piątek, 30 grudnia 2016

Manufaktura Czekolady Ekwador 60 % + mleko i wanilia mleczna z Ekwadoru z wanilią

Po tylu czekoladach Manufaktury Czekolady, ile już zjadłam, mogę śmiało powiedzieć, że to jedna z moich ulubionych marek, obok Akesson's, Menakao, Domori i Zottera. Dlaczego więc jeszcze nie przetestowałam całej ich oferty? Odpowiedź jest prosta i dziwna. "Bo są łatwo dostępne". Tak, są w Polsce i wystarczy je zamówić przez internet. Za innymi się uganiam, czekam, aż pojawią się w Sekretach czy na foodie24, martwię się, jak długo będą dostępne, a Manufaktura... zawsze jest. Ta czekolada wyróżnia się trochę z oferty, bo za wiele mlecznych nie mają. Dlaczegóż by więc jej nie spróbować w miarę szybko (w szufladzie czekała "tylko" pół roku)?

Manufaktura Czekolady Ekwador 60 % + mleko i wanilia to mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z wanilią.

Czekolada zapakowana jest w elegancki kartonik i sreberko zamknięte hermetycznie.

Po otwarciu opakowania zobaczyłam bardzo ciemną tabliczkę, która wyglądała jak wszystkie inne Manufaktury. Tak, jak wszystkie inne ciemne, bo nie powiedziałabym, że to mleczna. W sumie, nawet po jej powąchaniu, bo zapach miała głównie kakaowo-waniliowo. Był to zapach dość podpalany, kwieciście-ciężkawy i nawet wanilia dała się temu ponieść; sama w sobie, jako "dosładzacz", nie była taka wyczuwalna.

Czekolada okazała się bardzo twarda. Trzasnęła, jak nie trzaskają nawet niektóre ciemne czekolady.

Wreszcie spróbowałam. Rozpuszczała się wręcz opornie, zaskakująco szorstko nawet jak na Manufakturę. Kojarzyła mi się z ziarenkami piasku, chwilami z papierem ściernym. Odebrałam ją jako zupełnie nietłustą, suchą. Sprawiło to, że wydała mi się niegrzeczna, wręcz buntownicza. Podobało mi się to!

W smaku najpierw pojawiała się gorzkość kawy, takiej prawdziwej wręcz gęstej esencji. Otaczał ją palono-prażony smak napędzany przez poczucie suchości.
Z czasem właśnie z niego wyłoniła się leciutka nuta przypraw. Te były już nieco słodkawe, ale wciąż gorzkie. Postawiłabym na kardamon.

Z czasem kawa zaczęła zmieniać się w wyraźną ziemistą nutę, ale i słodycz jakby się ośmieliła. Zaczęła coś działać w tle. Częściowo, podobnie jak zapach, poszła w kierunku lekko waniliowym, ale kojarzącym się z kwiatami wanilii, a nie przyprawą samą w sobie. W dużej mierze była zwyczajna, ale bardzo subtelna, jakby tylko się "podkradała" do kubków smakowych.

W tym czasie, gdy ziemistość grała główną rolę, pojawił się lekko cierpki posmak nabiału. Na końcówce można by tu chyba nawet powiedzieć o mglistej, nieoczywistej i prawie nieobecnej, kwaskowatości nabiału, ukrytej za mocniejszymi smakami.

Gdy czekolada już niemal znikała, nasilał się kawowo-ziemisty smak, a gdy już ani odrobinka nie została... robiło się słodko i dopiero czułam wyraźny posmak mleka.
Ten mleczny akcent kojarzył mi się z czekoladami ciemnymi o mlecznej lub śmietankowej nucie. Początkowo bowiem bardzo trudno go w ogóle uchwycić.

Przyznam, że bardzo mi ta czekolada smakowała. Jest zupełnie inna niż wszelkie łagodne i kremowe Domori, inna niż kefirowo-cytrusowa Menakao, inna niż kremowe Zottery (nawet ten bez cukru "dark style" 70 %). Ona jest po prostu specyficzna. Cudownie ziemisto-kawowa, gorzkawa, ale jednak z elementem łagodzącym. Na pewno dobra dla kogoś, kto dopiero chce przekonać się do ciemnych czekolad.
Mi mimo wszystko była ciutkę za mało mleczna (bo mleko co nieco ujęło kakao, a samo aż tak wiele nie wniosło), oraz, jeśli to ma być czekolada z wanilią jako z dodatkiem, można by jej dodać więcej, bo również była wyczuwalna jako wątła nuta.

Tak czy inaczej, to pyszna czekolada, jaka by ona nie miała być (ciemna? mleczna? z dodatkiem? tylko z nutami? who cares...). Jest po prostu inna i tyle.


ocena: 9/10
cena: 16,90 zł (za 50 g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier, mleko w proszku, laska wanilii

czwartek, 29 grudnia 2016

Pralus Fortissima 80 % ciemna z Ekwadoru, Indonezji i Ghany

Pewnego dnia zorientowałam się, że dawno nie jadłam żadnego Pralusa, a jako, że poczułam się trochę przytłoczona nowościami, postanowiłam właśnie po "starego dobrego Pralusa" sięgnąć. Zdecydowałam się na mocniejszą tabliczkę (fortissimo znaczy "bardzo mocno"), bo miałam za sobą cały tydzień mlecznych czekolad i mniej czekoladowych przekąsek.

Pralus Fortissima 80 % to czekolada ciemna o zawartości 80 % kakao (mieszanki criollo, forastero i trinitario) pochodzącego z Ekwadoru, Indonezji i Ghany.

Po otwarciu poczułam wyrazisty, ale niezbyt mocarny zapach. Głównymi nurtami były trawa, kwiaty i wanilia o takim słodko-lżejszym wydźwięku oraz tylko co wyczyszczone mahoniowe meble.
W tle była też nuta prażonego kakao, jakieś suszone owoce.

Przełamałam tabliczkę. Okazała się bardzo twarda, głośno trzasnęła i był to dźwięk dziwacznie "pełny".
W ustach czekolada zachowywała się trochę jak twarda tabliczka z masła, była idealnie gładka, kremowa do potęgi. Konsystencja (zupełnie nie w moim w stylu) nie wskazywała na 80 % kakao. Kojarzyła się raczej z białymi i mlecznymi.

W smaku, najszybciej z nut zapachowych, przemknęła się nuta suszonych owoców, na języku rozwijająca się jako suszone śliwki. Od nich rozeszła się słodycz przełamana kwaskowatym akcentem suszonych owoców i kompotu śliwkowego.

Jakby od tyłu, zaczęła wyłaniać się lekka cierpkość, podbita przez prażenie. Przejawiała się w tym kakaowa gorzkość, która zaczęła schylać się ku dymno-drzewnym nutom, ale z czasem też przybrała wydźwięk... Ni to ziemi, ni kawy. Co do kawy mam duże wątpliwości. Określiłabym to bardziej jako "herbacianą kawę" albo "kawową herbatę" z suszonymi owocami... Nawet trawa z zapachu się tu pojawiła, a nuta suszonych śliwek podsyciła smak herbaty owocowej.
Właśnie w tej pokrętnej nucie czekolada przemyciła naturalną słodycz fig (ale nie porzuciła śliwkowej soczystości). Ta słodycz była niby wszechobecna, ale wydawała się "ukryta".

Było gorzkawo, ale wciąż bardzo soczyście. Słodko... raczej minimalnie, ale w dużej mierze suszono owocowo, co kojarzyło mi się z prasowanymi raw-batonami. Dymno-ziemiste, herbacie nuty były na plus, ale... nie pasowały mi do konsystencji. Smaki niby mocne, ale... nie były zaserwowane tak "mocarnie".

Konsystencja i wyrównanie smaków upodobniły tę czekoladę do tych z zawartością 60 % kakao, o nutach... ja wiem? Owocowego dymu? (jak papierosy Winstony, haha). Ciekawe to było, ale jak dla mnie... wciąż za mało. Taka mieszanka ziaren zamiast dać bogactwo smaków jakoś ujednoliciła tę czekoladę, wszystko się zlało. A może to po prostu przez za duży udział tłuszczu?


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 24 zł
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa

środa, 28 grudnia 2016

RooBar Liquorice Chili baton daktylowo-orzechowy z lukrecją, anyżem, chili i solą

Do wszelkich surowych batonów mam dziwny stosunek. Ogólnie mnie nie pociągają, ale te próbowane (od Zmiany Zmiany) bardzo mi smakowały. Nie pociągają mnie jako przekąska sama w sobie... w tym przypadku jednak znalazło się takie połączenie przypraw, że z kompletnie nieinteresującego batonika, obiekt dzisiejszej recenzji, stał się moim batonikowym must eat.

RooBar Liquorice Chili to surowy baton na bazie daktyli i orzechów nerkowca z lukrecją, anyżem, chili i solą.


Po otwarciu czarnego opakowania poczułam zapach charakterystyczny dla tego typu batonów, a więc suszono daktylowo-orzechowy, z naprawdę drobniutkim zarysem lukrecji.

Ugryzłam. Batonik okazał się twardawy, zwarty. Miał konsystencję bardzo mocno sprasowanych daktyli, orzechy były w nim pod postacią sporych (a także mniejszych) kawałków. Całość rozchodziła się w sposób charakterystyczny dla daktyli, w taką papkę, aczkolwiek nieco konkretniejszą niż same daktyle.

W smaku w pierwszej chwili poczułam łagodne połączenie bardzo słodkich, odrobinę soczystych, daktyli oraz maślany smak orzechów nerkowca, a chwilę później mignęła mi słodka lukrecjowo-anyżowa nuta.
Przeżuwałam delektując się mocnym smakiem daktyli (jak one świetnie łączą się z nerkowcami!), gdy pojawiła się delikatna, ciepła ostrość.
Szybko zaczęła przybierać na sile, zapiekła w język, a wtedy nadeszło też tsunami ziołowo-słodkawej lukrecji i anyżu. Czułam solidną pikanterię i jednocześnie porządne orzeźwienie. Dawno nie jadłam czegoś tak odświeżającego, naprawdę.
Lukrecja została dodatkowo podkreślona odrobinkę słonawym posmakiem.

Na koniec zrobiło się bardzo ostro, chili przypiekło jęzor, a po zjedzeniu pozostawał słodko-lukrecjowy posmak i efekt ochłodzenia.
Wszystko tu było trafione w sedno. Było ostro, ale i lukrecjowo-orzeźwiająco. Przełożyło się to na to, że o zasłodzeniu daktylami nie było mowy, mimo że ich smak ewidentnie był tu bazą. Nerkowce czuć, a sól cudownie to podkreśliła.
To chyba mój ulubiony "raw" batonik. Szkoda, że to tylko 30 g, jednak mimo to, jest warty swojej ceny.


ocena: 10/10
cena: 5 zł (za 30 g)
kaloryczność: 412 kcal / 100 g; batonik - 124 kcal
czy kupię znów: tak

Skład: daktyle, orzechy nerkowca, korzeń lukrecji (0,5%), anyż, chili "Bird's Eye" (0.2%), sól himalajska

wtorek, 27 grudnia 2016

Michel Cluizel Milk Salted Butter Caramel mleczna z solonym karmelem

O mlecznych czekoladach Cluizela trudno mi jest coś powiedzieć, bo jadłam dopiero jedną (Maralumi Milk 47 %); jeszcze trudniej jest mi odnieść się do czekolad z dodatkami, bo... pierwszą taką dopiero trzymałam w rękach. Widząc jednak jej tytuł, nie udawajmy, żywiłam ogromną nadzieję, tym bardziej, że w 2013 r. zdobyła złoto Akademii Czekolady.

Michel Cluizel Milk Salted Butter Caramel to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao z solonym maślanym karmelem, który stanowi 18 % tabliczki i w którym jest 0,02 % soli morskiej Guerande.
Tak patrząc na skład... te 45 % to najwidoczniej i ziarna, i tłuszcz, ale przynajmniej składniki mleczne to 20 %

Opakowanie różni się od plantacyjnych, a sreberko zostało zastąpione złotkiem.
Kiedy je rozerwałam, zobaczyłam po prostu przepiękną tabliczkę, wykończoną o wiele większą ilością szczegółów niż dotychczas próbowane. Miała ciemnawy, ale wyraźnie mlecznoczekoladowy kolor i pachniała tak dobrze, jak wyglądała.

Czułam tu przede wszystkim maślany, słonawy karmel w bezkresnej mlecznej toni o wyraźnie zarysowanej palonej nucie i akcencie kakao. 

Przełamałam i zdziwiłam się nieco, bo czekolada okazała się tłusto-miękka (ale nie topiąca się). Na zdjęciach tego nie widać, ale była pełna większych i mniejszych prawie czarnych kawałków, może raczej grudek, karmelu, wolno rozpuszczających się, klejących, a przede wszystkim miękko-chrzęszczących (przeciwnicy chrupiącego twardego karmelu byliby w niebie).

W smaku spotkał mnie jednak zawód. W pierwszej chwili dotarł do mnie niezwykle naturalny smak mleka, jakby wręcz ze słonawością świeżej śmietanki (i już się ucieszyłam), gdy brutalnie stłamsiła ten smak słodycz. Może nie jakaś wyjątkowo silna, ale taka zwykła, przez co zupełnie nie pasowała do naturalności, głębi mleka. Moją irytację zwiększył fakt, że kakao było tu wyczuwalne jedynie jako orzechowo-maślany posmak tłuszczu kakaowego. 

Gdy językiem zaczęłam trafiać na kawałki karmelu, poczułam odrobinkę soli, ale nawet ona nie podsyciła kakao. Sama po chwili przeszła w bardziej podpalane (ale niezbyt mocno) nuty. Karmel miał wyrazisty smak, nawet pewną głębię i mimo że to raczej taki maślany, łagodnie palony, to był to naprawdę pyszny karmel. Najprawdziwszy, jaki można sobie wyobrazić, ale nie powiedziałabym, że jest specjalnie solony. Wydaje mi się, że sól Guerande swoją właściwością po prostu podkreśliła smak karmelu, nie dodając mu za wiele słoności od siebie. 

Niestety, w pewnym momencie nasilała się też słodycz czekolady. Nie do przesady, ale biorąc pod uwagę prawie zupełny brak kakao... Wiecie, co chcę powiedzieć.

Pod koniec, gdy karmel zmieszał się z mlekiem i słodyczą, robiło się nieco bardziej słonawo, ale... wciąż nie słono, bo to była taka "mleczna słonawość", jakby natura i podpalany smaczek przemawiała, a nie sól.

To smaczna czekolada, umiliła mi zwykłe popołudnie w ciągu tygodnia, ale... jest strasznie wyrównana. Jak na czekoladę z takim dodatkiem, jakim jest solony karmel, to wyrównanie kompletnie się nie sprawdza. Słodko, karmelowo i naturalnie mlecznie; za słodko jak na "solony karmel". Cieszę się, że po nijakiej Maralumi Milk 47 % nie zdecydowałam się na przeznaczenie osobnego dnia na degustację tej tabliczki. To nie czekolada do degustowania i tyle (znowu czuję się oszukana przez "45% kakao"). Dodatkowy punkt odejmuję za to, że "solony karmel" nie był słony (noo... minimalnie).


ocena: 6/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: (nie pamiętam; to było bardzo duże zamówienie)
kaloryczność: 562,35 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, karmel 18 % (cukier, bezwodne masło, pełne mleko, śmietanka, syrop glukozowy, syrop sorbitolowy, lecytyna rzepakowa, sól Guerande 0,02%), kakao, ziarna wanilii burbońskiej

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Lusette Czekoladowe

Po Lusette Nugatowym i po opisie na opakowaniu wcale nie spieszyło mi się po drugi posiadany smak. Kiedy jednak zaplanowałam sobie błogie obżarstwo, a wyznaczona na nie czekolada (Chuao Oh My S'mores) okazała się katastrofą, którą prawie całą oddałam Mamie, postanowiłam mieć już do końca zepsuty spożywczo dzień i sięgnęłam po czekoladowego wafelka, zakładając, że może na 5 wyciągnie.


Lusette Czekoladowe to wafelek kakaowy przekładany kremem o smaku kakaowo-czekoladowym (70%) w polewie kakaowej.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki, ale wyraźnie czekoladowo-kakaowy zapach. Był zwyczajny, bez żadnych obrzydlistw, taki "wafelkowaty" i bardzo przyjemny.

Tutaj podobnie, jak w Nugatowym, wafelek był bardzo cieniutki i słonawy, chociaż w tym wariancie, przegryzając się przez całość, wydawał się bardziej kakaowy. Kruszył się niemiłosiernie, ale i przyjemnie chrzęścił, więc w sumie mi odpowiadał.

Świetnie współgrał z kremem o konsystencji... dziwniejszej niż ta Nugatowego. Był tłusty, ale bardziej zwracała na siebie uwagę jego proszkowość, szorstkość. Kojarzył mi się z nie całkiem wymieszaną masą z kakao. Było w tym coś dziwnie przyjemnego.
Smak nie pogorszył sytuacji. Mimo silnej słodyczy, wyraźnie czułam taką zwykłą kakaowość i czekoladowy smak. Żadnych niechcianych posmaków, a po prostu bardzo słodka "kakaoczekolada".

Polewa, cienka i bardzo słodka, tylko tyle, że była i... przy jej słodkim smaku chyba dobrze, że była tylko z jednej strony.

Całość, razem, wyszła bardzo fajnie, jak na wafelek. Jedząc go nie mogłam pozbyć się określenia "chrzęszczący" na co złożyła się delikatność i suchość wafelka oraz ten krem. W smaku dość zasładzający, ale nie do przesady, tak na całkiem pozytywny sposób, bo jednak i neutralizujące czynniki były. Wyrazisty, niewymagający i tani.


ocena: 9/10
kupiłam: Lewiatan
cena: 0,99 zł (50 g)
kaloryczność: 543 kcal / 100 g; wafelek - 271 kcal
czy znów kupię: może

Skład: cukier, oleje roślinne (palmowy, kokosowy), mąka pszenna, polewa kakaowa 14% (cukier, oleje roślinne: palmowy, masło Shea; kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 17%, serwatka w proszku, emulgatory; fosfatydy amonu, polirycynooleinian poliglicerolu, aromat), mleko pełne w proszku, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 6%, serwatka w proszku, mleko o obniżonej zawartości tłuszczu w proszku, skrobie kukurydziane, czekolada 0,5%, olej słonecznikowy, lecytyna sojowa, barwnik (karmel amoniakalny), aromaty, substancje spulchniające (węglany sodu), żółtko jajka w proszku

niedziela, 25 grudnia 2016

Chuao Oh My S'mores mleczna 41 % z piankami, miodowymi krakersami graham i solą morską

Ta czekolada jest kolejnym prezentem, za który musiałam dziękować ze sztucznym uśmiechem walcząc ze sobą w swym umyśle (zleciłam zakupy paru innych rzeczy, "ale nie było"). Sama nigdy bym jej nie kupiła, bo jest to jeden z tych amerykańskich hitów, od których trzymam się z daleka. Wierzę, że czekolada jest dobrej jakości (w końcu jadłam obłędną Chuao Chocolatier Spicy Maya), ale znowu trafiłam na "nie mój" dodatek jak w Chuao Chocolatier Honeycomb. Karmelizowany miód był już za słodki jak na mój gust, ale amerykańskie pianki... nie dość, że one zawsze są straszliwie słodkie. Wszelkie pianki mnie po prostu obrzydzają. Czasem jednak... tak jak tu, dopuszczam ich spróbowanie, co jednak nie znaczy, że robię to nie pod przymusem zbliżającego się terminu.

Chuao Oh My S'mores to mleczna czekolada o zawartości 41 % kakao z piankami, miodowymi krakersami graham i solą morską.

Nie ukrywam, że nawet wygląd opakowania do mnie nie przemawiał.

Po otwarciu doznałam jednak szoku. Zapachniało tak cudownie czekoladowo-mlecznie, że zapragnęłam wgryźć się w czekoladę. Silny akcent kakao w duecie z naturalnym morzem mleka... mniam! To była najlepiej pachnąca mleczna czekolada, jaką próbowałam w ciągu ostatnich tygodni. Słodycz pozostawała w tle, a pianki nie dawały jeszcze o sobie znać.

Po wyjęciu tabliczki zobaczyłam, że ma intensywnie ciemnawobrązowy kolor, a na jej wierzchu umieszczono mini-pianki. Spodobało mi się to ("zawsze będę mogła je wydłubać" - pomyślałam).

Przełamałam czekoladę, a ta okazała się miększa, niż się spodziewałam. Nie to, żeby była miękka, ale też nie trzasnęła ani nic. W przekroju zobaczyłam malutkie kawałeczki ciastek i, z ostudzonym zapałem, spróbowałam.

Już od pierwszej chwili poczułam lekko "orzechowy" charakter kakao i ogrom naturalnego mleka. Słodycz była minimalna, a już pod chwili doszedł akcent soli, który tylko podkręcił tę "naturalność" i kakao. Sama czekolada była przepyszna; czuć jakość, że się tak wyrażę.

Niestety, wraz z tym, jak się rozpuszczała, ujawniała się "ostra drobnica", czyli kawałeczki krakersów graham, którymi była tak najeżona, że właściwie... nie wiem, jak to nazwać. To była jakby jedność, taka masa, a nie czekolada. Coś, przez co mózg od razu wysyłał informację "gryź". Ostrawe, twardawe, ale pod wpływem śliny miękło i uwalniało to lekko kukurydziany smak chrupko-krakersów. Nie wydały mi się słodkie, a już na pewno nie miodowe. Właściwie, nawet sól się przy nich znalazła, ale i tak nieprzyjemnie zaburzały czekoladę.
Odebrały mi całą radość z czekolady.

Twardawe pianki oczywiście dosłodziły całość, choć były jakby zupełnie obok tego wszystkiego. Ot, dodane kompletnie bez sensu, ale przypadające mniej więcej po jednej na kostkę.
Według mnie te pianki były paskudne, ale jak każde inne - ja po prostu nie lubię pianek, a chcąc opisać je dokładniej... hm, słodkie, ale nie cukrowo. Była to taka "przymglona" słodycz, jak z jakimiś słodzikami i w ogóle. Jak ktoś lubi pianki, pewnie mogą smakować. 

Zjadłam trzy kostki i przekonałam się, że ani odrobiny więcej nie dałabym rady. Ta tabliczka jest według mnie okropna, to profanacja dobrej czekolady. Pyszna mleczna czekolada o strukturze zniszczonej jakimiś nudnymi chrupaczami z piankami, co nie utworzyło integralnej tabliczki. W ogóle nie kojarzy się ze słynnym S'mores (pianka i czekolada włożone między dwa krakersy i grillowane). Oddając ją Mamie byłam wyjątkowo wkur... jak można takie śmieci nawrzucać do pysznej czekolady? 
I nie, nie krytykuję jej "bo nie lubię pianek". Lody z piankami z Cupcake Corner uznałam za ciekawą całość; za marshmallow też nie przepadam, a HD rocky road i Snickers Rockin' nut Road w sumie mi smakowały. Ta czekolada po prostu nie przypomina czekolady pod względem konsystencji i brakuje jej spójności, jaką mają np. czekolady Zottera. 


ocena: 3/10 (tylko za naprawdę dobrą czekoladę)
kupiłam: Welgreens (nie ja)
cena: cena tej czekolady to 8.50 $ (za 80g), ale nie wiem, czy akurat za tą płaciłam
kaloryczność: 475 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleczna czekolada (41 % kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, mleko w proszku, lecytyna słonecznikowa i sojowa, wanilia), pianki marshmallow (syrop z tapioki, cukier trzcinowy, skrobia z tapioki i/lub skrobia ziemniaczana, woda, karagen, białko soi, naturalny aromat waniliowy), miodowe krakersy graham (mąka kukurydziana, pełnoziarnista mąka pszenna, cukier, melasa, olej słonecznikowy i/lub canola, fruktoza, modyfikowana skrobia kukurydziana, syrop cukru brązowego, sól, sól, proszek do pieczenia, węglan wapnia, lecytyna sojowa, dektroza, fosforan sodu), sól morska

piątek, 23 grudnia 2016

Lusette Nugatowe

Są rzeczy w sklepach, na jakie nigdy nie patrzę, albo "patrzę nie widząc". Od ponad roku (dwóch lat?) są to wszelkie wafelki i batony (chociaż za tymi drugimi nigdy specjalnie nie przepadałam, czego po moim blogu w sumie nie widać). Tak się jednak składa, że blogi śledzę uważnie i... zainteresowałam się w końcu z pozoru zwykłym produktem, chwalonym przez wiele osób. Przez te dwa lata temu doszłam do wniosku, że obecnie nawet o dobrego wafelka ciężko, więc może się tu coś zmieniło i pojawiła się jakaś perełka?
Fakt, że producentem tego jest producent Góralków (które bardzo dawno temu lubiłam) oraz wafelków Attack (polecanych mi namiętnie przez jedną osobę) nastawił mnie jeszcze nieco bardziej "na tak".


Lusette Nugatowe to wafelek kakaowy przekładany kremem o smaku nugatowym (70 %) w polewie kakaowej.

Po otwarciu opakowania poczułam słodki zapach wafelka z może-i-nugatowym akcentem oraz kakao w tle.

Już po wyjęciu, wafelek okazał się bardzo kruchy i suchy. Polewa stanowiła dość cienką warstwę tylko z jednej strony, co w sumie mi odpowiada (jestem zwolenniczką "nagich" wafli). Wafelek jest dość spory (50g), co też uważam za plus, a jego większość, bo aż 70 %, stanowi krem (co mnie trochę przeraziło).

Nie zastanawiając się długo, spróbowałam. Polewa okazała się bardzo słodka, ale i kakaowa. Przez to, że nie dało się jej oddzielić, stanowiła integralną część całości, mogłaby być czymkolwiek (czekoladą, masą czekoladopodobną); była i tyle. Do tego kremu, zrobili ją - według mnie - za słodką, ale o kremie za chwilę.

Sam wafelek był cienki, kruchy i suchy, a w smaku bardzo neutralny, może wręcz słonawy. Nie nazwałabym go specjalnie kakaowym, ale był jak najbardziej w porządku.

Większość produktu to wspomniany już krem. Miał ciekawą konsystencję, nieco proszkową, tłustawą, ale w dużej mierze proszkową, co nie jest tu minusem.
W smaku zdominował wszystko inne. A czym? Słodyczą. Masa była głównie słodko-nijaka o jakimś tam orzechowo-migdałowym posmaku. Przypomniał mi się wedlowski Pierrot (nie jadłam go chyba z 10 lat), czyli takie słodkie, fistaszkowo-czekoladowe "coś" (bo jednak smak polewy kakaowej pewnej "czekoladowości" temu nadał), a dopiero potem poczułam posmak migdałów (ale poczułam!).
Wszystko jednak tonęło w mdłej słodyczy, dodatkowo napędzanej przez polewę, choć na szczęście obyło się bez obrzydliwych posmaków.

Lusette Nugatowe jest więc tworem suchym o przyjemnej strukturze, pozbawionym wyrazistego smaku, za to z przesadzoną słodyczą; jedynie z posmakiem pierrotowo-migdałowym.
Biorąc pod uwagę cenę, nie było źle, ale trudno tu znaleźć coś godnego pochwały.


ocena: 6/10
kupiłam: Lewiatan
cena: 0,99 zł (50 g)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g; wafelek - 279 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: oleje roślinne (palmowy, kokosowy) , mąka pszenna, cukier, polewa kakaowa 14% (cukier, oleje roślinne: palmowy, masło Shea, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 17%, serwatka w proszku, emulgatory: fosfatydy amonu, polirycynooleinian poliglicerolu, aromat), mleko odtłuszczone w proszku, serwatka w proszku, prażone orzechy arachidowe, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, mąka sojowa, nugat 1, 5% (migdały 50%, cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku), skrobie kukurydziane, olej słonecznikowy, lecytyna sojowa, barwnik (karmel amoniakalny), aromat, substancje spulchniające (węglany sodu), mleko pełne w proszku, żółtko jaja w proszku, sól 

czwartek, 22 grudnia 2016

Zotter Muscat Wine with Grapes mleczna 40 % nadziewana kremem z mlecznej czekolady z białym winem, grappą, cynamonem, pimento i rodzynkami

Niektóre rzeczy po prostu z racji tego, czym są, mają u mnie pierwszeństwo przed innymi i założę się, że takimi założeniami kieruje się większość ludzi. Przykładami pasującymi do dzisiejszej recenzji są: czerwone wino, które zawsze będzie u mnie "wyżej" niż białe oraz mleczna czekolada, przy czym, jeśli mam wybór, zawsze sięgnę po ciemną mleczną, a nie po prostu mleczną. Po co ja to piszę? Żeby pokazać Wam, dlaczego uznałam tę czekoladę jako jedną z mniej ciekawych nowości Zottera (i dlatego otworzyłam ją jako jedną z pierwszych).


Zotter Muscat Wine with Grapes to mleczna czekolada o zawartości 40 % nadziewana kremem z mlecznej czekolady z białym winem Muscat Ottonel, grappą, cynamonem, pimento (zielem angielskim) i rodzynkami.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywny zapach białego wina i cynamonu. Mleczna czekolada, z naciskiem na "mleczna" i rodzynki (a więc i słodycz jednego i drugiego), pozostawała trochę w tle.
Po przełamaniu, przy którym to gruba warstwa czekolady trzasnęła (!), a nadzienie okazało się bardzo, bardzo miękkie i plastyczne, nasiliła się woń białego wina.

Wgryzłam się w czekoladę, a mleczna czekolada zaczęła natychmiast się rozpuszczać.

Natychmiast, ale nie błyskawicznie, tworzyła bowiem kremowe, nieco zalepiające bagienko, przy czym roztaczał się jej smak. Przede wszystkim czułam tu mleko i słodycz, a zaraz za nimi akcent kakao. 

Po pewnym czasie zaczynał przebijać się alkoholowy motyw.
To nadzienie dawało o sobie znać. Gdy czekolada je nieco "wypuściła na wolność", odkryłam, że jest to masa bardzo miękka i wręcz ślisko-tłusta, dosłownie jak masło. Powiem Wam, że gdyby nie smak, mogłoby mnie nieźle obrzydzić.

W smaku alkohol najpierw pojawiał się z silniejszą słodyczą, ale zaraz to alkohol sam w sobie stawał się wyraźniejszy. Ewidentnie czułam tu białe wino. Przez pewien czas nic nie zakłócało jego smaku, dominował i muszę przyznać, że czuć, że to naprawdę dobre białe wino. 
Wtedy też słodycz powoli łagodnieje, pojawia się silny mleczny smak, ogólna "czekoladowość" przybiera subtelniejszy charakter.
W pewnym momencie zaczęła mi się kojarzyć z wyidealizowanymi Kinderkami... w wersji dla dorosłych.

Wino szczypnęło w język alkoholową nutką, a na scenę wkroczyła pikanteria. Delikatna, ale w połączeniu z alkoholem tworząca charakterny duet. Nakręcał ją słodkawy cynamon, którego smak dominował nad pimento. Ta ujawniała się tu raczej jako ostrość i tyle. 

Smak alkoholu skupiony był wokół soczystych, miękkich rodzynek. Nadawały one przyjemnej słodkiej soczystości, ale ogólnie było ich tak mało, że specjalnie dużo nie wnosiły. Ucieszyło mnie to. 

Smak wina i wręcz dziecinnej mlecznej czekolady z ostrymi nutkami wystarczył; niczego mi tu nie brakowało.

Nie sądziłam, że ta czekolada, w dodatku z taką konsystencją nadzienia, aż tak mi posmakuje. 


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, wino Muskat Ottonel°(6%), syrop fruktozowo-glukozowy, grappa, masło, rodzynki (2%), słodka serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon, pimento 

środa, 21 grudnia 2016

Michel Cluizel Los Ancones 67 % ciemna z Republiki Dominikany

Pewnie nie raz już to pisałam, ale są takie marki, które nie wzbudzają u mnie przeogromnego zachwytu, mimo że nie ujmuję ich twórcom talentu. Czekolady Michela Cluizela są naprawdę dobre, ale jak na plantacyjne mają według mnie nieco za mało kakao. To nie zmienia oczywiście faktu, że są dobre, więc po prostu nie mogę nie spróbować, będąc czekoholiczką. Do tej nie spieszyło mi się (mimo że zdobyła wiele nagród) także ze względu na pochodzenie ziarna - Dominikana jeszcze nigdy specjalnie mnie nie ujęła.

Michel Cluizel Los Ancones 67 % to ciemna czekolada o zawartości 67 % kakao pochodzącego z Republiki Dominikany, a konkretnie z plantacji Los Ancones.

Podoba mi się prostota opakowania: zarówno kolorystyka jak i nienachalny motyw mapy.

Po rozerwaniu sreberka zobaczyłam intensywnie brązową, pięknie lśniącą tabliczkę o zapachu nieźle mieszającym w głowie. Przede wszystkim wyczułam tu słodki miód, zdecydowany motyw lukrecji i znacznie mniej zdecydowane wiśnie, ale było tam coś jeszcze.
Coś dziwnie mokro-suchego. Była to nuta drzewna, lasu. Pomyślałam o mokrych liściach, rozmokłej (będącej jeszcze chwilę temu suchą) tekturze i suchym drewnie. Może jakaś ziemistość?

Przełamałam, czekolada trzasnęła ujawniając nieco porowaty przekrój, a ja wreszcie mogłam wgryźć się w pierwszą kostkę.

Zaczęła rozpuszczać się powoli, dość sucho, ale zarazem tłusto. Utworzyło się opierające się suchym efektem lepiące bagienko, które... było jakby suchawą masą wymieszaną z lepiącym miodem. Z czasem zrobiło się bardziej kremowo, ale skojarzenie z bagnem też zostało.

Na początku smak był wyraźnym odzwierciedleniem zapachu, bo poczułam przede wszystkim miodową słodycz. Była silna, ale nie przesadzona, zwłaszcza gdy już inne nuty się rozwinęły.

Pojawił się motyw nadający słodyczy alkoholowego charakteru. Przeniknął on w słodycz wraz z nutą czerwonych owoców, w której to bez dwóch zdań prowadziły lekko cierpkie wiśnie. Nie można tu jednak mówić o wiśniach w alkoholu; lekka owocowa nuta płynęła bowiem własną drogą, alkohol skupił się przy słodyczy, jak gdyby od środka nadając jej gorzkawy posmak.

Tutaj, bardziej przy tej owocowej części, słodycz kojarzyła mi się z suszonymi owocami, ale to skojarzenie zostało przyćmione przyprawami, w których bez najmniejszego problemu wyłowiłam lukrecję, anyż. To nie był posmak... One były wyraziste, jakby ktoś doprawił nimi czekoladę!

Te wszystkie nuty składały się na gorzkość, która co prawda była daleko w tle za słodyczą, ale miała w sobie coś dziwnego... Oprócz dość znacząco prażonego smaku była trochę alkoholowa, trochę "ciągnąca"... w internecie wszyscy nazywają to zielonymi oliwkami i muszę przyznać, że jest to określenie doskonałe. Sama o nich pomyślałam, ale było to tak niecodzienne, że w końcu nie wiedziałam, czy moje zmysły sobie ze mnie nie żartują.

Co więcej, te oliwki wraz z konsystencją, sprawiły, że czułam tu ziemisto-bagnisty smak, a w mojej głowie pojawił się obraz bagna składającego się z... kawy. Rozmiękłych i zawilgoconych ziaren, lepkiej papki z nich.

Na sam koniec nasilała się słodycz, tym razem o łagodniejszym wyrazie, bo bardziej waniliowa, a nie miodowa, i wszystko to jakby... "utulała do snu".

Po zniknięciu kawałka pozostawał posmak słodko-gorzki, a więc mieszanina... kawy (w wydaniu kakaowym) i miodu.

Mimo silnej słodyczy, ta czekolada była bardzo niecodzienna. Nuta oliwek w połączeniu z lukrecją do końca pozostawała tajemnicza, wiśnia nadawała temu owocowego posmaku, no ale... właśnie. Te nuty były tak ciekawe, że chciałabym czuć je jeszcze lepiej. Je, głównie je, a nie (w końcu przeważającą) słodycz.

Muszę przyznać, że to jedna z lepszych tabliczek z Dominikany jakie jadłam, tylko widzę duży problem w zawartości kakao. Wcześniej jadłam neapolitankę i myślałam, że gdy zjem pełnowymiarową, wychwycę więcej, ale nie różniły się aż tak bardzo. Na pewno więcej pozwoliłaby mi wyczuć większa zawartość kakao.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19 zł
kaloryczność: 570,9 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: kakao, cukier, masło kakaowe, strączki laski wanilii

wtorek, 20 grudnia 2016

Łysoń Krówka Miodowa Makowa krówki z makiem

Tak jak pisałam przy obrzydliwych krówkach z Olecka, miałam jeszcze inne krówki. Gdy wyjęłam pudełko z nimi do zrobienia zdjęć i zobaczyłam napis "Łysoń", od razu przypomniała mi się dziwaczna niby-czekolada o okropnej konsystencji - Łysoń Miodowa 8 Honey Chocolate 72 % Malina i Chili. Już nawet słowo "makowe" nie poprawiło mi humoru.

Łysoń Krówka Miodowa Makowa to po prostu krówki z makiem i miodem. 

Nie podoba mi się szpan producenta angielskim i to "Honey Fudge". Według mnie, nasze polskie krówki (bo w końcu "handmade in Poland") to te mokre w środku mordoklejki, a amerykańskie "fudge" są raczej zwarte i twarde, ale... co ja tam wiem?

Po rozwinięciu papierka, zobaczyłam beżowy cukierek z ziarenkami maku. Po przełamaniu utwierdziłam się w przekonaniu, że zachwytów nie będzie.
Po pierwsze, maku wcale aż tak dużo nie było, po drugie... no właśnie: "po przełamaniu". Cukierki są miękkawe, ale nawet nie wyginają się, można je bez problemu połamać, były raczej kruche i suche. 

Ich zapach był krówkowy, ale taki zwyczajny, bardzo słodki.

Kiedy spróbowałam pierwszego cukierka, najpierw czułam znaczącą mleczność, do której oczywiście bardzo szybko dochodziła silna słodycz. Nie było w tym żadnej obrzydliwej tłustości, ani sztuczności, co zasługuje na dużego plusa.
Mimo to, mam ogromny żal do ich słodyczy, bo brakowało jej krówkowego charakteru.
Nie to, że były "słodkie nie do wytrzymania", ale czasami pojawiał się wyraźny smak cukru, a ten, ordynarny i wręcz gryzący, jakoś mi tu nie pasował, tym bardziej, że krówki miały być miodowe, a nie cukrowe. Miodu nie czułam, no chyba że jako lekkie drapanie w gardle (ale to mógł być i cukier).

Jak już wspomniałam, jak na krówki, nie były aż tak straszliwie słodkie. To niewątpliwie zaleta maku. Przyjemnie chrupiący, przełamujący słodycz goryczką, okazał się miłym zaskoczeniem po pierwszej ocenie, że jest go mało. Wyróżniał się, ale... po drugiej krówce uznałam, że powinno go tam być o wiele więcej (kosztem cukru najlepiej).

To nie były złe cukierki, ale na pewno były to kiepskie krówki. Okazały się o wiele bardziej mleczno-cukrowe (w pierwszej chwili mleczne, potem bardziej cukrowe) niż takie typowo krówkowe. Miód o dziwo w ogóle się zgubił. Mak... jak mak - uwielbiam go, ale tutaj za dużo nie poprawił. W tej cenie oczekiwałam czegoś znacznie lepszego... a już na pewno lepszej konsystencji, bo ona też krówkowa nie była. Czytałam, że te ręcznie robione prawie zawsze się ciągną, a maszynowo są suche... Hm, te miały być "handmade".

Poza tym... coś mi się nie zgadza w składzie i procentach podanych przez producenta. Albo nie umiem liczyć.


ocena: 4/10
kupiłam: Lewiatan
cena: 15 zł (za 120 g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: mleko w proszku pełne (15%), miód (10%), cukier, tłuszcz roślinny utwardzony, masło, śmietana, sól, mak