poniedziałek, 16 października 2017

Kaufland Classic Edel Herbe Sahne ciemna mleczna śmietankowa 45 %

Jak wiecie albo i nie wiecie, bardzo lubię czekolady "ciemne śmietankowe". Czasem mam po prostu ochotę na jakąś mleczną tabliczkę, ale taką, która mnie nie zasłodzi i nie zacukrzy, a jeszcze zaserwuje wyraźne kakao. Z tych ogólnodostępnych moją faworytką jest (chyba ostatnio wycofana) Bellarom Rich Chocolate, więc wyszłam z założenia, że skoro dla Lidla można zrobić tak dobrą czekoladę, to dlaczego niby kauflandowskie propozycje miałyby być gorsze?


Kaufland Classic Edel Herbe Sahne to "czekolada deserowa śmietankowa", czyli ciemna mleczna o zawartości 45 % kakao.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, zdziwiłam się i to bardzo. Po pierwsze, spodziewałam się podziału na drobne kostki jak w Chateua (za którym to podziałem nie przepadam), a zobaczyłam piękną, lśniącą, ciemną tabliczkę o wielgaśnych kostkach, które bardzo mi się spodobały.

Drugim zaskoczeniem był zapach, bo mało, że był smakowitym duetem orzechowego kakao i wręcz karmelowej śmietanki... On wydał mi się zdecydowanie mniej słodki niż Bellarom czy Chateau.

Tabliczka okazała się bardzo twarda przy łamaniu, a w ustach kremowo gęsta. Rozpływała się powoli, ale z pewną lekkością, niczym gładki krem ze śmietanki.

W smaku w pierwszej chwili wydała mi się prawie niesłodka i delikatna, lecz nagle mignęła mi ledwo uchwytna gorzkawość kakao
Wtedy w ustach rozszedł się wyrazisty smak śmietanki, od czego popłynęła naturalna mleczna słodycz. Wydała mi się wręcz szlachetna i idealnie trafiona, bo mimo że z czasem zaczęła nieco rosnąć, wciąż wydawała się płynąć głównie z samych składników mlecznych.

Stanowiła doskonałą parę dla smaku kakao, który pojawiał się chwilę po śmietance i także rósł, ale stając się o wiele bardziej znaczącym niż słodycz. Kakao miało tu wydźwięk łagodnie opalanych orzechów, chwilami kakao w proszku, co w połączeniu wyszło niemal trochę piernikowo. Było wyraziste, ale nie narzucające się; minimalnie tylko gorzkawe, co uszlachetniało smak tabliczki. Za sprawą tego orzechowego akcentu słodycz też wydała mi się nieco opalana, karmelowa.

Smak przechylał się raz w stronę śmietanki, raz "orzechowego" kakao, co wyszło jak smakowa wojna podjazdowa. Poszczególnym składnikom zdarzało się wyłamać ze szlachetności, momentalnie pojawiały się bardziej ordynarne, proste nuty, co jednak bardzo mi się podobało.

Na koniec kakao wybijało się ponad śmietankę, jednak przyozdobione słodyczą pozostawiało w ustach posmak błogiej czekoladowości i sosu orzechowo-czekoladowego. Było wyraziście, bez szaleństw, ale i bez nudy. To taki idealnie wyważony ciemnoczekoladowy, trochę piernikowy deser ze śmietanki, mleka z kakaowo-orzechowym sosie w formie tabliczki. Poziom słodyczy był nieco niższy od Bellarom i Chateau. Chyba smakowała mi bardziej od wspomnianych. To rewelacyjna jakościowo czekolada o porządnym smaku i śmiesznie niskiej cenie.


ocena: 10/10
kupiłam: Kaufland
cena: 5,99 zł (chyba)
kaloryczność: 563 kcal
czy kupię znów: tak

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku (15%), mleko pełne w proszku (4%), słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa

niedziela, 15 października 2017

wafelki KitKat Chunky Peanut Butter polski; angielski

W ramach testu Kit Katów oczywiście nie mogłam pominąć wersji z masłem orzechowym, czyli tworem bardzo przeze mnie lubianym, ale dzisiejszym wpisem samą siebie zaskoczyłam. Po prostu nigdy bym nie pomyślała, że trafi mi się okazja na porównanie Kit Kata na nasz rynek z tym na brytyjski. Pamiętałam, że np. Milka na niemiecki rynek jest nieco mniej okropna niż na polski, a teraz jeszcze miałam się przekonać, czy Nestle podobne numerki odstawia.

Kit Kat Chunky Peanut Butter to "paluszek waflowy 19,2% pokryty kremem arachidowym 19% w mlecznej czekoladzie 61,8%" ważący 42g od Nestle.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach słonawego masła orzechowego oraz słodką czekoladę z charakterystyczną nutą Kit Kata.

Jasna czekolada jak zwykle była bardzo tłusta, ale i kremowa, a w smaku cukrowa i wyraziście mlecznoczekoladowa. Taka sama jak w klasyku. Podobnie było z częścią waflową o dobrej, chrupkiej strukturze, przełożoną słodko mdłym, nijakim tłustym kremem.

Nowością była całkiem gruba warstwa bardzo oleistego masła orzechowego, które smakowało wyraźnie masłem orzechowym. Niestety także słodycz okazała się w nim znaczna. Leciutkiej nutce soli towarzyszyła ledwo wyczuwalna margaryna, choć mam wrażenie, że pochodziła głównie z nijakiego klasycznego nadzienia.

Masło orzechowe nie przełamało ogólnej słodyczy, mimo akcentu soli. Nie pomógł tu również wafelek o neutralnym smaku. Całość okazała się strasznie słodka i tłusta, a także po prostu cukrowo-mdła.
Porównawszy obie wersje stwierdzam, że nieznacznie mniej wyrazista (ale na plus, bo w brytyjskim te "wyraziste nuty" wcale nie były przyjemne), a troszeczkę bardziej tłusto-plastikowa.
To wciąż KitKat lepszy od klasyka - w końcu środek przynajmniej ma jakiś smak - "masłoorzechowawy" (bo wciąż nie tak masłoorzechowym, jak bym chciała).


ocena: 5/10
kupiłam: Tesco
cena: 1,39 zł
kaloryczność: 537 kcal / 100 g; wafel 42g - 226 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, pasta arachidowa 10%, mąka pszenna, miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz mleczny, preparat serwatkowy w proszku, mąka arachidowa 1,9%, lecytyna sojowa, sól, aromaty, substancje spulchniające: węglany sodu

------------------

Kit Kat Chunky Peanut Butter na Wielką Brytanię to "paluszek waflowy pokryty nadzieniem fistaszkowym 19% oblany mleczną czekoladą 60%" ważący 42g od Nestle.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny zapach fistaszków i masła orzechowego. Czekolada wydała mi się "wycofana".

Baton wyglądał tak samo, jak wersja "na Polskę", a smakował nieco inaczej.

Otóż czekolada była bardziej po prostu "cukrowo mlecznoczekoladowa", nie kojarzyła mi się z waniliowym budyniem, plastikiem czy czymkolwiek.

Oleiste i słodkie masło orzechowe miało z kolei nieco silniejszą nutkę soli.

Mdły krem przedzielający chrupkie warstwy waflowe wydał mi się po prostu cukrowy, a nie "słodko mdły". Wspomniane wafle nie były neutralne, a takie nieco tekturowe, "żadne".

Wersja na Wielką Brytanię wydała mi wyrazistsza jeśli o krem i czekoladę chodzi, ale wyrazistość ta to po prostu "cukier z nutką soli". Nie jest to plus, bo w momencie, gdy czuć po prostu cukier z cukrem i trochę soli... wiadomo.


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 540 kcal / 100 g; wafel 42g - 227 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, pasta arachidowa 10%, mąka pszenna, miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz mleczny, preparat serwatkowy w proszku, mąka arachidowa 2%, sól, lecytyna słonecznikowa, aromaty, substancje spulchniające: węglany sodu

-----------
od lewej: polski, angielski
Obie wersje były w sumie niezadowalające, przesłodzone i mdłe, mimo że tytułowy smak ewidentnie czuć. Powiedziałabym, że zrobiłam się wybredna, ale Kit Kata PB "na Polskę" jadłam już jakoś na krótko przed założeniem bloga i odczucia miałam bardzo podobne.
Kit Kat PB wypada dobrze w porównaniu np. do Cookie Dough, jest ciekawy jak na baton dostępny niemal we wszystkich sklepach, ale co z tego, jak i tak mi nie smakował?

sobota, 14 października 2017

Pacari Guayusa ciemna 60 % z Ekwadoru z guayusą

Podążając za ziołowymi smakami na kolejną "Pacari z zielskiem" wybrałam tę, bo wydała mi się zupełną nowością. Z guayusą nigdy wcześniej się nie spotkałam, więc oczywiście wygooglowałam, cóż to za dziwo. Otóż to "siostra yerba mate", która ma ponoć słodki, łagodny smak, a w Afryce jej liście parzy się jak herbatę, bo jest bardzo zdrowa. Dopisek "Runa" na opakowaniu oznacza (chyba)  od jakiej marki Pacari miało liście - strona internetowa Runa, która przestrzega zasad fair trade w Ekwadorze.

Pacari Guayusa to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao (miazga + tłuszcz) z Ekwadoru z guayusą.

Od razu po otwarciu poczułam bardzo wyrazisty zapach. Była to chłodna ziołowość (jak mięta, ale subtelniejsza i po prostu niemiętowa), umilona znaczącą nutą kwiatów i malująca się na kakaowej bazie, mającej wydźwięk cytrusów i rozgrzanej ziemi. 

Tabliczka była bardzo twarda, przy łamaniu głośno trzaskała i wydawała się "pełna". W ustach rozpływała się umiarkowanie powoli, łatwo i szorstko, ujawniając drobinki.

Przy pierwszym kęsie doznałam szoku. Poczułam się, jakbym właśnie odgryzła kawałek badyla, liścia i łodygi, jakiejś żywej rośliny wypuszczającej sok.

Poczułam smak takowej, ale idący w parze z ziołowością kojarzącą się z delikatnym naparem, ziołową herbatką. Świeżość i ziołowość w jednym.

Szybko rozeszła się słodycz. Była silna i znacząca, ale o stłumionym charakterze. Otaczała, ale też wypływała ze smaku zaparzonych ziółek - łagodnych, właśnie słodkawych. To taka ziołowa herbatka bez mocnych nut. 

W pewnym momencie słodycz skojarzyła mi się trochę z melasą i trawą cytrynową, bo zrobiło się bardziej rześko, kiedy kakao przebiło się subtelnie cytrusową nutą. To podkreślało roślinną świeżość.
Za ziołowością kryła się leciutka goryczka o kawowo-ziemistych nutach, ewidentnie orzechowo-kakaowa.
Pod koniec jednak znów wszystko ogarniała słodycz ziołowej herbatki i pozostawała na długo jako posmak.

Wolałabym, żeby gorzkości i cytrusowości kakao było więcej, ale rozumiem zabieg z ilością miazgi kakaowej - chodziło pewnie o to, by nie zagłuszyć smaku guayusy. Był on bowiem delikatny, przyjazny i słodkawy.

Czekolada była głównie słodko ziołowa, łagodna, ale ekwadorskie nuty także się przewijały. Była smaczna, ale przede wszystkim intrygująca za sprawą wrażenia, że ma się do czynienia z żywą rośliną puszczającą sok. Niezwykła soczystość roślin - poziom porównywalny do Pacari z marakują, tylko że tu... to było delikatne ziółko.

Osobiście wolę charakterne, mocne zioła i herbaty o wręcz goryczkowatym smaku, więc ta tabliczka nie wpisała się dokładnie w mój gust, ale podziwiam kompozycję (i nie mogę krytykować guayusy, że smakuje tak, jak smakuje). 


ocena: 9/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 19 zł
kaloryczność: 593 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa (48,84%), cukier trzcinowy (40%), guayusa (6%), tłuszcz kakaowy (4,96%), lecytyna słonecznikowa (0,2%)

piątek, 13 października 2017

wafelek KitKat Chunky Hazelnut

Po tego Kit Kata sięgnęłam dość niepewnie. Niektóre orzechowe rzeczy bardzo mi smakują, bo ogólnie uwielbiam orzechy. Ale! Większość orzechowych słodyczy dostępnych w sklepach jest sztuczna i ma według mnie metaliczny posmak, przez co ich unikam. Nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Kit Kat Chunky Hazelnut to "paluszek waflowy 19,7% z kremem z orzechów laskowych 19,7% w mlecznej czekoladzie 61,8%" ważący 42g od Nestle.


Po otwarciu poczułam słodko orzechowy zapach, nie będący specjalnie sztucznym oraz charakterystyczny zapach czekolady Kit Kata, przez który rozumiem kojarzący się z waniliowym budyniem motyw.

Baton był konkretny, oprócz dwóch warstw klasycznego kremu zawierał dość grubą warstwę gęstego, tłustawego i dość mocno proszkowego, kremu orzechowego, a całość otaczała czekolada. Wszystko było bardzo tłuste, ale poziom chrupkości wyszedł jak należy, za sprawą konkretnych wafli.

Czekolada była taka sama, jak w klasyku, a więc strasznie tłusta (ale taka kremowo-tłusta) i cukrowa, choć wciąż wyraziście mlecznoczekoladowa.

Bawiąc się w dzielenie "na warstwy", utwierdziłam się w przekonaniu, że dolna część środka została przeniesiona z klasyka - nijaki, słodki i tłusty krem, który został na szczęście przydzielony grubym i porządnym waflem, niestety nie neutralizującym słodycz smaku.

Krem orzechowy zupełnie odmienił wyraz batona, bo nijakiemu wnętrzu nadal smaku. Był niestety przede wszystkim słodki (zasłodził mnie, to prawda, ale cukru samego w sobie aż tak nie czuć), ale po chwili dochodził do tego smak orzechów laskowych w wydaniu trochę nugatowym. Nie był aż taki mocny, więc nie walił chemią, ale wystarczyło go, by zagłuszyć kiepskość.

W połączeniu z budyniowatą i również przesłodzoną czekoladą, krem orzechowy wywołał smakowe skojarzenie z mlecznym deserem orzechowy z bitą śmietanką czy coś. Było więc słodko, tłusto, ale też chrupiąco i konkretnie. Orzechowy smak czuć wyraźnie, ale nie był on przerysowany. Szkoda tylko, że przesadzili z cukrem i tłuszczem, ale te są na poziomie klasyka, więc wniosek jest następujący: wyszedł lepiej, niż klasyk.
Wniosek numer dwa: takie rzeczy już nie dla mnie. :P Niby nie umarłam, ale gdyby nie zabawa z obgryzaniem go, chęć spróbowania wszystkich posiadanych... Nie zawracałabym sobie głowy.


ocena: 6/10
kupiłam: sklep osiedlowy
cena: 1,99 zł
kaloryczność: 539 kcal / 100 g; wafel 42g - 228 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz palmowy, mąka pszenna, preparat serwatkowy w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, orzechy laskowe )2%), lecytyny, aromaty, sól, substancja spulchniająca: węglany sodu

czwartek, 12 października 2017

Zotter Mitzi Blue Cherry-Almond with Cinnamon biała wiśniowa z migdałami i biała z cynamonem

W tym roku czuję straszny niedosyt jeśli chodzi o wiśnie. Przez pogodę drzewa prawie w ogóle nie obrodziły, przez co te owoce, w końcu jedne z moich ulubionych, jadłam dosłownie kilka razy. Wiedziałam, że ta czekolada nie zaspokoi chęci na świeże, ale... przecież mogła stać się miłym substytutem.

Zotter Mitzi Blue Cherry-Almond with Cinnamon to biała wiśniowa czekolada z kawałkami brittle, czyli karmelizowanych migdałów (duży dysk) i biała czekolada z cynamonem (mały dysk).

Po otwarciu opakowania poczułam rozczarowanie zapach, który można podzielić na dwa nurty: cukierkowo-pudrową słodycz kojarzącą się z czerwonymi gumami rozpuszczalnymi oraz mocny cynamon w śmietankowym otoczeniu białej czekolady.

Dyski były dość solidne, twardawe. Żaden nie był nazbyt tłusty. Powiedziałabym nawet, że wiśniowy prawie w ogóle nie był tłusty; odebrałam go jako soczysty i odrobinkę proszkowy plastik. Rozpuszczał się strasznie opornie i długo, dopiero z czasem przy ssaniu puszczał sok, ale nie podobało mi się to. Mały dysk był za to przyjemnie kremowy, jakby "gęsty" i tłusty w sposób bardziej mleczny niż maślany.

Smaki pasowały do konsystencji, bo mały dysk rzeczywiście był mocno mleczny, śmietankowy, nieco waniliowo-maślany i znacząco słodki, ale w sposób szlachetny. Charakteru nadawała mu duża ilość cynamonu. Był wyrazisty, ale nie przesadzono z nim (nie był gorzki czy ostry).

Gdy przegryzałam się przez środek (nie dzieląc dysków na warstwy), czułam mnóstwo cynamonu i waniliowo-mleczną słodycz przełamywaną przez nutę soczystych wiśni. Proporcje w tej części (grubszy mały dysk) sprawiły, że słodki kwasek owoców tylko co nieco przełamał. Bardzo dobrze to wyszło.

Niestety, wiśniowa część w zdecydowanej większości występuje samodzielnie i wtedy czuć, że czegoś jej brakuje. Zwłaszcza na początku wydawała mi się nazbyt mdła, lekko tylko słodka. Potem smak zaczynał błądzić wokół jakiegoś mleka wiśniowego i wiśniowej gumy rozpuszczalnej. Było troszeczkę mlecznie, troszeczkę tylko słodko i trochę wiśniowo, ale... to były wiśnie słodkie i łagodne, a nie kwaśno-cierpkie i charakterne, co bardzo mnie rozczarowało. Ogólna słodycz dodatkowo je uładziła, a migdałowe brittle... to zupełny niewypał.

Prawda, poniekąd urozmaicały nudny dysk, owszem, kawałeczki były przyjemnie chrupiące i nietwarde, jednak... przy tym chwilami cukrowe. Napędzało to tylko słodycz, a przez maleńkość drobinko-płatków smak migdałów jakoś się gubił.

W całokształcie to całkiem w porządku Mitzi, jednak po zjedzeniu tylu Zotterów liczyłam na więcej. To po prostu wiśniowa czekolada z wyciętym charakterkiem wiśni z kiepskim dodatkiem mało migdałowych migdałów i dobrą białą czekoladą z cynamonem (jednak wystarczyło tyle, ile było, przy większej ilości pewnie i ona zaczęła by nudzić). Duży potencjał jeśli chodzi o dobór składników, ogromny plus, że nie wyszło za słodko, ale... jakoś temu wyrazistości również brak. Nuda i tyle. O wiele bardziej wolę wiśnie i migdały w Zotter Cherries and Almonds.


ocena: 6/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł (za 65g)
kaloryczność: 573 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone wiśnie (9%), odtłuszczone mleko w proszku, migdały (3%), pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, nierafinowany cukier trzcinowy, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon (0,1%), wanilia, sól

wtorek, 10 października 2017

A.Morin Venezuela Porcelana Noir 100 % ciemna z Wenezueli

Ta tabliczka była ostatnią z morinowskich setek. O ile z Wybrzeża Kości Słoniowej mi nie pasowała, tak z Peru Chanchamayo smakowała mi. Czego spodziewać się po trzeciej? Lada moment miałam znaleźć odpowiedź na to pytanie, a podniecenie rosło tym bardziej, że miała to być pierwsza czekolada zrobiona w 100 %-ach z ziaren Porcelana, a więc podgatunku criollo, kakao najdroższego na świecie. Ziarna te, będąc jeszcze w owocu, potrafią być zupełnie białe.

A. Morin Venezuela Porcelana Noir 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao Porcelana z Wenezueli.

Po otwarciu poczułam głęboką i intensywną czekoladowość w nieco palonym wydaniu, kryjącą w sobie akcenty ziemi i... kawy? Zawilgoconej, pozostawionej na dnie filiżanki? Miałam problem z określeniem tego, bo obok tej całej intensywności rozchodziła się lekkość, przez którą rozumiem słodki kwasek żółto-pomarańczowych owoców - na pewno nie cytrusów, a np. moreli. Było w tym jeszcze coś... oczami wyobraźni zobaczyłam drzewka owocowe zachwycające białym, delikatnym kwieciem, ale w sumie zapach nie wydał mi się mocno "kwiatowy". To już odległe skojarzenie.

Czekolada nie była zbyt ciemna, ale twarda już jak najbardziej. Przy łamaniu głośno trzaskała, wydała mi się "wypełniona po brzegi", a w ustach rozpuszczała się trochę dziwnie. Nietłusto (jak na setkę), na pewno nie oleiście. Powiedziałabym, że trochę opornie, ale nie męcząco. Może mulisto? Pod koniec pozostawiała pylisty, ale nie suchy, efekt.

Od pierwszego kęsa przywitała mnie smakowita, stateczna gorzkość kakao. Trwała dobrą chwilę, po czym została zalana przez słodziutki serek brzoskwiniowy. To skojarzenie było tak jednoznaczne, że do teraz nie mogę wyjść z podziwu.
Zaraz jednak smak rozszedł się na kilka płaszczyzn. Czułam już bardziej sernik z wierzchem z brzoskwiń, moreli i innych żółtych owoców. Było tak, jakbym zjadła właśnie te części, a następnie zabrała się za spód owego sernika.

Tutaj powracała gorzkość kakao, jednak już nie tak jednoznacznie czekoladowa. To biszkoptowy spód przyprawiony na nieco korzenną nutę, popijany... kawą? Mało kawową kawą... Jakąś konkretną herbatą (yunnan?). Na pewno czymś "fusiastym".
Klimat wciąż był owocowy, ale to w gorzkości pojawiały się nowe akcenty. Wychwyciłam orzechy lub migdały, które dały się wciągnąć słodyczy do biszkoptu. Migdałowy biszkopt? Mniam!

Do tego taki wypieczony z owocami, albo... przybrany kwiatami? Nie, to już coś innego. Słodycz nie była jednoznacznie kwiatowa, ale miała cechy lekkości takowej (?). Kwitnące drzewa owocowe... Owoce... czyżby wiśnie? Może słodkie i mało charakterne, ale jednak. Zaraz mi umknęły, czułam za to nutę kojarzącą się z lekkim winem. 

Na koniec smak znów robił się stateczny i intensywnie czekoladowy. To była gorzkość przyozdobiona zaskakująco wyraźną słodyczą. Zostawała w posmaku na bardzo długo.

Ta czekolada bosko połączyła moc czekolady 100 % z łagodnością ziaren Porcelana. Była wyrazista, gorzka, ale delikatna, bardzo owocowa, jednak raczej słodka niż kwaśna. Nie była nazbyt dynamiczna - nuty kręciły się wokół tych samych klimatów, ale przedstawiła całe mnóstwo niuansów. Łagodna jak na setkę (właściwie nie powiedziałabym, że to 100 %), ale zawierająca bogactwo smaku kakao jaką może mieć tylko czekolada bez dodatków innych niż właśnie kakao.

Wydała mi się połączeniem żółtoowocowej wersji Manufaktury Czekolady Wenezuela Porcelana Criollo 70 %Original Beans Piura Porcelana 75 %


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 34 zł (za 100g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wiem

Skład: miazga kakaowa

poniedziałek, 9 października 2017

wafelek KitKat Chunky Cookie Dough

W ramach testu KitKatów stwierdziłam, że skoro ten smak jakoś tam bywa dostępny, jak się dobrze poszuka, po prostu muszę go spróbować. Niby czytałam, że wymyślne smaki tych batonów nieszczególnie oddają tytułowe smaki, a ten na pewno wiąże się z zasłodzeniem, ale... dajcie spokój. Uwielbiam zakalce (mimo że w sumie nie jem), a właśnie zasłodzone lidlowe lody Cookie Dough ubóstwiam i nie umiem przejść obok nich obojętnie, to dlaczego miałabym nie dać szansy KitKatowi?


Kit Kat Chunky Cookie Dough to wafel z warstwą kremu cookie dough (19%) oblany mleczną czekoladą (60%) ważący 42g od Nestle.
Część klasycznego środka została zastąpiona kremem cookie dough, który według mnie jest kremem ciasteczkowym z kawałkami ciasteczek - to tak w uzupełnieniu tego, co producent napisał.

Po otwarciu poczułam wyrazisty, słodki zapach mlecznej czekolady taki jak w klasycznej wersji wzbogacony o wanilinowo-ciasteczkową nutkę, która rewolucji nie przeprowadziła, bo wciąż było kitkatowo w porządku.

Gruba czekolada była taka sama jak w klasyku, a więc tłusta i bardzo, bardzo słodka (według mnie za bardzo), choć wciąż mleczna, trochę kojarząca się z waniliowym budyniem, a nie tylko waląca cukrem.

Dobrze wypieczony, ale neutralny w smaku wafelek i mdły, słodki krem również zostały przeniesione z klasyka, ale tutaj zeszły na dalszy plan, zarówno smakowo, jak i pod względem konsystencji.

Baton nie utracił swojej konkretności, chrupkości, ale zrobił się... chrupiący inaczej. Bardziej chrupiąco-chrzęszczący, co zawdzięczał tłustemu i proszkowemu kremowi pełnemu drobniutkich i chrzęczących ciasteczek. Rzeczywiście jeśli o strukturę chodzi trochę przypominało to masę na ciastka, ale w smaku było głównie słodkie. Trochę mleczne, ale raczej cukrowe. Wydaje mi się, że jakiś posmak waniliny i coś kojarzącego się z ciasteczkami chwilami czułam, ale to było o wiele za słabe.

Już słodycz samej czekolady i kremu między waflami była według mnie za silna, a jeszcze ten cukrowy krem... Dla mnie to za dużo. Zacukrzyło mnie to totalnie i nie usatysfakcjonowało. Posmak a'la cookie dough? Nawet nie... coś niby-niby może, ale to taka bardziej cukrowa w smaku i chrzęcząca wersja klasyka. 


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 534 kcal / 100 g; wafel 42g - 224 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), mąka pszenna, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, laktoza i białka z serwatki, serwatka w proszku, lecytyna słonecznikowa, syrop glukozowy, kakao w proszku, naturalne aromaty, sól, substancja spulchniająca: wodorowęglan sodu

niedziela, 8 października 2017

Zotter "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles ciemna mleczna 60 % z nugatem z fistaszków i pokrzywową galaretką z chili

"Szkoda, że Obama nie mógł walić trzeciej kadencji..." - pomyślałam sobie czytając o ketchupowej czekoladzie Zottera. Ktoś jednak musi "uczynić Amerykę wielką", tak jak ktoś musi "uczynić dobrą czekoladę". Dobrą i ciekawą. A że czasy mamy szalone, potrzeba ludzi odważnych. Takich, którzy nie boją się... eksperymentować ze składnikami. Pokrzywa w czekoladzie? Kto Zotterowi zabroni?
Prawdę mówiąc, pokrzywa spożywczo nie jest niczym przełomowym, ale... kwestią sporną jest jej smak. Jednym wydaje się słodka, korzenna, inni mówią o "podłej ziołowości". Ja do naparu z pokrzyw mam neutralny stosunek (ot, wydaje mi się słodkawy i nieco mdły) ale zaliczam się do osób, które ogólnie ziołowe smaki bardzo lubią - prawie tak, jak czekoladowe eksperymenty.


Zotter "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana nugatem (30%) z orzeszków ziemnych i pokrzywową galaretką (24%) z chili.

Już w momencie rozchylania papierka uderzyła mnie moc fistaszków, której delikatnie wtórowała woń ciemnej czekolady. Był to ewidentnie zapach orzeszków, nie zaś masła orzechowego, a niemal niewyczuwalną ziołową nutkę odkryłam dopiero po przełamaniu.

Tabliczka wydała mi się konkretna i zwarta, mimo że nie twarda. Rozdzielenie na poszczególne warstwy było bardzo trudne, ale w ustach wszystko rozchodziło się bezproblemowo.
Zarówno czekolada jak i nugat były dość tłuste, ale "galaretka" nadawała soczystości, więc pod tym względem wszystko grało.

Czekolada stanowiła bardzo grubą warstwę i  rozpływała się kremowo i tłustawo, ciesząc swoim głębokim, wyrazistym smakiem o niemal kawowej gorzkawości, znaczącej orzechowej nucie (wydawało się, że wypływa ona bezpośrednio z kakao), subtelnym motywie mleka i sugestii słodkich pomarańczy. Z każdą chwilą utwierdzałam się w przekonaniu, że to Labooko Nicaragua 60 % Milk. Pyszna.

Od akcentu orzechów i mleka utworzyło się błogie przejście do nugatu. Zachwycał on wyrazistością orzeszków ziemnych, ale nie kojarzył się z masłem orzechowym. To raczej słodkawy, choć nie za słodki, mlecznawy krem z fistaszków (który wydał mi się jakby "gładkim kremem z orzeszków wyjętych ze Snickersa").

W tle cały czas pojawiała się gorzkawość kakao, aż nagle przebiła się słodycz środka.

To pokrzywowa część doszła do głosu. Trudno opisać jej konsystencję. Nie była to typowa galaretka - to coś pokroju miękkawego, nieco ciągnącego się i trochę lepiącego musu o wysokim poziomie soczystości.
W smaku "galaretka" najpierw przebijała się silną słodyczą, z której pozostałe części tabliczki wyciągały ziołowe nuty. Szybko robiło się mocno ziołowo, wręcz "aptecznie", ale wciąż bardzo słodko. Z czasem wydało mi się to niemal cukierkowe (ale tak "naturalnie") i trochę kwiatowe. Tylko trochę przypominało to napar z pokrzywy, bo ziołowość była silniejsza (w końcu w składzie są po prostu suszone liście), a słodycz oczywiście ogromnie zwielokrotniona. Przyjemnie wyszła tu nieco orzeźwiająca cytrusowa nuta zaznaczająca się w tle.
Wszystko to po chwili zagarniało chili, podszczypujące w język. Raz i drugi, czy to za szybko kawałeczek połknęłam czy coś, poczułam wręcz palenie w gardle, ale nie była to pikanteria przesadzona. Ogólnie chili przyjemnie "ocieplało".

To właśnie ta ostrość, ziołowość i orzechowo-czekoladowy smaczek (już tylko jako "ukoronowanie") zamykały degustację, pozostawiając w ustach przyjemny ziołowy akcent i poczucie słodyczy.

Całość była bardzo ciekawa. Spodobało mi się połączenie fistaszków z ziołowymi klimatami, a czekolada mleczna 60 % (smakująca wręcz ciemnoczekoladowo) wydaje się strzałem w dziesiątkę. Warto zaznaczyć, że ziołowość (mimo słodyczy) wyszła bardzo naturalnie i właśnie jak suszone zioła, a nie "herbatka pokrzywowa". Sama nie jestem jednak przekonana do takiej słodyczy galaretki (która to wciągała ziołowość w cukierkowe klimaty). Nie była przesadzona, ale spokojnie mogłaby być słabsza. Trochę kłóciła się ze smakowitą ostrością. Zastanawiam się też, czy wręcz słonawe masło orzechowe nie pasowało by tu bardziej niż (i tak pyszny!) nugat fistaszkowy. 


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 510 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, orzeszki ziemne, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, olej z orzeszków ziemnych, słodka serwatka w proszku, suszona pokrzywa zwyczajna, koncentrat soku cytrynowego, nierafinowany cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, substancja żelująca: pektyna jabłkowa, lecytyna sojowa, sól, wanilia, chili Bird's Eye, cynamon

sobota, 7 października 2017

wafelki KitKat Chunky; Extra Milk & Cocoa

Kiedyś uwielbiałam Kit Katy. Teraz, będąc szczera sama ze sobą, zastanawiam się, czy przypadkiem nie chodziło głównie o sposób ich jedzenia, a więc "obgryzanie" z czekolady itd. Obecnie gust drastycznie mi się zmienił, ale jedzeniem dalej lubię się bawić. To właśnie zmotywowało mnie parę miesięcy temu do rozpoczęcia wielkiego projektu pod nazwą "test Kit Katów" (do czego zupełnie straciłam zapał). Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że w międzyczasie Nestle wypuści nowość - ponoć bardziej kakaowego i bardziej mlecznego Kit Kata, którego postanowiłam zestawić z tym starszym.

Kit Kat Chunky to "paluszek waflowy (31,5%) w mlecznej czekoladzie (68,5%) od Nestle.


Po otwarciu poczułam intensywny zapach słodkiej mlecznej czekolady. Trochę waniliowaty i, jak na taki produkt, naprawdę porządny.

Całość była konkretna, a więc zadowalająco chrupiąca i niekrusząca się. Grubą warstwę czekolady można bezproblemowo zgryźć, po czym gładko i powoli rozpuszczała się w sposób kremowo-tłusty.

W smaku czuć to, co w zapachu, a więc wyrazistą mleczną czekoladę o mocno przesadzonej, cukrowej słodyczy. Kryła się w niej nutka waniliowego budyniu (?), co wydaje mi się dość charakterystyczne i niewątpliwie "na plus".

Same wafelki za wiele nie wnoszą, podobnie jak tłusty krem o smaku... słodko mdłym. On już nie był aż tak cukrowy, ale trudno go jakkolwiek określić. No, czuć tu jakąś "kakałkowość", "mlecznawość", ale i taki jakiś... tłuszcz po prostu.

KitKatowi smak nadaje głównie czekolada, która jest wyrazista, ale i cukrowa niestety, a wnętrze... oprócz chrupiącej struktury nie ma plusów. To średniak, który jednak jest w pewien sposób specyficzny, dzięki czemu wyróżnia się na rynku, ale nie uważam, by był nie do podrobienia. Obecnie jest dla mnie po prostu nudny i za cukrowy - do tego stopnia, że ledwo zjadłam 1/3 batona, bo od cukru drapało mnie w gardle.


ocena: 3/10
kupiłam: nie kojarzę
cena: jak wyżej
kaloryczność: 528 kcal / 100 g; wafel 40g - 211 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mąka pszenna, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz mleczny, preparat serwatkowy w proszku, lecytyny, aromaty, sól

------------------

Kit Kat Chunky Extra Milk & Cocoa to "paluszek waflowy (31,5%) w mlecznej czekoladzie (68,5%) od Nestle, który pojawił się jakoś latem 2017.


Po otwarciu poczułam zapach słodkiej mlecznej czekolady, który wydał mi się nieco delikatniejszy od starej wersji.

Jeśli o strukturę chodzi, to konkretny wafel się nie zmienił, ale krem w nowej wersji był o wiele bardziej proszkowy, wręcz szorstki, co mi się spodobało.

Czekolada smakowała podobnie, a więc mlecznoczekoladowo i wciąż cukrowo, ale nie aż tak, by cukier drapał w gardle od pierwszej chwili. Nie odnotowałam tu też wyraźniejszej "budyniowatej" nutki, choć nie mówię, że wcale jej nie było.

Wafel bez zmian, a mdły krem był nieco bardziej "kakałkowy", albo po prostu nieco mniej słodki (choć i ten ze starej wersji nie był tak słodki jak czekolada), ale wciąż nieokreślony.

Całość wyszła podobna do starej wersji, ale niewątpliwie mniej cukrowo. Nie czuć tu wyrazistszego mleka czy kakao, ale pewnie po prostu zwiększyli ich ilość kosztem cukru - i słusznie. Po zjedzeniu 1/3 było mi za słodko, ale nie aż tak jak w przypadku starej wersji. Co więcej, w tle plątał się jakiś wątły posmak - za słaby, by jakkolwiek go nazwać, ale zdecydowanie "na minus".


ocena: 3/10
kupiłam: Tesco
cena: 1,39 zł
kaloryczność: 529 kcal / 100 g; wafel 40g - 211 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mąka pszenna,m tłuszcz palmowy, tłuszcz mleczny, preparat serwatkowy w proszku, lecytyny, aromaty sól, substancja spulchniająca: węglany sodu
o 25% mleka i 6% kakao więcej w porównaniu do starej wersji

-------------
Nowy KitKat to wciąż głównie wafel w za słodkiej mlecznej czekoladzie, który bez problemu można pomylić ze starszą wersją (gdy się ich tak uważnie nie porównuje w krótkim odstępie czasu). W pierwszej chwili nastawiłam się do niego negatywnie przez umykającą "kitkatową" nutę, ale potem doszłam do wniosku, że suma summarum, wyszło na to samo.
W starym plus za specyficzną nutkę, która prawdopodobnie siedzi w cukrowej słodyczy (a której miejsce w nowej wersji zajął "dziwny posmak"), w nowym plus za obniżoną słodycz. Jednak... to różnica minimalna do tego stopnia, że jak widzicie, nawet nie przełożyło się to na oceny.