środa, 29 czerwca 2016

A. Morin Madagascar noir 70 % ciemna z Madagaskaru

Są takie marki czekolad, które mimo że nie zdobywają u mnie samych dziesiątek, na stałe zagościły w moim sercu. Oceniając prawdziwe czekolady biorę pod uwagę konsystencję, wygląd, ale tym, czym głównie się kieruję przy wystawianiu oceny jest smak: poszczególne nuty smakowe. Nie chodzi o to, że jakieś są złe, czy dobre. Po prostu np. czekolada mająca 7/10 to taka, której nuty smakowe mi odpowiadały, ale nie są w 100 %-ach "moje", co nie zmienia faktu, że wszystkie z tej kategorii są dla mnie bezcenne. Oceniając zwykłe czekolady, staram się oceniać bardziej ogólnikowo w stylu: "czego oczekuję od tej ceny". 
A. Morin jest właśnie taką firmą, która mimo że bez samych 10/10 trafiła do mojego serca i chociaż o tych czekoladach nie śnię po nocach (jak np. Akesson's, Menakao), to wiem, że zawsze mogę liczyć na pyszną tabliczkę.

A. Morin Madagascar noir 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao pochodzącego z Madagaskaru. 

Otworzyłam proste, ale według mnie piękne, opakowanie i rozchyliłam tradycyjne sreberko. Zobaczyłam czekoladę o niezwykle ciekawym kolorze. Była bardzo ciemna, jednak z przebłyskami czerwonawymi i fioletowymi. Miałam nawet problem z określeniem, czy to odcienie ciepłe czy zimne. Zapach... ten to już był łatwiejszy, bo bardziej jednoznaczny do określenia.
Soczyste i orzeźwiające grejpfruty, goryczkowata skórka pomarańczy i ciepłe nuty w klimatach skórzano-torfowo-drewnianych wychodziły na pierwszy plan, pozostawiając pewną owocową słodycz i kwaskowatość w tle. 
Przełamałam czekoladę, usłyszałam jedynie chrumknięcie, chociaż była twarda. 

Gdy tylko kostka spoczęła w ustach, zaczęła się rozpuszczać w umiarkowanym tempie. Wydała mi się niby-gładka, a po chwili już zupełnie skierowała się w przeciwnym kierunku tworząc coś trochę bagnistego i bardzo kojarzącego się z mokrą ziemią.

Smak od razu pomknął równolegle w dwóch płaszczyznach. Z jednej strony zawitała tu kwaskowata, egzotyczna i orzeźwiająca trawa cytrynowa, zmieniająca się powoli w soczystą cytrynę, a z drugiej nuty tabaki z dużą ilością dymu.
W końcu połączyły się, tworząc wyobrażenie goryczkowatej skórki pomarańczowej otoczonej gęstym dymem. Nie wiedzieć czemu skojarzyło mi się to z babciną szafą pełną wysuszonych skórek pomarańczy i skórzanych ubrań. 

W pewnym momencie wszystko zalała dość silna słodycz, do której dołączył przenikliwy smaczek jeżyn. Takich już miękkich, długo leżących na słońcu. Przy tym mignęło mi skojarzenie z rozgrzanym asfaltem i ziemią, z lekką goryczką. Tu warto wspomnieć, że ogółem czekolada jest raczej kwaśno-słodko-dymna, niż gorzka.

Ze słodyczy znów wypływają owoce, tym razem jeszcze silniejsze. Jest tu cały bukiet cytrusów (głównie miąższu pomarańczy) i owoców leśnych z wyraźnym wskazaniem na maliny i trochę czerwonych porzeczek. Przy malinach zaczęłam doszukiwać się nut syropu, może nawet malinowego octu balsamicznego (skojarzenie z Zotter Basmati Rice with Saffron), aż w końcu, ze znów nasilającą się słodyczą, pomyślałam także o śliwkach - słodkich i soczystych. 

Gdy kawałek czekolady znikał, w ustach pozostawał posmak bardziej wytrawnie-gorzkawy, chociaż w sumie wciąż także słodkawy, trochę kawowo-fusiasty. 

Czekolada miała intensywny, zdecydowany smak. Podobały mi się smaki jakby grające w dwóch drużynach: ziemisto-dymnej i cytrusowej. Taki kontrast między powagą, ciepłem, a świeżą kwaskowatością. 
Przepyszna, ale 10-tki jej nie wystawię, bo chcę wyróżnić jakoś Akesson's Criollo Madagascar, która zwaliła mnie z nóg i niemal sparaliżowała swoją pysznością. Menakao 72 % z kolei... to zupełnie inna, wyjątkowa, dziko-kefirowa, bajka z zasłużoną 10-tką, więc nawet nie spróbuję porównać.


ocena: 9/10
kupiłam: cocoarunners
cena: 5.95 £
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna

wtorek, 28 czerwca 2016

Cortez ciemna 60 % z jabłkiem i cynamonem

Po dotarciu na jak zwykle zatłoczony szczyt mojego wrednego diabła - jak lubię nazywać Babią Górę z racji tego, jak niemal zawsze pogoda zmienia się na moje przybycie (może to swego rodzaju powitanie? deszczowe chmury chcą mnie przytulić?) - zaczęłam rozglądać się za jakimś względnie spokojnym miejscem.
Udało mi się takowe znaleźć, na kamieniach, schodząc trochę w bok. Zaczynało trochę kropić, ale większe sztuki skutecznie mnie osłoniły. Chłodne powietrze, spokój i kwadratowa tabliczka w pudełku z okienkiem wyjęta z plecaka...

Cortez ciemna z jabłkiem i cynamonem to po prostu czekolada, o zawartości 60 % kakao, z jabłkiem i cynamonem.
Kawałki suszonego jabłka stanowią 6 % tabliczki.

Warto zauważyć, że kiedyś ta czekolada występowała w wersji z około 52 % kakao, więc producentowi należy się pochwała już na starcie - takie zmiany składu to ja lubię!

Rozerwałam folię i poczułam wyraziście szarlotkowy zapach z zaznaczonym czekoladowym motywem. Czuło się, że to słodkie połączenie, bez większej głębi, ale na pewno przyjemne.

Kawałków suszonego jabłka jest sporo, jednak posypka ogółem trochę mnie rozczarowała - liczyłam na o wiele większą ilość cynamonu, bo "na oko" w ogóle była tu tylko szczypta (najwięcej przyprawy w samym okienku).

Czekolada nie należy ani do zbyt twardych, ani do zbyt miękkich; trzasku brak. Za to dziwnie "przerywa się" w miejscach, gdzie są wtopione owoce. Otóż to: siedzą konkretnie, wyrywają się z jednego kawałka i zostają w drugim - nic się nie osypuje. 

Wreszcie włożyłam do ust pierwszy kawałek. Dobiegł mnie słodkawy kwasek jabłek, potem odrobinka cynamonu.

Czekolada zaczęła rozpuszczać się w gładki, bardzo kremowy sposób. Nie była przesadnie tłusta, rozpuszczała się dość powoli, ale w tempie dość szybko odsłaniającym jabłka.
Na przód wysunęła się słodycz czekolady i łagodny, ale wyraźny, smak kakao. Miał lekko kawowe zabarwienie, jednoznacznie kojarzył mi się z niezłą, ale niezbyt mocną, kawą z pianką. Trochę gorzko, ale łagodnie. Słodycz nie porażała, ale łączyła się z tą wychodzącą od jabłek, co w ogóle stworzyło przystępne połączenie bez bogactwa smaków.

Jabłka są jakby tymi suszonym plasterkami jabłek w formie kostek. Smakują właśnie tak, a i konsystencja jest podobna. Są raczej miękkie, aczkolwiek jędrne i dość soczyste. W smaku... głównie słodko, chociaż nie jest to słodycz podkręcona, a jedynie naturalna. Kwasek okazał się bardzo znikomy, co mnie trochę rozczarowało (bo prawdziwa szarlotka powinna być na kwaśnych, a nie słodkich jabłkach!).

Z cukrem nie przesadzili (mimo że wolałabym więcej kakao), ale te jabłka były po prostu takie suszono-słodkie, czyli nie w moim guście.

W tym wszystkim zagubił się cynamon. W ogóle sypnięto go nierównomiernie, bo w jednej piątej tabliczki troszeczkę go było czuć, a tak... dominowały jabłka i słodka "kawowa" czekolada.

Nie ma tu głębi, dodatków, które zwaliłyby z nóg, ale... to smaczna czekolada, kojarząca się z trochę za słodką szarlotką (nie chodzi mi o to, że przesłodzona, a że raczej taka z... za słodkimi jabłkami), do której poskąpiono przypraw, jedzoną w towarzystwie lekkiej kawy. 
W górach mi pasowała, w normalnych warunkach... pewnie bardziej bolałby mnie fakt wydania takiej kwoty na nieplantacyjną czekoladę. A kto wie, czy nie doszukałabym się tu jeszcze jakiś wad?


ocena: 6/10
kupiłam: tea&tea
cena: 17.90 zł
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), jabłka 6 %, cynamon

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Zotter White Chocolate with Strawberries biała z nadzieniem truskawkowym

Po smacznej czekoladzie Zotter Strawberry Yoghurt "Classic" byłam już całkowicie pewna, że moje uwielbienie do truskawek jednak wygrało z odwieczną niechęcią do truskawkowych słodyczy. Z tą wiedzą, po obiekt dzisiejszej recenzji sięgnęłam bez obaw, a wręcz z dużą ochotą.


Zotter White Chocolate with Strawberries to biała czekolada z truskawkowym nadzieniem.
Jest to jeden ze smaków z serii wiosna / lato 2016.

Natychmiast (a właściwie jeszcze przed) po rozchyleniu złotego papierka poczułam niezwykle naturalny, słodki zapach. Wydał mi się nieco pudrowy, silnie waniliowo-śmietankowy (jak dobrej jakości lody!) podbudowany mocą truskawek i okraszony cynamonem.

Zobaczyłam wreszcie to pachnące cudo.

Tabliczka ma ciekawy kolorystycznie spód (warstwa czekolady momentami jest niezwykle cienka i widać nadzienie - ale spokojnie: góra nadrabia); a kolor ogółem jest nieco jaśniejszy, niż w wersji jogurtowej.

Czekolada jest tłustsza, a przy łamaniu wydała mi się nieco bardziej miękka. Nadzienie jest chyba jeszcze bardziej ciągnące, a zarazem jędrno-zwarte i nie tak klejące.

Oddzieliłam kawałek samej czekolady. Gdy tylko znalazł się w ustach, zaczął rozpuszczać się w idealnie kremowy, błogi sposób roztaczając wokół niezwykle przyjemny smak. Moc wanilii w czysto śmietankowej toni, której tłustość pochodzi jedynie z tłuszczu kakaowego i wspomnianej śmietanki. Słodycz jest bardzo silna, ale szczypta cynamonu obecna w tej warstwie nadaje jej charakterku, więc nawet nie myślałam o zasłodzeniu.

Gdy przegryzałam się przez całość, po pewnym czasie ten delikatny akcent cynamonu zaczynał się nasilać.
Razem z nim do czekolady dołączały nowe akcenty: soczysty kwasek i owocowa słodycz. To nadzienie rozchodzące się na boki. Uderzało naturalnie truskawkowym smakiem owoców dojrzałych na słońcu w pełni sezonu, które później troskliwy ogrodnik zebrał i przerobił na domową konfiturę.

Oczywiście z cynamonem, bo ta przyprawa w niezwykle ciekawy sposób zabarwiła smak truskawek, dodała im takiej słodkiej pikanterii. To aż niewiarygodne, jak naturalne jest to nadzienie. Pestki, drobniutkie skórki... to wszystko jeszcze nakręca naturalność.

Słodka czekolada przyjemnie otula nadzienie tak, że miałam wrażenie, że jem domowy truskawkowy koktajl z mlekiem oraz szczyptą cynamonu i wanilii w formie tabliczki. Naprawdę. To jest najkrótszy i najtrafniejszy opis, jaki mi tylko do głowy przychodzi.
Truskawki do potęgi w białej, waniliowo-śmietankowej, otoczce podkreślone cynamonem. Połączenie delikatne, przyjemne i naprawdę świetnie wyważone. Nie wyobrażam sobie lepszego wykonania tego smaku.


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 503 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, truskawki (8%), syrop glukozowo-fruktozowy, suszone truskawki (6%), koncentrat truskawkowy (4%), odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, koncentrat cytrynowy, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (cytryna, skrobia kukurydziana), wanilia, sól, suszone jagody, cynamon

niedziela, 26 czerwca 2016

Imperial Jubileu Noir 70 % Lime & Hot Pepper ciemna z limonką i chili (w formie galaretek)

Kolejny długi weekend zapowiadał się męczarnią w kolejkach u lekarzy (spokojnie, nic mi nie jest - sprawy rodzinne) i korkach stolicy. Czynniki niezależne ode mnie psują mi tak życie prawie od roku. Od lekarza wyszłam wcześniej, niż myślałam, poszłam coś zjeść  i postanowiłam, że mam wszystko gdzieś. Opatrzność kazała mi wcześniej wrzucić do bagażnika parę ważnych rzeczy, wiec mogłam śmiało zamiast do domu, jechać na południe...

Na początek coś dobrze znanego  - marudny Diablak, bo czemu by nie rozpocząć sezonu jak zwykle?  Z Przełęczy Krowiarki - nie trzeba dużo myśleć, wiadomo jak dojechać i gdzie iść, mimo że nie lubię wlec się z tłumem.

Do plecaka wrzuciłam czekoladę, której świetlanej przyszłości nie wróżyłam. Kupiłam ją razem z drugim smakiem i  zostawiłam w szufladzie na bardzo długo. Po wielu prawdziwych czekoladach miałam je komuś oddać (dlatego akurat miałam w samochodzie), ale... postanowiłam dać jej szansę, mimo że z tego, co się dowiedziałam, za Jubileu stoi portugalska firma Imperial, która w ofercie ma raczej bardzo zwyczajne słodycze, których skład nie zachwyca.

Jubileu Noir fruits & flowers Lime & Hot Pepper to ciemna czekolada, o zawartości  70 % kakao, z limonką i chili, a dokładniej z galaretkami o smaku limonki i chili.

Otworzyłam ją w drodze na szlak, bo do celebracji zdobycia szczytu się mimo wszystko nie nadaje. Trochę się zdziwiłam, bo owocowe kawałki dziwnie mi się w tę czekoladę powgniatały, ale cóż... Stało się.

Pierwszym, co poczułam i co mnie w sumie zaskoczyło, był smakowity zapach kakao i słodyczy. Bałam się, że albo nie będzie zapachu w ogóle, albo będzie czekoladopodobny, a tu zaskoczenie. Może głębi nie uświadczyłam, ale zapowiadało się nieźle. Oprócz tego poczułam też cytrusowo-galaretkowaty zapach, który na szczęście nie walił chemią.

Przy przełamywaniu odkryłam, że jest dość twarda, mimo że nie trzaska. 
Ten brak dźwięku szybko wyjaśnił się przy rozpuszczaniu się kostki. Czekolada jest bowiem znacząco maślana, rozpuszcza się łatwo i bez większych zastrzeżeń i, co jest najlepsze, nie zmienia się w tłusty ulepek jak np. niektóre Lindt'y Excellence. 
Pierwszy kęs i... poczułam to samo, co w poprzednim akapicie. Smaczne połączenie kakao i słodyczy, przy czym to pierwsze było lekko gorzkawe, ale pozbawione mocniejszych elementów np. cierpkości i kwasku. Bez głębi, ale nie jest źle.

Słodycz jest dobrze trafiona; wydała mi się całkiem silna, ale na poziomie w pełni do przyjęcia. Nasilała się w momencie "odkrywania" kawałków galaretek, a wtedy pojawiał się także ich kwasek - jedyny, jakim raczy ta tabliczka. Smakują soczyście owocowo, ale w sposób o wiele bardziej galaretkowaty, niż naturalny, chociaż nie są sztuczne, a owocowe. Czuć tu głównie jabłko i cytrynę, chociaż i samą limonkę można wyłuskać, zwłaszcza przy rozgryzaniu. Na pewno są cytrusowe i trochę cukrowo-słodkie, jak to galaretki.
Cząstki te nazywam właśnie galaretkami, bo nie da się ich nazwać inaczej. Konsystencja to 100 % cukierków typu "galaretki w czekoladzie", takich trochę cukrowych. No, te tutaj są może minimalnie bardziej zwarto-soczyste. Kiedy je gryzłam lub trzymałam na języku, po pewnym czasie poczułam też lekką pikanterię. Był to moment, w którym czekolady robiło się coraz mniej i zostawały razem już do końca. Nie było to mocne chili-uderzenie, a właściwie akcent, ale na poziomie w miarę zadowalającym i nie do przegapienia.

Zostałam zaskoczona bardzo pozytywnie! Odbiór na pewno polepszyły okoliczności jedzenia jej, ale i bez tego: to prosta, smaczna czekolada z niezłym dodatkiem (jak ktoś lubi galaretki; ja - tak sobie) i, co najlepsze, z wyczuwalnym chili (mimo że nie od samego początku).


ocena: 8/10
kupiłam: Biedronka
cena: 2.99 zł (chyba, wiem na pewno, że w promocji)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada 88% (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, masło skoncentrowane, lecytyna sojowa, aromat), kawałki limonki z chili 12% (cukier, jabłko, sok z limonki 18%, włókno ananasowe, kurkumina, kompleks miedziowy chlorofilu, alginian sodu, kwas cytrynowy, naturalny aromat limonki, fosforan dwuwapniowy, cytryniany potasu, ekstrakt z chili 0,03%)

piątek, 24 czerwca 2016

Zotter Strawberry Yoghurt "Classic" biała jogurtowa z nadzieniem truskawkowym

Od dziecka nie lubiłam truskawkowych słodyczy. Więcej: ja ich nie cierpiałam, czemu wszyscy przyglądali się ze zdziwieniem. Nie przeszkadzało mi to nigdy w ubóstwianiu świeżych, surowych truskawek. Gdyby mi ktoś parę miesięcy temu powiedział, że kupię kilka truskawkowych czekolad (nawet dobrej jakości), pewnie bym go wyśmiała... A tutaj proszę bardzo, nigdy nie wiadomo, co przyniesie los: zakupiłam całą serię Spring Species 2016 i to bez strachu. Miałam zamiar zacząć smaki z truskawkami od czegoś, co kiedyś brzmiałoby jak moja zmora.


Zotter Strawberry Yoghurt "Classic" to czekolada biała jogurtowa z truskawkowym nadzieniem.

Od razu po rozchyleniu papierka poczułam silną, nieco pudrową, słodycz mleka i wanilii przytłumioną jogurtowym akcentem i z zaznaczonym naturalnym truskawkowym akcentem. Tabliczka wydała mi się proszkowa (sądząc "na oko"), ale pachniała naturalnie i przyjemnie, mimo że nie jakoś powalająco.

Przełamałam, co nie sprawiło problemów. Czekolada nie jest twarda mimo grubości wierzchniej warstwy (ale nie topi się w palcach czy coś takiego), a nadzienie jest bardzo miękkie, plastyczne i trochę ciągnące. W dodatku okazało się lekko klejące, a w ustach... takie lekko ślisko-galaretkowate, ale bardzo, bardzo naturalne.

Wracając jednak jeszcze na chwilę do samej czekolady. Oddzielony kawałeczek wita najpierw słodyczą o waniliowym zabarwieniu w mlecznej otoczce, a już po chwili wyłania się kwasek. Nie jakiś silny, bardzo delikatny, typowo jogurtowy, ale mimo wszystko trochę mi nie pasował do tego słodko-waniliowego początku. Wydało mi się to trochę za słodkie jak na jogurt, ale z kolei za kwaskowate jak na białą czekoladę, więc tak czy inaczej czekolada nie zwaliła mnie z nóg.

Przegryzając się mamy podobną kolejność, ale kwasek nadchodzi w mocniejszym wydaniu, gdyż jest on wzmożony nadzieniem. Czekolada rozpuszcza się szybko i gładko, a bokami wychodzi nadzienie: zwarte i soczyste.

Tutaj na pierwszym miejscu jest naturalny kwasek truskawek. Są one głównym smakiem i, choć słodkie, kwaskowatość wydaje się tu przeważać dzięki jogurtowi. Nadzienie jest znikomo tłuste, a jako że gładkie i z paroma pestkami, tworzy aluzję koktajlu z truskawek z jogurtem, z przeważającą ilością tych pierwszych. Warto zauważyć, że nadzienie próbowane osobno (bez czekolady) wydało mi się nieco wyraźniej jogurtowe i... przyprawione. Lekko, bo lekko, ale jednak. Tak jakby cynamon? W połączeniu słodycz czekolady to zalała, ale na szczęście i tak nie wyszło za słodko.

Mimo subtelnej, ale wyraźnej słodyczy, ta czekolada wydaje się głównie truskawkowo soczysta, kwaśna i lekka za sprawą jogurtu, a muszę przyznać, że to rzadko się zdarza (często i tak wychodzą kwaśno słodko-ciężkie).
Jak na takie klasyczne połączenie bardzo mi smakowała, jednak to taka przyjemność "na raz i wystarczy". Trochę bym tu pozmieniała, ale nie wyobrażam sobie sięgnięcia po wariant White Chocolate with Strawberries przy pominięciu tej.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 491 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, truskawki 8%, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 6%, syrop glukozowo-fruktozowy, suszone truskawki 5%, koncentrat truskawkowy 4%, odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, koncentrat cytrynowy, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), sól, wanilia, suszone jagody, cynamon

czwartek, 23 czerwca 2016

Bellarom Coffee Cream & White Chocolate kawowo-śmietankowa z białą

Możecie spodziewać się serii czekoladzisk-gigantów z Lidla, gdyż one jak nic pasują mi na wszelkie wędrówki i wyprawy, a tak się składa, że wreszcie mam za sobą pewne sprawy i... więcej czasu na przyjemności (chciałoby się powiedzieć "duże i małe", ale biorąc pod uwagę to, że mówię o zabieraniu Bellarom w góry to... są to tylko duże przyjemności). Pewnie rozwlekę to strasznie w czasie, ale trudno.

Bellarom Coffee Cream & White Chocolate to czekolada kawowo-śmietankowa (60%) z białą czekoladą (40%).
Jest w niej 34 % kakao i 21 % składników mlecznych, a kawa to całe 3 %.

Kiedy tylko rozchyliłam srebrny papierek, poczułam intensywnie kawowo-śmietankowy zapach rozchodzący się od grubej tabliczki. Od razu widać, że proporcje są bardzo "na plus" - ciemnej części jest więcej. 

Połamanie nie było taką łatwą sprawą przez jej grubość i całkiem solidną twardość - nie rozpuszcza się w palcach ani nic. Wreszcie mogłam wgryźć się w pierwszą kostkę. 

Na języku spoczęła częścią ciemniejszą. Od razu poczułam mocny smak kawy. I to nie byle jaki! Była to po prostu kawa, espresso, chociaż nie aż tak mocne i gorzkie. Wkomponowane w czekoladę, ale bardzo wyraziste. Nie jakiś tam "kawowy posmak". Dodatkowo, łatwo wyczuć akcent kakao, do którego już po chwili dołącza słodycz i tłusta, mleczna śmietanka. 

Biała część nie tłumi gorzkawości kawy, ale łagodzi ją, koloryzuje.  Jest tłustsza i słodsza, a także wydaje się mniej konkretna w smaku. Owszem, jest śmietankowa (przy oddzieleniu i spróbowaniu osobno czuć to najsilniej - to nie czysta śmietankowa esencja, a taka śmietankowo-maślana biała czekolada), ale przede wszystkim słodka - dobrze, że nie ma jej więcej. Robi się coraz bardziej słodko (przez moment może nawet za słodko), ale z racji tego, że białej czekolady jest mniej, to znika ona szybciej od ciemnej w momencie, gdy jeszcze nie doszło do przesłodzenia i pozostawia smak śmietanki i kawowo-kakaowy. Ten drugi pod koniec wydaje mi się jeszcze bardziej nasilony, jakby za sprawą kontrastu. Reszta ciemnej rozpuszcza się przyjemnie tłustawo i trochę zalepia. 

Kawowa część jest lekko słodka i przede wszystkim wyraziście kawowa, z akcentem śmietanki i kakao, co składa się na bardzo dobrą, głęboką czekoladę. Marzy mi się taka bez części białej, która jak dla mnie za bardzo "uładza" smak dołu. Jest smaczna, ale mogłaby być jeszcze bardziej śmietankowa aniżeli słodka

Nie zmienia to jednak faktu, że całość jest bardzo smakowita. Kawa jest niezakłócona, mleko i śmietanka też są pełne i wyraźne w smaku, kakao jest (chociaż wg mnie mogłoby być go jeszcze więcej)... no a słodyczy białej części to jest nawet i troszeczkę za dużo. Troszeczkę - to dobre słowo, bo nie powoduje przesłodzenia.
Do części kawowej widziałaby mi się jeszcze zawartość kakao z Rich Chocolate.

Miejsce między kawowym Zotterem Labooko (8/10), a kawową Vivani (10/10) jest wręcz przeznaczone dla tej czekolady. Naprawdę.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 5.99 zł (za 200 g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy znów kupię: może

środa, 22 czerwca 2016

Zotter Cherries and Almonds biała karmelowa z wiśniowym kremem i migdałowym nugatem

Jedną z rzeczy, bez których nie wyobrażam sobie lata są sezonowe owoce (i warzywa, ale dziś nie o nich). Czekam na nie calutki rok, na wszelkie kasze i sałatki z nimi, chociaż jem je głównie na surowo. Ciężko jest mi wybrać ulubione, więc nawet nie będę próbować, ale powiem Wam, że np. miałam łzy w oczach, kiedy rok temu wróciłam z USA i nigdzie nie mogłam już znaleźć wiśni - w tamtym roku ani jednej nie spróbowałam! To chyba wyjaśnia, dlaczego w tym mam aż tak dziki pęd na te owoce: na surowo albo z kakaową owsianką / kaszą... ah! ... albo w czekoladzie.


Zotter Cherries and Almonds to czekolada biała karmelowa z wiśniowym kremem oraz migdałowym nugatem.

Początkowo myślałam, że to po prostu wiśniowo-marcepanowa nadziewana Zotterka, pozbawiona brandy, ale gdy tylko rzuciłam okiem na opis... od razu wyszła poza kolejkę.

Kiedy tylko rozchyliłam złoty papierek, poczułam niezwykle błogi zapach mleka, wanilii, złocistego karmelu (mlecznej krówki?) z bardzo wyraźnie zaznaczonymi podprażonymi migdałami i wiśniami, sprawiającymi wrażenie słodko-pudrowych. Kompozycja zapowiadała się bardzo słodka, bardzo delikatna i bardzo, bardzo pyszna.

Przełamałam, grubawa wierzchnia warstwa czekolady była twardsza, niż wskazywałaby na to jej tłustość (trzymając ją miałam wrażenie, że zaraz zacznie się topić), a nadzienie... wyglądało na miękkie i plastyczne. A jak w tym momencie zapachniało! Taak, wnętrze pokazało mi się z takiej strony, że aż ciężko byłoby zaczynać od samej czekolady.

Ta w smaku jest przepyszna (ta sama co w Namaste India). Rozpuszcza się bardzo szybko w idealnie gładki, kremowy sposób. Roztacza smak bardzo słodkiego maślanego karmelu, który jednak nie ma w sobie nic z cukrowej ordynarności. To raczej... "złocista słodka wykwintność".

Przegryzając się przez całość, znów mogłam się chwilę rozkoszować samą czekoladą. Dopiero po chwili dołącza do niej leciutki kwasek. Nasila się, staje się bardziej cierpki, a jednak wciąż jest słodko. Oto wiśnie przebijają się w smaku przez karmelową toń. Ich smak jest jednoznaczny, naturalny. To dojrzałe, ciemne owoce, udekorowane waniliowymi nutami i stonowany lekką mlecznością. Ta część nadzienia jest bardzo kremowa, chociaż od nugatu odróżnia ją element owocowej śliskości.

Spod soczystych owoców szybko wyłaniają się także migdały. Lekko podprażone, lekko podprawione (wychwyciłam szczyptę cynamonu) i... bardzo słodkie. Nie jest to jednak słodycz przesadzona. Ona tylko jeszcze bardziej nakręca poczucie anielskiej delikatności. Smak też określiłabym jako delikatny, ale na pewno nie słaby. To wyraziste migdały, ale w wydaniu słodkiego, gładkiego i tłustawego nugatu. Nie ma tu nic do pochrupania, jest za to duuużo do zachwycania się!
Te migdały bosko łączą się z pudrowo-słodkimi, a jednak kwaskawato-cierpkimi wiśniami i cały czas obecną waniliową karmelowością. Wspinają się na wyżyny, by w końcu powoli zaniknąć wraz z karmelem i pozostawić kwasek wiśni.

Ta czekolada to czysta subtelność. Wiśnie w niezwykle delikatnej formie, która nie odebrała im charakteru, złączone z równie delikatnymi i pysznymi migdałami zamknięte są w karmelowej otoczce o silnie waniliowo-mlecznych nutach.


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, migdały (8%), wiśnie, syrop fruktozowo-glukozowy, koncentrat wiśniowy (3%), odtłuszczone mleko w proszku, suszone wiśnie (3%), słodka serwatka w proszku, pełen cukier trzcinowy, masło, lecytyna sojowa, sól, wanilia, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), cynamon, olej z gorzkich migdałów, płatki róż

wtorek, 21 czerwca 2016

lody Haagen-Dazs Starwberry

Zapewne powtarzałam to już milion razy, ale powtórzę i milion pierwszy. Od dziecka nienawidziłam wszystkiego, co truskawkowe. Lody, jogurty, czekolady. Po prostu nie. Uwielbiam jednak truskawki i testowanie rozmaitych produktów, a w tym roku (no dobra, na te lody - w zeszłe lato) i na parę truskawkowych rzeczy naszła mnie ochota. 

Odepchnęłam wszystkie uprzedzenia na bok, gdy będąc w USA, znalazłam w zamrażarce mojej rodziny lody Haagen-Dazs Strawberry, czyli truskawkowe lody z truskawkami, zrobione na śmietance kremówce. Hm, nie myślałam, że te lody kiedyś się pojawią na tym blogu.
Obiecuję, że spróbuję do nich podejść neutralnie.

Otworzyłam pudełko i przywitał mnie bladoróżowy kolor. Powąchałam. Zapach był równie delikatny, co kolor. 
Owszem, truskawkowo-śmietankowy, ale dość naturalnie, jak smoothie z truskawek i jogurtu, czy mleka, więc ta delikatność była nawet wskazana; żadnych sztucznych aromatów.

Wbiłam łyżkę w masę. Była dość twarda (bo nie czekałam ani chwili dłużej, niż zajęło mi zrobienie zdjęć, po wystawieniu z zamrażarki), a także, jak zawsze w haagenach, gęsta i solidna.
Spróbowałam, najpierw bez truskawek, i... poczułam śmietankę, tłustawą, pełną i oczywiście słodki smak truskawki. Był on mało soczysty, miał w sobie coś bardziej mlecznego, niż owocowego. Nic dziwnego, w końcu śmietanka i mleko po prostu przeważają, jeśli o ilość idzie.

Lody są słodkie, może nie przesłodzone, ale słodsze, niż zwykłe śmietankowe. Nie smakuje to jak surowe truskawki, a dobry, bardzo mleczny koktajl.
Lody usiane są pestkami tychże owoców, co nadaje im bardziej naturalnego charakteru. Nie cierpię pestek w słodyczach, a tutaj... nie było inaczej. Przeszkadzały mi jakoś i tyle.

Kawałki truskawek były całkiem spore, ale i malutkie się znalazły. Smakowały... truskawkowo. Nie, to po prostu były truskawki: soczyste i słodko-kwaśne, z przewagą i to ogromną, słodkiego smaku. Były miękkie, ale nie przypominały papki, zachowały pewną jędrność.

Ogół jest po prostu śmietankowo-truskawkowy. Jak ktoś lubi koktajle, shake'i mleczne z truskawkami, to lody te są stworzone dla niego. Są naturalne, nieprzecukrzone i nie przesadnie tłuste, mimo śmietany kremówki. Nie mam im praktycznie nic do zarzucenia. Chyba wolałabym, żeby sama masa lodowa była mocniejsza w smaku, bo jest, jak dla mnie, trochę za delikatna. 

Przeciętne lody truskawkowe z góry mają u mnie 1/10, truskawkowego smaku nie cierpię nie cierpiałam i jeszcze raz podkreślę, że komuś uwielbiającemu rzeczy truskawkowe, albo wielbicielowi mlecznych koktajli z owocami, mogą posmakować bardziej.
Ja zjadłam je ze smakiem, co więcej - mogłabym do nich wrócić. Są jednak gorsze od blueberries & cream, bo po prostu delikatniejsze, a i pestki irytują.


ocena: 8/10
kupiłam: znalazłam w lodówce
cena: jak wyżej
kaloryczność: 230 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie