czwartek, 31 grudnia 2015

Lindt Hello, My Name is Pink Explosion mleczna z malinowym nadzieniem ze strzelającym efektem i kremem mlecznym

Kupując tę czekoladę pomyślałam, że będzie to dobra recenzja na Sylwestra. Taka strzelająco-fajerwerkowa tabliczka... tematycznie, prawda? To nic, że to recenzja sprzed dwóch miesięcy - spokojnie sobie poczekała w wersji roboczej.
Udanego Sylwestra życzę wszystkim. ;)

Po kilku ostatnich owocowych Lindt'ach (zakupionych prawie hurtowo!) doszłam do wniosku, że słodka mleczna czekolada ni jak nie pasuje mi do niektórych owoców. Ciemna? Jak najbardziej, ale słodycz i mleko... niee, po prostu nie. Mleczne z mlecznym kremem i z owocami po prostu raczej mi nie podchodzą. Przez owocowe Lindt'y mam dość. Przynajmniej na jakiś czas (dla niewtajemniczonych: cała cukrowa seria Exotic i Amarena-Kirsch).
Co jednak zrobić, kiedy czeka na mnie jeszcze jedna (na szczęście ostatnia) czekolada mleczna z nadzieniem owocowym?

Lindt Hello, My Name is Pink Explosion to czekolada mleczna z kremem mlecznym i malinowym nadzieniem ze strzelającym efektem. Przyznaję się, że właśnie ten efekt spowodował, że po tabliczkę w ogóle sięgnęłam.
Różowe opakowanie odpychało mnie, ale właśnie:  strzelający efekt ciągnął, jak dzieciaka.
Kiedy otworzyłam różowe sreberko (?) poczułam zapach pysznej mlecznej czekolady z całkiem niezłym malinowym wątkiem. Malina, może wręcz poziomka - tak mi się to skojarzyło z latami dzieciństwa, kiedy garściami jadłam poziomki.

Połamałam na kostki, pierwsza z nich do ust i co poczułam? Pyszną mleczną czekoladę o dobrej konsystencji (nie zaś plastelinową jak w przypadku Acai Beere czego się tu bałam). Tłusta, ale w sposób przyjemnie bagnisto-klejący, taki mleczno-maślany i bardzo słodka, jednak nie przesłodzona czekolada - to lindt'owski standard, włączając w to silny smak świeżego mleka i akcent kakao, chociaż ten tutaj wydał mi się minimalnie słabszy niż zwykle.
A może to po prostu słodycz się nasiliła? I to dość znacząco, kiedy spod czekolady zaczął przebijać się smak nadzienia.

Silniejszy był o dziwo krem mleczny, bo miał on w sobie naprawdę sporo cukru, ale warto pochwalić, że nie był zlepkiem cukru i tłuszczu. Właściwie nie odebrałam go za jakoś specjalnie przetłuszczonego. Jego smak strasznie zlewał się ze smakiem wierzchniej warstwy, tej przypominającej zastygły, gęsty dżem, albo wręcz krem. Właściwie to smaki łączyły się w taki sposób, że tworzyły nijaką mieszankę. Koniec końców można by to uznać za jakieś jogurtowe nadzienie.

Nadzienie malinowe było odrobinę klejące, o bladym kolorze i o smaku zbliżonym do koloru, czyli dość mdłym. Było słodko (ale to zapewne od białej części), a do głosu co jakiś czas dobijał się nawet przyjemny owocowy kwasek, jednak równie dobrze mogła to być wiśnia. Tego nadzienia było po prostu o wiele za mało, by się dobrze w nie wczuć. 
Były w nim pesteczki i kawałki malin (?) przypominające grudki, kojarzące mi się z gumą malinową. Po tym pierwszym skojarzeniu smak nadzienia już w ogóle zaczął mi się kojarzyć z owocową gumą balonową.

Ogólnie, z pyszną czekoladą, nie było to aż tak paskudne, ale zawiodłam się na jeszcze jednej płaszczyźnie. Efekt strzelający? Że co proszę? Co jakiś czas poczułam jakieś takie marne muśnięcie, ale... naprawdę liczyłam na coś więcej. I to nawet nie mówię o żadnym bombardowaniu strzelającymi cukierkami, ale to było tak słabe, że gdybym nie wiedziała, że czekolada jest strzelająca, pewnie pomyślałabym, że to po prostu pestki czy coś.

Na pewno jest to lepsza "wiśniowa" czekolada niż Amarena-Kirsch, ale biorąc pod uwagę, że miała to być czekolada malinowa, a te są akurat tu mdłe jak mało co, obniżam ocenę. A gdzie efekt strzelania? Kolejny punkt w dół.


ocena: 5/10
kupiłam: kupiłam kilka różnych tabliczek w sklepie z niemieckimi słodyczami
cena: wyliczając na oko... koło 8 zł
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), odtłuszczone mleko w proszku, cukier inwertowany, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz mleczny, mleko skondensowane, śmietana, puree malinowe (1%), kawałki malin (1%), lecytyna sojowa, laktoza, sok wiśniowy, koncentrat soku cytrynowego, naturalne aromaty, aromat waniliowy, dwutlenek węgla, ekstrakt słodu jęczmiennego

środa, 30 grudnia 2015

Ritter Sport Praline / Nugat mleczna z nugatem z orzechów laskowych

Do porównań dotyczących orzechowego nadzienia, nugatu czy praliny wracam po raz kolejny z nastawieniem... właściwie bez nastawienia. Nie bardzo wiem, czego się spodziewać. Po tę czekoladę sięgam teraz tylko dlatego, żeby móc się odnieść do lidlowej Schuetzli, inaczej pewnie by jeszcze trochę poleżała w szufladzie.

Od czekolad Ritter Sport, jak i od innych w tej cenie, nie oczekuję za dużo: ma być smacznie i tyle. Oczywiście nie sposób sięgnąć po taką czekoladę w dniu, kiedy nie ma się ochoty na coś bardzo słodkiego, ale tak się składa, że... tego dnia miałam gigantyczny apetyt na coś urokliwie słodkiego.

Ritter Sport Praline / Nugat to czekolada mleczna z nugatem (czy nadzieniem pralinowym - jak kto woli) z orzechów laskowych, które stanowią 18 % całości. Przed zakupem spojrzałam na skład: mimo, że dominuje tu cukier, wciąż wygląda na to, że będzie smacznie.

Otworzyłam bardzo niewygodne opakowanie (zawsze tak bardzo się boję, że złamię tabliczkę przed zobaczeniem jej w całości - takie moje małe dziwactwo) z minimalistyczną grafiką i poczułam... wyraziście orzechowo-czekoladowy zapach, przywodzący na myśl krem właśnie orzechowo-czekoladowy, ale taki porządny (a nie zlepek tłuszczu i cukru, jakim jest Nutella). Zapach na pewno pralinowy, przywołujący wspomnienia wyidealizowanej woni pralin, będących wówczas synonimem ekskluzywności. Nic tylko jeść!
Połamałam kwadratową tabliczkę intensywnie brązowego koloru i zobaczyłam, że jest solidnie nadziana praliną, która zbytnio się od samej czekolady nie różni. Całość ma zwartą konsystencję, chociaż nie jest twarda. Jakby nie mogła doczekać się rozpuszczania.

Dlatego nie kazałam jej dłużej czekać i włożyłam pierwszą kostkę do ust. Chwila oczekiwania, po czym zaczęła rozpuszczać się w przyjemnie zasładzający, zalepiająco bagienkowaty sposób. Ani śladu ulepkowatości.
Niemal od razu poczułam intensywny smak orzechów laskowych, oczywiście w duecie ze słodyczą. Nie mogę jednak powiedzieć, by była szczególnie przesłodzona. Nawet mignął mi posmak kakao. Czuć mleko, ale bez epitetów w stylu "wyraziste" itp. Po prostu słodka, mleczna czekolada, która po pewnym czasie zaczyna się robić zbyt tłusta i trochę proszkowa.

Na szczęście, smak orzechów laskowych bardzo szybko się nasila, a spod wierzchniej warstwy wyłania się nadzienie. Tłuste, ale w rzadszy, lżejszy sposób, bo wyraźnie orzechowy. Pralina jest idealnie gładka. Przypomina nieprzekombinowany krem z orzechów laskowych i czekolady. Jest słodka, ale to w żadnym wypadku nie zaburza zasadniczego smaku.

Ta czekolada to tłustawa, słodka orzechowa rozkosz, mimo że samej czekoladzie mam do zarzucenia jej konsystencję i trochę zbyt dużą ilość cukru. Wolałabym większą moc kakao, ale przynajmniej o tyle dobrze, że nie jest to zbyt przesłodzone. Jest o wiele lepsza od Schuetzli (sama czekolada), bo zachowuje swoją postać, a wady są na tyle małe, że w dużym stopniu wynagradza je nadzienie.

Warta polecenia, zwłaszcza, jeśli ma się ją kupić w okolicach 3-4 zł. W tej cenie ciężko o lepszą nugatową czekoladę, więc ocenę wystawiam adekwatną do jej przedziału. W dodatku... jest to najlepsza RS, jaką dotychczas jadłam.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 3.99 zł (promocja chyba)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie, chyba, że mi się słodycze do testów skończą

wtorek, 29 grudnia 2015

Surovital CoCoa czekolada ciemna 70 % z orzechami pekan

Lubię surowe rzeczy. Pisząc to, mam na myśli jedzenie od ryb, przez owoce, aż po czekolady z surowymi, charakternymi nutami. Niestety (stety?), w pełni surowej czekolady nigdy nie jadłam. Dlaczego dałam tam "stety?" w nawiasie? A no dlatego, że jestem strasznie podekscytowana degustacją tabliczki z dzisiejszego wpisu. To moje pierwsze spotkanie z w pełni surową czekoladą, dodatkowo polskiej produkcji.
Czekolady CoCoa firmy SuroVital są wyrabiane z nieprażonego kakao criollo. Ich twórcy uczyli się je robić metodą prób i błędów, aż w końcu doszli do perfekcji w mieleniu i mieszaniu kakao z cukrem palmowym, pozwalając mu później konszować przez wiele godzin w temperaturze nie wyższej, niż 45 stopni. Wszystkie składniki są naturalne, co od razu działa na ich korzyść.

Pierwszą tabliczką, którą kupiłam (i którą spróbuję) była Surovital CoCoa czekolada ciemna 70 % z orzechami pekan. Uznałam, że to najlepszy wybór, bo uwielbiam wszystkie orzechy, a jako dodatki na spodzie czekolady nie ingerują specjalnie w smak samej czekolady. Dzięki temu pojawiła się okazja dokładniejszych oględzin samego smaku surowego kakao i pochrupania orzechów pekan (które swoją drogą rzadko są gdziekolwiek dodawane).

Już przez okienko wyglądają do nas pekany, a po wydobyciu czekolady i z tekturki i z folii, oraz po obróceniu jej, przekonałam się, że rzeczywiście jest ich sporo, jak na tak małą tabliczkę.

Po zbliżeniu jej do nosa, poczułam zapach bardzo mylący. Był to bowiem zapach bardzo, bardzo ciemnej czekolady, podchodzący prawie pod zotter'owską peruwiańską 100-tkę. Był co prawda o wiele słabszy, ale był w pewien sposób podobny.
Przy połamaniu tabliczki na kostki miałam małe problemy: była strasznie twarda, ale za to w końcu moje starania zostały uwieńczone głośnym trzaskiem. Znów zaciągnęłam się zapachem. Na myśl przyszło mi wino i powidła śliwkowe.

Po włożeniu pierwszej kostki do ust, od razu zaintrygował mnie sposób w jaki zaczęła się rozpuszczać. Albo inaczej: długo trwało, zanim w ogóle zaczęła. Potem było to takie powolne, leniwe. 

Żaden dziwny smak nie wystrzelił, żadnych wybuchów. Po prostu powoli po ustach zaczęła się rozlewać gorzkość. I to jak! W sposób oleisty. Kawałek czekolady, wydający się najbardziej nieuładzoną czekoladą jaką jadłam, jakby opływał smarem. Pod spodem była nieco szorstka, choć nie całkiem, część, która, wydawało mi się, skrywała coś przede mną. W ogóle warto przyjrzeć się jej strukturze, bo jest dość interesująca.
Gorzkość była bardzo stateczna, stonowana. Właściwie przez większość czasu można ją nazwać jednostajną. Cały czas towarzyszy jej odrobina, dosłownie szczypta, słodyczy, w której też było coś ciekawego. Ni to wanilia, ni to lekka karmelowość z jakby... niesłodkiego cukru (chociaż czekolada cukrowa w żadnym stopniu nie była).
Oporna czekolada ani przez moment nie przechodzi w kwaskowate nuty (ich tu w ogóle nie było), cały czas trzyma się gorzkości, lecz nie ma tu nic z taniny.
Po pewnym czasie cierpkość spływa w gardło, a w ustach robi się coraz bardziej słodko i orzechowo (mam na myśli samą czekoladę).
W pewnym momencie nadeszło skojarzenie z starą wilgotną korą i ziemią.

Co mogę powiedzieć o roli orzechów pekan w tej czekoladzie? Po prostu były. Smaczne, lekko słodkawo-gorzkawe w charakterystyczny dla nich sposób. Ich smak był delikatny, nieprażony. Wydobywały z samej czekolady jej orzechowy smak, albo to one go napędzały. Sama czekolada była tak ciekawa, że właściwie były mi obojętne.

Na koniec czekolada pozostawia po sobie pylisty, surowy posmak gorzkiego kakao.

Jak tutaj krótko i logicznie podsumować całość? Jest to dobra, gorzka czekolada bez żadnych szalonych nut. Po prostu czyste kakao, a więc smakowita stateczność. Lubię, jak w czekoladzie się coś dzieje, ale to było tak interesujące i niecodzienne, że wciągnęło i porwało mnie zupełnie.
Najlepiej jest ją porównać do migdałów: bardzo je lubię, ale po podprażeniu można z nich wydobyć jeszcze więcej dobra.
Jeśli ktoś boi się kwasku ciemnych tabliczek, a odpowiada mu gorycz - to czekolada dla niego, chociaż uważam, że każdy wielbiciel czekolady powinien spróbować taką surową tabliczkę.


ocena: 9/10
kupiłam: Zdrowa Spiżarnia
cena: 10,20 zł
kaloryczność: 599 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie wykluczam takiej opcji

PS Czekolady tej firmy pojawiły się w Tesco. ;)

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Pralus Madagascar 75 % ciemna z Madagaskaru

Powiedzieć, że potrafi się zjeść zjeść 5 czekolad jednego dnia... 
Powiedzieć, że mają po 5 gram... 
I tu jest pytanie: co przeraża bardziej? 
W tym momencie przeraża mnie, że mam 10 neapolitanek ważących zaledwie po 5 g każda, a strasznie chciałabym móc bardziej rozsmakować się w każdej z nich... 

Przejdźmy jednak do rzeczy. Kiedy otrzymałam od Sekretów Czekolady 10 mini-czekolad firmy Pralus nie miałam pojęcia, od czego zacząć. Na szczęście wiem, jak zacząć serię na bloga.
W 1948 roku Auguste Pralus otworzył cukiernię w Roanne. Szło mu nadzwyczaj dobrze, bo już w 1955 otrzymał tytuł Meilleur Ouvrier de France przeznaczony jedynie dla najlepszych francuskich rzemieślników. Jego syn, Francois Pralus, poszedł w ślady ojca i także zajmuje się słodkościami, a dokładniej czekoladami. Firma posiada własną plantację na Madagaskarze i oferuje bogaty wybór czekolad, głównie z zawartością 75 %, ale w ich ofercie nie brakuje także... dżemów owocowych.

Na pierwszy ogień wybrałam czekoladę z Madagaskaru, gdyż to właśnie pochodzące stamtąd kakao urzekło mnie swoim charakterem w kilku już przypadkach. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

Pralus Madagascar 75 % to ciemna organiczna czekolada; zawiera oczywiście 75 % masy kakaowej, a wytworzona została z ziaren criollo z terenów Ambanji (północny Madagaskar), gdzie ludzie żyją głównie z uprawy kakao, kawy, wanilii i ryżu.

Kiedy rozchyliłam złoty papierek, w który zapakowano neapolitankę, zobaczyłam bardzo ciemną, połyskującą czekoladę. "Na dotyk" scharakteryzowałabym ją jako nieco pylistą. Poczułam jednoznaczny, owocowy zapach wskazujący na cytrusy i czerwone owoce.

Głośny trzask i kawałek spoczął w moich ustach.
W pierwszej chwili poczułam słodycz, ale dosłownie po sekundzie rozlał się cierpki kwasek, taki lekko kwasowy i wręcz podgryzający.
Przyniósł on smak świeżej, dojrzałej pomarańczy - jej miąższu, a także czerwonych porzeczek, które miały czas dojrzeć.
Czekolada rozpuszczała się w tempie umiarkowanym, była gładka i kremowa i sprawiała wrażenie bardzo maślanej w konsystencji.
Zrobiło się nieco soczyście, ale nie przesadnie kwaśno. Właściwie wszystko przez cały czas było trzymane w ryzach przez delikatną goryczkę i słodycz.
Jeśli o goryczkę chodzi, to na pewno było w niej coś z kawy i grejpfruta. Ten drugi pojawiał się przy pomarańczy, a kawa... nadchodziła z czasem, tak jakby pozwalała najpierw rozłożyć się wachlarzowi owoców.
Na koniec do kawy dołączyła cytryna. Trochę soku, trochę skórki i taki efekt utrzymywał się jeszcze dość długo.

Szczerze? Nie zachwyciła mnie przesadnie. Było smacznie, kakao z Madagaskaru pokazało swój charakterek, ale nie zmiażdżyło. Konsystencja bardzo przyjemna i stanowi swego rodzaju kontrast dla smaku... Z jednej strony jest maślanie czekoladowa, a smak jest wyraziście soczysty i owocowy; bardzo odświeżający.
Zręcznie łączy w sobie kwasek owoców z taką bardziej kwasową kwaskowatością.
Może gdybym miała pełnowymiarową tabliczkę, udałoby mi się tu odnaleźć więcej, ale ta miniaturka nie zachęca do takiego zakupu (tym bardziej, że nie mam takiej możliwości w Polsce).
Jak na razie wypada blado w stosunku do Menakao 72 %, którą wciąż mam w pamięci.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od Sekretów Czekolady
cena: -
kaloryczność:  nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, czyste masło kakaowe, lecytyna sojowa bez GMO

niedziela, 27 grudnia 2015

Zotter Gingerbread ciemna z piernikiem z rumem, wiórkami kokosowymi, skórką pomarańczy i cytryny, marcepanem, orzechami włoskimi i laskowymi z kardamonem, cynamonem, gałką muszkatołową i anyżem

Są bardzo wymyślne Zottery i są te tzw. "klasyczne". Do tych drugich zaliczam wszelkie pokroju ciemna czekolada z mousse'em, winem albo whisky. Też mnie ciekawią, przeplatam nimi zamówienia, żeby nie skupiać się tylko na tych złożonych, ale generalnie nie wywołują one u mnie aż takiego ślinotoku, jak całe kompozycje nie z tej ziemi.
Czekolada piernikowa był jedną z tych, które po prostu musiałam spróbować, ale nigdy nie myślałam o niej w kategorii czegoś wybitnie złożonego. Do momentu, gdy wyjęłam ją z szuflady do degustacji, licząc na coś bardzo smacznego i po prostu piernikowego. Piernik w czekoladzie w wykonaniu Zottera? Biorę!

Zotter Gingerbread okazała się ciemną czekoladą, o zawartości 70 % kakao, z ciemnoczekoladowym nadzieniem z piernika z rumem, skórką pomarańczy i cytryny, marcepanem, wiórkami kokosowymi, orzechami włoskimi i laskowymi, miodem oraz przyprawą do piernika, chili, kardamonem, cynamonem, gałką muszkatołową i anyżem.


Rozchyliłam złoty papierek i poczułam zapach wilgotnego piernika, bardzo korzennego, czysty rum i nutę ciemnej, ale nie gorzkiej czy kwaśnej, czekolady. Zapach, mimo że nie był zbyt złożony, sugerował, że wiele się zadzieje.
Rozłamałam połyskującą tabliczkę, a zapach rumu i piernika nasilił się. Odłamałam kawałek grubej czekolady. Jak zwykle mnie nie zawiodła. Rozpuszczała się idealnie gładko, kremowo. Nie wydała mi się zbyt tłusta ani zbyt sucha. Idealna. Lekko cierpka, głównie słodka (chociaż wyraziście kakaowa) i delikatna, choć nasiąknięta przyprawą do piernika.

Wzięłam się za nadzienie: miękkie, bardzo plastyczne i wilgotne. 
Najpierw wyczułam piernik z typowymi dla niego przyprawami i taką surową, żytnią nutą, a po chwili moje usta zalała ciepła alkoholowość rumu. Jego smak był bardzo intensywny, ale nie zabił reszty nut.
Jak się za chwilę okazało - nic dziwnego, w końcu nie były to jakieś tam słabe nutki. A wszystko to, przez cały czas, miało ewidentnie piernikowe podłoże.

Szybko wyłoniła się cierpkość skórki pomarańczowej, ale także minimalnie kwaskowato soczysta gorzkość skórki cytryny, a po chwili... znów alkohol je zdominował, ale tym razem nie był to tylko rum. Pierwsze wrażenie było takie, że to alkohol jest taki silny, jednak po chwili do mnie dotarło, co czuję. Dymna ostrość kardamonu i cynamonu, wzmocniona gałką muszkatołową. Pojawiła się tu jeszcze słodkawa nuta, lekko miodowa, łącząca się z cynamonem. Zalatywało mi tu jeszcze taką słodkawą, lekko ostrą nutką - zakładam, że może to być efekt papryki pimento.

Kryła się w niej sugestia (bardzo jednoznaczna) marcepanu, takiego alkoholowe, słodkiego i bardzo migdałowego. Spod tych migdałów wyszedł, niczym piorun podczas burzy, charakterystyczny smak orzechów włoskich. 

Kiedy zupełnie niegładka masa rozchodziła i rozpuszczała się, co chwila trafiałam na chrzęszczące wiórki kokosowe, które jednak niczego przełomowego nie wnosiły. Wnętrze było nieco tłustawe w lekko orzechowy (orzechy laskowe) sposób. W pewnym momencie, niczym jedna z wielu gwiazd na nocnym niebie, zabłysnął anyż, by schować się w wachlarzu piernikowych smaków. Obstawiałabym tu szczyptę imbiru, a już na pewną (dużą szczyptę) gałki muszkatołowej. 
Raz i drugi trafiłam na spory kawałek skórki pomarańczy, o idealnej, suchej ale lekko soczystej, konsystencji i drobinkę orzecha. Orzechy laskowe mignęły mi przez sekundę, jak jedna z milionów gwiazd na niebie, a potem znowu nadeszła piernikowo-miodowa słodycz. Ostrość cały czas pozostawała silna, ale nie narzucała się innym smakom.

Przy kolejnych kęsach, kiedy przegryzałam się przez całą tabliczkę spod słodkiej gorzkawości czekolady, naszło mnie skojarzenie z domowymi pierniczkami z marmoladą (to chyba rum dał taki efekt) w czekoladzie... 

Pikanteria przypraw korzennych wraz z rumem błyskawicznie rozgrzewały, a przeżuwając całość, pozwalając jej się rozpuszczać, miałam wrażenie, jakbym jadła pierniczki, bo trzeba zauważyć, że to ich smak był bazą pod to wszystko stworzone specjalnie dla mnie.

Spodziewałam się czegoś prostego i w miarę zwyczajnego: "ot, pierniczek w czekoladzie w wykonaniu Zottera", a otrzymałam najlepszy piernik, jaki w życiu jadłam, bombardujący bogactwem i feerią smaków. Pikantny, alkoholowy, czysto piernikowy... Po prostu idealny.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówiłam u dystrybutora
cena: 16 zł
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią bym do niej za rok wróciła

Skład:masa kakaowa, surowy cukier trzcinowy, piernik (12% - mąka żytnia, cukier, skórka cytryny, skórka pomarańczy, syrop kukurydziany, jaja, miód, masło, mleko, orzechy laskowe, orzechy włoskie, cynamon, przyprawa do piernika, środek spulchniający: soda oczyszczona słodka papryka pimento, gałka muszkatołowa), mleko, masło kakaowe, rum, marcepan (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego) orzechy laskowe, syrop fruktozowo-glukozowy, miód, mleko pełne w proszku, wiórki kokosowe, odtłuszczone mleko w proszku, przyprawa do piernika (0,2%), sól, cynamon, wanilia, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, kardamon, anyż

sobota, 26 grudnia 2015

Domori Cacao Criollo 70 % Ocumare 77 ciemna z Wenezueli

Moją przygodę z Domori postanowiłam rozpocząć od tabliczek stworzonych z criollo, bo właśnie od nich zaczęłam za sprawą neapolitanek kupionych latem. Tym samym zawęziłam nieco krąg poszukiwań "czekolady na dziś", ale dalej nie wiedziałam, po którą by sięgnąć. Wszystkie wydały mi się takie do próbowania pod rząd, ewentualnie w parach. Czy nie ma wśród nich samotnego wilka?

I wtedy moje myśli skierowały się ku Ocumare 77. Mimo iż jest to czekolada nagrodzona w tym roku (2015) przez Akademię Czekolady (otrzymała brąz w kategorii czekolad do 80 % kakao), w internecie nie ma o niej zbyt wiele.
Z tego, co udało mi się wyczytać, to criollo ocumare 77 jest niezwykle rzadką odmianą kakao, hybrydą; jego ziarna podłużne często bywają puste, a ich uprawa jest ciężka. Znacznie popularniejsze są chociażby ocumare 61 czy 67. 

Ziarna Domori pochodzą oczywiście z plantacji Hacienda San Jose w Wenezueli, ale co ma do zaoferowania tajemnicza Domori  Cacao Criollo 70 % Ocumare 77... miałam przekonać się dopiero za chwilę.

Z eleganckiego opakowania, na którym umieszczono skromny rysunek ziaren sugerujący co nieco, wydobyłam złotko i ostrożnie je otworzyłam. 
W pierwszej chwili nie umiałam zaklasyfikować zapachu, ale potem dziwne skojarzenia zaczął wysuwać mój mózg. Kora drzewa? Las? Iglasty? Kolejne zaciągnięcie się niezwykłym zapachem i znowu zdziwienie. Niewątpliwie czułam tu orzechy. Takie tylko co zerwane, laskowe. Za nimi... tak jakby anyż czy nawet mięta próbowały się zamaskować za morelami czy brzoskwiniami. Lub dżemem z nich. To było naprawdę dziwne i intrygujące.

Połamałam błyszczącą, głęboko, ale raczej jasno i ciepło brązową tabliczkę. Była twarda, chrupnęła porządnie, ale nie nazbyt głośno. 

Umieściłam pierwszą kostkę w ustach i poczułam jej delikatną konsystencję. Gładka, kremowa ale nie tłusta, idealnie wręcz aksamitna. Tak jakby krem ze śmietanki został zamknięty w tabliczce. 
Śmietankę czułam także w smaku, ale na dłuższy czas została ona przyćmiona, choć nie całkiem zagłuszona.

Smak na samym początku zasugerował nutę drzewną. Ścięty świerk, złocista żywica spływająca po korze... Ten obraz natychmiast powstał w mojej głowie. Gdyby zapach drzewa iglastego jakoś smakował, myślę, że to właśnie byłoby to. Igiełki kujące lekkim kwaskiem, który po pewnym czasie przeszedł w agrestową nutkę. 
Żywica zaczęła przeobrażać się w coś równie złocistego, gęstego i klejącego... syrop klonowy? Tak jakbym jego słodycz tu wyczuła, ale tylko akcent.

W moich ustach, wraz z kolejną warstwą aksamitnej masy, rozszedł się smak bardzo orzechowy, w kolorowej, owocowej szacie. Pierwszym skojarzeniem były brzoskwinie. Dojrzałe i te jeszcze nie całkiem. Zagłębiając się w tej nucie, wychwyciłam zarówno dżem morelowy, jak i suszone morele. Jak już pomyślałam o owocach suszonych, zaczęła ukazywać się cała ich mieszanka. Suszone truskawki, za którymi mignęła czerwona porzeczka i kiwi. Byłam pewna, że czuję lekko kwaskowate suszone jabłko. Doszukując się w tym jeszcze czegoś, wyłapałam suszone śliwki, ale nie te słodkie kalifornijskie, a typowe polskie, z pestką w środku.

Z owocami bardzo dobrze komponowała się nuta śmietanki, rodem z ciemnej śmietankowej czekolady. Taka Bellarom Rich Chocolate z o wiele wyższej półki. 

Motyw orzechów przeszedł w wyraźny smak migdałów. Były to prażone migdały ze słodyczą, która skojarzyła mi się ze słodkim japońskim sosem kabayaki.

Na koniec, Domori pozostawiła mnie z cierpkością i efektem suchości w ustach.

Czekolada smakowała mi, była dość niezwykła, a przy tym wciąż delikatna i przystępna. Kwasek nie był tym znanym z ciemnych tabliczek, a lekki i świeżym, typowym dla owoców. Tabliczka była także śmietankowa i znacząco słodka. Najbardziej podobał mi się chyba ten ostatni motyw prażonych migdałów polanych sosem kabayaki, ale to owoce tu dominowały. Cierpkość była bardzo znikoma.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 15,73 zł (za 25 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy

czwartek, 24 grudnia 2015

Zotter Ayurverdic Relaxation Treatment sojowa 40 % z sezamowym nugatem i sojowo-czekoladowym ganaszem z daktylami, imbirem, kardamonem, kolendrą, cynamonem i anyżem

Jak już pisałam przy okazji Zotter Namaste India, nigdy specjalnie nie interesowałam się Indiami, ale zawsze na swój sposób mnie kręciły. Odkąd na Alasce zatrzymałam się w bed&breakfast Good Karma Inn, w ogóle obudził się we mnie dziwny sentyment do takich klimatów, zwłaszcza do wierzeń. Nie spotkałam jeszcze religii, która by mi odpowiadała, ale wiara w karmę jest co najmniej ciekawa.
Ajurwerda jest systemem medycznym, zajmującym się zarówno zdrowiem fizycznym, psychicznym jak i duchowym. Znajdzie się w nim coś na różnego rodzaju choroby, bóle, także te wywołane przez złe duchy, ale również co nieco o odmładzaniu i afrodyzjakach. Wszechstronnie, prawda?
Na czekoladową ajurwerdyjską sesją nie trzeba mnie zbyt długo namawiać.

Zotter Ayurverdic Relaxation Treatment, czyli "niezwykle uzdrawiająca" czekolada sojowa, o zawartości 40 % kakao, z sezamowym nugatem, imbirem i daktylami oraz "mlecznym" sezamowo-sojowo-czekoladowym ganaszem z kardamonem, kolendrą, cynamonem i anyżem.
Nie miałam jeszcze okazji spróbować Labooko sojowej & ryżowej, więc to, że wszystko jest tu sojowe, ciekawi mnie podwójnie. Z daktylami w czekoladzie spotkałam się już przy okazji Zotter Arabian Dates, ale... tamta tabliczka była po prostu smaczna. Od tej oczekiwałam znacznie więcej.


Kiedy otworzyłam złoty papierek, zobaczyłam jasnobrązową tabliczkę, która co prawda miała mniej intensywny kolor, niż spodziewałam się po 40%-owym Zotterze, ale pachniała naprawdę urzekająco.

Siła kakao, otulona słodyczą, sezamowo-orzechową nutą i jakby odrobinką alkoholu.
Przełamałam taflę czekolady i poczułam korzenną woń.

Zaczęłam od oddzielenia odrobiny grubej warstwy czekolady. Bałam się tej sojowej czekolady po ryżowo-kokosowej z nutami taniej, mydlanej czekolady. Niemal natychmiast wszelkie obawy mnie opuściły.

Poczułam wyraziście kakaowo-orzechowy smak z charakterystyczną nutką soi, jaką czuć także w mleku sojowym. Czekolada jest odrobinę słodka, co jeszcze bardziej napędza tę orzechowość i posmak soi, wraz z leciutką cierpkością. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę jak najprędzej zamówić sojowe Labooko.

Następnie przeszłam do nadzienia, jak widać, na dole jest cienka, bardziej biała warstwa i tą ją spróbowałam oddzielić najpierw. Jest wyraziście sezamkowo-chałwowa, bardzo słodka, ale to sezam jest tu na pierwszym miejscu. Całe ziarenka sezamu doskonale to wszystko podkreślają.To było boskie!
Przeszłam do tej drugiej części. W niej zatopiono sporo daktyli i dużych kawałków kandyzowanego imbiru. Bakalie te są soczyste, z charakterystycznym, w pełni zachowanym smakiem. Daktyle napędzają słodycz, ich skórka jest lekko miękka, a środek soczyście miąszysty, a imbir ma konsystencję soczyście miękko szeleszczących kostek. Jest słodko-ostry. Pycha!

Samo nadzienie ma bardzo słodki, również sezamowy smak. Słodycz ma tu lekko waniliowy charakter, ale też jest po prostu sezamowa. Nie ma tu mowy o goryczce.
Jest trochę tłusto-gumowata, w maślanym kontekście. Są tu także smakowo maślane nuty, razem z takim lekko czekoladowym zabarwieniem. Ogólnie ta warstwa sama w sobie byłaby dość nijaka, gdyby nie korzenne przyprawy, królujące w niej. Na pierwszym miejscu stoi imbir, ostry i wzmocniony za sprawą kawałków imbiru.
Równie wyraziście czuć ciężki, jakby wręcz dymny, kardamon i kolendrę; cynamonową słodko-ostrość już nieco mniej, co jednak nie zmienia faktu, że także sporo wnosi.
Ostatnim elementem, który mnie tu urzekł, a niektórych może odstraszyć, jest anyż. Nie jest to akcent ordynarny, osobiście odebrałam go jako podkreślający całość, ale to, że on tam jest, wyczuje każdy.

Te właśnie przyprawy nadają bieg smakowi nadzienia i cudnie komponują się ze smakami sezamowymi i całymi bakaliami. Doskonała orzechowa w smaku czekolada dopełnia "orientalność" całości i jak gdyby jeszcze bardziej napędza pikanterię i słodycz sezamu. Zwariowałam na punkcie tej czekolady, chociaż przyznam, liczyłam, że znajdzie się tu coś jeszcze bardziej chałwowego.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówiłam u dystrybutora
cena: 16 zł
kaloryczność: 457 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią do niej wrócę

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany, masa kakaowa, sezam (9%), imbir (6%), daktyle (6%), syrop fruktozowo-glukozowy, olej sezamowy, cynamon, sól, lecytyna sojowa, kardamon, kolendra, wanilia, anyż

środa, 23 grudnia 2015

Anna's Original Ginger Thins ciasteczka imbirowe

To, że kocham czekoladę - widać po moim blogu. To, że nie wyobrażam sobie lata bez lodów (i to, że mogłabym wtedy nie jeść nic innego)... pewnie też. Co ciekawe, praktycznie nie jem innych słodyczy. Nie przez ograniczenia narzucone sobie czy coś, ale przez to, że wykańczając słodycze, które trafiły do mnie na początku założenia bloga (dobrze, że miały dłuuuge daty) tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że czasy, w których wszystko, co słodkie mi smakowało, już minęły. A co z ciastkami i porą jesienno-zimową? Uwielbiam! Jem raczej rzadko, bo nie lubię jeść czegoś kilka dni pod rząd (a tak jest, kiedy sama zrobię), a ze sklepowych... są same wielkie paki i beznadziejne składy. 
Właśnie jesienią i zimą nasila się u mnie chęć na ciasteczka korzenne, ale i takich dobrych w sklepach widzę coraz mniej. 

Wreszcie trafiły do mnie imbirowe ciasteczka (także z cynamonem i goździkami) - Anna's Original Ginger Thins, czyli szwedzkie tradycyjne "pepparkakor", (rzekomo) od 1929 roku wypiekane według receptury Anny Karlsson. O tyle, o ile nie chce mi się wierzyć w tę "tradycyjną" recepturę, tak zaciekawiło mnie słowo "pepparkakor". Okazało się, że to właśnie tradycyjne szwedzkie świąteczne pierniczki, od słów: "peppar", czyli pieprz, i "kaka" - ciasto.


Ładne, nieprzesadzone opakowanie skrywa (a właściwie nie skrywa - bo widzimy je już przez okienko) wiele cieniutkich ciasteczek w kształcie gwiazdek (takich... wieloramiennych). 

Gdy rozerwałam folię poczułam całą feerię korzennych przypraw. Głównie imbir, goździkowo-cynamonowe nuty i sam zapach dobrze upieczonych ciasteczek. One pachniały... tak domowo! 

Przy gryzieniu prawie w ogóle się nie  kruszyły; jadłam je przy klawiaturze i nie ma po nich śladu. Po prostu trochę się łamały z racji na to, jak były cienkie, więc stwierdzam, że pod tym względem są doskonałe.

Gdy tylko pierwsze ciastko trafiło do ust, odkryłam, że w ogóle mają świetną konsystencję.
Po chwili od umieszczenia na języku, ciastko zaczynało doskonale się rozpływać. Wiecie, chyba jeszcze nie spotkałam czegoś, co lepiej pasowałoby do określenia "rozpływa się w ustach". Z kolei jeśli użyłam zębów - ciastka były przyjemnie chrupiące, ale nie zbyt sucho-twarde. 

Pozwolicie, że przejdę do najlepszej części, czyli do smaku. Pierniczki miały rozgrzewającą moc korzenności, którą przynosił intensywny imbirowo-cynamonowy smak.
Nie była to ostrość, która mogłaby odstraszyć część konsumentów, a pikanteria przyjemnie, subtelnie drapiąca język i gardło. Troszeczkę za cynamonem czaiły się goździki i słodycz, która przekładała się na przystępność całości, ale nic poza tym. Nie zakłócała wyraziście imbirowego smaku. Ciastka były dobrze wypieczone, to się czuło. Dosłownie esencja korzenności, z przewagą imbiru.

Nie będę się więcej rozpisywać. W skrócie wyglądało by to tak: przepyszne imbirowe ciastka, w których poboczne role umiejętnie odegrały goździki i cynamon, doskonałe na chłodne poranki z kawą, czy długie wieczory z ciepłą herbatką, a także zupełnie samodzielnie. 
Zakochałam się w tych ciastkach (to pierwsze ciastka, które dostały maksymalną ocenę) i jak tylko znów pojadę do Warszawy (czy gdziekolwiek gdzie je znajdę), na pewno kupię pozostałe dwa warianty. Szczerze polecam wszystkim wielbicielom korzennych smaków.


ocena: 10/10
kupiłam: Alma
cena: 6.99 zł
kaloryczność: 474 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

wtorek, 22 grudnia 2015

Toblerone Dark ciemna z miodowo-migdałowym nugatem

Zaraz po teście Toblerone Crunchy Salted Almonds, moje myśli powróciły do tych trójkątnych czekolad. Dosłownie nie dawały mi spokoju. Jako, że czasami mam tak, że nie mogę jeść czegoś zbyt słodkiego dzień po dniu, moje myśli skumulowały się wokół ciemnego opakowania, od którego wiele rzeczy się zaczęło.

Tutaj pozwolę sobie przytoczyć pewne wspomnienie, kiedy to po raz pierwszy zobaczyłam w internecie zdjęcie Toblerone. Była to właśnie ciemna tabliczka, której czarne opakowanie zupełnie mnie urzekło. Skojarzyło mi się z czymś przeznaczonym dla nielicznych. Brzmi to głupio, wiem, ale nic na to nie poradzę. Obiecałam sobie, że spróbuję tych czekolad, nie wiedziałam jeszcze do końca jak, ale było już postanowione. Były to czasy, kiedy w moim mieście nie było nawet Tesco, więc czekolada ta była dla mnie nie do zdobycia. Kiedy jednak wybudowali Tesco, od razu zaopatrzyłam się w wersję mleczną i chociaż to była pierwsza, którą spróbowałam, to i tak w mojej głowie początek przygody z Toblerone jest ściśle powiązany właśnie z czekoladą ciemną.


Toblerone Dark, czekolada ciemna, z zawartością 50 % kakao, z migdałowo-miodowym nugatem, wkupiła się w moją łaskę. Nie jest może z najwyższej półki, ale milkowo-wedlową konkurencję zalewającą nasz rynek, Toblerone bije na głowę.

Otworzyłam czarne (piękne!) opakowanie i wydobyłam równie ciemny, czekoladowy baton. Połamałam na piramidki, które nie są moją ulubioną formą czekolady, bo są po prostu niewygodne, ale jak na nie patrzę, jednoznacznie kojarzą mi się z górami i... jakoś mi się ciepło na sercu robi.
Czynności towarzyszył przyjemny zapach kakao. Bez głębi, czy jakiś ambitniejszych nut, a mimo to w pełni przyjazny.

Już po pierwszy kęsie, czekolada z łatwością zaczęła się rozpuszczać. W sposobie jej rozchodzenia się po ustach było coś bardzo maślanego, mlecznego. Tłustawość na dość wysokim poziomie, ale bez przesady, czyli... nie mam się do czego przyczepić.
Wraz z coraz to kolejnymi falami rzadkiego, czekoladowego błotka rozchodził się słodko-gorzkawe smaki. Równoważyły się doskonale. Słodycz pieściła kubki smakowe, a cierpkość rozlewała się wokół tego. Nie było tu miejsca na kwasek, czy coś takiego, w końcu to tylko deserówka, więc niczego takiego nie uświadczymy.
Dosadnie gorzka strona kakao w pełni wykorzystała swoje pole do popisu i ukazała się jako nieco złagodzona, lecz wciąż dostarczała to, co powinna. Na pewno niektórych ucieszy fakt, że nie ma tu ani suchości, ani ściągającego efektu.
Słodycz jest jakby podporządkowana goryczce, co przyjęłam z dużą ulgą.

Czekolada jest bardzo poprawna, jednak sama, bez dodatków, nie zachwyciłaby mnie aż tak.
Dodatek, który sprawia, że jest zupełnie inna od większości znanych mi czekolad, to miodowo-migdałowy nugat, który ma konsystencję twardego, lecz plastycznego, zlepka. Jest straszliwie klejący, co akurat mi nie przeszkadzało, ale wielu osobom może.
W smaku... bardzo słodki, ale w wyraźnie miodowy sposób. Miodowa mgiełka świetnie podkreśla smak kakao, chociaż przez ten właśnie nugat, momentami robi się prawie za słodko.
Mikroskopijne kawałki migdałów chyba przewijały się co jakiś czas, bo kiedy gryzłam to, co zatopiono w czekoladzie, smak migdałów raz i drugi się lekko wychylił. O ćwiartkach tych bakalii jednak nie ma mowy. To sam nugat stanowi sporą część każdej poszczególnej kostki.

Całość jest dość niezwykła, jakościowo bardzo w porządku, jak na Mondelez. Gdyby nugatu było chociaż trochę więcej, mogłoby być już za słodko. Nie pogardziłabym co prawda większym udziałem miodu (na rzecz cukru), ale i tak było słodko-smacznie. Cierpkość sprawiła, że nie było efektu zasłodzenia. Jeśli komuś nie przeszkadzają twardawe, klejące się do zębów cząstki, może śmiało sięgnąć po tę tabliczkę. Ciemna Toblerone to dobre wyważenie pomiędzy ilości wszystkich składników.


ocena: 8/10
kupiłam: sklep z niemieckimi słodyczami
cena: 6 zł 
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy znów kupię: może

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz mleczny, miód 3%, migdały 1,6%, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, białko jaja

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Schuetzli mleczna z nugatem z kawałkami orzechów laskowych

Po smacznym świątecznym Lindt'cie z kremem orzechowym i rewelacyjnej białej Schuetzli z kremem migdałowo-śmietankowym, dzisiaj opisana tabliczka kojarzyła mi się jako ich połączenie, czyli dobra mleczna czekolada z cudownym orzechowym kremem w naprawdę niskiej cenie. Tutaj pojawia się kwestia pewnego mojego zachowania, które czasem mnie irytuje. Otóż wyobrażam sobie daną czekoladę w określony sposób i intensywnie o niej myślę przez jakiś czas. Po spróbowaniu... bywa bardzo różnie. To mnie czasami złości, ale wiecie... to trochę pewnej "adrenaliny", dreszczyku emocji dostarcza. Trafię na smakołyk czy na bubel? To (i trafienie na pierwszą opcję) jest właśnie w odkrywaniu nowych czekolad z nie najwyższej półki najlepsze. 

Schuetzli Milk Chocolate with Hazelnuts & Praline, czyli czekolada mleczna z nugatem (35%) z kawałkami orzechów laskowych (10%) to jedna z tabliczek, które można dorwać w Lidlu podczas tygodnia alpejskiego. Osobiście trochę ubolewam nas tym, że to mleczną a nie ciemną zrobili z nugatem, bo po silnej słodyczy białej, po tej spodziewałam się podobnego efektu.

Po wydobyciu tabliczki z klasycznego papierka i sreberka, zobaczyłam ją: podzieloną na proste kostki z paskami, które skojarzyły mi się z anty-ekskluzywną czekoladą. Łamiąc ją, zwróciłam uwagę na zapowiedź pobrudzenia palców, co zaczęła mi sygnalizować swoją konsystencją ulepka. Brzmi fatalnie, prawda? Mimo wszystkim cechom, które wypisałam, miała w sobie coś... zachęcającego. I wcale nie był to boski zapach, bo ten był delikatny i całkiem zwyczajny: typowa słodka mleczna czekolada i orzechowa nuta. 

Po przełamaniu w oczy rzuciły mi się głównie kawałki orzeszków średniej wielkości i to, że kolor nadzienia prawie zlewa się z czekoladą.
Wrzuciłam pierwszą kostkę do ust i zaczęło się. Bez żadnego efektu zaskoczenia, zaczęła szybko się rozpuszczać w sposób podchodzący pod proszkową ulepkowatość. Była bardzo tłusta, co prawda w sposób maślano-śmietankowy (żadne margaryny i inne paskudztwa), ale... miałam wrażenie, że zostawia tłuste ślady na ustach. Nie podobała mi się ta tłustość.

Jeśli o smak chodzi, to na początku czułam głównie mleko z drobnym akcentem kakao i oczywiście słodyczą. Byłoby dobrze, gdyby słodycz nie zaczęła przybierać na sile w dość krótkim czasie. W pewnym momencie zaleciało aż pod cukrową nutę, ale na szczęście częściowo rozpłynęła się ona w smaku mleka.

Kiedy czekolada odsłoniła nadzienie (a robiła to naprawdę szybko)... doszłam do wniosku, że ta czekolada ma czym zachęcać. Krem był co prawda tłustszy od czekolady, ale ta tłustość była orzechowo-maślana - przyjemna. Nadzienie było zbite (prawie jak czekolada), ale o wiele od niej gładsze i kremowe. Smak orzechów laskowych jest tu wyraźny, udekorowany czekoladą, ewidentnie słodko-mleczną, ale z odrobinką kakao. Przypominało dobrej jakości krem z orzechów i czekolady. Jest orzechowo, słodko i czekoladowo. Mniam!
Są w nim zatopione kawałki orzechów laskowych. Nie jest ich za wiele, ale w ilości zadowalającej. Przyjemnie chrupią i dodają charakterystycznego smaku, chociaż nie jest to prażona orzechowa bomba smakowa.

Nadzienie było przepyszne (chociaż nie jest to "nadzienie doskonałe"), czekolada mniej. Za dużo tu tłustych elementów (mimo że dobrej jakości) i cukru. Zatłuści, zacukrzy i znika. Jak zwykle te czynniki zasłaniają potencjalnie naprawdę dobrą czekoladę. To znaczy... na chcicę na coś słodkiego jest doskonała, ale coś tak czuję, że gdyby mleczną czekoladę zastąpić ciemną, byłoby o wiele lepiej. 


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 3.55 zł
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie