sobota, 20 lutego 2016

Lindt Creation Amarettini mleczna z kremem Amarettini i kawałkami ciasteczek zwykłych i Amarettini

Może i Lindt zawiódł mnie parę razy, może i niektóre smaki nie dają mi tego, czego od nich oczekuję, ale wiecie co? Ja Lindt'a uwielbiam. Za 70%-owe ciemne, za smaczne "zwyklaki" z dodatkami, za cudowne słodko-mleczne tabliczki dostarczające lekkich i smacznych chwil. W końcu: z sentymentu. To od Lindt'a zaczęła się moja poważniejsza przygoda z czekoladami.

To właśnie w serii Creation znalazły się jedne z moich ulubionych Lindt'ów i z pełną świadomością, że seria zawiera również kilka niewypałów, jestem niezwykle ciekawa każdej nowości.
Gdy tylko dowiedziałam się o czekoladzie z włoskimi ciasteczkami Amarettini, wiedziałam, że musi być moja.

Warto chyba wspomnieć, czym owe Amaretti są. To typowe dla Lombardii kruche i dość twarde ciasteczka z cukru, białek jaj i migdałów (oraz / lub pestek moreli), do których często dodawany jest likier amaretto (ale niekoniecznie). Przyznam, że są to, zaraz po ciastkach korzennych, jedne z moich ulubionych.
Z tego, co można znaleźć, Włosi mają też kremy Amarettini, wiadomo, na bazie podobnych produktów.

Lindt Creation Amarettini mit feinen Gebackstuckchen to mleczna czekolada z kremem Amarettini (28%), kawałkami ciasteczek zwykłych (2%) i Amarettini (2%).

Ta czekolada długo nie czekała na wyjęcie jej z szuflady ze słodkościami.
Rozerwałam sreberko. Zobaczyłam i poczułam ją. Wiedziałam, że się stęskniłam. Wielka, gruba tabliczka o jasnobrązowym, ciepłym kolorze z silnym i smakowitym zapachem mieszaniny ogromnej ilości mleka, cukru i przyzwoitym akcentem kakao. 
Spod tego, wyłaniał się wyraźny migdałowy zapach i nuta, która wręcz ocierała się o coś "likierowatego" (dzięki aromatom zapewne). Mmm, ten zapach nieźle podziałał na moją wyobraźnię!

Najpierw odgryzłam kawałek samej czekolady, by się upewnić, że w tej kwestii nic nie zostało zmienione. Oczywiście poczułam to, co zawsze przy mlecznym Lindt'cie, czyli solidną dawkę mleka, silną słodycz i sugestię kakao w lekko zaklejającej, tłustawej formie. Przy okazji odkryłam, że jest jej dość dużo w stosunku do nadzienia. 

Wgryzłam się w kostkę i pozwoliłam jej się rozpuszczać. Najpierw oczywiście miał miejsce debiut tej przepysznie słodkiej fuzji mleka i kakao. Albo już zapomniałam jak to jest w Lindt'ach, albo ta czekolada była niezwykle silnie mleczna. Takie pełne i prawdziwe mleko.

W ustach rozeszło się bagienko, ujawniając wnętrze, czyli dość tłusty biały krem, który wreszcie się Lindt'owi udał. Owszem, był tłustszy, a przy tym gładszy, od czekolady i, wydaje mi się, że także słodszy od niej, ale przy nim smak mleka jeszcze bardziej się nasilił. To samo ze słodyczą, jednak wraz z mlekiem... dało to efekt pożądanego zasłodzenia. W tym wszystkim znalazł się też smak migdałów, co bardzo pozytywnie pokierowało drogą, jaką podążał smak tej czekolady.

W kremie zatopione były kawałki, większe i mniejsze, ciasteczek w dwóch kolorach: jasnobeżowym i takim prawie karmelowym. Te drugie wydają mi się twardsze, jednak nie skupiałam się zbytnio na podziale ciastek. Przyjemnie chrupały i dodawały rewelacyjnego efektu. Migdałowy akcent nieco nasilał się przy nich, a czasem to goryczka rozlewała się w ustach. Goryczka długo pieczonych ciastek (wzmocniona pestkami moreli) czasem przynosiła ze sobą szczyptę soli.
Były także bardzo słodkie, ale gorycz zmieszana z migdałami okazała się dominującym smakiem. To był właśnie smak włoskich ciasteczek amarettini, chociaż zabrakło mi w nich likieru.

Nie dość, że ciastka silnie podbijały tytułowy smak, to jeszcze urozmaicały konsystencję i przełamywały zasłodzenie wywoływane przez czekoladę i krem, które w sumie także nie były cukrem w cukrze, a słodkim i przyjemnym połączeniem.

Całość odebrałam bardzo pozytywnie. Wiele oczekiwałam od tej tabliczki i właściwie... wiele otrzymałam. Fakt, nastawiłam się na silną słodycz, ale to była smaczna słodycz. Nie zabiła właściwego, ciasteczkowo-migdałowego smaku. 
Ma też wady, nie przeczę. Jest nieco za tłusta, ale na to można przymknąć oko. Dla niektórych może być za słodka... ja też wolałabym, by słodycz była słabsza, ale... nie mogę narzekać, bo i tak bardzo mi smakowała.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 17 zł
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, masło kakaowe, pełne mleko w proszku, olej palmowy, masa kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, śmietanka w proszku, mąka pszenna, lecytyna sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, białka jaj, migdały, pestki moreli, aromaty, syrop glukozowo-fruktozowy, sól

35 komentarzy:

  1. Ja tez uwiebiam nadal Lindta :) mogl mnie zawiesc kills razy, a ja nadal mam serduszka w oczach xd Czuje, ze ta czekolada mine now zawiodlaby. Lubie te ciasteczka amaretto ,migdaly tez uwiebiam :) Podoba mi sie ona :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że Lindt'a nigdy nie przekreślę, chociażby ze względu na sentyment. I parę naprawdę rewelacyjnych tabliczek, nawet jakby wszystkie kolejne nowości były okropne. ;P

      Usuń
  2. charlottemadness20 lutego 2016 06:42

    Jakoś po przeczytaniu recenzji ten wariant Lindta nie zrobił na mnie dużego wrażenia :>, może dlatego, że nie uganiam się za czekoladami z nadzieniem wraz z ciasteczkami :>. Nie mniej jednak mam ogromny sentyment do Lindta również ze względu,że to były moje 1-wsze "poważniejsze" tabliczki do degustacji, wiec wybaczam im niektóre niedociągnięcia i upadki,których zdarza się co raz to więcej, co mnie niepokoi..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei uwielbiam ciasteczka w czekoladach. :D
      Oby wrócili na dobry tor i tych wpadek było coraz mniej.

      Usuń
  3. Szczerze mówiąc to jestem bardzo zaskoczona, bo spodziewałam się cukru w cukrze poganianego cukrem bez konkretnego smaku, za to tłustą papę powodującą posklejanie zębów. Tu natomiast da się wyczuć poszczególne składniki i poszczególne elementy składają się w niezłą całość, super! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się tego obawiałam. Bardzo młe zaskoczenie.

      Usuń
  4. Lindt to Lindt. Na mnie już tak mocno nie działa jak kiedyś, ale niektóre tabliczki mimo wszystko ciekawią. Ta? Sama nie wiem. Odczuwam pewną nieufność co do serii creation, aczkolwiek twoja recenzja sprawia, że nie mam podejścia "raczej nie" tylko "sama nie wiem, możeeee".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że jest warta polecenia, ale nie poleciłabym kupowania jej po cenie, którą ja za nią dałam. ;>

      Usuń
  5. Jejuu, jak ja ją chcę xd To najbardziej pożądany przeze mnie Lindt, tak naprawdę, ze wszystkich. Amarettini to, wydaje mi się, moje ulubione ciastka, nie zawsze mam na nie ochotę, często wybrałabym takie z czekoladą czy orzeszkami, ale koniec końców te twarde, migdałowe i gorzkawe ciacha na których można sobie zęby połamać są najlepsze :3 Żałuję że nie da się jej kupić w Polsce :c Może kiedyś ją sprowadzą..

    OdpowiedzUsuń
  6. Coś w tym jest, że Lindt pomimo swoich zlotów i upadków nadal przyciąga i ciekawi swoimi tabliczkami :) Ta tłustość coraz bardziej nam jednak przeszkadza w tabliczkach i nawet ta słodycz aż tak nie drażni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, w końcu czystym cukrem nie wali, a tłuszcz psuje i smak i konsystencję... Dobrze, że nie w każdej tabliczce, a tylko w niektórych nadzieniach (wg mnie).

      Usuń
  7. tłusta, za słodka... to do mnie przemawia! I jeszcze smak się przebija migadłowy i ciasteczek! Jestem zachwycona, tych ciastek nigdy nie jadłam oryginalnych jedynie jako dodatek rozmiekły w lodach i w mullerze :) Ty narzekasz na zwyklaki, a ja na gorzkaki xDD Tyle azy próbowałam, ale jednak wolę czystą chemię xDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo może po prostu nie próbowałaś DOBREJ ciemnej? Chemiczna ciemna to w ogóle potrafi być paskudna do potęgi. :P

      Usuń
    2. próbowałam, serio chociażby ta od Ani z Cocoa, jest smaczna, ale wolę mimo wszystko słodką i ulepkową chemię. Dla niektórych nie ma szans jak dla mnie xDD

      Usuń
    3. No, ale od Cocoa jest surowa, a mówię o takiej np. zwykłej dobrej 60 % - myślę, że to mogłoby być trafienie.

      Usuń
    4. masz rację :) Poleć mi jakieś paskudztwo, a ja je zjem :D

      Usuń
    5. A idź tam "paskudztwo". Zottery Labooko i od np. mlecznych lecąc zwiększając ilość kakao - wciągnęłabyś się jak nic! :D

      Usuń
    6. hahaha oj wp*eprzałabym aż by mi się uszy trzęsły :D

      Usuń
    7. Wierzę i nie dziwię się!

      Usuń
  8. Jestem Lindtem coraz bardziej rozczarowany, ich mleczna Extra Creamy niemal rozpuszcza się w temperaturze pokojowej, jakby była z samego tłuszczu. Excellence z moją ukochaną czarną porzeczką to była jakaś porażka, nawet ich Excellence 70%, którą kiedyś uważałem za świetną ciemną, ostatnio zupełnie mi nie smakuje - jakieś takie gorzko-kwaśnie, zwykła przemysłówka. Ich sklep firmowy ma ceny z kosmosu, tabliczka Lindta kosztuje prawie tyle co rewelacyjne Zottery (choć Zotter jest mniejszy) i tyle samo (przeliczeniowo) co dużo lepszy od Lindta Blanxart. Na szczęście w sieciówkach ich ceny są sensowniejsze, zwłaszcza w promocji, ale mnie te czekolady już nie kuszą. O nachalnym cukrze nawet szkoda wspominać, a przecież można robić słodkie czekolady, które nie przecukrzają. Może Lindty na niemiecki rynek są lepsze, ale nie miałem okazji spróbować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorzko-kwaśna? Ja bym raczej nazwała ją słodko-gorzkawą. :P
      Ja tam czasami i na słodycz do potęgi mam ochotę, więc w sumie nie narzekam, bo czasem i takie właśnie nadziewańce lubię - czyste czekolady są czasem dla mnie za nudne (bo chociażby nie ma czego chrupnąć) i za złożone na np. zwykły dzień pełen jakiejś bieganiny, kiedy nie mam nadmiaru czasu na delektowanie się rozmaitymi nutami.

      Usuń
    2. Tą słodkość pominąłem, skupiłem się na smaku ich kakao, to było takie wrażenia spróbowania Lindta 70%, z którego robiłem praliny, po jakiejś dobrej czekoladzie :) Jak chcę się dosłodzić, to wolę Zottera, ale fakt, Zotterem trzeba się delektować, zwykle jem je w weekendy.

      Usuń
    3. To tak jak ja, a Zotterem czasem ciężko aż tak bardzo się dosłodzić. :P Cóż, jestem miłośniczką bardzo słodkich rzeczy (nazwa bloga zobowiązuje). ;)

      Usuń
  9. Jak dla mnie brzmi pysznie, jak tylko gdzieś spotkam to kupuję. Zdecydowanie wolę mleczną, słodką nadziewajkę, niż czystą gorzką, może kiedyś się nauczę jeść wykwintniejsze smaki, ale jak na razie całkiem mi to odpowiada :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem dziwną osobą: lubię jedne i drugie i w stosunku do obu jestem bardzo wybredna. :P

      Usuń
  10. Nie musi być likieru, ważne że ciastka mają smak amaretto - pfe :P I ten wstęp... Ja bym się pokusiła o stwierdzenie, że Lindt częściej zawodzi niż nie. Aaale ja lubię się gniewać :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie nie zawodzi aż tak często, bo nie nastawiam się przy Lindt'cie na nic aż tak wybitnego, a tylko smacznego i słodkiego. ;P

      Usuń
  11. Tylko tych smaków, a w Polsce taka bida :( Ostatnio chciałam zamówić na Allegro to jak mama zobaczyła co chcę kupić to uznała, że na łepecynę upadłam :P Ale i tak kiedyś sobie sprezentuję i coś czuję że ta tabliczka trafi do koszyka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że w ogóle o Polsce zapomnieli. :( Jak dobrze, że jest Allegro!

      Usuń
  12. Jak odwiedzę siostrę to postaram się zapolować na nią:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że ją upolujesz. ;)

      Usuń
  13. Powtórzę się, że mi ta tabliczka smakowała dokładnie tak, jaką ją sobie wyobrażałam - a to dla mnie duży plus. W góry zabrałabym ją jeszcze raz z chęcią, ale do degustacji w domu zdecydowanie zbyt słodka. W ogóle nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek wybiorę Lindta do próbowania w domu :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do próbowania w domu, z mężem, wydzielając specjalnie czas...? Tobie nie radzę. U Ciebie jest przy degustowaniu jest większa "otoczka", a Lindt mi tam jakoś nie pasuje. :P

      Usuń
    2. Dokładnie, dla Lindta już tam nie ma miejsca.

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)