niedziela, 31 lipca 2016

Alter Eco 60 % Cocoa Dark Quinoa ciemna z komosą ryżową

Nawet nie wiecie, jak po kilku nieudanych prezentach cieszyła mnie perspektywa otwarcia tabliczki od osoby, która miała okazję poznać mój gust dokładniej. Ta osoba wie, że lubię zdrowe odżywianie, ciekawostki spożywcze i ciemną czekoladę. Co z tego wyszło?  A pewna tabliczka, która ruszyła ze mną na słowacką tatrzańską Banówkę z racji tego, że pomijając wszystkie poprzednie upodobania, po prostu nie przepadam za chrupkami w czekoladzie, a wracając np. ze szczytu znoszę je o wiele lepiej.
Stało się jednak tak, że czekoladę otworzyłam na Smutnej Przełęczy, bo tak wiało, że pójście granią byłoby głupotą. Czułam, że muszę okazać wykazać się też pokorą, bo podczas tego wyjazdu już chyba wyczerpałam swój limit nie całkiem rozsądnych decyzji i miałam przy nich dużo szczęścia. "Nie tym razem", pomyślałam, znalazłam sobie nieco osłonięte od wiatru miejsce i przyszło mi na myśl, że nazwa przełęczy doskonale pasuje do podjętej decyzji i miałam tylko nadzieję, że wyjęta z plecaka czekolada trochę uratuje sytuację.

Alter Eco 60 % Cocoa Dark Quinoa to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z chrupkami z komosy ryżowej (quinoi).
Jest organiczna, wegańska, ma certyfikat Fair Trade, a produkuje ją całkiem ciekawa firma Alter Eco stawiająca na naturalne wyroby.
Komosa ryżowa była podstawowym pokarmem Inków, bo w terenach górskich jej uprawa była znacznie łatwiejsza od uprawy np. kukurydzy. Zawiera bardzo dużo białka, wapnia, fosforu, żelaza, witaminy E i smakuje, według mnie, jak bardzo delikatna kasza z mdłą orzechową nutą. W kuchni trochę z nią eksperymentowałam, ale na razie bez lepszych efektów, więc nie jestem jej wielką wielbicielką (ale może się to zmieni).

Po otwarciu tekturowego papierka i rozerwaniu sreberka poczułam dość mocny zapach ciemnej czekolady, który w pierwszym momencie wydał mi się bardzo zwyczajny, prosty.
Tak samo wygląd czekolady zapowiadał średniaka: bardzo ciemna, sucha i pylista. Spód usiany był sporą (ale nie przesadzoną) ilością kulek, pokrytych cienką warstwą (a więc nie posypka!).
Przełamałam i z zaskoczeniem odkryłam, że czekolada jest bardzo twarda i łamie się trochę nierównomiernie (pewnie przez dodatek), ale w żadnym stopniu nie przypomina kruszącego się Dolfina 88 %. Co więcej, nagle dotarł do mnie bardziej pyliście "asfaltowy" zapach kakao, wyraźnie prażony, ciepły. W trakcie degustacji odkryłam także subtelny aromat owoców, nasilający się z czasem.

Wreszcie spróbowałam, a w ustach rozeszła się przyjemna gorzkość. Czekolada zaskoczyła mnie tym, że zaczęła dość szybko i gładko się rozpuszczać. Była dość kremowa, tłustawa; zupełnie inna niż odebrałam ją na początku.

Przyjemna dosadna gorzkość odsłoniła trochę soczyście słodkawy smak owocu granatu ze specyficzną goryczką, a także o wiele delikatniejszy grejpfrutowy smaczek, przy którym pojawiła się skórka cytrusów, które po paru sekundach zatapiały się w dość silnie prażonym smaku.

Gdy zaczęłam obracać kawałek w ustach, z początku znikoma cytrusowa słodycz zaczęła się zmieniać, a także nasilać. Wciąż była bardzo owocowa, powiedziałabym, że coraz bardziej i nagle... prawie równająca się z gorzkością. Zrobiła się lekko karmelowa, po chwili "coś" ją przysłoniło. Chwilę to trwało, a w końcu stała się bardziej... cierpko przejrzała. Jak takie już bardzo miękkie jagody.

Jagody i granat były tu wiodącymi owocowymi nutami, a w tle prażony posmak zaczął się robić coraz bardziej orzechowy z minimalnie karmelowym akcentem.
Odsłonił on także bardzo, bardzo delikatny specyficzny "kaszowo-zbożowy" posmak rozchodzący się od chrupiących kuleczek. Nie da się go dokładniej opisać, bo to smak bardzo neutralny, nie wnosił zbyt wiele - równie dobrze mogłyby to być chrupki pszenne czy ryżowe; myślę, że w smaku zbyt dużej różnicy by to nie zrobiło (jak później się okazało, w składzie jest mieszanka mąki ryżowej i z komosy). Jednak... komosa ryżowa ma dość neutralny smak, więc po takim dodatku nawet za wiele się nie spodziewałam.

Dodatek mnie niczym nie zachwycił, ale muszę przyznać, że czułam, że tak właśnie będzie. Sama czekolada była z kolei niespodzianką aż do ostatniej chwili. W życiu nie spodziewałabym się tu tak soczystych nut jagód, granatu i grejpfruta i takiej porządnej gorzkości, której tak często brakuje mi w czekoladach, a już zwłaszcza tych z zawartością kakao niższą niż 80 %.
Ta czekolada może nie podbiła mojego serca, ale z chęcią spróbowałabym inne propozycje tej firmy.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, komosowo-ryżowe chrupki (komosa ryżowa, ryż, surowy cukier trzcinowy), ziarna wanilii

sobota, 30 lipca 2016

Magnum Classic Intense Milk Chocolate mleczna 38 %

Ostatni dzień mojego pobytu w górach padł na 17-go czerwca, na który zaplanowałam sobie wyjątkowo widowiskową trasę, która z racji odległości i z tego, że chodzi o Tatry słowackie, na której jeszcze mnie nie było. Jak już pewnie nie raz wspominałam, planuję dosłownie wszystko, z tym, że nie uwzględniłam, że akurat tego dnia rozszaleje się halny (a w całej Polsce, jak się później dowiedziałam zginęło parę osób właśnie z powodu wichury).
Najpierw idąc po asfaltowej drodze z Doliny Rohackiej walczyłam ze straszliwym wiatrem dmuchającym mi prosto w twarz.  Takie drogi męczą mnie prawie tak, jak chodzenie po mieście, ale kiedy już minęłam Schronisko Tatliaka i ruszyłam Smutną Przełęczą, poczułam się jak u siebie. Nazwa pasuje nieco do mojej osobowości, ale nie do humoru towarzyszącego mi w górach, który dodatkowo poprawił kompletny brak ludzi na szlaku. Tak czy inaczej, w końcu poczułam, że przyda mi się zastrzyk energii,  a jako że "porządny" prezent w normalnych warunkach pewnie wywołałby u mnie cukrzycę, postanowiłam po niego sięgnąć właśnie idąc sobie spokojnie piękną doliną, gdzie wiatr nie dawał się aż tak we znaki.

Magnum Classic Intense Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 38 % kakao i 14 % składników mlecznych. To czekolada znana chyba wszystkim z lodów Magnum, tutaj w wersji 90-gramowej tabliczki.
Swoją drogą szkoda, że czasy kiedy marzyłam o czekoladzie z Magnumów w takiej formie dawno już minęły.

Otworzyłam elegancki kartonik, rozerwałam złotko, na którym więcej literek "M" już chyba wcisnąć się nie dało, żeby wreszcie dobrać się do (niestety) połamanej tabliczki podzielonej na dwie duże kwadratowe kostki z (oczywiście) literką "M". W sumie ładnie to wyglądało, kolor też był porządny, mocno brązowy.
Zapach za to już był zupełnie zwyczajny. Zapowiadał coś bardzo słodkiego i niewątpliwie czekoladowego. Niby czuć, że nie jest to pierwsza lepsza Milka czy Wawel, ale głębi mleka czy kakao brak.

Łamaniu towarzyszyły chrupnięcia, czekolada nie topiła się w palcach, ale już w ustach zaczynała rozpuszczać się bardzo szybko.
Okazała się tłustawa, chociaż nie jakoś bardzo porażająco i bardzo, niezwykle wręcz, proszkowa. Natychmiast skojarzyło mi się z kiepsko rozmieszaną proszkową polewą do ciasta. 

O smaku mogę właściwie powiedzieć to samo. Od razu zaatakowała mnie silna słodycz, która miała wydźwięk czegoś czekoladowego - polewy ciasta / lodów albo jakiegoś mleka / napoju czekoladowego. To nie był smak czekolady, tylko właśnie taki "nieokreślony czekoladowy". Owszem, czuć tu odrobinę zaznaczone kakao (na poziomie polewy znanej z loda), ale oprócz tego był to taki słodko-mleczny smak, gubiący się we wszechobecnej słodyczy, bo waśnie przede wszystkim słodka jest ta czekolada; nawet nie cukrowa. Coś jak wszystkie polewy, czy kawałki czekolady w tańszych lodach - ciężko nawet określić czy są mleczne czy niby deserowe. Problem leży w tym, że nawet specjalnie mleczna ta czekolada nie jest. To pewnie wina dużej ilości mleka odtłuszczonego.

Przyznam, że miałam dość proszkowatości i słodyczy po niecałej połowie w warunkach, kiedy czułam silną ochotę na coś słodkiego (tabliczka ma 90 g, moja czekoladowa norma to jakieś 70 g, a i 100 g potrafię czasem zjeść). Takie to... dziwne. Smak nijakiego "kakałka dla dzieci". 

Myślę, że ta nijakość jest spowodowana po prostu kiepskim doborem składników. Np. gdyby tak chociaż mleko było tylko pełnym mlekiem (zakładam, że proporcje między nimi są niestety wyrównane), czekolada mogłaby być głęboko mleczna... W wersji z zamrażarki, na zimnym lodzie, nie czuć tego wszystkiego, ale podczas obcowania z tabliczka, jest już inaczej. Niektóre rzeczy lepiej pozostawić takimi, jakie są, a magnumowa czekolada lepiej niech zostanie czekoladą-polewą, bo gdyby ta lodowa miała smakować tak jak ta tabliczkowa, to Magnumy chyba w ogóle utraciłyby wszystko, czym mogą (czy aby na pewno?) kusić.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, aromaty

PS Jako, że Magnum to takie trochę lodowe klimaty, a tu tak ubogo, bo sama czekolada, zapraszam ciekawskich do lektury zaktualizowanej recenzji lodów Milka Cashew & Caramel. Przeżyłam szok i w sumie sama nie wiem, co myśleć, ale... myślę, że ze względu na te upały warto te parę zdań przeczytać. :P

PS 2 Znowu wyruszam w góry, więc nie będzie mnie tydzień, a recenzje będę się publikować automatycznie.

czwartek, 28 lipca 2016

Zotter Asparagus Season ciemna 70 % ze szparagami, białym winem, kremem z białej czekolady, migdałowym nugatem i jabłkowym octem balsamicznym

Lato i wszelkie sezonowe pyszności czasem zamiast sprawiać mi przyjemność, trochę mnie stresują. Zawsze w wielkim pędzie próbuję zrealizować jak najwięcej pomysłów na sezonowe owoce i warzywa, jak najwięcej napchać się ich na surowo czy tylko podgotowanymi na parze, a i tak mam wrażenie, że mi uciekają i nie nadążam. Z czym jak z czym, ale ze szparagami to już w ogóle paranoja. W moim mieście są trudne do zdobycia, a ja je tak uwielbiam... Łatwo się więc domyślić, że na punkcie tej czekolady dosłownie oszalałam, a jej degustację wsadziłam między inne poza kolejką.


Zotter Asparagus Season to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana puree ze szparagów, białym winem ze szczepu grüner veltliner*, kremem z białej czekolady, migdałowym nugatem i jabłkowym octem balsamicznym.

*Grüner Veltliner jest uważany za najlepszy pod względem jakości austriacki szczep, z którego produkuje się świeże, owocowe i lekko pikantne winna. Taka austriacka wizytówka.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, zobaczyłam bardzo ciemną tabliczkę zachęcającą zdrowym, głębokim połyskiem o wyrazistym zapachu sugerującym dosłownie gorzką czekoladę, otuloną przez nuty łagodnego alkoholu i słodkawego nugatu.

Przełamałam. Gruba warstwa czekolady głośno trzasnęła, a nadzienie... przerwało się. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest miękkie i plastyczne. Nasilił się słodki aromat, zrobiło się bardziej śmietankowo.

Najpierw spróbowałam samej czekolady, która okazała się jak zwykle przepyszna, czyli gładka i kremowa, nie zalepiająca i wyrazista w smaku, głównie gorzka w sposób palono kawowy, z akcentem cytrusów, ale także słodka. Wydała mi się nasiąknięta nieco alkoholem.
Skrywała miękkie i tłuste nadzienie, które miało konsystencję bardzo podobną do nadzienia Basmati Rice with Saffron, tylko że idealnie gładką. Jakby taki kleik... tylko że z masła i mleka.

Przegryzając się przez całość czułam, jakby czekolada była jeszcze bardziej gorzka, na pewno przez kontrast do nadzienia, które samo w sobie odebrałam jako za słodkie (aż drapało w gardle, jednak jedzone normalnie - z czekoladą - zostało sprowadzone do poziomu). Na szczęście gorzka czekolada skutecznie to przełamuje, a nadzienie odwdzięcza się nutą octu balsamicznego, który natychmiast dogania czekoladę i podsyca jej charakterność.

Pierwszą nutą, wyłaniającą się ze środka, była biała czekolada. Mocno śmietankowa, z ogromną ilością masła. Właściwie... nadzienie było tak tłuste i tak specyficzne, że w pewnym momencie odebrałam je tylko jako maślane, ale chwilę później nadciągnęła moc wanilii, a później pojawił się posmak migdałów (w wydaniu nugatowym).
Słodycz jako smak sam w sobie dotarł dopiero po tym wszystkim. Zalała ona te smaczki, albo raczej "podlała" je, bo w żadnym wypadku nie zaburzyła. Przyniosła też wyraźną sugestię delikatnego białego wina.
Między waniliowym uderzeniem, a pojawieniem się wina, wyczułam też jeszcze jeden smak. Niezwykle subtelny, taki... "kremowo kalafiorowaty", ewidentnie roślinny i taki "wytrawniejszy". Świetnie przypasował do wina. Wreszcie tytułowe szparagi!
Były na tyle delikatne, że nie wiedząc co jem, pewnie bym się nie domyśliła, ale... mając tę wiedzę, od razu pomyślałam o szparagach na maśle (gdzie ktoś tego masła naprawdę nie żałował) zaserwowanych... na słodko. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że wanilia jakoś stara się utworzyć z nimi spójny duet i... nieźle jej to idzie. Z małym szczegółem, że nugat migdałowy też próbował się tu wepchnąć, ale schodził na nieco dalszy plan.

Ciemna czekolada cały czas tonowała słodycz, a kiedy nadzienie rozpuściło się, ona jeszcze pozostawała i dawała kolejne wystąpienie, teraz bardziej gorzkie, wręcz lekko ściągające. Tak właśnie zamknęła kompozycję, pozostawiając w ustach posmak bardzo ciemnej czekolady i czegoś wytrawnego ze szczyptą soli.

Przyznam, że ta czekolada naprawdę bardzo, bardzo mi smakowała, chociaż na pewno nie pasowała mi konsystencja nadzienia. Muszę jednak obniżyć ocenę, bo zasadniczy smak, czyli szparagi, trochę uciekał w całości. Za dużo było tu słodkich akcentów, jak na takie wytrawne nadzienie. Wanilia, śmietanka, migdały i białe wino - mimo, że przepyszne połączenie, to jednak szparagi tam strasznie się gubiły. Ogrom masła też bym zmodyfikowała, chociaż akurat ono pasowało i do białej czekolady i do szparagów.
To, co mi się wyjątkowo podobało, to połączenie octu balsamicznego jabłkowego z winem oraz sposób, w jaki ocet i czekolada wzajemnie podkręcały swoje smaki, gdy w tym samym czasie to samo wino tworzyło "milusią" kompozycję z białą czekoladą i szparagami.
Sam smak bez dwóch zdań dostałby co najmniej 9.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełna śmietanka z mleka w proszku, szparagi (7%), syrop fruktozowo-glukozowy, masło, słodka serwatka w proszku, białe wino, jabłkowy ocet balsamiczny, odtłuszczone mleko w proszku, migdały, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana)

środa, 27 lipca 2016

Akesson's 75 % Trinitario Bali Sukrama Farms ciemna z Indonezji

Po rewelacyjnej czekoladzie mlecznej z solą Akesson's z kakao z Bali, czyli jednej z indonezyjskich wysp, nie musiałam długo myśleć nad tym, którą wybrać na kolejne spotkanie z tą marką. Bali (czyli jedna z indonezyjskich wysp) wydała mi się pomijanym przeze mnie (oczywiście nie celowo) w czekoladach regionem, a że mleczna mnie zachwyciła... przed ciemną w moich oczach malowała się świetlana przyszłość.

Akesson's 75 % Trinitario Bali Sukrama Farms to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao gatunku trinitario, pochodzącego z indonezyjskiej wyspy Bali, a dokładniej z plantacji Sukrama Farms.
W 2014 zdobyła nagrodę Great Taste, a w 2015 zgarnęła srebro w Akademii Czekolady. Muszę przyznać, że tak wyróżniona tabliczka trochę mnie onieśmieliła, chociaż po Domori coraz pewniej podchodzę do czekolad tej jakości.

Wyjęłam ze skromnej, czarnej tekturki zapakowaną w folię tabliczkę o głęboko brązowym kolorze z minimalnie szaro-fioletowym przebłyskiem. Już na starcie bardzo mi się spodobała, a po rozerwaniu ostatniego zabezpieczenia...
zakochałam się. Poczułam niezwykle silny, z początku wręcz mało czekoladowy, w pełni słodko kwiatowy zapach jaśminu i bzu. Im dłużej wąchałam czekoladę, tym wyczuwałam więcej, czyli słodkie nuty perfum i przypraw, trochę kwitnących drzew... ogólnie można powiedzieć, że piękny bukiet!
Żeby nie było za słodko, pojawiała się też ziemista woń wskazująca na solidną zawartość kakao.

Przy łamaniu usłyszałam zdecydowane chrupnięcie, czekolada była przecież twarda i masywna. 

Już od pierwszego kęsa rozpuszczała się kremowo, choć nie była zbyt tłusta. Bardziej mazista i odrobinkę śliska jak Pralus Bresil 75 %, ale w o wiele mniejszym stopniu.

W ustach rozeszła się słodycz, początkowo trochę przytłumiona przez prażoną nutkę. Po chwili nasiliła się, zrobiła się minimalnie owocowa, a z tego przytłumienia smaczek wyszedł na trochę przyprawiony, trochę ziołowy tor, aż w końcu stał się po prostu ziołowo-apteczny. Poczułam smak syropu malinowego o dość naturalnym smaku. Pojawiły się kwiaty, trochę przytłaczające, które szybko zmieniły się w odrobinę kwaskowate owoce. 

Nagle poczułam się, jakbym tylko co wgryzła się w mango. Soczyste i już słodkawe, jednak wciąż dość zwarte i z lekkim kwaskiem. Zrobiło się bardzo soczyście i orzeźwiająco. Właśnie w tych klimatach oscylowała słodycz.

W tym momencie na scenę wkroczyło trochę goryczki o drzewnym wyrazie. Pojawił się tu orzechowy motyw, który zaczął łączyć się z nieco szybciej rozwijającą się głęboką słodyczą. Przewijająca się od początku gorzkość nabrała mocniejszego wyrazu, co paradoksalnie podsyciło owocową słodycz, a w końcu dało to efekt słodkich i soczystych rodzynek. Żadnych tam suszków, a porządnych, jędrnych owoców.

Od rodzynek rozeszła się lekka goryczka, kawałek zaczął zanikać. Po raz ostatni pojawił się słodkawy smak, a potem nadeszła łagodna gorzkość i pozostała jeszcze chwilę. W ustach szybko pozostała jedynie leciutka suchość.

Ta czekolada jest niezwykle aromatyczna, obłędnie kwiatowa, a w smaku mocno ziołowa (jakby przyprawiona?), początkowo kojarząca się z syropem malinowych, a potem przechodząca w drzewne gorzkawe nuty oraz owocowe smaki, przejawiające się w mango i rodzynkach. Intrygujące połączenie.
Okazała się inna od reszty próbowanych czekolad z Indonezji, chociaż... mango i drewno wystąpiło także w Morinie (co prawda z Jawy), a malinowe (ale w sumie owocowe, a nie syropowe) nuty miała tabliczka Manufaktury Czekolad (z Jawy). Niee, Akesson's to zupełnie inna bajka.


ocena: 9/10
cena: 25 zł (za ok. 60g)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao (min. 75 %), cukier trzcinowy, czysty tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

wtorek, 26 lipca 2016

Dolfin Lait Dulce de leche & riz souffle mleczna z dulce de leche, dmuchanym ryżem i solonym maślanym karmelem

Nawet nie zauważyłam, kiedy zamiast smażenia mojej skóry, pogoda zaczęła bezczelnie ze mnie szydzić. Albo inaczej, wiem kiedy. Kiedy już znalazłam się przy Krywańskiej Przełączce i poszłam w górę, po kamieniach łudząco przypominających pokonane dzień wcześniej na Świnicy, tylko że bez łańcuchów. Szczerze? Odkryłam wtedy dwie rzeczy: nie lubię łańcuchów, bo wygodniej mi bez (są po prostu za ciężkie i pomyśleć, że z Krywania rzekomo zdjęli je, by chodziło tam mniej ludzi)  i... że na moich rzęsach osadził się szron. Szłam, albo raczej lazłam coraz bardziej przylegając do skał uparcie, mimo że mało mnie nie zwiało. Takie wiatry i śnieg po drodze naprawdę mnie raz i drugi wystraszyły, ale wiedziałam, że na szczycie czeka mnie nagroda - może nie w postaci widoków, bo już przy podejściu kompletnie nic nie widziałam, ale satysfakcja na pewno.
Gdy wreszcie zobaczyłam krzyż (i właściwie nic więcej przez chmury) na Krywaniu, zapomniałam o zimnie (chciałabym napisać "i wietrze" - ale o nim się nie dało). Tak, jedyny taki w słowackich Tatrach - samotny i wyglądający trochę jak swego rodzaju przestroga.
Nie widząc nikogo innego na tym szlaku, poczułam, że to miejsce do mnie pasuje... takie osnute ponurą aurą, idealne dla samotnika.

Znalazłam trochę przysłonięte miejsce (swoją drogą i tak ledwo udało mi się zrobić zdjęcia - tak strasznie wiało) i wyjęłam czekoladę, jednak już czułam, że coś jest nie tak, bo tabliczka była jakaś... krzywa. Krzywa jak... jak sam krywan, zwany dawniej w końcu krzywaniem przez swój charakterystyczny wierzchołek. Wracając jednak do czekolady... Taak, droga w upale i późniejszy bezlitosny mróz, zrobiły swoje.

Dolfin Lait Dulce de leche & riz souffle to czekolada mleczna (o zawartości 38 % kakao) z dulce de leche, ryżem dmuchanym i solonym maślanym karmelem.

Po wyjęciu czekolady z "koperty" i rozerwaniu folii zobaczyłam głęboko brązową tabliczkę o całkiem przyjemnym słodkim zapachu mlecznej czekolady z leciutko zaznaczonym kakao.

Przy łamaniu okazała się bardzo twarda i zarazem nieco krucha, ale wydaje mi się, że to kwestia dodatku preparowanego ryżu, a nie samej czekolady jak w przypadku Dolfina 88 %. Wreszcie odgryzłam kawałek, a ten zaczął się rozpuszczać.
Czekolada była dość maślana, rozpuszczała się raczej gładko, ale nie jakoś specjalnie aksamitnie. Nie mam tu zastrzeżeń, więc najwidoczniej warunki pogodowe nie wyrządziły aż tak strasznych szkód, jak najpierw myślałam.

Od razu czuć silną słodycz, moc mleka i naturalne masło. Jest tu pewne zarysowanie kakao (nie goryczka, ale lekka mgiełka), a także specyficzna nuta jakby trochę przyprawiono-naperfumowana: ciężkawa i niewątpliwie słodka, chociaż nie przesłodzona.
Po pewnym czasie, wraz z narastającą słodyczą, językiem zaczęłam wyczuwać malutkie ryżowe kuleczki. Nie miały jakiegoś konkretnego smaku, oprócz takiego "zbożowego" motywu, co wraz ze smakiem czekolady dało efekt czekoladowych płatków śniadaniowych z mlekiem.
Zatopionych w czekoladzie kulek jest sporo, chrupią całkiem przyjemnie, a gdy trzyma się je dłużej w ustach, powoli miękną. Pojawia się przy nich też coś jeszcze. Coś bardziej "skrzypiącego", klejącego, ale zwartego. Najprawdopodobniej był to "solony karmel", tylko że nie smakował specjalnie słono. Właściwie ja tu po prostu czułam zwykły, bardzo słodki maślany karmel. Z racji tego, że ciągle pojawiał się w towarzystwie ryżowych kulek, skojarzył mi się z karmelowymi płatkami śniadaniowymi (a dokładniej z moim wyobrażeniem o smaku płatków Lion - karmelowe i czekoladowe kulki). Przełożyło się to nawet na pewną słonawość, ale wydawało mi się, że pochodzi ona bardziej od chrupaczy, niż od karmelu.
Pod koniec dodatki osładzają i tak już słodką mlecznie-maślaną czekoladę.

Całość to "wypisz wymaluj" karmelowe i czekoladowe płatki zbożowe (pewnie tak smakują płatki Lion od Nestle) w wersji tabliczki. Czekolada sama w sobie smakuje jak płatki czekoladowe z mlekiem, a jeszcze ten karmel i ryż... no po prostu się w to wpasowują. Musze przyznać, że było to dość ciekawe, ale... raczej tak, żeby sobie pochrupać, dodać energii cukrem, bo było bardzo słodko i tyle. Czekolada nie najwyższych lotów trochę zburzyła moje wyobrażenie o pysznych mlecznych Dolfinach i tyle. Tragedii też nie było, więc miałam jeszcze co przegryzać wracając ze szczytu przez Jamskie Pleso.


ocena: 7/10
kupiłam: Alma
cena: 9.99 zł (za 70 g)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, dulce de leche (serwatka, masło, maltodekstryna, cukier, odtłuszczone mleko, naturalny aromat), ryż dmuchany (mąka ryżowa, cukier, gluten pszenny, olej palmowy, słód pszenny, sól), karmel maślany solony (cukier, glukoza, mleko skondensowane, masło, sól morska), lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 25 lipca 2016

Tesco finest Peruvian 43 % Milk Chocolate mleczna z Peru

Po prawie zerowej widoczności na Świnicy i sprawdzeniu pogody na następny dzień, na który zaplanowałam sobie wspięcie się na Krywań, utwierdziłam się w przekonaniu, że "ja to mam szczęście".  Dobra, z jednej strony lepsza zerowa widoczność niż spalenie się na szczycie jak na patelni, no ale... Żeby mówić o pogodzie na szczycie, trzeba tam najpierw wleźć. Tak też wyruszyłam  przez las z uroczego miejsca Tri Studnicky, najpierw na Mały Krywań. Przez drzewa i tak przebijało się piekielnie smalące słońce, ale gdy wreszcie wyszłam na dróżkę pośród soczyście zielonej kosodrzewiny, poczułam powiew wiatru na twarzy. To ten moment, w którym czuję, że żyję oraz że czeka mnie wędrówka w niezapomniane miejsce. Chcąc napawać się tą chwilą i trochę się doładować, wyjęłam czekoladę mająca być moim cukrowym dopalaczem - taki tam prezent, który komuś wydał się taki ekskluzywny i egzotyczny.

Tesco finest Peruvian 43 % Milk Chocolate to mleczna czekolada z kakao z północno-centralnego Peru o zawartości 43 % masy kakaowej i 27 % mlecznej, jak widać spod szyldu Tesco.

Po rozerwaniu sreberka zobaczyłam tabliczkę łudząco przypominającą Vanini (dokładniej mleczną z solą) zarówno z ogólnego zapakowania i "graweru" na kostkach, jak również koloru, nasycenia, czy nawet zapachu.
Od razu dobiegł mnie bowiem przyjemny zapach słodkiego, złocistego maślanego toffi i akcentu wanilii. Nieśmiało zaznaczało się tu także kakao.

Przy łamaniu czekolada okazała się dość solidna, nie topiła się bowiem w palcach ani nic z tych rzeczy. Kiedy ugryzłam pierwszy kawałek, w ustach szybko zaczęła rozchodzić się bardzo błogo, zaskakująco aksamitnie. Okazała się bardzo maślana, zarówno w konsystencji, jak i smaku.
W pierwszym momencie o dziwo nie wydała się zbyt słodka, bardziej taka "szlachetna", jakby wręcz orzechowa (aż mi się Mount momami / Exquisit z dnia poprzedniego przypomniała).

Maślane toffi szybko jednak przeszło w bardziej śmietankowe (tu także w konsystencji czuć było "gładkość śmietanki"), lekko solone. Ta nuta wydawała się pochodzić z naturalności składników mlecznych, może z orzechowego zacięcia kakao, które gdzieś w tle pobrzmiewało, ale na pierwszym miejscu na pewno się nie znalazło. Odkryłam tu jednak coś innego... Zrobiło się bardziej słodko, trochę mlecznie, odrobinkę waniliowo... A ja poczułam się jakbym jadła dobrej jakości deserek typu Monte, ale wymieszane. Orzechowo-czekoladowy smak zaczął powoli tonąć w mleku i słodyczy o wyraźnie śmietankowo-toffi odcieniu. Co ciekawe, na jaw bardzo wyraźnie wyszło kakao i chociaż nie było na najwyższym poziomie, sprawiło, że granica przecukrzenia nie została przekroczona. Np. taka Bellarom Rich Chocolate jest bardziej kakaowa i mniej słodka, a zawartość masy kakaowej jest niemal identyczna.

W gruncie rzeczy, okazała się bardzo podobna do wspomnianej Vanini, tylko że była słodsza (i oczywiście bez kryształków soli) - a tak nuty toffi i orzechów oraz konsystencja - prawie to samo.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku,cukier, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, ekstrakt z wanilii

sobota, 23 lipca 2016

Manufaktura Czekolady Jawa Criollo 70 % ciemna z Jawy

Na moim blogu w kategorii "Jawa" znajdziecie już parę tabliczek, ale wcale nie znaczy to, że mam dobre rozeznanie w kakao z tego regionu. Właściwie moją jedyną ciemną tabliczką stamtąd, był Morin 70 %, który z racji "niskiej czekoladowości" bardziej mi namieszał w głowie, niż cokolwiek do Jawy przypisał, a resztę jadłam w postaci neapolitanek (Domori Criollo 70 % Javablond i Pralus Indonesie 75 %) - przez malutkie gramatury ciężko mi wychwycić jakieś charakterystyczne nuty dla regionu.

Jakiś czas temu Manufaktura Czekolady wprowadziła do swojej oferty dwie nowe czekolady z ziarna criollo. Criollo mają czerwone, zielone bądź białe owoce i jasne ziarna, a także są najbardziej cenione na świecie. Manufaktura ma dwie propozycje: z jawajskiego criollo (których tylko połowa ma jasną barwę) oraz z ziaren Porcelana z Wenezueli. Zakupiłam obie, jednak jako że Porcelanę uważa się za ten "naj" gatunek na świecie, najpierw sięgnęłam po coś... zwyklejszego.

Manufaktura Czekolady Jawa 70 % kakao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao typu criollo pochodzącego z wyspy Jawy. 

Niezwykle eleganckie i przyjemne w dotyku opakowanie przypominające tekturową kopertę skrywa folię, którą czym prędzej rozcięłam, by dostać się do...

...wyglądającej na suchą, ciemną tabliczkę o wyrazistym zapachu dymu o ciepłym odcieniu, kojarzącym się wręcz z suchym, nagrzanym asfaltem, a także konfitur z jagód i truskawek. Im dłużej wąchałam czekoladę, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że nie brakuje jej też pewnej soczystości cytrusów. 

Przełamałam, usłyszałam sucho-puste ni to chrupnięcie, ni to trzask i zaskoczył mnie jej przekrój przypominający czekolady mleczne.

Wreszcie spróbowałam pierwszy kawałek. Zaczął się rozpuszczać dość szybko, ale jakby leniwie. Skojarzyło mi się to z tym razem tylko co rozlanym gorącym asfaltem, co nasiliła szorstka struktura. Sprawiała wrażenie dzikiej, surowej i zupełnie nieuładzonej.

W smaku od razu nadszedł równie trochę dziki, soczyście słodki kwasek dojrzałych pomarańczy, truskawek-malin (na pewno czerwonych owoców) i ciemnego agrestu. Tak, jakby najpierw po ustach rozchodził się smak jego mocno kwaśnej skórki, a potem wylewała się słodycz mięciutkiego miąższu. Słodycz zaczynała być potem lekko tłumiona przez goryczkę, a czekolada stała się "cięższa".

Owoce zostały zasnute dymem, pojawiła się tu podwędzana nuta, elementy prażonego słodu. Równocześnie pojawiło się poczucie wilgoci, a wszelkie asfaltowe nuty uciekły. Atmosfera ochłodziła się, oczami wyobraźni zobaczyłam piwnicę, gdzie w słoiczkach stoją konfitury z owoców, chyba czerwonych porzeczek. Mignął mi akcent także tych z zapachu, czyli jagód i truskawek. Wciąż pojawiały się cytrusy, tym razem bardziej jako gorzkawe skórki cytryn, które po mocniejszym zaakcentowaniu zaczynały łagodnieć.

Z dymem łączyły się delikatnie prażone nuty, czekolada zrobiła się mniej ordynarna (chociaż jej szorstka dzikość nie zelżała) i pozostawiała po sobie gorzko-słodki, tajemniczo dymny, posmak. Mimo niezbyt inwazyjnych nut, to z racji ich zdecydowania, obstawiałabym więcej niż 70 % kakao.

Niezwykle posmakowała mi ta czekolada! Odważna i trochę dzika, ale nie mająca w sobie nic z ordynarnej siekiery. Zupełnie zaskoczyła mnie w niej agrestowa nuta. 
Z jednej strony cytrusy i dzika szorstkość kojarzyły mi się z ubóstwianymi przeze mnie Menakao, a z drugiej... to, że owoce te zostały otulone dymem... toż to nuta z boskiej Domori Javablond! Podobne cytrusy i wędzone nuty wystąpiły także w Morinie, ale ten był za mało czekoladowy i... bardziej wędzono-serowy; Manufaktura jest taka... po prostu podwędzana. Dymem i cytrusami w sumie i Pralus może się pochwalić, ale z nim mi się mniej ta czekolada kojarzyła.


ocena: 10/10
cena: 25,90 zł (za 50 g)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 22 lipca 2016

Mount momami / Exquisit Duet Chocolate mleczna z pastą z orzechów laskowych, kawałkami ciasteczek maślanych i cynamonem oraz biała z makiem, posypane krokantem z orzechów laskowych

O Świnicy wspomniałam juz przy Dolfinie. Tak jak myślałam, nie było łatwo, zwłaszcza gdy złapał mnie grad, a rękawiczki przemokły kompletnie... Sama nie wiem, czy ciężkie łańcuchy mi pomagały czy przeszkadzały, w końcu jednak dotarłam na szczyt, a tam... Zerowa widoczność. Cóż, czasem wchodzi się gdzieś dla satysfakcji, nie dla widoków. Chociaż, gdy tylko wyjęłam czekoladę, to i chmury zaczęły się trochę rozchodzić, jednak analogicznie robiło mi się coraz chłodniej. Fakt, byłam mimo wszystko dość rozgrzana, więc oczywiście nie narzekam - wszak gdyby przypiekło słońce, pewnie bym tam nie usiedziała. Jednego jestem pewna: udało mi się, mimo niewygodnego podejścia i byłam z siebie dumna.
Mimo zimna musiałam ten szczyt jakoś uczcić i otworzyć sobie coś do chrupania na drogę powrotną, w końcu czekał mnie jeszcze spacerek do Kuźnic przez Dolinę Jaworzynkę.

Mount momami / Exquisit Duet Chocolate milk & white with hazelnut & poppy to czekolada mleczna z pastą z orzechów laskowych (3,3%), kawałkami ciasteczek maślanych (5,7%) i cynamonem oraz biała z makiem (3%), posypane krokantem z orzechów laskowych (3,3%).

Z tej serii jadłam już Mount momami / Exquisit mleczna i biała z kawałkami ciasteczek i przypraw korzennych oraz krokantem migdałowym i muszę przyznać, że była naprawdę dobra, toteż na tę nastawiłam się naprawdę pozytywnie.

Po otwarciu opakowania poczułam bardzo słodki, ciepły zapach. Mocno zaznaczony cynamon na śmietankowo-orzechowym, prażonym tle. Przy drugim wdechu poczułam coś, co już w ogóle wprawiło mnie w dobry nastrój: mak - i to w o wiele smakowitszej formie niż np. w przypadku Folkowych Mecyji od Corteza

Połamałam dość tłustawą w dotyku tabliczkę, a ta okazała się całkiem twarda. Posypka nie odskoczyła, pozostała lekko wtopiona. Podział czekolady na mleczną i białą jest dość ciekawy, bo właściwie mało jest miejsca, gdzie jest tylko mleczna, albo tylko biała. Raczej nakładają się na siebie (będę oceniać jako całość).

Całość jest dość tłusta, rozpuszcza się kremowo, mimo że jest pełna drobinek (maku, ciasteczek i cynamonu). Część biała jest chyba bardziej maślana, a mleczna bardziej proszkowa, jakby minimalnie oporna - czuć, że dodano miazgę z orzechów.

Najpierw spróbowałam samą białą. Okazała się bardzo słodka, ale równie mocno śmietankowa. Nie waliła cukrem, czuć było wanilię, ale i tak nie obraziłabym się, gdyby była mniej słodka, chociaż tutaj ogromną rolę odgrywa mak, bo świetnie wgryza się między słodycz i śmietankę takim wyrazistym, jakby wzmocnionym przez prażenie smakiem. Jest go bardzo dużo i przyjemnie strzela pod naciskiem zębów.

Część mleczno-orzechowa jest nieco mniej słodka, sprawia wrażenie bardzo korzennej dzięki sporej ilości cynamonu i chrupiących, chrzęszczących drobinek przemielonych ciasteczek maślanych, które razem z cynamonem, kojarzyły się z ciasteczkami korzennymi. Wraz z orzechowym motywem świetnie zaznaczyły sugestię kakao. Orzechy wnosiły dodatkowo "ocieplający" prażony motyw, który nasilał się znacznie przy kawałkach krokantu z orzechów laskowych. Lekko karmelowe kawałki, prażone ale nie czuć w nich mocnego palenia (kwasku, soli itp.), także były lekko słodkie. 

Przegryzając się przez całość, otrzymałam naprawdę cudownie korzenną kompozycję. Śmietanka cudnie przypasowała do orzechowo-prażonej części, może tylko niepotrzebnie jeszcze ją dosłodziła. Ciasteczka, cynamon wraz z makiem przejęły nad wszystkim dowodzenie, mimo silnej słodyczy, nie zostały zakłócone.
Wtopione dodatki sprawiają, że jest to bardziej czekolada do chrupania, aniżeli do powolnego rozpuszczania się w ustach.

Czekolada bardzo mi smakowała, mimo że okazała się trochę za słodka. Wolę ją od wspomnianej z migdałowym krokantem z racji dodatku maku. Uważam, że zdecydowanie jest tu głównym bohaterem, co mnie kupiło w ogromnym stopniu.


ocena: 8.5/10
kupiłam: Kaufland
cena: 6.99 zł (za 90 g)
kaloryczność: 489 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, pasta z orzechów laskowych 5,7%, krokant z orzechów laskowych 3,3% (prażone kawałki orzechów laskowych, cukier), miazga kakaowa, laktoza, mąka pszenna, mak 2%, masło, cynamon, lecytyna sojowa, miód, sól
masa kakaowa w mlecznej czekoladzie min. 32%; w białej czekoladzie min. 28%