piątek, 31 marca 2017

Pacari Andean Mint ciemna 60 % z miętą

Ostatnio do mojej szuflady trafiło kilka czekolad Pacari. Wszystkie miały bardzo długie daty, więc normalnie przeleżałyby jakiś dłuższy okres czasu, mimo że jest to marka, na której punkcie mam bzika, jednak... trafiły do mnie jakoś na przełomie lutego i marca, a to czas, w którym strasznie ciągnie mnie do miętowych smaków i... po prostu nie mogłam się oprzeć.

Pacari Andean Mint to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z miętą andyjską.

Niestety, nie udało mi się zdobyć pełnowymiarowej tabliczki, ale dwie mini-czekolady po 10 gramów każda, to też całkiem dobra zdobycz.

Natychmiast po otwarciu poczułam silną i naturalną, orzeźwiająco-chłodzącą miętę w towarzystwie zdecydowanego kakao. 

Czekolada miała piękny, soczysty kolor. Przy łamaniu była twarda, jednak w ustach rozpływała się błogo, wydała mi się trochę soczysta i zarazem nieco kremowo-pylista, choć prawie zupełnie nietłusta. Taka konsystencja idealnie pasowała do smaku.

Tu jednocześnie wystrzeliła moc i kakao, i mięty. Zakochałam się od pierwszego kęsa.

W ustach, tak jak zaczęły, smaki rozchodziły się równocześnie.

Stateczna i głęboka gorzkawość kakao nie była zbyt mocno prażona, nazwałabym ją odrobinę orzechową i... ziołową. Prawdopodobnie to zasługa mięty, choć wydawało się, że ziołowość płynie także z samego kakao. 
Obok tego nieporażająca, ale wyrazista mięta, kojarząca się z mocnym naparem z mięty właśnie, wydała mi się bardziej suszono-ziołowa, herbaciana. I tu już założę się, że na to na pewno miała wpływ gorzkawość kakao. 

Wtedy jednak rozwinęła się i słodycz, początkowo bardzo znikoma, potem już nie aż tak. Cały czas była jednak stonowana i rześka. Wydawało mi się, że pochodzi głównie z mięty.

Kiedy więc słodycz zaczęła wchodzić w ziołowy duet kakao i mięty, smak stawał się coraz bardziej świeży. Pod koniec doszukałam się tu wręcz roślinnej nuty świeżutkiej, orzeźwiającej mięty. To z kolei jakby wyciągnęło z kakao orzechową nutę i właśnie ten orzechowy, choć wciąż także ziołowy, smaczek kakao pozostał także w posmaku wraz z chłodzącym efektem słodkiej, świeżej i wyrazistej mięty.

Całość była przepyszna i bardzo wyrazista. Nienachalna, ale wyrazista. Mimo pewnej stateczności czekolady, można tu mówić też o dynamice. Wraz z jedzeniem duet mięty i kakao się zmieniał. Proporcje wydawały mi się trafione w punkt, bo nie uciekła ani głębia kakao, ani ten chłodzący charakter naturalnej mięty. 
Mimo mocnego smaku, całość jest orzeźwiająca, wydaje się lekka, na co ogromny wpływ ma także konsystencja.
To niewątpliwie jedna z lepszych czekolad, jakie ostatnio jadłam. Mało tego. Za jakiś czas spróbuję ją w wersji pełnowymiarowej i wtedy zaktualizuję recenzję, o czym powiadomię Was w recenzji innej miętowej czekolady (bo pewnie i tak będę chciała je porównać).


ocena: 10/10
kupiłam: za czyimś pośrednictwem w Warszawie (dziękuję!)
cena: 4 zł (sztuka 10 g)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak (i to pełnowymiarową!)

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, esencja z mięty andyjskiej (0,1%), tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

czwartek, 30 marca 2017

Zotter Mitzi Blue Easter Bunny White & carrot biała i marchewkowa

Niektóre moje zakupy są nieprzemyślane, z czym w zasadzie pogodziłam się już dawno. Ta czekolada właśnie do takich zakupów należy, bo gdy tylko zobaczyłam "marchewkowego Zottera", postanowiłam go zamówić, zamiast choć przez chwilę zastanowić się nad tym, jak bardzo to rzeczywiście marchewkowe jest. No nic, "kupiłaś? teraz to zjedz" - powiedziałam sobie.

Zotter Mitzi Blue Easter Bunny White & carrot to biała czekolada (duży dysk) z dyskiem czekolady białej marchewkowej.

To czekolada z (zeszłorocznej) wielkanocnej linii słodkości Zottera, do której zupełnie straciłam zapał, po zobaczeniu 1 % przy marchewce w składzie.

Po otwarciu poczułam zapach słodkiej, maślanej białej czekolady z delikatnym motywem wanilii i szczyptą cynamonu i... to tyle.

Przełamałam i nawet udało mi się oddzielić kawałeczek czekolady marchewkowej od białej. Mimo wszystko nie różnią się zbytnio, ani kolorem (obie jak widać są beżowe, marchwkowa minimalnie bardziej żółta), ani zapachem, ani, jak się później okazało, smakiem. Obie były tłuste, choć marchewkowa bardziej proszkowa, a biała kremowo-maślana.

Biała różniła się od Zotter Labooko White. Na pewno nie kojarzyła się z gęstym mlecznym budyniem; miała konsystencję typową dla białych czekolad. Określiłabym ją jako bardzo maślaną, z wyraźnie wyczuwalną słodką nutą karmelu i taką jakby orzechową - charakterystyczną dla tłuszczu kakaowego. Czuć, że było go bardzo dużo, podobnie jak cukru, co z czasem zaczęło mi przeszkadzać, a na pewno nużyć, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że poskąpiono przypraw - zarówno wanilii, jak i cynamonu, choć są wyczuwalne (nie aż tak jak w Labooko).

Marchewkowy malutki dysk wydał mi się słodszy od białej części, ale była to taka rześka, przyjemna słodycz. Nie wydała mi się przesadzona, bo od razu nadawała nieco soczystości. Gdy tak kęs z malutkim dyskiem rozpływał się, po dłuższej chwili wychwyciłam posmak marchewki, ale gdybym nie wiedziała, że dysk jest marchewkowy, pewnie bym nie zgadła. Ot, taka leciutka "owocowa wytrawność", rześkość, ale nie wyrazista marchewa. Ta część wydała mi się strasznie mdła, zwłaszcza biorąc pod uwagę proporcje...

Całkiem niezła, choć nudna w smaku, biała czekolada, ale co z tego, skoro marchewki prawie nie czuć, a miała ona być tu główną atrakcją? Nie było tu nic niesmacznego, ale to jeden z nielicznych Zotterów, których część oddałam Mamie. Easter Bunny to po prostu nijaka nuda.


ocena: 5/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł (za 65 g)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku (20%), słodka serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku (4%), suszone marchewki (1%), pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól, cynamon

środa, 29 marca 2017

Zmiany Zmiany Farmer Burak + Czosnek baton warzywno-bakaliowy

Przy pierwszym spotkaniu z batonami warzywnymi nie zakochałam się, łagodnie mówiąc, ale w sumie czułam, że z Pikantnym Pomidorem właśnie tak będzie (trochę nie w moim stylu). Sięgając jednak po buraczany wariant Farmera, miałam wrażenie, że może się on okazać bardziej "batonowy", mimo czosnku. Jakoś po prostu przywoływał w mojej pamięci widziane przepisy a to na ciasto z buraków, a to na jakieś inne słodkości z nimi.

Zmiany Zmiany Farmer Burak + Czosnek to baton warzywno-bakaliowy, którego 21 % stanowi burak, z czosnkiem (0,7%). 
Został zrobiony na bazie rodzynek, ale zawiera też suszone śliwki, a w przeciwieństwie do Pikantnego Pomidora ma też orzechy - brazylijskie. 


Po otwarciu w pierwszej chwili odnotowałam słodycz suszonych śliwek i... po prostu zapach mocno buraczany, trochę kojarzący się z nieźle przyprawionym barszczem. Oprócz tego doszukałam się akcentu rodzynek i bliżej nieokreślonych pestek i/lub orzechów.

Baton trochę się lepił (na kartce pozostawiał zielone plamy - nie wiem, dlaczego akurat tego koloru), wydał mi się bardzo zbity i twardy. Przy krojeniu się to potwierdziło, a w ustach okazał się zbity, owszem, ale i miękkawy, pełny małych kawałeczków pestek i orzechów.

Najpierw wydał mi się zaskakująco słodki. Składała się na to zarówno specyficzna słodycz buraka, jak i soczystych, suszonych śliwek. Także rodzynki znacząco się w te kwestii dołożyły, ale smakowo jako one same na pewno nie stały w pierwszym szeregu.

Przy burakach wyraźnie wychodził nieco neutralny charakter pestek i orzechów i, choć to suszone owoce dominowały swoją soczystością na początku, z czasem to te wytrawniejsze nuty (z burakiem na czele) zaczęły dominować i przemycać przyprawy.

Pierwszy wyłonił się czosnek, a zaraz za nim lekka gorzkawość, jednak po chwili stało się jasne, że postrach wampirów będzie uparcie parł przed siebie, przybierając tylko na sile. Pod koniec zrobiło się już dość solidnie pikantnie, a także pojawił się pieprz przywracający skojarzenie z barszczem. Słodkie owoce trochę się gubiły, znowu powracała gorzkawość przypraw, ale i tak to czosnek wszystko kończył.

Całość była... zaskakująca. Poczynając od słodko śliwkowego początku, przez buraczaną całość (baton z buraka, no kurde!) po czosnkową, bardzo wytrawną końcówką. Sam burak ciekawie wpisał się zarówno w słodki smak, jak i wytrawny klimat, a mnie cieszy tu także obecność orzechów, których brakowało mi w Pikantnym Pomidorze. Może nie odegrały za wielkiej roli, ale trzy grosze wniosły. Mi jednak nieco za bardzo przeszkadzał tu czosnek (ale się nie czepiam, w końcu to smak Burak + Czosnek).
I tak wolę całą owocową serię Zmiany Zmiany, ale szczerze przyznaję, że to przekąska warta uwagi! Była smaczniejsza i ciekawsza od wielu jedzonych zwykłych batonów z suszonych owoców, orzechów, itp.


ocena: 8/10
kupiłam: zmianyzmiany.pl/gdzie-kupisz (ja dostałam)
cena: -
kaloryczność: 339 kcal / 100 g, baton (70 g) / 238 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: rodzynki, burak suszony, śliwki suszone, orzechy brazylijskie, pestki słonecznika, łuskane nasiona konopi, pestki dyni, suszona natka pietruszki, czosnek suszony, pieprz zielony

wtorek, 28 marca 2017

J.D. Gross Amazonas 60 % ciemna z Amazonii

To, że na blogu akurat teraz pojawia się ta czekolada to trochę przypadek, bo słyszałam, że jest dobra, ale postanowiłam kupić ją "kiedyś tam" (60 % jak na zwykłą ciemną to dla mnie trochę mało), a jednak... zostałam przyparta do muru. Poszłam do Lidla po czekoladę 70 % do chili con carne, a była tylko ta lub z malinami. Wydaje mi się, że już wszystko wiecie... jako, że oczywiście na obiad cała nie poszła, z ochotą resztą czekolady umiliłam sobie pewne popołudnie.

J.D. Gross Amazonas 60 % to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao trinitario pochodzącego z Amazonii.

Po rozchyleniu pozłacanego papierka zobaczyłam bardzo ciemną, lśniącą tabliczkę i poczułam intensywny, mocno palony zapach. Czułam tu głównie palony karmel, ale i oczywiście moc kakao przede wszystkim. Zaskoczyło mnie jednak, że wyraźnie zagościła tu także śmietanka - a przecież nie ma jej w składzie.

Twarda czekolada łamała się z pięknym, głośnym trzaskiem. Wydawała mi się średnio tłusta, ale na pewno kremowa.

W ustach ta kremowość potwierdziła się. Rozpływała się leniwie i aksamitnie, bez jakiejkolwiek suchości. Wydała mi się cudownie gęsta.

W smaku moją uwagę najszybciej przyciągała słodycz, jednak już od pierwszej chwili wiedziałam, że mnie nie zmęczy. Bardzo szybko nabierała głębi, coraz bardziej przypominała karmel i jakiś wytrawny sos. Konsystencja nasilała skojarzenie z zastygającym sosem, a czekoladowy do potęgi smak podpowiadał... Wilgotne, jeszcze ciepłe, ciasto typu lava, w wydaniu odrobinę piernikowym i nasączonym kropelką alkoholu.
Słodycz cały czas się nasilała, ale ani trochę nie zaburzyła potęgi i mocy kopa kakao! Połączenie tych dwóch wydało cudownie opalane karmelowe nuty, które mniej więcej w połowie zaczynały ustępować miejsca pewnej mlecznej nucie.

Kakao stało się prostsze, słodycz już nie rosła, za to trzecia nuta się przebiła i pokazała, co potrafi. Oto poczułam naturalną, pełną i smakowitą śmietankę. Leciutko osłodzoną karmelową nutką śmietankę splatającą się z kakao.
Proste połączenie kakao i śmietanki zostało ze mną już do końca (takie "i żyli długo i szczęśliwie") i sprawiło, że pozostałam z tym smakowitym posmakiem, a z moich ust uśmiech nie zniknął przez jeszcze wiele godzin.

Ta czekolada była bardzo słodka, ale w żadnym wypadku nie przesłodzona (jak na 60 % oczywiście). Miała smakowity, karmelowy charakter, palone klimaty, ale to błogą śmietankowością (rzecz jasna w połączeniu z kakao) zdobyła moje serce. Cała magia tkwi w tym, że śmietanki (ani jakichkolwiek składników mloecznych) nie ma w składzie - wszystko to moc kakao! Kojarzyła mi się z taką... Bellarom Rich Chocolate o jeszcze zwiększonej ilości kakao. 
60-tki często wydają mi się nudne i za słodkie. Ta była słodka, ale jakże ciekawie słodka!
W dodatku przy tym smaku wydaje się śmiesznie tania w porównaniu ze smacznymi Tesco finest czy o wiele mniej smacznym Lindtem.


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl
cena: 4,49 zł (za 125 g)
kaloryczność: 568 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak (ale jeśli będę miała ochotę na "ciemną mleczną", nie na "ciemną" :P)

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

PS Gdzieś czytałam, że za czekoladami J.D. Gross stoi Rausch, a ta konkretnie czekolada jest z kakao z Peru - ktoś może wie coś na ten temat?

poniedziałek, 27 marca 2017

Scharffen Berger Rich Dark Chocolate 72 % ciemna

Osoba poproszona przeze mnie o zakup kilkunastu czekolad w USA, wraz ze mną, stwierdziła, że tylu to nie opłaca się wysyłać i wybrała mi jakieś tam na miejscu, starając się trafić w mój gust lub wybierając "ciekawe". Nie wiem, w którą kategorię ta czekolada miała się wpasować, ale powiem Wam, że to pierwsza tej manufaktury, jaką próbuję. Na swojej stronie chwalą się, że byli pierwszą manufakturą robiącą czekolady "bean-to-bar", choć istnieją od 1997. Wszystko wyglądało w porządku, dopóki nie doczytałam, że w 2005 The Hershey Company ich wykupiła. Niby kontynuują tradycję, ale możecie się domyślić, że zrobiłam się podejrzliwa.

Scharffen Berger Rich Dark Chocolate 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao.

Po otwarciu poczułam delikatny, ale dość ciekawy, jakby wędzony, zapach. Było tu coś niemal mięsistego, ale skrupulatnie zakrywany przez plączące się perfumy i nuty drzew, torfu.

Tabliczka wydawała się bardzo sucha. Przy łamaniu była twarda, trochę trzaskała.
W ustach rozpuszczała się strasznie opornie. Nie rozchodziła się po nich, tylko przybierała formę plasteliny, albo "kawałków czekolady" rodem z rzeczy typu stracciatella. Nie była też specjalnie tłusta czy sucha. Po prostu żadna.

W smaku... podobnie, chociaż nie mogę powiedzieć, że go nie miała. Ba! Pewne nuty mogą się tu wydać smaczne, ale niestety - doszukałam się ich na siłę, ssąc czekoladę ze wszystkich sił, bo tylko tak dało się z niej ten delikatny smak wydobyć.

Na pewno był tu podwędzany motyw, ale bez najmniejszych konkretów. Całość była słabo palona czy prażona, miała może nieco ziemisto-drzewny charakter. Leciuteńką, stateczną gorzkość czułam, choć była ona jakby... strasznie onieśmielona, albo jakby uwięziona przez oporną konsystencję.
Nie zabrakło tu słodyczy, ale... ona też była mdła. Nie to, że słaba w znaczeniu "subtelna", ale po prostu mdła. Na pewno była słabsza niż np. w Lindt 70 % lub J.D. Gross Amazonas 60 %, ale... zdecydowanie wolę ich słodycz niż tę nicość tutaj.

Ta czekolada mnie zaskoczyła. Wszystko zostało w niej sprowadzone do jednego poziomu - poziomu nicości. Była jakby zupełnie wyprana ze wszystkiego, mało czekoladowa, przypominała wręcz jakąś polewę (no ok, nie smakowała jak tania polewa, ale takie skojarzenia budziła). Pod względem "nieczekoladowości" bardzo przypominała Ritter Sport Marzipan (tylko oczywiście bez marcepanu, który tam ratował sytuację). Nuda i tyle.


ocena: 5/10
kupiłam: Wegmans (chyba; ktoś mi kupił)
cena: nie znam
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, całe ziarna wanilii

niedziela, 26 marca 2017

ProBar Meal Superberry & Greens baton z płatków owsianych, owoców i orzechów z "zieleniną"

Pisząc ten wstęp (przed sięgnięciem po produkt), a także już wyciągając to z szuflady, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Dostałam to coś na szlaku od I., wrzuciłam do plecaka i zapomniałam o tym. Dopiero po paru miesiącach postanowiłam zmierzyć się z czymś, co... no właśnie: co to jest?


ProBar Meal Superberry & Greens to wegański baton energetyczny na bazie płatków owsianych, suszonych owoców (daktyle, rodzynki) i orzechów (nerkowca, migdały); wariant owoce leśne i zielenina (zawierający "wysoko wartościowe" i głównie surowe składniki).
Jego charakterystycznymi składnikami są nerkowce oraz masło z nich, borówki amerykańskie, całe mnóstwo egzotycznych owoców oraz (z tego, co ciekawsze i zielone ale daleko w składzie): szpinak, brokuły, mięta, spirulina, zielona herbata.

Skład jest straszliwie długi - wiele rzeczy widzę po raz pierwszy, nie wiem też jakie większość z nich ma właściwości, ale... jest ciekawy. Nie wydaje mi się jednak taki naprawdę w 100 % zdrowy.

Po otwarciu doznałam szoku. Poczułam tak soczystą, słodko owocową bombę, że wydała mi się wręcz przerysowana. Coś egzotycznego, coś czerwonego... ale w dziwny sposób. Trochę jak taka naturalna wersja wodnych "owocowych" lodów tego typu (Algida Kolorki). Sama siebie tym skojarzeniem zaskoczyłam.

Baton, albo właściwie bezkształtna kostko-grudka, był raczej miękkawy, łatwy do podzielenia, bo składał się z pestek i pesteczek, nie był bardzo zmielony. Na papierze zostawił zielone plany, a ręce trochę oblepił.

Gdy ugryzłam, wydał mi się z kolei wręcz... proszkowy, tak troszeczkę (płatki owsiane zostały zmielone). W sensie proszkowy między tymi wszystkimi pestkami i pesteczkami, bo wszelkie pestki i nawet migdały (kilka sztuk) były całe i przyjemnie świeże, chrupiące, mimo że nieprażone. Ogólnie wydało mi się to chrzęszczące, raz drugi coś chrupnęło jak chrupki ryżowe. Zaplątało się parę średnio soczystych suszonych kawałków owoców.

W smaku baton był... dziwny. Trudno go "połapać". Na pewno nie był tak owocowy, jak jego zapach. Przede wszystkim czułam taki neutralnawy smak pestek i, oczywiście gdy na nie trafiłam, wyraziste migdały. Po nich, gdy dalej przeżuwałam, dalej było tak migdałowo-orzechowo, chociaż obiecanych nerkowców (i masła z nich) nie czułam. Łagodną orzechowość owszem, ale bliżej nieokreśloną.
Z czasem całość wydała mi się też solidnie... zbożowa. I to już taka mieszanina owsa, jakby innych zbóż, nie wiadomo czego w sumie.
Do tego dochodziła silna słodycz, która wcale taka po prostu słodka nie była. Składało się na nią coś syropowo-bakaliowego i niewątpliwie owocowego. Rodzynki raz i drugi wychwyciłam wyraźniej. Oczywiście były słodkie.
Zaraz obok z kolei były smaki bardziej... zbożowo-warzywne? Chyba tak. Albo nie. Po prostu "wytrawniejsze".
Gdzieś z tła odzywała się egzotyczna nuta, ale nie żeby jakiś "soczysty kwasek" czy coś. Na pewno ananas (zwłaszcza po zjedzeniu posmak ananasa trochę zostawał), ale może i papaja. Słodkie jagodo-borówki chyba też były. Ogólnie takie "jagódkowe" klimaty, co by to konkretnie nie było.
Nad wszystkim roztaczał się specyficzny posmaczek, może i gorzkawy, chociaż określiłabym go raczej jako wytrawne "ciepło". Może pewna ziołowość? 

Wszystko to przełożyło się wręcz na... drapanie w gardle? Ni to od słodyczy, ciepłej gorzkawości... nie wiem. To było i słodkie, i gorzkawe, i zbożowe, ale... ale też ani słodkie, ani gorzkie. To było strasznie namieszane, bez konkretnego smaku. Cokolwiek strasznie trudno tu wychwycić i nazwać. 
Nie było niesmaczne, ale też nie chciałabym już do tego wracać. Nie lubię aż takiego namieszania smaków, bo wyszło to takie nieokreślone. Wszystko i nic.

Za to porządnie nasyciło! Miałam to zjeść jako takie coś przed lekką kolacją, ale gdy skończyłam, ze zdziwieniem odkryłam, że się tym dosłownie nażarłam. Tego dnia zrezygnowałam z kolacji i... poszłam spać najedzona, więc zgodzę się, że może to zastąpić posiłek, ale np. na szlak bym tego batona nie wzięła - za bardzo się lepi i rozpada. 


ocena: 6/10
kupiłam: -
cena: na stronie tego wychodzi około 4 $ za sztukę
kaloryczność: 360 kcal / baton (85 g); 424 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: syrop z ryżu brązowego, płatki owsiane, daktyle, masło orzechowe z nerkowców (orzechy nerkowca, olej słonecznikowy), nasiona słonecznika, rodzynki, orzechy nerkowca, nasiona lnu, sezam, migdały, brązowy ryż preparowany, organiczny suszony syrop trzcinowy, puree z borówek amerykańskich, olej canola tłoczony na zimno, borówki amerykańskie, gliceryna warzywna, pszenica zielona, suszony ananas, suszona papaja, koncentrat soku jabłkowego, suszony syrop trzcinowy, syrop ryżowy, mąka owsiana, naturalny aromat wanilii, źdźbła jęczmienia, nasiona dyni, melasa, lucerna, naturalny aromat borówkowy, błonnik z korzenia cykorii, kwasek cytrynowy, naturalny aromat jagodowy, pektyny jabłkowe, guma arabska, owoce dzikiej róży, korzeń maca, szpinak, naturalne aromaty, olej słonecznikowy, sól, ekstrakt z rozmarynu, ananas, marchew, wiśnia acerola, spirulina, chlorela, zielona herbata, mięta pieprzowa, brokuły, jagody acai, burak, maliny, jagody goji, ziemia okrzemkowa spożywcza, naturalny kwasek tocopherolowy i askorbinowy, bakterie Lactobacillus acidophilus, proteaza, korzeń syberyjskiego eleuterokoka kolczastego, alfa- i beta-armylazy, lipaza, laktaza, celulaza

sobota, 25 marca 2017

Gepa Vollmilch Caramel Salz mleczna z solonym karmelem i solą

Nawet nie umiem wyrazić, jak bardzo ostatnio mam ochotę na coś z solonym karmelem. I nie na "byle co, oby z solonym karmelem", a coś pysznego, z porządnie palonym karmelem i solidną dawką soli. Czy ja aż tak wiele chcę? W znalezieniu odpowiedzi miała mi pomóc malutka czekoladka, ważąca 40 g, niemieckiej kompanii Gepa, która swoją działalność opiera na sprawiedliwym handlu i o której to słyszę po raz pierwszy. Obiekt dzisiejszej recenzji dostałam od Agnieszki, której bardzo dziękuję!

Gepa Vollmilch Caramel Salz to mleczna czekolada z kawałkami maślanego, solonego karmelu i piramidkami soli.
Zawiera tylko 33 % składników kakaowych (miazgi + tłuszczu) pochodzących z Peru i Dominikany, a w składzie ma jeszcze miazgę z orzechów laskowych.

Po rozchyleniu papierka zobaczyłam rudawą tabliczkę zapakowaną jeszcze w przezroczystą folię, co bardzo mnie ucieszyło, gdy okazało się, że na wierzchu tabliczki wystąpiły gęste i klejące kropelki karmelu. Nie dużo, ale na tyle, by wystraszyć mnie, że z moim egzemplarzem jest coś nie tak. Jak się potem okazało, wszystko w środku było w porządku, więc nie wiem - może wierzch miał taki być?

W każdym razie, przy otwieraniu poczułam słodki zapach mocno mlecznej czekolady z silnie słodkokarmelowym akcentem i nutką soli w tle.

Przy łamaniu okazała się dość solidna, a jej przekrój ujawnił spore kawałki karmelu i drobinki soli, których piramidkami bym nie nazwała.

W ustach czekolada rozpływała się przyjemnie, kremowo i nie za tłusto, bardzo powoli ujawniając dodatki. Karmel pod względem konsystencji natychmiast skojarzył mi się z tym z J.D.Gross, bo był chrupiący, ale nie za twardy; bardziej chrzęszczący, choć nieoblepiający zębów w irytujący sposób. 

W smaku karmel pojawiał się dość szybko, ale nie był to ten z "chrupaczy". Od pierwszych sekund czułam ogrom smakowitego i naturalnego mleka. Zaraz za nim nadciągało skojarzenie z cukierkami karmelkami, a więc i znacząca słodycz. To pewnie w dużej mierze zasługa cukru trzcinowego.
O tak, mleko, karmel i... daleko w tle pojawiała się nieśmiała nutka orzechów. Początkowo myślałam, że może to kakao (liczyłam, że się nasili), ale to chyba jednak smaczek tłuszczu kakaowego i masy orzechowej, która również w składzie występuje. Czekolada była głównie słodka, bez wyrazistszego kakao. Może nie przesłodzona, ale chwilami docierała do granicy przesady. 

Na szczęście tu wkraczały dodatki. Kawałki karmelu wnosiły mocno maślano-karmelowy smak, o niezbyt mocno (ale jednak!) palonej nucie. Rozchodziły się wolno, z czasem pojawiała się w nich silniejsza słonawość.
Były też momenty, kiedy to ewidentnie czułam smak soli trafiając na jakąś drobinkę (piramidkę?). Ogółem można stwierdzić, że słonawości tu nie brak. Podobałoby mi się to jednak o wiele bardziej, gdyby potem - na zasadzie kontrastu - słodycz nie wydawała się jeszcze silniejsza. Sądzę, że mocniejsze kakao stanowiłoby tu świetne spoiwo.

Całość była słodka, uroczo karmelkowa i mocno mleczna. Nie poskąpiono soli, a zabieg z laskowcami dał ciekawy efekt, ale... ja bym widziała tu jeszcze trochę więcej kakao.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku 23 %, tłuszcz kakaowy, kawałki karmelu 10 % (cukier trzcinowy, syrop fruktozowo-glukozowy, masło klarowane, sól morska), miazga kakaowa, miazga z orzechów laskowych, piramidki soli, naturalny aromat wanilii

czwartek, 23 marca 2017

Idilio Origins 16xto Trinchera 74 % ciemna z Wenezueli

Wyciągając z szuflady ostatnią posiadaną tabliczkę Idilio Origins nie mogłam uwierzyć, jak szybko miał skończyć się pierwszy etap mojej przygody z tą marką. Mimo wszystko, cieszyłam się z tej degustacji, bo czekolady tej marki zachwyciły mnie i wiem, że zrobię wszystko, by zdobyć resztę. Na razie jednak miałam przed sobą kolejny region Wenezueli do odkrycia. W dodatku, ta czekolada miała nieco więcej kakao, ale czas konszowania (48 h) ten sam.

Idilio Origins 16xto Trinchera to ciemna czekolada o zawartości 74 % pochodzącego z wenezuelskiej wioski Las Trincheras, rosnącego na stromych zboczach wśród bogatej roślinności.

Po otwarciu sreberka poczułam piękny zapach kojarzący się z zielonym lasem na chwilę po deszczu oraz żółtymi owocami, wyraźnie słodkimi, choć bez przesady. Z czasem postawiłabym tu na mango.

Czekolada miała stateczny zapach, nie był on mocno prażony, a jej kolor kojarzył mi się z czymś lepiącym i mokrym, choć w przekroju wydała mi się ziarnista, krucha. Nic z tego nie potwierdziło solidne chrupnięcie twardej tabliczki.
W ustach robiła się kremowa - i to cudownie kremowa - mimo że była jedynie minimalnie tłustawa.

Jako pierwsze wystrzeliły owoce, ale nie były jednoznaczne, a jakby wręcz hamowane. Hamowane? Przez co? A przez feerię smaków składających się po prostu na poczucie mocnej... czekoladowości.
Po tym pierwszym wrażeniu zaczęłam próbować wyróżnić jakieś owoce, ale zdałam sobie sprawę, że ta czekolada właściwie nie była owocowa, mimo że czułam mango, nektarynki - wiecie, słodkie, żółte owoce. Jeszcze nie takie w pełni dojrzałe, ale i nie kwaśne.

Owoce były tłamszone przez wspomnianą czekoladowość. Co przez to określenie rozumiem? Ciepłe nuty o statecznym charakterze. Zdecydowana ziemia, drzewa, może i jakieś łagodne orzechy, a także wanilia. Wśród nich próbowała się "rozsiąść" lekko karmelowa słodycz, ale pozostawała wycofana.

Pod koniec degustacji, mniej więcej w tym momencie, wydawało mi się, że czuję też przebłyski jakiś czerwonych owoców, ale w końcu nie jestem ich pewna.

Jakoś w połowie dochodziło do powolnego połączenia owoców i tej czekoladowości wraz ze słodyczą, co dało mocne skojarzenie z... bananami z ogniska, które już nie płonęło ze względu na wilgotne drewno i ogólnie mokry (deszczowy?) dzień. Banany te leżały wśród drewna, na ziemi, i wcale nie dziwiło, że ktoś obficie polał je czekoladowym sosem (może również trochę karmelowym).
Było słodko i świeżo, trochę dziwnie, może nawet dziko, ale pysznie uzależniająco.

Właśnie z tym skojarzeniem i posmakiem słodyczy i drzewno-ziemistego kakao pozostałam na bardzo długo.

Ta czekolada była bardzo stateczna i w sumie łagodna, choć wcale nie taka słodka. Wyrazista, ale bez konkretnych nut, i tak wydała mi się ciekawa. Może momentami zwyczajna, momentami dziwna, ale przepyszna.
Miałam problem z oceną, bo chciałam jakoś wyróżnić ukochane 5nto Cooperativa Amazonas2ndo Seleccion Amiari Meridena , ale smakowała mi bardziej niż 3ero Seleccion Cata Ocumare. Nie cierpię wystawiać połówek, ale... tu po prostu nie mogłam tego nie zrobić.


ocena: 9.5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 34 zł (dostałam zniżkę <3) za 80 g
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy znów kupię: kiedyś możliwe

Skład: miazga kakaowa 74 %, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 22 marca 2017

krówki GEOMAX Luxury Cream Fudge; Mieszko Krówka Mleczna

Moja Mama z ogromną aprobatą podeszła do tego, że szukam dobrych krówek. Sama je uwielbia, więc zaczęła kupować różnych firm, podrzucając mi po kilka. Jako jednak, że cukierki i tego typu nie są słodyczami, o których umiem pisać długo, tutaj pozwoliłam sobie na podpięcie no-name'a do krówek znanej firmy Mieszko (nie miałam pojęcia, że robią krówki! ich michaszki kiedyś bardzo mi smakowały, to może i krówki?).

Krówka Luxury Cream Fudge od firmy GEOMAX z Opola Lubelskiego.

Rozwinęłam papierek, który od środka okazał się pazłotkowaty, dzięki czemu cukierek się do niego nie przykleił. A może to dlatego, że już w dotyku pomadka była sucha?

Pachniała bardzo słodko, ale krówkowo i śmietankowo, więc całkiem przyjemnie.

Bez problemu przełamałam krówkę, której wnętrze było trochę mokre. Spróbowałam. Mimo że zapowiadało się dobrze, zawiodłam się. 

Cukierek okazał się grudkowo-rozpadający, jak takie zlepki z cukru, pomimo pozornie mokrego wnętrza, które także właśnie w grudki się zmieniało.  Raz, dwa i krówka znika.

W smaku było bardzo, bardzo słodko, ale jeszcze nie cukrowo. Czułam mleczną krówkę, łagodne toffi i żadnych niechcianych posmaków. Nie była to głębia smaku ani wyjątkowa wyrazistość, ale w pełni by mnie zadowoliło, gdyby to się tak szybko nie rozpadało i nie rozpuszczało. 

Żeby tak trochę zalepiło, utrzymało się... A to nie. Parę sekund, pomadki nie ma i jest norma cukru na cały dzień.

Tak, jeden cukierek mi wystarczył, bo czułam, że po kolejnym bym się strasznie zasłodziła.


ocena: 7/10
kupiłam: moja Mama kupiła w Strokrotce
cena: 19,99 zł / kg
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, śmietanka, syrop glukozowy, mleko odtłuszczone w proszku, mleko, aromat



Mieszko Krówka Mleczna ma być według producenta "miękka i delikatna". A jak wygląda rzeczywistość?

W kwestii zapachu na pewno bardzo słodko i powiedziałabym, że tak... kiepsko toffi (jeszcze nie margaryny itp., ale już czuć, że "coś nie tak").

Trzymany w ręku cukierek wydawał się miękki i lepiący, ale można go rozciągnąć, przy czym wychodziło na jaw, że wierzchnia warstwa rozchodzi się jakby była sucha (ale nie jest sucha), a wnętrze bardzo, bardzo plastyczne; ciągnie się, jednak rozerwanie cukierka jest niemal niemożliwe. 
Dziwna konsystencja. 

W ustach jest jeszcze dziwniejsza, bo pomadka okazała się klejąca, tłusta, ale nie "mordoklejkowa", a taka... jak rozpuszczalna guma do żucia.

W smaku były głównie słodkie, wręcz w cukrowy sposób. W mlecznym smaku, który był dopiero za cukrem, chował się jeszcze bliżej nieokreślony tłuszczowy posmak.

Zajeżdżało margaryną, ale w sumie przez słodycz trudno to stwierdzić z całą pewnością. Na pewno nie toffi, a cukier z odrobinką mleka i tłuszczem. Pozostawiało to tłuszczony posmak.

Na zdjęciach wygląda pięknie, a ani nie smakuje, ani nie "mordoklei" jak krówka, za to strasznie chce się po tym pić. 

Cena może i minimalnie niższa od powyższych, ale za to skład... popisali się. I tak dziwne, że nie wyszło aż tak obrzydliwie, jak na to wskazuje.


ocena: 4/10
kupiłam: moja Mama kupiła w Kauflandzie
cena: 3,99 zł (215 g); wychodzi 18,59 zł / kg
kaloryczność: 424 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, syrop glukozowy, margaryna (oleje roślinne: palmowy, rzepakowy, częściowo utwardzony palmowy; wodaemulgatory: E471, lecytyna, kwas cytrynowy, aromat, barwnik: annato), mleko odtłuszczone w proszku (6%), mleko pełne w proszku (4%), masło, aromat


No cóż... jedne i drugie były lepsze od miodowych krówek Łysoń i paskudnych krówek z Olecka