sobota, 30 grudnia 2017

Franceschi 60 % Venezuela Rio Caribe ciemna z Wenezueli

Wcale nie planowałam tak szybkiego rozpoczęcia przygody z Franceschi Chocolate, ale... tak jakoś wyszło. Markę stworzył drugi (poza Domori) właściciel wenezuelskiej Haciendy San Jose, więc gdy tylko te czekolady pojawiły się w Sekretach Czekolady, zamówiłam wszystkie, jakie były: linię Premium (która na recenzje jeszcze długo sobie poczeka) oraz Fine, czyli z wenezuelskiego trinitario. Przygodę postanowiłam zacząć od najmniej interesującej, bo z Rio Caribe, która przypomniała mi przepaloną Willie's Cacao Venezuelan Gold Rio Caribe 72 %.

Franceschi Chocolate 60 % Venezuela Rio Caribe to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao trinitario z Wenezueli z okolic przybrzeżnego miasta Rio Caribe w stanie Sucre.

Po otwarciu poczułam zapach orzechowo-drzewny (ukwiecone, kwitnące drzewa); raczej palony, ale i mający w sobie sporo soczystości owoców. Były bardzo delikatne, więc mam problem z ich nazwaniem, ale na pewno coś słodkiego i takiego... egzotycznego; także słodziutkie jagody, a w pewnym momencie pomyślałam nawet o grejpfrucie, tylko że bez kwasku czy goryczki, bo nad wszystkim dominowała słodycz. Trochę mnie przeraziła, bo nie była taka czysta, a nieco waniliowobudyniowato-bezowa (o tak, już się bałam, że wystąpią nuty bezy).

Tabliczka, mimo ciemnego koloru wydała mi się trochę... "umleczniona". Zarówno "na wygląd", jak i w dotyku.
Przy łamaniu usłyszałam głośny trzask, a w ustach rozpływała się gładko. Raz i drugi podeszła nieco pod plastik, pozostawiała trochę suchawy efekt, ale raczej była tłustawo-kremowa i dość zwyczajna.

W smaku od pierwszej chwili poczułam delikatną słodycz w towarzystwie akcentu prażonych orzechów, z którym mocno się związała.

Słodycz zaczęła rozwijać się i rozchodzić. Najszybciej zaprezentowała mi nugat, jakby uspokajając, że będzie właśnie nugatowo, a nie bezowo. Był to nugat łagodny, może troszeczkę waniliowo-śmietankowy, co otwierało przejście do kolejnego skojarzenia.

Budyniowe nuty z zapachu w smaku przedstawiły mi się jako moje wyobrażenie o deserze creme brulee, a więc tworze budyniowo-śmietankowym, bardzo słodkim, ale z palonymi nutami.
Tutaj mignęło mi też coś na kształt łagodnej kawy ze śmietanką.

Prażono-palone nuty równocześnie tworzyły własną ligę, ale mimo wyraźnie wyczuwalnych orzechów i nieśmiałej kawy, wcale nie było gorzko. W zasadzie... nawet tak bardzo palono nie było.

Słodycz też nie była zbyt natarczywa. Z tymi ciepłymi (palonymi) klimatami kojarzyła mi się w pewnym momencie nawet bardziej z likierem lub białym winem... od czego z kolei płynęła pewna egzotyczna soczystość, owocowość, ale nie jednoznaczny smak jakiś konkretnych owoców (choć raz i drugi poczułam "smak bananowy" - na pewno nie wyraziste banany).
W tle zaplątało się też coś może i grejpfrutowego, a nawet czerwono porzeczkowego, ale to raczej słodki miks jagód, bananów i... mango? Nie wiem, tonęły w ogólnie delikatnych nutach deserów.

Końcówka robiła się znowu bardziej nugatowo orzechowa, potem coraz bardziej prażono orzechowa, by takie nuty pozostawić w posmaku i wspomnienie czegoś bardziej... bananowo-bezowego (?).

Czekolada nawet mi smakowała, choć mam wrażenie, że na porządną prezentację nut smakowych te 60 % to jednak trochę za mało. Było bowiem dość słodko... nie że cukrowo, przesłodzono, czy coś, ale wiele nut odebrałam jako zbędnie dosłodzone. Wszelkie nugaty i desery nie są moimi nutami, a całość to właśnie łagodna kompozycja spokojnych smaków, niebezpiecznie oscylująca przy granicy "mdłych nut", ale nie przekraczająca jej. Była przyjemnie palona, a nie przepalona jak Willie's, choć ja chyba przepalone kakao niż takie dosłodzone.


ocena: 6/10
cena: 13,99 zł (dostałam zniżkę)
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa

piątek, 29 grudnia 2017

Wawel ciemna 43 % ze słonym karmelem i solą morską

W związku z przeprowadzką narzuciłam sobie  pewne ograniczenia w kwestii wydatków. Mając wiele na głowie, oszczędzając, a kochając czekoladę ponad wszystko postanowiłam dać szansę paru tańszym, zwykłym tabliczkom. Po naprawdę smacznych Baronach (70 % z miętą, biała z jagodami) i nie takim złym Wawelu z pomarańczą, mimo kilku paskud, wiedziałam, że można i wśród nich znaleźć jakieś ciekawostki. Z dzisiaj opisywaną nie wiązałam wielkich nadziei, ale kiedy dostałam część od Mamy - która to spojrzała ostatnio na Wawel przychylniejszym okiem (z racji kilku "pysznych cukierków z Biedronki") i zainteresowała się solonym karmelem, "ciemniejszymi (bo jeszcze nie ciemnymi) czekoladami" - pomyślałam: "a może akurat?".


Wawel Czekolada ze słonym karmelem to ciemna czekolada o zawartości 43 % kakao z chrupiącym solonym karmelem i solą morską.

Po otwarciu poczułam trochę cukierkową słodycz toffi-karmelu, co podchodziło pod plastik w towarzystwie czekoladowego zapachu, który starał się być jak najbardziej ciemnoczekoladowy, a kojarzył się z przypaloną (?) polewą. Nie było to zachęcające do spróbowania.

Przy łamaniu twarda, niemal czarna tabliczka wydawała pełny trzask. Jak się potem okazało, była pełna średniej wielkości kawałków chrupiąco-skrzypiącego karmelu, który nie był zbyt twardy, ani nie przyklejał się do zębów.

W ustach rozpływała się w średnim tempie, jak nieco plastikowa polewa, trochę proszkowa, raczej niezbyt tłusta.

W smaku już w pierwszej chwili dała o sobie znać karmelowo-toffi słodycz, mająca w sobie taką... taniość, tandetę.
Ogólna słodycz szybko się rozprzestrzeniła, ale nie zrobiło się cukrowo. Plątał się w niej raczej posmak kiepskiego mlecznego karmelo-toffi.
Wraz z wyraźnym smakiem kakao (ale nie gorzkością) stworzyło to wrażenie, że to tabliczka polewy, nie zaś czekolady. Dodatkowo nakręcała to ogólna... mlecznawość. Nie mleczność, o nie. Tylko taki nijaki, mlecznawy smaczek polewy, która ma ciemny kolor, ale w smaku nie jest ani ciemnoczekoladowa, ani mlecznoczekoladowa. Nie było to ani trochę przyjemne - odebrałam to jako maskujący się posmak margaryny i wyrobów czekoladopodobnych.

Z czasem do tego wszystkiego dołączał też słonawy akcent, który niewątpliwie przełamywał słodycz i wraz ze smakiem karmelu jakości niższej, niż przeciętna sprawiał, że nie było strasznie cukrowo.
Karmel oczywiście najlepiej czułam pod koniec, przy rozgryzaniu go. Trudno go nazwać mocno karmelowym. To właściwie takie trochę mlecznawe, trochę palone karmelo-toffi, nie wiadomo co.

Pozostawiało to mocny posmak polewy pseudoczekoladowej, kiepskich karmelowych cukierków i poczucie słonawości.

Całość wyszła więc za słodko, ale nie jakoś strasznie, bo i z elementami przełamującymi. Zasadnicze dodatki czuć, ale nie w takim stopniu, jakby się chciało. A już na pewno nie jest to jakość, jaką chciałoby się poczuć nawet przy czekoladzie z tej półki. Jej największym problemem było bowiem to... że nie wyszła jak czekolada, a jak polewa. Średnia w dodatku, choć całkiem zjadliwa (tylko że np. ja nie widzę sensu jedzenia takich rzeczy).
Jakościowo, w kwestii "czekolada czy polewa" przegrała z kretesem z Wawelem Luximo z pomarańczą.


ocena: 4/10
kupiłam: Mama kupiła (chyba) w Tesco
cena: 2-3 zł
kaloryczność: 526 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, kawałki karmelu 10% (cukier, laktoza, tłuszcz mleczny, mleko w proszku odtłuszczone, sól 0,8%, aromat, lecytyna rzepakowa), tłuszcz kakaowy, tłuszcze roślinne (palmowy, Shea), sól morska 1%, lecytyna sojowa, E467, aromaty

środa, 27 grudnia 2017

Zotter Bread and Roses mleczna 40 % z warstwą czekolady porzeczkowej z różanym marcepanem i kremem z wódką chlebową

Kocham różane smaki, więc każda nowość Zottera z różą budzi we mnie ogromne emocje. Zwłaszcza, gdy jest to kompozycja dość kontrowersyjna. Róże i ciemny chleb, alkohol...? Dobra, uwielbiam słodycze z alkoholem, jem tylko ciemny chleb, ale że tak w różanej czekoladzie? Nie mogłam sobie tego wyobrazić aż do momentu, gdy wyczytałam, że chodzi o wódkę z ciemnego chleba zotterowskiego wyrobu. A już zdążyłam się wystraszyć, że dodano kawałki chleba jak w Verjuice Green Grapes.
Ciekawy jest sam tytuł czekolady, bo nawiązuje do motta protestujących w 1912 roku pracownic fabryk tekstylniczych, w odniesieniu do których padły słowa, że kobiety potrzebują zarówno chleba, jak i róż.


Zotter Bread and Roses to mleczna czekolada o 40 % zawartości kakao z warstwą czekolady porzeczkowej nadziewana różanym marcepanem oraz kremem czekoladowo-mlecznym z wódką z ciemnego chleba.

Od razu po otwarciu poczułam piękny i intensywny, ale nie przerysowany zapach róż, którym wtórował marcepan i mleczna czekolada. Po przełamaniu zapach róż wciąż dominował, marcepan odebrałam jako nieco podkreślony alkoholem, ale w sumie alkoholu nie czułam.

Przy łamaniu gruba warstwa kremowej czekolady, która została pogrubiona od środka jeszcze warstewką porzeczkowej, trzasnęła, a nadzienia... okazały się wyjątkowo plastyczne, miękkie i niemal mokre.
Marcepan był średnio przemielony i dość rzadki, wilgotny, dzięki czemu rozpływał się, ale i przyjemnie chrzęścił, a krem czekoladowy... przypominał gęsty sos, a więc był czystą definicją tego, czym jest ganache.
Całość trudno porozdzielać: czekolada porzeczkowa była niemal wtopiona w mleczną, nadzienia były tak miękkie, że spójnie się zlepiły, ale w sumie... w ustach wszystko to łatwo się rozchodziło. Mimo to, a może właśnie dlatego, najlepiej smakowało w całości, bez dzielenia, gdyż smaki świetnie się uzupełniały.

Cudowna, łagodna czekolada uraczyła mnie głębokim, pełnym smakiem mleka i nieprzesadzoną słodyczą, do czego szybko zaczęły przyłączać się różane nuty.

Bardzo dobrze wyszło tu niepewne zaznaczenie się owocowego kwasku, który jednak szybko się chował.
Rozwijał się za to smak różany. Nasilał się, stawał się głównym bohaterem. To wokół niego wszystko się kręciło, ale dopuścił także inne nuty do głosu, nie zabił ich.

Spod róż bowiem smakowicie zaczął przebijać się charakterny, mocno migdałowy marcepan. Słodycz, która się rozeszła, jak najbardziej tu pasowała, nie była zbyt silna. Harmonijnie zeszła się z mlecznymi smakami i alkoholem.

Alkohol pochodził z czekoladowego kremu, ale idealnie zespoił się z marcepanem, podkreślając go. Nadał różom charakterniejszego, bardziej wytrawnego niż słodkiego wydźwięku, co wyszło co najmniej intrygująco. Gdy marcepan rozszedł się po ustach, a na scenę wkraczał krem, zaczęło się robić bardziej czekoladowo, co jednoznacznie skojarzyło mi się z wysokiej jakości cukierkami-truflami z wódką. O tak, nie da się ukryć, że to taki konkretny alkohol tu dodano, ale czułam jego jakość i taki głębszy smaczek.

W pewnym momencie miałam wrażenie, że nadchodzi taki suchawy efekt słodkich, mocno akoholowych trufli, ale wtedy spomiędzy róż i marcepanu przebił się kwasek porzeczek, świetnie pasujący do róż. Był delikatny, miał w sobie także słodycz i tylko co nieco przełamał (nie był zbyt mocnym smakiem).

Zakończenie było mocno różane, czekoladowe na wiele sposobów, wyraziście marcepanowe i alkoholowo-truflowe, co też pozostawało w posmaku.

Podobało mi się, że mimo "słodkiej tematyki" wyszło tak wytrawnie i konkretnie. Żaden ze smaków nie wydał mi się przerysowany.
Osobiście wolałabym bardziej zwarty środek; myślę też że np. czekolada mleczna % nie zaszkodziłaby.


 ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 498 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, wódka z chleba brązowego, mleko, woda różana, suszone porzeczki, odtłuszczone mleko w proszku, sól, wanilia, olejek różany

wtorek, 26 grudnia 2017

Endangered Species 72 % Dark Chocolate with Hazelnut Toffee ciemna z Afryki z orzechami laskowymi i toffi

Nie lubię sytuacji, gdy ktoś, kto zna mój gust tylko częściowo i kupuje mi coś ciesząc się na starcie, że tak dobrze trafił. Takim prezentem była właśnie czekolada amerykańskiej firmy Endangered Species wspierającej różne organizacje chroniące środowisko, zwierzęta itd. Marka mnie zaintrygowała (niektóre tabliczki mają naprawdę ciekawe dodatki), ale akurat gdybym to ja wybierała, na pewno nie padłoby na ten wariant. Poniekąd czekolada wyglądała dobrze, ale miałam wątpliwości, czy dodatek nie okaże się specyficznym amerykańskim toffi, które mi nie podchodzi (myślę o takim twardym z posmakiem smażenia, np. Hershey's Nuggets Milk Chocolate with Toffee & Almonds).

Endangered Species 72 % Dark Chocolate with Hazelnut Toffee to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Afryki Zachodniej z kawałkami prażonych orzechów laskowych i toffi.

Po rozchyleniu papierka i sreberka poczułam mocno palony zapach podbudowany maślaną słodyczą. Gdy palony motyw nieco się rozszedł, ukazał ciepło i kawę. Było smakowicie, po przełamaniu trochę mniej, bo do palonej kawy doszedł wyraźniejszy zapach masła i toffi.

Przy łamaniu ciepło ciemnobrązowa tabliczka była twarda, trzaskała. Już w przekroju widać całkiem spore kawałki orzechów i toffi.

Rozpuszczała się tłustawo-kremowo, raczej gładko, ale z minimalnie suchawo-pylistym efektem neutralizującym ewentualne poczucie tłustości. Powoli odsłaniała dodatki, którymi były średniej wielkości kawałki orzechów i toffi (też orzechów w toffi). Laskowce miały strukturę świeżych (ale były prażone), czyli miękkawo-soczystych i lekko chrupiących. Toffi zaś skrzypiało, przy rozgryzaniu, było miękkawo-chrzęszczące i klejące, ale szybko miękło, rozpuszczało się. Kilka kawałków było co prawda twardszych, chrupiących, ale nie była to zła twardość.

Od pierwszego kęsa czuć równowagę między słodyczą a gorzkością. Oba smaki były wyważone i raczej proste.
Początkowo słodycz wydała mi się trochę tandetna. Silna, ale wcale nie tak bardzo... po prostu nie należała do tych bogatych i głębokich. Dzięki temu, że była jakby złączona z gorzkawością, zaraz zaczęła kojarzyć się z jakimś syropem do kawy (nie używam, a to skojarzenie było neutralne).

Ogólnie zrobiło się kawowo, słodycz robiła się zwyczajna (poczucie tandety znikało zupełnie), palony charakter nabrał pewności siebie, a mi do głowy przyszło przypalone, może nawet nieco piernikowe czekoladowe ciasto. Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że ta czekolada była mocno palona, bo zaraz nadeszły też skojarzenia ze słodkim i kakaowym zakalcowym murzynkiem, może brownie. W oddali odzywał się orzechowy posmak.

Mniej więcej od połowy słodycz robiła się bardziej toffi-opalana. Pojawiała się słodko maślana nuta otwierająca drogę dodatkom. Te bowiem przebijały się tu i ówdzie, a wyraźnie było je czuć dopiero, gdy już czekolada nieco je odsłoniła. Okazały się bardzo do niej pasujące.

Toffi nie było czystym cukrem, wyraźnie czuć w nim maślaność i minimalnie opalano-słonawy posmak. Orzechy laskowe cieszyły jakością, wyszły raczej wyraziście, ale też nie jakoś wyjątkowo. Ich smak został maksymalnie podkręcony ni to grillowaniem, ni podsmażeniem (nuta karmelizowania w maśle). Świetnie wpisały się w palony charakter czekolady.

Całość pozostawiała palono gorzkawy posmak, tylko trochę silniejszy niż również palona toffi-karmelowa słodycz.

Czekolada wyszła bardzo harmonijnie: nie za słodko, nie za gorzko. To bardzo przystępna propozycja, bo wszystko było... wyśrodkowane (i smaki, i konsystencja). Toffi zaserwowano takie, za jakim nie przepadam (ale mogło być jeszcze "takie, jakiego nie cierpię"), coś mi nie grało w słodyczy czekolady, ale muszę przyznać, że to dobra tabliczka, choć wyszła o wiele bardziej toffi niż orzechowo. Nie wyróżnia się niczym specjalnym (wolałam też nie do końca w moim stylu, ale smaczną Ghirardelli Intense Dark Toffee interlude).
Żałuję, że nie dostałam np. tabliczki z solonym karmelem, bo ta po prostu nie wpisała się w mój gust, a oprócz tego była zwyczajna (zwyczajnie całkiem w porządku).


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: dostałam
kaloryczność: 488 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), orzechowe toffee (masło: śmietana, sól; cukier trzcinowy, prażone orzechy laskowe, syrop z tapioki, lecytyna sojowa)

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Jordi's White Chocolate & Cocoa Nibs biała z nibsami

Specjalnie kazałam czekać Hershey's cookies 'n' cream, niż (i tak nie) zamierzałam, chcąc "pokazać jej", jak powinna prezentować się i (przede wszystkim!) smakować przeurocza czekolada-dalmatyńczyk. Przynajmniej miałam nadzieję, że tak będzie. Czekolada bowiem strasznie zaciekawiła mnie parę miesięcy wcześniej, kiedy to składałam gigantyczne zamówienie. Z czasem zaciekawienie osłabło, ale... nadal liczyłam na niezły kąsek, "bo taki inny", mimo że nie jestem wielbicielką białych czekolad, a dodatek nibsów rzadko kiedy mi w pełni pasuje.

Jordi's Chocolate White Chocolate & Cocoa Nibs to mleczna czekolada z nibsami, czyli kawałkami prażonych ziaren kakao.

Gdy tylko otworzyłam folię poczułam mocny kwasek kakao, jego niemal soczystą nutkę, co bardzo mnie zaskoczyło. Zaczęłam wąchać tabliczkę z każdej strony i zapach ziaren kakao wciąż dominował, mimo że wiadomo która strona pachniała też maślaną białą czekoladą. Było to dość kontrastowe, ale i dziwnie spójne, a na pewno bardzo kuszące!

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się konkretna, kilka nibsów odpadło, ale większość mocno się trzymała. Było ich tak dużo, że odpadanie wcale nie szkodziło. Właściwie... wolałabym, żeby tych nibsów było mniej, chyba... chociaż nie wiem, myślę, że recenzja smaku wszystko wyjaśni.

W ogóle miałam problem z tym, jak jeść tę czekoladę. Nibsami do dołu było okropnie, bo czułam głównie je, ale wydawało mi się, że "jakieś słodkie masło" je opływa, zupełnie nie czuć było białoczekoladowości, nie miałam poczucia, że jem czekoladę, a nibsy z polewą. Czekoladą do dołu... to z kolei czułam jej smak, a sama miałam poczucie pewnej sztywności, bo kawałek najeżony nibsami tak dziwnie leżał w ustach... Kręcenie i wysysanie całości powodowało rozwalanie się, "bałagan w ustach" i efekt podobny do "nibsy w polewie".
Czekolada przypominała właśnie taką tłustą, źle rozpuszczającą się i z lekko proszkowym efektem polewę.
Nibsy miały cudowną strukturę, bo były naturalnie miękkawo-soczyste (nie były ostre lub twarde, by bać się o zęby), a przy tym chrupiące.

Już od pierwszego kęsa czekolada raczyła naturalnym smakiem głównie masła, ale też mleka. Wydała mi się trochę bardziej mleczna od Darjeeling, ale też głównie maślana, z tym że tu maślaność była zwykła. Słodycz przy tym nie odegrała dużej roli i całość wydała mi się jakaś... mdło-maślana i kiepska po prostu.

Wszystko to zostało podporządkowane nibsom. Było jedynie tłem dla nich. Nierozgryzane bardzo szybko roztaczały swój niekwaśny, gorzkawo dymno-palony smaczek. Trochę dziwnie było tak czuć kakao w towarzystwie białej czekolady.
W połączeniu z maślano-mlecznymi, słodkimi nutami na chwilę zrobiło się zaskakująco czekoladowo, jednak gdy już w trakcie rozpuszczania się czekolady zaczynałam rozgryzać nibsy, robiło się coraz mniej czekoladowo, a bardziej gorzkawo, z wyczuwalnym "drzewnym popiołem".
Gdy czekolada znikała prawie zupełnie, a ja skupiałam się na reszcie nibsów, rozgryzałam je dokładnie, ze smaku kakao poszły w jednoznaczny smak... piwa (co mi akurat się podobało).

To "piwne" nibsy zostawały w posmaku, z pewnym "poczuciem tłustości nie wiadomo czego".
Jak już, to z chęcią wyłuskałabym wszystkie nibsy i zjadła je osobno jako ciekawostkę (bo nie lubię jeść różnego rodzaju chrupaczy), ponieważ czekolada mi nie smakowała.

To jednak niewątpliwie ciekawa tabliczka, mająca niezły moment (ten "czekoladowy"), ale będąca według mnie... beznadziejną czekoladą. To raczej twór do chrupania, nibsy. Nibsy z tłustą, mdłą polewą. Osobiście nie lubię orzechów itp. w czekoladzie, nie lubię takich rzeczy jeść (rozpuszczać? rozgryzać od razu? ...). Trzeba przyznać, że to bardzo dobrze zrobione nibsy, ale już w kwestii czekolady... przez ilość tych intensywnych, smakowitych nibsów trudno coś o niej powiedzieć. Wydała mi się przy nich nijaka i wręcz polewowa. Może to kontrast, a może po prostu taka była.
Nie zjadłam nawet połowy, a jedzenie tego po prostu mnie zmęczyło. Resztę oddałam Mamie, która miała takie same wnioski.
Zupełnie nie smakowała mi ta czekolada. Co z tego, że nibsy były dobre, jak to miała być czekolada z nibsami, a nie nibsy w okropnej polewie?
Pójdę nawet dalej i stwierdzę, że nie widzę sensu jedzenia takowej czekolady w równym stopniu co Hershey's. Obie mają przyjemny dodatek, są z pomysłem, ale co z tego, skoro nie smakują, jak trzeba? Tu dodatkowo cena jest zabójcza, bo Hershey's w USA to półka "batoników i gum do żucia przy kasie".

Tak swoją drogą, obecnie ta czekolada ma zmieniony skład, kolejność składników jest inna: nibsy trafiły na sam koniec. Czyżbym nie tylko ja miała z tą tabliczką taki problem? I... ciekawe, czy czekoladę zmienili, bo jeśli nie, to dalej kiepsko. Ja na pewno nie mam zamiaru tego sprawdzać.


ocena: 4/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 20 zł (za 50g; chyba ze zniżką)
kaloryczność: 634 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, ziarno kakao, mleko w proszku, cukier trzcinowy

sobota, 23 grudnia 2017

Jordi's biała z zieloną herbatą darjeeling

Nie wyobrażam sobie dnia bez herbaty i odkąd pamiętam, mój wzrok padając na czekolady z herbatami, zawsze zatrzymywał się nieco dłużej niż w przypadku wielu innych dodatków. Niestety nigdy nie trafiłam na dobre, wyraziste połączenie tego. Po spróbowaniu ciastka z Odette o nazwie Darjeeling Noir (instagramowa recenzja), które też mnie nie usatysfakcjonowało, zwróciłam uwagę na nowości, które pojawiły się w Sekretach Czekolady. Jako że jedną z nich była czekolada z tą herbatą uznałam, że to jakieś zrządzenie losu. Kupiłam bez zastanowienia, bo w cenniku miałam "darjeeling 63%" i założyłam, że to ciemna czekolada. Niestety... w domu okazało się, że to biała z zieloną darjeeling. Kocham zieloną herbatę, ale o zielonej z Darjeeling usłyszałam po raz pierwszy (zawsze z tego regionu kupowałam herbatę czarną, której nuty kojarzą mi się z kwiatami i - uwielbianymi przeze mnie - herbatami czerwonymi). Po czekoladę sięgnęłam zbita z tropu i nie mając nadziei na nic pysznego (bo zielona herbata z białą czekoladą jakoś "mi się nie widziała).

Jordi's Chocolate Darjeeling to biała czekolada z zieloną herbatą darjeeling.

Od razu po otwarciu poczułam silny maślany zapach białej czekolady z bardzo odległą, delikatną nutką mleka. Słodycz i maślaność łączyły się z dość wyraźnym zapachem zielonej herbaty, co mogłoby wydać się bardzo ciężkie, gdyby nie to, że i trochę rześko kwiatowy motyw herbaty się w tym zaplątał. Mimo wszystko, przez silną maślaność i ciężkawość średnio mnie to zachęcało.

Przy łamaniu tabliczka była dość konkretna, choć już w dotyku czuć jej tłustość (ale nie tłuściła palców). W ustach też była tłusta, rozpływała się powoli, ale łatwo. Szybko okazało się, że jej tłustość wcale nie odstraszała, bo została przełamała pylistością, uzyskaną dzięki zmielonej herbacie. Wyszło przyjemnie.

Po umieszczeniu kawałka w ustach poczułam masło. Pierwszym wrażeniem, które poraziło mnie po paru pierwszych sekundach, było "niesłodkie masło z herbatą". Wydało mi się to obrzydliwe, ale zaraz zaczęła dochodzić reszta niuansów, na które po tym pierwszym szoku już bardziej zaczęłam zwracać uwagę.
Otóż masło to miało w sobie niemal "orzechowawą" nutę, kojarzącą się trochę z miękkimi nerkowcami, co pewnie nakręcała nieśmiała nutka mleka. Z tak znikomym smakiem mleka w zwykłej białej czekoladzie (w sensie, że nie w wegańskim zamienniku) jeszcze nigdy się nie spotkałam.

Herbatę czułam od początku do końca i to do niej należał posmak. Najpierw tylko zaznaczała swoją obecność po prostu delikatnym smakiem zielonej herbaty, który... był tak subtelnie ziołowy, że w sumie nawet bardziej warzywny. Wysublimowana goryczka pojawiała się jednak raz po raz.

Herbata w końcu roztaczała słodsze klimaty. Słodycz zdawała się pochodzić właśnie jedynie od niej. Niosła ogrom kwiatowej rześkości, w pewnym momencie coś niemal kwiatowo-owocowego, taki charakterystyczny posmak herbat Darjeeling.

Pod koniec jeszcze ta maślaność troszeczkę się zaznaczyła, by jednak w posmaku zupełnie ustąpić miejsca cudownie wyraźnej herbacie o słodkawych, kwiatowych nutach.

Po zjedzeniu (z tym błogim posmakiem kwiatowej herbaty!) nie wiedziałam już, jak w pierwszej chwili ta czekolada mogła wydać mi się obrzydliwa. Owszem, nie lubię masła... ale to w sumie nie było masło. To było coś bogatszego, a potem... to już na pewno bogactwo herbacianych aromatów, którym nie sposób nie ulec. Wyrazistość nut zielonej herbaty Darjeeling sprawiła też, że zrozumiałam, dlaczego tak wycofano mleko - przecież zawsze wszędzie piszą, że do tych herbat nie dodaje się mleka. Rzeczywiście. Nie sądziłam, że ta czekolada zrobi na mnie takie wrażenie. To w sumie była bardziej herbata zamknięta w tabliczce, ale... jaka inna, intrygująca i... smaczna! Równie genialna co Domori Matcha.
Pewnie, że jednak biała, że tłusta, a więc nie wrócę do niej, ale cieszę się, że ją kupiłam, ze smakiem zjadłam całą tabliczkę i nie sposób jej nie docenić (co chyba odzwierciedla ocena; Domori jednak ma wyższą przez szczegóły, a więc konsystencję, podział tabliczki i osobiste względy, jak np. większa mleczność itp.).


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25 zł (za 50g; chyba ze zniżką)
kaloryczność: 637 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier trzcinowy, zielona herbata

piątek, 22 grudnia 2017

Manufaktura Czekolady Johe Criollo 70 % ciemna z Nikaragui

Uwielbiam Manufakturę Czekolady. Właśnie szykowałam się do zrobienia wielkiego zamówienia, gdy dowiedziałam się, że ich biała seria właściwie się skończyła. O co chodzi? Otóż wyszły trzy tabliczki z najwyższej jakości rzadkich ziaren (Nicalizo, Porcelana i Johe). Niestety, ich ilość była ograniczona i na Nicalizo już się nie załapałam. Pocieszałam się, że Porcelanę jadłam jeszcze w starym opakowaniu, a Johe... Zdobyłam przy zamawianiu Zotterów z foodieshop24.
Czułam prawdziwy smutek, ale pomyślałam, że dobrze, że chociaż tę kupiłam. W końcu to kakao z Nikaragui, a ciemnej stamtąd jeszcze nie jadłam. Samo to było już takie podniecające!

Manufaktura Czekolady Johe Criollo 70 % kakao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao odmiany Criollo typu Johe z Nikaragui.

Tabliczka koloru ciemnego brązu delikatnie pachniała rozgrzaną ziemią i orzechami. Kryła w sobie ciepło, ale nie motywy palenia. Przez myśl przemknęła mi kawa ze śmietanką, ale klimat zaraz zrobił się bardziej roślinny... roślinno-suszony? Kwiatowy? Na pewno jeszcze z jakimś owocowym motywem, którego nie mogłam złapać. Jakieś małe ciemne owoce i przyprawiony korzennie dżemor (morelowy?) na mlecznej bułeczce?

Przy łamaniu usłyszałam cudny trzask, po czym zobaczyłam ziarnisty przekrój. Trochę zaskoczyło mnie więc zalepiająco kremowe rozpuszczanie się. Czekolada była trochę tłustawa i z pylistym efektem, jak trufle belgijskie.

Od pierwszej chwili czułam wszechobecną, ale wcale nie mocną, słodycz. Skojarzyła mi się z toffi, którego słodycz została mocno przełamana śmietanką.

Po chwili w tle dawała o sobie znać subtelna gorzkawość. Pomyślałam o orzechach włoskich i migdałach, z czego zaczął się tworzyć bliżej nieokreślony orzechowy miks. Śmietankowe akcenty słodyczy zaczęły mi też w tym momencie podsuwać do głowy jakby... śmietankową, delikatną kawę.

W tym czasie słodycz rozchodziła się na soczyście-owocową i lżejszą, jakby zamgloną.

Szybciej i mocniej odzywała się ta owocowa. Nagle stawała się soczystym, słodkim kwaskiem. Pomyślałam o suszonych morelach, dżemie z nich, a potem... jakby coś egzotyczniejszego, np. miękki suszony ananas, ale zaraz robiło się "za ciepło i za korzennie" na egzotykę. Może suszone jabłka? Suszone jabłka z jakimiś innymi, kwaskowatymi owocami (wiśnie?) albo i niesuszone kwaskowate jabłka? Nie wiem, miałam ogromne problemy z określeniem tego, smak był bardzo niejednoznaczny w tej kwestii. Smak owoców nie był mocny; mocne było poczucie owocowej soczystości. Miałam wrażenie, że to jakieś owocowe trufle-praliny belgijskie.

W tym czasie w tle cały czas wszystko tonowała łagodna gorzkawość orzechów i... z czasem zaczęłam myśleć o wspominanej kawie jako o "ciepłym naparze", w dodatku przyprawionym korzennie. Jakby jakaś taka herbata? Producent pisze o zielonej herbacie, ale tej raczej nie czułam (chyba że jakaś "zielona chai latte"?).

Wspomniana zamglona słodycz najpierw przeszła od "przełamanego toffi" do... melasy? Przypomniały mi się lody Haagen-Dazs Artisan Collection Ginger Molasses Cookie. Jakby melasa w połączeniu z korzennymi (ale nie imbirem w przypadku tej czekolady), przyprawami. Może coś lekko chłodzącego jak lukrecja, a z typowo korzennych... goździki i gałka muszkatołowa?

Przyprawy i trufle belgijskie z owocowymi nutami przywiodły mi na myśl pierniczki w czekoladzie. Miało to ciepły klimat, także trochę kojarzący się z rozgrzaną ziemią.
Gdy zostało mi jakieś 6 kostek, także i zapach zaczął wydawać mi się bardziej pierniczkowy.

Właśnie pierniczki zawłaszczały sobie końcówkę, cudownie łącząc się z orzechami i migdałami oraz z ciepło ziemistą nutą i posmakiem... śmietankowej kawy albo i herbaty.
Trudno mi jednak konkretne owoce wyróżnić (suszone morele i suszone ananasy, jabłka...? wiśnie? czyżby wszystko suszone?). Chyba że jakaś owocowa herbata...

Czekolada wyszła słodko-gorzkawo ze znacząco owocowym motywem. Nie znaczy to jednak, że była bardzo słodka, gdyż jej słodycz była po prostu rozbudowana, bogata, głęboka. Wszystkie smaki można nazwać subtelnymi i głębokimi. Gorzkawość bardzo stonowana i naturalna (orzechy, kawa-herbata), a w końcu owoce... niby jakiś zarys kwasku, ale generalnie kwaśno nie było.
Smakowała mi, ale wydała mi się trochę za łagodna (pewnie specyfika Johe). Już konkretniejsza była Zotter Labooko Nicaragua 60%, z którą pokryły się nuty kawy, "owocowej słodyczy" (ale inne owoce), orzechów. Suszone morele i orzechy pojawiły się też w Labooko Nicaragua 50 %. Wszystkie te czekolady miały w sobie coś śmietankowego (tamte mimo że mleczne, to właśnie na śmietankę bardziej uwagę zwracałam) i coś z małych, ciemnych owoców - Zottery bardziej porzeczki, tutaj mgliście i niejednoznacznie chyba wiśnie.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 39 zł (za 50g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie wiem

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

czwartek, 21 grudnia 2017

Hershey's Cookies 'n' Creme biała z kakaowymi ciasteczkami

Obiecałam Cookies and Cream przy okazji Hershey's Cookies 'n' Chocolate i Dove Cookies&Cream? Obiecałam! A ja słowa dotrzymuję.
Najpierw jednak, parę słów wyjaśnienia "co i jak". Kiedy zimą 2014 udało mi się kupić tę czekoladę w Warszawie, byłam nią zachwycona. Potem w Stanach (latem 2015) znów miałam okazję ją spróbować na szlaku i też nie narzekałam, ale pierwsze zauroczenie już opadło. Z tą recenzją zwlekałam, bo... straszliwie mi się ta czekolada podoba (toż ona jest urocza! czekoladowy dalmatyńczyk normalnie <3) i nie chciałam psuć sobie wspomnień z nią związanych, ale cóż... Hershey's i odkrycie prawdy czekało, a ja miałam w szufladzie jeszcze jedną "dalmatyńczykową tabliczkę".


Hershey's Cookies 'n' Creme to biała czekolada z kakaowymi ciasteczkami.

Kiedy otworzyłam opakowanie i zbliżyłam czekoladę do nosa poczułam słodki wanilinowo-śmietankowy zapach. Prawie czysty cukier wanilinowy.
Wygląd... na dole widać pełno malutkich ciasteczek: wszystkie w kształcie kulek, przebijające się lekko także z wierzchu. 
Podział na prostokątne kostki, bez niepotrzebnych udziwnień, jak to było w przypadku Dove. 
Zakochałam się w tym wyglądzie, naprawdę... Uważam ją za przeuroczą i słodką i najchętniej bym ją tylko podziwiała, nie jedząc.

Prawie topi się w rękach, więc już czuć, jak tłusta jest.
Pierwsza kostka wylądowała w ustach i potwierdziła dwie rzeczy: jest tłusto i słodko, przy czym zwłaszcza to drugie określenie nie jest już zaletą, jak w akapicie wyżej.
Czekolada jest bowiem straszliwie słodka. Przy drugiej kostce już mi ta słodycz zaczęła przeszkadzać (a zwróćcie uwagę, jakie są cienkie i ile gram ma cała tabliczka).

Gdyby to była czysta biała czekolada... miałabym chyba odruchy wymiotne przy pierwszej kostce.
Gdzieś pod tą słodyczą czułam smak mleka, jednak bez szału, bo bardzo mdłego mleka. Mocniejszy był raczej smak lekko maślany, w którym nie odnotowałam posmaku obrzydliwych tłuszczy. 
Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło i spojrzałam na skład: typowy dla Amerykanów zapis "oleje roślinne" i wymienione od tego, którego jest najwięcej. Owszem, jest tam też olej palmowy, ale jestem skłonna uwierzyć, że aż tak dużo go tam nie ma, albo cukier go tłumił.

Cukier z kolei został przełamany przez gorzkość i lekko słonawy smak ciasteczek kakaowych. Czekolada bardzo szybko się rozpuszcza, dzięki czemu ciasteczka dochodzą do głosu zaraz po tych pierwszych niuansach. Jest ona bardzo miękka - jak ciepła plastelina, tłusta i proszkowa, ale trafiając na ciasteczka, to na nich się skupiałam.

To jest element, który sprawił, że w gruncie rzeczy... to było zjadliwe. Jest ich bardzo dużo; więcej niż w Dove i smakują jak herbatniki typu Oreo (bez kremu), tylko może są jeszcze bardziej słonawe. Zupełnie nie wydają się słodkie.
Rozpuszczają się znacznie wolniej od czekolady, ale jak się je zębem potraktuje, to i przyjemnie chrupać potrafią. To rewelacyjny dodatek. Kiedy prawie od razu zaczyna się gryźć kostkę, prawie tłumią smak czekolady.

Tutaj pozwolę sobie podsumować to tak: jest to chyba jedyna czekolada, którą wolałam gryźć jak ciastka, a nie rozpuszczać. Kiepska czekolada... pełniła wtedy funkcję słodkiej polewy / kremu do ciastek (znikając naprawdę bardzo szybko). Wtedy było w sumie zjadliwie, chociaż wymęczyła mnie totalnie (a całej nie dałam rady i tak, mimo że to jakieś 43g).

Oceniam biorąc pod uwagę jej cenę (nie "sprowadzaną cenę", a "miejscową"), bo dolar za czekoladę (nawet małą) to w USA tyle, co nic. Leżała przy kasie obok gum do żucia w mniej więcej tej samej cenie. Przynajmniej ciasteczka mi tu smakowały. Wygląd... kocham! Jednak oczami się czekolady nie je... A to białe coś ciężko nawet czekoladą nazwać - to biała polewa z najtańszych batonów i cukierków, które samo w sobie wyciągnęłoby jedynie na 2/10.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam
cena: dostałam, ale w USA ona nie kosztuje nawet 1 $
kaloryczność: 512 kcal / 100 g, 43 g - 220 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, oleje roślinne (tłuszcz kakaowy, olej palmowy, Shea, olej słonecznikowy i/lub szafranowy), odtłuszczone mleko, syrop kukurydziany, wzbogacona mąka pszenna (mąka, niacyna, siarczan żelaza II, monoazotan tiaminy, witamina B2, kwas foliowy), tłuszcz mleczny, częściowo utwardzony olej roślinny (sojowy i/lub bawełniany), 2% lub mniej: kakao przetworzone z alkali, serwatka, czekolada, lecytyna sojowa, wysoko fruktozowy syrop kukurydziany, wodorowęglan sodu, sól, naturalne i sztuczne aromaty, witamina E, polirycynooleinian poliglicerolu, karmel

środa, 20 grudnia 2017

Seed and Bean Ecuador 100 % ciemna z Ekwadoru

Po Pacari Manabi 65%, która swoją drogą była naprawdę przepyszna, mimo wszystko czułam lekki niedosyt w kwestii zawartości kakao. Nie w odniesieniu do konkretnej tabliczki, ale tak ogółem w kwestii kakao w tamtym okresie czasu. Poczułam, że to pora, by wyciągnąć ekwadorskiego mocarza marki, którą dopiero miałam zacząć odkrywać.
Seed and Bean to brytyjska marka, której czekolady są robione ręcznie z organicznego kakao, przy którego uprawie pracują ekwadorscy farmerzy z 396 rodzin.

Seed and Bean Ecuador 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao arriba z nizin Ekwadoru.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko, zobaczyłam piękną tabliczkę o soczystym kolorze, ale prawie zupełnie pozbawioną zapachu. Poczułam tylko coś lekko palonego, więc rozczarowana zabrałam się za robienie zdjęć.
Okazało się, że zapach potrzebował czasu, by się ośmielić. Nagle odkryłam, że czuję paloną... kawę, opiekane orzechy i pewną kwasko-słodycz. Kwiaty, owoce... owoce może w jakimś jogurtowo-deserowym wydaniu. Może nie było to wyjątkowo wyraziste, ale przyjemne.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała jak żywe gałązki, a gdy kostka uderzała o kostkę wydawała dźwięk jak drewniane pałeczki. W rękach wydała mi się tłusto-sucha, ale w ustach rozpływała się łatwo i kremowo, powoli i maziście jak zakalcowy środek brownie, co podchodziło chwilami pod oleistą tłustość, ale dzięki skojarzeniu z ciachem było pozytywne.

Czekolada od początku smakowała wyraziście, choć statecznie (powiedziałabym "z odrobiną nie za głębokiej głębi") paloną gorzkawością i łagodnym kwaskiem jogurtu, maślanki lub śmietany.
Natychmiast pojawiały się zaskakująco słodkie przebłyski.

Palona gorzkawość zadebiutowała smakiem dymu, która po pewnym czasie zaczął przechodzić w popiół... nie było jednak sucho i niesmacznie, bo to był taki "drewniany popiół", popalone drewno... być może ognisko, przy którym pieczono... orzechy. Nagle pojawił się ich smak. Nie jakiś tam wyrazisty, ale chyba wyróżniłabym laskowe-włoskie. Przy nich mignął mi smak kawy.

Z kolei kwasek wraz ze słodyczą obracały się wśród nut mlecznych. Jakiś łagodny jogurt naturalny, może maślanka. Coś owocowego także się pojawiało i podchodziło pod owocowe kwiaty, kojarzyło się z jakimś jogurtem owocowym, mlekiem smakowym... Było na stałe złączone ze słodyczą. To był niejednoznaczny akcent - do głowy przyszedł mi grejpfrut, porzeczki, ale niezupełnie, a z czasem ewidentnie truskawkowe mleko.

Raz i drugi wśród palonych nutach poczułam jakieś rodzime, delikatniejsze owoce... jakby słodziutkie gruszki (i/lub jabłka?) z kardamonem, a palone smaki i konsystencja brownie przełożyły się na skojarzenie z nieco kardamonowo-pieprznym, bardzo orzechowym brownie, lub biszkoptem, w towarzystwie mlecznej słodyczy i owocowej rześkości.

W posmaku początkowo czułam właśnie taką owocowość (nawet nie za bardzo kwasek), a że posmak był bardzo długi, zmienił się w słodki i prezentujący to ostatnie skojarzenie. 

Spodobała mi się łagodność tej czekolady, bo nie była mdła. Silna słodycz wyszła przyjemnie mleczna, co w sumie rzadko się spotyka. Kupił mnie smak słodkiego truskawkowego mleka (piłam tylko zmiksowane przez siebie mleko z truskawkami i mam na myśli coś takiego).
Czuję się jednak zobowiązana podkreślić, że wszelkie skojarzenia były bardzo luźne, bo ta tabliczka nie była aż tak bardzo wyrazista i głęboka. To raczej czekolada dobra, ale z tych prostszych. Zottera Labooko Ecuador 100 % nie przebiła, jednak wiele nut można powiązać: jabłka w cynamonie w Zotterze, tu gruszki/jabłka w kardamonie, pewna pieprzność; kawa i orzechy; w Zotterze naleśniki, a tu brownie-biszkopt.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 29 zł (za 75g)
kaloryczność: 650 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie wiem

Skład: miazga kakaowa