czwartek, 7 lipca 2016

Imperial Jubileu Noir 70 % Orange & Basil ciemna z pomarańczą i bazylią (w formie galaretek)

Tę czekoladę kupiłam naprawdę dawno temu, nie patrząc szczególnie na skład. Przeleciałam wzrokiem wersji z limonką i chili i jako, że uznałam, że nie jest aż taki zły, wzięłam i tę. W domu patrzę... a tu małe zaskoczenie - same aromaty. Chciałam ją oddać komuś, ale z racji, że mój wyjazd w góry był dość spontaniczny (o czym pisałam tu), a tamta miło mnie zaskoczyła, postanowiłam dać jej szansę w drodze na Ornak.

Jubileu Noir fruits & flowers Orange & Basil to ciemna czekolada, o zawartości 70 % kakao, z pomarańczą i bazylią, a dokładniej galaretkami o smaku pomarańczy aromatyzowanymi bazylią. 
Ani pomarańczy, ani bazylii nie ma w składzie, co zostawię bez komentarza.

Po otwarciu odkryłam, że przebijające się cząstki powbijały się dziwacznie, podobnie jak przy poprzednio opisywanej. Trudno.
Zapach? Ten też może być opisany jako "trudno", bo oprócz całkiem smakowitej słodkawej ciemnej czekolady z wyraźnie zaznaczonym kakao, czułam lekki cytrusowo-pomarańczowy zapach rodem z galaretek i... ani trochę bazylii.

Przełamałam: to samo; dość twarda, ale bez trzasku. W ustach szybko ujawnia się jej tłustość, która jest głównie maślana i nie taka zła, jak mogłoby się wydawać. Jest kremowo; czekolada trzyma formę, nie zmienia się w paskudny ulepek, jak niektóre Lindt Excellence.
Od razu rozchodzi się wyrazisty, ale łagodny smak kakao. Nie ma tu ani większej głębi, ani goryczy, ani cienia kwasku. Jest przystępna dla każdego, przy wciąż stonowanej słodyczy.

Nie czuć aromatu pomarańczowego, aż do czasu, gdy czekolady robi się coraz mniej, a język natrafia na owocowe kawałki - galaretki.
Są zwarte, raczej miękkie, lekko ciągnące, minimalnie soczyste. Mają trochę cukrową konsystencję (ale nie wiem, czy to nie wina daty, bo do końca zostały niecałe dwa miesiące, chociaż... "limonki" były gładsze).

Wtedy też to nie aromat mnie zaatakował, a taki... kwaskowato-słodki cytrusowo-jabłkowy, ale głównie pseudo-pomarańczowy, smaczek cukrowych galaretek (jak te wszystkie cukierki galaretki w czekoladzie). Nie ma tu naturalnej pomarańczy, ale przesadzonego "naaromatyzowania" też nie.

Nie mogę nie porównać jej do bardzo słodkiej i z dużą ilością aromatu Mount momami Blutorange - o dziwo Jubileu wyszła lepiej. Ona jest po prostu bardziej galaretkowata, a nie udająca naturalną, chociaż nawet smak galaretek nie jest bardzo mocny. Nie przysłania czekolady, co mnie ucieszyło, bo za galaretkami specjalnie nie przepadam. To właściwie czekolada go przysłaniała
Biorąc pod uwagę cenę i konsystencję samej czekolady (nie kawałków owocowych), śmiało może konkurować z Lindt'em Excellence Orange.

Niestety (stety?) bazylii nie ma tu ani śladu. Z jednej strony szkoda, z drugiej... jakby miało być sztucznie i ewidentnie z aromatu - to ja dziękuję.

Ogół całkiem w porządku, jednak za brak pomarańczy i bazylii w składzie (co przełożyło się także na smak, bo myślę, że gdyby po prostu je dodać, byłoby czuć), ocenę obniżam.


ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 2.99 zł (chyba, wiem na pewno, że w promocji)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki pomarańczy aromatyzowanej bazylią i pomarańczą 12 % (puree z jabłek, włókno ananasowe, kwas cytrynowy, substancje żelujące: alginian sodu, węglan wapnia; aromat bazylii 0,46%, aromat pomarańczy 0,37%), tłuszcz kakaowy, masło skoncentrowane, lecytyna sojowa, aromat

16 komentarzy:

  1. charlottemadness7 lipca 2016 06:28

    Kupiłam wtedy tą tabliczkę ze względu na ów bazylię,której wcale się nie doszukałam.A z samą czekoladą pamiętam,że się męczyłam,bo wydawała mi się momentami taka plastikowata :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi tam plastikowata się nie wydawała, ale koniec końców i tak jej nie zjadłam, bo pomarańczowe olejki i galaretki to nie mój typ i tyle. :P

      Usuń
  2. E,jak na poczatku orzeczytalam,ze same aromaty,to wiedzialam ze nie dobra.No i dalej to sie potwierdzilo-a szkoda :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiedziałabym, że tak całkiem się potwierdziło. :>

      Usuń
  3. Za taką cenę spróbowałabym, ale tylko przez wzgląd na obietnicę bazylii ;) To mógłby być tak ciekawy dodatek!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak aromaty, to od razu kojarzy mi się pomarańczowy Munz. Z kolei jak Lindt Excellence, to przede wszystkim parszywa 90% cocoa. Nie dla mnie to-to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mniam, Munz. <3
      A Lindt to już 85 % był zły... Dobrze, że to nie ja próbowałam 90 %.

      Usuń
    2. WSZYSTKO PRZED TOBĄ!
      (Łącznie z pewnymi kulkami).

      Usuń
    3. A gdzie tam. Żadnych ciemniejszych Lindt'ów za nic nie tknę. ;P

      Usuń
  5. Przy kupowaniu wersji z chilli i ta mnie na chwilę zainteresowała, tylko nie pamiętam, czy odłożyłam ją ze względu na bazylię, czy przez skład. Bo, że skład sprawdzałam to nawet pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za to na pewno pamiętasz, dlaczego nie zainteresowała Cię trzecia z serii. :>

      Usuń
  6. Mam sentyment do schroniska na Ornaku, to było pierwsze tatrzańskie schronisko, w którym nocowałem (dawno temu, zaraz po tym, jak zdałem do liceum :). Na zdjęciach pogoda wyglada na pochmurną, mam nadzieję, że ja trafię na słoneczną. A czekolada, hmm, no cóż, fajne dziurki się w niej porobiły...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę Ci słonecznej. ;)
      Haha, taak u mnie w plecaku zawsze się coś z czekoladami dziwnego dzieje - jak się nie połamią, jak się nie powciskają, to chociaż dziurki. Dobrze, że mi się nie sprasowała, jak taka jedna, której recenzja... za jakiś czas.

      Usuń
  7. Może i lepiej,że nie wpadła w moje ręce to się przynajmniej nie rozczarowałam brakiem bazylii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym bardziej, że ogółem to nic specjalnego. ;)

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)