niedziela, 13 marca 2016

Lindt Creation Creme Brulee mleczna z mlecznym kremem, skarmelizowanym cukrem i wafelkami

Nie lubię, gdy wszyscy producenci dostają szału na punkcie danego smaku i za wszelką cenę próbują ludziom go sprzedać. Creme Brulee jakiś czas temu zrobił się tak popularny, że nagle był po prostu wszędzie. Oczywiście, patrzyłam na wszystkie słodkości z nim obojętnie, albo wręcz sceptycznie, do czasu, gdy przyszło mi skosztować Heidi Creme Brulee. Na tamtą chwilę makowała mi.

Skoro tak przeciętna firma jak Heidi, potrafi tak dobrze zrobić czekoladę creme brulee, to... jak dobry musi być ten smak w wykonaniu uwielbianego przeze mnie Lindt'a? 

Zanim zaopatrzyłam się w Lindt Creation Creme Brulee, trochę czasu minęło. Odkładałam to na czas, kiedy w mojej szufladzie ze słodyczami zacznie świecić pustkami, bo jednak to całe 150 gram, a i tak mam już chyba nakupowane słodycze na cały rok. Kiedy jednak zobaczyłam promocję na Lindt'y w Tesco, nie mogłam się oprzeć czekoladzie mlecznej z kremem mlecznym ze skarmelizowanym cukrem i kawałkami wafelków. To nic, że przy kasie okazało się, że promocja nie objęła akurat tego jednego smaku... Tu warto wspomnieć, że to było w styczniu (tak jak i zjedzenie tej czekolady), bo teraz są już chyba tylko w tej innej formie (więcej nadzienia).

W domu czekolada nie musiała czekać już zbyt długo. Otworzyłam opakowanie i poczułam przecudowny, czekoladowy zapach. Było to kakao wymieszane z mlekiem. Tak wyraziście mlecznej tabliczki to dawno już nie spotkałam. 

Połamałam ją na kostki, wielkie i grubaśne, takie jakie wręcz wielbię. 

Pierwszy kęs. Czekolada zaczęła się gładko, kremowo rozpuszczać. Oczywiście nie zniknęła w mgnieniu oka, a tworząc muliste, lekko zaklejające, czekoladowe bagienko rozchodziła się po ustach leniwie, ociężale. Była jakby gęsta i tłustawa, ale w 100 % przyjemnie tłustawa.
Miała w sobie ogromną ilość mleka, właśnie tłustawego i świeżego. Obok tego stała słodycz; silna, ale nie muląca. Kakao także odnalazło swoje miejsce i doskonale wpasowało się pomiędzy mleko i cukier. 
Nagle, czekolada zaczęła się mieszać z coraz to silniejszym, mlecznym smakiem. To był moment, w którym słodycz zaczynała aż drapać w gardle. Nie były to cukrowe mdłości, a zasłodzenie z klasą.

W końcu dałam radę wyodrębnić mleczne nadzienie, które przez pewien czas spajało się z samą czekoladą. Jej solidna warstwa dała radę owinąć sobie wokół palca kostki konsumenta (czyli w tym przypadku: mnie), żeby teraz ukazać sporą ilość nadzienia. Ono było tłustsze od czekolady, jednak w 100 % był to tłuszcz mleczno-śmietankowy, a nie jakieś nie-wiadomo-co. Było także słodkie, albo po prostu słodycz jednego i drugiego wymieszała się. Tak czy inaczej, było to zasłodzenie pożądane. 

W mleczny krem wtopiono liczne kawałeczki: skarmelizowany cukier i wafelki. Wafelków było znacznie mniej, co nie znaczy, że nic nie wnosiły. Dodawały chrupiącego efektu - to na pewno. Nie były twarde, rozmiękłe, czy coś. Odebrałam je jako lekkie i... z odrobinę neutralnie słonawym posmakiem. Podobał mi się ich dodatek, aczkolwiek nie bardzo wiem, co niby wafelki mają z kremem brulee wspólnego.

Znacznie ważniejszą rolę odegrał cukier pod postacią całkiem sporych kawałków, brązowawego koloru. Do poradzenia sobie z nimi użyłam zębów, a wtedy twarde kawałki chrupały aż miło. Rozchodził się od nich silny smak; połączenie palonych nut z najzwyczajniejszą słodyczą. Z większą aprobatą przyjęłabym brązowy cukier, ale nie można mieć wszystkiego a ta słodycz i tak przechodziła już częściowo na stronę gorzkawo-przypalonego posmaku.
Może minimalnie słonawymi też bym te cząstki mogła nazwać. 
W każdym razie, świetnie pasowały do bardzo słodkiej czekolady i nadzienia. 

Najlepszym podsumowaniem będzie chyba to, że większymi tabliczkami zawsze dzielę się z mamą, żeby nie męczyć ich przez kilka dni. Tę zjadłam prawie całą sama (niby nie za jednym posiedzeniem, no ale...), bo chyba potrzebowałam naprawdę dobrej, i zarówno bardzo słodkiej, czekolady. Ta nie doprowadziła do cukrowego-zgonu, bo jednak chrupiące elementy trochę neutralizowały słodycz, a i w tej płaskiej wersji jest całkiem sporo czekolady (a nie nadzienia). Marzy mi się tam co prawda krem karmelowy, zamiast mlecznego, owszem, w końcu zrobiło się już trochę za słodko, ale... czekolada jest naprawdę rewelacyjna, warto po nią sięgnąć, kiedy potrzebuje się sporej dawki cukru w dobrym wydaniu, jednak pamiętajcie - piszę to tylko i wyłącznie o płaskiej wersji - zdaję sobie sprawę, że zachwianie proporcji mogłoby tu wiele namieszać.


ocena: 8/10
kupiłam: Tesco
cena: 11.99 zł
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 15%, tłuszcz mleczny 9%, miazga kakaowa, laktoza, cukier karmelizowany (cukier, tłuszcz kakaowy) 3%, całkowicie odtłuszczone mleko w proszku, cząstki waflowe (mąka pszenna i kukurydziana, cukier, wodorowęglan sodu, olej palmowy) 1%, lecytyna sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, aromaty (jajo, wanilina)

29 komentarzy:

  1. Żałuję, ze nigdy jej nie kupilam. Wlasnie przez to, ze teraz producenci robia wszystko na Creme Brulee, Tiramksu i Panne Cotte :p Ale jak to przeczytalam to.... OMG, ja chce! *-* I mam bardzo wysoki poziom slodyczy, wiec zacukrzenia sie nie boje XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak i tłuszcz Ci nie straszny, to zaryzykuję stwierdzenie, że może i ta nowa wersja Ci posmakuje. :P

      Usuń
  2. charlottemadness13 marca 2016 06:54

    Pamiętam jak zakupiłam ją w Biedronce,za ok 6-7zł.Swojego czasu ok.2 lata temu mieli w ofercie te czekolady.Chyba był to okres Bożego Narodzenia.Była też wersja pistacjowa,ale wtedy jej nie zakupiłam.
    Ta tabliczka była 1-wszą,którą miałam przyjemność skosztować z serii Creation. I powiem,że.. Smakowała mi,na tyle by dać jej ocenę mniej więcej 8.Była to słodycz z klasą nie tak bardzo nachalna.Co prawda nie jest to czekolada,za którą teraz mogłabym się pokroić, lub lecieć "przez pola lasy" by ją zakupić,ale nie psociłabym zbytnio,jakby ktoś mi ją kupił jako prezent.Wolałabym tą tabliczkę, niż inne słodkie ulepki,które zazwyczaj dostaję..Eh..No cóż nie każdy się zna :>,choć siebie nie uważam za eksperta w tej dziedzinie :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że ludziom się wydaje, że Milka jest doskonałym prezentem z wyższej półki. Na przykład nie ma lepszego prezentu niż wino i Milka z orzechami... gratuluję po prostu ludziom logiki... Tak, milkowe prezenty - a później ja upycham je po znajomych wielbicielach tej kiepskiej słodkości i aż mi czasem głupio. :>

      Usuń
  3. Bojkotuje nowy format Creation. Wiecej nadzienia niż czekolady? To sie moze sprawdzić tylko w Zotter Handscooped. Lindt Creme Brulee bardzo lubiłam, ale czuję, że w nowej wersji czar mógł prysnac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie mam dokładnie to samo. Coś tak czuję, że czasy zakupów Lindt'ów chyba już u mnie mijają.

      Usuń
  4. Zgadzam się z tą recenzją w 100%. Jadłam ją, no nie wiem kiedy, ale chyba z 2 lata temu. Pamiętam jak bardzo mi smakowała. Słodka, owszem, ale w taki ponadprzeciętny sposób.

    OdpowiedzUsuń
  5. To zdecydowanie jedna z tych Lindt, które bardzo chciałabym spróbować. Pewnie dużo robi tu nazwa - creme brulee to zwykle funduje przyjemne doznania smakowe chociaż z samym deserem zwykle ma niewiele wspólnego. Jednak jest słodko czyli tak jak ma być. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Haha, Bóg chciał żebyś ją wzięła dlatego podkusił Cię promocją :) Szkoda tylko, że .. Zrobił Cię też nieco w wałeczka :) Ale suma summarum dobrze wyszło :)
    Aż jestem zaskoczona Twoją opinią! Ja przy takim poziomie zacukrzenia wysiadam. Uczucie drapania w gardle nie jest moim ulubionym aczkolwiek.. Muszę się zastanowić.. Skoro Tobie podeszło, masterko czekolady.. Może i mi posmakuje. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i całe szczęście, że jednak jej nie odłożyłam, bo inaczej umknęłaby mi okazja spróbowania jej właśnie w tym formacie. ;)
      Wiesz, to nie było takie mocne drapanie w gardle... czuło się tam słodycz, ale nie tak, żeby miało to przeszkadzać. Nie wiem tylko, czy dorwiesz ją jeszcze z płaskimi kostkami.

      Usuń
  7. Na pewno już o tym gderałam, ale mam focha na tą czekoladę. Oczekiwałam czegoś super po takim smaku i po proporcjach krem >> czekolada, a okazało się to straszną klapą. Za tłusto, a karmel nie dał rady przełamać słodyczy. Trochę śmiesznie ale to kolejna tabliczka, którą ludzie na ogół chwalą, a mi zupełnie nie przypadła do gustu xd (inne przykłady - Hershey's Cookies and Cream czy Lindt Creation Hazelnut de Luxe. A właśnie, będziesz recenzować tą drugą?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludzie raczej chwalą wersję recenzowaną przeze mnie, a potrafię sobie wyobrazić, że taka duża ilość kremu jaką Ty miałaś, zepsułaby tę czekoladę skutecznie. :P
      Bleh, Hershey's Cookies and Cream można chwalić chyba tylko za wygląd. :>
      Nie, przynajmniej nie planuję - już mi szkoda kasy na Lindt'y, ale jak wpadnie mi w łapy w postaci prezentu, to pewnie z ciekawości spróbuję. Nie ciągnie mnie jednak do niej.

      Usuń
  8. Ta czekolad u mnie ma 2 miejsce jeśli chodzi o Lindt:) . Pyszna kupiłam ja juz kilka razy i jakoś mi się nie znudziła jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jadłaś też tę nową wersję?
      Jaka zajmuje pierwsze miejsce?

      Usuń
    2. Nie jadłam tej z wypukłymi kostkami bo podobno jest bardzo słaba:(

      Usuń
    3. Nie mieli co wymyślić - walnęli nowe proporcje. Bo po co np. wymyślać nowe smaki?

      Strasznie nad tym ubolewam, bo tak bardzo uwielbiałam te kwadratowe kostki...

      Usuń
  9. O nieee, dla mnie to najgorszy Lindt jaki jadłam :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety! A myślałam, że będzie pyszna. Ten cukier strzelający pod zębami...brrry! :/

      Usuń
  10. Lindt robi dobre czekolady, ale jest zbyt drogi jak na swoją jakość, to tylko nieciekawe kakao przemysłowe. W całej ofercie ma tylko kilka (widziałem dwie) tabliczek z kakao plantacyjnego, a ceny takie, jakby to było nie wiadomo co. Mnie to zniechęca do tej firmy, bo od pewnego czasu w czekoladzie zwracam uwagę nie tylko na kompozycję, ale również na samo kakao - a tu zwykle Lindt leży i kwiczy. W mlecznych tabliczkach jest lepiej, ale te na polski rynek są strasznie słodkie, a innych nie miałem okazji spróbować. A zapasu czekolad zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma plantacyjne? Hm, nie wiedziałam, ale wątpię, by było to coś ciekawego (mimo wszystko).
      Ja w nadziewanych zwracam uwagę na całość, ale fakt - nic tak nie psuje odbioru jak zła czekolada (w końcu to ona jest najważniejsza).
      Nie wiem, kiedy Lindt stał się reklamą sam w sobie to i te ceny są coraz śmieszniejsze (wyższe).
      Co do niepolskich Lindt'ów - niemieckie nie różnią się od polskich, ale... niedługo będę miała okazję spróbować Lindt'a ze Szwajcarii. ;)

      Usuń
    2. Ma, proszę, oto Arriba z Ekwadoru:
      http://www.lindt.ca/en/shop/our-brands/excellence-ca/excellence-ecuador-75-cacao
      Są jeszcze Madagaskar, Peru i Kuba.

      Usuń
    3. No tak, oczywiście nie w Polsce.

      Usuń
  11. No widzisz a my tej czekolady zawsze unikałyśmy bo creme brulee nie robi na nas kompletnie wrażenia i jakoś tabliczki czy inne słodkości z jego udziałem automatycznie nas nie ciekawią :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie mnie niby też nie ciekawią, a tutaj... takie zaskoczenie!

      Usuń
  12. Zawsze ją mijam (tę odświeżoną wersję) nawet nie biorąc do ręki, "szał na pchanie "deserów" do czekolad dopadł i Lindta" - ta myśl zawsze przeważa szalę :D
    Jednak jeśli bierze się za to dobra firma może wyjść naprawdę smacznie, może kiedyś, mi zasłodzenie nie straszne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak ja bałabym się spróbować tej nowej wersji z zachwianymi proporcjami. :P

      Usuń
  13. Ej, kłamczuszku! Wczoraj napisałaś, że czekolada, co do której się zgodzimy, będzie gdzieś tam po 20, a jest już dziś. Też ją jadłam i mi smakowała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu tamta, co będzie po 20 była dla mnie takim zaskoczeniem, że o tej zapomniałam. :P

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)