czwartek, 31 sierpnia 2017

(Naive) Mulate Peanut mleczna 45 % z masłem orzechowym i solą morską

Po rewelacyjnie wykonanych czekoladach z dodatkami Naive (z chmielem, z grzybami), wyrobiłam sobie dobre zdanie o litewskich producentach. Jak my mamy naszą Manufakturę Czekolady czy SuroVital, tak oni Naive, Mulate. Mulate to marka należąca do twórcy Naive, więc mimo, że żadnej czekolady Mulate jeszcze nie jadłam, po posiadanych tabliczkach spodziewałam się samych pozytywów. Oto nie trudno, gdyż już same opakowania zapierają dech w piersiach.
Na pierwszy ogień wybrałam czekoladę z dodatkiem, który spotyka się coraz częściej, ale rzadko jest wykonany tak porządnie, by mnie w pełni zadowolić. Jadłam jednak Vosges Peanut Butter Bonbon, która poprzeczkę ustawiła naprawdę wysoko.

Mulate Peanut dark milk chocolate with peanut butter & salt to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao z masłem orzechowym i solą morską.

Od razu po otwarciu poczułam przede wszystkim naturalny zapach fistaszków i masła orzechowego, któremu towarzyrzyła kakaowa orzechowość.

Przy łamaniu tabliczka była twardawa, miękła dopiero w ustach, rozpływając się tłusto i idealnie gładko, w gęsty sposób, jakby zmieniając się w grudę masła orzechowego. Zaskoczyła mnie tą formą, ponieważ byłam przekonana, że trafię na nadzienie, a tymczasem dodatek idealnie wtopiono w czekoladę (tak jak w innych czekoladach Naive).

Zaraz po pierwszym kęsie smak był znacząco, ale nie przesadnie słodki i maślano-mleczny z wyraźnym akcentem kakao w tle. Niemal od razu poczułam orzechowy charakter kakao i fistaszkowy posmak. Świetnie się zeszły.

Wraz z rozpływaniem się kawałka w ustach, smak stawał się coraz bardziej masłoorzechowy, choć długo była to raczej czekoladowa słodycz z takimi nutami. W połowie jednak masło orzechowe, takie naturalne, jedynie fistaszkowe i nie za mocno prażone, było już bardzo wyraźnie wyczuwalne. Pomogła mu subtelna sugestia słonawości. W czekoladzie bowiem nie czuć soli jako samej w sobie, ona jedynie wykańcza smak masła orzechowego. Dzięki tej szczypcie nie było za słodko, utrzymywała wszystko w ryzach. Przyznaję, że wyszło to lepiej, niż myślałam.

Przez większość degustacji miałam wrażenie, że jem mocno czekoladowe masło orzechowe wysokiej jakości. Pod koniec szala w ogóle przechylała się na stronę masła orzechowego, bo to jego posmak pozostawał w ustach na dość długo.

Czekolada zaskoczyła mnie wieloma rzeczami. Przede wszystkim formą. Najpierw nie byłam przekonana, ale potem uznałam, że została świetnie przemyślana. Było tłusto, owszem, ale to tłustość masła orzechowego, nie ma mowy o skojarzeniach z ulepkiem. Pomogło tu pewnie także odtłuszczone (a nie tylko pełne) mleko. W smaku... chyba też. Mulate zaserwowało mi fuzję czekoladowości i masła orzechowego, z wycofanym mlekiem i nie za mocnym, ale wyczuwalnym kakao. Czy brakowało mi tu soli? W sumie nie. Lubię wyrazistą sól w czekoladach, ale tutaj ogólna subtelność wyszła bardzo dobrze. Bardzo cieszy mnie fakt, że nie wyszło za słodko; silna słodycz trafiła na opór innych składników. Harmonijna, smaczna czekolada, która może i nie spiorunowała masłem orzechowym, solą czy kakao, ale i tak zrobiła wrażenie.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19,99 zł (za 80 g)
kaloryczność:  567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wykluczam

Skład: tłuszcz kakaowy, cukier, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, masło orzechowe 10%, mleko w proszku, sól morska 1%, lecytyna słonecznikowa

środa, 30 sierpnia 2017

Michel Cluizel Mangaro Milk 50 % ciemna mleczna z Madagaskaru

Są marki czekolad, które szanuję i doceniam, ale które nie robią na mnie specjalnie wielkiego wrażenia. Cluizela uważam za wartego uwagi, ale na pewno nie w pierwszej kolejności. Piszę to na podstawie kilku już zjedzonych czekolad, a sięgając po ostatnią posiadaną. Pamiętałam bogactwo ciemnej Mangaro 65 % i trochę się bałam, że mleko przechyli już szalę i wcale nie wyjdzie ciekawiej, a... gorzej? Oby nie! Sięgnęłam po nią sama nie do końca wiedząc, na co mam ochotę i czego od tej czekolady oczekuję.

Michel Cluizel Mangaro Milk 50 % to mleczna czekolada o 50 %-owej zawartości kakao pochodzącego z Madagaskaru z plantacji Mangaro.

Po otwarciu poczułam fuzję cytryn, głębi słonawego koziego mleka i sera z solonym karmelem podchodzącym też pod solone toffi. Zrobiło to na mnie duże wrażenie, bo wydało mi się wręcz esencjonalne. Z czasem wychwyciłam także nutę wanilii, a już w trakcie degustacji także taki pieczony akcent chlebowo-piernikowy. Piękny, bogaty zapach wytrawnej mlecznej czekolady.

Przy łamaniu odebrałam tę tabliczkę jako nietwardą. Nie miękką, ale właśnie nietwardą. Miękła dopiero w ustach, stając się gładziutkim, zalepiającym kremem, który rozpływał się powoli.

Już przy pierwszym kęsie poczułam, że czekolada ma w sobie "to coś". Pojawiał się bowiem kwasek cytryny w otoczeniu błogiej, nieprzesadzonej słodyczy karmelu. Od razu kojarzyło się to z jakimś wysokiej jakości soczystym kremem cytrynowym (nie zaś samą cytryną, więc o żadnym wykrzywianiu gęby nie ma tu mowy).

Słodycz karmelu nieco się oddalała, ustępując miejsca fali mleka. Odebrałam je jako w pełni naturalne, tłuste i z wypływającą z niego samego słonawością. Przywodziło to na myśl mleko kozie, ale bez takiego wyrazistego "koziego smaczku". Pomyślałam też o czymś w klimatach "masło kozie", mimo że nigdy takiego nie jadłam. 

Z kolei ta cała mleczność i maślaność sprawiły, że o słodyczy myślałam jako o karmelowo-miodowych krówkach. Opalany miód i karmel doprawione nutką wanilii nie przekroczyły jednak granicy zasłodzenia; trzymały odpowiedni poziom.

Pewnie dlatego, że cytrusy po złączeniu z mlekiem stawały się niezwykle wyrazistą nutą a'la serek czy jogurt cytrusowy. Wydaje mi się, że raz i drugi mignęło mi przy tym także coś bardziej ananasowego. To niosło orzeźwienie, ciekawy charakterek w połączeniu z mlekiem "kozim". 

W tle cały czas był także akcent kakao o orzechowym wydźwięku, co kojarzyło się z czekoladowo-orzechowym kremem lub budyniowatym deserem. Na końcówce doszukałam się przy nim także jakby... smaku grejpfruta pozbawionego goryczki, jednak naprawdę na sam koniec kumulowały się przede wszystkim słodsze nuty - już nawet nie karmelu i miodu, a wręcz toffi. 

Nie zdążyło się jednak zrobić za słodko, bo w posmaku pozostawało toffi właśnie, ale w towarzystwie... czegoś soczyście owocowego. Czytając opis producenta trafiłam na rodzynki - być może to i jakieś kwaskowate rodzynki były, ja tego lepiej nie nazwę, ale nie uważam, by było to w 100%-ach adekwatne.

Czekolada w zasadzie nie była bogata w smaki, posmaki i skojarzenia, ale kupiła mnie swoją dosadnością, jednoznacznością. Kozie mleko czy ser (bardziej w zapachu niż w smaku, ale i w smaku) w towarzystwie cytryn przerobione na deser dzięki karmelowo-miodowej słodyczy jak najbardziej trafiło w mój gust. O dziwo nie było ani za słodko, ani tym bardziej za kwaśno; to subtelna, sugestywna i głęboka tabliczka, co się chwali. Może nie było kakaowego kopa, ale to rewelacyjnie wykonana właśnie mleczna czekolada, której twórca ciekawie wykorzystał nuty Madagaskaru (które jednak zostały tak wkomponowane, że trudno z całą pewnością stwierdzić "to Madagaskar"). Trochę nut pokryło się z ciemną wersją Mangaro 65%, ale trudno je skojarzyć ze sobą. Obie są świetnymi tabliczkami o innym wydźwięku.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19 zł
kaloryczność: 603 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, pełne mleko w proszku, wanilia burbońska

wtorek, 29 sierpnia 2017

Eridanous Halva with almonds chałwa z migdałami

Teoretycznie lubię chałwę, ale praktycznie... prawie jej nie jem. To chyba jednak wciąż jeden z naprawdę nielicznych (jedyny?), produktów, których cukrowość mi nie przeszkadza, bo chałwy raczej z założenia takie są (choć wiadomo, bez przesady). Dzisiaj opisywaną kupiłam bardzo dawno temu podczas wspólnych zakupów z Mamą, a postanowiłam wrzucić teraz, bo akurat znowu jest tydzień grecki w Lidlu. Było to w okolicach zakupu smacznej chałwy Koska Tahin Helva Fistikli Pistachio i chciałam porównać, co lepiej wyjdzie w chałwie - pistacje czy migdały? Niestety, byłyśmy wtedy zbyt zagadane, żebym dokładniej wczytała się w skład, bo na pierwszy rzut oka było ok - 50 % sezamu, 7 % migdałów... pomiędzy tymi składnikami niestety szpetna niespodzianka, przez którą dziś tego tworu bym nie kupiła. A jak już kupiłam...


Eridanous Halva with almonds to "chałwa sezamowa z migdałami 7 %" z Lidla z tygodnia greckiego.
Ponoć wyprodukowano ją w Grecji, ale po węgiersku jest coś o Budapeszcie i Etiopii, co nie napawa optymizmem biorąc pod uwagę to, że producent się nie ujawnił.

Po otwarciu poczułam przyjemny, mocny zapach chałwy o zdecydowanej goryczce.

Przy krojeniu i próbie wydobycia części z opakowania chałwa wydała mi się bardzo twarda, w trakcie wydzielania sobie porcji nieco dziwna, bo mimo konkretnej struktury, rozchodziła się w takie "chałwowe włókna", ale nie kruszyła się, była zwarta. Kiedy wreszcie zrobiłam pierwszy kęs, i tak się bardzo zdziwiłam. Okazała się strasznie gumiasta. Oblepiała zęby i rozpuszczała się jak jakieś gumy rozpuszczalne. Obleśność.

W smaku czuć goryczkę sezamu, w ogóle sezam był wyraźnie wyczuwalny, ale oprócz tego wszystko było... okrutnie, natarczywie słodko. Nie cukrowo, ale tak dziwnie słodko w obrzydliwy sposób. I to nie była sama wanilina, tylko jeszcze coś.

Migdały okazały się cudownie prażone, twarde i chrupiące, ze skórkami, które dodawały charakterystycznej goryczki. To chyba jedyna zaleta tej chałwy, jednak w całej obrzydliwej, gumowej słodyczy i one jakoś zanikały.

Zjadłam może kilkanaście gramów i miałam dość... Ta obleśna konsystencja gumy do żucia, dziwna słodycz... Po prostu fu. O tak, syrop fruktozowo-glukozowy, który przecież zwiększa plastyczność masy, do której się go doda, odegrał tu główną rolę (byłam zszokowana, że oprócz niego nie dodali ani odrobiny cukru, na co zwróciłam uwagę dopiero przepisując skład). Okropność.

Resztę oddałam Mamie - jej też ta chałwa nie pasowała, ale nie ze względu na słodycz, a na goryczkę sezamu (i pewnie skórek migdałów). Stwierdziła, że jej było za gorzko. Warto zauważyć, że Mama nie przywiązuje wagi do składu słodyczy, lubi te bardzo słodkie i zwyczajne, zawierające syrop fruktozowo-glukozowy.

W takim razie chyba mogę być pewna stwierdzenia, że chałwa nie jest przesłodzona (jak na chałwę), zawalił tylko wybór składnika słodzącego. Jeśli ktoś nie jest aż tak jak ja wyczulony na kiepski skład, chyba może śmiało tę chałwę kupić. Ja jednak nie polecam kupowania czystej śmierci o obleśnej konsystencji.
Chyba nie muszę pisaćć, że pistacje i zwykły cukier wygrały.


ocena: 3/10
kupiłam: Lidl, tydzień grecki
cena: 9,99 zł (za 250g)
kaloryczność: 573 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: zmielone nasiona sezamu 50 %, syrop glukozowo-fruktozowy, migdały 7%, olej palmowy, ekstrakt z mydlnicy lekarskiej, wanilina

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Legal Cakes baton Red Velvet

Do batonów Legal Cakes podchodzę pozytywnie, ale bez przesadnego entuzjazmu, do wszystkiego co ma udawać smak Red Velvet w ogóle jestem negatywnie nastawiona, ale tym razem nie można mówić o sytuacji typowej. Nie raz widziałam w internecie przepisy na brownie z różnych warzyw, jadłam już słodkiego batona Legal Cakes Brownie, z kolei np. warzywne batony Zmiany Zmiany Farmer (pomidorowy, buraczany) były bardzo wytrawne, toteż moja uwaga ponownie została przyciągnięta. Co tym razem?

Legal Cakes Red Velvet to "bezglutenowy i wegański baton buraczano-bananowy z polewą czekoladową" mający przypominać amerykańskie ciasto typu Red Velvet (zabarwione na czerwono :P ).

Po otwarciu poczułam zaskakująco orzechowy zapach zmieszany z kakaową czekoladą i soczystością owoców, w tym głównie bananów, w towarzystwie nienachalnego buraczanego motywu.

Baton wydawał się bardzo twardy i zbity. Mógł pochwalić się grubą warstwą czekolady. W ustach okazał się gęsto rozpływający się, mokrawy i przypominający ciężkawy piankowo-chmurkowy sernik. Polubiłam tę konsystencję, bo nie zapychała przesadnie jak nowe, bezglutenowe wersje batonów: Żurawina + jagody gojiOwocowo-czekoladowySzarlotkowy.
Nie był tłusty, ale czekolada już trochę tak. Była przy tym kremowa, ale i trochę sucho pylista (co jednak nie jest minusem).

W smaku czułam przede wszystkim słodkie banany, choć całość wcale nie wydała mi się nazbyt słodka, bo została trochę przełamana akcentem cytrusów. Od razu wychwyciłam pewien wytrawniejszy posmak, ale początkowo nie odgrywał zbyt ważnej roli. Było bardzo owocowo i zaskakująco wyraźnie orzechowo.

Smak orzechów rozchodził się na mocne fistaszki i coś bardziej mączno-kaszowego. Zostało to podkreślone wyrazistą czekoladą, której smak był przede wszystkim przyjemnie gorzko kakaowy. Słodyczy jednak nie można jej odmówić, więc ja nazwałabym ją przystępną; w porządku, ale nie wyśmienitą.

Dopiero gdy czekolada trochę się już rozpuściła, ogólny smak przechylał się w mniej owocową stronę, dzięki czemu buraczaność wychodziła wyraźniej pod koniec, głównie w posmaku.

Za największą zaletę batona uważam strukturę. Całość pod względem smaku w sumie była niezła, ale jak dla mnie za mało określona, wyrazista. Może nie było aż tak słodko, ale i tak zmniejszyłabym ilość bananów (miałam wrażenie, że baton był właśnie głównie bananowy), skupiając się na burakach, które były wyczuwalne, ale nie jako smak przewodni. Liczyłam, że wyjdą nieco bardziej zdecydowanie. To by pasowało do orzechowo-czekoladowych nut.
Wyszło w sunie typowe Red Velvet, a więc twór bliżej nieokreślony stworzony bardziej dla oka, mający po prostu cieszyć czerwienią.


ocena: 7/10
kupiłam: kawiarnia Legal Cakes w Warszawie
cena: 8,50 zł (za 90 g)
kaloryczność: 172 kcal / 100 g; sztuka 90 g - 155 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: burak ćwikłowy gotowany 38%, banan 31%, czekolada 6% (miazga kakaowa minimum 70%, substancja słodząca: erytrol), mąka jaglana, orzeszki arachidowe, sok z pomarańczy, odżywka białkowa wegańska (87,5% izolat białek grochu, 12,5% izolat białek ryżu), skórka z cytryny

niedziela, 27 sierpnia 2017

Amedei 9 ciemna 75 %

Nie ukrywam, że nie lubię Amedei i nie mogę pojąć, co też niektóry w tej marce widzą. Trafiło do mnie kilka ich neapolitanek, z którymi nie bardzo miałam co zrobić, więc postanowiłam po prostu popróbować je pod kątem: "czy warto kiedyś którąś tabliczkę kupić?", ale wraz z próbowaniem kolejnych utwierdzałam się coraz bardziej, że to nie moja bajka. Przy bardzo chwalonym blendzie kakao z dziewięciu różnych plantacji postanowiłam jednak dać Amedei czystą kartę i sięgnąć po tę miniaturkę z (nieco wmówioną) ochotą. W końcu tyle dobrego się o niej słyszało... 

Amedei 9 to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao pochodzącego z dziewięciu różnych plantacji należących do Amedei.

Po otwarciu poczułam bardzo słabiutki zapach (czym się nie przejęłam, bo jego natężenie zrzuciłam na ilość) mający suchy klimat drzew i orzechów, zwieńczony odrobiną nieco wytrawniejszej słodyczy. Przyznam, że nastawiło mnie to pozytywnie, bo nie wykryłam niczego, co zawsze w Amedei mi przeszkadza.

Maleństwo głośno trzasnęło i ujawniło wręcz czerwonawy przekrój. Wydał mi się nieco piaszczysty, ale w ustach czekolada rozpływała się tłusto-kremowo w wolnym tempie i pozostawiając poczucie lekkiej proszkowości.

W smaku już od pierwszej sekundy czułam słodycz. Nie była jednak ordynarna, a jakby "zamglona", choć podchodziła pod nielubiane przeze mnie pudrowe klimaty (dobrze, że nie pod bezę).

Główny smak czekolady odebrałam jako znacząco palony w kawowym kontekście. Skojarzyło mi się to z kawą o jakiś ziemistych nutach ze sporą ilością śmietanki.
Obok tego pojawiała się gorzkawa nuta nieprażonych orzechów, może migdałów. Być może mogłabym sprecyzować przy większej ilości.

W tym czasie pojawiały się też jakieś lekkie, soczyste owocowe przebłyski, a końcówka robiła się nieco bardziej goryczkowata i waniliowa, co zamykało degustację. Posmak pozostawał na średnio długo.

Całość była bardzo harmonijna i łagodna. Już rozumiem, dlaczego wrażliwe kubki smakowe z wyższych sfer za nią przepadają. To w końcu znacząca, ale nie porażająca słodycz, nieprażone orzechy, kawa ze śmietanką i delikatne owoce; smaki o wręcz "miękkim", deserowym wyrazie. Wydała mi się jednoznaczna, więc zakładam, że przy pełnowymiarowej czułabym po prostu prawie to samo, ale może jakoś... intensywniej i bogaciej. Niestety, ona była tak "deserowo łagodna", że zupełnie nie w moim stylu, więc nie chciałabym tego więcej. Wolałabym minimalną słodycz, charakterne, prażone orzechy, kawę-siekierę i wyraziste owoce, szorstką konsystencję... Tak, to dobra czekolada, ale zupełnie nie dla mnie (mogę się poczęstować, ale za nic bym jej nie kupiła). 


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia

sobota, 26 sierpnia 2017

lody Haagen-Dazs fruits mango & raspberry

Lody owocowe nie należą do moich ulubionych, ale raz czy dwa razy na sezon i na nie mnie nachodzi. Nie mam tu jednak na myśli sorbetów, bo tych w ogóle nie lubię. Dzisiaj opisywane lody długo mnie nie obchodziły, bo myślałam, że właśnie sorbetem są. O tym, jak bardzo się myliłam miałam okazję przekonać się dopiero, gdy jakimś cudem zobaczyłam je w moim mieście, w dodatku w promocji. Inaczej pewnie nawet bym na nie nie zerknęła, a tak, skoro wciąż są to lody bazujące na śmietance, liczyłam na coś smacznego, mimo że nie w moim stylu.

Haagen-Dazs fruits mango & raspberry to lody o smaku mango na bazie śmietanki z sosem malinowym (12 %).
Ważą 500 ml / 430 g.

Po otwarciu poczułam silny naturalny zapach słodkiego mango, sporej ilości śmietanki i akcent sosu malinowego. Nie były to zapach czysto malinowy, a właśnie ewidentnie sosu malinowego, na który składa się więcej owoców.

Przepleciona gęstym, prawie niepłynnym sosem masa lodowa okazała się gęsta, kremowa, ale nieco bardziej miękka niż w przypadku innych lodów tej firmy. Lody topiły się też nieco szybciej, ale wciąż leniwie i tak "gęsto".

W smaku sos był bardzo podobny do tego ze Strawberry Cheesecake, choć tutaj maliny oczywiście były o wiele wyraźniejsze. Nie były jednak jedynym wyczuwalnym owocem, bo całość miała w sobie coś z owoców leśnych. Była kwaskowato-słodka na sposób typowy dla lodowych owocowych sosów. Odebrałam go jako zadowalająco naturalny, ale nie jakoś specjalnie smakowity.

Lody mango od początku raczyły silną słodyczą. Wydawała się głównie naturalnie owocowa, więc nie mogę powiedzieć, by lody były przesłodzone, mimo że osobiście wolałabym jednak odrobinkę niższą ogólną słodycz. Na szczęście ani trochę nie kojarzyły się z sorbetem, bo śmietankowa, łagodna baza była wyraźnie wyczuwalna. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że na równi z mango, co wywołało skojarzenie z egzotycznym mlecznym koktajlem.

Całość była więc delikatna i słodka, ale w przyjemnie owocowy sposób. Osobiście wolałabym mniej słodyczy, ale nie uważam, by z nią przesadzili.
Znalazł się w tych lodach element pewnej konkretności, dzięki czemu daleko temu do sorbetu. Podobało mi się to, że lody smakowały mango-śmietankowo, a nie tylko samymi owocami. Dobre, ale nie jakieś specjalnie ciekawe. I nie chodzi o to, że nie w moim stylu, ale np. sos można było zrobić lepiej albo w jego miejsce w ogóle coś innego dodać (plasterki mango? inny sos?). Można spróbować, ale tylko w promocji i raz.


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: 14,99 zł (promocja)
kaloryczność: 243 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: śmietanka, skondensowane mleko odtłuszczone, cukier, puree z mango (12%), puree z malin, żółtko jaja, puree z jeżyn, sok pomarańczowy z koncentratu, naturalny aromat, sok cytrynowy z koncentratu, substancja żelująca: pektyna

czwartek, 24 sierpnia 2017

A.Morin Cote d'Ivoire Guemon Noir 100 % ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Po mlecznej A.Morin Cote d'Ivoire Guemon 48 % która okazała się smaczna, ale nie w taki sposób, jaki oczekiwałam, po setkę sięgałam trochę niepewna. Mleczna nie była przedsmakiem nut, którym mogłabym dokładnie przyjrzeć się w 100%-owej wersji, ale moje zamiłowanie do setek aż krzyczało: "będzie dobrze!".

A. Morin Cote d'Ivoire Guemon Noir 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej, z obszaru Guemon.

Od razu po otwarciu poczułam palono-maślany zapach, który skojarzył mi się z gorzkawymi skórkami orzechów oraz samymi orzechami i przeciętnym karmelo-toffi. Już w czasie jedzenia raz i drugi wydawało mi się, że przy zapachu orzechów plątała się jakaś fasolowa nuta.

Przy łamaniu czekolada była twarda, głośno trzaskała. Wydała mi się w pewien sposób krucha, ale nie wiem, czy nie było to spowodowane tym, że tabliczka trafiła do mnie trochę połamana. Po włożeniu kawałka do ust czekała mnie niespodzianka. Miałam wrażenie, jakbym położyła na języku kawałek masła tylko co wyjętego z lodówki. Pod koniec czekolada stawała się coraz bardziej mazista, ale wciąż kojarzyła mi się z masłem. Tę konsystencję uznałam za wyjątkowo obrzydliwą, ale to pewnie dlatego, że po prostu nie cierpię masła i na taką tłustość jestem bardzo czuła.

Pierwsze wrażenie było takie, że czekolada smakuje głównie kwaśno, ale przy kolejnych kostkach początek wydawał mi się raczej słodki (albo przynajmniej słodko-kwaśny) niż kwaśny. W każdym razie, czułam tu owoce - bardzo niejednoznaczne. Początkowo myślałam o jakiś niedojrzałych, ale później wyodrębniłam rabarbar i truskawki - wcale nie takie niedojrzałe. Tonacja tego było kwaskowata, ale z nasilającą się słodyczą.

W tle falami przychodził palony motyw, o minimalnej gorzakawości skórek orzechów i nijakiej kawy. Z palonym smakiem z czasem łączyła się pewna maślaność przywodząca na myśl maślane ciastka, a przez słodycz, która nie tylko rosła, ale i rozchodziła się wszędzie, pomyślałam o takim masowo produkowanym karmelo-toffi.

Końcówka znowu przynosiła owoce, tak jakby na maślane karmelo-toffi ciastka ktoś chlapnął truskawkowo-rabarbarową marmoladę i chrupanie ich urozmaicił sobie garścią orzechów laskowych ze skórkami. To właśnie ich posmak pozostawał na dość długo.

Od razu piszę, że to nie była zła czekolada, ale po prostu zebrała w sobie większość nielubianych przeze mnie nut w czekoladach i konsystencję, jakiej nie toleruję. To była najniesmaczniejsza setka, jaką jadłam. Głównie słodka z nieokreślonymi, owocowymi kwaskami, w dodatku bardzo, bardzo maślana o znikomej i nijakiej, bardzo niepewnej, gorzkawości. Uwierzę, że komuś może posmakować, uwierzę, że na pierwsze spotkanie z czekoladą 100 % może być dla kogoś dobrym wyborem, ale ja się po prostu z czekoladami z Wybrzeża Kości Słoniowej nie polubiłam. Jak widać, można wyczarować coś dobrego stamtąd, ale... to po prostu nie moje nuty i nie moja konsystencja. Za sam nieskomplikowany smak dałabym 8, no ale smak to jeszcze nie wszystko.

Jej słodki, czyli ten karmelowo-orzechowy wydźwięk był dość podobny do wersji mlecznej, z tym że doszło do niego wiele kwaskowatych, owocowych nut, które nie przełamały go, a wtargnęły niczym słoń do składu porcelany.


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21 zł (za 100g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa

środa, 23 sierpnia 2017

A.Morin Cote d'Ivoire Guemon Lait 48 % mleczna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Po zaskoczeniu, jakie zafundowały mi czekolady Georgia Ramon, teraz byłam w kropce. Nie spodziewałam się zupełnie, że peruwiańska mleczna 60 % wyjdzie ciekawiej niż ciemna 70 %, więc stając przed dylematem "zacząć od mlecznej czy od setki?" naprawdę nie wiedziałam, co zrobić. Nie pomogło to, że zupełnie nie wiedziałam, czego spodziewać się po prawdziwej czekoladzie z kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej, największego producenta kakao na świecie. Chciałam mieć w takim razie chociaż jedną "pewną rzecz", więc postawiłam na "pewną kolejność", na pierwszy ogień wybierając mleczną. W końcu... samą markę też mogę nazwać pewną, sprawdzoną, a nawet jedną z ulubionych, darzonych sentymentem, w końcu to...

A. Morin Cote d'Ivoire Guemon Lait 48 % to mleczna czekolada o zawartości 48 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej, z obszaru Guemon.

Od razu po otwarciu czuć całe morze... nie, ocean niewiarygodnie naturalnego mleka. Oprócz tego poczułam zapach kojarzący się z orzechami laskowymi w cynamonie. Wszystko to opiewała specyficzna nugatowa słodycz.

Przy łamaniu czekolada trzasnęła, a po włożeniu do ust wydała mi się twarda, zbita, wręcz "kamyczkowata". Rozpuszczała się z nieco piaszczystym efektem, nie zalepiała i choć nie wydała mi się specjalnie tłusta, miała w sobie coś z tłustego mleka.

I to właśnie mleko od pierwszej sekundy dominowało w smaku. Świeże, wiejskie, ale bez nadmiernej tłustości i z pominięciem jakichkolwiek krowich nut. Z czasem jakby się ogrzało (ale spokojnie, kożuch się nie zrobił), do zabawy dołączył cynamon.

Do naturalnego mleka doszła naturalna, smakowita słodycz. Czyżby ktoś dosłodził mleko miodem prosto z własnego ula? Niee... to bardziej... poczęstunek karmelizowanymi orzechami. Może także czekoladkami z nugatem, kremem orzechowym itp.

Nuta karmelu wybiła się prawie na sam przód, ale nie była czystą słodyczą, gdyż skrywała leciutko paloną nutę. Orzechy laskowe zrobiły się zaskakująco wyraziste, połączyły się z mlekiem i cynamonem. Czekolada natychmiast skojarzyła mi się z lodami Haagen-Dazs Hazelnut Crunch. To było to, lody na bazie śmietanki o mocno orzechowym smaku z karmelizowanymi kawałkami i ze złudzeniem cynamonu, tylko że w wydaniu "na ciepło" i w formie tabliczki. Ciągle powracało także skojarzenie z pralinkami orzechowymi, idealizowanym Ferrero Rocher itp.

Rocherowata słodycz rosła, rosła, żeby na koniec nagle ustąpić miejsca wyrazistszemu kakao, które dało palono-karmelowego kopa. Właśnie w głównej mierze karmelowy posmak pozostał po tej czekoladzie i... nie trwał długo.

To bardzo smaczna czekolada o karmelowo-orzechowym smaku, z silną nutą cynamonu i ogromem mleka, której trudno jest cokolwiek zarzucić. Niestety, nie znalazłam też w niej niczego, co by sprawiło, że chciałabym do niej wrócić, bo po prostu nie trafiła nutami smakowymi w mój gust. Kakao czuć wyraźnie, ale miałam wrażenie, że i tak jakoś go tam mało. Wydaje mi się, że jak już robić plantacyjne mleczne czekolady, to powyżej 50 %, bo tak... to chyba mija się z celem. Nie było tu dynamiki, ale to nie jej brak mi przeszkadzał, bo to może być specyfiką tamtejszego kakao. Przeszkadzał mi brak pewnej takiej... głębi i za dużo karmelowo-nugatowo-pralinkowych nut tłamszących "moją" nutę orzechów i cynamonu. Założę się jednak, że osoba lubiąca wszelkie słodkie orzechowe kremy byłaby wniebowzięta.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21 zł (za 100g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, pełne mleko, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

wtorek, 22 sierpnia 2017

Raw & Happy Rawnello Figa z makiem

Odkąd tylko wróciłam z Lewiatana z działem ze zdrową żywnością do domu po tym, jak olałam leżące na półce bakaliowe kulki, towarzyszyło mi poczucie, że zrobiłam wielki błąd. Ponownie wybrałam się do sklepu kolejnego dnia, ale ciekawiącego mnie, a nie próbowanego wcześniej smaku nie było. Chodził za mną tak długo, aż postanowiłam złożyć zamówienie przez internet (albo właściwie: dołączyć je do zamówienia, nad którym trochę się wahałam). Czy słodycz, o którym tyle myślałam, był wart całego zachodu?

Raw & Happy Rawnello Figa z makiem to "bakaliowe smakołyki - kulki z figą", które ja bym nazwała surowymi pralinkami figowo-makowymi na bazie daktyli.

Spore kulki obtoczono makiem, który okropnie się osypywał. Nie wpłynęło to jakoś szczególnie na odbiór, ponieważ maku nie pożałowano.

Czuć to już w zapachu, bowiem dominował tu właśnie mak. Pod nim kryła się figowa słodycz, może i przywołująca dalekie skojarzenia z masą makową z bakaliami, ale taką... świeżo makową.

Konsystencja pralinek okazała się bardzo ciekawa, bo miękka i zarazem chrupiąco-strzelająca. Cudownie strzelały i pesteczki fig, i mak. To na nie skierowana była moja uwaga, bo daktyle specjalnie nie odznaczyły się ani w konsystencji (żadnego lubianego przeze mnie "daktylowego papu"), ani w smaku.

Ten był bardzo, bardzo słodki. Już po jednej kulce czułam lekkie drapanio-pieczenie w gardle, ale pralinki okazały się tak dobre, że na jednej nie skończyłam.
W pierwszej chwili czułam przede wszystkim mak, duużo maku, ale szybko zaczynał dominować wyrazisty smak fig. Połączyły się, otoczone ogólną mocarną słodyczą. Kulki okazały się głównie figowe; w tle pobrzmiewała jedynie słaba nutka daktyli, o wiele słabiej niż sugeruje ich ilość w składzie.

Kulki błogo zasładzają. To naturalna, dobra słodycz o niezwykle prostym smaku - w końcu to figi, których charakterek nieźle podrasował mak. Proste i ciekawe połączenie, mające urzekającą i niecodzienną strzelającą konsystencję.
Osobiście wolałabym, żeby przynajmniej część daktyli zastąpić jakimiś orzechami - łagodnymi, np. nerkowcami, żeby nie zaburzyć smaku i konsystencji, ale obniżyć słodycz, bo ta mimo że smakowita jest... olbrzymia. Gdyby ją osłabić, kulki mogłyby konkurować z Łatwym orzechem do zgryzienia, które bardzo mi smakowały.


ocena: 8/10
kupiłam: AleEko
cena: 8,84 zł (za 110 g; promocja)
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy znów kupię: raczej nie

Skład: daktyle, figi 35%, mak 5%

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Pacari Andean Blueberry ciemna 55 % z Ekwadoru z borówkami

Czekolady Pacari nie przestają mnie zachwycać. Mało tego! Niektóre nawet intrygują coraz bardziej. Po tym, jak spróbowałam czekolad z marakują (surową i niesurową), byłam oczarowana, jak odmiennie można przedstawić dany smak. Dowiedziawszy się, że w ofercie mają także dwie wersje jagodowej, zależało mi na porównaniu ich, lecz niestety, niesurowa jagodowa okazała się nie do zdobycia... do czasu. W końcu zdecydowałam się na zamówienie (imieninowe :P) z oficjalnej strony Pacari. Dlaczego zależało mi na niej aż tak? Surowa z marakują była pyszna, ale to właśnie niesurowa była oszałamiająco marakujowa i tak niezwykła, że stała się jedną z moich ulubionych czekolad tak ogólnie. Chciałam sprawdzić, czy to taka perełka, czy może z jagodową będzie podobnie...

Pacari Andean Blueberry to ciemna czekolada o 55 % zawartości kakao z Ekwadoru (miazga + tłuszcz) z dzikimi borówkami andyjskimi (Mortino).
Mam mały problem z nazewnictwem tych owoców, bo w sumie nie są to ani borówki polskie, ani borówki amerykańskie, ani takie leśne jagody, ale to szczegół.

Po otwarciu poczułam zachwycająco złożony zapach. To była fuzja łagodnej, ale wyrazistej ciemnej czekolady o nutach kwiatów (róże czułam, jakby to one były dodatkiem!), słodkich cytrusów i lekkiego palenia, dymu czy też tabaki. Obok tego rozchodził się soczyście słodki motyw przywodzący na myśl dżem jagodowy.

Czekolada kolorem przypominała ciemną mleczną, ale nie to było w jej wyglądzie najciekawsze. O ile na spodzie przebijały się prawie całe jagody, tak cała tabliczka była usiana kropeczkami przemielonych owoców.
Była twarda, ale raczej nie trzaskała, a w ustach rozpływała się dość szybko, przyjemnie gładko, odsłaniając mnóstwo zmielonych jagodowych suszków, które mimo pewnej twardości przy rozgryzaniu robiły się zaskakująco soczyste.

W smaku jako pierwsze witały się słodycz i silna soczystość. Ta pierwsza miała wysublimowany karmelowo-różany charakter, a druga niosła leciutki, jedynie owocowy kwasek, w którym można doszukać się cytrusów, ale który głównie podchodził pod "jagódkowość".

Mimo że nie da się oddzielić ani kawałka czekolady bez borówkowych kawałków czy wręcz proszku, doskonale czuć stonowaną i głęboką bazę. Była orzechowo-dymna, z którego to dymu wydobywał się posmak palonej kawy. To jedyne gorzkawe akcenty w tej czekoladzie, ogół był dzięki temu przystępny (bez mocniejszych goryczek), ale bogaty.

Gdy już kawałek zaczął rozpuszczać się na dobre i odsłaniać owoce, zrobiło się bardzo soczyście, bardzo jagodowo. Oto jagody pochłaniały cytusowość, a niemal karmelowa, kwiatowa słodycz podporządkowała się bardziej borówkowym smakom. Ogólnie rysował mi się tu smak będący połączeniem polskiej jagody i borówki amerykańskiej, cudownie wkomponowany w czekoladę. To było bardzo słodkie, ale słodkie na sposób owocowy, lekki.

Końcówka robiła się nieco konkretniejsza i przynosiła skojarzenie ze słodkim winem o mocno jagodowym smaku, a gdy ostatni kawałeczek czekolady zniknął, pozostawałam z posmakiem słodko czekoladowym i przede wszystkim jagód. Czułam się, jakbym zjadła co najmniej garść tych owoców i trwało to niewiarygodnie długo.

Ta czekolada była niewątpliwie o wiele lepiej wykonaną czekoladą jagodową niż jej surowa wersja. Jagody odegrały tu ogromną rolę, było lekko i soczyście, choć także bardzo słodko. Może nie była to soczystość czekolady z marakują, ale na naprawdę dobrym poziomie. Nie zabrakło charakteru czekolady, jednak wciąż była bardzo przystępna. Wydaje mi się, że właśnie takie łagodniejsze otoczenie lepiej sprawdza się w połączeniu z delikatnymi owocami, jakimi są wszelkie jagódki i borówki, ale nie sądzę, by tak na dobre wyszło zmniejszenie ilości kakao (surowa miała 70%) - to raczej forma dodatku poprawiła odbiór.
Bardzo podobała mi się ta forma, bo owoce były wszechobecne (zabrakło mi tego w surowej); ogólnie czekoladę uważam za wzór dla innych czekolad z dodatkami. 10-tki nie wystawiam tylko dlatego, że to ocena dla wyjątkowych tabliczek, ulubieńców, a słodka, jagodowa czekolada (mimo że przepyszna!) nie robi na mnie aż takiego wrażenia.


ocena: 9/10
cena: £3.99
kaloryczność: 598 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (choć gdybym mogła zdobyć ją w Polsce, może i chciałabym do niej wrócić)

Skład: miazga kakaowa 51,80%, cukier trzcinowy 40 %, tłuszcz kakaowy 4%, dzikie borówki andyjskie 4%, lecytyna słonecznikowa 0,2%

niedziela, 20 sierpnia 2017

lody na patyku Magnum Mint

Nienawidzę lodów kiepskiej jakości, nienawidzę lodów na patyku, rożków (i wszelkich "na raz", do lizania, a nie do jedzenia łyżeczką o kiepskim składzie), nienawidzę Magnumów. Żeby było śmiesznie, kiedyś Magnumy były jednymi z moich ulubionych lodów, więc dzisiejszy obiekt recenzji to niemal obiekt muzealny zalegający mi w zamrażarce ze dwa lata (spokojnie, jeszcze parę miesięcy ważności miał). Chciałam go oddać Mamie, ale z racji, że chyba go wycofano (?), stwierdziłyśmy, że chociaż troszeczkę sobie "wydziabię" łyżeczką, jak to Mama powiedziała "żebym wiedziała co tracę".


Magnum Mint to "lody miętowe w polewie z mlecznej czekolady (25%) z kawałkami karmelizowanego cukru (2,5%)" ważące 88 g (110 ml).

Po otwarciu poczułam zapach słodkiej mlecznej czekolady i sztucznawej mięty. 

Odłupawszy nożem trochę czekolady, najpierw to ją spróbowałam. Wydaje mi się, że smakowała tak samo, jak w dawnym klasyku (przypominam, że to "staroć" i nie wiem, czy nie było zmian składu itp.), a więc wyraziście mlecznie, bardzo słodko i, bez dwóch zdań, była to czekolada - w dodatku rozpływająca się kremowo i tłusto. Obecnie coś takiego nie jest w moim stylu, ale muszę przyznać, że to gruba warstwa porządnej jak na taki produkt czekolady, a nie polewy. Niestety, zatopiono w niej mnóstwo kawałków przypominających twardy i przyklejający się do zębów cukier. Według producenta to karmel, według mnie i Mamy strasznie słodkie coś o lekko miętowym posmaku. Mimo tego, że był to posmak, odebrałam go jako natarczywy, sztuczny (jak cukierki miętówki).
Te kawałki to może i ciekawy pomysł, ale mi nie pasowały.

Ku mojemu zaskoczeniu, lód okazał się biały. Był zbity, gęsty i mniej tłusty od Magnumów, które zapamiętałam. W smaku poraził mnie słodyczą i miętowym smakiem, który z naturalną, smakowitą miętą nie miał nic wspólnego. Dawno nie trafiłam na coś tak sztucznego. Zupełnie nie kojarzyło mi się z jedzeniem, nie pasowało do czekolady (a uwielbiam połączenie mięty i czekolady), ale w sumie z pastą do zębów też nie. Przypominało mi to coś okropnego, coś, czego smaku nienawidzę i dopiero po rozmowie z Mamą udało mi się to zidentyfikować. To smakowało jak Tik Taci (albo raczej moje wyobrażenie o nich, wspomnienie tego okropnego smaku sprzed wielu, wielu lat). 

Zjadłam dosłownie odrobinkę, skończyła Mama i żadnej z nas to nie smakowało. Według niej zjadliwe, według mnie za natarczywe i za sztuczne, żeby jeść. Miętowość tego loda była tak sztuczna i wyolbrzymiona, że chyba nigdy jeszcze na coś takiego nie trafiłam... Wierzch z kolei też nie był w moim guście, ale jakościowo był ok - Mamie smakował. Ogólnie loda na pewno da się zjeść bez traumy, zakładam, że nawet ja bym mogła go zjeść do końca i nie umrzeć, ale czegoś tak mocno sztucznego po prostu nie chce się jeść. 

Oceniam w miarę obiektywnie (na tyle, na ile jakakolwiek recenzja może być obiektywna), biorąc pod uwagę to, jak odebrałam Magnum Double Caramel latem 2016 oraz co mówiła Mama, bo... ekhem... O taak, utwierdziłam się w przekonaniu, jak bardzo nienawidzę patykowców i Magnumów. Ale przynajmniej uwolniłam zamrażarkę od tego czortostwa (a jak już spróbowałam, to nie wypada recenzji nie wystukać na klawiaturze).


ocena: 5/10
kupiłam: Tesco (?)
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 240 kcal / 100 ml; 264 kcal / lód
czy kupię znów: nie

Skład:  odtworzone odtłuszczone mleko, cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, olej kokosowy, syrop glukozowy, syrop glukozowo-fruktozowy, mleko pełne w proszku, koncentrat mleka odtłuszczonego, tłuszcz mleczny, emulgatory (E471, lecytyny sojowe, E476), preparat serwatkowy (mleko), stabilizatory (E410, E412, E407), aromaty (w tym mleko)

piątek, 18 sierpnia 2017

Georgia Ramon Maranon Peru Nacional 70 % Dark Chocolate ciemna z Peru

Po intrygującej, pełnej niecodziennych nut smakowych ciemnej mlecznej Maranon Peru Nacional 60 % Milk Chocolate nie mogłam się doczekać, ażeby przekonać się, które pochodziły wyłącznie od kakao, a które wyszły dzięki połączeniu z mlekiem. Trochę żałowałam, że różnica w zawartości kakao pomiędzy mleczną a ciemną jest taka niska, ale koniec końców... na co tu narzekać?

Georgia Ramon Maranon Peru Nacional 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru z doliny znad rzeki Maranon.
Ta tabliczka, wraz z wersją mleczną 60 %, to edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam wyrazisty, soczysto-gorzkawy zapach o zaskakująco wyraźnym charakterze grejpfruta, czerwonych owoców, słodkich pomarańczy oraz kwiatowym, ale w dość ciekawy sposób. Ta kwiatowość zespajała owoce i gorzkość, jakby na dodatek skrywając coś bardziej ziołowego. Przez tę ziołowość z kolei rozumiem niejednoznaczną mieszaninę kojarzącą się równie dobrze z przyprawami, dymem, suszeniem.

Trochę zaskoczył mnie czerwonawy kolor, nieróżniący się zbytnio od mlecznej koleżanki. Większe różnice czuć dopiero przy rozpływaniu się czekolady w ustach, bo była niegładka, wręcz pyliście piaskowa, ale wciąż kremowa, a nie proszkowa. Towarzyszyło temu poczucie suchości, jednak ono chyba wynikało bardziej ze smaku.

W pierwszej chwili po zrobieniu kęsa czułam łagodną gorzkość. Określenie jej klimatu jest dość trudne. Po części była łagodnie kawowa, a po części wręcz wysuszająco dymna, palona. 

Zaraz jednak została przełamana słodyczą, do której doszła początkowo niepewna soczystość. Skojarzyło mi się to ze słodkimi, nierzeczywiście naturalnymi galaretkami i landrynkami o smaku pomarańczy i grejpfruta. 

Słodycz ta, mimo że nie osłabła, została z czasem zalana przez gorzkość. Tym razem miała już mniej dymny charakter. Doszukałam się tu bardziej kawowo-orzechowego wyrazu, a przez te pomarańczowo-grejpfrutowe nuty, a właściwie ich soczystość, pomyślałam także o wilgotnej ziemi. 

Z gorzkości tej wypływały kolejne nuty... chciałoby się napisać "ziołowe", ale w sumie... one były bardziej słodko roślinne... nie kwiatowe, ale... w sumie nie wiem jakie. Szybko robiło się bardziej słodko, bardziej owocowo, ale nie bardziej soczyście. Tutaj wyłoniła się nuta soku z kaktusa oraz połączenie porzeczek i aronii - znane mi z mlecznej wersji, ale słabsze. Tutaj bowiem wyraźniej wychodziła goryczka i cierpkość wspomnianych owoców, niż ich kwaskowata soczystość. 

Z goryczkowato-cierpkich owoców z czasem powróciły także grejpfruty i pomarańcze, przynoszące także wzmocnioną słodycz.
Końcówka należała do gorzkości, która z kawy tym razem już wyraźnie przeszła w orzechy, a dokładniej gorzkie skórki orzechów. Obstawiałabym tu migdały albo orzechy włoskie - chyba bardziej włoskie. To właśnie posmak gorzkich skórek orzechów pozostawał na dość długo po zjedzeniu.

Całość wydała mi się zmienna w monotonny sposób (co nie jest minusem). Smaki tu "falowały", bo raz na wierzch wznosiły się owoce, a raz gorzkość, cały czas ewoluując. Owoce przeszły drogę od galaretek pomarańczowych i grejpfrutowych przez porzeczki i sok kaktusowy po same grejpfruty i pomarańcze a gorzkość od kawy i dymu, przez orzechowo-kawowe klimaty kojarzące się z ziemistą robustą, po orzechy. 
Czekolada okazała się głównie gorzka, ale w bardzo łagodny sposób, łagodzony przez ogólną słodycz, która wydała mi się bardziej wyeksponowana niż w mlecznej wersji. Z kolei soczysta, owocowa kwaskowatość była... znikoma, a to właśnie ona sprawiła, że mleczna była tak intrygująca. 

Muszę przyznać, że poniekąd była dość podobna do Zotter Labooko Peru "Huallaga Nativo" 75 %, zwłaszcza jeśli chodzi o część owocowo-orzechowych nut oraz o poczucie dymności (w Zotterze raczej wypieczoności) czy wilgoci. O ile jednak Zotter dzięki smakowitym kwaskom chwilami kojarzył mi się z piwem, tak pozbawiona kwasków GR była słodką, stateczną kawą. 
W tej czekoladzie w sumie nie było nic niespotykanego. Była smaczna, ale nudniejsza od mlecznej. To pewnie dlatego, że niewiele jest tak bogatych mlecznych, a jednak ciemne 70 % potrafią bardziej "dać czadu". 


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy