środa, 31 października 2018

Ehrmann High Protein Vanilla Pudding

Po miłym zaskoczeniu, jakim okazał się białkowy Ehrmann High Protein Chocolate Pudding oraz szoku, jakim było to, jak bardzo posmakował mi jasny Ehrmann Griess, postanowiłam spróbować także drugiego smaku niespotykanej białkogęstwiny. Od waniliowych budyni zawsze trzymałam się z daleka, bo wszystkie próbowane były dla mnie za słodko-mdlące i sztuczne, ale...

Ehrmann High Protein Vanilla Pudding to białkowy deser mleczny o smaku waniliowym, bez cukru i laktozy (zawiera jej mniej niż 0,01g/100g; słodzony słodzikami). Deser waży 200 gramów.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny zapach ni waniliny, ni wanilii o słodkim, ale nie mocno, charakterze. Nie był zbyt przyjemny (ale wydał mi się za słaby, by nazwać go specjalnie odpychającym).

Deser był bardzo, bardzo gęsty - nie ruszał się ani w kubeczku, ani na łyżeczce, do której się przyklejał. Był śliski i gładki, nieglutowaty, a niewiarygodnie zbito-nieruchomy. Do tego bardzo zapychał i sycił (abstrahując od gramatury).

W smaku od pierwszej chwili czułam nieco za mało wyrazistą jak na mój gust mleczność (taką bez wyrazu) połączoną ze słodyczą. Ta rozchodziła się jako druga, a po chwili oba wątki połączyły się. Też nie była wyrazista, ale wydała mi się dość zwracająca na siebie uwagę. To lekko przymglone, acz drażniące połączenie słodziku i delikatnej wanilii - takiego chłodnego budyniu waniliowego. Niby mało słodkiego, ale jednak.

Pod koniec robiło się bardziej cierpko, choć wciąż mlecznie i mgliście waniliowo.

Całość miała delikatny smak, nienachalny, ale jakiś taki... Perfidny. Perfidna sztuczność słodziku, perfidna słodycz. Nawet nie były takie mocne, ale po prostu... Jakby nic oprócz nich tam nie było. Jakby, bo przecież było... Dziwne to. Ogólnie wyszło nudno, co przy tej gramaturze uważam za sporą wadę.

Wolałabym, żeby deser był bardziej waniliowy - tak prawdziwie waniliowy. Konsystencja bardzo zacna, ale to nie wystarczy, by mnie zachwycić. Do deseru na pewno za nic nie wrócę.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: ok. 4 zł (promocja)
kaloryczność: 76 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, białka mleka, śmietanka, skrobia modyfikowana, laktaza, substrancje zagęszczające: karagen, karboksymetyloceluloza, koncentrat z krokosza barwierskiego; substancje słodzące: acesulfam K, sukraloza; naturalny aromat wanilii, naturalny aromat

wtorek, 30 października 2018

Duffy's Corazon del Ecuador Camino Verde 72% ciemna z Ekwadoru

Doskonale pamiętam, jak duże wrażenie zrobiła na mnie pierwsza (i jak dotąd jedyna) próbowana czekolada Duffy's (Milk Chocolate Venezuela Ocumare 55 %). Niestety, nie była to tabliczka, która mogła mnie w pełni usatysfakcjonować, bo od bardzo dawna chciałam spróbować jakąś ciemną tej marki. Na ten moment, czyli na wybieranie "od której zacząć cykl degustacji Duffy's?", musiałam "trochę" poczekać, ale umocniło się we mnie poczucie, że się nie zawiodę. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie będzie to nowa miłość.
Zaczęłam od najmniej długiej daty, czyli od tabliczki wyprodukowanej we współpracy z farmerami z organizacji Camino Verde, walczącej m.in. z wylesianiem.

Duffy's Fine Chocolate Corazon del Ecuador Camino Verde 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao trinitario Nacional pochodzącego z Ekwadoru z prowincji Guayas.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny zapach przedstawiający nieśmiałą słodycz kwiatów i o wiele bardziej zdecydowaną ich rześkość, lekkość. Wydały mi się wilgotne - takie pokryte rosą? - i żywe. Raz i drugi, wydaje mi się, że poczułam morele. W tle plątała się nuta delikatnie prażono-pieczona, która skojarzyła mi się z zawilgoconymi orzechami, tkwiącymi w jakimś mokrym, czekoladowym biszkopcie.

Przy łamaniu ciemna, o ciepłofioletowawym przebłysku, tabliczka wydała głośny, ale lekki trzask. Wydała mi się pełna i konkretna, ale nie twarda, a tłusta. W ustach potwierdziło się to, bo rozpływała się wolno, w dość tłustawy sposób, mięknąc na aksamitny krem. Pod koniec każdego kęsa robiło się bardzo sucho, z lekkim poczuciem ściągnięcia.

Od pierwszego kontaktu kostka-język poczułam słodycz. Była silna, ale bogata i szlachetna. W pierwszej chwili pomyślałam o toffi, ale na taki twór klimat wydała mi się zbyt rześka. Delikatne, ciepło-pieczone nuty z tła cały też swoje dodały. Na myśl przyszło mi połączenie jasnego miodu i brzoskwiń / moreli. Te owoce... nie były aż tak mocno owocowe - oczami wyobraźni widziałam ich ukwiecone krzewy.

O tak, wilgotna nuta kwiatów odegrała tu bardzo istotną rolę i była jednym z dwóch spójnych filarów. Kwiaty złączyły się za sprawą wilgoci z wyrazistym smakiem pieczono-prażonym. Niosło to ciepło oraz orzechowy wątek, ale czekolada nie wydała mi się zbyt mocno prażona. W połowie rozpływania się kęsa pojawiły się pieczone orzechy, które... właśnie też od prażonej nuty odbiegały, bo były to orzechy nieco rozmiękłe, zawilgocone... Takie świeżo-miękkawe, nasiąknięte od... mokrego ciasta? Wskazałabym laskowe, ale raz i drugi przed oczami pojawiały mi się i gorzkawe włoskie, i maślane nerkowce.

Po tym pieczono-wilgotnym smaku znów wzmagała się słodycz, ale... w niej było coś wytrawniejszego i dość dziwnego. Skojarzyło mi się to z miękką tykwą lub słodkimi grzybami shiitake - czymś orientalniejszym, łączącym się z miodem, ale dość niespotykanym.

Pieczone orzechy, prażony wątek wzbogacony o kwiatowo-owocową rześkość na koniec skupiały uwagę na subtelnej gorzkości, a wraz z poczuciem suchości / ściągania na końcówce wychwyciłam jakby naturalną soczystą prawie-kwaskowatość tychże orzechów.

W posmaku pozostawało prażenie, orzechy i ta złożona, szlachetna gorzkawość orzechów oraz słodycz miodowo-orientalna. Lekkość też była, zawiązując to wszystko.

Muszę przyznać, że czekolada wyszła dość niezwykle. Podobało mi się to, jak kwiatowa się okazała oraz jak delikatnie zaznaczyły się owoce. Silniejsze nie pasowałyby do tej interesującej, pieczono-orzechowej całości, aluzji do ciasta, w której gorzkawość... nie wyszła tak bardzo gorzko, a w "naturalny sposób". Kupiły mnie również sugestie tykwy / grzybowa nuta - taka wytrawna słodycz. Aksamitny, tłustawy krem z suchością i ściąganiem na koniec - także struktura wyszła ciekawie.

Czekolada miała naprawdę intrygujące aspekty, co przełożyło się na niecodzienny wydźwięk. Mimo ogromu kwiatów, nie wyszła tak ekwadorsko - w ciemno regionu bym nie zgadła. Zaciekawiła mnie i smakowała tak, że do smaku z chęcią bym wróciła, jednak jednak ta tłustość (kremowa i zacna, ale jednak) w połączeniu ze słodyczą (bogatą, ale jednak wiodącą) sprawiły, że zakupu nie powtórzę (gdyby nie te czynniki, mogłabym to zrobić, mimo że w przypadku rzadkich plantacyjnych raczej tego nie robię przez cenę i trudną dostępność).


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 16,59 zł (za 60 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, organiczny cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 29 października 2018

mus czekoladowy Muller Milka Mousse Alpine Milk Chocolate

Kiedyś mousse'y lubiłam o wiele bardziej niż obecnie, ale np. bitej śmietanki nigdy nie lubiłam. Najbardziej tolerowana jednak zawsze była ehrmannowska czekoladowa, której obecnie mi brakuje (Grand Chocolat w odróżnieniu od Desseli ma zwykłą). Nie przepadam za Milką, dlatego milkowy deser Mullera był smacznym szokiem. Gdy w biedronkowych lodówkach pojawiła się nowość z fioletową krową, miałam mieszane uczucia. Zastanawiałam się, czy i za tym deserem stoi Muller (w internecie widziałam jakieś musy tej marki, więc jak znalazłam producenta na opakowaniu, to się nie zdziwiłam).

Muller Milka Mousse Alpine Milk Chocolate to "mus czekoladowy" wyprodukowany w Belgii przez Mullera na licencji Mondelez.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki, cukrowy zapach mlecznej czekolady i łagodnego kakao.

Mousse okazał się właśnie musem, nie bitą śmietanką. Był tłusto-gęstawy, ale i bardzo napowietrzony. Rozpływał się w ustach, pozostawiając na nich tłuszcz. Pozostawiał też leciutkie uczucie trzeszcząego pyłku.

W smaku słodycz pojawiała się jako pierwsza przy każdej łyżeczce (mimo że potem oczywiście była obecna cały czas). Uderzała w kontekście cukrowo mlecznoczekoladowym, po czym rozchodził się delikatny smak mleka i niemal mleczno-nugatowo-toffi posmak (przy ciągłej dominacji cukru).

Zaraz cukier zaczynał drapać w gardle, a w ustach zaznaczyło się łagodnie kakao o dziecinnym wydźwięku.

Cukrowa mlecznoć czekolady i zaznaczone kakao wyszły  (zwłaszcza jak na ten skład!) zaskakująco nieźle w tej cukrowości, choć nie aż tak mocno-mocno wyraziście (cukier starał się wszystko zagłuszyć). To słodycz, która pewien urok miała (choć nie była w moim stylu). Było jednak po prostu za słodko - do tego stopnia, że aż nieco mdło w tej mieszaninie słodkich nut. Owszem, coś tam spod cukru czuć, pewnie może smakować, ale ja w trakcie jedzenia musiałam zrobić przerwę, a końcóweczki nie zmogłam przez ilość cukru.
Mousse wyszedł też za tłusto, choć nie jakoś tam bardzo ciężko. Mimo małej gramatury, na wielkość nie narzekam, bo więcej zjeść bym nie dała rady. Drogie to, ale w sumie też nie aż tak straszliwie, biorąc pod uwagę to, co jest do wyboru, a zawsze chociaż trochę inne. Można spróbować, jeśli lubi się bardzo słodkie rzeczy. Mi jest to trudno ocenić - wykombinowałam jakąś ocenę w miarę obiektywną, "pod ogół". Dla mnie poziom cukrowości wydał się wręcz śmiertelny, nie do pokonania, ale mam strasznie niski poziom tolerancji słodyczy i to jednak kompletnie nie mój klimat. To trochę jakby kazać dentyście zaprojektować budynek (lepiej przecież iść z tym do architekta, a dentyście podać listę tych, którzy te musy jedli - cukier pewnie nieźle sobie w zębach pograsował).


ocena: 5/10
kupiłam: Biedronka
cena: 2,99 zł (za 75g)
kaloryczność: 171 kcal / 100 g; porcja 75g - 128 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: woda, czekolada mleczna 12% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, miazga z orzechów laskowych, lecytyny sojowe, aromat), glukoza, mleko w proszku odtłuszczone, śmietanka, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 2%, żelatyna wieprzowa, skrobia modyfilkowana, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mlekowym, stabilizatory: karagen, przetworzone wodorosty morskie z gatunku Eucheuma; tłuszcze roślinne: palmowy, z nasion palmy olejowej; regulator kwasowości: chlorek potasu; sól, aromat, substancja pianotwórcza: azot

sobota, 27 października 2018

Georgia Ramon Ecuador Los Rios Cooperative Unocace National 90 % ciemna z Ekwadoru

W pewnym momencie życia usiadłam i stwierdziłam, że... zupełnie przepadłam w kwestii ciemnych czekolad Georgia Ramon. Niby nie trafiły do tych naj-najukochańszych, ale odkryłam w nich coś takiego, że czuję potrzebę raz po raz sięgania po jakąś tabliczkę, bo inaczej zaczynam czuć pustkę. Kolejna, którą miałam otworzyć (daty długie, więc zaczęłam brać po prostu po kolei - jak je wpisałam na listę posiadanych) wydała się doskonała na planowany dzień degustacji, bo akurat czułam jakiś czekoladowy niedosyt kakao. Kakao użyte do produkcji tej tabliczki zostało pozyskane od kooperatywy Unocace, działającej z markami takimi jak Alter Eco czy Kaoka. Na mielenie przeznaczono 72 godziny, a na konszowanie... 0.

Georgia Ramon Ecuador Los Rios Cooperative Unocace National 90% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Ekwadoru, z regionu Los Rios.

Gdy tylko otworzyłam papierek w zapachu mignęło mi piwo: nieco odgazowane, jasne... Po wwąchaniu się stwierdziłam, że składa się na nie kwasowa słodowość i że to ona odegrała tu większą rolę niż piwo jako takie. W niej skupiły się bowiem i inne, kwaskowate nuty, nacechowane także lekkością i słodyczą: kwiaty i sugestia miękkich wiśni. Wydawało się jednak, że czekolada próbuje ten zapach ukryć przy pomocy dymu.

Tabliczka o ciepłym, bardzo ciemnym odcieniu przy łamaniu wydawała jakby suchy trzask. Okazała się bardzo twarda, a w ustach dość dziwna. Na pewno nieprzystępna, bo początkowo wydała mi się sucha i rozpływająca się dość opornie za sprawą chropowatości. Nie była gładka, ale też nie proszkowa, grudkowata czy coś (już bliżej jej do gładkości) - chropowata to słowo doskonałe. Ona jakby... opływała. Początkowo w ewidentnie tłusty sposób, ale później jakby chowając tę tłustość za soczystością.

Już w chwili robienia pierwszego kęsa poczułam gorzkość. Wydała mi się wyrazista i leniwa; przedstawiła się jako dym osnuwający suchą, ciemną ziemię i słód. Kłęby dymu nie miały jednak nic wspólnego z mocnym prażeniem (było delikatne).

Gorzkość bardzo szybko zaczęła jakby opływać słodyczą palono-odymionego karmelu. Wyszło to bardzo szlachetnie, niemal dostojnie.

Raz i drugi w tle zaznaczyły się mięciutkie, soczyste wiśnie (potem prawie przejrzało-nadgniłe), a gorzkość statecznie płynęła.

Mieszając się ze słodyczą, owocowa nuta z tła poszła w nieco kwaskowatym, wręcz cytrusowym kierunku. Przy kwasku ziemiście-dymne nuty zaczęły wypuszczać coś fermentowanego / pleśniowego. Przebiło się to za sprawą kwasku, ale i podkreśliło pewną pikanterię. Mniej więcej w połowie pomyślałam o serze pleśniowym (takim twardym, konkretnie przerośniętym niebieską pleśnią). Otoczyły go lekkie akcenty orzechów / słodu (powiązanie z piwem z zapachu).

Serowi towarzyszyła soczystość i pewna lekkość. Kwasek dodał cytrusy z cytrynami na czele, a wiśnie dołączyły do nich i skądś wytrzasnęły cały czerwonoowocowy miks (porzeczki? może trochę żurawiny?). Kwaskowatość została osłodzona i w zasadzie złamana słodką rześkością drobnych kwiatów.

W posmaku jednak to kwasek pozostał z pewnym poczułam przyprawiono-serowej pikanterii. Oprócz tego czułam odymione cytrusy, czerwone owoce i słodycz, co w dalszym ciągu sugerowało akcenty pleśni, orzechów i słodu / piwa.

Całość wyszła poważnie, zaserwowała nuty poważne, mocne, ale nie uderzające, a takie... spokojne, szlachetne, które trzeba lubić. Słodycz przyjemnie wpisała się w podfermentowanie i gorzki dym, owoce zaznaczyły się wyraźnie, ale całość wyszła mało owocowo. Pleśniowo-słodowe klimaty bardzo mi się podobały. Konkret zestawiony z odrobinką kwiatów idealnie pasował do struktury.

To jedna z tych czekolad, które niektórym mogą wydać się obrzydliwe, ale osoby o guście podobnym do mojego, powinny - jak i ja - zachwycić się porządnie. Może i zmieniłabym w niej np. "leniwość", może i konsystencję, ale ogół wyszedł tak specyficznie, że nie mogłam wystawić innej oceny.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 20,99 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 601 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 26 października 2018

Krasnystaw Serek czekoladowy

Jak już parę razy pisałam, po przeprowadzce do Krakowa nie mogłam nacieszyć się nabiałową ofertą sklepów. W Suwałkach miałam problem nawet ze zdobyciem ulubionych serków wiejskich - lekkich Łaciate i Krasnystaw. Te drugie na pierwszy rzut oka wyglądają do bólu przeciętnie, ale ja po prostu je kocham, więc gdy tylko zobaczyłam zwykły serek czekoladowy, pomyślałam, że na pewno posmakuje mi bardziej niż popularne Danio czy Bakuś.

Krasnystaw Serek czekoladowy to serek homogenizowany i termizowany, ważący 125 g.

Po otwarciu poczułam śmietankowo-serkowy zapach z wyraźnie zaznaczonym kakao i o znikomej słodyczy, co przełożyło się na skojarzenie z naturalnie "słodko-kakaowym" karobem.

Serek był zaskakująco gęsty i trochę dziwnie ciągnący.

Na wierzchu zebrała się żelatyna. W masie znalazło się mnóstwo mikroskopijnych grudek. Najpierw myślałam, że to twaróg, ale chyba jednak żelatyna. Ogółem serek cechowała pewna gładkość i tłustość śmietankowego serka, ale cały czas miałam poczucie suchości kakao. Zalepiająco-zapychający, na koniec pozostawiał leciutką cierpkość i suchość kakao. Jedzenie tego wydało mi się męczące. Strasznie się zapchałam już połową i z trudem jadłam dalej, lecz to zapchanie nie równało się najedzeniu. Sycący był, ale jak większość gęstych serków, nie bardziej.


W smaku w pierwszej chwili wydał mi się mało słodki, a bardziej śmietankowy i serkowy. Słodycz jednak zjawiła się już w kolejnej sekundzie, ale złączona z kakao. Wyszło to tak spójnie, że do złudzenia przypominało karob.
Słodycz rosła i splotła się ze śmietankowo-serwatkowym akcentem, tworząc delikatny, słodziutki twarożek.

Końcówka była słodkokakaowa i... powiedziałabym że jak "mączne kakao", a więc niemal karobowa - jakby naturalnie tylko słodka, choć jednocześnie wcale nie tak bardzo słodka. Raz i drugi wyłonił się leciutko prawie-kwaskowaty posmak nabiału (twarogu dokładniej).

Po serku pozostał posmak suchego, pylistego słodkiego kakao oraz nabiałowej czekolady.

Całość była... Dziwna. Nie za słodka i głównie słodka jednocześnie. Kakao czuć, ale wyszło mało kakaowo. Serek nie smakował nabiałową czekoladą, ale niewątpliwie nabiałowo-serkowy był. Męczył, jego konsystencja była zła, ale jakoś się go jadło. Wydał mi się specyficzny: niektórym może naprawdę posmakować, innych może odrzucić. Ja jadłam go zaciekawiona, ale powrotu nie planuję.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 166 kcal / 100 g; porcja 125g - 207 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: ser twarogowy, śmietanka, cukier, czekolada 6% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz roślinny, lecytyna sojowa, aromat), kakao, żelatyna, białka mleka, substancja zagęszczająca: mączka chleba świętojańskiego

czwartek, 25 października 2018

Stainer 70 % Menta / Mint ciemna z miętą

Przyznaję, że czasem zdarza mi się wybierać książkę po okładce, a czekoladę po opakowaniu. Pewnie, że i zerknę, co oferuje mi także zawartość, bo np. nigdy nie kupiłabym romansidła nawet z najpiękniejszą, najmroczniejszą okładką. Dzisiaj przedstawiana czekolada nie stanowiła problemu, bo to ciemna z miętą, a więc bardzo lubiane przeze mnie połączenie, lecz nie był to główny powód zakupu. Co ja będę pisać? Wystarczy popatrzeć tylko na lśniące, złote opakowanie z pięknym ptakiem, które kojarzy mi się ze złoconymi pocztówkami przedstawiającymi ptaki, które w dzieciństwie znalazłam na strychu dziadków.

Stainer 70 % Menta / Mint to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z miętą.

Po otwarciu uderzył mnie zapach intensywnej mięty, kojarzący się raczej z nieczekoladowymi miętowymi cukierkami, dopiero za którym kryła się czekolada. Miała słodko-orzechowy wydźwięk, mimo że dość "ugodowa", ewidentnie była ciemna.

Ciemna tabliczka okazała się bardzo twarda. W dotyku wydawała mi się dość sucha, a jej głośny, jakby czegoś suchego, trzask utwierdził mnie w przekonaniu, że taka musi być.
W ustach rozpływała się dość powoli i łatwo. Procesowi temu towarzyszyło wprawdzie poczucie suchości, a może nawet pylistości, ale ogólnie tabliczka wyszła odpowiednio kremowo-tłusto, przy czym cały czas zachowywała zbitą postać.

Koncert smaków otworzyła chłodząca słodycz. Słodki olejek miętowy rozszedł się na boki tak, że poczułam lekki akcent wanilii, szybko łączący się ze stateczną gorzkością.

Gorzkość została ugłaskana jeszcze zanim na dobre się pojawiła, ale nie przeszkodziło jej to w staniu się stateczną, wytrawną bazą o palono-orzechowych zapędach. Była jak najbardziej przystępna i łagodna, a także dosłodzona, co w połączeniu z miętą kojarzyło mi się odrobinkę alkoholowo.

Słodycz, mimo że znacząca, nie wydała mi się za mocna dzięki orzeźwiającemu efektowi mięty. Mięta była wszechobecna, ale jedynie doprawiała kakao, spójnie mieszając się z jego gorzkością. Wyszła... zwyczajnie: nie cudnie naturalnie, ale i nie nachalnie sztucznie. Powiedziałabym, że to taki naturalny olejek. Wydała mi się słodko-cierpka, lecz nie ziołowa. Raczej miałam wrażenie, że gdzieś z oddali próbuje się przebić taka "mentolowo-kwaskowata" nuta.

Pod koniec rozpływania się kawałka na znaczeniu zaczęła przybierać cierpkość, może nawet sugestia kwasku, wypływająca z sucho-gorzkawego smaku kakao. Czekoladowa łagodność, słodycz i wyraziste kakao bardzo spójnie łączyły się z miętą, która dostosowując się, również zaczynała uderzać w pewną słodką cierpkawość.

Po zjedzeniu pozostała lekka pylistość kakao oraz cierpkawy posmak - zarówno mięty, jak i kakao, choć to dodatek bardziej skupiał na sobie uwagę.

Całość wyszła słodko (ale tak ambitniej) i należycie gorzko - przystępnie, ale wyraziście. Mięta i jej natężenie wyszły świetnie, bo nie zakłóciły kakao, a wpisały się w nie. Odważnie, że nie czułam niedosytu, ale nie wydała mi się przesadzona. Dobre uważam wyważenie między cierpkawością, ochłodzeniem i stopniem palenia kakao.

Bardzo mi smakowała. Mięta wyszła satysfakcjonująco, jeśli komuś nie przeszkadza, że jest bardziej olejkowa, niż ziołowa (mi nie). Czekolada spokojna, wyrazista, słodko-gorzka i nie zapchana tłuszczem, a więc krótko mówiąc: nieprzekombinowana.
Powiedziałabym, że wyszła na równi smacznie (podkreślam: na równi, mimo że Stainer ma więcej kakao, co też czuć) co Tesco finest Swiss Dark Chocolate with Peppermint - a którą wolę? Zdecydowanie Tesco, bo przemawia do mnie stosunek ceny do ilości, a tak to zależy od dnia - spokój i kakao to Stainer, kakaowa słodycz i kremowość - Tesco.


ocena: 9/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 8,75 (dostałam rabat -50%) za 50g
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym, gdybym dostała czy coś

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, eteryczny olejek z mięty pieprzowej 0,1%

środa, 24 października 2018

Manufaktura Czekolady / Chocolate Story Aronia w mlecznej czekoladzie

Nie lubię i nie jem owoców / orzechów w czekoladzie. Zdarzają się jednak połączenia tak dziwne, że po prostu nie umiem ich sobie wyobrazić - po takie, jako po ciekawostkę na raz, na bloga, mogę sięgać. Daktyle i surowa czekolada w wykonaniu SuroVital? Dziękuję, wolę oddzielnie. Miechunka w czekoladzie Pacari? Ależ to było zaskoczenie! Pyszne, ale... forma. Ciekawiło mnie, jak przy tego typu słodyczu poradzi sobie bardzo ceniona przeze mnie marka (w moim tak-serio-nieistniejącym rankingu czekolad umiejscowionej gdzieś tam między lubianą SuroVital, a Pacari - jedną z ulubionych).

Manufaktura Czekolady / Chocolate Story Aronia w mlecznej czekoladzie to suszona aronia w mlecznej czekoladzie o zawartości 44 % kakao.
W słoiczku znajduje się 120 g.
(Ciekawa sprawa, bo w składzie po polsku jest "odtłuszczone mleko w proszku", a po angielsku pełne - "whole milk powder"; biorąc po uwagę skład mlecznych tabliczek Manufaktury skłaniam się ku temu, że dodano pełne.)

Po otwarciu uniósł się zapach delikatny, ale bardzo przyjemny. Był słodki, bardzo orzechowy, jakby lekko waniliowy i niewątpliwie mleczny. Kakao czułam raczej w wydaniu takiego zwykłego kakao (nie że jako czekolada).

W słoiku znalazłam dużo nie za dużych kulek, jakby lekko pokrytych pyłkiem kakao. Każda (prawie, bo ze dwie trafiły mi się z małą ilością czekolady, ale ani jedna oszukana bez aronii) składała się z grubej warstwy mało tłustej, znacząco szorstkiej i suchawej czekolady, która rozpływała się bez problemu, acz powoli oraz kulki suszonego owocu. Nie były to kompletne suszki - lekko ciągnęły się. Chwilę potrzymane w ustach nabierały soczystości. Ziarniste owoce, ich skórki oraz pestki lekko rzęziły.
Najprzyjemniej było pozwolić prawie zupełnie rozpuścić się czekoladzie i dopiero gryźć, ciamkać i wysysać aronię.

W smaku czekolada okazała się łagodna. Cechowała ją słodkawość i ziemiście-orzechowy smak, niemający za wiele wspólnego z gorzkością, ale i tak smakowity. Mleko również czułam wyraźnie - przełożyło się na skojarzenie z kakao zrobionym na mleku.

Suszona aronia w smaku okazała się zaskakująco jak na ten owoc słodka. Zachowała też specyficzną cierpkość i kwaskowato-goryczkowaty posmak. Suszony smaczek aronii po złączeniu się z kakao i sporą ilością słodyczy z czekolady wydał mi się wręcz... herbaciano-ziołowy. To skojarzenie z naparem z aronii, ale też zadziwiająco jednoznaczny smaczek jakiś... tabletek / syropu ziołowego. Bardzo słodki i aroniowy, ale jednak suszono-ziołowy, a zarazem ciągle taninowo-soczysty.

Całość smakowała trochę jak jakiś ciepły wywar / napar / herbata... Słodkie to, ale całkiem charakterne i taninowe, trochę jak słodkie czerwone wino (nie że przekąska nim smakowała, ale chodzi o klimat - wytrawne nie jest, ale soczkiem też nie). Słodkie kakao z przetworem z aronii - o! Mogłabym do tego wrócić, choć znając siebie i nastawienie do takiej formy wiem, że sama po raz drugi nie kupię.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 120g)
kaloryczność: 336,4 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: 55 % mleczna czekolada (cukier, prażone ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku), 44 % aronia, 1% kakao

wtorek, 23 października 2018

Michel Cluizel Plantation El Jardin 69 % Colombie ciemna z Kolumbii

Przy Domori 56 % pisałam o markach, do których uwielbiam wracać, ale których nie uważam za naj-naj. Cluizel również do nich należy. Doceniam oczywiście jakość, klasę - nie podważam, ja jednak wolę... po prostu inne smaki. Cluizel zachwycił mnie swoją meksykańską czekoladą (Mokaya 66%), więc i jego nowość, a więc kolumbijska (region według mnie wciąż za bardzo pomijany w plantacyjnych) bardzo mnie kusiła. Zastanawiałam się, czy to aby nie kolejna perełka w ofercie. Na degustację cieszyłam się o tyle bardziej, że miałam nawet trochę więcej, bo jako gratis dostałam neapolitankę (a w przypadku degustacji liczy się dla mnie każdy gram).

Michel Cluizel Plantation El Jardin 69 % Colombie to ciemna czekolada o zawartości 69 % kakao pochodzącego z Kolumbii z plantacji El Jardin.

Po otwarciu poczułam mocno prażony zapach: połączenie orzechów (laskowych i włoskich?), drzew / kory i rozgrzanej ziemi. Obok tego pojawiła się nieśmiała rześkość / lekkość słodkich owoców tudzież kwiatów, a po chwili wymknęła się z tego konfitura śliwkowa i... czyżby nawet cały piernik?

Tabliczka o ciemnym, chłodnobrązowym kolorze była twarda i przy łamaniu głośno trzaskała.
W ustach rozpływała się łatwo i gładko, niemal ślisko, choć powoli. Nie wydawała się nazbyt tłusta za sprawą suchawego efektu, który pozostawiała na koniec.

W smaku najpierw zwróciłam uwagę przede wszystkim na mocne prażenie, przy czym wyraźnie wyeksponowały się nuty orzechów laskowych, drzew i rozgrzanej ziemi... ziemi bardzo ciemnej, zespojonej z...

Ciemną, gorzką (choć nie siekierowatą) kawą. Oto palona kawa dość szybko zabłysła, przejęła ster, ale utraciła go na rzecz pikantnego piernika (jakby niemal z całymi ziarnami pieprzu - albo "smakiem zapachu" takowych). Ostrość rosła bardzo gwałtownie, przez co miałam wrażenie, że jem jakąś czekoladę z chili, aż nagle w całej tej pieprzno-chili piernikowości pojawiły się... ziemiste, takie zawilgocono-gorzkawe orzechy (włoskie?).

Cały czas było w pewien sposób słodko. To nuta wycofana, ale wyraźna. Jak to w pierniku, przywodziła na myśl dobry miód - w dodatku złączony z pikanterią i paleniem. Wpisana w piernik była również słodycz bardziej rześka, wilgotna wręcz. To jakby... piernikowy chlebek bananowy? Banan i słodziutkie śliwki niosły orzeźwienie (a skojarzenie z nimi pewnie nakręcała śliska struktura) tak silne, że momentami aż jakby miętowo-kwiatowe (jednak nie smak mięty)?
Chwilami śliwki stawały się charakterną konfiturą śliwkową / powidłami... w tych rejonach plątały się jeszcze jakieś inne owoce "do piernika" (czy to jako konfitury, czy surowe... ale wpisane w niego).

Pod koniec, gdy rosła słodycz, nagle jakby zbuntowała się gorzkość. Tak jakby to wszystko popić kawą. Po niej jednak został posmak zaskakująco mocno pikantny, ale nie z efektem rozgrzania, a takiej złożonej rześkości / chłodku.

Zszokowana odkryłam, że neapolitanka wyszła lepiej, bo jakby skupiła uwagę na początkowej gorzkości, potem uderzyła silna pikanteria piernika i gdy tylko zaczęła pojawiać się łagodząca słodycz i reszta delikatniejszych nut, kawałek już znikał. (Cudnie by było, gdyby pełnowymiarowa poszła właśnie w kierunku gorzkości i pikanterii.)

Całość bardzo mi smakowała, choć wydała mi się nieco za mocno palona i słodka zarazem (wolałabym, żeby jedno z tego było słabsze, bo połączenie nie przemawia). Ta czekolada to bardzo pikantny piernik z orzechami i konfiturą owocową (śliwki?), do którego bazy dodano banany i miód i przy którym znalazło się mnóstwo prażonych nut. Silna słodycz została dobrze zrównoważona gorzkimi nutami, a silnej pikanterii towarzyszyło orzeźwienie - udane zestawienie. Mimo wyczuwalnych owoców, nie wydała mi się bardzo owocowa (co tu akurat pasowało).

Wyszła w podobnej konwencji (przyprawione ciasto z owocami i kawą) co Manufaktura Czekolady Kolumbia 70%, jednak Cluizelowi zabrakło takiego ogólnego wyrazistego charakteru, który wbił by się w pamięć / serce, ale przynajmniej niecodziennie wyraźna ostrość wyszła ciekawie (charakterystyczna, acz całość nie taka charakterna ;) ).


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19,99 zł (za 70 g)
kaloryczność: 571,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, strączki wanili bourbońskiej

niedziela, 21 października 2018

Domori Cioccolato fondente extra Dark Chocolate Cacao Arriba 56 % ciemna z Ekwadoru

Mimo że Domori nie należy do moich naj-najukochańszych marek, a po prostu do tych bardzo lubianych, lubię mieć możliwość powrotu do niej przy okazji jeszcze niepróbowanych tabliczek. Najwyższa klasa to standard Domori, ja jednak nie ukrywam, że często wolę charakterniejsze, wręcz ordynarniejsze smaki. Byłam ciekawa, jak też sprawdzi się w takiej zwykłej propozycji, z niewysoką zawartością kakao.

Domori Cioccolato fondente extra Dark Chocolate Cacao Arriba 56 % to ciemna czekolada o zawartości 56 % kakao Arriba z Ekwadoru.

Skromne opakowanie skrywało sreberkową folię z grafikami map, która po prostu mnie zachwyciła. Czekolada, którą znalazłam wewnątrz, również była inna niż zwykle, bo pozbawiona logo (przez co według mnie wyglądała trochę smutno).

Już w trakcie otwierania pięknego sreberka uderzył mnie zapach rozgrzanej ziemi, drzew otulonych gorącymi promieniami słońca i skrzącego się, złotego miodu / sosu oraz zdecydowane prażenie przejawiające się w orzechach. Miało to słodki wydźwięk, w tle zarysowała się owocowo-kwiatowa rześkość, ale pewien konkret konkrecik kakao się czuło. W trakcie degustacji woń zdawała się robić niemal alkoholowe sugestie.

Tabliczka o bardzo ciemnym, chłodnym odcieniu trzaskała konkretnie, a gdy odgryzałam jej kęs wydała mi się chrupka. W ustach rozpływała się błogo kremowo, aksamitnie, acz nieco bardziej chropowato niż typowe Domori. Odebrałam ją jako bardzo gęstą i nie tak bardzo tłustą, a z taką lekkością.

W smaku jako pierwszą odnotowałam silną słodycz. Była słodziuteńko-szlachetna w miodowo-karmelowy sposób, bardzo szybko pokazała mi swą głębię, w której doszukałam się lekkiej nuty alkoholowej, przywodzącej na myśl bardziej scukrzoną warstwkę "szkła" powstałego ze skrystalizowanego alkoholu.

W tle zamajaczyły słodkie owoce, które mimo niemal zwiewności / kwiatowego akcentu, podkradły się pod nalewkę. Wychwyciłam łagodne wiśnie i całkiem sporo soczystej egzotyki trudnej do sprecyzowania. Jakby połączenie moreli i brzoskwiń... potem słodycz wzrosła i wyraźniej poczułam banany w towarzystwie miodu, na który złożyły się scukrzono-alkoholowe nuty i delikatny, palony karmel.

Ciepło głaskało poszczególne nutki od początku, jednak mniej więcej od połowy rozpływania się kęsa, ciepłe nuty prażenia / palenia przejęły ster. Ze statecznego tła, stały się prawie główną nutą. Tak oto rozgrzana ziemia splotła się z mocno prażonymi orzechami, co osłodził palony karmel. Pojawił się smak palonej kawy, która nadała całkiem sporo wykwintnej gorzkości. To ona najbardziej przyciągała do siebie chwilami chowające się orzechy.

Gorzkawość tejże kawy oraz prażone orzechy, rześko-alkoholowe nutki z tła i sporo miodowo-karmelowej słodyczy na koniec układały się w spójny splot oraz wypuszczały trochę cierpkości.

W posmaku ta właśnie cierpkość stała się taką cierpkością bananów oraz palonej (ale wcale nie aż tak mocno) kawy. Pozostało to na dość długo.

Czekolada wyszła zaskakująco poważnie jak na tak słodkie nuty, bo niewątpliwie była głównie słodka, dopiero potem prażono-gorzkawa. Jednocześnie jednak wcale nie mogę nazwać jej rzeczywiście bardzo słodką - w tym wydała mi się bardzo oszczędna, wyważona. Smakowite, bardzo w moim guście, nuty podała mi jak na tacy - niczym nie przysłonięte, ale też nimi nie uderzała (a w konsekwencji moja uwaga skupiała się na słodyczy). To taki... pyszny, czekoladowy leniwiec ("mogę, ale mi się nie chce"). W porównaniu do charakternej, bardzo wyrazistej, żywej Pacari (jedzonej ze dwa dni wcześniej) wydała mi się nieco mniej ciekawa i wciągająca.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: -
kaloryczność: 557,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

sobota, 20 października 2018

Łowicz Deser mleczny z czekoladą E. Wedel

Mleczarnia Łowicz jest mi znana... tylko z widzenia. Ich produkty mają charakterystyczne logo, które często widuję, ale pisząc to, tak sobie pomyślałam, że nigdy nie próbowałam żadnego ich produktu (a przynajmniej świadomie). Znam tylko przypadek kogoś, kto w trakcie sesji wypijał cały "megalistek" śmietanek do kawy, jak wódkę z kieliszków. Jak tylko o tym pomyślę, to z obrzydzenia mnie aż wstrząsa. Może dlatego nigdy nic Łowicza nie próbowałam? Nieważne, odlatuję za bardzo. Dzisiaj prezentowany deser polecało mi wiele osób z internetu, w tym Pandy, ze względu na opinię których uznałam, że rzeczywiście musi być warty spróbowania, mimo że został stworzony we współpracy z nielubianym Wedlem. Do takich połączeń nie byłam jednak aż tak bardzo sceptyczna, bo w końcu duet uwielbianego Mullera i nielubianej Milki (Milka Pudding Alpenmilch Schokolade) mi smakował. Pozostała tylko jedna kwestia: deser był dla mnie świętym Graalem - wiele słyszałam, nigdy nie widziałam. Aż do dnia przeprowadzki do Krakowa, gdzie z kolei zaczęłam widywać go często. Wreszcie był mój i... bałam się, że po wielu miesiącach mogę oczekiwać za wiele.

Łowicz Deser mleczny z czekoladą E. Wedel to "deser mleczny z czekoladą gorzką"; ja bym powiedziała raczej, że deser o smaku ciemnej czekolady na bazie śmietanki i mleka, produkowany przez OSM Łowicz wraz z Wedlem (Lotte Wedel).
Opakowanie zawiera 130 g

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ciemnej czekolady o wytrawnie kakaowym charakterze i sporej dawce słodyczy.

Deser był bardzo gęsty - do tego stopnia, że nie ruszał się nawet po przechyleniu kubeczka do góry dnem.
Był tłusty jak śmietanka - według mnie zdecydowanie za tłusty, mimo że za sprawą kakao odznaczał się i wyraźną, przyjemną, taką trochę wysuszającą proszkowością. Nieco zalepiał jak rozpuszczona i zgęstniała czekolada. 

 W smaku był obłędnie ciemnoczekoladowy, choć i baza, czyli śmietanka, była wyraźnie wyczuwalna. Była, ale nie ingerowała w głęboki, wytrawny smak ciemnej czekolady, której nie brakowało gorzkości. Przejście od śmietanki do czekolady tworzyła słodycz - znacząca, ale ewidentnie ciemnoczekoladowa. Miała wręcz niby-alkoholowe zapędy, dzięki czemu daleko było jej do cukrowości.

 Całość wyszła bardzo smacznie, głęboko ciemnoczekoladowo, kakaowo wytrawnie i gorzkawo (Mama, której dałam trochę na łyżeczce aż krzyknęła "a fuj" - takie gorzko ciemnoczekoladowe jej się to wydało). Słodycz uważam za nieprzesadzoną. Ani w smaku, ani w konsystencja nie było śladu rozwodnienia. Jedyne, co mi tu przeszkadzało to tłustość. Müller był bardziej mleczny, nie zaś tłusto śmietankowy, dlatego też lepszy. Co więcej smakował bardziej wytrawną ciemną czekoladą z procentami, Wedel wydał mi się bardziej słodko ciemnoczekoladowy z naciskiem na kakao.


ocena: 9/10
kupiłam: Carrefour
cena: nie pamiętam - coś koło 1,50 zł?
kaloryczność: 161 kcal / 100 g; porcja 130g - 209 kcal
czy kupię znów: tak

Skład: śmietanka pasteryzowana, cukier, woda, czekolada ciemna 6% (miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa i E476; aromat), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, mleko odtłuszcvzone w proszku, substancja zagęszczająca: mączka chleba świętojańskiego, skrobia modyfikowana

piątek, 19 października 2018

E. Wedel Gorzka Kokosowa ciemna 50 % z kremem kokosowym

Czasem wymyślam sobie konkretne plany próbowania różnych słodyczy, co na blogu pewnie widać. Po wypróbowaniu wielu miętowych czekolad z różnych półek, w różnej formie, odkryłam, że tanie czekolady z białymi, tłuszczowymi nadzieniami (np. Terravita) wciąż chociaż trochę potrafię docenić. Parę razy podczas zakupów naszła mnie myśl, że: niby dlaczego inne czekolady ogólnodostępne miałabym dalej omijać (oczywiście w granicach rozsądku)? Nieźle wspominam kokosowego ciemnego Lindta Creation, dlaczego miałoby być aż tak bardzo gorzej z Wedlem (którego co prawda jako firmy nie lubię i który ma gorszy skład, ale na potrzeby wstępu pomińmy to milczeniem)? Zwłaszcza gdy naszło mnie na jakiegoś nadziewańca w niskiej cenie (do ewentualnej podziałki z Mamą)? Po nadziewanych owocowych (truskawkowa, wiśniowa) i Bajeczny nie miałam już jednak złudzeń, ale zaczęłam sobie mówić, że to w końcu ciemna i nieowocowa, więc może okaże się najlepszą z przytoczonych?


E.Wedel Gorzka Kokosowa to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z nadzieniem kokosowym.

Po otwarciu z zaskoczeniem odnotowałam całkiem przyjemny zapach. Był delikatny, bardzo słodki i wyraźnie kokosowo-ciemnoczekoladowy, z czego czekolada nie wydała mi się gorzka, a słodko-"wytrawniejsza".

Tabliczkę cechowała pewna miękkość. Przy łamaniu nadzienie trochę się rwało w jakby suchy sposób.
W ustach rozpływała się bardzo szybko, stając się tłustą i gęstą, lepiąco-mazistą masą. Sama czekolada była bardziej tłusto-gładka, kremowa, a nadzienie to zbitka tłustego kremu i proszku - bez wiórków czy kawałków. Całość, za sprawą tego proszku, wydała mi się lekko pylista, ale w żadnym wypadku nie sucha, a tłusta.

Czekolada od razu przywitała silną słodyczą o wytrawniejszym charakterze, którego nadało jej kakao. Nie przejawiało się w zbyt silnej gorzkości, a raczej takiej... cierpkawości odtłuszczonego kakao, palonym motywie i nutce jakiegoś kakaowo-likierowego sosu.

Zwłaszcza to ostatnie podkręcała odrobinka kokosowej sztuczności przebijająca się dość szybko. Wraz z nadzieniem w ustach rozchodziła się przesadna słodycz smakująca przesłodzonym mlekiem i kokosem: zarówno sztucznym, jak i autentycznym, "oorzechowawym". Dobrze zagrało to z płynącą z czekolady prostą nutą kakao.
W trakcie rozpływania się kęsa wyrazisty smak mleka bardzo pomógł kokosowi, z którym to się wymieszał, dzięki czemu ten nie był zbyt nachalny. Dodatkowo jakby rozrzedził słodycz, ale nie sprawił, że kompozycja wyszła mleczne - odtłuszczone kakao już o to zadbało, gdyż cały czas gdzieś tam było wyczuwalne.

Pod koniec każdego kęsa robiło się cukrowo-mlecznie i bardzo kokosowo, po czym pozostawał posmak sztucznego kokosa. Gdzieś nieśmiało plątało się jakby poczucie lekkiego kwasku / cierpkości: aromat kokosowy i odtłuszczone kakao?

Całość wyszła bardzo cukrowo, ale zarazem nie aż tak straszliwie czy nie do zniesienia słodko. Wydaje mi się, że mniej słodko od Lindt Refreshing Coconut, ale niestety... wyszła tak tłusto, że aż uniemożliwiło mi to zjedzenie jej (a Mamie zamiast dwóch-trzech kostek, wpadły 4). Poczucie zatłuszczenia, zalepienia tłuszczem, tłuszcz na ustach i posmak chemicznego kokosa były męczące. Nie zmienia to jednak faktu, że smakowo Wedel mnie zaskoczył... wyszedł kokosowo-mleczne i... tanio ciemnoczekoladowo, co przełożyło się na wspomnienie draży kokosowych, a nie okropny ulepek. Gdyby tak popracować nad składem (np. mleko odtłuszczone zamiast tłuszczu, mniej chemii), byłaby to naprawdę świetna czekolada, a tak... w swojej cenie po prostu smaczna.


 ocena: 7/10
kupiłam: Tesco
cena: 2 zł z kawałkiem (promocja)
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym część np. od Mamy przejąć, ale kupić nie

Skład: czekolada ciemna 50 % (cukier, miazga kakaowa, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa i E476, sól, aromat), cukier, tłuszcz palmowy, serwatka w proszku, miazga z wiórków kokosowych 7%, mleko pełne w proszku, aromaty, lecytyna sojowa