czwartek, 31 marca 2016

Zotter Labooko Bolivia 90 % ciemna z Boliwii

Czy tylko ja mam tak, że w przypadku mlecznych i białych czekolad nadmierna słodycz nie przeszkadza mi aż tak bardzo, jak w ciemnych? Lubię bardzo słodkie czekolady mleczne i białe, ale kiedy mowa o ciemnych... to czasem i z zawartością 70 % kakao wydają mi się za słodkie (albo uściślając: za mało gorzkie). Nawet nie przesłodzone, tylko mało mi w nich gorzkości.
Z namierzeniem celu do tej degustacji nie miałam problemów.

Zotter Labooko Bolivia 90 % to ciemna czekolada z zawartością kakao (pochodzącego z boliwijskiej kooperatywy EL CEIBO) równą 90 %, której czas konszowania wynosił 22 godziny.
Jakie smaki Zotter zaserwuje mi tym razem?

Rozchyliłam sreberko, moim oczom ukazała się bardzo ciemna, może z minimalnie winnym przebłyskiem, tabliczka. Zapach? Był zadziwiająco lekki, rześki, sugerujący kwiaty, sok z czerwonych porzeczek z jakimiś cytrusami, ale i zdecydowanie drewniano-palony.

W dotyku czekolada wydała mi się sucha, aż do pierwszego kęsa. Wtedy głośno chrupnęła i zaczęła rozpuszczać się w kremowo-lepki sposób.

Zawisła sugestia słodyczy cukru brązowego, ale smak, który od razu rozszedł się w ustach był zupełnie inny. Połączenie kwasku i gorzkości wystartowały z wysokiego pułapu i zaczęły się rozwijać. Najpierw, tylko i wyłącznie przy pierwszym kęsie, dominował kwasek. Był bardzo soczysty, skojarzył mi się ze słodko-kwaśnymi pomarańczami, do których dochodziła goryczka. Tu pojawiał się motyw ściągania i nuty sucho-drzewne (suche tylko w smaku). Przez cały czas jedzenia tej czekolady były obecne, bardziej lub mniej, wraz z akcentem popiołu.

Po drugim kęsie, rozwój nut kwasek-gorzkość wyglądał już inaczej. To gorzkość kakao wysuwała się na prowadzenie, czemu towarzyszyła subtelna słodycz miękkich jagód. Miałam wrażenie, że w tej tabliczce zamknięto jakieś kwiaty, bo ich lekki posmak cały czas się tu czaił.

Od gorzko-cierpkich nut drewna odchodził i kwasek. Dalej był nieco porzeczkowo-pomarańczowy, ale z czasem zaczął coraz bardziej ukazywać smak chudego twarogu i jogurtu greckiego. Kwasek, lekka goryczka... Jaka ona była kakaowa!

Tutaj i przy końcówce rozpuszczania się kawałka pojawiało się coś jeszcze (ale o tym za moment).
Gdy kawałek już prawie znikał, smak iście czekoladowy rósł w siłę, podsycany przez prażono-pieczony posmak, co skojarzyło mi się z wyidealizowanymi czekoladowymi wafelkami. 

Końcówka była już bardzo i czysto gorzko, trwała długo. Ten końcowy etap miał... niezwykle zredukowaną słodycz. 
Cała tabliczka sprawiała wrażenie słodkawej, ale bardzo zredukowanej i wydaje mi się (co wyszło przy jogurcie i wafelku), że to w dużej mierze zasługa odrobiny soli. 
Nie to, że było ją jakoś specjalnie czuć w smaku, ale po prostu wyłaniała nowe nuty smakowe (pewnie w tym także skojarzenie z bardzo wypieczonym wafelkiem).

Ta czekolada jest wybitnie kakaowa o bogatej goryczce i stonowanej słodyczy z nutami drzewno-owocowo-jogurtowymi. Intensywna, ale wbrew pozorom dość łagodna jak na 90 %.
Ona jest tak czekoladowa, że mając ochotę na porządną dawkę kakao, jak usiadłam do degustacji, nie mogłam się już od niej oderwać. Wiedziałam, że właśnie tego mi trzeba było!


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 615 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: masa kakaowa, surowy cukier trzcinowy, sól

środa, 30 marca 2016

Mount momami Edel-Zartbitter Blutorange ciemna 56 % z pomarańczą

Kilka dni po degustacji Menakao 80 % wciąż chciałam więcej takich soczystych smaków, jednak kolejna tabliczka tej marki musiała w dalszym ciągu swoje odczekać (chciałam ją porównać z innymi setkami, więc musi to być zgrane w czasie). W tygodniu postanowiłam sięgnąć po mały substytut grejpfrutowo-pomarańczowej fuzji z Madagaskaru, mimo że zawartość kakao na starcie wywołała u mnie nastawienie w stylu "meeh, bo ja wieem?"... 

Mount momami Edel-Zartbitter Blutorange to ciemna czekolada, o zawartości 56 % kakao, z pomarańczą w postaci suszonych i zmielonych kawałków, jednolicie wtopionych w czekoladę.
Kupując ją, myślałam, że sięgam po czekoladę z grejpfrutem, ale jak widać się pomyliłam.

Zamiast standardowej tabliczki mamy trójkąt, co w sumie jest dość ciekawym rozwiązaniem i na pewno lepszym, niż trójkątny baton (jak np. w przypadku Toblerone).

Kiedy otworzyłam niewygodne opakowanie, wyjęłam naprawdę bardzo ładną tabliczkę. Miala ciemny, porządny kolor z lekkim połyskiem. Sprawiała wrażenie bardzo tłustej, odkąd tylko wzięłam ją do rąk.
Miała bardzo silny, lecz zrównoważony, zapach. Pierwsza docierała siła pomarańczy: połączenie naturalnego soczystego owocu, ale także zapachu typowego dla sztucznawych pomarańczowych galaretek. Pod tym była czekolada: niezbyt złożona, porządna deserówka. Łatwo na węch zgadnąć zawartość kakao.
Połamałam: była dość twarda, ale bez przesadnych umileń jakimi byłyby głośne trzaski.

Wgryzłam się w grubą, trójkątną kostkę.
Miałam dziwne wrażenie, jakby zapach pomarańczowych galaretek nagle znalazł się w moich ustach i połączył się ze smakami dokładnie odpowiadającymi zapachom.
Czekolada okazała się nadzwyczaj wyważona. Jest gorzka i równocześnie słodka. Smaki te są w jak najbardziej przystępnych proporcjach, nie jest to przesłodzony deserowy Lindt. Słodycz uładza goryczkę, która jest... bardzo przyjazna, lekka, ale wyraźna. Myślę, że posmakuje wszystkim, którzy szukają w czekoladzie takich właśnie delikatnych, nieprzesłodzonych smaków, ale unikają wyższej zawartości.
Dla mnie ta czekolada wydała się bardzo... płaska. Słodko-cytrusowy smak był wyrazisty i w dużej mierze naturalny, chociaż był i posmak olejku.
Przez swoją strukturę, czyli dodanie zmielonych pomarańczy zamiast pomarańczowych kawałków, czekolada sprawiała wrażenie, jakby chciała podrobić takie pomarańczowe nuty z czekolad o dużej zawartości kakao, co wyszło w sumie całkiem nieźle. Trochę orzeźwiająco i prawie soczyście.
Dlaczego prawie? Wydała mi się za słodka oraz za tłusta.
Nie dość, że czuło się za bardzo maślany posmak (czasem pasuje mi on w mlecznych, albo białych czekoladach, ale nie ciemnych), to jeszcze czekolada była tłusta. Może minimalnie mniej, niż deserowy Lindt, ale jednak.
Rozpuszczała się raczej gładko-maślanie, powoli.

Czekolada jest w porządku, zrównoważona o przyjemnej pomarańczowej nucie.
Olejek najbardziej mi tu przeszkadzał, wolałabym większą zawartość kakao i mniejszą tłustość. 


ocena: 7/10
kupiłam: nie pamiętam, ale chyba w Carrefourze
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, suszone i mielone kawałki pomarańczy (koncentrat soku pomarańczowego, kawałki pomarańczy), lecytyna sojowa, olejek pomarańczowy 0,5%

wtorek, 29 marca 2016

Lindt Hello, My name is Crunchy Nougat mleczna z nugatem, orzechami laskowymi i wafelkami; Strawberry Cheesecake mleczna z nadzieniem z truskawkowego serka śmietankowego, truskawkami i kawałkami ciasta

Dzisiaj wreszcie zaległe recenzje pozostałych dwóch smaków serii Hello... obecnych na polskim rynku. Cookies and Cream jakoś mnie nie porwał, a Caramel Brownie okazał się kąskiem smacznym, ale takim na raz, o którym łatwo zapomnieć. Czyżby czekały mnie tu jakieś niespodzianki?


Lindt Hello My name is Crunchy Nougat to czekolada mleczna nadziewana nugatem (38 %) z kawałkami orzechów laskowych (3%) (albo raczej krokantu z orzechów laskowych) i kawałkami wafla (3%).


Otworzyłam opakowanie i poczułam smakowity, typowo lindt'owski zapach bardzo mlecznej czekolady, wzbogacony jednak o delikatną nutkę orzechów laskowych.

Pierwsza kostka powędrowała do ust. Mleczno tłustawa czekolada powoli zaczęła się rozpuszczać, uwalniając czysty smak świeżego mleka, silną słodycz i odrobinkę kakaowej nutki. To po prostu mleczny Lindt, którego mleczność nigdy nie przestanie mi się podobać (chyba, że zmienią skład). 
W końcu jednak słodka i gładka grudka, w którą przeistoczyła się kostka, stała się nieco rzadsza i tłustsza (na sposób orzechowy). W smaku doszła nowa nuta: orzechowa. Krem był słodszy od samej czekolady, jednak cukrem w cukrze nazwać go nie mogę. Wyrazistość orzechów otulona słodyczą z kremu, jak i z czekolady. 
Nadzienie skrywało w sobie całą masę chrupiących kawałków. Były dość twarde, ale w granicach rozsądku. Wafelki, jak to wafelki, chrzęściły i chrupały bardzo przyjemnie, chociaż w smaku nie odgrywały żadnej znaczącej roli, no chyba, że trochę tłumiły słodycz. 

Orzechy natomiast miały do powiedzenia trochę więcej. Ich kawałki wydały mi się skarmelizowane, bardzo chrupiące. Wyraziste w smaku doskonale wpasowywały się w sam nugat, wzbogacając go o nieco "inne spojrzenie" na orzech laskowy (bardziej prażony, wydobyty). Takie... nieuładzone gładką słodyczą. 

Smaczna mleczna czekolada z bardzo słodkim, ale jednocześnie wyraźnie orzechowym nadzieniem. Kremowość i gładkość dobrze łączą z elementami twardymi i chrupiącymi, a tłustość nie odstrasza. Takie połączenie tych dodatków to ja rozumiem. Zdecydowanie najlepszy z polskiej serii.


ocena: 8/10
kupiłam: sklep firmowy Lindt
cena: 4.69 zł
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, orzechy laskowe 12%, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, mąka pszenna, lecytyna sojowa, laktoza, sól, wanilina, tłuszcz roślinny, ekstrakt słodowy jęczmienny, syrop z cukru skarmelizowanego, naturalny aromat waniliowy, wodorowęglan sodu


Lindt Hello, My Name is Strawberry Cheesecake to czekolada mleczna z nadzieniem z truskawkowego serka śmietankowego, truskawkami i kawałkami ciasta (3%). Nie sądziłam, że coś takiego mnie kiedyś skusi, ale piękny kawałek sernika, po którym spływa sos, na opakowaniu skutecznie rozbudził moją wyobraźnię i apetyt.


Kiedy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam zapach ewidentnie truskawkowo-jogurtowy z nutami mlecznej lindt'owskiej czekolady.

Połamałam na kostki i zobaczyłam jasne nadzienie z kilkoma kawałeczkami czerwonych owoców. Włożyłam pierwszą kostkę do ust i... poczułam przyjemny smak lindt'owskiej mlecznej czekolady, takiej jak zawsze.

W końcu zaczął przebijać się smak nadzienia. Delikatnie, nie narzucając się. Krem był zbity, ale nie ciężko-tłusty. Konsystencję miał prawie tak delikatną, jak smak, ale o idealnej kremowości czy coś mówić tu nie można. W smaku czuło się tu głównie kwasek i słodycz. To pierwsze było typowo jogurtowe i... lekko owocowe. Tak, czuć truskawkę, ale bardzo słabo. Nasila się przy kawałeczkach owoców, które mają wspaniałą, lekko chrupiącą konsystencję.

W chrupaniu na pewno przebijają je kawałki ciasta (ciastek?), które są pewne w smaku. To znaczy, kiedy się je gryzie, czuć głównie właśnie dobrze wypieczone ciasteczka. Zanika wtedy smak i truskawki i jogurtu.
No i dochodzimy do momentu, w którym znowu piszę o jogurcie. Nie pomyliłam się. To w dużej mierze jogurt tutaj czułam. Jogurt, a serek... prawie w ogóle.

Jak podsumować całość? W sumie jest bardzo przeciętna. Mówię to ja, która nie cierpię słodyczy z truskawkami. Ta czekolada była niezła, komuś kto jadł mniej czekolad z wyższej półki może bardziej posmakować. Smaczne kawałki ciasteczek i liofilizowanych truskawek, dobra mleczna czekolada i... samo nadzienie było niezłe. Czuło się truskawkowy akcent i jogurt z jakimś tam motywem serka. Słodko i jogurtowo.
Skoro można zrobić rewelacyjną, wyraziście sernikową czekoladę z mandarynkami, to dlaczego nie powtórzyć tego z truskawkami?


ocena: 6/10
kupiłam: firmowy sklep Lindt
cena: 4.69 zł
kaloryczność: 549 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz roślinny, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, tłuszcz mleczny, laktoza, śmietanka w proszku, mąka pszenna, truskawki 1%, serek śmietankowy w proszku 1%,  lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa, odtłuszczone mleko w proszku, syrop fruktozowo-glukozowy, skoncentrowany sok cytrynowy, aromaty naturalne, białko mleka, sól, aromaty, ekstrakt słodowy jęczmienny, węglan amonu, wodorowęglan sodu, syrop ze skarmelizowanego cukru

niedziela, 27 marca 2016

Menakao Dark Chocolate 80 % Robust & Bold ciemna z Madagaskaru

Od początku mojej przygody z czekoladami Menakao coraz bardziej zakochuję się w ich niezwykle charakternych tabliczkach. To obecnie jedna z moich trzech ulubionych czekoladowych marek, obok Zottera i Domori. 
Odkrywanie czystych tabliczek zaczęłam od najłagodniejszej czyli od Menakao 72 % Deep & Fruity, w końcu jednak nie chciałam już dłużej zwlekać (co jest trochę paradoksalne, bo tabliczki, co do których mam ogromne oczekiwania często ciągle odkładam w czasie) i z szuflady wydobyłam kolejną.

Menakao Dark Chocolate 80 % Robust & Bold to ciemna czekolada o 80 %-owej zawartości kakao, której wszystkie składniki pochodzą z Madagaskaru.

Otworzyłam piękną tekturkę, kojarzącą mi się trochę z książką skrywającą wielką tajemnicę, i z czarnej folii wyjęłam tabliczkę ciemnej czekolady o lekko czerwonawym odcieniu.

Od samego początku poraził mnie jej intensywny zapach. Głównie cytrusy, ale pod nimi także czerwone owoce, dzikie kwiaty i akcent ziemi. Już w czasie degustacji wydawało mi się, że mój nos przez moment wychwycił jeszcze lekko orzechowy akcent, jakby wyłaniający się spod tej ziemi.
Trzymając ją w rękach miałam wrażenie, że jest bardzo sucha. Przełamywaniu towarzyszyły zdecydowane chrząknięcia, które nasilało skojarzenie z wilgotną ziemią, a nie z czymś suchym i pustym, co trzaskałoby donośnie.

Kiedy pierwszy kawałek znalazł się w ustach, przez moment "w powietrzu" zawisł silny kwach, który już po sekundzie diametralnie się zmienił. 

Czekoladzie wcale nie spieszyło się z rozpuszczaniem. Była oporna, jakby dzika. Rządząca się swoimi prawami. Najpierw wydała mi się bardzo sucha, a przy tym pylista i chropowata. Wręcz szorstka, co dawało efekt surowości.

Kwach przeszedł w bardzo, bardzo soczyste cytrusy. Takie, na których myśl, zbierają się hektolitry śliny. Prym wiodły tu cytryny, bezpośrednio za nimi były grejpfruty, a na końcu sok z lekko kwaśnej pomarańczy. Chyba odrobina skórki także zawitała.
Cytryny weszły na wyżyny swojej wyrazistości, ale wtedy dołączyła do nich goryczka: trochę jakby skórki pomarańczy, a potem w dużej mierze soczyście grejpfrutowa. Wszystko było wyraziste, jak świeże owoce.

Kawałek zmieniał się z szorstko-suchego w szorstki, ale bardziej piaszczysty, by po chwili być niczym mokra czarna ziemia. Nie było tu mowy o gładkości czy delikatności.

Zaczęły pojawiać się bardziej "ciemne" nuty, czyli takie palone, przynoszące poczucie gorąca. Na pewno nasilała je konsystencja. Lekka ziemistość, przywodząca na myśl także pikantne przyprawy, razem z szorstkością tworzyła niezwykle dziką, nieokiełznaną i wybuchową mieszankę. 
Nadszedł posmak kawy, szybko wchodzący w wyraziste espresso, a w końcu w same gorzkie kawowe fusy. Zdecydowany, mocny smak.
Tuż obok tego, przy goryczce, pojawiała się lekka słodycz, taka charakterystyczna dla słodko-kwaśnych porzeczek, czy innych czerwonych owoców.

 Czekolada zaczęła się nieco "wygładzać" i powrócił kwasek o nieco innym charakterze. Szybko skojarzył mi się z twarogiem, a lekko lepki kawałek powoli zniknął. Posmak obecny przy tym, Basi skojarzył się z kapustą z grzybami, ja bym poszła raczej w kierunku młodej kapusty z twarogiem, ale niewątpliwie była tu jeszcze zagadkowa, nie do końca odgadniona, nutka.
W ustach pozostał posmak grejpfruta i kawy, albo raczej fusów wypitych przez przypadek. 

Całość jest charakterna, odważna i dzika. Szostka, nieuładzona, a przy tym soczysta i w pełni owocowa. Kwasek nie jest ordynarny, ale jest mocny i wyrazisty. To samo z gorzkością. Złożona gorzkość grejpfruta i kawy, nie mówiąc już o elementach ziemistych i ostro-rozgrzewających. Dla mnie to synonim Madagaskaru i tego, jaki szaleńczy i dziki jest.
To jakby mocniejsza wersja 72 % Deep & Fruity, bardziej gorzka. Smaki po prostu piorunują i sprawiają, że chce się więcej i więcej.
Zakochałam się po prostu. Jak 72 % zasługuje na dychę w swoim przedziale procentów, tak ta jest idealną 80 %-tką.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam z Sekretów Czekolady
cena: -
kaloryczność: 604,4 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier trzcinowy, czysty tłuszcz kakaowy

sobota, 26 marca 2016

Hershey's Nuggets Milk Chocolate with Toffee & Almonds mleczna z toffi i migdałami

W mojej szufladzie ze słodyczami dalej zalega parę rzeczy z USA. Niektóre kupiłam sama, niektóre dostałam jako "słodka wizytówka Ameryki". Cieszę się z jednych i drugich (mimo że te drugie są kiepskiej jakości - chcę jednak mieć dokładny przekrój "słodyczy Ameryki"). O tyle, o ile np. wciśnięte mi dwa pozostałe Clif Bar'y oddałam mamie po tym paskudztwie, draże i batony Reese's po  jednym gryzie / drażu wywaliłam do kosza, tak wszystkie przywiezione czekolady na blogu się pojawią.


Dzisiaj o czekoladkach, które jadłam ostatnio około 5 lat temu (podczas poprzedniego pobytu w USA) i w których wtedy się zakochałam. Co ciekawe, mleczne i ciemne "czyste" wydawały mi się wtedy okropieństwem nad okropieństwami. Tę pakę kupiłam na prośbę Mamy "tylko pamiętaj o tych pysznych czekoladkach!", licząc się z tym, że większość powędruje właśnie do niej, ale... byłam za bardzo ciekawa jak je teraz odbiorę, a mniejszych niestety nie było.

Hershey's Nuggets Milk Chocolate with Toffee & Almonds to mleczna czekolada (w formie czekoladek) z toffi i migdałami, a dokładniej z siekanymi smażonymi migdałami.

Skład przeczytałam dopiero w domu, więc nie dość, że zniechęciło mnie samo słowo "smażone" (tam jest "roasted in", czyli tyle co "prażony w", a moje doświadczenie mi mówi, że "prażone w..." to to samo co "smażone"; dodatkowo wstęp piszę po spróbowaniu, a i dalszy mnie w tym utwierdza... - "i / lub", ah ta precyzja).

Po otwarciu torby okazało się, że czekoladki nie przetrwały podróży. To chyba jeden jedyny produkt, który tak wygląda - czekoladom nic nie jest, a tu... sami widzicie.

Kiedy rozwinęłam złoty papierek, poczułam zapach mleczny z pewną dziwną nutą. Nie były to czyste rzygi, jakie czułam w przypadku czystej mlecznej Hershey's (jestem już "po" chociaż recenzja jeszcze przed Wami), ale taka nuta... mało czekoladowa i podjeżdżająca pod plastelinowe wymiociny.

Pierwszy gryz. 

Czekolada okazała się twarda, a także dość powoli rozpuszczająca się. W konsystencji bardzo przeciętna, zwyczajna: tłustawa w maślany sposób, lekko proszkowa.
Jest jej dużo, więc trochę mija, nim odsłania dodatki. Jak smakuje? Słodko. Nie tam zaraz cukrowo, ale jest bardzo słodko. Oprócz tego jest znacząco mleczna i maślana. Nie jest to wyrazista czy głęboka mleczność, a taka właśnie najzwyklejsza, przeciętna i bardzo proszkowa.

"Chrupaczy" na szczęście jest dużo, bo takie zwykłe kiepskiej jakości czekolady od dawna już mnie za bardzo męczą. Są to kawałki migdałów (duże, średnie i malutkie) oraz kawałki dość twardego toffi. Jednymi i drugimi czekolada trochę przesiąkła, dzięki czemu nieco przełamywały jej słodycz.

Migdały miały w sobie taki trochę smażono-tłusty element, co mi jakoś tak średnio pasowało, ale nie zabrakło im też wyrazistości smaku migdałów samych w sobie. Przyzwoicie chrupały.
Tak samo z resztą toffi, które nie było ani tak twarde jak w Daim'ie, ani tak włażące w zęby jak w Toblerone. Konsystencję miało zbliżoną do migdałów, a smak... też był taki lekko tłusto-"smażony", może minimalnie jakby słonawy, ale w gruncie rzeczy te kawałki były po prostu karmelowe. Niestety, tak, jakby do karmelu tego dodano stary tłuszcz w ilości znikomej, ale jednak.

Przez te tłusto-smażone nuty i kiepską czekoladę, czar wspomnień prysnął. Nie były obrzydliwe w stylu "zabierzcie je ode mnie!"; jako coś słodkiego do pochrupania bez rozmyślania nad tym pewnie by zdały egzamin, ale ja takich bezsensownych chrupaczy nie szukam. Na pewno jest to jednak jeden z lepszych wariantów Hershey's.
I tak, po chyba trzech sztukach resztę oddałam mamie - była zachwycona. ;)


ocena: 6/10
kupiłam: Welgreens
cena: 3.50 $
kaloryczność: 526 kcal / 100 g; 4 szt (38 g) - 200 kcal
czy kupię znów: nie

piątek, 25 marca 2016

Zotter Espresso "so dark" ciemna 80 % z kawowym kremem

Mogłabym wymienić wiele połączeń, jakie uwielbiam w czekoladach, czy jedzeniu w ogóle. Są tam wariactwa niepojęte dla niektórych, szalone nowości, motywy niezbyt wyszukane, ale także czysta klasyka. Czarne, mocne espresso i ciemna czekolada - ten duet już od lat jest dla mnie synonimem chwili szczęścia (chociaż niekoniecznie na raz, bo rzadko jem czekolady do kawy - wolę delektować się najpierw jednym, potem drugim).

Zotter jednak ułatwił mi zadanie, łącząc to w jedno. A na dzień, w którym miałam ochotę na gorzko-gorzką esencję, chyba trudniej wyobrazić sobie coś bardziej odpowiedniego.


Zotter Espresso "so dark" to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z kawowym kremem z espresso zaparzonego na własnej mieszance Zottera z meksykańskich i kolumbijskich ziaren kawy arabica oraz dodatkiem indyjskiej Robusty.

Gdy tylko rozchyliłam złoty papierek, poczułam intensywny zapach palonych ziaren kawy, spod którego przebijała się czysto czekoladowa nuta. Oczywiście był to zapach ciemnej czekolady, w której zachowała się jednak pewna łagodność.

Biorąc intensywnie ciemnobrązową tabliczkę do rąk odkryłam, że jest dość cienka, jak na nadziewane Zottery, a po przełamaniu trochę się zdziwiłam, że jest aż taka różnica między grubością czekolady na dole, a na górze.

Przynajmniej miałam okazję lepiej się wczuć w oddzielony (ah, jak pięknie połyskujący!) gruby kawałek.

Moją uwagę od razu zwróciła konsystencja. Bardzo kremowa i idealnie gładka czekolada była równocześnie lekko smolista i delikatna w maślany sposób.
Smak jednak nie był już, na szczęście, tak delikatny. Jako pierwszy ukazał mi się ciężkawy kwasek o lekko siarkowym wydźwięku. Po chwili dołączyła do niego goryczka wypełniona ewidentnie palonym motywem. Suche, palone drewno, ale nie spalenizna.

Znalazłam tu jeszcze motyw kawy, ale raczej po prostu przesiąkł z nadzienia.
Oprócz tego czekolada wydała mi się zadziwiająco słodka, jak na te 80 %, chociaż ogólnie jest to słodycz bardzo subtelna.
Szczerze? Ideał ciemnej czekolady.

Przegryzając się przez całość najpierw czułam ten kwasek, potem rozlewającą sięw ustach gorzkość, która bardzo szybko wchodzi w słodycz, która już po paru sekundach otacza ją ze wszystkich stron - to nadzienie wyłania się spod czekolady.

Tutaj trochę się poczepiam: zabrakło mi wolniejszego przejścia od czekolady do nadzienia, pewnie przez nierówność warstw na górze i na dole.
A jaka to słodycz? Wydająca się lekko surowa, nieordynarna, także wyraźnie mleczno-śmietankowa. Nadzienie jest właśnie dość znacząco mleczno-śmietankowe także w konsystencji - skojarzyło mi się z tłustymi (za sprawą śmietanki) lodami.

W smaku... dominuje kawa. Wyraźnie czuć palone ziarna kawy, a nie jakąś tam kawę rozpuszczalną, gorzkie, może nawet kwaskowate nuty, zaciągające się pod smak espresso.
Wyraziście kawowe, chociaż wciąż słodkie - może minimalnie za słodkie, bo liczyłam na bardziej gorzką siekierę. Nie mogę jednak pominąć faktu, że mimo tej słodyczy cierpki element był obecny przez cały czas.

Poprzewracałam kawałek w ustach, aż nadzienie zaczęło znikać pozostawiając czysto kawowy smak oraz... wierzchnią warstwę czekolady, która przyniosła wręcz wybitne zakończenie: powrót niepewnego kwasku oraz gorzki, tym razem bardziej kakaowy, posmak, wzmacniający goryczkę kawy.
Na końcu w ustach pozostała suchość, akcent gorzkiej czekolady i posmak kawy (ze śmietanką).

Ta czekolada jest genialna w najprostszy możliwy sposób. Subtelnie słodka, a jednak gorzko-kwaskowata głęboka czekolada i nadzienie, które jest przede wszystkim kawowe, a dopiero potem mleczne. Fakt, wolałabym, żeby było mniej słodkie, chociaż nie znaczy to, że jest przesłodzone. Trochę mi po prostu żal tej samej głębi czekolady, co jednak koniec końców z tym nadzieniem i tak wychodzi przepysznie.
Nie jest to ekstremalnie gorzka czekolada, a doskonała gorzka czekolada z kawowym nadzieniem. Chyba najlepsza kawowa czekolada, jaką dotąd jadłam.


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 499 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: masa kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, pełna śmietanka z mleka w proszku, kawa mielona (2,7 %), syrop fruktozowo-glukozowy, ziarna kawy (1%), słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, wanilia

PS Zapraszam do poczytania o nowej wersji czekoladowego Lindt'a Creation, bo zrobiłam aktualizację: Lindt Chocolate Cake / Fondant "dzięki" nietrafionemu prezentowi.

środa, 23 marca 2016

Lindt Excellence Lime Intense ciemna z limonką

Kiedy Lindt jednoznacznie kojarzył mi się z pyszną czekoladą, nie wyobrażałam sobie np. nie zajrzeć do firmowego sklepu tejże firmy. Zawsze musiałam do niego wstąpić. Parę miesięcy temu, z zamiarem kupienia trzech tabliczek Excellence. Plany spaliły się na panewce, ostatecznie wyszłam z czterema sztukami.
Nie, nie zdecydowałam się na większe zakupy. Prawa również nie złamałam. Czwartą tabliczkę mogłam po prostu wybrać całkowicie za darmo. Nie jestem pewna, czy mają taką zasadę przez cały czas, czy w jednym określonym miejscu (ja byłam w galerii Factory). W każdym razie, naprawdę miła niespodzianka.

Obecnie do czekolad z linii Excellence podchodzę jako do czekolad, które mogę zjeść sobie w ciągu tygodnia, na osłodę. Nie są zbyt wymagające czy przepyszne, a raczej takie... smaczne do złapania w biegu, także moje oczekiwania nie są zbyt wygórowane.

Przejdźmy do samej Lindt Excellence Dark Lime Intense, czyli ciemnej czekolady, z zawartością 47 % kakao, z kawałkami skórki limonki. Właściwie, co do tej "skórki limonki" mam pewne zastrzeżenia, bo w składzie jest napisane, że stanowi ona tylko 40 % owocowych kawałków. Reszta? Najwyraźniej zagubiona w przestrzeni.

Kiedy tylko rozerwałam sreberko, poczułam bardzo silny zapach. O wiele intensywniejszy, niż się spodziewałam, a co za tym idzie - sztuczniejszy. Może nie tam zaraz "czysta chemia", ale przypominał mi cytrynowe galaretki w czekoladzie, albo trafniejszym opisem byłyby kwaśne żelki w czekoladzie (chociaż coś takiego chyba nie istnieje).

Połamałam na kostki i władowałam pierwszą do ust. Na początku poczułam smak deserowej lindt'owskiej czekolady, czyli słodko-gorzkawy, w pełni zadowalający. Pójdę nawet dalej i stwierdzę, że ta wydała mi się nieco bardziej cierpka, niż typowa Excellence. One wydają mi się czasem za słodkie, z tą było jednak inaczej.

Pewnie dlatego, że po chwili dotarł do mnie świeży, owocowy kwasek z odrobiną posmaku cytrynowej żelko-galaretki. To pierwsze na szczęście przeważało. Najpierw zidentyfikowałam ten smak jako cytrynowo-limonkowy, ale po chwili, gdy wyłoniły się kawałki (swoją drogą, było ich naprawdę sporo), na scenie pozostała już tylko limonka.

Kwaśna, intensywna, a po rozgryzieniu cząstek przeszła w stronę goryczki skórki limonki. Wymieszało się to z lekko cierpką słodyczą czekolady, tworząc naprawdę smakowite połączenie. Ten moment był najlepszy.

Po paru kostkach doszłam do wniosku, że kawałki limonki na pewno nie są jedynie skórkami. Część jest twarda, a część bardziej miękka i soczysta. Może ileś z tych 60 % limonek to miąższ? Smak stał się w końcu czysto limonkowy, nie było tu mowy o galaretkach w połowie zrobionych z cukru. Właśnie: w konsystencji te kawałki także nie były galaretkowate. Bardziej po prostu owocowe, trochę żelkowe. 

Całość bardzo mi smakowała, była dość niecodzienna, jak na taką raczej zwykłą czekoladę. Czekolada smaczna, limonka... właściwie także na plus. Jedyne co, to chyba przesadzili z aromatami, ale i tak odebrałam całość pozytywnie. 


ocena: 8/10
kupiłam: firmowy sklep Lindt
cena: 10.49 zł
kaloryczność: 519 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wykluczam, jakbym gdzieś w promocji znalazła

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, liofilizowana limonka (skórki limonki 40%) 1%, naturalny aromat cytrynowy, lecytyna sojowa, wanilina

wtorek, 22 marca 2016

Original Beans Edel Weiss 40 % biała z Dominikany

Przy tych wszystkich markach czekolad, które ostatnio poznaję, nieoczekiwanie pojawiła się jeszcze jedna, o której dowiedziałam się stosunkowo niedawno. Jest to Original Beans, marka wyrabiająca organiczne czekolady, której właściciele są niezwykle zaangażowani w ochronę środowiska i działanie na jego rzecz oraz wspierający lokalnych farmerów. Rzekomo zakup jednej tabliczki to jedno drzewo posadzone na obszarach najbardziej zagrożonych utratą biologicznej różnorodności. 
Z marką tą będę mogła się trochę zapoznać dzięki Smakowym Inspiracjom.
We współpracy dostałam cztery ciemne miniaturki i pełnowymiarową 70-gramową białą. Postanowiłam dawkować emocje, rozpoczynając od tej najmniej mnie ciekawiącej, aczkolwiek na pewno nie nieciekawej.

Original Beans Edel Weiss 40 % to biała czekolada o 40%-owej zawartości składników kakaowych, która została stworzona z masła (tłuszczu) kakaowego z ziaren Trinitario z doliny rzeki Yuna na Dominikanie.
Jest to czysta biała czekolada, bez wanilii.

Kiedy tylko otworzyłam delikatne opakowanie i rozerwałam srebrny papierek, poczułam słodki i bardzo maślany zapach z mleczno-śmietankowym akcentem.
Naturalny i przyjemny, ani trochę nie przytłaczał.

Wydobyta tabliczka wyglądała bardzo przeciętnie, wręcz tanio przez wygląd małych paskowanych kostek, ale żółty kolor o minimalnym połysku trochę to polepszał.
Czekolada okazała się bardzo miękka, aczkolwiek gładka tabliczka nie topiła się w palcach podczas łamania.

Kiedy wreszcie pierwsza kostka spoczęła w ustach... Dosłownie zszokowała mnie jej gładkość i lekka struktura.
Z jednej strony była to konsystencja czysto maślana, a z drugiej... przypominająca delikatny obłoczek. Czekolada była bowiem bardzo maślana i tłusto-miękka, ale nie w obrzydliwy sposób. To było po prostu uroczo przyjemne!

W smaku także czułam maślany smak, ale było to na szczęście tylko i wyłącznie masło kakaowe, dające wysublimowany efekt.

Zaraz obok niego znalazła się słodycz powoli zalewająca usta. Także była bardzo wyważona, odrobinkę karmelowa, nienarzucająca się, mimo że z czasem zaczęła przybierać na sile. Im mocniejsza się stawała, tym właściwie robiło się ciekawiej. Najpierw skojarzyła mi się z krówkami. Bardzo słodkimi, trochę mlecznymi...

Trochę taka o wiele lepsza wersja Wedla Karmellove (recenzja za jakiś czas).
Przy tym zaczęły wyłaniać się i te mleczne nuty - słodkawe, delikatne.

Zaczęłam trochę bardziej przewracać i ssać kostkę, a wtedy zaskoczyło mnie to, co poczułam.
Wydawało mi się, że jest jeszcze bardziej słodko, ale na sposób lekko... bananowy. Tak, jakby ktoś zrobił koktajl mleczny z bardzo dojrzałym, wręcz zczerniałym bananem.

Myślałam, że bardziej już się nie zdziwię, ale wtedy przeczytałam informację na opakowaniu: "nuty mleka bananowego" - i powiem tak: jakbym zobaczyła ten napis przed spróbowaniem, pewnie bym nie uwierzyła, ale w takiej kolejności... no cóż, to trafne określenie, chociaż niepełne (według mnie).
Nuty maślane znowu wybiły się i koniec był już mocno maślano-słodki. 

Czekolada była przepyszna. Nuty krówek i bananowego koktajlu? Jestem jak najbardziej "na tak", jednak w pewnym momencie wydało mi się, że tych słodkich nut jest już nieco za wiele. Byłoby idealnie, gdyby zamienić miejscami cukier i mleko. Jak na mój gust jest też nieco za tłusta.

Porównując ją do białej Willie's Cacao - tamta wydała mi się paradoksalnie (patrzcie na składy) mniej słodka, a przynajmniej na pewno bardziej śmietankowa i... co tu ukrywać - kupiła mnie zapachem.
Amedei Toscano White była ciężkim i męczącym przeciwieństwem Original Beans.
Nie wiem, czy jest sens porównywać ją do Vivani z wanilią - to w końcu esencja mleka i wanilii, w której jest ona znaczącym i tytułowym dodatkiem.
Po tych czekoladach utwierdziłam się tylko w przekonaniu następującym: najlepiej gra duet mleczno-śmietankowy z wanilią, albo śmietankowo-maślany bez dodatków. Masło i wanilia? Błagam, nie. 


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od smakoweinspiracje.pl
cena: -
kaloryczność: 625 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale nie obraziłabym się, gdybym np. dostała

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko