środa, 31 maja 2017

ciastka Lotus The Original Speculoos

Zawsze lubiłam ciasteczka korzenne, jednak w ciągu ostatnich lat jem je naprawdę bardzo rzadko. Dawno, dawno temu w markecie Plus były przepyszne, potem market zamknęli, a z ciastkami problem. Jak już jakiś próbuję, prawie zawsze coś mi w nich nie gra, w sklepach nędzny wybór (składy porażają), a ciastek itp. nie piekę. Ciastka korzenne stały się więc czymś, co bardzo lubię, ale czego prawie w ogóle nie jem. Gdy jednak kiedyś podczas pobytu u Taty usłyszałam pytanie, czy mi je kupić (w odniesieniu do dziś recenzowanych), nie zastanawiałam się ani chwili - wszak są bardzo charakterystyczne, popularne w internecie (zwłaszcza w formie kremu, który akurat mnie wcale nie kręci), a widziane przeze "na żywo"po raz pierwszy.


Lotus The Original Speculoos to ciasteczka korzenne znane również jako "Biscoff".

Po otwarciu poczułam konkretny, mocno pieczony zapach kojarzący się z solonymi precelkami, ogólnie z piekarnią (ale z konkretami, przypalonymi chlebami itp., a nie ciastami i słodkimi bułeczkami), a dopiero potem cynamon. Przez moment mignęło mi wręcz skojarzenie z jakimś pieczonym kurczakiem.
To było dziwne i niezbyt korzenne, a więc i niezbyt zachęcające.

Zwłaszcza, że ładne, konkretne, zwarte ciastka pozostawiały tłuszcz już na palcach. Były bardzo tłuste, a jednocześnie suche, chrupiące i kamienno twarde. Oprócz tłustości taka konsystencja jak najbardziej by mi odpowiadała, bo i kryształki cukru (niestety obecne w ogromnej ilości) jakoś za bardzo nie chrzęściły, nie irytowały.

Nie irytowały tylko pod względem konsystencji (o dziwo!). W smaku niestety cukier strasznie przeszkadzał, bo dodano go o wiele za dużo. Powiedzenie, że czuć w nich słodycz, byłoby naciągane, bo w nich po prostu czuć cukier z cukrem. Przede wszystkim cukier. Nie są to jednak zwykłe przesłodzone ciastka, bo są jednocześnie przesolone.
Sól dawała się tu we znaki podwójnie, bo to, że ciastka były mocno wypieczone (prawie wręcz przypalone) podkreślało ją i upodabniało całość do solonych mini-precelków, paluszków i tego typu rzeczy.

Cynamon... także było czuć, ale dopiero daleko za wyżej opisanymi nutami, więc o wiele za słabo. Trudno mi było się na nim skupić po zabójczym połączeniu cukru i paluszko-precelków. Ogólnie wydały mi się zdecydowanie za mało korzenne.

Nie wiem, jak sprawdzają się w herbacie, bo ledwo zjadłam jedno ciastko - po prostu mnie obrzydziło, ale wydaje mi się, że i herbata by im nie pomogła (co najwyżej odebrałaby im chyba jedyną zaletę - twardą chrupkość). Tłuste, pachnące kurczakiem i smakujące jak zacukrzone mini-precelki i słone paluszki (których swoją drogą wręcz nienawidzę) ciastka okazały się niezwykle specyficznym, totalnym niewypałem. Lubię słodko-słone połączenia, ale to... Najchętniej wymazałabym te ciastka z pamięci.
Moja Mama (do której trafiła prawie cała paczka), nie miała względem tych ciastek tak skrajnych odczuć, ale przyznała, że za dużo cukru i soli, za mało cynamonu i "mogłyby tak spalonym chlebem nie śmierdzieć", a paluszki uznała za pozytywną nutę (Ona lubi paluszki). Wierzę więc, że znajdą się osoby, którym posmakują, ja jednak ostrzegam i nie polecam.


ocena: 2/10
kupiłam: Tata mi kupił w Carrefour
cena: mówił, że coś koło 4 zł (za 125 g)
kaloryczność: 484 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, oleje roślinne (rzepakowy, palmowy), syrop z cukru karmelizowanego, substancja spulchniająca (węglany sodu), mąka sojowa, sól, cynamon

14 komentarzy:

  1. Kiedy była mała mama kupowała na wagę takie ciemne ciasteczka korzenne chyba z dodatkiem kakao. One miały różne kształt: płatki śniegu, gwiazdki i księzyce a od spodu były delikatnie podlane czekoladą. Pamiętam, że w domu wszystkim smakowały: czekolada była naturalna, ciasteczka korzenne i nie przesłodzone. Potem zniknęły i nigdzie ich nie znalazłyśmy. Recenzowane przez Ciebie ciasteczka widziałam, być może nawet jadłam (pamiętem że kiedyś w Kauflandzie przy kasach były takie mini korzenne ciasteczka do degustacji - zapakowane po jednym ciasteczku), ale tego nie pamiętam. NIe były warte zapamiętania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja kiedyś trafiłam u fryzjerki na takie pojedynczo pakowane, ale miałam przeczucie, że lepiej nie brać. Meh. Wydaje mi się, że jeszcze parę lat temu tak nie kombinowali po prostu ze składem, stawiali na prostotę i dlatego jakoś wszystko smakowało jedzeniem, a nie śmietnikiem.

      Usuń
    2. Teraz to idą na łatwiznę by wyprodukować jak najwięcej jak najmniejszym kosztem ;/

      Usuń
    3. Co jest dla mnie niepojęte, skoro zdrowe odżywianie, dbanie o to, co się je ostatnio jest chyba wręcz modne.

      Usuń
  2. Jaka szkoda, bo krem jest świetny i tego samego spodziewałybyśmy się po ciastkach :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybaczcie, ale nie wierzę w jego świetność. Znaczy... wierzę, że ludzie, którzy lubią kremy inne niż masła orzechowe mogą go lubić. :P

      Usuń
    2. My jadłyśmy wersję crunchy i naprawdę nam smakowała xD

      Usuń
    3. Wierzę, wierzę, ale wiem też, że mnie by obrzydził. Nie wyobrażam sobie posmarowania nim chleba czy "zanieczyszczenia" np. mojej ukochanej czystej owsianki. Nie lubię kremów (masło orzechowe i tahini to co innego) i już. :P

      Usuń
  3. A ja je lubię choć nie ukrywam, że z Lidla najlepsze <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętasz asortyment Plusa?! Ja nawet nie pamiętam, czy można tam było kupić chleb... ;) Ale ok, sklep odwiedzałam tylko podczas weekendów u babci, na dodatek nie zawsze. Albo nie, bo jak wprowadziłam się na osiedle, jeszcze był. Ale krótko. Chyba... OMG, nieważne :D

    Kurczak, tak! Dla mnie pachniały czymś pieczonym lub z grilla. Pszennym chlebem, skórką z kurczaka.

    Aż tak nisko bym ich nie oceniła - przyznałam im, hmm, 4 chi? 3 ze wstążką
    ? - acz krem jest 100000000 razy lepszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, u mnie to był taki pierwszy "większy sklep", z rodzicami często jeździliśmy, a ja już jako dzieciak / nastolatka byłam pod względem jedzenia trochę... dziwna. A postacie, które przedstawiały wspomniane ciastka korzenne, próbowałam nawet rysować, więc... :D Można było! Tata zawsze sobie kupował taki zwykły biały bochen w folii i zjadał "dupki" od tego chleba "maczając" je w maśle, gdy ja z mamą rozpakowywałyśmy zakupy (albo raczej ona rozpakowywała, a ja szukałam po reklamówkach swoich "skarbów"). ...Kurde, też odleciałam od tematu, haha. A ostatnio znowu widziałam starszą panią z taką wytartą, starą reklamówką z Plusa! xD

      Tak! Tylko że pieczone rzeczy, z grilla mogą pachnieć przyjemnie, a w przypadku ciastek... z przyjemnością nie miało to nic wspólnego.

      Krem? Może i lepszy, mi i tak by nie smakował, bo już z racji bycia kremem jest u mnie na przegranej pozycji.

      Usuń
  5. Ja spotkałam w mieście jakiegoś dziadka z torbą Plusa, jak szłam na studia. Z 2 lata temu? Chyba.

    Chleb w dzieciństwie kupowaliśmy w prawdziwej piekarni. Gorący, pachnący, niepokrojony. Omg <3

    Dupki chlebowe - w domu mówiło się "piętki" - kocham i wyjadam do dziś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z mamą już wtedy kupowałyśmy ciemne, mama to w ogóle do takiej litewskiej piekarni zachodziła i tam ciekawostki regionalne kupowała... Tylko tata taki "aby jak najtaniej". xD

      A ja z kolei... nie, ja po prostu nie mam w zwyczaju jadać białych chlebów.

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)