środa, 31 maja 2017

ciastka Lotus The Original Speculoos

Zawsze lubiłam ciasteczka korzenne, jednak w ciągu ostatnich lat jem je naprawdę bardzo rzadko. Dawno, dawno temu w markecie Plus były przepyszne, potem market zamknęli, a z ciastkami problem. Jak już jakiś próbuję, prawie zawsze coś mi w nich nie gra, w sklepach nędzny wybór (składy porażają), a ciastek itp. nie piekę. Ciastka korzenne stały się więc czymś, co bardzo lubię, ale czego prawie w ogóle nie jem. Gdy jednak kiedyś podczas pobytu u Taty usłyszałam pytanie, czy mi je kupić (w odniesieniu do dziś recenzowanych), nie zastanawiałam się ani chwili - wszak są bardzo charakterystyczne, popularne w internecie (zwłaszcza w formie kremu, który akurat mnie wcale nie kręci), a widziane przeze "na żywo"po raz pierwszy.


Lotus The Original Speculoos to ciasteczka korzenne znane również jako "Biscoff".

Po otwarciu poczułam konkretny, mocno pieczony zapach kojarzący się z solonymi precelkami, ogólnie z piekarnią (ale z konkretami, przypalonymi chlebami itp., a nie ciastami i słodkimi bułeczkami), a dopiero potem cynamon. Przez moment mignęło mi wręcz skojarzenie z jakimś pieczonym kurczakiem.
To było dziwne i niezbyt korzenne, a więc i niezbyt zachęcające.

Zwłaszcza, że ładne, konkretne, zwarte ciastka pozostawiały tłuszcz już na palcach. Były bardzo tłuste, a jednocześnie suche, chrupiące i kamienno twarde. Oprócz tłustości taka konsystencja jak najbardziej by mi odpowiadała, bo i kryształki cukru (niestety obecne w ogromnej ilości) jakoś za bardzo nie chrzęściły, nie irytowały.

Nie irytowały tylko pod względem konsystencji (o dziwo!). W smaku niestety cukier strasznie przeszkadzał, bo dodano go o wiele za dużo. Powiedzenie, że czuć w nich słodycz, byłoby naciągane, bo w nich po prostu czuć cukier z cukrem. Przede wszystkim cukier. Nie są to jednak zwykłe przesłodzone ciastka, bo są jednocześnie przesolone.
Sól dawała się tu we znaki podwójnie, bo to, że ciastka były mocno wypieczone (prawie wręcz przypalone) podkreślało ją i upodabniało całość do solonych mini-precelków, paluszków i tego typu rzeczy.

Cynamon... także było czuć, ale dopiero daleko za wyżej opisanymi nutami, więc o wiele za słabo. Trudno mi było się na nim skupić po zabójczym połączeniu cukru i paluszko-precelków. Ogólnie wydały mi się zdecydowanie za mało korzenne.

Nie wiem, jak sprawdzają się w herbacie, bo ledwo zjadłam jedno ciastko - po prostu mnie obrzydziło, ale wydaje mi się, że i herbata by im nie pomogła (co najwyżej odebrałaby im chyba jedyną zaletę - twardą chrupkość). Tłuste, pachnące kurczakiem i smakujące jak zacukrzone mini-precelki i słone paluszki (których swoją drogą wręcz nienawidzę) ciastka okazały się niezwykle specyficznym, totalnym niewypałem. Lubię słodko-słone połączenia, ale to... Najchętniej wymazałabym te ciastka z pamięci.
Moja Mama (do której trafiła prawie cała paczka), nie miała względem tych ciastek tak skrajnych odczuć, ale przyznała, że za dużo cukru i soli, za mało cynamonu i "mogłyby tak spalonym chlebem nie śmierdzieć", a paluszki uznała za pozytywną nutę (Ona lubi paluszki). Wierzę więc, że znajdą się osoby, którym posmakują, ja jednak ostrzegam i nie polecam.


ocena: 2/10
kupiłam: Tata mi kupił w Carrefour
cena: mówił, że coś koło 4 zł (za 125 g)
kaloryczność: 484 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, oleje roślinne (rzepakowy, palmowy), syrop z cukru karmelizowanego, substancja spulchniająca (węglany sodu), mąka sojowa, sól, cynamon

wtorek, 30 maja 2017

Choco-Lina Classic Sheep Milk Chocolate mleczna 36 % z owczym mlekiem

Może czekolady Choco-Lisa nie są z jakiejś najwyższej półki, ale i tak są ciekawe. Mnie zaciekawiły dlatego, że po prostu lubię czekolady mleczne na bazie "innego mleka". Kozia Choco-Lisa Classic Goat Milk Chocolate nie usatysfakcjonowała mnie tak bardzo, jakbym chciała, ale była smaczna, więc po jej owczą siostrę sięgnęłam już wiedząc mniej więcej, czego się spodziewać (słodyczy).

Choco-Lina Classic Sheep Milk Chocolate to czekolada z mlekiem owczym (19 %) o zawartości 36 % składników kakaowych (miazga + tłuszcz).

Po otwarciu poczułam mocny zapach naturalnego, "innego" mleka, który w żadnym stopniu nie był ordynarny. To raczej urokliwe, siankowo-orzechowe, milusie klimaty, których to "milusiość" została spotęgowała słodkim, waniliowo-karmelowym otoczeniem.

Czekolada miała jasny kolor, ale szokująca w niej była... ilość wanilii. Calutka tabliczka była bowiem upstrzona jej kropeczkami.

W rękach czekolada wydawała się tłusta, ale w ustach, mimo że miękła i rozpływała się dość szybko, na pewno nie. Okazała się proszkowo-chropowata (nie w negatywnym tych słów znaczeniu) i czułam się, że gdybym zaczęła gryźć rozpuszczającą się kostkę, ta zaczęła by chrzęścić.

W smaku już od pierwszej chwili uderzyła słodycz. Trzeba przyznać, że nie była to zwykła cukrowość, a intensywna i naturalna, najprawdziwsza wanilia w towarzystwie maślanego karmelu, toffi.

Po chwili spod waniliowej słodyczy zaczynał wypływać naturalny smak mleka o posmaku, który skojarzył mi się z siankiem, a oczami wyobraźni zobaczyłam wyidealizowaną, słoneczną wieś.
Po oswojeniu się z siłą słodyczy, a także wraz z rozchodzeniem się mleczno-maślanego i słodko kakaowego smaku zrobiło się jakoś tak orzechowo (czy to od tłuszczu kakaowego, czy od mleka owczego, czy od jednego i drugiego - trudno stwierdzić, ale najprawdopodobniej to ostatnie), co jednak nie trwało długo. Wychwyciłam też taki posmak, który czasem można wyczuć w baraninie (zawsze kojarzy mi się też ze sztucznie orzechowymi słodyczami i deserkami) i to, w połączeniu z orzechową nutą, dało efekt niezwykle rocherowo orzechowy. Normalnie Ferrero Rocher, tylko w wersji uzdrowionej, z zacnym składem, albo idealizowane wspomnienie tych kulek sprzed lat.

Silna słodycz i czekoladowo-orzechowy smak wyidealizowanego Ferrero Rocher pozostały już do końca, a po zniknięciu kawałka z ust... nie pozostał w nich żaden posmak, a jedynie poczucie słodyczy w gardle (choć jeszcze nie drapanie).

Dawno nie jadłam czegoś tak "milusiego" (nie jest to coś, czego szukam w czekoladach, ale nie wątpię, że komuś może bardzo smakować). Może nie była kakaowa ani jakoś niezwykle wyraziście owcza, ale... wydaje mi się, że nuty owczego mleka w dużej mierze przełożyły się na rocherowy smak, który tutaj sam w sobie był bardzo ciekawy i który... w pewnym stopniu mnie kupił. Prawda, że nie może się równać z głęboką w smaku, wybitną owczą Domori, ale... po prostu ma swój urok! Jest... inna. Niestety jest też o wiele za słodka, więc mimo że to smakowita słodycz, część czekolady oddałam Mamie. Gdyby tak ująć trochę tej słodyczy, a dodać więcej kakao (i mleka? żeby proporcji nie zachwiać i żeby Rocher nie uciekło) czuję, że mogłaby być dycha. Nie wiem, czy smaczniejsza od swojej koziej koleżanki, na pewno ciekawsze od niej (za co przyznaję punkt, żeby trochę wyrównać te ujęte za słodycz).


ocena: 8/10
kupiłam: biogo.pl
cena: 20,30 zł za 90 g
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko owcze pełne w proszku (19%), miazga kakaowa, wanilia bourbon

poniedziałek, 29 maja 2017

Legal Cakes baton Szyszka

Na początku maja wyruszyłam na rajd po krakowskich restauracjach sushi i kawiarnio-cukierniach, podczas którego ponownie przekroczyłam próg Legal Cakes. O ile ich ciasta mi nie smakowały (mini wpisy na instagramie: Marchewkowe i Banofffee), tak batony mnie zachwyciły. Zwłaszcza Chiacho, do którego wróciłam, utwierdzając się, że jest genialne. Zaopatrzyłam się w resztę batonów i od razu piszę, że po kawałeczku spróbowałam każdego zaraz po zakupie, by poznać ich konsystencję i ogólny smak, potem zaś przewiozłam je przez całą Polskę do domu, włożyłam do lodówki i zjadłam na przestrzeni czterech dni. Nie zaszkodziło im to zbytnio (a ja piszę w oparciu o spróbowanie świeżutkich), więc są wytrzymałe (włożenie do lodówki działa regenerująco - lepiej niż kremy z reklam!), a to plus.
Dzięki temu, że druga rodzina Taty używa wagi kuchennej, pozwoliłam sobie zważyć batony i odkryłam minus: wszystkie okazały się o jedną trzecią (w sumie prawie o połowę) mniejsze od gramatury deklarowanej na opakowaniu.
Postanowiłam rozpocząć od stanowiącego dla mnie największą zagadkę. Dlaczego? Nigdy nie jadłam tradycyjnej szyszki (nie lubię preparowanego ryżu ani takich zlepków). Na dobrą sprawę, ten baton chyba takowej nie przypomina...

Legal Cakes Szyszka to baton na bazie ekspandowanej kaszy jaglanej i ryżu z kakao i miodem.

Po otwarciu poczułam zapach "słodko czekoladowy" i świeżo bananowy, ale też trochę kojąrzacy się z pierniczkami, oczywiście takimi słodkimi i mocno czekoladowymi.

Początkowo baton wydał mi się lekki, miękko-mokry i wręcz piankowy - uginał się pod naciskiem palców. Spróbowawszy. odkryłam, że, owszem, był mokrawy, ale w pewnym sensie wysuszał i troszeczkę zapychał. Skojarzył mi się z kaszą, która dawno już wystygła i zgęstniała.

W pierwszej chwili po zrobieniu kęsa, pojawiał się pierniczkowy motyw z zapachu, po czym szybko zaczynały dominować banany, a więc i ich słodycz była wyraźna. Ogół jednak wcale taki bardzo słodki nie był. Ryż i kasza jaglana wprowadziły dużo neutralności. Kaszy było nieco więcej, ale smak był mieszanką jednego i drugiego. Osobiście wolałabym mocniejszą jaglaność, wprowadzającą "neutralność", ale taką swoją - "neutralność jaglaną", bo ryż wydał mi się tu po prostu mdły. Takie coś, co jest i tylko tyle, że jest.

Słodycz trochę rosła łącząc się z kakao i pewną proszkowością. W tym połączeniu pojawiał się lekko cierpko-owocowy motyw, zapewne wywołany właśnie kakao i bananami, ale niekojarzący się z tym duetem w oczywisty sposób. Jestem ciekawa, jakiego tu miodu użyto - może i on swoje trzy grosze tu wtrącił?

Przez większość jedzenia kakao było gorzkawo-cierpkie, ale raczej łagodne. Wprowadzało te wcześniej wspomniane wysuszenie, ale dopiero na końcówce zaczynało za bardzo wysuszać i ściągać, kiedy to ponad słodycz wybił się jego gorzkawy, niegłęboki smak. Czuć, że to kakao odtłuszczone, ale nie jakoś tak bardzo. Nie przeszkadzało to tak, jak dodatek takiego w tabliczce czekolady. 

Całość nie była zasładzająca, ale w dużej mierze neutralna i niejednoznaczna, przez co też trochę mdła, powodując, że słodkawość trochę mnie drażniła. Mimo że nie dominowała, to i o jakiś konkretniejszy smak tu trudno... Kakao było zdecydowanie za bardzo wycofane. To prawda, że nie chciałabym, żeby odtłuszczonego było więcej, ale marzy mi się, żeby zaczęli robić Szyszki z o wiele większą ilością pełnego kakao o głębokim i wyrazistym smaku. Wtedy nie byłoby też tego wysuszającego efektu, bo baton nie był suchy, tylko tak... wysuszał. Aż trudno to opisać. Brak mu po prostu wyrazistości albo jakiegoś wyrazistego dodatku (owoców? orzechów?).


 ocena: 6/10
kupiłam: kawiarnia Legal Cakes w Krakowie
cena: 7,50 zł (za 95 g)
kaloryczność: 190,5 kcal / 100 g; sztuka 95 g - 181 kcal
czy znów kupię: nie (chyba że zmienią skład)

Skład: kasza jaglana ekspandowana, ryż ekspandowany, odżywka białkowa, banany, miód, kakao

niedziela, 28 maja 2017

Pacari Andean Rose ciemna 60 % z Ekwadoru z różą

Odkąd pamiętam, lubiłam różany zapach i smak, choć samych róż jako kwiaty - nie bardzo. Na szczęście nie o nich jest wpis, a o czekoladzie różanej, czyli o czymś, co już z założenia może mieć 10. Tym bardziej, że chodzi o Pacari, czyli jedną z moich ulubionych czekoladowych marek. Jak wyjdzie w porównaniu do jedzonej ostatnio Rococo Rose? Byłam bardzo ciekawa, więc mam nadzieję, że Wy też.

Pacari Andean Rose to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z esencją różaną

Po otwarciu poczułam przede wszystkim intensywny, ale nie zbyt natarczywy, różany zapach, kojarzący się z płatkami tychże kwiatów oraz domowym, naturalnym dżemem różanym. To skojarzenie napędzała pewna wiśniowa soczystość, niewątpliwie pochodzenia kakaowego, czająca się w tle. Płatki róż też wydawały się pochodzić również z kakao, co z kolei przywoływało również mglisty posmak zdrowych drzew.

Tabliczka była ciemna, twarda, a jej przekrój potwierdził tę "konkretność", bo wydał mi się mocno chropowaty, piaszczysty. Mimo to, zdziwiłam się, kiedy po włożeniu kostki do ust, poczułam, że rozpuszcza się kremowo, ale z pewną chropowatością o wiele bardziej zbliżoną do sposobu rozpuszczania się Pacari Los Rios Ecuador 72 % niż Pacari 60 % Coffee - założyłam, że czekoladowa baza w tych z dodatkami nie różni się, jak widać błędnie. Ucieszyło mnie to jednak, bo dzisiaj opisywana rozpływała się bardzo powoli dzięki czemu w pełni mogłam nacieszyć się wszystkimi nutami.

Te bowiem okazały się niezwykle pasujące do dodatku.
W pierwszej chwili poczułam głęboką, jakby nieco karmelowo-kwiatową słodycz, oraz róże. Smak ten skojarzył mi się z płatkami róż i perfumami, ale nie było w nim niczego mdlącego, a sama smakowitość, ponieważ już po chwili różaność została podbita przez kwiatowo-wiśniowe nuty.
Słodycz rozeszła się na boki, nie znikając, ale ustępując miejsca znacząco, choć nieszczególnie mocno, palonemu smakowi kojarzącego się z nibsami i kawą. Żadna to gorzkość, żadna siekiera, ale i tak smakowity, ciepły motyw. Oczami wyobraźni ujrzałam ukwiecone drzewa i krzewy.

Różany smak od pierwszej sekundy splatał się ze słodyczą, dając efekt słodyczy bogatej i kwiatowej, a z czasem spójnie oplótł także kakao. Podkreślane różami kakao wypuściło z kolei motyw półsłodkiego wina, więc owocowe smaki wciąż otaczały wiśnie (i porzeczki?). Te zaś zaczęły mi się kojarzyć z jakimiś konfiturami, co z wyraziście różanym smakiem było wręcz nieprzyzwoicie smakowite.

Po czekoladzie na bardzo długo pozostawał posmak róż, głębokiej i znaczącej ale nie przesadzonej, słodyczy, w których to towarzystwie wychodził także ten palony akcent jako nie za mocna kawa.

Ta czekolada była wyrazista i zarazem łagodna. Żadnych skrajnych smaków i wariactw, a harmonia i niezwykła spójność. Słodycz i różane smaki świetnie razem zagrały, a także doskonale weszły w kwiatowo-wiśniowo-winne nuty samej czekolady. Leciutki motyw kawy także wiele dobrego tu wniósł. Wyraźnie czułam kakao (zaskakująco wyraźnie przy tylko 60 %), ale przy tych nutach spokojnie mogli go dać więcej, bo naprawdę pasowały do róż doskonale (z mocną kawą i słodyczą w Pacari Coffee trochę się gryzły). Zakochałam się w tym intensywnym, nieprzesadzonym smaku i zapachu róży. Przy Rococo Rose czułam się wręcz przytłoczona różą, tutaj wszystko wyważono o wiele lepiej.
Żałuję jednak, że zrobili taką smaczną, ale jednak słodką kompozycję. Chciałabym poczuć duet róż z większą zawartością kakao, bo jestem pewna, że ekwadorskie ziarna są wręcz stworzone do tego dodatku.


ocena: 9/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (nieosobiście)
cena: 19 zł (za 50 g)
kaloryczność: 648 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa 48,84%, cukier trzcinowy 40%, esencja różana 6%, tłuszcz kakaowy 4,96%, lecytyna słonecznikowa 0,2%

piątek, 26 maja 2017

Cacao Sampaka White Chocolate Ceylon Cinnamon biała z cynamonem cejlońskim

Ta czekolada była niezbyt miłym zaskoczeniem na długo przed jej otwarciem. O ile Matcha Green Tea była świadomym, choć może nie w pełni, wyborem, tak tej... w ogóle nie wybierałam. Chciałam albo mleczną Gin & Tonic, albo ciemną Spicy, ale coś ktoś po drodze pomieszał i trafiła do mnie biała z cynamonem. Cóż, cynamon uwielbiam, więc mimo negatywnego nastawienia do białych czekolad, po tę sięgnęłam z pewną iskierką nadziei.

Cacao Sampaka White Chocolate Ceylon Cinnamon to biała czekolada z cynamonem cejlońskim. Tłuszcz kakaowy stanowi tu 35 %.

Po otwarciu poczułam wyrazisty, głęboki słodko korzenny zapach z lekko "rzygowinowatą" nutą. Zdawało mi się, że czułam całą fuzję słodkich, "ciepłych" przypraw z cynamonem i goździkami na czele (a przypominam, że to czekolada jedynie z cynamonem).

To, co zobaczyłam wcale nie wyglądało na białą, a bardzo jasną mleczną czekoladę, ale jak się przyjrzeć, widać, że to zasługa cynamonu.

Podobnie jak w przypadku Sampaki z zieloną herbatą, zamiast grubaśnej tabliczki w opakowaniu znalazły się dwie cieniutkie, które w dotyku wydały mi się bardzo tłuste, a przy łamaniu wykazały pewną miękkość. W ustach rozpływało się to błyskawicznie, proszkowo-tłusto, z chropowatością wprowadzoną przez ogrom zmielonego cynamonu. Tego trafiały się i większe drobinki, a ja miałam wrażenie, że wręcz czuję jego kruchość. Przyprawa ta zdecydowanie przełożyła się na to, że ogólnie konsystencja aż tak nie raziła.

W smaku również to cynamon skupia na sobie całą uwagę. Znaczy... tak jakby. Od pierwszej chwili czuć tylko cynamon i silną słodycz. Ten pierwszy łagodny i z przymgloną nutą, która mi nieodzownie kojarzy się z wymiocinami, a słodycz najzwyklejsza na świecie. Zaraz jednak jedno zaczęło przenikać do drugiego, smaki zespoiły się. Naturalna słodycz cynamonu została wyolbrzymiona, skojarzyła mi się z goździkami, za to na szczęście w ogóle nie doszukałam się cukrowości. Znalazł się za to leciutko waniliowy posmaczek, który otworzył drogę posmakowi białej czekolady. Ten był mleczno-maślany i bardzo wycofany. Wywołało to skojarzenie z herbatą chai latte, czyli ze spienionym mlekiem z przyprawami korzennymi.

W porażającej wręcz słodyczy, cynamon wywalczył sobie sporo miejsca i był on nadzwyczajnie mocno wyczuwalny przy jednoczesnym prawie braku pikanterii. To był słodki, bardzo słodki, cynamon z nutą kojarzącą mi się z wymiocinami. Szybko coś zaczynało drapać w gardle. Zaskoczę Was jednak. Nie tylko słodycz drapała. Drapał też posmak cynamonu jako taki odrobinkę gorzkawy smaczek, który zazwyczaj jest oznaką tego, że przesadziło się z ilością tej przyprawy (a w przypadku cejlońskiego nazywam go "rzygowinowatym" - taki słodko-gorzki i dość mdły jednocześnie).

Po zniknięciu kawałka w ustach został łagodny posmak słodkiego cynamonu, poczucie słodkiej korzenności.

Ta czekolada to straszliwie słodkie chai latte w tabliczce (na jej nieszczęście nie lubię słodkich herbat). Korzenna słodycz, słodki cynamon, słodkie goździki (które są zasługą cynamonu cejlońskiego). Białej czekolady samej w sobie prawie nie czuć, za to czuć o wiele za silną słodycz. Cynamonu było tak dużo, że go nie zabiła, ale nie widzę sensu dodawania tyle cukru do czekolady z naturalnie słodką przyprawą. Trochę mi tu cynamon cejloński nie pasuje - jest za słodki i w połączeniu z maślanością za bardzo podjeżdżał mi pod wymiociny (może trochę wyolbrzymiam, bo ogólnie wolę zwykły od cejlońskiego). W białej czekoladzie naprawdę lepiej sprawdziłby się zwykły - cassia z jej pikantnym posmakiem, który osobiście uwielbiam. Nie pasuje mi też forma. Wydaje mi się, że przez cienkość tabliczki cynamon nie miał czasu na odsłonięcie swojej głębi w pełni, a ja zostałam po prostu uderzona cynamonem i słodyczą (no... i cynamonową słodyczą).
Za słodko, trochę bez sensu, ale w zasadzie prawdopodobnie tak, jak miało być. Słodko do tego stopnia, że  na oko 30 gramów było moim maksimum, a i tak pod koniec zrobiło się za słodko.


ocena: 6/10
kupiłam: 2beans w USA za czyimś pośrednictwem
cena: 9,99 $
kaloryczność: 605,6 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, cynamon, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii

czwartek, 25 maja 2017

Milbona Selection Budyń czekoladowy

Ta recenzja czekała wyjątkowo długo na dzień dzisiejszy. Strasznie dużo czasu minęło, zanim zabrałam się do jej napisania, a potem poprawienia itp. Dlaczego? Po deser sięgnęłam z desperacji szukając zamienników Muller de Luxe, którego wtedy w moim mieście nigdzie nie było. Wszystkie próbowane namiastki... w sumie nawet namiastkami nie były - wszystkie aż tak mnie rozczarowały. W końcu pojawiły się Mullery, a ja innymi nie musiałam sobie zaprzątać głowy. Nie chciałam do nich wracać, nawet tylko myślami, dlatego nie mogłam się zabrać do pisania. Bo i co tu pisać? W końcu jednak uznałam, że "cokolwiek, żeby może kogoś ostrzec".

Milbona Selection Budyń czekoladowy to deser na bazie śmietanki produkowany dla Lidla.

Po otwarciu poczułam słodki "czekoladkowy" zapach deseru na bazie mleka. Był dość mocny, ale nie intensywny i nie głęboki. 

Kolor deseru był brązowy, ale niestety wiele mu brakowało do ciemnego brązu Mullera.
Konsystencja też pozostawiała trochę do życzenia, bo był to taki przeciętny gęstawy, glutowaty budyń - ani rzadki, ani cudownie gęsty-gęsty. Ot, taki zwyczajny, dla mnie trochę za tłusty (ale w końcu bazą jest śmietanka).

Kiedy wreszcie spróbowałam, odkryłam, że smakował tak, jak wyglądał, czyli do bólu zwyczajnie, nudno. Czuć śmietankowo-mleczną bazę, czuć "czekoladkowy", a więc słodko mlecznoczekoladowy, smak o średniej intensywności i... to właściwie tyle. Niby nie przesłodzony, ale z racji mlecznoczekoladowości, dla mnie był za słodki, albo raczej po prostu za mało wytrawny. To zdecydowanie słodka mleczna czekolada, a nie wytrawna z nutką kakao jak w Mullerze. Ja rozumiem, że to po prostu ma być deser mlecznoczekoladowy, ale za mało mi tu tej czekoladowej wyrazistości i tyle (a za dużo słodyczy i mleczności).

Zaczął mnie nudzić już po trzech łyżeczkach, wtedy też poczułam jakiś taki posmak, którego nawet nie umiem nazwać (nie tam jakiś negatywny, ale... "jakiś").
Ogólna nijakość, słodki i mało czekoladowy smak w połączeniu ze średnio gęstą, za to nieco nazbyt tłustą konsystencją doprowadziły do tego, że resztę sobie darowałam i deser wywaliłam. Mocny przeciętniak zupełnie niewarty uwagi. 


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl
cena: 1,60 zł (?)
kaloryczność: 162 kcal / 100 g; cały deser (150g) - 243 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: 85 % śmietanka, cukier, skrobia kukurydziana modyfikowana, 2 % kakao, 1,1% czekolada mleczna (cukier, kakao, mleko w proszku pełne, tłuszcz kakaowy), mleko w proszku odtłuszczone, substancja zagęszczająca: karagen; naturalny aromat

środa, 24 maja 2017

Zotter Labooko Madagascar 75 % ciemna z Madagaskaru

Bardzo ucieszyło mnie pojawienie się wielu nowych ciemnych Labooko w ofercie Zottera. Bez wahania kupiłam wszystkie, a zacząć postanowiłam od tej, bo raz, że kocham nuty kakao z Madagaskaru, dwa: ogólnie podoba mi się Madagaskar, to jeszcze trzy - zakochałam się w samym opakowaniu czekolady przedstawiającym chudzielca na fioletowym tle w koszulce z lemurem. Nie wiem dlaczego, ale mam słabość do lemurów. I - zwłaszcza! - ogromną słabość do czekolad z Madagaskaru. A już gdy mowa o kakao, to warto zauważyć, że o tym wiadomo wyjątkowo wiele. Zotter użył tu mieszanki z doliny Sambirano: 20 % Criollo, 60 % Trinitario i 20 % Forastero od kooperatywy COPROCASA.

Zotter Labooko Madagascar 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao (miazga + tłuszcz) z Madagaskaru z doliny Sambirano.

Po rozchyleniu złotego papierka zobaczyłam głęboko, ale nie jakoś specjalnie ciemno, brązową tabliczkę, której zapach wywołał u mnie silne skojarzenia z błogim i słonecznym, wręcz gorącym dniem. Czułam nagrzaną ziemię z akcentem palonego, zadymionego kakao, a intensywność dojrzałych grejpfrutów i słodkich pomarańczy wręcz powalała. W tle zaś wychwyciłam stateczną nutę nabiału.

Tabliczka okazała się bardzo twarda, więc zanim ukazała mi przekrój, głośno trzasnęła. To, co zobaczyłam, wydało mi się gładkie i gęste. W istocie ta czekolada taka była. Każdy kęs rozpuszczał się bardzo powoli i kremowo, a zarazem trochę gęsto-zalepiająco.

W pierwszej chwili poczułam lekką, jakby kwiatową, słodycz, a zaraz potem mignęło mi skojarzenie z jagodami (mnóstwem jagód!) w twarogu, z ogromną przewagą jagód właśnie. Po chwili smak ten zniknął na rzecz cytrusów, ale potem znów wypłynął zmieniając swój charakter na bardziej jogurtowo-jagodowy.

Zanim to jednak nastąpiło, poczułam cały bukiet słodkich cytrusów z odrobinę przenikliwym, soczystym kwaskiem. To były dojrzałe pomarańcze, najpierw głównie miąższ, później także skórka. Od tej skórki wyłoniła się lekka gorzka cierpkość, błyskawicznie nabierająca mocy i wchodząca w klimaty grejpfrutów. W momencie, gdy spośród owoców to one dominowały, wcześniej wspomniana nuta nabiału znów wychynęła na wierzch i skojarzyła mi się z gęstym jogurtem greckim z... przyprawionymi konfiturowatymi truskawkami? Chyba tak.
Wraz z tymi charakterystycznymi cierpkościami (grejpfrut, jogurt grecki), w tle wszystko rozgrzał nieco osuszający motyw nagrzanej ziemi, podkreślający przyprawy. Wydało mi się, że czuję często używane przez Zottera cynamon i wanilię, ale w tej czekoladzie ich nie ma. 

Owoce zaczęły robić się już nie tylko cytrusowe, ale całość wciąż była wręcz obłędnie soczysta (przy jednocześnie przyjemnie opalanych, nagrzanych nutach ziemi). Pojawiły się chwilowe skojarzenia z limonką i marakują, ale zaraz to się ustatkowało, a ja czułam wyraźnie czerwone porzeczki. 

Zrobiło się nieco mniej kwaśno, bardziej słodko, ale słodycz ta zdawała się pochodzić jedynie od czerwonych owoców, może z jakimś akcentem wanilii, a na wszystko rozlał się wzmocniony, palony (ale nie nazbyt) smak - taki nieco ziemisty, choć w tym momencie już wyraźnie kawowy.
Taki właśnie posmak pozostawał w ustach na bardzo długo, z pewnym motywem owocowego orzeźwienia.

Ta czekolada rewelacyjnie przedstawiła Madagaskar, ukazując także jego przyprawy, a nie tylko owoce. Przede wszystkim, jej słodycz była bardzo stonowana, a smaki kręciły się wokół owocowo-jogurtowego kwasku i goryczki. Mimo cytrusowego (głównie grejpfruty i pomarańcze) zawrotu głowy, czułam tu też całe mnóstwo innych owoców - bardziej jagódkowatych, czerwonych. Zamiast kefirowo-twarogowych nut z Menakao czy Madecasse, tutaj pojawił się jogurt. Nie przegięli z mocnym paleniem, nie była to nuta wiodąca, ale i tak o dużym znaczeniu. To wszystko przełożyło się na to, że czekolada kojarzyła się bardziej z Domori Sambirano Madagascar 70 % niż ze wspomnianymi Menakao czy Madecasse, co wcale nie dziwi, biorąc pod uwagę dokładne pochodzenie kakao. To bardziej zrównoważona niż dzika kompozycja, ale wciąż głęboka i charakterna. Nazwałabym ją ekskluzywnym Madagaskarem, a gdybym miała obrazowo opisać jej charakter, myślę, że dobrym porównaniem jest tu dzikie zwierzę z młodymi - wygląda łagodnie, słodko, ale to właśnie matka w obronie swoich młodych wie, co zrobić ze swoimi pazurami. Czy smakowała mi bardziej od Domori? Nie umiem stwierdzić. Niby odrobinkę więcej kakao (i to się czuje), ale Domori chyba jest nieco głębsza. Kocham obie.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 596 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 23 maja 2017

Zotter Raspberry with Lime biała z kremem malinowym i limonkowym

Gdy już mam ochotę na próbowanie nowych, orzeźwiających limitek Zottera, znaczy to tylko jedno... nadchodzi lato! Rok temu zachwyciła mnie Zotter Raspberry Juice + Lemon, mimo że biała, niosąca przyjemną rześkość i owocowość, a w tym sezonie... Zotter ma nam do zaoferowania coś podobnego i zarazem zupełnie innego.


Zotter Raspberry with Lime to biała czekolada z kremem malinowym i kremem limonkowym.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim smakowity zapach mocno waniliowo-śmietankowej białej czekolady z akcentem cynamonu oraz zapach wyraźnie zaznaczających się malin. Soczystą limonkę poczułam po przełamaniu.

Sama czekolada stanowiła grubą warstwę, była tłusto kremowa i trzymała w ryzach bardzo miękkie, rzadkawe (w kontekście: soczyste) nadzienia. Część malinowa była bardziej zbita, pełna pesteczek i tłustsza, ale w zasadzie żadna z nich nie sprawiała wrażenia nazbyt tłustej przez ogólne poczucie owocowości. W zasadzie wydały mi się takie... śliskie jak sorbet.

Kawałek czekolady spróbowałam osobno i nie zawiodłam się. To przepyszna waniliowa, nieprzesłodzona, biała czekolada Zottera z porządnym akcentem cynamonu. Niestety, w połączeniu z nadzieniami cynamon zszedł na o wiele dalszy plan, a z czekolady działał głównie mleczno-maślany, nieco śmietankowy, smak dosładzając kompozycję.

Po chwili maślana tłustość ustępowała miejsca tej mlecznej, robiło się lżej i soczyściej, a w smaku w słodyczy przekradały się maliny, których kwasek nakręcał się z czasem. Malinowy krem spróbowany osobno wydał mi się głównie kwaśny (aż za kwaśny, jak niedojrzałe owoce), ale w otoczeniu czekolady był smakowity i nawet na chwilę znów mignął cynamon w tle (co skojarzyło mi się z genialną White Chocolate with Strawberries).

Cała kompozycja była dość słodka, nieco pudrowa, ale ani trochę nie mdliła. Mam jednak wrażenie, że momentami (przez kontrast?) nawet nieprzesłodzona czekolada wydawała się za słodka. Wciąż było soczyście, a soczystość dopiero nabierała rozpędu. Najmocniejsza przychodziła bowiem ze smakiem limonki - zaskakująco świeżym i wyraźnym, Potem co prawda łączył się z kwaskiem malin i nie był już aż tak wyraźnie limonkowy, a po prostu kwaśny, ale pod koniec wydawało mi się, że czuję także goryczkę skórki limonki.

Mleczność odchodziła w niepamięć, a całość robiła się kwachowato owocowa, by na końcówce jeszcze na moment wyskoczyła słodycz białej czekolady (ale jakby normalnej, a nie tej cudownej zotterowej).

W ustach pozostawał posmak kwaśnej limonki i kwaśnych malin oraz pewne poczucie, wspomnienie jedzenia czegoś pudrowo słodkiego (biała czekolada, malinowa nuta), które to niezbyt mi się podobało.

Ta czekolada rozczarowała mnie. Była słodkawa, mocno kwaśna i mam wrażenie, że aż za mocno kwaśna, przez co i nieprzesadzona słodycz chwilami przeszkadzała - za skrajne połączenie? Za duży kontrast? Zabiło to urok białej czekolady Zottera, a na pewno cynamonu. Maliny lepiej mi się komponują z cytryną (limonka wydała się jakby za bardzo... egzotyczna? nie wiem, zdecydowanie wolę limonkę w ciemnej czekoladzie; do białej lepsza cytryna). Zotter Raspberry Juice + Lemon przypominała cudowne owocowe lody, owocowe koktajle na mleku, a ta była po prostu białą czekoladą z soczystymi i kwaśnymi nadzieniami. Cieszy mnie, że mimo ogólnej miękkości nie wydawała się tłusta (wydawała? ona w zasadzie nie była tłusta).
Ogólnie niezła, ale na pewno nie porywająca.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 494 kcal / 100 g (na niemieckojęzycznej wersji strony jest 489)
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, maliny (7%), mleko, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat limonkowy (3%), suszone maliny, sproszkowane maliny (2%), słodka serwatka w proszku, nierafinowany cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, suszone jagody, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon

poniedziałek, 22 maja 2017

Kaoka 90 % Equateur ciemna z Ekwadoru

O firmie Kaoka słyszałam tylko tyle, że we francuskich sklepach ze zdrową żywnością cenią ją sobie o wiele bardziej niż inne z tego przedziału cenowego. Po zagłębieniu się w temat, nie dziwi mnie to specjalnie, bo z tego, co widać z ich strony, wiedzą co robią. Procesu pilnują już od uprawy ziarna, współpracując według zasad sprawiedliwego handlu z lokalnymi farmerami na plantacjach w Peru, Sao Tome, Ekwadorze i Republice Dominikany. Mimo wszystko żadna poważniejsza "znajomość" z Kaoką się nie nawiąże, bo miałam możliwość kupienia tylko tej jednej tabliczki. 

Kaoka Noir 90 % Equateur to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Ekwadoru.

Po rozchyleniu sreberka poczułam mocny zapach łączący w sobie charakterne czerwone owoce z winnymi wiśniami na czele oraz znacznie subtelniejszymi porzeczkami i truskawkami, o nieco słodkim wyrazie, na tyłach z nutami palonymi. Wyraźnie czułam tu mocno prażone orzechy i po prostu zapach nibsów kakaowych z sugestią... czegoś, co trochę kojarzyło mi się z przypaloną skórką kurczaka (?). Od razu piszę, że nie był to mocny ani (wbrew pozorom) nieprzyjemny zapach.

Czekolada była twarda, a konsystencję w ustach przybrała pasującą do raczej matowego koloru - pylisto-suchą. Przeważała tu smolistość, taka gęsta i zalepiająca, ale z czasem (wraz ze smakiem) soczystość zaczynała wywalczać sobie miejsce. Na koniec jej się udało i czekolada robiła się zaskakująco lekko-soczysta (wciąż mówię o konsystencji!).

Początek wydał mi się mocny w kontekście mocno palonym, ale także wyraźnie orzechowo-nibsowy. Smak kakao w tej czekoladzie cały czas podchodził pod specyficzny posmak nibsów właśnie, co było dość niecodzienne. 
Po chwili w tle zaznaczyła się subtelna słodycz z truskawkowo-porzeczkowym akcentem.

Palony smak zaczął przybierać niemal przypalony, a więc kwaskowaty wyraz, ale po chwili jakby "zaskoczył na właściwy tor" i zrobił się błogo cytrusowy. Czułam tu cytrynę wraz z jej gorzką skórką, ale także słodkie, dojrzałe pomarańcze i nieco cierpkie grejpfruty. Przy nich ponownie pojawiły się prażone orzechy, a wszystko skojarzyło mi się z kawą o owocowych nutach. Kawy jako takiej nie czułam, ale... to takie dziwne skojarzenie (podobnie jak poczucie "nibsowości").

Końcówka, kiedy to soczystość wygrała pod względem konsystencji, czekolada w smaku była głównie owocowa, kwaskowata i słodkawa, ale oczywiście wciąż przyjemnie gorzko kakaowa. Owoce z kwaśnych cytrusów zmieniły się w jakieś takie... delikatniejsze i bardziej "swojskie" (jabłka?). Pozostawiała posmak na bardzo, bardzo długo i był on charakternie kakaowy i uroczo owocowy. Zaskakująco łagodny, jak na tę zawartość kakao i jak na wcześniej zaprezentowany smak. Czyżby taka "łagodność na deser" po całej degustacji?

Czekolada bardzo mi smakowała. Czuć jej zawartość kakao, ale nie powinna nikogo przerażać. Ma bardzo mocno palone nuty, a jednocześnie skrywa wiele owoców (cytrusy, czerwone owoce i jabłka), i to o kwaśnym smaku. Musze przyznać, że połączenie bardzo silnej palonej gorzkości nie zawsze podchodzi mi w czekoladach w duecie z owocowym kwaskiem, a tutaj idealnie trafili z mocą palenia. Idealnie się to zgrało z nutami czekolady, które były jakby po prostu nieco złagodzonymi z  Zottera Labooko Ecuador 100 %, ale też zarazem trochę uproszczonymi.


ocena: 9/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 16 zł (za 100 g)
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, ekstrakt wanilii

niedziela, 21 maja 2017

Bakoma Satino Gold Deser czekoladowy z sosem o smaku czekoladowo-rumowym

Kiedyś uwielbiałam mleczne deserki, ale potem mi przeszły do tego stopnia, że aż mnie od siebie odrzucały. Ostatnio jednak zakochałam się w Mullerach de Luxe i jem ich tak dużo, że aż sama siebie zadziwiam, ale gdy tylko weszły, były u mnie niema nie do zdobycia, więc luty był miesiącem poszukiwań zamienników. "Dlaczego nie? Może się zdziwię i znajdę coś fajnego?" - myślałam sobie. Co mi szkodzi? No, trochę szkodzi, dlatego jednak postanowiłam tę recenzję opublikować, jako ostrzeżenie. A teraz Muller w dodatku jeszcze bardziej zyskał w moich oczach i parę razy w tygodniu, delektując się nim, utwierdzam się w przekonaniu, że 10/10 jest zasłużone.

Bakoma Satino Gold Deser czekoladowy z sosem o smaku czekoladowo-rumowym waży 140 g, które rozkłada się na 122 g deseru + 18 g sosu i w których nie znajdziemy ani kropelki rumu.

Po otwarciu poczułam delikatny, ale za to słodki, czekoladowy zapach, który jednak ani trochę mnie nie zaskoczył, gdy zobaczyłam deser. Miał bowiem bardzo, bardzo jasny kolor. Brak mu wyrazistości, co w połączeniu z glutowatą konsystencją strasznie rzadkiego budyniu okazało się dużym rozczarowaniem. 
Po zagarnięciu go łyżeczką wyszło na jaw, że sosu jest jeszcze mniej, niż  wygląda, bo został rozprowadzony głównie po ściankach na dole, a na samym dnie prawie go nie ma. Był równie rzadki, co budyń, ale o wiele bardziej proszkowy.

W smaku żadna z warstw nie była nawet trochę zadowalająca.
Czekoladowa była co prawda bardzo mleczna i niecukrowo słodka, ale w smaku czekolady znalazło się tam jeszcze mniej, niż w zapachu. Częściowo budyń nasiąkł akcentem sosu, ale nie był to żaden konkretniejszy smak.

Sos, ciemny jak szatan, był jednak zaskakująco mdły, już pomijając, że było go bardzo mało. Niby w nim już wyraźniej czuć czekoladę, nawet nutę "jakby wytrawną", taką jakby kakaową, ale i pewną słodycz i... coś podpowiadającego jakiś "słodszo-wytrawniejszy"smaczek. Może to i niby-rum... W składzie jednak nie ma ani rumu, ani żadnego innego alkoholu. W smaku niby coś tam jest, a że po zjedzeniu deseru zostaje sztucznawy posmak - już wiadomo co. Aromaty.

Zjadłam i było... nudno, nijako, do bólu przeciętnie, raczej niesmacznie, ale w zasadzie nie wyjątkowo obrzydliwie. Praktycznie nie było też zbyt czekoladowo, a rum znalazłam tylko w tytule, więc ogólny mdły smak deseru dodatkowo mnie zirytował. Aż się zastanawiam, czy nie wolałabym, gdyby mieli dodać tam spirytus i odtłuszczone kakao. Wtedy przynajmniej byłoby na co narzekać... A tak takie nic. W dodatku rzadkie i glutowate, meh.


ocena: 3/10
kupiłam: Tesco
cena: 1,99 zł
kaloryczność: 139 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: deser (mleko pasteryzowane, śmietanka pasteryzowana, cukier, skrobie modyfikowane kukurydziane, kakao, mleczna czekolada w proszku 1,4% (cukier, kakao, mleko w proszku, masło kakaowe), odtłuszczone mleko w proszku, substancja zagęszczająca: karagen; aromat, sól), sos 13% (woda, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, mleko zagęszczone, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, wiórki czekoladowe 0,6%, skrobia modyfikowana kukurydziana, stabilizator: mączka chleba świętojańskiego, aromaty)