piątek, 21 lipca 2017

wafelki Maxer XXL, Attack Choco

Były już bardzo popularne klasyki, a ja postanowiłam iść dalej w wafelkowy świat... Albo nie. Postanowiłam to dużo wcześniej, kupując te wszystkie wafelki, a teraz sięgałam po nie przez jakiś wewnętrzny przymus. Jeden z dzisiaj recenzowanych jest mi kompletnie nieznany (kokosowy Attack nie zachwycił, ale ogólnie Attacki są dla mnie wielką niewiadomą), a za drugim stoi Nestle. Nie to, żebym lubiła tę firmę, ale lata temu uwielbiałam Kit Katy - przecież właśnie spod ich szyldu. W nich jednak bardziej zwracałam uwagę na całość, czekoladę - możliwość zgryzania jej, a więc specyficzny sposób jedzenia, a jak to będzie ze zwykłym waflem? Hm, niby wiem, że to już nie pora na takie odkrycia, bo tak daleko weszłam w świat Prawdziwej Czekolady, że zrobiłam się bardzo wybredna w kwestii słodyczy, ale nienawidzę uczucia, że coś - nawet takiego głupiego - mnie omija.

Maxer XXL to 50-gramowy wafel przekładany "kremem czekoladowym i oblany czekoladą deserową", którego producentem jest Nestle.


Po otwarciu poczułam dziecinnie słodko kakaowy zapach, bardzo przeciętny.
Wyjęty wafel był niespotykanie wysoki, jak się później okazało - z wieloma waflowymi warstwami i sowicie wypełniony kremem o tłustej w dobrym stopniu konsystencji. Ilość warstw waflowych tonowała to, a także nadała produktowi świetnej chrupkości, przy czym nic się nie osypywało. Był solidny, ale zachował też pewną lekkość (ja zdecydowanie wolę twardsze, konkretniejsze twory). Według mnie mimo wszystko przesadzili z jego wysokością. Jedzenie czegoś takiego jest problematyczne.

W smaku waflowe części za dużej roli nie odegrały, bo były zwyczajne, raczej neutralne i bez żadnych posmaków.
Przede wszystkim czuć tu było czekoladę i słodycz.
Czekolada, którą wafel został oblany, miała nutkę kakao, ale ciemną bym jej nie nazwała. To pewnie przez silną słodycz, która wraz z tłustawo-kremową konsystencja sprawiała, że kojarzyło mi się to z czekoladą mleczną.

Krem wewnątrz również był bardzo słodki, ale i przede wszystkim czekoladowy. To znowu czekolada niewytrawna, ale już z zaznaczonym kakao. Na pewno może pochwalić się wyrazistością o wiele większą niż kremy z Kit Katów.

Jak dla mnie, całość była za słodka i taka za bardzo nieokreślona. Znaczy... Wafelek był zaskakująco wręcz czekoladowy (nie kakaowy!), ale w sumie ani ewidentnie ciemnoczekoladowy, ani mlecznoczekoladowy. Za wadę uważam też jego wysokość, bo mimo że świeży i chrupki, to problematyczny podczas jedzenia.


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 1,39 zł (za 50 g)
kaloryczność: 565 kcal / 100 g; wafel (50 g) - 283 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada ciemna (31,9%: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcze roślinne: palmowy, shea, illipe; tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny, aromat), mąka pszenna, olej palmowy, cukier, serwatka w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu (1%), odtłuszczone mleko w proszku, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; emulgator: lecytyny, sól

-------------

Attack Choco to "wafelek przekładany kremem kakaowo-czekoladowym 58% w polewie mleczno-kakaowej", który waży 30g produkowany przez I.D.C. Holding.

Nie wiem dlaczego, ale patrząc na opakowanie pomyślałam, że"to musi być coś niepozornego". Opakowanie bowiem nie kusiło, ale coś mi mówiło, że będzie dobrze. Otworzyłam i zachciało mi się śmiać z własnej naiwności.
Poczułam bowiem zapach cukru i "zapach przeciętnych brązowych lodów na gałkę w waflu", czyli mieszaninę czegoś niewyraźnie mlecznego, czegoś, czego nawet twórca nie wie, czy jest kakaowe, czekoladowe, czy jakie i "tekturowatego" wafla.
To i nędzny wygląd produktu skutecznie mnie obrzydziło do reszty. Nie dość, że polewa udająca czekoladę była rozlana nierównomiernie, nie dość, że miała wyjątkowo jasny kolor, to już na dotyk była proszkowo-tłusta.

W ustach okazało się, że także plastelinowa. Spora ilość kremu na szczęście nie była plastelinowa. Chrzęściła, co można by porównać do chałwy, gdyby nie to, że chrzęszczący element wydawał się wtopiony w olejo-masę. Fu!
Na plus okazała się jednak sama struktura wafelka, bo ten mógł się pochwalić delikatnością i lekkością przy jednoczesnym zachowaniu chrupkości i zwartości. Nie kruszył się.

Niestety, musiało się znaleźć coś, co uniemożliwiło mi nazwanie go "w porządku". Otóż w smaku był praktycznie żaden, bo do bólu neutralny, nawet bez jakiegokolwiek posmaku pieczenia... czy nawet stetryczenia. Nic a nic.

Jak łatwo się domyślić, w takim razie dominował smak kremu i polewy, z których trudno wybrać, co było mniej okropne.
To, czym wafelka oblano smakowało jak zasłodzony wyrób czekoladopodobny z mlekiem w proszku. To było jak jakieś... najpodlejsze, najsztuczniejsze rozpuszczalne kakao dla dzieci rozrobione z olejem.

Krem zaś był tłusty i cukrowo-mdły. Przypominał typowy "mleczny krem" bez wyrazu z kiepskich wafelków, czekolad itp. ze sztucznym, słodkim kakao dla dzieci (którego pewnie nawet żadne dziecko z własnej woli by nie tknęło).

Smak właściwie też można porównać do skojarzenia z kiepskimi lodami z zapachu - to takie okropnie niewyraziste, mdłe, słodkie, ani czekoladowe, ani kakaowe, a przy tym wyraźnie obrzydliwe coś... co zostało rozwodnione (taki "rozrzedzony smak") i dodane do nijakiego wafla.

Po gryzie miałam dość, chciałam go wypluć, ale zrobiłam nawet drugi... i dopiero wyrzuciłam (a odkrojoną uprzednio połówkę oddałam Mamie, która potem przyznała, że to było naprawdę ohydne - zastanawiała się, czy w tej nijakości nie czuje jakiegoś sztucznego pseudo-orzechowego smaku, a gdy powiedziałam jej, że to miało być czekoladowe, uniosła brwi).
O nie, ten wafel był tak podły, że aż musiałam się tym z kimś podzielić, wylać jad. Większa ilość pewnie zadziałałaby skuteczniej niż cyjanek i nawet ocena 1 wydaje się za wysoka, mimo że niższych nie wystawiam.


ocena: 1/10
kupiłam: sklep osiedlowy
cena: 0,75 zł (za 30 g)
kaloryczność: 531 kcal / 100 g; wafel (30 g) - 159 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: mąka pszenna, polewa mleczno-kakaowa 22% (cukier, olej roślinny: palmowy, masło shea; mleko pełne w proszku 12 %, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 7%, serwatka w proszku, emulgatory: fosfatydy amonu, polirycynooleinian poliglicerolu; aromaty), cukier, oleje roślinne (palmowy, kokosowy), serwatka w proszku, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 5%, mleko o obniżonej zawartości tłuszczu, mleko pełne w proszku, skrobia kukurydziana, olej słonecznikowy, czekolada 0,5%, lecytyny, substancje spulchniające: węglany sodu, aromaty, żółtko jaja w proszku

PS Zapraszam do zauktualizowanej recenzji czekoladowego Lusette, bo się zmieniło, ale w porównaniu do wyżej opisanych wciąż jest lepszą alternatywą.

czwartek, 20 lipca 2017

Zotter Mitzi Blue Pepper-Mint ciemna 70 % z miętą i 60 % z dzikim pieprzem

Kiedyś na połączenie mięty i czekolady musiała "najść mnie ochota", ostatnio jednak zauważyłam, że zawsze jak mam po nie sięgnąć, robię to z ochotą. Zdałam sobie sprawę, że takowe dobrze wykonane, zdecydowanie jest jednym z moich ulubionych. A gdy do tego dochodzi jeszcze trochę pieprznej pikanterii... To może być już tylko Zotter, czyli mistrz dziwnych i smakowitych połączeń. Jak uwielbiam miętę i czekoladę, tak nigdy bym nie wpadła, żeby dodać do tego coś jeszcze, więc ta czekolada bardzo mnie ciekawiła, odkąd tylko dostrzegłam ją po raz pierwszy na stronie producenta.

Zotter Mitzi Blue Pepper-Mint to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z olejkiem miętowym (duży dysk) i ciemna czekolada 60 % kakao z dzikim pieprzem (mały dysk).

Po otwarciu poczułam smakowity zapach mięty i czekolady, w którym jednak mięta wydała mi się typowo "czekoladkowa", a nie świeża. Mam tu na myśli czekoladki, pralinki najwyższej jakości, a nie tanie i sztuczne, więc to po prostu skojarzenie, nie krytyka.

Przy łamaniu czekolada przyjemnie trzaskała, a w ustach rozpływała się kremowo, w lekko mazisty sposób; duży dysk jakby odrobinkę "niegładko". Gładki mały dysk zawierał całkiem spore drobinki pieprzu, których jednak nie było za wiele.

W pierwszej chwili po zrobieniu kęsa dużego dysku poczułam moc kakao, które nie było przesadnie palone, a (co rozwinęło się oczywiście z czasem) przyjemnie gorzko-palone w kawowym kontekście.

Bardzo szybko dochodziło do tego orzeźwienie, wręcz ochłodzenie. To była intensywna, wyrazista mięta o zaskakująco świeżym smaku. Otwierała drogę subtelnej słodyczy, która wydała mi się niemal surowa (znaczy się: dzika i sroga) i zupełnie ją zabarwiała tak, że wydawała się jedynie ziołowa właśnie. Smakowita mięta idealnie złączyła się z kakao, które z gorzkawych wypuściło także nutkę kojarzącą się z cytrusowymi skórkami, przy czym żaden ze smaków nie narzucał się drugiemu za bardzo.

Przyjemnie było raz i drugi przegryźć to małym dyskiem, którego ogólna łagodność, ale i pikanteria pieprzu podkreślały gorzko-palone nuty kakao i smak mięty. Wyszło to bardzo ciekawie, bo miałam wrażenie, że pieprz z tego dysku tłumił ochłodzenie, ale podkreślał sam smak mięty.

Sam w sobie mały dysk był nieco łagodniejszy i bardziej kawowo-karmelowy niż kawowo-gorzki. Charakterku nadał mu pieprz, który trochę różnił się od zwykłego pieprzu. Smakował przede wszystkim pikantnie i tak... "inaczej", "ciepło". Miałam jednak wrażenie, że po prostu podkreślił on to i owo i... na tym koniec. Czułam niedosyt.

Mimo że wolałabym, aby Zotter dodał do tej tabliczki więcej pieprzu (złe proporcje to chyba cecha charakterystyczna Mitzi - choć tutaj chyba wystarczyłoby po prostu zwiększyć zawartość pieprzu, niekoniecznie wielkość małego dysku), to i tak bardzo mi ta czekolada smakowała. Smakująca naturalnie mięta została cudownie wkomponowana w czekoladę z wyrazistym kakao, ale moją uwagę zwróciło coś jeszcze. Myślę tu o tym, jak został wydobyty smak mięty przy jednoczesnym zestawieniu jej chłodzącego efektu z ciepłem, jakie niósł pieprz. Powiedzenie "przeciwieństwa się przyciągają" wyjątkowo tu pasuje. Pyszna miętowa czekolada, ale z chyba nie do końca wykorzystanym potencjałem dzikiego pieprzu (w końcu jeśli dodaje się jakąś konkretną, charakterystyczną odmianę, to chyba chodzi o pokazanie jej walorów, prawda?).
Może jest mniej pyszna od innych miętowych Zotterów (Minty Goat, Chocolate Mint), ale wciąż zachwycająca.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, olejek miętowy (0,1%), dziki pieprz (0,1%)

środa, 19 lipca 2017

lody Haagen-Dazs Chocolates Dark Chocolate & Almonds 70 % Cocoa

Najpierw jak zwykle "trochę faktów z mojego życia". Otóż bardzo lubię dobre czekoladowe lody, dlatego też ubolewam, że czekoladowych wersji Haagenów w Polsce jest tak mało, a w moim mieście... jak się raz na dwa lata na nie trafi, to można mówić o prawdziwym cudzie. Dlatego właśnie ucieszyłam się widząc w haagenowych nowościach na rok 2017 smak czekoladowy, a już widząc go w sklepie... uznałam, że muszę go zobaczyć także w domu. Co prawda, posprzeczałabym się z tłumaczem o "czekoladowe krówki" (z nalepki z tłumaczeniem na polski, bo fudge, czyli kruche brytyjskie cukierki nazywane przez nich krówkami z tymi naszymi, polskimi nie mają nic wspólnego), a z producentem o same dorzucenie ich tam (już z góry wolałabym kawałki brownie jak w Chocolat Fondant niż kawałki, które mogą okazać się twarde) ale uznałam, że tę kwestię zostawię "na potem", a najpierw zajmę się smakiem.

Haagen-Dazs Chocolates Dark Chocolate & Almonds 70 % Cocoa to ciemnoczekoladowe lody (w których czekolada o zawartości 70 % kakao stanowi 7 %) z czekoladowymi kawałkami "fudge" (4%) i kawałkami karmelizowanych migdałów (4%)

Natychmiast po otwarciu rozszedł się wyrazisty zapach ciemnej czekolady i kakao (tak, należy to rozgraniczyć), co trochę mnie zaskoczyło, bo lody tylko co wyjęte z zamrażarki nieczęsto pachną od razu tak intensywnie. Przy tym na szczęście był to zapach smakowity, wytrawny.

Muszę przyznać, że dawno nie trafiłam na tak twarde, zbite i gęste lody, topiące się niezwykle powoli. Bardzo mi się to podobało, bo przyjemność trwała dłużej. 

Właśnie: przyjemność, ponieważ co innego może sprawić taki smak? Mimo że było czuć, że bazę lodów stanowi śmietanka, wcale nie kojarzył się z mlecznoczekoladowymi lodami. Wyraźnie czuć było w nich ciemną czekoladę z wyrazistym kakao. Dodatkowo kakao okazało się dość mocnym smakiem samo w sobie, z taką przyjemną gorzkawością, co mi pasowało i sprawiło, że lody były bardziej czekoladowo-kakaowe niż tylko czekoladowe. Ogólnie wydały mi się bardziej kakaowe, niż reszta czekoladowych haagenów. Przełożył się na to także bardzo niski stopień słodyczy. Sama masa lodowa była bowiem minimalnie słodka.

Miałam wrażenie, że słodycz napędzał głównie dodatek - czekoladowe kawałki fudge, ale nie było w tym przesady, dlatego że oprócz słodyczy były wyraźnie kakaowe. Określiłabym je jako kakaowo-słodką chrupiącą, ale i rozpływającą się masę. Raz i drugi chrupnęłam, ale większości pozwalałam się rozpływać w ustach. Te kawałki przypominały bowiem tłustą w maślanym kontekście masę, zastygłą polewę wysokiej jakości z lekko suchym efektem kakao, który przełamywał poczucie tłustości. To chyba takie definicyjne fudge, czyli na pewno nie czekolada. Rozpływanie się tego i zachowanie smaku to niewątpliwe plusy, jednak mi wydało się to trochę za tłuste i takie "nie do końca moje". 

Drugim, o wiele mniej licznym dodatkiem, były tu chrupiące kawałki migdałów, spośród których tylko niewielka część była karmelizowana. Ucieszyłam się, że tak wyszło, bo skarmelizowane kawałki bardzo napędzały słodycz, co mi już przeszkadzało - automatycznie smak samych migdałów był tłumiony. Kawałki pozbawione karmelu z kolei smakowały wyraźnie migdałowo, bardzo świeżo, jakby były tylko delikatnie podprażone. Migdałów (niekarmelizowanych!) życzyłabym tu sobie o wiele więcej, bo to smakowity i pasujący do kakao dodatek.

Ogółem lody sprawiają bardzo przyjemne wrażenie, mają raczej poważniejszy, wytrawny charakter, bo smakują wyraźnie czekoladą ciemną i kakao przy znikomej słodyczy, a dodatki wyszły raczej w porządku (może nie idealnie, ale nie były złe). Mimo wszystko, okazały się najmniej pysznym z trzech nowych smaków. Bardzo dobre, ale bez szału.
Jadłam dwa podobne warianty HD i ten im nie dorównuje. Amerykańskie Haagen-Dazs rocky road nie były do końca w moim stylu, bo z marshmallow, ale migdały w nich (całe i tylko prażone, a nie karmelizowane) były genialne, a z kolei "czekoladowy dodatek" bardzo podobał mi się w Haagen-Dazs Belgian Chocolate, bo dodano tam czekoladę w postaci drobinek, które przyjemnie rozpływały się wraz z masą lodową. 


ocena: 8/10
kupiłam: Tesco
cena: 23,39 zł
kaloryczność: 283 kcal / 100 g
czy znów kupię: może, ale tylko jak będzie duża promocja i nie będzie ciekawszych smaków

Skład: śmietanka, cukier, zagęszczone mleko odtłuszczone, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu w proszku, żółtko jaja, miazga kakaowa, prażone migdały, olej kokosowy, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowy, karmelizowany roztwór cukru, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy, bezwodny tłuszcz mleczny

poniedziałek, 17 lipca 2017

Amali 80 % Raw ciemna surowa z Ekwadoru

Obecnie trudno jest mi sobie wyobrazić niezamawianie czekolad przez internet. Dzięki Sekretom Czekolady poznałam tak wiele dobrych czekoladowych firm, że aż trudno to w głowie pomieścić. Są wśród nich takie, które jakoś mi się w internecie przewijały, rzucały w oczy, ale i takie, które... można powiedzieć, że zobaczyłam po raz pierwszy w momencie kupienia. Przyznaję, że takie nieznane mają trudniej, ale... wystarczy, że mają coś rzadko spotykanego, np. magiczne słówko "raw", które w połączeniu z "chocolate" ostatnio wyjątkowo mocno na mnie działa. Tym razem w wykonaniu czeskiej manufaktury Amali.

Amali 80 % Raw to ciemna  czekolada o 80 % zawartości kakao - surowych ziaren trinitario CCN-51 z Ekwadoru.

Po otwarciu poczułam stateczny, dość ciężki ziemisty zapach z akcentami dymu i może odrobiną drzewności (jak jakieś gałązki wdeptane w mech). Wydawało mi się, jakby osiadła na tym niepewna, słodkawa mgiełka w klimatach kwiatowo-pomarańczowych.

Bardzo ciemna tabliczka okazała się twarda, zdrowo chrupnęła, a w ustach rozpuszczała się w ostatnio bardzo lubiany przeze mnie sposób, czyli lepiąco-wilgotno, bezproblemowo, ale z pewnym pyliście-szorstkim efektem, który zupełnie wyeliminował jakiekolwiek poczucie tłustości.

W pierwszej sekundzie robienia kęsa w głowie jasno i czysto mignęło mi skojarzenie z truskawką, a następnie w ustach rozchodził się konkretny - ale przyjemny! - kwach, nawet z pewną cierpkością.

Typowo "surowy" kwach kojarzący się z ziemią zaraz jednak zmienił wydźwięk i wpasował się w smak truskawki, co dało efekt tego niedojrzałego owocu. Smak rozchodził się powoli, w tle pojawiła się orzechowa nutka.

Właśnie do tej orzechowej nutki pomknął kwasek i złączył się z nią. W tym czasie truskawki jakby dojrzewały, robiły się coraz wyrazistsze i soczyste, słodziutkie. W pewnym momencie, kiedy doszła do tego subtelna wanilia, zrobiło się wręcz cukierkowo, ale był to smak naturalnych, wyidealizowanych cukierków.

Kakao nie pozwoliło sobie na utratę charakternej mocy. Tło robiło się coraz bardziej kwaskowato ziemiste, aż w końcu pojawiło się tam coś, co opisałabym jako smak jogurtu greckiego z lekką cierpkością. W niej (cierpkości) kwasek i słodycz ukryły smakowite owoce. Był to czarny bez (ale też jakby... kwiatowy smak zapachu bzu?), jeżyny i jakaś taka jagodowość (mało słodka, ale jednak jagodowość). Za tym pojawiał się też posmak, którego nie mogłam z niczym konkretnym skojarzyć - może jakiś ciemny, ale nie żytni chleb? Nie wiem. wiem za to, że smak cierpkich owoców w połączeniu z ziemistością i truskawkami pozostawał w posmaku na bardzo długo. Pod koniec najłatwiej było wyróżnić "jagodowy jogurt" i cierpkość.

Czekolada była dosadna i raczej prosta, z gatunku tych tak prostych, że aż pysznych do tego stopnia, że chętnie do nich wrócę. To czekolada, przy której nie odczuwałam potrzeby zbyt wielkiego skupienia i odkrywania - po prostu delektowałam się tym, co wyraźnie czułam dzięki mocy kakao. W sumie mogę śmiało nazwać ją SuroVital Wiśnia-Acai, ale z wyciętym smakiem wiśni i o znikomej słodyczy.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: ok. 24 zł (za 70g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: możliwe

Skład: nieprażone ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, wanilia z Madagaskaru

niedziela, 16 lipca 2017

Merci Dark Cream / Herbe Sahne ciemna 45 % mleczna śmietankowa

Ten smak specjalnie zostawiłam sobie na koniec, obstawiając, że będzie najlepszy, albo raczej: chyba najtrudniej coś takiego zepsuć. Ok, ciemne czekolady popularnych marek dostępnych w sklepach mnie nie ciekawią, ale w tym przypadku nie mamy przecież do czynienia z ciemną czekoladą, a z mleczną o podwyższonej zawartości kakao. "Ciemna śmietankowa" wydała mi się więc storckowym odpowiednikiem uwielbianej przeze mnie Bellarom Rich Chocolate. Oczywiście taki argument nie trafił do mojej Mamy, bo 45 % kakao i taki ciemny kolor to już nie jej bajka. A czy moja? Miałam nadzieję, że tak.

Merci Dark Cream / Herbe Sahne to "deserowa mleczna", czyli w sumie ciemna śmietankowa czekolada o zawartości 45 % kakao.

Po rozpakowaniu poczułam naprawdę mocny, wyrazisty zapach śmietanki oraz kakao w wydaniu znacząco słodkim. Było smakowicie, choć raczej nie ciemnoczekoladowo, a słodko śmietankowo-kakaowo.

Czekolada miała bardzo ciemny kolor, jednak był to brąz, a nie prawie-czerń jak w przypadku dwóch poprzednio opisywanych smaków.

Przy łamaniu bardzo ciemna czekoladka okazała się nietwarda, a w ustach tłusto-bagienkowata i bardzo kremowa, choć chwilami wydawało mi się, że zaraz zacznie trochę wysuszać.

W smaku, podobnie jak w zapachu, czułam głównie śmietankę i słodycz. Była to ewidentnie śmietanka, pełna i wyrazista, a nie mleko. Ta czekolada wcale mleczna się nie wydawała. Słodycz zaś była za silna, ale na pewno nie cukrowa. W dniu, w którym miałabym ochotę na coś słodkiego właśnie, na pewno by mi odpowiadała.
Nie zakłóciła bowiem smaku kakao, który jawił się nawet jako leciutka gorzkawość. Nie był to może mocny, charakterny smak, a raczej łagodny, trochę palony, ale i tak przyjemnie to wyszło.

Między kakao i śmietanką doszukałam się smaku orzechowej maślaności, takiego neutralnawego spoiwa, którym pewnie był tłuszcz kakaowy - jak na mój gust w trochę przesadzonej ilości, ale generalnie, jak komuś tłustość (ta dobra) nie przeszkadza, to pewnie nie zwróci na to uwagi.

Wyraźnie czuć kakao, śmietanka pokazała się z najlepszej strony, więc mimo nieco za silnej słodyczy i trochę za mocnej maślaności, zjadłam ze smakiem. Wolałabym, żeby tych dwóch dali mniej na rzecz kakao, ale rozumiem, że w takim zestawie czekoladek postawili na opcję wyśrodkowaną. Może szału nie było, ale to dobra czekolada. Osobiście wolę ciemną śmietankową Bellarom i Chateau, ale i Storck sobie z tym smakiem poradził, w przeciwieństwie do dwóch próbowanych ciemnych, ale wiadomo że cena jakości nierówna, bo marka, opakowanie i wszystko - to sobie naliczają.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 580 kcal / 100 g, sztuka (ok. 13g) - 75 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku (15,7%), pełne mleko w proszku (3,9%), lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

sobota, 15 lipca 2017

Merci Dark Mousse ciemna 50 % z musem czekoladowym

Dzisiaj kontynuacja recenzji resztek, które wpadły mi od Mamy, których historię zdobycia opisałam przy czekoladkach marcepanowych. Po naprawdę głębszym zastanowieniu musiałam Mamie przyznać, że i ja za nic w świecie nie pamiętam tego smaku Merci - jakbym widziała go po raz pierwszy. Ciemnoczekoladowy mousse? Kiedyś coś takiego kręciło mnie w Lindtach, ale od jakiegoś czasu takie twory kojarzą mi się tylko z czymś ślisko-tłustym, a nie delikatnym i smakowitym, więc do tych czekoladek zasiadłam nastawiona sceptycznie.

Merci Dark Mousse to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z musem czekoladowym.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny zapach bardzo słodkiej, ale ciemnej czekolady, co wydało mi się "bezpieczne".

Przy przełamywaniu odebrałam czekoladkę jako "miękkawą", co w sumie nie dziwi, gdyż raczej jasne wnętrze stanowiło dość sporą część.

Nad kawałeczkiem się poznęcałam, żeby wyodrębnić nadzienie, ale od razu piszę, że naprawdę... lepiej tego nie robić, bo samo w sobie przywołało skojarzenie z jakimś kiepskim kremem czekoladowym do budżetowego ciasta, które... nieważne. W końcu nikt normalny nie bawi się jedzeniem w ten sposób.

Spróbowałam, jak człowiek odgryzając kawałek czekoladki. Ucieszyłam się z tego, jak się zaczęło. To znaczy... tak jakby. Czekolada była bowiem za tłusta i za słodka, jak na mój gust, ale wciąż była to czekolada jak w wariancie marcepanowym, a nie jakiś "polewowy plastik bez smaku". Czuć również kakao, a z czasem wychodziła i nasilała się maślana nutka - według mnie zbędna.

Kawałek czekolady zmieniał się w miękką, tłustą, bezkształtną grudę, bo do głosu dochodziło nadzienie.
Było jeszcze tłustsze od czekolady, a z lekkim moussem miało niewiele wspólnego. Mi skojarzyło się z dość zbitą pastą, a więc czymś plastycznym, a nie gęstym i twardym jak takie "białe twarde warstwy w czekoladach", ale i nie z moussem. Taka miękko-tłusta konsystencja mnie zmęczyła bardzo szybko, mimo że pod koniec pojawiała się pewna kakaowa suchość odrobinę ją minimalizująca.

Tym bardziej, że i smak nie zachwycał, choć muszę przyznać, że wraz z czekoladą okazał się zaskakująco nieobrzydliwy dobry, jak na twór z margaryną i odtłuszczonym kakao. Oprócz strasznie silnej słodyczy było bowiem czuć kakao, choć w dużej mierze odtłuszczone. Wyczułam tu lekką cierpkość, ale nie jego ordynarny kwasek. Ogólna słodycz, pewien mleczny posmak i nijaka maślaność z posmakiem także kiepskiego tłuszczu (może margaryna nie balowała tu w najlepsze, ale gdzieś pomykała), chyba sprawiła, że i z tego odtłuszczonego kakao starałam się czerpać przyjemność. Albo po prostu w takim wydaniu nie wyszło aż tak źle, jak w przypadku jednolitych tabliczek, gdzie stanowi zapychacz.

Pod koniec i tak znów wychylało się poczucie, że jem jakąś budżetową masę - niezbyt smaczną, ale w sumie nie powodującą żadnej traumy. Po jednej czekoladce miałam dość, ale zwłaszcza tej miękkiej tłustości, słodyczy i tłustości także tej "smakowej".

Czekoladkę odebrałam jako o wiele tłustszą, bardziej miękką i przesłodzoną wersję Dark Cream (recenzja jutro; zakończenie tej napisałam po spróbowaniu wszystkich otrzymanych). Dark Mousse wydała mi się słodsza. Paradoks? W końcu zawiera więcej kakao... Taak, ale tylko sama czekolada. Nadzienie zasładza i nie jest według mnie ani wyraziście czekoladowe, ani kakaowe.

Uparłam się sprawdzić, czy rzeczywiście jest w tym margaryna i zrobiłam małe dochodzenie, bo Storck nie podał wprost składu każdej czekoladki osobno. Eliminując smaki występujące jako tabliczki i na pewno nie zawierające oleju palmowego, z Dark Selection wyszło mi, że rzeczywiście, tylko ta zawiera olej palmowy. Ha! Przed moimi kubkami smakowymi żadna nuta się nie ukryje.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 553 kcal / 100 g, sztuka (ok. 13g) - ok. 72 kcal
czy kupię znów: nie

Skład Dark Selection (wywaliłam migdały, bo są w marcepanowych i kawę, bo w kawowych, a co do reszty składników to nie wiem, co i ile w tym siedzi): cukier*, miazga kakaowa*, tłuszcz kakaowy*, śmietanka w proszku**, tłuszcze roślinne (shea, palmowy), pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, laktoza, kakao odtłuszczone, odtłuszczone mleko w proszku, masło klarowane, fruktoza, lecytyna sojowa, syrop glukozowy, syrop cukru inwertowanego**, tłuszcz mleczny w proszku, dekstroza, aromaty, sól

*nie mam pojęcia, jak sprawa wygląda z kolejnością
**śmietanka może zaliczać się do składu ciemnej śmietankowej, a ten syrop kojarzy mi się raczej z czekoladami z marcepanem

piątek, 14 lipca 2017

Merci Edel-Marzipan ciemna 50 % z marcepanem

Słodycze, które mi nie smakują zawsze oddaję Mamie i od niej też wypraszam rzeczy, które "w sumie bym spróbowała", ale sama w życiu bym nie kupiła. Jej taki układ pasuje, bo je zwyklaki codziennie, a tak ma urozmaicenie. Raz zasugerowała mi, że przypomniałaby sobie Merci, bo dawno nie jadła, a nigdy nie rozumiałyśmy fenomenu tego. Kupiłam jej, tak jak chciała, 400-gramowego giganta. Dopiero po otwarciu uzmysłowiła sobie swój błąd: zupełnie wyleciało jej z głowy, że są tam też - nienawidzone przez nią - czekoladki ciemne. Mamusia nie cierpi ciemnej czekolady, więc część ciemnych czekoladek trafiła do mnie, część do kogoś tam. Czy się z tego cieszę? Cóż... kiedyś jadłam marcepanowe niechciane przez innych, więc w sumie i tym razem postanowiłam je przygarnąć, przypomnieć sobie, toteż od nich zaczęłam.

Merci Edel-Marzipan to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z marcepanem, który stanowi 38 % całości.

Po otwarciu czekolada zapachniała wyrazistym marcepanem i bardzo słodką, ale ewidentnie ciemną, czekoladą. Marcepan odegrał jednak główną rolę.

Czekolada nie była zbyt twarda, w ustach rozpływała się tłusto kremowo-bagienkowo. Jak na mój gust, mogłaby być mniej tłusta, ale z drugiej strony ucieszyłam się z faktu, że zachowywała się jak kremowa czekolada, co umożliwiło takowe spójne przejście do nadzienia. Zdecydowanie wolę za tłustą czekoladę, niż twardą czekoladę-polewę nie rozpuszczającą się, a głupio pękającą i zalegającą w ustach, co często zdarza się w czekoladach z marcepanem (i czego przykładem jest Ritter Sport Marzipan).

Kremowa czekolada pasowała do kremowego, choć niegładkiego, a wręcz lekko chrzęszczącego marcepanu. Był miękki, plastyczny i bardzo wilgotny. Z tłustą czekoladą wydał mi się nawet nieco za bardzo rozrzedzony, ale na to można przymknąć oko.

Pierwszy raz chyba mój opis smaku będzie krótszy od opisu struktury. W tej kwestii bowiem nie ma co pisać, bo czekolada była przesłodzona, mimo że wyraźnie czuć w niej kakao. Nie odebrałam jej jako specjalnie wytrawnej, a tak ogółem wydała mi się "raczej poprawna". Nie zadowoliła mnie (innych wielbicieli kakao pewnie też by nie zadowoliła), ale ot, może być.

Bardzo szybko przebijał się przez nią smak marcepana.

Przy czekoladzie i przy nadzieniu czułam jakby pewną maślaną nutkę, ale nie jestem tego taka pewna, bo w momencie, gdy wnętrze czekoladki bardziej się odsłaniało i rozchodziło w ustach, czułam przede wszystkim jego słodycz. Owszem, marcepanowe migdały także czułam, ale słodycz i brak chociażby najdelikatniejszej nutki alkoholu, jakoś tworowi temu odebrały charakter. Zrównał się z czekoladą, ale nie porwał.

Ogółem marcepanowe Merci określiłabym jako... "bezpieczny smak Merci". Na pewno wolę sięgnąć po nie, niż po całą gamę mleczno-nugatowych, bo w gruncie rzeczy są zjadliwe, ale gdybym miała wybór... po nie też bym nie sięgnęła. O wiele za słodkie i za tłuste, czyli jak większość produktów na rynku.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 514 kcal / 100 g, sztuka (ok. 13g) - 67 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, mielone migdały (13,9%), tłuszcz kakaowy, masło klarowane, fruktoza, syrop glukozowy, syrop cukru inwertowanego, dekstroza, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, ekstrakt waniliowy

czwartek, 13 lipca 2017

baton Bombus Raw Energy Cocoa & Cocoa Beans

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mogłabym obejść się bez słodyczy innych niż czekolady, bez których to z kolei nie chciałabym żyć. Zastanawiając się jednak, jakie "inne" słodycze w zasadzie faworyzuję, chyba mogę powiedzieć, że kakaowe. Zwłaszcza te zdrowe i kakaowe. Przyznaję się też, że na dzisiaj opisywanego batona trochę polowałam, co jest u mnie rzadkością w przypadku słodyczy nie będących czekoladami. Czy było warto?

Bombus Raw Energy Cocoa & Cocoa Beans to "baton owocowy" na bazie daktyli z ziarnem kakao i kakao.


Po otwarciu poczułam bardzo smakowity zapach kakao, kryjący w sobie niemal soczyście owocową nutę, kojarzącą się z czerwonymi owocami, być może też cytrusami. Czułam tu także pewną surową kakaową ziemistość, tytoniowość, która w połączeniu z owocami dała efekt syropu malinowego.

Przy łamaniu baton okazał się średnio twardy. Wydawało mi się co prawda, że wierzch to wyjątkowo twarda skorupa, ale wnętrze niewątpliwie było już bardziej wilgotne. To, jak i bardzo chrupiące kawałki kakao wewnątrz, skojarzyło mi się z idealnym brownie - mocno wypieczonym na wierzchu i mokrym w środku. Wraz z jedzeniem bowiem baton nabierał charakterystycznej dla daktylowych raw batonów konsystencji mokrawej papki.
To baton, którego nie da się jeść szybko, ale też nie jest to postrach zębów. Zasycił mnie i odrobinkę wysuszył mimo, że nie był suchy.

W smaku najpierw to kakao jakoś tak wystrzeliło. Było proste i smakowite w swojej prostocie. Bardzo szybko dołączyła do niego słodycz daktyli, ale trochę to trwało, zanim bardziej doszła do głosu.
W tym czasie od kakao rozeszła się przyjemna gorzkość, kojarząca się z paloną kawą. Poczucie, że jem coś kawowego napędzały rozgryzane kawałki kakao, które ze zbitą daktylową papką tworzyły coś na wzór kawy pozostałej na dnie filiżanki.

Po tym skojarzeniu zwróciłam uwagę na to, że słodycz nagle stała się wyraźnie silniejsza, ale ze stateczną gorzkością wydała mi się daktylowa w taki specyficzny, niby-karmelowy sposób. Przez moment pomyślałam o karmelowej kawie, ale ogólna mokrość podkreśliła wtedy soczystość przejawiającą się w bardziej owocowym smaku, takim niby-kwaskowatym, ale nie kwaśnym. Doszukałam się tu nuty malin z zapachu. Przez to, że słodycz była naprawdę mocna (w sensie... taka stabilna, wyrazista, a nie że przesadzona), gdy już konkretnie porozgryzałam, co było do porozgryzania, poczułam smak a'la słodkie wino o malinowych nutach.

Degustację zamknął smak i posmak statecznego kakao, którego gorzkość była złagodzona przez słodycz daktyli.

Byłam zaskoczona, ile wyczułam tu nut, ile miałam różnych skojarzeń. Czekolady przyzwyczaiły mnie do tego wszystkiego, to prawda, ale jedzone do tej pory kakaowe zdrowe batony (Kosmos, Brownie) były raczej zbiorowiskiem zdrowych składników i kakao. Bombus to typowy raw baton, ale ze smaczkami, w których ewidentnie to nuty kakao się popisywały (w połączeniu ze słodkimi daktylami oczywiście) jak w czekoladach. Baton okazał się wyważony, nie był zbyt mocno gorzki, jego znacząca słodycz nie wydała się przegięciem - krótko mówiąc przepyszny i intrygujący, a przy tym tak prosty. Zastanawiam się jednak, jakby smakował, gdyby tak jeszcze zwiększyć tu ilość kakao. Tak czy inaczej... takie cudo o nie za wysokiej cenie w Tesco... kto by pomyślał?


ocena: 9/10
kupiłam: Tesco
cena: 4,99 zł (za 50 g)
kaloryczność: 373 kcal / 100 g; sztuka 50 g - 187 kcal
czy znów kupię: tak

Skład: daktyle 73%, ziarna kakaowe 18%, kakao 9%

środa, 12 lipca 2017

SuroVital CoCoa Wiśnia-Acai

Polska firma Surovital ostatnio bardzo często rzuca mi się w oczy, ale jak na razie próbowałam tylko jedną ich czekoladę, a mianowicie ciemną z orzechami pekan. Smakowała mi, a jako że ich czekolady są ciekawe, bo z surowego kakao, postanowiłam zrobić konkretniejsze rozeznanie. Nie byłabym sobą, gdybym nie sięgnęła po tabliczkę budzącą skrajne emocje - jedni są zachwyceni, inni twierdzą, że to okropieństwo. Jak będzie ze mną?

SuroVital CoCoa Wiśnia-Acai to ciemna czekolada o zawartości 60 % surowego kakao z liofilizowanymi wiśniami, jagodami i jagodami acai słodzona cukrem z kwiatu palmy kokosowej.

Po otwarciu poczułam mocny zapach tytoniu i mokrej ziemi, ze znaczącym soczystym motywem wiśni i subtelną słodyczą - taką jakby przytłumioną, zamgloną, która mi skojarzyła się trochę z morwą.

Ciemna tabliczka miała czerwonawo-fioletowe przebłyski, była bardzo twarda, musiałam więc użyć dużo siły, by wreszcie usłyszeć chrupnięcie i zobaczyć ziarnisty przekrój.

Po włożeniu kostki do ust, rozpuszczała się w tempie umiarkowanym w szorstko-piaszczysty sposób. Z czasem wydawało mi się, że z niegładkiej czekolady wycieka sok, co ogółem bardzo przypadło mi do gustu.

Już w pierwszej sekundzie poczułam rześką słodycz, która przez resztę degustacji cały czas się rozwijała. Rosła i chwilami jakby "zakładała maski". 

Szybko jednak pojawiał się także kwasek jednoznacznie kojarzący się z duetem cytryn i wiśni. Cytryna szybko zmieniała się w goryczkowatą skórkę cytryny i schodziła na dalszy plan. 

W tym czasie smak wiśni umacniał się, wchodził w nieco ziemisto-winny i taninowy klimat, ale częściowo wciąż pozostawał soczyście owocowy. Wyraźnie czułam też cierpkość wiśni, która później wraz z gorzkawą nutą skórki cytrusowej dała efekt jakiś cierpkawo-gorzkawych ciemnych owoców. Kojarzyły mi się z jeżynami, czarnym bzem i czarną porzeczką, choć było w tym też coś jagodowego, więc to pewnie jagody acai (nigdy nie jadłam ich jako świeże owoce). Te leciutko goryczkowate nuty owocowe były raczej jedynymi gorzkościami w tej czekoladzie. Można powiedzieć, że nie była gorzka, no chyba że naprawdę minimalnie, nieznacznie. 
Jagody przez pewien czas zagrały wyraźniej, więc słodycz też właśnie bardziej jagodowa się zrobiła.

W połowie degustacji słodycz sięgała apogeum, ale był to też moment, w którym z kostki jakby zaczynał wypływać sok, a smak stawał się bardzo wiśniowy. Dokładając do tego specyficzny smaczek surowego kakao, dało to efekt wiśniowo-alkoholowy w wyraźnie słodko czekoladowym otoczeniu. Bardzo kojarzy się to z czekoladkami, bombonierkami typu wiśnie w likierze, albo po prostu likierami: wiśniowym, z czarnych owoców (jagody, porzeczki, bez) lub nawet (ale to już mniej) z czerwonym winem o takowych nutach. 

Na koniec właśnie ten smaczek alkoholowych wiśni i słodyczy, także już tylko odrobinka kwasku pozostawał w ustach.

Powiem tak: czekolada bardzo mi smakowała, uważam ją za dobrze przemyślaną, jednak wolałabym, gdyby była mniej słodka, a bardziej kakaowa. Nie to, że była bardzo przesłodzona, bo czuję, że gdyby trafiła na dzień, w którym miałabym ochotę na coś bardzo słodkiego, skakałabym z radości i mogłabym nawet ze dwie tabliczki zjeść, ale... no jednak proporcje między słodyczą a kakao mogłyby być nieco inne. Kolejną kwestią jest skojarzenie z wiśniami w likierze. To tylko skojarzenie i wcale nie jakieś złe. Po prostu, takie dość luźne, bo w swoim życiu takich wiśni jadłam bardzo mało - nienawidzę formy pralinek, cukierków i bombonierek, jednak do takiego smaku (nie mówię tu o tanich, czekoladopodobnych tworach) nic nie mam, a właściwie... lubię takie skojarzenia. 
Ostatnią wartą podkreślenia rzeczą jest forma dodatku - bardzo mi się podobało, że owoce zostały tu sproszkowane, bo wydaje mi się, że przez to częściowo weszły w nuty kakao, a gdyby np. jakaś cała wiśnia miała mi się do zęba przykleić, efekt nie byłby tak intrygujący. Okazała się zupełnie inna od jedzonej kiedyś SuroVital z orzechami pekan

To dość prosta i zarazem kontrowersyjna czekolada. Trzeba wiedzieć, co się lubi. Jeśli jak ja, lubicie spójność i alkoholowe słodycze, bierzcie śmiało. Jeżeli boicie się chociażby najmniejszych skojarzeń z alkoholowymi słodyczami, wolicie "czekolady z posypką", to na pewno nie jest czekolada dla Was. Słodycz zaś... nie jest aż tak za mocna, ale jednak znacząca jest.


ocena: 8/10
kupiłam: Tesco
cena: 3,99 zł (50 g; promocja)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: nieprażone ziarno kakaowa, cukier z kwiatu palmy kokosowej, tłuszcz kakaowy, liofilizowana wiśnia (2%), liofilizowane jagody, liofilizowane jagody acai (1%)

wtorek, 11 lipca 2017

Bonne Maman Tartelettes citron, framboises ciastka maślane cytrynowe, malinowe

Dzisiejszy wpis jest ostatnim z serii tych ze współpracy z Altorią i jest o... owocowych tartaletkach, czyli ciastkach, które mam w rękach po raz pierwszy o owocowych smakach. O dziwo akurat ostatnio wyjątkowo miałam ochotę na coś malinowego i/lub cytrynowego.
Wspomnę jeszcze tylko, że dostałam także takie tartaletki z czekoladą i karmelem oraz z samą czekoladą, jednak takie ciastka wydają mi się za zwyczajne (nie lubię takich), a nie chciałam się do nich zmuszać (nie umiałabym chyba ocenić adekwatnie), więc oddałam je Mamie. Słysząc od niej same zachwyty, po moje ciacha sięgnęłam z ochotą.

Bonne Maman Tartelettes citron to tarteletki cytrynowe, czyli takie ciastka maślane z masą cytrynową, wyprodukowane we Francji.

W opakowaniu jest 9 saszetek z ciastkami.

W tłumaczeniu na polski jest, że masło to 17 %, ale w oryginale nie widziałam tej liczby - nie wiem, może dystrybutor wyciągnął tę informację od producenta.

Podoba mi się to, że ciastka są pakowane po jednej sztuce.

Po otwarciu czuć słodko maślany i naturalnie cytrynowy zapach, sugerujący naprawdę bardzo maślane ciastka.

Potwierdziło się to już wtedy, kiedy wzięłam tartaletkę do ręki, a potem oczywiście jeszcze kiedy spróbowałam. Oprócz suchości, twardości i kruchości (typowych dla spodów tart, a więc chyba i dla takich ciastek), były bardzo tłuste, chociaż może... Nie tyle po prostu tłuste, co "tłuste - pozostawiające tłustą warstewkę". I była to warstewka ewidentnie, tylko i wyłącznie maślana (osobiście nie lubię masła, a to w końcu ciastka maślane...). Trochę mnie ta tłustość wystraszyła, ale herbata zupełnie niweluje to poczucie. Z herbatą także nie jest tak sucho, a ciastko z twardego robi się bardzo przystępne. 
Samo ciasteczko, oprócz maślanej neutralności, było dość słodkie, ale kiedy zaczęłam się zastanawiać czy nie wolałabym słabszej słodyczy, odkryłam, że herbata ją minimalizuje i... 

...i zupełnie nie wpływa na smak warstwy cytrynowej. To warstwa troszeczkę wpływała na herbatę. I to było świetne.
Masy tej nie było wyjątkowo dużo, ale ilość określiłabym jako zadowalającą, bo była gęsta, miękko-plastyczna i minimalnie lepiąca. Za to jej smak dominował nad wszystkim. Był wyrazisty i naturalny. W pierwszej chwili czułam soczystość kwaśnych cytryn, do których po chwili dołączała idealnie dobrana słodycz. Dość szybko dochodził smaczek skórek cytryny, a więc nieco gorzkawy i bardzo charakterny. 

Chwilami wydawało mi się, że i ciastka nasiąkły cytrynowością, bo właśnie smak tychże owoców był tu wiodący. Herbata ani trochę go nie zaburzała, za to z czasem czułam się, jakbym piła herbatę z odrobinką cytryny, przegryzając mocno cytrynowymi ciastkami. 

Cytrynowa masa świetnie pasowała do spodu, bo nadawała mu soczystości i rześkości. Po zjedzeniu pozostawał przyjemnie cytrynowy posmak.
Mam zastrzeżenia jedynie do tłustości, bo troszeczkę jej tu za dużo.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od Altoria.eu
cena: w zależności od sklepu ok. 7 zł za paczkę 125 g (ja dostałam)
kaloryczność: 439 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie (ale gdybym je kupiła, nie żałowałabym zakupu)

Skład: mąka pszenna, cukier, syrop cukru inwertowanego, masło, jaja z wolnego wybiegu, sproszkowane migdały, puree z cytryn 1,3%, naturalny aromat cytrynowy, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, sól, substancja żelująca: pektyny

----------

Bonne Maman Tartelettes framboises to tarteletki malinowe, czyli takie ciastka maślane z masą malinową, wyprodukowane we Francji.

Nawet nie próbowałam zgadywać, ile ich zjem - całą paczkę zostawię sobie czy ileś trafi do Mamy? Tak swoją drogą, paczka malinowych jest o 10 gramów większa od cytrynowych.

Po otwarciu paczuszki z ciastkiem poczułam bardzo, bardzo słodki "konfiturkowy" zapach malin oraz taki mocno kojarzący się z domowymi, maślanymi ciastkami. Już wtedy musiałam przyznać dwie rzeczy: pewnie można to określić jako bardzo smakowite, jednak to na pewno nie moja bajka.

Ciastka były nieźle wypieczone, ale łagodne i dość neutralnawe w smaku. Piszę to przyglądając im się, na podstawie jednego zjedzonego. Ciastkowa baza okazała się krucha i dość sucha, mimo że bardzo tłusta równocześnie. Na mój gust za dużo w tym tłuszczu - on aż zostawał na ustach i palcach. Owszem, to po prostu masło, a ciastka są maślane, ale... są takie aż za bardzo. Także w smaku przede wszystkim masło w nich czuć. Oprócz tego wydały mi się neutralne, choć i dość słodkie.

Malinowa masa nie zawierała kawałków owoców, kryła dosłownie kilka pestek, ale nie czułam ich "zębami", a tylko dostrzegłam. Przypominała żelkowatą, plastyczną, ale wciąż naturalną konfiturę, która lepiła się niemiłosiernie.
W smaku uderzyła mnie słodyczą. Wyraźnie było co prawda czuć słodkie maliny, ale właśnie w konfiturowym wydaniu. Po chwili docierał do tego soczysty kwasek, który jednak nie był malinowy. Owocowy i raczej naturalny owszem, ale nie malinowy. Mimo tego kwasku, aż do końca cała moja uwaga była skupiona na słodyczy, którą określiłabym jako wręcz cukierkową (choć nie cukrową - tu chodzi raczej o klimat, wrażenie).

W połączeniu z bardzo, bardzo tłustym i sucho-kruchym ciastkiem maślanym, te słodkie maliny jakoś zupełnie mi nie grały. Ogólnie ciastka nie były aż tak bardzo przesłodzone, bo mogły pochwalić się i kwaskiem, i soczystością, ale... niee, jakoś ta słodycz i tłustość dręczyły mnie za bardzo. Nie chodzi już nawet o sam smak, ale w dużej mierze o konsystencję. Trochę soczystości w lepiąco-tłustym otoczeniu nie dało rady. Nie skusiłam się na więcej niż jedno ciastko, nie miałam ochoty nawet sprawdzać, jak to wyjdzie z herbatą, ale jak ktoś lubi maślane ciastka, a silna owocowa słodycz mu z takowymi nie przeszkadza, to może śmiało po nie sięgać. Ja po prostu nie cierpię masła, a już na pewno nie w połączeniu ze słodkimi malinami. Charakterna cytryna lepiej przebiła się przez maślaność i tyle.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od Altoria.eu
cena: w zależności od sklepu ok. 7 zł za paczkę 135 g (ja dostałam)
kaloryczność: 411 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie (gdybym je kupiła, żałowałabym zakupu)

Skład: cukier, mąka pszenna, masło, puree z malin i skoncentrowane puree malinowe 8,5% (20 % wszystkich owoców), syrop cukru inwertowanego, skoncentrowane puree jabłkowe 1,9% (5,5% owoców), świeże jaja, skoncentrowany sok z marakui, substancja żelująca: pektyny, naturalny aromat malinowy i inne aromaty, sól, skoncentrowany sok z winogron, regulator kwasowości: kwasek cytrynowy