piątek, 26 maja 2017

Cacao Sampaka White Chocolate Ceylon Cinnamon biała z cynamonem cejlońskim

Ta czekolada była niezbyt miłym zaskoczeniem na długo przed jej otwarciem. O ile Matcha Green Tea była świadomym, choć może nie w pełni, wyborem, tak tej... w ogóle nie wybierałam. Chciałam albo mleczną Gin & Tonic, albo ciemną Spicy, ale coś ktoś po drodze pomieszał i trafiła do mnie biała z cynamonem. Cóż, cynamon uwielbiam, więc mimo negatywnego nastawienia do białych czekolad, po tę sięgnęłam z pewną iskierką nadziei.

Cacao Sampaka White Chocolate Ceylon Cinnamon to biała czekolada z cynamonem cejlońskim. Tłuszcz kakaowy stanowi tu 35 %.

Po otwarciu poczułam wyrazisty, głęboki słodko korzenny zapach z lekko "rzygowinowatą" nutą. Zdawało mi się, że czułam całą fuzję słodkich, "ciepłych" przypraw z cynamonem i goździkami na czele (a przypominam, że to czekolada jedynie z cynamonem).

To, co zobaczyłam wcale nie wyglądało na białą, a bardzo jasną mleczną czekoladę, ale jak się przyjrzeć, widać, że to zasługa cynamonu.

Podobnie jak w przypadku Sampaki z zieloną herbatą, zamiast grubaśnej tabliczki w opakowaniu znalazły się dwie cieniutkie, które w dotyku wydały mi się bardzo tłuste, a przy łamaniu wykazały pewną miękkość. W ustach rozpływało się to błyskawicznie, proszkowo-tłusto, z chropowatością wprowadzoną przez ogrom zmielonego cynamonu. Tego trafiały się i większe drobinki, a ja miałam wrażenie, że wręcz czuję jego kruchość. Przyprawa ta zdecydowanie przełożyła się na to, że ogólnie konsystencja aż tak nie raziła.

W smaku również to cynamon skupia na sobie całą uwagę. Znaczy... tak jakby. Od pierwszej chwili czuć tylko cynamon i silną słodycz. Ten pierwszy łagodny i z przymgloną nutą, która mi nieodzownie kojarzy się z wymiocinami, a słodycz najzwyklejsza na świecie. Zaraz jednak jedno zaczęło przenikać do drugiego, smaki zespoiły się. Naturalna słodycz cynamonu została wyolbrzymiona, skojarzyła mi się z goździkami, za to na szczęście w ogóle nie doszukałam się cukrowości. Znalazł się za to leciutko waniliowy posmaczek, który otworzył drogę posmakowi białej czekolady. Ten był mleczno-maślany i bardzo wycofany. Wywołało to skojarzenie z herbatą chai latte, czyli ze spienionym mlekiem z przyprawami korzennymi.

W porażającej wręcz słodyczy, cynamon wywalczył sobie sporo miejsca i był on nadzwyczajnie mocno wyczuwalny przy jednoczesnym prawie braku pikanterii. To był słodki, bardzo słodki, cynamon z nutą kojarzącą mi się z wymiocinami. Szybko coś zaczynało drapać w gardle. Zaskoczę Was jednak. Nie tylko słodycz drapała. Drapał też posmak cynamonu jako taki odrobinkę gorzkawy smaczek, który zazwyczaj jest oznaką tego, że przesadziło się z ilością tej przyprawy (a w przypadku cejlońskiego nazywam go "rzygowinowatym" - taki słodko-gorzki i dość mdły jednocześnie).

Po zniknięciu kawałka w ustach został łagodny posmak słodkiego cynamonu, poczucie słodkiej korzenności.

Ta czekolada to straszliwie słodkie chai latte w tabliczce (na jej nieszczęście nie lubię słodkich herbat). Korzenna słodycz, słodki cynamon, słodkie goździki (które są zasługą cynamonu cejlońskiego). Białej czekolady samej w sobie prawie nie czuć, za to czuć o wiele za silną słodycz. Cynamonu było tak dużo, że go nie zabiła, ale nie widzę sensu dodawania tyle cukru do czekolady z naturalnie słodką przyprawą. Trochę mi tu cynamon cejloński nie pasuje - jest za słodki i w połączeniu z maślanością za bardzo podjeżdżał mi pod wymiociny (może trochę wyolbrzymiam, bo ogólnie wolę zwykły od cejlońskiego). W białej czekoladzie naprawdę lepiej sprawdziłby się zwykły - cassia z jej pikantnym posmakiem, który osobiście uwielbiam. Nie pasuje mi też forma. Wydaje mi się, że przez cienkość tabliczki cynamon nie miał czasu na odsłonięcie swojej głębi w pełni, a ja zostałam po prostu uderzona cynamonem i słodyczą (no... i cynamonową słodyczą).
Za słodko, trochę bez sensu, ale w zasadzie prawdopodobnie tak, jak miało być. Słodko do tego stopnia, że  na oko 30 gramów było moim maksimum, a i tak pod koniec zrobiło się za słodko.


ocena: 6/10
kupiłam: 2beans w USA za czyimś pośrednictwem
cena: 9,99 $
kaloryczność: 605,6 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, cynamon, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii

czwartek, 25 maja 2017

Milbona Selection Budyń czekoladowy

Ta recenzja czekała wyjątkowo długo na dzień dzisiejszy. Strasznie dużo czasu minęło, zanim zabrałam się do jej napisania, a potem poprawienia itp. Dlaczego? Po deser sięgnęłam z desperacji szukając zamienników Muller de Luxe, którego wtedy w moim mieście nigdzie nie było. Wszystkie próbowane namiastki... w sumie nawet namiastkami nie były - wszystkie aż tak mnie rozczarowały. W końcu pojawiły się Mullery, a ja innymi nie musiałam sobie zaprzątać głowy. Nie chciałam do nich wracać, nawet tylko myślami, dlatego nie mogłam się zabrać do pisania. Bo i co tu pisać? W końcu jednak uznałam, że "cokolwiek, żeby może kogoś ostrzec".

Milbona Selection Budyń czekoladowy to deser na bazie śmietanki produkowany dla Lidla.

Po otwarciu poczułam słodki "czekoladkowy" zapach deseru na bazie mleka. Był dość mocny, ale nie intensywny i nie głęboki. 

Kolor deseru był brązowy, ale niestety wiele mu brakowało do ciemnego brązu Mullera.
Konsystencja też pozostawiała trochę do życzenia, bo był to taki przeciętny gęstawy, glutowaty budyń - ani rzadki, ani cudownie gęsty-gęsty. Ot, taki zwyczajny, dla mnie trochę za tłusty (ale w końcu bazą jest śmietanka).

Kiedy wreszcie spróbowałam, odkryłam, że smakował tak, jak wyglądał, czyli do bólu zwyczajnie, nudno. Czuć śmietankowo-mleczną bazę, czuć "czekoladkowy", a więc słodko mlecznoczekoladowy, smak o średniej intensywności i... to właściwie tyle. Niby nie przesłodzony, ale z racji mlecznoczekoladowości, dla mnie był za słodki, albo raczej po prostu za mało wytrawny. To zdecydowanie słodka mleczna czekolada, a nie wytrawna z nutką kakao jak w Mullerze. Ja rozumiem, że to po prostu ma być deser mlecznoczekoladowy, ale za mało mi tu tej czekoladowej wyrazistości i tyle (a za dużo słodyczy i mleczności).

Zaczął mnie nudzić już po trzech łyżeczkach, wtedy też poczułam jakiś taki posmak, którego nawet nie umiem nazwać (nie tam jakiś negatywny, ale... "jakiś").
Ogólna nijakość, słodki i mało czekoladowy smak w połączeniu ze średnio gęstą, za to nieco nazbyt tłustą konsystencją doprowadziły do tego, że resztę sobie darowałam i deser wywaliłam. Mocny przeciętniak zupełnie niewarty uwagi. 


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl
cena: 1,60 zł (?)
kaloryczność: 162 kcal / 100 g; cały deser (150g) - 243 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: 85 % śmietanka, cukier, skrobia kukurydziana modyfikowana, 2 % kakao, 1,1% czekolada mleczna (cukier, kakao, mleko w proszku pełne, tłuszcz kakaowy), mleko w proszku odtłuszczone, substancja zagęszczająca: karagen; naturalny aromat

środa, 24 maja 2017

Zotter Labooko Madagascar 75 % ciemna z Madagaskaru

Bardzo ucieszyło mnie pojawienie się wielu nowych ciemnych Labooko w ofercie Zottera. Bez wahania kupiłam wszystkie, a zacząć postanowiłam od tej, bo raz, że kocham nuty kakao z Madagaskaru, dwa: ogólnie podoba mi się Madagaskar, to jeszcze trzy - zakochałam się w samym opakowaniu czekolady przedstawiającym chudzielca na fioletowym tle w koszulce z lemurem. Nie wiem dlaczego, ale mam słabość do lemurów. I - zwłaszcza! - ogromną słabość do czekolad z Madagaskaru. A już gdy mowa o kakao, to warto zauważyć, że o tym wiadomo wyjątkowo wiele. Zotter użył tu mieszanki z doliny Sambirano: 20 % Criollo, 60 % Trinitario i 20 % Forastero od kooperatywy COPROCASA.

Zotter Labooko Madagascar 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao (miazga + tłuszcz) z Madagaskaru z doliny Sambirano.

Po rozchyleniu złotego papierka zobaczyłam głęboko, ale nie jakoś specjalnie ciemno, brązową tabliczkę, której zapach wywołał u mnie silne skojarzenia z błogim i słonecznym, wręcz gorącym dniem. Czułam nagrzaną ziemię z akcentem palonego, zadymionego kakao, a intensywność dojrzałych grejpfrutów i słodkich pomarańczy wręcz powalała. W tle zaś wychwyciłam stateczną nutę nabiału.

Tabliczka okazała się bardzo twarda, więc zanim ukazała mi przekrój, głośno trzasnęła. To, co zobaczyłam, wydało mi się gładkie i gęste. W istocie ta czekolada taka była. Każdy kęs rozpuszczał się bardzo powoli i kremowo, a zarazem trochę gęsto-zalepiająco.

W pierwszej chwili poczułam lekką, jakby kwiatową, słodycz, a zaraz potem mignęło mi skojarzenie z jagodami (mnóstwem jagód!) w twarogu, z ogromną przewagą jagód właśnie. Po chwili smak ten zniknął na rzecz cytrusów, ale potem znów wypłynął zmieniając swój charakter na bardziej jogurtowo-jagodowy.

Zanim to jednak nastąpiło, poczułam cały bukiet słodkich cytrusów z odrobinę przenikliwym, soczystym kwaskiem. To były dojrzałe pomarańcze, najpierw głównie miąższ, później także skórka. Od tej skórki wyłoniła się lekka gorzka cierpkość, błyskawicznie nabierająca mocy i wchodząca w klimaty grejpfrutów. W momencie, gdy spośród owoców to one dominowały, wcześniej wspomniana nuta nabiału znów wychynęła na wierzch i skojarzyła mi się z gęstym jogurtem greckim z... przyprawionymi konfiturowatymi truskawkami? Chyba tak.
Wraz z tymi charakterystycznymi cierpkościami (grejpfrut, jogurt grecki), w tle wszystko rozgrzał nieco osuszający motyw nagrzanej ziemi, podkreślający przyprawy. Wydało mi się, że czuję często używane przez Zottera cynamon i wanilię, ale w tej czekoladzie ich nie ma. 

Owoce zaczęły robić się już nie tylko cytrusowe, ale całość wciąż była wręcz obłędnie soczysta (przy jednocześnie przyjemnie opalanych, nagrzanych nutach ziemi). Pojawiły się chwilowe skojarzenia z limonką i marakują, ale zaraz to się ustatkowało, a ja czułam wyraźnie czerwone porzeczki. 

Zrobiło się nieco mniej kwaśno, bardziej słodko, ale słodycz ta zdawała się pochodzić jedynie od czerwonych owoców, może z jakimś akcentem wanilii, a na wszystko rozlał się wzmocniony, palony (ale nie nazbyt) smak - taki nieco ziemisty, choć w tym momencie już wyraźnie kawowy.
Taki właśnie posmak pozostawał w ustach na bardzo długo, z pewnym motywem owocowego orzeźwienia.

Ta czekolada rewelacyjnie przedstawiła Madagaskar, ukazując także jego przyprawy, a nie tylko owoce. Przede wszystkim, jej słodycz była bardzo stonowana, a smaki kręciły się wokół owocowo-jogurtowego kwasku i goryczki. Mimo cytrusowego (głównie grejpfruty i pomarańcze) zawrotu głowy, czułam tu też całe mnóstwo innych owoców - bardziej jagódkowatych, czerwonych. Zamiast kefirowo-twarogowych nut z Menakao czy Madecasse, tutaj pojawił się jogurt. Nie przegięli z mocnym paleniem, nie była to nuta wiodąca, ale i tak o dużym znaczeniu. To wszystko przełożyło się na to, że czekolada kojarzyła się bardziej z Domori Sambirano Madagascar 70 % niż ze wspomnianymi Menakao czy Madecasse, co wcale nie dziwi, biorąc pod uwagę dokładne pochodzenie kakao. To bardziej zrównoważona niż dzika kompozycja, ale wciąż głęboka i charakterna. Nazwałabym ją ekskluzywnym Madagaskarem, a gdybym miała obrazowo opisać jej charakter, myślę, że dobrym porównaniem jest tu dzikie zwierzę z młodymi - wygląda łagodnie, słodko, ale to właśnie matka w obronie swoich młodych wie, co zrobić ze swoimi pazurami. Czy smakowała mi bardziej od Domori? Nie umiem stwierdzić. Niby odrobinkę więcej kakao (i to się czuje), ale Domori chyba jest nieco głębsza. Kocham obie.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 596 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 23 maja 2017

Zotter Raspberry with Lime biała z kremem malinowym i limonkowym

Gdy już mam ochotę na próbowanie nowych, orzeźwiających limitek Zottera, znaczy to tylko jedno... nadchodzi lato! Rok temu zachwyciła mnie Zotter Raspberry Juice + Lemon, mimo że biała, niosąca przyjemną rześkość i owocowość, a w tym sezonie... Zotter ma nam do zaoferowania coś podobnego i zarazem zupełnie innego.


Zotter Raspberry with Lime to biała czekolada z kremem malinowym i kremem limonkowym.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim smakowity zapach mocno waniliowo-śmietankowej białej czekolady z akcentem cynamonu oraz zapach wyraźnie zaznaczających się malin. Soczystą limonkę poczułam po przełamaniu.

Sama czekolada stanowiła grubą warstwę, była tłusto kremowa i trzymała w ryzach bardzo miękkie, rzadkawe (w kontekście: soczyste) nadzienia. Część malinowa była bardziej zbita, pełna pesteczek i tłustsza, ale w zasadzie żadna z nich nie sprawiała wrażenia nazbyt tłustej przez ogólne poczucie owocowości. W zasadzie wydały mi się takie... śliskie jak sorbet.

Kawałek czekolady spróbowałam osobno i nie zawiodłam się. To przepyszna waniliowa, nieprzesłodzona, biała czekolada Zottera z porządnym akcentem cynamonu. Niestety, w połączeniu z nadzieniami cynamon zszedł na o wiele dalszy plan, a z czekolady działał głównie mleczno-maślany, nieco śmietankowy, smak dosładzając kompozycję.

Po chwili maślana tłustość ustępowała miejsca tej mlecznej, robiło się lżej i soczyściej, a w smaku w słodyczy przekradały się maliny, których kwasek nakręcał się z czasem. Malinowy krem spróbowany osobno wydał mi się głównie kwaśny (aż za kwaśny, jak niedojrzałe owoce), ale w otoczeniu czekolady był smakowity i nawet na chwilę znów mignął cynamon w tle (co skojarzyło mi się z genialną White Chocolate with Strawberries).

Cała kompozycja była dość słodka, nieco pudrowa, ale ani trochę nie mdliła. Mam jednak wrażenie, że momentami (przez kontrast?) nawet nieprzesłodzona czekolada wydawała się za słodka. Wciąż było soczyście, a soczystość dopiero nabierała rozpędu. Najmocniejsza przychodziła bowiem ze smakiem limonki - zaskakująco świeżym i wyraźnym, Potem co prawda łączył się z kwaskiem malin i nie był już aż tak wyraźnie limonkowy, a po prostu kwaśny, ale pod koniec wydawało mi się, że czuję także goryczkę skórki limonki.

Mleczność odchodziła w niepamięć, a całość robiła się kwachowato owocowa, by na końcówce jeszcze na moment wyskoczyła słodycz białej czekolady (ale jakby normalnej, a nie tej cudownej zotterowej).

W ustach pozostawał posmak kwaśnej limonki i kwaśnych malin oraz pewne poczucie, wspomnienie jedzenia czegoś pudrowo słodkiego (biała czekolada, malinowa nuta), które to niezbyt mi się podobało.

Ta czekolada rozczarowała mnie. Była słodkawa, mocno kwaśna i mam wrażenie, że aż za mocno kwaśna, przez co i nieprzesadzona słodycz chwilami przeszkadzała - za skrajne połączenie? Za duży kontrast? Zabiło to urok białej czekolady Zottera, a na pewno cynamonu. Maliny lepiej mi się komponują z cytryną (limonka wydała się jakby za bardzo... egzotyczna? nie wiem, zdecydowanie wolę limonkę w ciemnej czekoladzie; do białej lepsza cytryna). Zotter Raspberry Juice + Lemon przypominała cudowne owocowe lody, owocowe koktajle na mleku, a ta była po prostu białą czekoladą z soczystymi i kwaśnymi nadzieniami. Cieszy mnie, że mimo ogólnej miękkości nie wydawała się tłusta (wydawała? ona w zasadzie nie była tłusta).
Ogólnie niezła, ale na pewno nie porywająca.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 494 kcal / 100 g (na niemieckojęzycznej wersji strony jest 489)
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, maliny (7%), mleko, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat limonkowy (3%), suszone maliny, sproszkowane maliny (2%), słodka serwatka w proszku, nierafinowany cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, suszone jagody, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon

poniedziałek, 22 maja 2017

Kaoka 90 % Equateur ciemna z Ekwadoru

O firmie Kaoka słyszałam tylko tyle, że we francuskich sklepach ze zdrową żywnością cenią ją sobie o wiele bardziej niż inne z tego przedziału cenowego. Po zagłębieniu się w temat, nie dziwi mnie to specjalnie, bo z tego, co widać z ich strony, wiedzą co robią. Procesu pilnują już od uprawy ziarna, współpracując według zasad sprawiedliwego handlu z lokalnymi farmerami na plantacjach w Peru, Sao Tome, Ekwadorze i Republice Dominikany. Mimo wszystko żadna poważniejsza "znajomość" z Kaoką się nie nawiąże, bo miałam możliwość kupienia tylko tej jednej tabliczki. 

Kaoka Noir 90 % Equateur to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Ekwadoru.

Po rozchyleniu sreberka poczułam mocny zapach łączący w sobie charakterne czerwone owoce z winnymi wiśniami na czele oraz znacznie subtelniejszymi porzeczkami i truskawkami, o nieco słodkim wyrazie, na tyłach z nutami palonymi. Wyraźnie czułam tu mocno prażone orzechy i po prostu zapach nibsów kakaowych z sugestią... czegoś, co trochę kojarzyło mi się z przypaloną skórką kurczaka (?). Od razu piszę, że nie był to mocny ani (wbrew pozorom) nieprzyjemny zapach.

Czekolada była twarda, a konsystencję w ustach przybrała pasującą do raczej matowego koloru - pylisto-suchą. Przeważała tu smolistość, taka gęsta i zalepiająca, ale z czasem (wraz ze smakiem) soczystość zaczynała wywalczać sobie miejsce. Na koniec jej się udało i czekolada robiła się zaskakująco lekko-soczysta (wciąż mówię o konsystencji!).

Początek wydał mi się mocny w kontekście mocno palonym, ale także wyraźnie orzechowo-nibsowy. Smak kakao w tej czekoladzie cały czas podchodził pod specyficzny posmak nibsów właśnie, co było dość niecodzienne. 
Po chwili w tle zaznaczyła się subtelna słodycz z truskawkowo-porzeczkowym akcentem.

Palony smak zaczął przybierać niemal przypalony, a więc kwaskowaty wyraz, ale po chwili jakby "zaskoczył na właściwy tor" i zrobił się błogo cytrusowy. Czułam tu cytrynę wraz z jej gorzką skórką, ale także słodkie, dojrzałe pomarańcze i nieco cierpkie grejpfruty. Przy nich ponownie pojawiły się prażone orzechy, a wszystko skojarzyło mi się z kawą o owocowych nutach. Kawy jako takiej nie czułam, ale... to takie dziwne skojarzenie (podobnie jak poczucie "nibsowości").

Końcówka, kiedy to soczystość wygrała pod względem konsystencji, czekolada w smaku była głównie owocowa, kwaskowata i słodkawa, ale oczywiście wciąż przyjemnie gorzko kakaowa. Owoce z kwaśnych cytrusów zmieniły się w jakieś takie... delikatniejsze i bardziej "swojskie" (jabłka?). Pozostawiała posmak na bardzo, bardzo długo i był on charakternie kakaowy i uroczo owocowy. Zaskakująco łagodny, jak na tę zawartość kakao i jak na wcześniej zaprezentowany smak. Czyżby taka "łagodność na deser" po całej degustacji?

Czekolada bardzo mi smakowała. Czuć jej zawartość kakao, ale nie powinna nikogo przerażać. Ma bardzo mocno palone nuty, a jednocześnie skrywa wiele owoców (cytrusy, czerwone owoce i jabłka), i to o kwaśnym smaku. Musze przyznać, że połączenie bardzo silnej palonej gorzkości nie zawsze podchodzi mi w czekoladach w duecie z owocowym kwaskiem, a tutaj idealnie trafili z mocą palenia. Idealnie się to zgrało z nutami czekolady, które były jakby po prostu nieco złagodzonymi z  Zottera Labooko Ecuador 100 %, ale też zarazem trochę uproszczonymi.


ocena: 9/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 16 zł (za 100 g)
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, ekstrakt wanilii

niedziela, 21 maja 2017

Bakoma Satino Gold Deser czekoladowy z sosem o smaku czekoladowo-rumowym

Kiedyś uwielbiałam mleczne deserki, ale potem mi przeszły do tego stopnia, że aż mnie od siebie odrzucały. Ostatnio jednak zakochałam się w Mullerach de Luxe i jem ich tak dużo, że aż sama siebie zadziwiam, ale gdy tylko weszły, były u mnie niema nie do zdobycia, więc luty był miesiącem poszukiwań zamienników. "Dlaczego nie? Może się zdziwię i znajdę coś fajnego?" - myślałam sobie. Co mi szkodzi? No, trochę szkodzi, dlatego jednak postanowiłam tę recenzję opublikować, jako ostrzeżenie. A teraz Muller w dodatku jeszcze bardziej zyskał w moich oczach i parę razy w tygodniu, delektując się nim, utwierdzam się w przekonaniu, że 10/10 jest zasłużone.

Bakoma Satino Gold Deser czekoladowy z sosem o smaku czekoladowo-rumowym waży 140 g, które rozkłada się na 122 g deseru + 18 g sosu i w których nie znajdziemy ani kropelki rumu.

Po otwarciu poczułam delikatny, ale za to słodki, czekoladowy zapach, który jednak ani trochę mnie nie zaskoczył, gdy zobaczyłam deser. Miał bowiem bardzo, bardzo jasny kolor. Brak mu wyrazistości, co w połączeniu z glutowatą konsystencją strasznie rzadkiego budyniu okazało się dużym rozczarowaniem. 
Po zagarnięciu go łyżeczką wyszło na jaw, że sosu jest jeszcze mniej, niż  wygląda, bo został rozprowadzony głównie po ściankach na dole, a na samym dnie prawie go nie ma. Był równie rzadki, co budyń, ale o wiele bardziej proszkowy.

W smaku żadna z warstw nie była nawet trochę zadowalająca.
Czekoladowa była co prawda bardzo mleczna i niecukrowo słodka, ale w smaku czekolady znalazło się tam jeszcze mniej, niż w zapachu. Częściowo budyń nasiąkł akcentem sosu, ale nie był to żaden konkretniejszy smak.

Sos, ciemny jak szatan, był jednak zaskakująco mdły, już pomijając, że było go bardzo mało. Niby w nim już wyraźniej czuć czekoladę, nawet nutę "jakby wytrawną", taką jakby kakaową, ale i pewną słodycz i... coś podpowiadającego jakiś "słodszo-wytrawniejszy"smaczek. Może to i niby-rum... W składzie jednak nie ma ani rumu, ani żadnego innego alkoholu. W smaku niby coś tam jest, a że po zjedzeniu deseru zostaje sztucznawy posmak - już wiadomo co. Aromaty.

Zjadłam i było... nudno, nijako, do bólu przeciętnie, raczej niesmacznie, ale w zasadzie nie wyjątkowo obrzydliwie. Praktycznie nie było też zbyt czekoladowo, a rum znalazłam tylko w tytule, więc ogólny mdły smak deseru dodatkowo mnie zirytował. Aż się zastanawiam, czy nie wolałabym, gdyby mieli dodać tam spirytus i odtłuszczone kakao. Wtedy przynajmniej byłoby na co narzekać... A tak takie nic. W dodatku rzadkie i glutowate, meh.


ocena: 3/10
kupiłam: Tesco
cena: 1,99 zł
kaloryczność: 139 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: deser (mleko pasteryzowane, śmietanka pasteryzowana, cukier, skrobie modyfikowane kukurydziane, kakao, mleczna czekolada w proszku 1,4% (cukier, kakao, mleko w proszku, masło kakaowe), odtłuszczone mleko w proszku, substancja zagęszczająca: karagen; aromat, sól), sos 13% (woda, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, mleko zagęszczone, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, wiórki czekoladowe 0,6%, skrobia modyfikowana kukurydziana, stabilizator: mączka chleba świętojańskiego, aromaty)

sobota, 20 maja 2017

Amedei Cru Trinidad 70 % ciemna z Trynidadu (neapolitanka)

Całkiem niezła Amedei Cru Venezuela 70 % nie zdołała co prawda przekonać mnie do tej marki, ale po kolejną neapolitankę sięgnęłam raczej obojętnie, niż negatywnie nastawiona, a więc to już coś. Dodatkowo samo pochodzenie ziarna kakao działało na plus, bo z Trynidadu za wiele czekolad nie jadłam.

Amedei Cru Trinidad 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao pochodzącego z Trynidadu.

Po rozchylenia złotego papierka poczułam... prawie nic. Czekoladka pachniała bowiem słodkim drewnem, i to dość delikatnie, i na tym koniec. W dodatku było to takie suche drewno-dykta, a nie jakieś żywe gałązki, las, mahoń czy coś. 

Trochę nie pasował mi do tego zapachu wygląd neapolitanki, bo miała całkiem ładny i głęboki kolor, ale po przełamaniu i spróbowaniu, nie mogę odmówić jej suchości także w konsystencji. Poniekąd była tłusto kremowa, ale pozostawiała po sobie taką kredowo-proszkową suchość, zwłaszcza na koniec.

Słodycz dominowała nad wszystkimi smakami już od samego początku. Nawet nie to, że była jakaś straszliwie mocna, ale wyjątkowo nieprzyjemna. Skojarzyło mi się to z zamglonym cukrem, cukrem pudrem, może i bezą (a bez nienawidzę - to według mnie najgorszy rodzai słodyczy). 

Po chwili zaczęły wyłaniać się średnio prażone, lekko gorzkie orzechy włoskie albo pekan, co przez moment było całkiem ok, ale zaraz ten prażony smak jakoś się zawinął i skojarzył mi się z drewnem, wiórową dyktą itp.

Wychwyciłam jeszcze nieco mleczną nutę, a przez chwilę jakiś ukryty kwasek w tle. Może ogółem była to jakaś kwaśnawa śmietana? Trudno to stwierdzić przy tej ilości (ale biorąc pod uwagę całość wcale nie chcę próbować tego w większej ilości).

Na koniec słodycz i posmak dykty łączyły się, przed którym to połączeniem pierzchło wszystko inne. Skojarzyło mi się to z tanim syropem czekoladowym.
Po czekoladzie pozostałam właśnie taki tanio słodki posmak i poczucie suchości.

To była bardzo niesmaczna neapolitanka. Nawet nuta orzechów włoskich została tu tak zaprezentowana, że nie pasowała mi - podchodziła pod dyktę. Suchość, drewniane wióry i okropna słodycz. Kwasek znikomy i nieokreślony, podobnie w sumie  jak wszystkie nuty tej czekolady. 

Czytałam, że ludzie czuli tu maliny, limonkę, ja owoców raczej nie, choć dopuszczam, że przy pełnowymiarowej można byłoby doszukać się czegoś więcej w kwasku. Nie mam jednak zamiaru sięgać po pełnowymiarową, bo to maleństwo mi wystarczyło. Do tego niepochlebna recenzja Basi z bloga Sex, Coffee & Chocolate utwierdziła mnie w przekonaniu, że to nie ze mną, a z czekoladą jest coś nie tak. 


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia

czwartek, 18 maja 2017

Erithaj Ben Tre Chocolat Noir Vietnam 70 % ciemna z Wietnamu

O poznawaniu nowych marek czekolad napisałam trochę przy Madecasse 80 %, a dziś, przy kolejnej, z którą przygodę miałam dopiero zacząć, macie dobry przykład marki onieśmielającej mnie. Tutaj to chyba kwestia tych ekskluzywnie wyglądających opakowań i niecodziennego pochodzenia kakao. Erithaj to bardzo ciekawa francuska marka, której tabliczki robione są z wietnamskiego kakao w manufakturze A. Morin na zlecenie. Na początek, z tych, które miałam, wybrałam tę o najniższej zawartości kakao (nie licząc mlecznej, bo po prostu miałam ochotę na ciemną).

Erithaj Ben Tre Chocolat Noir Vietnam 70 % to ciemna czekolada czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wietnamu z prowincji Ben Tre.

Po otwarciu poczułam zapach czegoś palonego, mnóstwa dymu i odymionych, wędzonych śliwek, złagodzony przez słodycz łagodnego, kwiatowego miodu z akcentem słodkich przypraw.

Tabliczka o zachwycająco głębokim kolorze, który wydawał się wręcz soczysty, okazała się wyjątkowo twarda. Trzaskała przy tym bardzo donośnie. Nie kruszyła się, ani nic, przekrój nie był niezwykły, jednak w ustach rozpuszczała się niecodziennie i po prostu cudownie. Powoli roztaczała minimalnie tłustą, lepką czekoladową maź jakby stworzoną z suchawego, rozlazłego piasku, w dodatku z pyliście-kredowym akcentem, ani trochę nie wysuszając. 

Pierwsze wrażenie po włożeniu kostki do ust było takie, że czekolada była o wiele bardziej palona niż sugerował zapach, w którym przodowały wędzone śliwki.
Po chwili ten mocno palony smak jednak jakoś się rozpłynął, a za moment znów powrócił, ale już nie jako motyw przewodni. Można go skojarzyć z kawą, choć tak wyraźnie kawy tu nie było czuć (chodzi raczej o wydźwięk gorzkości palenia). Wrócił nieco podwędzony, bo po paru chwilach wyraźnie czułam wędzone, kwaskowate i soczyste śliwki oraz kwasek i subtelną gorycz jakby opalanych skórek cytryny. 

Przy tym całym paleniu, gorzkość była jednak i tak znikoma, kwasek należał do owoców, a z czasem zaczynała wyłaniać się słodycz. Nie byle jaka! Znacząca, ale nie przesadzona. Miała trochę miodowy, wyrafinowany charakter. 

Wędzone śliwki wysunęły się na prowadzenie, a wraz z tą słodyczą skojarzyły mi się z niemal gęstym od ilości owoców, kompotem śliwkowym - słodkim, ale i ze specyficznym kwaskiem, troszeczkę przyprawionym. Oprócz tego czułam też kwaskowate mirabelki i wielkie, okrągłe fioletowe śliwy tak dojrzałe, że aż kaszakowate. Śliwki, śliwki i jeszcze raz śliwki. 
Z czasem z owoców wyłuskałam także średnio dojrzałe, ale już bardzo soczyste, fioletowe winogrona, które dały lekko chłodząco-orzeźwiający efekt, taki podchodzący też pod coś mniej owocowego.

Gdy już wymieniłam każdy jesienny sposób na śliwkę, odmieniłam słowo "śliwka" przez wszystkie przypadki, a kawałek czekolady zniknął, w ustach pozostawała jedynie słodycz. Bogata i wykwintna, jednoznacznie kojarząca się z miodem i kwiatami. Ten łagodny posmak pozostawał na bardzo długo i bez wątpienia zaliczał się do tych jak najbardziej smakowitych, mimo że trudno go skojarzyć z czekoladą.

Wariactwa smaków tu nie doświadczyłam, ale i tak jestem pod wrażeniem, bo ta czekolada była niezwykle obrazowa. W mojej głowie pojawiło się dziwne przekonanie, że "jakby była kolorem, byłaby fioletem" (a to mój ulubiony kolor zaraz po czerni), wywołane pewnie śliwkami i winogronami. "Fiolet" mógłby być tytułem obrazu, jaki pokazała mi wyobraźnia: ciemne, kruche po bokach śliwkowe ciasto sowicie wypełnione owocami z kakaowo-cytrynową (mam na myśli skórkę) kruszonką w towarzystwie ciemnej kawy.
Powiedziałabym też, że miała więcej niż 70 % kakao; skojarzyła mi się trochę z Pralus Fortissima 80 %, w której również czułam dym i kompot śliwkowy, a jeśli chodzi o "nuty Wietnamu", to... z Marou Treasure Island 75 % łączy ją mocne palenie (choć to nie kwestia pochodzenia kakao), ale i przyprawy, kwiaty, mimo że w Erithaj czułam je głównie w zapachu.
To było pyszne, jednak żebym mogła z czystym sumieniem przyznać 10, musiałaby być bardziej gorzka, bo mimo całego palenia, była głównie owocowo kwaśna i słodkawa (ale to dopiero potem).


ocena: 9/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 23 zł (za 100 g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład:  ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

środa, 17 maja 2017

Falcone Walnuts Cookies ciastka cantucci z orzechami włoskimi i morelami

Znawczynią włoskiej kuchni nie jestem, ale o produkcie dzisiaj recenzowanym postanowiłam trochę poczytać. Cantucci to tradycyjne ciasteczka z Toskanii, które piecze się dwukrotnie, aby były kruche i chrupiące. Spożywa się je w specyficzny sposób, bo zanurzając w kawie lub winie.
Zawsze chciałam spróbować jakiś włoskich kamieni ciastek, więc gdy wiele miesięcy temu usłyszałam o likwidacji Almy, podczas pobytu u Taty zajechałam do tego sklepu, żeby jakieś upolować.
Zaopatrzyłam się w takie autentycznie wyprodukowane we Włoszech, z babunią na opakowaniu (co pewnie ma sugerować, jakie to one domowe i tradycyjne). Nie miałam jednak najmniejszego zamiaru maczać ich w kawie lub winie (za bardzo celebruję picie jednego i drugiego); postawiłam a to, co zawsze parzę sobie do ciastek, czyli czarną herbatę.

Falcone Walnuts Cookies to ciastka cantucci z orzechami włoskimi i morelami.

Po otwarciu poczułam zapach domowych ciastek, który był słodką mieszaniną masła, jajek i orzechów z delikatną nutką aromatu migdałowego, bez której akurat by się obyło. I tak jednak było całkiem dobrze.

Ciastka były dość spore, mocno wypieczone i bardzo, bardzo twarde. Doskonale sprawdzały się jednak w duecie z herbatą. Nie rozpadały się w niej, mimo że ogólnie kruszyły się. W każdym ciastku znalazły się duże kawałki chrupiących orzechów lub / i średnie kawałki miękkich moreli. Na małą ilość dodatków nie można narzekać, co oczywiście się chwali, ale miałam wrażenie, że moreli mogło być więcej.

W smaku wydały mi się przede wszystkim słodkie, choć nie była to słodycz drażniąca, a taka "urocza", i maślane. Były tłustawe, choć nie nazbyt; ten maślany posmak nie wydawał się taki "tłusty", pewnie przez ogólną suchość. Na szczęście nie były zbyt mączne, a w towarzystwie z herbatą przyjemnie rozpływały się w ustach.
Dzięki temu, że konkretnie je wypieczono, wydały mi się wręcz maślanokarmelowe. W połączeniu z herbatą ten smak jeszcze bardziej się nasilił.

Mama, z którą się nimi podzieliłam, miała zupełnie inne zdanie. Nie smakowały jej, bo "one wcale nie są słodkie", a w dodatku narzekała na "twardą jak kamień" konsystencję (no, ale typowe włoskie ciastka mają być twarde, a ja jadłam je z herbatą, więc mi nie przeszkadzało). Nie wiem jednak, jak można nie czuć tu słodyczy...

Nawet morele jeszcze trochę jej dokładały, chociaż na ich słodycz narzekać nie mogę. Dzięki specyficznemu smaczkowi tychże owoców nie zacukrzały ciastek. Ogólnie nie odegrały większej roli, a wręcz trochę zanikały.

Zupełnie inaczej było z drugim dodatkiem - orzechami włoskimi. Te przełamywały ogólną łagodność i słodycz swoim charakterystycznym, wyrazistym smakiem. Świetnie sprawdziła się tu ich lekka goryczka. Czuć je było cały czas, nie tylko kiedy je chrupałam (a było co chrupać!), co bardzo mi się podobało.

Ogólnie ciastka uważam za bardzo smaczne i cieszę się, że je kupiłam. Liczyłam co prawda na to, że nacisk będzie położony na duet orzechów włoskich i moreli, a morele jakoś się schowały, ale... trafiłam na dobre ciastka z orzechami włoskimi idealne do herbaty, czyli tak, jak lubię.


ocena: 8/10
kupiłam: Alma
cena: 9,99 zł (za 180 g)
kaloryczność: 418,1 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, jaja, białko jaja, kandyzowana morela 8 % (morela 98 %, syrop fruktozowo-glukozowy, sok cytrynowy z koncentratu), orzechy włoskie 8 %, cukier trzcinowy, masło, miód, proszek do pieczenia (difosforan sodu, wodorowęglan sodu), aromaty, sól

wtorek, 16 maja 2017

Madecasse 80 % ciemna z Madagaskaru

Czasem, gdy sięgam po nieznane marki czekolad z najwyższych półek, czuję się onieśmielona, przedzielam więc sobie ich degustacje markami znanymi, będącymi "wentylami bezpieczeństwa" (hiperbolizując trochę), albo takimi jak ta - mocno kojarzącymi się z już znaną.
Madecasse bardzo przypomina jedną z moich ulubionych marek, czyli Menakao, co więcej, większość ich tabliczek jest produkowana w tej samej fabryce - Cinagra. Czekolady z kakao Madagaskaru produkowane na miejscu... Dla mnie, wielbicielki madagaskarskich smaków, to dopiero gratka.

Madecasse 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Madagaskaru.

Po otwarciu z małym zaskoczeniem odnotowałam, że czuję raczej łagodny zapach. Owszem, czułam kwasek cytrusów, soczyste grejpfruty i pomarańcze typowe dla Madagaskaru, ale dopiero na drugim planie. Piękna, bardzo ciemna z bordowym połyskiem, tabliczka głównie pachniała słodką wanilią i jagodami oraz rozgrzaną ziemią.

Przy łamaniu okazała się twarda, jej przekrój był ziarnisty, a w ustach rozpływała się powoli i trochę lepko, kojarząc się z niegładką, ziarnistą chałwą. Bardzo spodobała mi się ta struktura. Wbrew smakom pozostawiała trochę suchy efekt, ale to nie wada.

Gdy wgryzłam się w czekoladę, od razu poczułam wyrazisty smak grejpfruta. Była to oczywiście jego charakterystyczna, soczysta gorzkość oraz oszczędna słodycz.
Gorzkość szybko wystrzeliła we wszystkich kierunkach roztaczając w ustach bogactwo nut smakowych. Jako że w ogromnej mierze była ewidentnie kakaowego pochodzenia, przyniosła motyw rozgrzanej, żyznej ziemi z palonymi nutami kawy. Opływała ją jednak gorzkość bardziej owocowa, a więc wspomniana już grejpfrutowa i skórki pomarańczy.

Od nich, od owoców, rozchodziła się silna soczystość, niosąca jedynie owocową słodycz. Była tak intensywna i naturalna, że zdawało się, iż czekolada nie została posłodzona, a znacząca słodycz pochodzi jedynie od owoców, które w jakiś magiczny sposób zamknięto w tabliczce. Od skórek odszedł i rozszedł się w ustach smak miąższu dojrzałych pomarańczy, cytrusów i innych słodkich owoców (mango?). Znalazły się tu egzotyczne owoce leśne - takie jakieś jagódkowe, może i czerwone, ale nie wiem jakie konkretnie, a wraz z nimi wychwyciłam łagodniejszy motyw. Kojarzył się trochę z mlecznymi nutami, uchylał się jednak i chował. W końcu jakby został zapędzony w róg przez palono-cytrusowe smaki i zaczął mi się troszeczkę kojarzyć z kefirem, ale w stopniu o wiele mniej intensywnym, niż w Menakao 80%. Dosłownie przez sekundę ujawniła się w tym odrobinka kwasku i ściągający efekt.

Po zniknięciu ostatniego kawałka, w ustach jeszcze przez kilka godzin pozostawał posmak gorzkich grejpfrutów, skórek pomarańczy, a także soczystość słodkich, egzotycznych owoców i palony motyw nagrzanej ziemi, palonych ziaren kawy.

Czekolada była cudownie soczysta, ale przez sporą rolę palonych, ciepłych nut trochę wysuszała. Wybaczam jej to jednak ze wzgląd na ciekawą konsystencję. Mimo to, zachwyciła mnie intensywnie owocowym smakiem, który jednak nie był zbyt słodki, czy kwaśny, a mocny i gorzki (bo oprócz gorzkich grejpfrutów ziemia i kawa także wyraźnie się tu zaznaczały).

To głębia Madagaskaru, która jednak jest dość prosta (albo raczej przewidywalna). Nie jest to też taka moc, jaką czasem mają 80-tki; w ciemno powiedziałabym, że to raczej jakieś 75 %, ale nie ma to przy tym smaku większego znaczenia.
Bardzo przypominała Menakao Dark Chocolate 80 % Robust & Bold, ale wydaje mi się, że Menakao była bardziej ofensywna i dzika, "mleczna" nuta w postaci twarogu (tudzież kefiru) była istotniejsza. Od kradzieży mojego serca od Menakao było bardzo blisko, ale trochę zabrakło. Czuję się chyba po prostu zobowiązana do odznaczenia Menakao, więc znowu pozwolę sobie zabawić się w połówki w ocenie (czego nie lubię robić).


ocena: 9,5/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 18 zł (za 75 g)
kaloryczność:  573 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: miazga kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa