sobota, 8 lipca 2017

Chateau Nussbeisser mleczna z orzechami laskowymi

Ostatnio kilka razy zwróciłam uwagę na komentarze o tym, że niegdyś pyszne słodycze smakują obecnie zupełnie inaczej. Wiele osób zwala to na polepszenie się gustu, jego zmianę - częściowo mają rację. Niestety... producenci uparli się zmieniać nawet to, co wydaje się doskonałe. No i tutaj kilka razy trafiłam na opinię, że "nawet Nussbeisser już nie smakuje jak kiedyś / stracił swój urok", a mnie męczyła jedna myśl. Odkąd trafiłam do słodyczowej strefy blogowej, zauważyłam, że prawie wszyscy kojarzą Nussbeissera z Alpen Gold. Ja z kolei pamiętam, że czekoladę Nussbeisser lubiłam, a Alpen Gold nie. W dodatku jakoś to ich logo zupełnie mi się z klasykiem z okienkiem nie kojarzyło. Pomyślałam jednak, że pewnie po prostu nie przywiązywałam do tego wagi. Pewnego dnia, w podziękowaniu, dostałam Nussbeissera i potwierdziło się to, że słusznie nie kojarzyłam z nim Alpen Golda. Producentem otrzymanej tabliczki było Chateau. Cenię tę markę, bo robią według mnie dobre i tanie czekolady, ale że zwykła mleczna z orzechami jakoś mnie na co dzień nie kręci, sobie zostawiłam tylko pasek (resztę oddając Mamie).


Chateau Nussbeisser to mleczna czekolada o zawartości 32 % składników kakaowych z całymi orzechami laskowymi, które stanowią 27 % tabliczki.

Po otwarciu poczułam mocno orzechowo-czekoladowy zapach, który wydał mi się zaskakująco spójny. Towarzyszyło temu wyraziste mleko i słodycz o nieco waniliowym zabarwieniu. Muszę przyznać, że zapowiadało się smakowicie.

Jasna i lśniąca tabliczka łamała się bez problemu, orzechy się jej trzymały. Wydała mi się trochę krucha, ale w ustach rozpływała się tłustawo kremowo, przyjemnie, choć może trochę za szybko.
Orzechy były bardzo świeże, nie za twarde, a przy tym doskonale chrupiące. Nie miały "skórek" i wydały mi się tylko odrobinkę prażone (dla podkreślenia smaku).

Specjalnie wybrałam pasek z kostką z tylko jednym orzechem (a był tylko jeden taki pasek :P ), żeby dobrze wczuć się w czekoladę. Już od pierwszej chwili skojarzyła mi się ona z waniliowym budyniem zrobionym na pełnym mleku. Oczywiście nie była to wanilia w pełnej okazałości, ale i tak wystarczyło, by nadać słodyczy całkiem przyjemnego wyrazu. Prawda, że słodycz mogłaby być nieco słabsza, ale nie był to czysty cukier. 
Tak smakująca czekolada skojarzyła mi się z czekoladą z Kit Kata, albo raczej wspomnieniem jej smaku z czasów, kiedy bardzo te batony lubiłam. 
Kostki bogatsze w orzechy ogólnie były tą orzechowością przesiąknięte, ale oczywiście to same orzechy swój smak nakręcały. 

Laskowce smakowały tu niezwykle świeżo. Nie było w nich ani trochę goryczki, a prażenie było minimalne - tak tylko dla podkreślenia, a nie jako mocno prażony smak. Prawdopodobnie dlatego cała tabliczka nimi aż tak bardzo nie nasiąkła, ale... nie było jej to potrzebne, bo w takich jak tu orzechach można się zakochać.
Muszę wspomnieć, że te orzechy zachwyciły zarówno mnie - wielbicielkę samych świeżutkich orzechów oraz mocno prażonych jako dodatek w czekoladach (ogółem czekolady z orzechami zabieram głównie w góry i wtedy wolę, jak orzechy w nich są mocno prażone, niż nieprażone), jak i moją mamę, która lubi orzechy nieprażone (same jak i w słodyczach).

Ogółem czekolada robi dobre wrażenie, nie ma się w niej do czego przyczepić. Słodycz jest silna, ale nie aż tak przesadnie - orzechy dobrze sobie z nią radzą. Od takiej czekolady po prostu nie powinno się oczekiwać mocnego kakao czy subtelniejszej słodyczy. Oceniam więc biorąc to pod uwagę, na podstawie zjedzenia trzech kostek. Tak, wiem, to nawet nie cały pasek, ale nie chciałam ewentualnego zasłodzenia. Porównując ją do zwykłej mlecznej Bellarom z orzechami, powiem tak: to mniej więcej ten sam poziom, ale o wiele bardziej podoba mi się tabliczka i kostki Bellarom (choć to Chateau ma gramaturę wygodniejszą do wzięcia na samotną wędrówkę w góry).

Czy to był smak sprzed lat? Dam sobie rękę uciąć, że tak. Wygląd się nie zgadza, ale... skojarzenie z waniliowym budyniem, które weszło do mojej głowy lata temu, dzisiaj znów wróciło. Był to w dodatku smak podobny do tego, za który jako nastolatka uwielbiałam czekoladę z Kit Kata. Inną sprawą jest to, że obecnie trochę mi nie po drodze z tak słodkimi rzeczami, ale już wiem, czego będę szukać na straganach z niemieckimi słodyczami przed wyruszeniem na górski szlak ze względu na genialne orzechy.

I jeszcze pytanie do Was: kojarzycie swoje Nussbeissery sprzed lat? To były Alpen Gold czy Chateau? Niby kojarzy mi się czekolada z podziałem na ładne, zdobione paski, a nie zwykłe kostki, ale popatrzcie na skład Alpen Gold na np. stronie Tesco - przecież to nie mogło być smaczne.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie, chyba że w góry przy okazji

Skład: cukier, orzechy laskowe (27%), pełne mleko w proszku (15,3%), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, maślanka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

17 komentarzy:

  1. Mi się kojarzy z alpen gold dlatego nie kupuje ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim zdaniem alpen, to magiczne połączenie oleju roślinnego i cukru <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy byłam mała w moim domu ta czekolada w ogóle się nie pojawiała... ani ta, ani ta z Alpen Gold. Pamiętam, że kiedyś tą recenzowaną przez Ciebie kupił wujek, ale nie pamiętam jej smaku. Kiedy z siostrą podrosłyśmy czasem dostawałyśmy w prezencie z Alpen Gold ale ja za nią nie przepadałam. Chyba tylko raz spróbowałam i tyle. Moja siostra lubiła (teraz nie wiem czy je czekolady i jakie) czekolady z całymi orzechami, więc jadła - tato tak samo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dostawałam czekolady, to przeważnie oddawałam, bo ludzie nigdy w mój gust nie mogli trafić.
      Właśnie jak tak na Alpen Gold człowiek tylko spojrzy, to wiadomo, że nie ma czym przepadać. :P

      Usuń
    2. Ja czekoladę najczęściej dostawałam dwa razy w roku od dziadka na Święta i była to truskawkowa Wedel. Chrzestny czasem też jakąś kupił ale nie pamiętam jaką :)
      Kiedyś porównywałam skład oryginału i Alpen Gold i po tej informacji wiedziałam, że oryginał musi lepiej smakować :)

      Usuń
    3. Ja na święta od babci zawsze dostawałam truskawkowego Wedla i zamieniałam go z kuzynkami na gorzkiego.
      Alpen Gold... chyba po prostu nie może dobrze smakować. xD

      Usuń
  4. W góry bym zabrał, żeby się docukrzyć :) Skład ma zaskakująco dobry, szkoda, że nigdzie u nas jej nie widziałem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Szczerze, to chyba faktycznie jadłyśmy głównie Alpen Gold :P Czyli jeżeli komuś będę chciała zrobić smaczny prezent to będę szukać Chateau w sklepach z niemiecką żywnością :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tego nie jadłam, ale od Alpen Gold to porażka.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie się Nuss~ kojarzy zdecydowanie z Alpen Goldem. Mlecznego i ciemnego muszę kupić, biały baaardzo mnie rozczarował. Co do Chateau zaś, całkiem przyjemna marka. Jej czekoladę jadłam raz, a recenzja pojawi się na blogu nie w tym, tylko w kolejnym tygodniu w środę. Powinnaś być zadowolona.

    PS Prezentowaną oczywiście bym pokochała i na pewno (!) kupię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A fe, jak pomyślę o białym Alpen Goldzie... kieeedyś ktoś mnie poczęstował tym bąbelkowym. Fu, a to były jeszcze czasy, gdy uwielbiałam Milkę Oreo.

      Nie mogę się doczekać.

      PS Kup koniecznie! Czyżby najbardziej zachęciło Cię wspomnienie kit katowej czekolady? :P

      Usuń
    2. Najbardziej zachęciło mnie wszystko :D

      Usuń
  8. kurcze... jadłam nussbeussera od Alpen Gold i się rozczarowałam... ale nie miałam pojęcia o istnieniu o tej... a jeśli nawet to pomyślałam, że to pewnie podróbka! O biada mi! Napompowałaś we mnie nową nadzieję! Muszę ją kiedyś spróbować tylko jakoś kurde żal tego podziału na kostki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak od Alpen Golda, to rozczarowanie mnie nie dziwi. Ha! I teraz nie wiadomo, kto podrobił co.
      Musisz spróbować, bo naprawdę smaczna. ;)

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)