niedziela, 14 lutego 2016

Lindt Creation Refreshing Coconut Dark ciemna z kokosowym kremem

Dawno, dawno temu... zakochałam się w czekoladzie zobaczonej w internecie. Był to mleczny Lindt Citron Frappe, który rzekomo najlepiej smakuje po schłodzeniu. Śliniłam się i śliniłam, ale niestety... nie było mi dane tego cuda spróbować. Kiedy wiele miesięcy temu na mej drodze znalazł się firmowy sklep Lindt, oczywiście wstąpiłam tam na chwilę. Moim oczom ukazała się tabliczka z, jak sądzę, tej samej serii, bo także przeznaczona do schłodzenia. Kupiłam i jako istota bez uczuć, strąciłam do czeluści szuflady ze słodyczami. Zdążyłam już o niej zapomnieć, aż do dnia, w którym pojawiła się na blogu Posypana Cukrem. Przez bardzo pozytywną recenzję, myśli o tej czekoladzie nachodziły mnie co i raz. 

Aż w końcu wreszcie uległam i wyjęłam Lindt Creation Refreshing Coconut Dark, czyli ciemną czekoladę, o zawartości 47 % kakao, z kokosowym nadzieniem (rzekomo typu ganache, którego mistrzem według mnie jest Zotter), która trochę onieśmielała mnie zarówno swoją wielkością (150 g - w sumie jak wszystkie dawne Creation), jak i poradą producenta, by ją schłodzić. Na pierwszy kontakt z czekoladą przeznaczyłam cztery kostki: dwie zjadłam normalnie, a dwie włożyłam na około 3 minuty do lodówki (bojąc się, co z tego będzie, bo nie cierpię czekolad z lodówki - nigdy ich tam nie wkładam). 

Po rozerwaniu sreberka, zobaczyłam wielką ciemną tabliczkę i poczułam zapach... Bounty'ego, który swego czasu był moim ulubionym batonem (nie jadłam go od lat i pewnie w moich wspomnieniach jest wyidealizowany) i kakao, chodź nie było tu większej głębi, niż 47 % by wskazywało.

Warstwa czekolady jest gruba, a nadzienia jest sporo, ale nie aż tak dużo, jakby chciała. Czekolada jest bardzo słodka z lekką goryczką kakao. Jak na mój gust, jest to przesłodzona ciemna czekolada z dość sporą tłustością. Owszem, to maślana tłustość, a nie starej margaryny, ale i tak... jest ona tak silna, że czekolada rozpuszcza się bardzo szybko, zahaczając o wrażenie ulepkowatości.

Nadzienie to gęsty i odrobinę ciągnący krem, jest jeszcze słodszy od czekolady i chyba nieco mniej tłusty. Wyraźnie czuć tu mleko i smak kokosa. Ten to przebija się najszybciej i pojawia się zaraz po włożeniu kostki do ust. Nie zabrakło tu także wiórek: dużych i raczej miękkich. Lekko chrzęszczą pod zębami, chociaż nie jest ich zbyt dużo. Można by pewnie policzyć je na sztuki.
Całość sprawia wrażenie miękkiej, tłustej i bardzo słodkiej, a przy tym... dość wyrazistej: kokos i kakao nieźle sobie radzą z przebijaniem się spod cukru.

Po zjedzeniu dwóch kostek było mi już za słodko i za tłusto, jednak napiłam się herbatki i wyjęłam dwie pozostałe z lodówki pewna, że będzie jeszcze gorzej.

Już przy pierwszym kęsie odnotowałam zmianę: czekolada chrupnęła, a gdy zaczęła się rozpuszczać, zniknął pierwiastek ulepkowatości. Słodycz wciąż była bardzo silna, ale w tym wydaniu odebrałam ją jako mniej uciążliwą. 
Nadzienie w smaku wydało mi się jeszcze bardziej kokosowe, tym razem naturalniej, chociaż może to być spowodowane tym, że w tych kostkach było po prostu więcej wiórek. Przyjemnie się rozpuszcza, roztaczając w ustach wyraziście kokosowo-mleczny smak, wyłaniający się spod silnej słodyczy.

Schłodzona wersja nie zmęczyła mnie, nie przytłoczyła tłustością i słodyczą, ale specjalnego orzeźwienia też nie odnotowałam. Kokos i kakao były równie silne, co słodycz.

Resztę czekolady zjadłam po około minucie trzymania w lodówce i efekt był równie dobry, co po tych 3 minutach, a czekolada w dotyku nawet nie była zimna.
Werdykt? To bardzo, bardzo słodka, ale całkiem smaczna czekolada (w wersji schłodzonej). Co prawda jest za tłusta, co niektórych może odstraszyć, ale nie ma w niej posmaku obrzydliwego tłuszczu. Rzeczywiście lepiej jest ją schłodzić (nie wierzę, że to piszę). 

Swoją drogą, 47%-owe Lindt'y wydają mi się ostatnio za słodkie. W mlecznych czekoladach jestem przyzwyczajona do dużej ilości cukru, ale do ciemnych mi to jakoś nie pasuje. Z drugiej strony... np. 70 %-owa czekolada mogłaby przytłoczyć kokosowy smak... Sama nie wiem. W USA widziałam tę czekoladę w wersji z mleczną czekoladą - ciekawe, czy byłaby jeszcze bardziej ulepkowata, czy bagienkowato rozkosznie słodko-tłusta (tego szukam w tych mlecznych czekoladach; w ciemnych wolę wytrawniejsze nuty)? 


ocena: 6.5/10; po schłodzeniu 7/10
kupiłam: firmowy sklep Lindt
cena: nie pamiętam (około 15 zł)
kaloryczność: 529 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, cukier inwertowany, syrop glukozowy, pupla kokosowa (3%), mleko w proszku, stabilizator (sorbitole), laktoza, lecytyna sojowa, aromat naturalny, aromat

45 komentarzy:

  1. charlottemadness14 lutego 2016 06:38

    Ja swoją tabliczkę zakupiłam w Carrefourze za 10-11zł.Nie mam po niej miłych wspomnień.Zasłodziłam się już po 1 kostce, a 2 to był max jaki mogłabym w siebie wsunąć.Krem jak dla mnie trącił smakiem tanich kokosowych nadziewanych pralinek.Jedynym plusem w tym kremie,było to,że zawierał całe wiórki, które nawet przyjemnie chrupały.Czekolada sama w sobie też nie do końca idealna, jakaś nadzwyczaj słodka, niż zawsze.
    Do zakupu przekonało mnie zadzienie kokosowe, bowiem szaleję za kokosowymi rzeczami.Ale niestety tym razem się nie delektowałam.Do lodówki się nie pokusiłam położyć kilka kostek.Stwierdziłam,że raczej orzeźwiającego efektu to nie da, a raczej powiew "cukrowego wiaterku" więc odpuściłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tu był błąd! Z lodówki wydawała się mniej słodka, ale... kurde, sama czekolada AŻ tak słodka mi się nie wydała. To znaczy... nie aż tak bardziej niż przeciętne Excellence.

      Usuń
  2. Ciekawa, ta slodkosc i tlustosc mnie przekonuje, bo ja takie lubie :p Na zimno mnie przekonuje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na zimno była całkiem smaczna, ale... nie na tą cenę. :P

      Usuń
  3. Widocznie moje kubki smakowe są jeszcze przyzwyczajone do mlecznej słodyczy, więc ja aż takiej cukrowości tej czekolady nie wyczuła. Jednakże nadzienie mogłoby być mniej słodkie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie mleczną słodycz dalej uwielbiam, ale... taka silna słodycz nie pasuje mi do czekolady udającej ciemną.

      Usuń
  4. Też nie cierpię czekolad z lodówki, piątka! Ta pewnie by mi smakowała skoro jest słodka, dla mnie akurat to plus. :-) Dodatek kokosa zwykle też mi pasuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to była taka ulepkowata słodycz, a nie tylko słodycz. :P

      Usuń
  5. Słyszałam o tej serii Lindt. Śliniłam się na cytrynową, ale później jakoś o niej zapomniałam. ;-; Nie jestem pewna czy nie zrobili kampanii reklamowej w tv. Kokosowa jakoś bardziej do mnie przemawia.
    Deserowa czekolada na pewno lepiej pasuje do takiego nadzienia niż mleczna.
    Mam wrażenie, ze moje kubki smakowe ostatnio szwankują. Znaczy deserowa czekolada (jaką niedawno jadłam) była słodka, a przy białej nie poczułam jakiegoś zasłodzenia. Nie zmienia to faktu, że ciemne tabliczki są najlepsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie wydaje mi się, że mleczna w tym przypadku dałaby efekt takiej błogiej słodyczy (gdyby ten krem był trochę inny).

      Z kolei wydaje mi się, że w takiej formie ta cytrynowa mogłaby być ciekawa, bo... ja mam zupełnie inną wizję duetu ciemnej czekolady i kokosa (jako coś prawie niesłodkiego).

      Usuń
  6. Czekolady o zawartości 47% kakao są słodkie, ostatnio jadłam mleczną Vanini, która miała 49 albo 50% kakao. I fakt, zmęczyłam się połową kostki, ale czekolada była zdecydowanie lepszej jakości i miała w sobie więcej głębi, niż deserowe czy gorzkie Lindty. Lindta z solą morską męczę już dłuuugo i zmęczyć nie mogę, a tego z chilli przerobiłam na urodzinowe brownie, które zaniosłam do pracy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dziś z kolei jadłam 47 % kakao mleczną i... ona nie była słodka. :P Znaczy... minimalnie, ale co się dziwić, skoro cukier był trzecim i zarazem przedostatnim składnikiem.
      Mam tę Vanini! :D
      Mi tam Lindt z solą smakuje, chociaż fakt, mógłby być mniej słodki. A z chili... kurczę, muszę kiedyś do niego wrócić, zobaczyć, jak ja go teraz odbiorę.

      Usuń
    2. Jaka to była ta 47%? Bo brzmi bardzo ciekawie...

      Usuń
    3. Michel Cluizel Maralumi. Ale od razu mówię, że 10/10 nie ma. :P

      Usuń
    4. Ah, szkoda. Jeśli chodzi to Cluizela, to się czaję na Mokaye, ale to 66%.

      Usuń
  7. Jakoś tak.. Mnie nie przekonuje :P Może nie pasuje mi połączenie ciemnej, słodkiej czekolady z kokosem? A może po prostu deserówek nie lubię :P Są tak w pół drogi między mlecznymi a gorzkimi, takie ni pies ni wydra. W sumie mam w szufladzie Lindta Excellence z solą i za nic nie mogę się zebrać, żeby go otworzyć xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie mi też to połączenie jakoś nie pasuje! A uwielbiam ciemne czekolady! Ciemny ulepek? To po prostu nie pasuje. :P
      A ten Lindt z solą mi tam w sumie smakuje. Nic wybitnego, ale jest niezły, lepszy od tego kokosowego-ulepka.

      Usuń
  8. Będę jadła za tydzień, wraz z dwoma innymi kokosowymi, żeby porównać. Zgodnie z instrukcją, zjem z lodówki (w sumie spadłaś mi z tą recenzją z nieba, bo planowałam jeść w temp. pokojowej). Albo inaczej: część zjem tak, część tak, bo przecież gusta są różne. Martwi mnie tylko ilość kremu. Skoro dla Ciebie było "dużo, ale za mał", to dla mnie tym bardziej.

    Zadanie: odnieś, proszę, nadzienie tego Lindta do nadzienia ritterowego Kokosa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W RS krem wydawał mi się mniej słodki w stosunku do czekolady i miał przyjemniejszą konsystencję. Wiórki były bardziej chrupiące i było ich więcej. Osobiście wolę RS, mimo że w sumie też był trochę ulepkowaty, jednak z mleczną czekoladą kokosowe nadzienie lepiej wyszło.

      Usuń
  9. Ostatnio też lubujemy się w schłodzonych tabliczkach :) Gdzie na przykład pralinki Lindt smakują Monice tylko zamrożone :P
    Jest to kokos a kokos na pewno by nam smakował :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pralinki... jakieś konkretne? Kurde, nigdy nie jadłam pralinek Lindt'a (tylko Lindory).
      Nawet w ulepku? :>

      Usuń
    2. W sumie to chodziło nam właśnie o Lindory :) Mleczne i białe zamrożone są super. A resztę smaków np. deserowe to nawet zamrożone smakują badziewnie...
      Już się nie raz złapałyśmy, że pomimo jakiegoś średniego produktu, jak jest dość wyraźny smak kokosa to zdecydowanie ma lepszy odbiór :D

      Usuń
  10. Bounty też były kiedyś moimi ulubionymi batonikami, ale teraz jakoś boję się skonfrontować wspomnienia z rzeczywistością. Ta czekolada z opisu wygląda na tłusto-słodką, nie wiem po co oni tyle tego cukru walą. Akurat do recenzji otworzyłem Domori z owczym mlekiem, mimo, że jest słodka, cukru tam nie czuć, tak powinno się to robić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na pewno do Bounty nigdy nie wrócę. Wolę zostać z miłymi wspomnieniami.
      Mogliby chociażby zrobić czekoladę 100 g, a nie 150 i wywalić dużą część cukru. Byłoby idealnie, a i koszta produkcji mieliby niższe.

      O tak! Z owczym mlekiem była przepyszna! (http://chwile-zaslodzenia.blogspot.com/2015/12/domori-sheeps-milk-mleczna-45-z-owczym.html)

      Usuń
    2. Oczywiście czytałem, przeczytałem chyba wszystkie recenzje czekolad jakie są na blogu :)

      Usuń
    3. A ja napiszę, że parę miesięcy temu skonfrontowałam się z Bounty po wieloletniej przerwie i... moim zdaniem nadal smakował tak samo dobrze! Za dzieciaka byłam wielka fanką, teraz czułam to samo. Nie wiem, może miałam tego dnia wyjątkową chcicę na słodkie, ale naprawdę było ok :)

      Usuń
    4. Biorąc pod uwagę, że u mnie sentyment potrafi działać dość mocno, może i dla mnie by smakował? Kiedyś trzeba będzie spróbować!

      Usuń
  11. nie przepadam za Lindtem, ani ciemnymi czekoladami... ale ta schłodzona wersja kupiłaś mnie! Wiesz, że ja nigdy tak nie jadłam... no chyba że mi się roztopiła to wsadzałam by się skrzepła xDD Skąd ten genialny pomysł? Ktoś Ci zasugerował? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim języku nie występuje Twoje pierwsze zdanie. Nie rozumiem go. :P
      To nie mój pomysł... Gdzieś na stronie Lindt'a przy okazji wersji cytrynowej czytałam, że trzeba schłodzić przed zjedzeniem.

      Usuń
    2. mwahahaha to tak jak ja gdy ktoś mówi za słodkie :D Ale przeraziłaś mnie na początku, bo myślałam, że znowu jakąś kaszankę stylistyczno-gramatyczną strzeliłam :) Ooo koniecznie tak spróbuje z zwykłymi czekoladami :)

      Usuń
    3. Hahaha. :D
      Ja tam mimo wszystko pozostanę przy nie wsadzaniu czekolad do lodówki... no chyba, że jakiś ulepek mi się trafi znowu, to wtedy może zobaczę (jak nie zapomnę).

      Usuń
    4. nie martw się, te ulepki same się upomną :D

      Usuń
    5. O tym, że tabliczkę trzeba schłodzić, jest przecież napisane (i narysowane) na pudełku. To ten niebieski prostokąt z płatkiem śniegu i napisem "best eaten chilled" :)

      Usuń
    6. A no właśnie! Na opakowaniu, nie na stronie przeczytałam! Po pytaniu Szpilki zupełnie zgłupiałam. ;P
      Na stronie to chyba był kiedyś opis dokładny tego, jak to tam działa.

      Usuń
    7. wybaczcie nie jadam czekolad z Lindta więc nie jestem obczajona, ale teraz dzięki Wam już nie popełnie tego błędu :D

      Usuń
    8. Chyba tylko dwie takie mają.
      A to już kwestia spostrzegawczości (a u mnie... sklerozy? haha). :>

      Usuń
    9. kończymy z masłem kochana :D Nie ma tak dobrze ;)

      Usuń
  12. Jak ją pierwszy raz zobaczyłam w internecie to się strasznie napaliłam i stwierdziłam, że prędzej czy później ją zdobędę. Mam ją, kupiłam w Auchan już jakiś czas temu (w wakacje?) i jak na razie cierpliwie czeka, choć coś mi się wydaje, że data ważności się kończy więc trzeba otwierać! Mam nadzieję, że lepiej ją odbiorę smakowo :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam taką nadzieję. Jakby co, pamiętaj o schłodzeniu.

      Usuń
    2. Oczywiście! Często chłodze tabliczki aby były mniej słodkie :)

      Usuń
    3. Sama bym na to w życiu nie wpadła. :P

      Usuń
  13. Mi chyba jedynej nie smakowała na wersja cytrynowa:). Pewnie gdybym spotkała tą czekoladę to bym kupiła bo kokosowa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ciekawa, jak ja bym ją odebrała... smaczna, czy nie... na pewno ciekawa, biorąc pod uwagę to, jak dawno w Polsce nowych Lindt'ów nie było (nie liczę sklepów, które sprowadzają je zza granicy i śpiewają idiotyczne ceny).

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)