam, że odpłynę. Intensywna woń najlepszej na świecie, tylko co upieczonej, szarlotki z gorącym grzańcem i czekoladową nutą w tle. To było piękne. Pieczone jabłka i cynamon po prostu były tak wyraziste, że nawet po Zotterze się tego nie spodziewałam.

Przełamałam tabliczkę i zobaczyłam, że intensywnie rudawobrązowa czekolada mleczna stanowi naprawdę pokaźną część. Udało mi się oddzielić całkiem spory jej kawałek i... znów mogę się nad nią rozpływać. Otóż rozpuszczała się ona powoli, lekko tłustawo-maziście i idealnie gładko. Smak miała przede wszystkim kakaowo-mleczny, ze słodyczą schodzącą na dalszy plan. Przepyszna.

Górna warstwa to zbity mus jabłkowy, który przypomina starkowane jabłka rodem z szarlotki. Czuć ich strukturę, nie jest to owoc idealnie przemielony. To po prostu drobno starte jabłka, a nie twór podchodzący pod galaretkę, który spotkałam w Apples & Carrots with Ginger. Można tu wyczuć kwaskowatą słodycz jabłek, leciutki kwasek żurawiny i to, co zupełnie mnie kupiło, czyli sporą ilość cynamonu, który wraz z alkoholową nutką tworzył coś wybitnie rozgrzewającego i naturalną słodycz pochodzącą z miodu. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że przypomina miód lipowy, ale ten lekko ostry smak może podchodzić od cynamonu i brandy.

Dół, czyli biała czekolada z cynamonem, stanowi większość i napędza słodycz. Wciąż jest to slodycz przechylająca sie w stronę miodu, ale jest też ta zwyczajna, pochodząca od cukru trzcinowego (nieco bardziej karmelowa niż zwykły cukier). Część ta jest tłusta, ale nie tylko mleczno-maślanie, ale też orzechowo, co przekłada się na smak. Akcent orzechów laskowych świetnie wpasował się w duet z ogromną ilością cynamonu. 

A właśnie... tutaj czujemy bogaty, ostro-słodki smak tejże przyprawy. Ta warstwa skojarzyła mi się trochę z bardzo słodkimi bułeczkami cynamonowymi, co było skojarzeniem jak najbardziej pozytywnym, bo myślę tu o tych własnej roboty, a nie sklepowych sztucznościach.
Ta słodycz doskonale wgryza się w gorzkawo-mleczny smak czekolady.

Połączenie wszystkiego jest cudowne, aczkolwiek bardzo słodkie. Po kolei wyczuwamy tu wszystko to, co opisałam wyżej (w końcu większość czekolady zjadłam nie dzieląc na warstwy). Najpierw gorzkawo-mleczna czekolada, potem zalewa ją miodowa słodycz, bardzo silna, ale nie przesadzona. Szybko wyłania się cynamon, którego ciepło wzmocnione jest przez odrobinę alkoholu, a po chwili przebijają się jabłka z żurawiną. Po pewnym czasie znów to cynamon wychodzi na prowadzenie i już do końca pozostaje z miodową, lekko karmelową, słodyczą. Słodka i bardzo "grzeczna", ale inaczej jak "przepyszna" nazwać jej nie można.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówiłam u dystrybutora
cena: 16 zł
kaloryczność: 469 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią bym do niej wróciła

Skład: surowy cukier trzcinowy, suszone jabłka (15%), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, sok jabłkowy (9%), miód (3%), orzechy laskowe, jabłkowe brandy (2%), żurawina, serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, cynamon (0,5%), pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, lecytyna sojowa

wtorek, 24 listopada 2015

Domori D-Fusion Cappuccino mleczna z kawą

Mówią, że w życiu  piękne są tylko chwile. Do nich bez wątpienia należą chwile spędzone z czekoladą. W dodatku dobrą czekoladą. Taką, o której spróbowaniu marzyło się miesiącami. Momenty delektowania się walorami kakao są niestety bardzo ulotne. Odczułam to wyjątkowo, kiedy wzięłam do rąk ostatni smak Domori, który zakupiłam. Zostawiłam go na sam koniec umyślnie. To, że kocham kawę nie jest tajemnicą, więc z czystym sumieniem mogę podać to jako powód. Czy akurat cappuccino? Nie, wolę mocną małą czarną, jednak w związku z tym, że ustanowiłam sobie limit "góra trzy kawy dziennie", zdarza mi się sięgnąć po różne mleczne napoje (mimo wszystko nazywane kawami) z popularnych kawiarni i przyznam, że wolę latte od cappuccino.
W słodyczach, jeśli producentowi zamarzy się zrobienie produktu kawowego, zazwyczaj żongluje najróżniejszymi nazwami, a mimo to, kawa w składzie jest jedynie ułamkiem. Co się dziwić, skoro to wszystko i tak jest na bazie mleka?

W Domori D-Fusion Cappuccino, czyli czekoladzie czekoladzie mlecznej z kawą, w której kawa to całe 4 %, a oprócz tego, żadnych aromatów. W składzie zobaczymy tylko cztery składniki. To jest właśnie jakość Domori. 

Nie chcąc, wręcz nie mogąc, dłużej zwlekać, otworzyłam opakowanie i tak wiele obiecujące złotko.

Poczułam zapach, który zaskoczył mnie, mimo, że nie jest to już moje pierwsze spotkanie z Domori. Aromat świeżo zaparzonego cappuccino, z doskonale spienionym mlekiem i kakao, któremu komuś sypnęło się trochę więcej, niż tylko dla ozdoby. 

Kiedy zobaczyła ładnie przyozdobiony czekoladowy kwadrat, co do jego koloru nasunęło mi się skojarzenie z kawą z mlekiem, nie zaś z czekoladą mleczną. To zapewne przez ten zapach; czytelny i bardzo smakowity.

Połamałam czekoladę, chcąc obejrzeć ją dokładnie z każdej możliwej strony. W końcu pierwszy kawałek wylądował w ustach.
Od samego początku zaczęła się rozchodzić delikatna, dostojna, słodycz, z odrobinę karmelowymi nutami. Będę powtarzać bez końca, że cukier trzcinowy jest doskonały w połączeniu z kakao. Dekoruje czekoladę wspaniałymi, charakterystycznymi, nutami. 
Czekolada jest muśnięta wyrazistym akcentem kakao z jego delikatną, w tym wydaniu, goryczką. Nie jest to zwyczajna goryczka, a taka aksamitna i spokojna, mimo prawdziwej głębi.
Po chwili dochodzi także goryczka kawy, znana chyba wszystkim.
Czekolada rozpuszcza się powoli i aksamitnie. Można by ją porównać do pianki.

A skoro już o piance mówimy... wyobraźcie sobie kawę z pianką, spienionym mlekiem. To jest właśnie to. Smak ciepłego, świeżego mleka. Jego subtelna słodycz. Nie zapominajmy o kawowych nutach. Są obecne i nie da się ich pominąć. Gdy odrobinę tłustawy (pod tym względem przypominał śmietankę do kawy) kawałek, rozpuszczał się, zamknęłam oczy.
Kawiarnia, w której unosiły się zapachy świeżo zmielonej kawy i świeżego, naturalnego (nie jakieś żadne tam UHT) mleka. Kolejny łyk artystycznej wręcz kawy. To była końcówka. Goryczka zrobiła się silniejsza, no tak, w końcu na dnie zostało już to, co najlepsze, czyli te najbardziej gorzkie mililitry. Nie, żeby jakaś siekiera. Po prostu kawa już trochę okradziona z mleka. 

Czekolada wciąż była delikatna, a mimo to, na końcówce goryczka zrobiła się znacznie dosadniejsza. Przeszła w prawie-gorzkość. Mleko i słodycz stanęły po jej bokach, pozwalając konsumentowi utonąć w głębi fuzji kakao i kawy.

Gdy rozpuścił się ostatni kęs, siedziałam przez chwilę pełna smutku i tęsknoty. Właśnie skończyłam najlepszą kawową czekoladę, jaką ostatnio jadłam. Goryczka, zarówno kawy, jak i kakao (jednak silniejsza ta pierwsza) była wspaniale przyozdobiona świeżym, lekko tłustym mlekiem, i zwieńczona odrobiną cukru trzcinowego. To jest połączenie, z którym Domori poradziło sobie lepiej, niż Zotter, aczkolwiek dla mnie mogła być jeszcze nieco bardziej gorzka.


ocena: 9/10
kupiłam: LeChoclat
cena: 4 zł (za 4,7 g)
kaloryczność: 597 kcal / 100 g 
czy kupię znów: tak, pełnowymiarową tabliczkę


PS Nie bójcie się, to nie koniec Domori. Jakiś czas po zjedzeniu tej neapolitanki, udało mi się zakupić 14 tabliczek (25g i 50g) tejże firmy. ;)

poniedziałek, 23 listopada 2015

Lindt Creation Tiramisu mleczna z kremem mlecznym, ciemną truflą, ciasteczkami i kawą

Kiedy zobaczyłam zmiany na stronie Tesco (brak czekolad Creation w mojej ulubionej formie - dużych płaskich kostkach), od razu pojechałam do sklepu, licząc, że może uda mi się zdobyć je jeszcze. I przybyłam w ostatnim momencie, bo były właśnie zabierane ze sklepu przez krótki termin (a miały jeszcze całe 15 dni!). Cudem wywalczyłam jedną z tabliczek, która w tym krytycznym momencie w sklepie stała się moim "must have", mimo, że kiedy ją próbowałam, nie smakowała mi aż tak. Uparłam się jednak, że zrobię coś w rodzaju porównania z letnią tabliczką tejże firmy, o tym samym smaku, czyli inspirowaną włoskim deserem tiramisu.
Lindt Creation Tiramisu to czekolada mleczna z kremem migdałowo-mlecznym i ciemną truflą z ciasteczkami i kawą, która, jak widzimy, jest nieco inna niż Lindt Tiramisu. Oprócz tego jest po prostu większa, dzięki czemu będę miała okazję się w niej lepiej rozsmakować. A czy jest lepsza? Zapraszam do recenzji.

Otworzyłam kartonik, rozerwałam sreberko i... odpłynęłam. Zapach lindt'owskiej mlecznej czekolady był wyrazisty i pełny, jak zwykle, ale... owiany był silnym, kawowym akcentem z może nawet odrobiną alkoholu. Cudo, po prostu cudo.

Połamałam wielkie, kwadratowe kostki i poczyniłam pierwszy kęs. Mleczna czekolada zaczęła się rozpuszczać, zachwycając swą głęboką, pełną, tłustawą mlecznością, w której nie było nic sztucznego, czy proszkowatego, i odrobinką kakao i... na tym koniec zachwytów, bo czekolada wydała mi się bardziej słodka, niż normalnie, więc tu już pojawiło się małe zasłodzenie. Jak to mówią: diabeł tkwi w szczegółach.

Kiedy czekolada się rozeszła, jeszcze nie całkiem, ale na tyle, by wyłapać coś, co było pod nią, było już lepiej. To smak ciemnej trufli wyszedł teraz na początek. Zacznę od tego, że konsystencja tej warstwy jest podobna do zwykłego mlecznego kremu, może tylko nieco rzadsza. Śmiało mogę powiedzieć, że jest tłusta, ale w mleczno-maślany sposób. Jest jej mniej, niż części białej, ale, przynajmniej na razie, ma silniejszy smak.

Wyczułam tu odrobinę goryczki, zdecydowanie kakaowej z mgiełką kawy. To nadzienie dostarczało mi tego, czego nie znalazłam w samej czekoladzie. Może nie było gorzkie, a po prostu z gorzkawym posmakiem, ale to wystarczyło, by mnie zadowolić. Pod względem samej goryczkawości! Oprócz tego niestety musieli je solidnie zasłodzić i poskąpić kawy, której to mogło się tu znaleźć o wiele więcej. 
W ilości takiej, w jakiej dodano chrupiące ciasteczka. Te z kolei nie były neutralnie niesłodkie, a odrobinę gorzkawe i dobrze przypieczone, lecz z dużą ilością cukru. Chrupały przyjemnie, ale w połączeniu z nadzieniem balansującym na granicy słodkości, wypadły średnio...

Biała część nadzienia wydała mi się tłustsza, chociaż jakby bardziej zbita. W smaku straszliwie nijaka. Była słodka i lekko śmietankowa, ale na tym koniec. 
Kiedy warstwy mieszały się ze sobą podczas rozpuszczania się kostki, zalatywało mi tam coś jakimś elementem ukrytym... chyba migdałami, chociaż to pewnie tylko dlatego, że przeczytałam skład, bo nie wiedząc co jem, wątpię, że bym je wyczuła. 

Ta czekolada to duże rozczarowanie. Może nie ogromne, ale taki wariant smakowy można było zrobić o wiele lepiej. Czekolada mleczna mi smakowała, mimo, że wydała mi się za słodka. Nawet smakowało mi również ciemne nadzienie - miało w sobie coś odrobinę deserowo-gorzkawo-wykwintnego, ale niestety... to za mało, by wyciągnąć na wyższą ocenę biorąc pod uwagę przecukrzoną białą część, co do której nawet nazewnictwa mam wątpliwości. Nadzienie mleczne, czy śmietankowe? Po prostu tłusto-przesłodzone.


ocena: 7/10
kupiłam: Tesco
cena: 8.39 zł (przecena)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

niedziela, 22 listopada 2015

Lindt Tiramisu mleczna z nadzieniem kawowym z ciasteczkami i migdałowym z serkiem mascarpone

Nawet nie wyobrażacie sobie, jaką zgrozą powiało, gdy weszłam na stronę Tesco, a tam... dwóch tabliczek Lindt'a, które planowałam kiedyś kupić do recenzji, po prostu brak (zmieniono ich formę, a mi bardzo odpowiadały duże, kwadratowe i płaskie kostki). Nie mogłam znaleźć między innymi czekolady Tiramisu, ale odetchnęłam spokojnie, policzyłam do dziesięciu. W końcu to nie jest smak, za który warto dać się pokroić. Mało tego, tę czekoladę już próbowałam, więc mogę wrzucić na luz. Jako, że należę do osób nerwowych, normalnie nie poszłoby tak łatwo, ale dobrze wiedziałam, że mam pewną spodziewaną niespodziankę w szufladzie ze słodkościami.

Wyjęłam z szuflady Lindt Tiramisu, czyli czekoladę mleczną z nadzieniem kawowym z ciasteczkami i nadzieniem "tiramisu", czyli migdałowym z serkiem mascarpone. Takie bogate połączenie wnętrza skojarzyło się trochę z Zotterem, więc nastawiłam się na coś co najmniej wybitnego.

Delikatnie otworzyłam tekturkę, rozerwałam sreberko i... szok. Poczułam wyrazisty, migdałowy zapach, jednoznacznie kojarzący się z marcepanem. Niespodzianka! W dodatku jaka miła dla tak wielkiej fanki marcepanu, jak ja. Gdy porządniej pociągnęłam nosem, wyłapałam także zapach mlecznej, bardzo mlecznej, czekolady. Byłam w niebie, aczkolwiek nie było to ''tiramisu'owe'' niebo.

Pierwszy kęs dużej i grubej kostki spoczął w ustach. Najpierw, jak zwykle, to mleczna czekolada zaczęła odsłaniać to, co miała do zaoferowania. Wiadomo: pełna, tłustawa mleczność, która nigdy nie przestanie mnie zachwycać, właśnie ze względu na jej głębię, siłę i wyrazistość. Zaraz za nią była silna, lecz przyjemna słodycz i delikatna nutka kakao. W tle czaił się marcepanowy akcent.

Kiedy czekoladowa maź zaczęła rozchodzić się gdzieś na boki, migdały zaczęły wychodzić na prowadzenie. Miały w sobie coś typowo marcepanowego, zapewne za sprawą aromatu migdałowego.
Z migdałami o swoje miejsce przepychał się smak kawy. Fakt, nie była to gorycz espresso, ale lekka i smaczna kawa mleczna.

Nadzienie jest bardzo tłustawe, ale w sposób maślano-mleczny; jak w smaku, tak i w wyglądzie, podzielone jest na dwie części. 
Kawowa, czyli brązowa, przypomina kawę z dużą ilością mleka i jeszcze większą ilością cukru. Urozmaiceniem dość zbitej masy (pod tym względem przypomina typowe mleczne nadzienie), są kawałki ciasteczek - bardzo chrupiące, wręcz twarde, co z kolei mi trochę nie pasuje do wizji tiramisu z, nasączonym alkoholem, biszkoptem. Dobrze przynajmniej, że dodają goryczki i że dzięki nim, nadzienie nie jest nudne pod względem konsystencji. Ich goryczka przejęła tę rolę "gorzkiego elementu" od kawy, więc właściwie wszystko wyszło w porządku.

Część biała jest bardziej interesująca, nie tylko w smaku. Wyróżnia ją rzadsza konsystencja, a także to, że ten krem nie jest do końca gładki. Przypomina bardzo zmielone migdały. Jest też jakby "lżejsza". W smaku również, ponieważ oprócz znacznej słodyczy, udało mi się tu odnaleźć akcent mascarpone; jego charakterystyczny delikatny smak, nie całkiem stłumiony przez słodko-migdałowo-mleczną kompozycję. W tej migdałowej marcepanowości można sobie nawet wmówić minimalnie alkoholową nutę, którą mogłam tu wyczuć tylko na zasadzie skojarzeń. Efekt był odrobinę podobny do czekolady Niederegger. Z tym, że tak jak mówiłam... to tylko takie mgliste skojarzenia, bo alkoholu w składzie nie ma. 

Czy nazwa jest adekwatna? Nie całkiem. Czyste tiramisu to to nie jest, ale inspirację tym deserem widać. Serek mascarpone odegrał tu całkiem poważną rolę. Owszem, kawa i migdały były znacznie wyraźniejsze, ale sam akcent też odebrałam bardzo pozytywnie. Mimo, że kawowa część miała w sobie cały ogrom mleka, i tak mi smakowała. Ciasteczka? Nie mam o nich zdania; chyba dobrze, że tam się znalazły - neutralizowały słodycz i fajnie się je chrupało. Warstwa migdałowa... nie kojarzy się z tiramisu, ale i tak była dla mnie najlepsza. Marcepanowe wręcz nuty okazały się strzałem w dziesiątkę! A to wszystko otulone przez cudowną, lindt'owską czekoladę... 
Mimo silnej słodyczy, czekolada zasługuje na ogromne uznanie! A poza tym... zasłodzenie (nie mylić z przesłodzeniem, czy cukrowymi mdłościami) też może mieć klasę.


ocena: 8/10
kupiłam: z Niemiec (znaczy... ktoś mi ją kupił tam na moją prośbę)
cena: 12 zł
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym kiedyś do niej wrócić

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, masło kakaowe, masa kakaowa, olej palmowy, mascarpone (2,4 %), odtłuszczone mleko w proszku, kawa (0,5%), lecytyna sojowa, laktoza, naturalne aromaty, mąka pszenna, białka jaj, migdały, białka mleka (?), pestki moreli, aromat waniliowy, ekstrakt słodu jęczmiennego, wodorowęglan amonu, węglan sodu.

sobota, 21 listopada 2015

Dr.Oetker Słodka Chwila Świat Pralin budyń marcepan w czekoladzie z płatkami czekolady

Dzisiejsza recenzja jest ze specjalną dedykacją dla Olgi, która musi mieć świadomość, że pisząc ten wpis strasznie cierpię - w końcu wracanie do traumatycznych przeżyć powinno odbywać się u psychologa, a nie w samotności, w ciemnym pokoju, gdzie człowieka mogą dopaść myśli samobójcze.
Ale po kolei...

Razu pewnego byłam w Warszawie, a jako, że źle wyliczyłam czas (wyliczyłam, że będą korki, a tu cud i korków nie było) i nie miałam się gdzie podziać przez około godzinę, a Złote Tarasy były najbliżej, a tam... Carrefour. Miały być moje herbaciane grzańce Loyd'a, więc wybrałam się po nie. Przypadkiem, trafiłam w dział, w którym nie byłam od wieków. Budynie i kisiele. Chemiczne obrzydliwe gluty. Nie powiem, zimą, raz do roku najdzie mnie i na coś takiego ochota, ale zazwyczaj reszta kończy spuszczona w toalecie / zlewie / śmietniku. Wiadomo, że to paskudztwa, które mogłyby miseczkę szorować np. kisielowi zrobionemu z owoców, soku i siemienia lnianego, czy budyniowi z kaszy jaglanej. Wiem, że jadłam jakiś budyń około roku 2010 (znalazłam torebkę z taką datą na szafą). Dokładnie waniliowy. Czekoladowego? W życiu chyba nie jadłam i... moje rozmyślania przerwało mi coś, co dostrzegłam na półce.

Mianowicie Dr. Oetker Słodka Chwila Świat Pralin budyń z płatkami czekolady smak: marcepan w czekoladzie. Jedzenie, które ma się samo zrobić z proszku nie przekonuje mnie, ale... marcepan? Byłam po prostu ciekawa!
W domu rzuciłam do szafki "na święte nigdy".
Pewnie nie byłoby tej recenzji, gdyby nie pewien zabiegany czwartek, kiedy wpadłam po całym dniu do domu i miałam około 5 minut na kolację i znów musiałam gdzieś lecieć. Tego dnia jadłam jedynie śniadanie, więc... postanowiłam przekąsić właśnie budyń i złapać jabłko już na drogę.  Dzień dobrych wyborów żywieniowych normalnie!

Instrukcja... co? Wlać do kubka wrzątek, wsypać i wymieszać? A czy przypadkiem budyniu w proszku nie gotuje się jakoś na mleku? Dobra, nie znam się.

Otworzyłam torebkę. Zapachniało... nawet smakowicie, bo marcepanowo. Nuta czekoladowa była płaska, bez wyrazu, ale ogólnie nie było aż tak źle, jak myślałam.
Zrobiłam jak kazali, wymieszałam. W jasnobrązowej masie pojawiły się ciemnobrązowe plamki - oho, płatki czekolady pewnie się rozpuściły. Zapach? Zajechało wyrobem czekoladopodobnym i gumą, z domieszką sztuczności.

Pierwsza łyżka wylądowała w ustach i... poczułam coś obrzydliwie tłustego, glutowatego o smaku... ja wiem? gumowej podeszwy z kalosza starego dziada z czymś, od czego licznik Geigera na pewno by zwariował. Oprócz tego oczywiście tona cukru i smak odtłuszczonego mleka wymieszanego z wodą. Chemia, chemia, chemia. 
Druga łyżeczka. Oho, zajechało gumowym, sztucznym... marcepanem? Na pewno nie! Sztucznym... stęchłym kaloszem. Posmak odtłuszczonego kakao i wody. Ciemne plamki były chyba jeszcze słodsze od reszty. To ma być czekolada? Haha.

Po drugiej łyżeczce się poddałam. Wylałam. Nie dałam rady. A pamiętajcie, że byłam cholernie głodna, a mówią, że jak człowiek jest głodny, to wszystko zje. To było za paskudne. Stara gumowa podeszwa z cukrem i czymś pseudo-czekoladowym.
Poczułam potrzebę zagryzienia czymkolwiek, ale nawet jabłko nie dało sobie rady z zabiciem smaku gumowej podeszwy (a zjadłam tylko dwie łyżeczki!).
Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości co do tego, czym właściwie są budynie w proszku... już teraz powinien mieć jasną sytuację. Doskonała odpowiedź na to, dlaczego nie jem takich produktów, a na blogu pojawiają się coraz lepsze czekolady (i prawie nic innego).


ocena: 1/10 (z chęcią dodałabym skalę ujemną dla tego produktu)
kupiłam: Carrefour
cena: 1.30 zł (coś koło tego)
kaloryczność: 80 kcal / 100 g (porcja - 174 kcal)
czy znów kupię: Nie.

piątek, 20 listopada 2015

Toblerone Crunchy Salted Almonds mleczna z solonymi migdałami i miodowo-migdałowym nugatem

Lubię tworzyć sobie "serie" recenzji. Nie są to cykle ze ścisłymi terminami, czy dokładnie określonymi produktami, ale coś, co sprowadza się do tego, że lubię kolekcjonować. Tak też, na moim "czekoladowym koncie" kolekcjonuję sobie tabliczki "spróbowane". Czasem ustanawiam sobie wyzwanie, że np. spróbuję wszystkie smaki danego producenta. Zazwyczaj zaczynam od klasyków, jak w przypadku lodów Magnum, a czasem... zaczynam od końca, czyli od najbardziej udziwnionych wersji, tak, jak w tym przypadku.

Czekolady Toblerone jadłam już wszystkie trzy podstawowe i... niezgodnie z moim zwyczajem, że właściwie nie kupuję dwa razy tej samej czekolady, kupiłam wszystkie ponownie. Mam bowiem w głowie kilka czekolad, których ponowne kupienie do siebie dopuszczam, a uczynienie tego jest wręcz celebrowaniem smaku. Tutaj już możecie się domyślić, jakie mam zdanie o tych trójkątnych tabliczkach... No, dajcie spokój! Toż to czekoladowy Matterhorn! Jak miłośniczka gór może nie żywić do nich jakiegoś pozytywnego uczucia? Mam do nich słabość, mimo, że opinie o nich są bardzo różne.

Jak już wspomniałam, wszystkie podstawowe smaki jadłam, więc czwarty, jaki znalazł się w mojej szufladzie po powrocie z Alaski, wydał mi się najbardziej interesujący, bo po prostu nieznany. Toblerone Crunchy Salted Almond, to mleczna czekolada z solonymi, karmelizowanymi migdałami i miodowo-migdałowym nugatem.


Otworzyłam tekturowe opakowanie i wydobyłam czekoladowy baton w kształcie szczytów alpejskich, które, żeby ułatwić sobie życie, będę nazywała piramidkami. Już w tym momencie mam dylemat, ponieważ z jednej strony podobają mi się, szczególnie ich zamysł, a z drugiej... jedząc czekoladę, wolę mieć do czynienia z wielkimi, kwadratowymi kostkami, lub tabliczką w ogóle bez podziału.

Połamałam na piramidki, czemu towarzyszył przyjemnie mleczny zapach, i pierwszą z nich, umieściłam w ustach.
Zaczęło się podobnie, jak z zapachem. Najpierw najsilniejszym motywem był tu smak mleka, który mimo, że nie był żadnym mlecznym objawieniem, był w pełni przyjemny. Nie miałam poczucia, że jem mleko w proszku, w tej czekoladzie było coś dające do zrozumienia, że mamy do czynienia z najzwyklejszym mlekiem. To bardzo prosty i zarazem silny smak, ale właśnie tym Toblerone kupiło mnie zupełnie. Przy okazji mleka wspomnę o całkiem sporej tłustości czekolady. Jest ona w 100 %-ach mleczno-maślana, więc jak dla mnie, wypada pozytywnie.

Następnie na jaw wyszła słodycz, także bardzo silna. Przez głowę przemknęła mi myśl, że zaraz zasłodzi mnie zupełnie, ale wtedy...
...mój język natrafił na coś słonego. Mianowicie na ćwiartkę migdała, bez dwóch zdań, pokrytego solą. Nie było jej za dużo, ale skutecznie unicestwiła słodycz, którą normalnie wyczułabym przy karmelizowanych migdałach. One same miały wyrazisty smak, podkreślony przez proces prażenia. Dzięki temu chrupały, lecz nie były przesadnie twarde. Kawałków migdałów znalazłam znacznie więcej, niż w wersjach podstawowych, a i sama wielkość kawałków była zupełnie inna. Tu natknęłam się na niemal połówki migdałów.
Oprócz migdałów, w czekoladzie znalazł się miodowo-migdałowy nugat, o konsystencji twardej gumy rozpuszczalnej. Był nieco plastyczny, ale gdy go gryzłam nie chrupał ani trochę. Czy przyklejał mi się do zębów? Jakoś niespecjalnie. Miał przyjemnie słodki, wyraziście miodowy posmak, obok którego stała też zupełnie pospolita słodycz. Takie dwa w jednym.
Wydawało mi się, że nugatu jest tutaj mniej, niż w innych Toblerone'ach i że jest on bardziej miodowy.

Całość, zarówno czekolada jak i nugat, tworzą bardzo słodkie połączenie, z którym odrobina soli ledwo sobie radziła. Było smacznie, owszem, ale... dałabym tu albo mniej cukru, albo chociaż minimalnie więcej soli. Czekolada przypadła mi do gustu, chociaż nie jest to coś, za czym będę rozpaczać, że nie kupię tego w Polsce.


ocena: 8/10
kupiłam: Fred Meyer
cena: 2-3 $ (około, bo nie pamiętam)
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie