poniedziałek, 30 października 2017

Pacari Raw Spirulina ciemna surowa 70 % z Ekwadoru ze spiruliną słodzona cukrem kokosowym

Gdy wreszcie przyszło do sięgnięcia po tę tabliczkę poczułam, jakby kamień spadł mi z serca. Chyba na żadną inną czekoladę tak nie polowałam, jak właśnie na tę. "Czy rzeczywiście smakuje aż tak paskudnie, że nikt jej nie chce i nie opłaca się jej sprowadzać do Polski?" - zastanawiałam się, a moje zainteresowanie rosło. Skrupulatnie przeszukiwałam różne strony, aż w końcu... Trafiłam! I oczywiście zakupiłam.
Jako że Pacari to jedna z moich ulubionych marek, a dzień wcześniej jadłam inną czekoladę ze spiruliną (Lifefood), byłam bardzo ciekawa, jak też ten dodatek wykonała. Czy Pacari mogło wypuścić coś niesmacznego?

Pacari Raw Spirulina to ciemna surowa czekolada o zawartości 70 % kakao z Ekwadoru ze spiruliną słodzona cukrem kokosowym.

Po otwarciu poczułam zapach bardzo smakowity, bo cudownie czekoladowy w sposób charakterystyczny dla Pacari. Była to orzeźwiająca kwaskowatość cytrusów na ziemisto-taninowej bazie. Od cytrusów wychodziły kwiaty spajające je z karmelowo-miodową słodyczą. 

Tabliczka o chłodnym, bardzo ciemnym odcieniu była twarda, głośno trzaskała, a w ustach rozpływała się nieco maziście, powoli i niegładko. Było to jednak przyjemne, tylko pod koniec rozpuszczania się kawałek robił się lepki i czasem było końcówkę trudno przełknąć.

Już w pierwszej sekundzie po zrobieniu pierwszego kęsa zrobiłam się podejrzliwa, bo poczułam... delikatną, głęboką miodowo-karmelową słodycz. Zaraz za nią po ustach rozszedł się zdecydowany smak kakao przynoszący orzeźwiający kwasek. Jego część nie odrywała się od słodyczy i prezentowała cudowny cytrusowy smak, wchodzący w coraz bardziej dojrzałe, słodziutkie pomarańcze.
Druga część ruszyła raczej w kierunku "podfermentowanego kwasku", w którym krył się kefir i lekko kawowa ziemistość. Tutaj właśnie ewidentnie czuć surowość kakao.

Karmelowa słodycz przybierała coraz bardziej kwiatowy wyraz. Otworzyło to drogę roślinnym nutom. Oprócz kwiatów zaznaczyły się zielone łodygi. Wychwyciłam też nutkę lekko kojarzącą się z tranem.

Kakaowa, lekko gorzkawa baza także podkreślała roślinność, bo sama miała w sobie coś z drzew, kory. Te łączyły się z surową ziemistością i ujawniały nieco algowy posmak, przy czym pojawiał się przyjemny chłodek (już nie takie orzeźwienie, a właśnie bardziej chłodek). 

Pod koniec smak spiruliny robił się coraz wyraźniejszy, wychodził z "podfermentowanej ziemi", sugerował pleśń, ale tonął też w ogólnej goryczce (w dużej mierze kakaowej). W ustach pozostawał wyraźny posmak cytrusowo-ziemistego kakao i dziwnie gorzkawy, spirulinowy.

Całość bardzo mi smakowała. Nastawiłam się na coś obrzydliwego, a trafiłam na... smakowitą i spójną czekoladę wzbogaconą o niecodzienne nuty. Nie było w niej przesady, szaleństwa, ordynarności. Jej wyrazisty ziemisto-podfermentowany smak został złagodzony nieprzesadzoną słodyczą, podkręcającą cytrusowo-kwiatowe nuty. Wybór surowego kakao do spiruliny to strzał w dziesiątkę, bo te wszelkie "mokre" (ziemisto-roślinne) smaki świetnie się ze sobą łączyły. Spirulina była tu o wiele słabiej wyczuwalna jako ona sama niż w Lifefood czy batonie Zmiany Zmiany Petarda, ale nadała nowych nut (a inne nieco wyciszyła) czystej surowej Pacari 70 % i bardzo ją zmieniła.


 ocena: 10/10
kupiłam: firstclassfood.pl
cena: 26 zł (za 50 g)
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe

Skład: ziarna kakao 63,03%, cukier kokosowy 30%, tłuszcz kakaowy 5,60%, spirulina 1%, lecytyna słonecznikowa 0,37%

sobota, 28 października 2017

Lifefood Pink Salt Spirulina Raw ciemna 78 % surowa z różową solą i spiruliną słodzona syropem z agawy

Lifefood to czeska kompania zajmująca się surową żywnością, której logo od jakiegoś czasu rzuca mi się w oczy w internetowych sklepach ze zdrowymi produktami. Postanowiłam dać paru rzeczom szansę, rzucając markę na głęboką wodę, bo sięgając po najbardziej kontrowersyjną z zakupionych rzeczy. Spirulina? Ponoć ohydztwo, a baton z nią (Zmiany Zmiany Petarda) stał się jednym z moich ulubionych, więc... wyszłam z założenia, że "po prostu trzeba umieć się z nią obejść".

Lifefood Pink Salt Spirulina Raw Chocolate Bar to surowa ciemna czekolada o zawartości 78 % składników kakaowych z różową solą i spiruliną, słodzona surowym syropem z agawy.
Ta zawartość kakao jest według mnie oszukana, bo na pierwszym miejscu i tak jest tłuszcz, ale niech im będzie... Waży to 15g.

Jeszcze przed otwarciem poczułam glonową nutę, która oczywiście nasiliła się po otwarciu. Był to wilgotny, ziemisto-glonowy zapach łączący się z pewnym chłodkiem oraz słodyczą i zapachem "deserowej czekolady" (lub nawet czekoladek, pralinek).

Niemal czarna malutka tabliczka z paroma kryształkami soli na spodzie w dotyku była dość tłusta, łamała się z trzaskiem, a jej przekrój był bardzo ziarnisty i iskrzący się. Rozpływała się w średnim tempie, tłusto (ale nie aż tak strasznie tłusto), proszkowo i raczej wodniście. Dziwnie.

W smaku od pierwszej chwili czułam gorzkość. Nie straszną, wręcz przystępną, ale znaczącą. Kiedy kładłam w ustach kawałek solą do dołu, gorzkość ta sprawiała, że czułam "słoną gorycz", ale gdy obracałam kawałek, poczucie to znikało (na szczęście, bo do przyjemnych nie należało).

Dość szybko do całości dochodziła roślinna nuta i słodycz, ale gorzkość wydawała mi się bazą.

W ustach rozchodziła się gorzkość kakao z orzechowo-ziemistymi nutami, od której wychodziła gorzkość bardziej ziemista, wręcz mulista, przywodząca na myśl wodorosty, akwarium i... karmę dla rybek? Przy zdwojonej ziemistości czułam coś jakby "orzechową kwaskowatość", którą w dziwny sposób podkręcała sól. Było w tym również coś niemal neutralnego i skutecznie odpędzającego skojarzenie z karmą dla rybek.

Słodycz rosła do pewnego momentu, by na chwilę w ogóle zniknąć, a potem jeszcze pojawić się dzięki podkreśleniu przez sól. Wydała mi się rześko miodowa. Była raczej słaba, ale wyraźnie się przebijała.
Wraz z algowością, roślinnością dała efekt chłodzącej słodyczy a'la mięta, co skojarzyło mi się nieco z apteką.

Sól wspomniałam już parokrotnie, ale ona nie była aż tak wszechobecna. Po prostu swoim głębokim smakiem podkreśliła to i owo, raz i drugi poczułam słoność, by potem wróciły wzmocnione smaki.

Czekolada pozostawiała w ustach suchość, posmak roślinnej goryczki, kakao i słony posmak.

Całość była... stonowana. Raczej gorzka, ale przystępna. Tłusto-wodnista i rześka, nie za słodka. Z solą trafili w punkt. Ziemistość, algowość (smak bardzo dobrze wyczuwalny w Petardzie) i kakao przełożyły się na to, że wyszło mało czekoladowo. To bardziej twór zrobiony z kakao, niż "tabliczka czekolady", ale całkiem niezły. Nie wiem, może Czesi przez "cocoa prowder" mieli na myśli miazgę, a może kakao w proszku (ale nieodtłuszczone), przez ogólną specyfikę trudno orzec. Całkiem smaczna ciekawostka, której zakupu ani trochę nie żałuję, ale cieszę się, że miała tylko 15 gramów.


 ocena: 7/10
cena: 7,90 zł (za 15 g)
kaloryczność: 569 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy tłuszcz kakaowy 45%, surowy proszek kakaowy, surowy syrop z agawy, spirulina w proszku 1,5%, kryształki różowej soli 0,5%, wanilia w proszku

piątek, 27 października 2017

Wawel Luximo Premium Czekolada Gorzka 70 % ze skórką pomarańczy

Tak, przez czekolady z wyższej półki zrobiłam się wybredna. Nie, nie skreśliłam czekolad z niższych półek. Mało tego! Jak smakuje mi jakaś tańsza tabliczka, cieszę się z tego jak głupia. Lubię mieć takie na dni, których atmosfera jest niedegustacyjna. Dzisiejszy obiekt recenzji to pierwsza z kilku czekolad Luximo, które mnie czekały. Założyłam, że nie może mnie zawieść, bo o ile większość została kupiona "na współę" z Mamą (mleczne), tak tej nie miałabym komu oddać.

Na producenta zwróciłam uwagę dopiero po pierwszym kęsie i... zszokowało mnie to. Byłam przekonana, że za całą tą linią Luximo stoi Millano. Jak jakiś czas później wróciłam do sklepu i zerknęłam na kartony z czekoladami, był jeden z pomarańczowymi, ale były tam pomieszane i Luximo firmy Wawel, i firmy Baron-Millano (którą kupiłam, żeby porównać, ale na blogu prędko się nie pojawi).

Wawel Luximo Premium Czekolada Gorzka ze skórką pomarańczy to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z kandyzowaną skórką pomarańczy (10%), produkowana (ponoć bez sztucznych aromatów) przez Wawel dla Biedronki.

Otworzyłam i zobaczyłam niemal czarną tabliczkę o mocnym zapachu pomarańczy i palonym, który można by trochę podciągnąć pod kawę. Nie było zbyt słodko, a pomarańcza była neutralna. Silna, ale nie straszliwie natarczywa, pomiędzy naturalną skórką, a sztucznawym owocem.

Tabliczka łamała się nierówno, kruszyła się trochę, przy czym wydawała się miękkawa. To pewnie przez mnóstwo skórek pomarańczy. One ciągnęły się i jakby rwały.

Czekolada rozpuszczała się w umiarkowanym tempie, łatwo, w ulepkowaty sposób, ale nie była zbyt tłusta (jak np. strasznie tłusty Lindt Excellence Orange). Nie była też zbyt sucha, więc mogę to nazwać ulepkiem do zniesienia. Skórek pomarańczy zatopiono wewnątrz bardzo dużo - kawałków większych i mniejszych. Wszystkie były jędrne; ani za twarde, ani za miękkie i przyjemnie soczyste.

Przy pierwszym kęsie uderzyła mnie ordynarność kakao, taka naaromatyzowana taniość (przerażona  chwyciłam opakowanie i wyszedł Wawel z worka). Początek był niesmaczny, bo odtłuszczone kakao w proszku wyraźnie zaznaczyło swoją obecność, ale po chwili zewsząd rozszedł się pomarańczowy akcent. Nie był sztuczny, ale też nie jakoś specjalnie naturalny.

Zaczęła rozwijać się delikatna słodycz i smak czekolady średniej jakości. Był to moment, w którym pomarańcza zagłuszyła smak odtłuszczonego kakao. Chwilami było nawet smacznie, a chwilami temu kakao udawało się przebić swoim kwaskiem. Całe szczęście, że trochę wpisywało się to w pomarańczowy klimat.
Ogół jednak utrzymywał się w przystępnie palono-gorzkawym i nieprzesłodzonym tonie.

Skórka pomarańczy oczywiście napędzała pomarańczowy smak i smakowała skórką, której odebrano charakterek, a więc specyficzną goryczkę. Była to ewidentnie skórka, ale taka udelikatniona, dosłodzona, co mi się nie podobało. Wolałabym niekandyzowaną, ale ta kandyzowana słodycz chyba też po części zagłuszała odtłuszczone kakao. Najlepiej sprawdzało się więc rozgryzanie i wysysanie skórek w trakcie swobodnego rozpuszczania się reszty kostki.

Na koniec pozostawał posmak pomarańczy o słodkim wydźwięku, lekka ogólna gorzkawość i wyraźne, odtłuszczone kakao z suchawym efektem psujące wszystko.

Całość wyszła zadowalająco. Na pewno ogromnym plusem jest to, że dodano skórki pomarańczy, nie zaś "kawałki o smaku". Niestety, postawiono na kandyzowane. Strasznie ucieszyło mnie, że nie waliła sztucznym aromatem pomarańczowym, nie była przesłodzona, ani zbyt tłusta. Mogło być smacznie, gdyby nie to wychylające się raz po raz odtłuszczone kakao w proszku. Mimo to, gdybym na dzień dzisiejszy miała wybierać Wawel czy Lindt, wahałabym się (Wawel jest meh przez odtłuszczone kakao, ale Lindt z kolei przesadził z tłustością, słodyczą i nie jest ze skórką). Szczerze? Ponownie nie mam zamiaru kupić żadnej, ale... można powiedzieć, że Wawel to dobra czekolada, kiedy kogoś najdzie chcica na czekoladę z pomarańczą, a budżet ma ograniczony, którą jadłam przez kilka dni (nawet nie to, że "męczyłam ją", ale to nie coś, na co mam ochotę w większej ilości).


 ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 2,99 zł
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kandyzowana skórka pomarańczy 10% (skórka pomarańczy, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; substancja konserwująca: sorbinian potasu; aromat), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromaty

czwartek, 26 października 2017

wafelek Madison Coated Wafer with Peanut Filling

Parę razy już o tym wspominałam, ale co tam... posłuchawszy opowieści o czekoladach, moja Mama wciągnęła się w próbowanie i porównywanie słodyczy - z tym, że "plebejskich", bo takie lubi. Uwielbiamy razem spędzać czas, więc czasem się pod "degustacyjki" podłączam, wyszukując wcześniej rzeczy, które mogą w maminy gust trafić. Jako że obie lubimy masło orzechowe, fistaszkowe smaki, tym razem porwałyśmy się na coś takiego.


Madison Coated Wafer with Peanut Filling to "wafelek z kremowym nadzieniem (69%) z orzeszków arachidowych w polewie kakaowej" ważący 36 gramów, którego dystrybutorem jest Kaufland.
Producent nieujawniony, jest tylko napisane, że wyprodukowano w Słowacji.

Po otwarciu poczułam silny zapach fistaszków i trochę słabszy, ale także wyraźny, zapach słonawego masła orzechowego. Całość miała w sobie oczywiście i coś słodkiego, ale to orzeszki były podstawą.

Polewa okazała się autentycznie kakaowa, chociaż przy tej ilości trudno powiedzieć coś więcej. Nie wydała mi się jednak strasznie słodka, ani jakaś szczególna - ani dobra, ani zła.

Krem okazał się bardzo, bardzo tłusty. Miał w sobie coś wręcz oleistego, ale towarzyszyło temu także poczucie niegładkości, co go uratowało. W końcu było go bardzo dużo i gdyby nic nie hamowało tłustości, mogłoby być źle.
Smakował bardzo słodko, lecz wyraźnie fistaszkowo. Mimo silnej słodyczy, odnalazłam pewien słonawy charakterek. Nie to, że było słono, ale to miało taki wydźwięk... klimat masła orzechowego (w bardzo słodkim tworze).

Sam wafelek w smaku był wycofany, delikatny.
Podobnie delikatną miał strukturę; wydał mi się bardzo napowietrzony, przez co całość bardziej chrzęściła, niż chrupała.

Całość okazała się bardzo delikatna pod względem struktury, tłusta, ale w granicach normy i bardzo słodka w smaku. Mimo słodyczy nie trzeba się tu jednak doszukiwać tytułowych orzeszków, bo są bardzo wyraźne. Nie da się też powstrzymać od skojarzeń z masłem orzechowym, ale wiadomo, nie jest to wafelek nim nadziany (i to czuć).
Jako że wolę konkretne, chrupiące wafle, proszkowe kremy, ten nie trafił w pełni w mój gust, ale trzeba mu przyznać, że jak na no-name'a jest świetny. W zasadzie zwyczajny, ale tak smacznie zwyczajny. Mamusia usatysfakcjonowana.

Oblanie wafelka polewą jedynie po bokach to chyba strzał w dziesiątkę. Dzięki temu czuć przede wszystkim krem - zupełnie inaczej było w przypadku okropnych Reese's Sticks, gdzie ogólna cukrowość łączyła sie w dzikim tańcu z cukrową plastelinowością czekolady. Zrobienie czegoś smaczniejszego niż Reese's może nie jest trudne, ale muszę to napisać: wafelek Madison jest o wiele lepszy od Reese's.

Przy Madison i Lusette czekoladowym (jadłam je w stosunkowo małym odstępie czasu) naszła mnie pewna myśl... W czasach, gdy większość tanich słodyczy jest po prostu podła, te to naprawdę "good deal", bo mimo przesłodzenia są smaczne i w pewien sposób charakterystyczne.
Ciągnąc tę myśl dalej, już na dobre utwierdziłam się w przekonaniu, że takich "good deal" to ja nie szukam, to po prostu nie moja bajka (a uwierzcie mi, że miałam takie myśli, że chciałabym, by i tańsze, ogólnodostępne słodycze mnie zadowalały) . Trzymam się czekolad i żegnajcie wafelki "dobre jak na..." - wolę dobre bez żadnych "jak na" i "ale".


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 0,75 zł (za 36g)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g; 195 kcal / wafelek
czy znów kupię: nie

Skład: mąka pszenna, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), cukier, polewa kakaowa 7 % (cukier, tłuszcze roślinne: palmowy, shea; kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 17%), serwatka w proszku, emulgatory: fosfatydy amonu, polirycynooleinain poliglicerolu; aromat), prażone orzeszki arachidowe 7%, serwatka w proszku, mąka sojowa, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, skrobia kukurydziana, olej słonecznikowy, lecytyny, mleko pełne w proszku, substancja spulchniająca: węglany sodu; żółtko jaja w proszku, aromat

wtorek, 24 października 2017

Zotter Peanut Butter and Banana ciemna mleczna 50 % z z kremem z masła orzechowego i bananowym

Uwielbiam masło orzechowe, bardzo lubię banany, ale nie jestem zbyt wielką entuzjastką tego połączenia (ale nie mogę powiedzieć, że nie lubię). Jeśli o czekolady chodzi to w sumie spotkałam się z nim tylko przy okazji Wild Ophelia Peanut Butter Cups Caramelized Bananas, czyli raczej czekoladek, i smakowało mi, jednak czułam niedosyt. Znając geniusz Zottera liczyłam, że będzie to jedno z odkryć roku.


Zotter Peanut Butter and Banana to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao z kremem z masła orzechowego (30%) i kremem bananowym z miodem i cytryną (30%).

Gdy tylko rozchyliłam papierek, uderzyła mnie moc masłoorzechowych fistaszków. Zbliżając się do tabliczki poczułam też dobrą, orzechową czekoladę, a po przełamaniu także pewną rześką nutę owoców.

Przy łamaniu tabliczka była twarda, a w ustach okazała się zbita, gęsta, ale rozpływająca się w przyjemny, gładki sposób.
Kawałeczek rozdzieliłam na warstwy, ale właściwie kompozycja smakowa była tak zrobiona, że właśnie najlepiej jest przegryzać się przez całość.

Bananowa warstwa była bardziej plastyczna i gęsto kremowa, a orzechowa początkowo wydawała się sucha, w ustach zaś bardziej oleista. Obie idealnie gładkie i o idealnym stopniu natłuszczenia.

Czekolada to zotterowy klasyk, a więc pyszna, delikatnie słodka mleczna z wyczuwalnym kakao o orzechowym charakterze. 
Rozpływając się robiła się coraz bardziej orzechowa, zaczęła do niej docierać orzeszkowość, a w końcu poczułam je. Orzeszki ziemne w wydaniu nieco oleistym, co od razu narzuciło skojarzenie z masłem orzechowym. Niezbyt mocno prażonym, delikatnie tylko słonawym i w pełni naturalnym. Zachwycająco intensywny smak fistaszków. Część ta była słodkawa, ale słodycz jakoś specjalnie się nie narzucała. Wraz z mlekiem tworzyła mleczną bazę, która była wyczuwalna - głównie przy oddzieleniu warstwy - ale jakoś specjalnie nie ingerowała.

Po chwili do fistaszkowego smaku doszła nutka mleka przemycająca słodziutki smak drugiej warstwy. Raz i drugi poczułam coś jakby mleko bananowe, ale gdy orzechowa część nieco się już rozeszła, banany uderzyły z pełną mocą. Soczyste, dojrzałe, naturalne. Miodu i cytryny było tak mało, że tylko podsyciły smak tych świeżych owoców. Nadały błogiej słodyczy i soczystości. Kiedy oddzieliłam kawałek tej warstwy, poczułam nutkę miodu, ale w całości wpisuje się ona w banany.

O ile początkowo dominowała orzeszkowość, tak końcówka należała do bananów i posmaku masła orzechowego. Czekolada cały czas tonowała słodycz, nadawała poważniejszego wydźwięku. Ogólnie ta tabliczka przełamywała samą siebie. Smaki były tu idealnie doprawione, nie zagłuszały się wzajemnie. Wyszło łagodnie, ale łagodnie, bo naturalnie, a nie łagodnie w znaczeniu "mało wyraziście". Prostota składników i... tyle wystarczyło, by wyszła pyszna czekolada.
Osobiście chyba bym wolała bardziej słonawe masło orzechowe, ale podobało mi się, że kompozycja wyszło poważniej, a nie słodziaśnie, jak wiele słodyczy z masłem orzechowym.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzeszki ziemne, pełne mleko w proszku, mleko, suszone banany, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, olej z orzeszków ziemnych, słodka serwatka w proszku, miód, nierafinowany cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, koncentrat soku cytrynowego, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia, cynamon, chili Bird's eye

poniedziałek, 23 października 2017

wafelek Reese's Sticks

Ta recenzja... nie powinna powstać. Ja prawdopodobnie nie powinnam próbować tego wafelka. Jednak tak bardzo chciałam samej sobie wbić do głowy wyższość średnio-kiepskiego Kit Kata (do którego mam ogromny sentyment przez to, że niegdyś był jednym z moich ulubionych słodyczy) nad innymi podobnymi tworami, a także porównać z kauflandowym no-name'em, że... tak jakoś wyszło. 

Reese's Sticks to wafelki z kremem z masła orzechowego z mlecznoczekoladowej polewie.


W gigantycznej paczce znalazłam cztery wafelki wielkości paluszków Twixa o łącznej wadze 85 gramów.
Zagarnęłam sobie jeden - wybrałam ten z najmniejszą ilością czekolady, a resztę oddałam Mamie (znam czekoladę tej marki i bardzo jej nie lubię, a Mama nie lubi, jak wafelek spod czekolady prześwituje, więc nam obu taki układ pasował).

Po otwarciu poczułam zaskakująco smakowity, intensywny zapach masła orzechowego, co było miłym początkiem, więc z nieśmiałą nadzieją zabrałam się za próbowanie.

Już przy pierwszym kęsie niestety poraziła mnie słodycz, chwilę potem aż zadrapało w gardle. Nie znaczy to jednak, że wafelek był zrobiony z cukru i tylko z cukru. Pozwoliłam sobie trochę pobawić się nożem i porozdzielałam go.

Ogółem wafelkowe paluszki były raczej lekkie, a poszczególne warstwy waflowe miały nieco napowietrzoną strukturę, przy czym cieszyły się solidnością i chrupały naprawdę cudownie. Dobrze je wypieczono. W dużej mierze smakowały neutralnie, ale posiadały też element, przez który kojarzyły mi się z takimi najpopularniejszymi waflami do lodów na gałki, które według mnie smakują kartonowo. Nie zmienia to jednak faktu, że chrupkość była po prostu doskonała.

Między waflami znalazło się naprawdę dużo kremu (w końcu aż 45%) o tłusto-kremowej konsystencji z odrobinką proszkowości.
Zdziwiłam się, gdy poczułam w nim przede wszystkim masło orzechowe z wyrazistym smakiem fistaszków i akcentem soli. Po chwili jednak dotarła do tego i znacząca słodycz, która popsuła pierwsze wrażenie. Muszę jednak przyznać, że krem ten był całkiem niezły, choć wolałabym jeszcze więcej soli i zupełny brak słodyczy.

Słodyczy wystarczająco, a nawet nadto, dostarczała bowiem czekolada (a przypominam, że i tak wybrałam wafelek najskąpiej nią oblany!). Znam czekoladę mleczną, ciemną, białą... Poznałam nowy rodzaj: czekoladę cukrową, bo smakowała po prostu cukrem. Konsystencję miała lepszą niż w babeczkach Reese's, bo nie była takim ulepkowatym plastikiem, a po prostu tłustą paskudą topiącą się już w palcach (bo w babeczkach jest coś, co po prostu nazywają "czekoladą", a tu jednak "polewa czekoladowa"?).

Ledwo zjadłam ten mój jeden wafelek - tak okropnie był przesłodzony! Owszem, czułam i niezłe masło orzechowe, ale co z tego, skoro od cukru prawie od razu drapało w gardle? Przy tej słodyczy również bosko chrupiący wafelek stracił według mnie na znaczeniu. Szkoda, że tak zacukrzyli, bo inaczej może byłby to produkt Reese's, który nawet mi by smakował? A może, gdyby nie cukier, byłoby czuć pozostałą niepochlebną część składu? Nie wiem, ale raczej właśnie to, bo jest okropny (i żadne dodane witaminki mu nie pomogą).

Moja Mama, która ze słodyczy akurat wafelki lubi tak sobie, ale ma o wiele większą ode mnie tolerancję na słodycz, stwierdziła, że to najpyszniejsza rzecz, jaką ostatnio jadła (a już na pewno najlepszy wafelek) i mam jej "zamówić tego więcej na jakimś Allegro czy coś" na Dzień Matki. :P


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: krem z masła orzechowego 45 % (orzeszki ziemne, cukier, dekstroza, tłuszcz kakaowy, utwardzone tłuszcz: olej z nasion palmowych, olej palmowy; sól, olej z nasion palmowych, strączki kukurydziane, przeciwutleniacze, E319, regulator kwasowości, kwas cytrynowy E330), polewa czekoladowa 43 % (cukier tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, laktoza, tłuszcze roślinne: palmowy, shea, słonecznikowy i/lub szafranowy; odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, serwatka w proszku, emulgatory: lecytyna sojowa, E476, sól, wanilina), wafle 12 % (wzbogacona ? mąka pszenna: mąka, witamina B3, siarczan żelaza II, monoazotan tiaminy, witamina B2, kwas foliowy; cukier, olej z nasion palmowych, lecytyna sojowa, środek spulchniający, wodorowęglan sodu

sobota, 21 października 2017

SuroVital CoCoa ciemna surowa 55 % z Peru cappuccino migdałowe z morwą

Czekolady Surovital bardzo lubię, więc próbowanie kolejnych to tylko kwestia czasu. Sięgając po tę miałam jednak wrażenie, że czeka mnie coś niecodziennego. Morwę lubię, kawę też, ale żeby tak to połączyć...? Jakoś bym chyba na to nie wpadła i trudno było mi sobie wyobrazić, co z tego wyjdzie.

SuroVital CoCoa Raw Czekolada Cappuccino migdałowe z morwą to surowa ciemna czekolada o zawartości 55 % kakao criollo z Peru z kawą, morwą białą i migdałami słodzona cukrem z kwiatu palmy kokosowej.

Po otwarciu poczułam zapach rześko-konkretnego kakao i silnej kawy. Całość wydała mi się poważna, gorzkawa, bo kawa została podbudowa pewną ziemistością i drzewno-kwiatowymi nutami. Te ostatnie również miały pewną słodką goryczkę w sobie i pewnie pochodziły od morwy, ale jej samej w sobie nie wywąchałam.

Tabliczka była bardzo twarda. Dzięki zmieleniu dodatków, rozpuszczała się gładko w kremowo-zbity sposób.

Pierwszym, co przyszło mi do głowy po spróbowaniu było, że jest "niesłodko neutralna", przez co rozumiem wyważony, bardzo naturalny smak.
Neutralność była taka... orzechowa, później doszła do tego maślana nuta.

Bardzo szybko pojawił się także gorzki smak ziaren kawy. Nie była to siekiera, ale dość wyraźny motyw (przecież żadne cappuccino nigdy nie będzie siekierą), mocno połączony ze specyficznie ziemistym smakiem surowego kakao.

Między ziemię, a orzechowo-maślane nuty wcisnęła się rozwijająca się słodycz. Trochę rosła, ale pozostawała w pewien sposób ambitna, naturalna. Miała stonowany, karmelowo-goryczkowaty charakter. Ta słodka goryczka podsunęła orzechowej maślaności także coś na kształt nieprażonych migdałów; było w tym też coś "roślinnego".

Końcówka robiła się nieco kwaskowata, ziemisto-"orzechowawa". Czułam też kawę, ale ona bardzo wchodziła w smak samego kakao. Nie mogę jednak powiedzieć, by w ustach pozostał kwaśny posmak. Było subtelnie, wytrwanie słodko, i surowo kakaowo.

Ogólnie całość mi smakowała, odebrałam ją jako spójną kompozycję - rzeczywiście, nieprzesłodzone cappuccino w formie surowej czekolady. Łagodne, stonowane, bez ordynarnych nut surowego kakao (które ja właśnie lubię). Kawa nie była siekierą, ale czułam ją wyraźnie, migdały dodały małe co nieco, a morwa... chyba tylko uszlachetniła słodycz. Czy zmieniłabym to? Biorąc pod uwagę, że dodatki zostały wmielone w tabliczkę, wydaje mi się, że ona miała po prostu "nieść pewne nuty", a nie być "czekoladą z dodatkami" (bo wtedy raczej daliby posypkę, nie?). Nie, nie zmieniłabym, ale nie zachwyciła mnie jakoś szczególnie (za "uładzona").


 ocena: 7/10
kupiłam: Tesco
cena: 10,90 zł (50g)
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarno kakao, cukier z kwiatu palmy kokosowej, tłuszcz kakaowy, migdały 9%, morwa biała 2,8%, kawa mielona 0,5%, wanilia burbońska

piątek, 20 października 2017

Zotter Mitzi Blue Oranges + Bananas biała pomarańczowo-jogurtowa i bananowa

Tę czekoladę kupiłam tylko dla części bananowej, bo od dawna chciałam kupić bananową Labooko, ale tak to odkładałam w czasie, że aż w końcu ją wycofali, a ja zostałam bez bananowego Zottera. Kupując tę Mitzi byłam pewna, że to duży dysk jest bananowy, dopiero krótko przed otwarciem spostrzegłam, że myliłam się i... po nudnej wiśniowej (Cherry-Almond with Cinnamon) zupełnie przeszła mi ochota na tę czekoladę (choć dalej chciałam bananowy dysk).

Zotter Mitzi Blue Oranges + Bananas to biała czekolada pomarańczowo-jogurtowa (duży dysk) i bananowa (mały dysk).

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach waniliowej białej czekolady i pudrowo-owocową słodycz. Po dokładnym wwąchaniu się można wyróżnić delikatne pomarańcze, a banany dopiero po przystawieniu nosa do małego dysku.

Przy łamaniu czekolada była dość twarda, kojarzyła mi się z nieco pudrowym i tłustawym plastikiem. W ustach takie poczucie częściowo się utrzymało, ale ogólnie mimo oporności, czekolada rozpływała się znośnie. Duży dysk był nieco bardziej soczysty i proszkowy przez co wydawało mi się, że jem jakąś gumę rozpuszczalną (i męczyło mnie to), a mały okazał się kremowo-tłustszy, jak na białą czekoladę przystało.

Duży pomarańczowy dysk od samego początku raczył mnie pudrowo-słodkim, ale nie przesadnie, smakiem. Pomarańcza także bardzo szybko dała o sobie znać, została podkręcona leciutką cytrynową nutką i kwaskiem jogurtu. Ten ostatni pobrzmiewał nieco w tle, przy nucie maślanej. To, jak i szczypta wanilii, minimalizowało skojarzenia z pudrowymi cukierkami lub gumami, ale nie na tyle, bym czerpała przyjemność z jedzenia tego. Poczucie pudrowego słodycza niby gdzieś tam było, ale kompozycja wyszła raczej naturalnie. Nie było jednak czekoladowo.

Bardziej białoczekoladowo wyszedł malutki dysk, jednak jego dominującym smakiem nie była biała czekolada, a banany. Banany i jeszcze raz banany. Bardzo słodkie, dojrzałe (jakby prawie czarne) i zachwycająco wyraziście naturalne.

Banany były tak wyraziste, że gdy przegryzałam się przez obie części, pomarańcza i jogurt nie zagłuszyły ich, tylko nadały nieco soczystej rześkości. Ogólnie takie przegryzanie czegoś pomarańczowo-jogurtowego przecudowną, bananową słodyczą to ciekawa sprawa, ale w całości niestety to właśnie pomarańczowy dysk dominuje, co psuje efekt.

Całość pozostawiała po sobie posmak owoców, mlecznawo-pudrowej słodyczy i naturalnego kwasku, a także... ogromny niedosyt po części bananowej. Proporcje powinny zostać zmienione, bo o ile pomarańczowy dysk był w porządku (mało czekoladowy, ale nie zły; mnie jednak zmęczył na tyle, że połowę oddałam Mamie, która uznała, że jest bardzo ciekawy), tak to bananowy robił ogromne, pozytywne wrażenie. Przy takich proporcjach ta czekolada nie powalała.


ocena: 7/10 (dysk pomarańczowy 6, bananowy 10)
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone pomarańcze 9%, jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku, suszone banany 2%, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia, sól

czwartek, 19 października 2017

Torras chocolate blanco con algas y flor de sal negra biała z algami i czarną solą morską, słodzona maltitolem

Obecnie, aby biała czekolada skusiła mnie do kupna, musi mieć jakiś wyjątkowy dodatek. Dzisiaj opisywana na pewno go zawiera - i to nie jeden! Ogólnie wydaje mi się tworem tak dziwnym, że aż nie wiem, jak ktoś mógł wpaść na zrobienie czegoś takiego. Mimo to, sięganiu po tę tabliczkę, nie towarzyszyły mi żadne emocje.

Torras chocolate blanco con algas y flor de sal negra to biała czekolada z algami (chlorella) i czarną solą morską, słodzona maltitolem (bez cukru).

Po rozwinięciu sreberka poczułam wyrazisty zapach dobrej, mleczno-maślanej białej czekolady o zamglonej słodyczy i nutką trochę ją przełamującą, choć bliżej nieokreśloną.

Przy łamaniu czekolada okazała się miękka, już wtedy dała o sobie znać tłustawość.
W ustach miękła i szybko zmieniała się w bezkształtną grudkę, rozpływała się kremowo i wcale nie za tłusto, bardzo proszkowo, ale jakby wręcz chrzęszcząco. Wydała mi się też nieco wodnista, ale nie w negatywnym tego słowa znaczeniu. Z czasem ujawniała spore, grubawe płatki soli.

W smaku od pierwszej chwili poczułam chłodzącą, rześką słodycz i maślano-mleczny smak białej czekolady. Momentami słodycz dominowała, ale odebrałam ją jako zamglono-chłodzącą, ani trochę nie cukrową. Może kojarzyła się trochę słodzikowo z racji tego, że i algi dokładały takiego "chłodku", ale słodzikowa również nie była. Chlorella nie była zbyt mocno wyczuwalna. Maślano-mleczny duet sprawdził się jak najbardziej - to wciąż była biała czekolada, a nie twór udający ją.

Sól z kolei czuć było tylko przy tych sporych kawałkach. Tylko albo aż, bo z racji wielkości, robiło się wtedy naprawdę słono. I to słono w sposób głęboko-intensywny, a nie jak w przypadku zwykłej soli kuchennej. Świetnie wgryzało się to w "chłodek" i przełamywało słodycz.

Po wszystkim zostało poczucie białoczekoladowej słodyczy, ale i pewna rześkość, a więc nieprzesłodzenie (?) wzmocnione akcentem soli (który nie był przesoleniem).

Czekolada nie była nazbyt ciężka. Wręcz przeciwnie! Mimo znaczącej słodyczy niosła orzeźwienie, sól bardzo dobrze tu wyszła (nie podkreśliła słodyczy na zasadzie kontrastu ani nic z tych rzeczy). Jak dla mnie za szybko się to rozpuszczało, było za miękko, ale ogół mi smakował. To zadziwiające, jak coś tak kontrowersyjnego może okazać się w gruncie rzeczy bardzo harmonijne. Ciekawa interpretacja białej czekolady.

Z kontrowersyjnych białych czekolad jest chyba najlepszą z tych, które jadłam, bo jest właśnie białoczekoladowa, dobra, a nie obleśna jak pizzowa NCzekolada czy niekojarząca się z czekoladą, smakująca przesolonym brokułem Georgia Ramon.


ocena: 8/10
kupiłam: Lewiatan z działem ze zdrową żywnością
cena: 7 zł (za 75g)
kaloryczność: 466 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: słodzik (maltitol), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, inulina, algi (chlorella), czarna sól morska, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii

wtorek, 17 października 2017

Pralus Melissa Criollo 45 % mleczna z Jawy (Indonezji)

Ostatnim posiadanym Pralusem z poprzedniego wielkiego zamówienia w Sekretach Czekolady była mleczna interpretacja indonezyjskiej czekolady Pralusa. Trochę z nią zwlekałam, czekając na dzień, w którym będę miała ochotę na coś głębokiego i mlecznego, słodkiego i, ewentualnie, łagodnego. Jakoś tak przez nazwę tabliczki - "Melissa" - wydawało mi się, że właśnie łagodnie będzie. Wypadło na dzień niedługo po zjedzeniu kauflandowej mlecznej 45 %, więc w dodatku miałam sobie porównać, jak taka zwykła 45 % wypada czy Pralusie.
Swoją drogą, zauważyłam, że w internecie panuje błędne przekonanie o tym, że czekolada jest z Madagaskaru - na mojej naklejce z tłumaczeniem też coś takiego było, ale już na samym opakowaniu jest Indonezja (w dodatku zaznaczona na mapie), a Madagaskar pojawia się tylko w opisie marki, że "Pralus wybiera najlepsze ziarna na świecie [...] ma nawet swoją własną plantację na Madagaskarze".

Pralus Melissa Criollo 45 % to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao criollo pochodzącego z Jawy (jednej z wysp Indonezji).

Po otwarciu poczułam przede wszystkim mocny zapach słodkiego karmelu o wręcz toffi-waniliowych zapędach. Był w tym i nieco palony motyw, pewna soczystość, ale ogólnie zapach określiłabym jako słodki karmel tonący w naturalnym, "siankowo-kozim" mleku.

Tabliczka nie trzaskała, ale zaliczyłabym ją do tych solidnych, "pełnych". Zdziwiło mnie, że w ustach nie była taka pełna czy tłusta, bo jakby... opływała (?) mlekiem, kojarzyła się z niegładkim karmelem lub scukrzonym miodem. Miała wręcz chropowatą strukturę, ale rozpływała się raczej łatwo.

W smaku od samego początku trafiłam na ogrom mleka i słodycz. Mleko bardzo szybko uraczyło mnie wiejską naturalnością. Z czasem zaczęło wręcz podchodzić pod łagodny kozi ser, lecz on też się jakoś w słodycz wpisał.
Początkowo słodycz była wycofana, ale szybko zaczęła rosnąć i rozkładać się niczym wachlarz. Czekolada ani przez chwilę nie była jednak cukrowa.

Wszechobecny był słodki karmel. Momentami, łącząc się z mlekiem, podchodził wręcz pod toffi.

Szybko pojawiły się soczyste przebłyski. W nich doszukałam się trochę owoców i... kwiatów? Nie, nie. Miodu kwiatowego. Dużo miodu wielokwiatowego, przy czym wyraźnie zaznaczała się wanilia.

Jeśli o wspomniane owoce chodzi... Wydawały mi się stłamszone przez słodycz, ale ewidentnie czułam owocowy motyw - jakby jagody i "coś żółtego", ananasowo-cytrynowego. Nie był to jednak ananas sam w sobie, a taki... nie wiem, dosłodzony? Może coś jak z puszki? Nie wiem, takich nie jadłam, ale tak je sobie wyobrażam. Wczuwając się na siłę, ssąc kawałek wychwyciłam chyba jeszcze... takiego prawie kwaskowatego - wiśnie? grejpfrut? Indonesie 75 % sugeruje mi wiśnie, ale nie wiem...

Kakao jako takie nie było wyczuwalne, choć może w tle próbowało się przebić jakimiś nutami odbiegającymi od leciutkiej paloności karmelu - coś jakby palona kasza, sezamki? Mimo to, naprawdę wiele zdziałało, bo wszystkie nuty wanilii, karmelu i miodu muszą pochodzić właśnie od niego - czekoladę posłodzono bowiem tylko białym cukrem.

Całości daleko do przecukrzenia, ale to czekolada o słodkim wydźwięku. Karmel, toffi, miód, wanilia - jak dla mnie za dużo tu tych tylko słodkich nut, ale plusem jest, że i mleczność była bardzo silna. "Kozi ser"utonął w tym jednak, podobnie jak "owocowe akcenty". O wiele bardziej smakowała mi Cluizel Mangaro Milk 50 % o niemal identycznych z nazwy nutach (mimo że tamta na pewno jest tylko z Madagaskaru), które jednak ułożyły się inaczej. Tam był charakterek cytrusów, wyraźne owoce, orzechy, kozia nuta dosłodzone tymi "słodzidłami". Tutaj... słodzidła z nutami. Z Pralusem Indonesie 75 % karmel, ser, owoce (?) można jakoś połączyć, ale "w ciemno" bym ich nie skojarzyła.
Żeby było śmieszniej, mimo mojej miłości do prawdziwej czekolady, zdecydowanie wolę np. wspomnianą z Kauflandu - mniej słodką, bardziej kakaową, mimo że tak zwyczajnie, prosto kakaową.


ocena: 6/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 24 zł (dostałam zniżkę)
kaloryczność: nie
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, mleko w proszku, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa