środa, 31 lipca 2019

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Classic ciemna z Ekwadoru

Czasem, gdy nie mam ochoty na nic konkretnego, lubię przy wyborze wspomóc się po prostu datami. Z czekoladami tej marki miałam problem, bo wszystko były niezbyt długie i... zupełnie takie same. Na szczęście pojawiła się kwestia tego, że chyba niezbyt miałam ochotę na czekoladę z dodatkami (jakoś za dużo mi się ich ostatnio skumulowało), a chciałam coś porządnie czekoladowego. Co prawda martwił mnie opis producenta, że ta "klasyczna to kwintesencja smaku łagodnej ciemnej czekolady", ale trudno. Zerknęłam też wreszcie (zanim np. przed zakupem), cóż to za marka. Powstała w północnoniemieckiej Bremie w XIX jako rodzinny interes Josepha Emila Hachez, który pomysłami ponoć wyprzedzał swoją epokę. Uśmiechnęłam się przy tym, bo już jednego "Josefa od ciekawych czekolad", znamy, prawda? (Mam na myśli Zottera, jak by ktoś nie wiedział. Oczywiście żart, bo marki wyglądają mi na "zupełnie inne bajki".)

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Classic to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao Arriba z Ekwadoru.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko poczułam mocno palony zapach, podszyty owocową nutą śliwek. Również wydały mi się podpieczone, jak z jakiegoś przypalonego placka (typu te amerykańskie "pie") śliwkowego, albo bardziej jak powidła. Wszystko to niemal uskrzydliła wanilia. Dosłodziła sowicie i nadała zwiewny charakter. Gdy zamknęłam oczy, "widziałam" też kwiaty wanilii.

Przy łamaniu tabliczka okazała się twarda, ale w pożądany sposób. Głośny trzask podpowiadał, że jest idealnie wyważona pomiędzy gęstą tłustością, a suchością.
W ustach kawałek potrzebował chwili, by zacząć się rozpływać w sumie łatwo, ale... w bardzo tłusto-zbity sposób. Robił to powoli, zachowując kształt i formę, choć również mięknąc. Jak chłodne, ocieplające się masło (to tylko wyobrażenie, bo nie mam do czynienia z masłem). Mimo kremowości, czekolada specjalnie nie zalepiała, a w tle pobrzmiewała pewna suchawość. Wyraźniej wyszła na koniec.

W smaku od samego początku gorzkość i słodycz okazały się równouprawnioną parą. W pierwszej chwili gorzkość, mimo że nie mocna, mignęła mi chamstwem. Pomyślałam o suchym asfalcie.

W tym czasie jednak po ustach rozchodziła się silna słodycz. Pod przewodnictwem wanilii toczyła się zbitka cukru i kwiatów. Wyszło to dość dosadnie... Słodycz okazała się znacząco wyeksponowana, mimo że nie dominowała. Wanilia i kwiaty skutecznie tchnęły tu lekkość, tak jakoś jednak, że cukier to chyba jak wata cukrowa wyszedł ("chmurka do zjedzenia?"; jakby co, u mnie ma to negatywny wydźwięk).

Gorzkość szybko się zreflektowała i, trafiwszy na słodycz, złagodniała. Mimo pobrzmiewającej po bokach cierpkości, od asfaltowej suchości rozszedł się mocno palony smak. Lekkość słodyczy zmieniła asfalt w dym. Wanilia złapała maślaną nutę, po czym podkreśliła ją. Maślany motyw stał się w tej kompozycji bardzo znaczącym, ale na szczęście nie jedynym.
Mniej więcej od połowy gorzkawość skupiła się na palonych, prażonych i pieczonych nutach. Cierpkawość podszeptywała nieco stęchłe orzechy, ale osnuł je dym. Po chwili spróbowała ponownie, tym razem bardziej jako owocowa nutka wpisana w lekkość / rześkość.
Paloność z ogromem maślaności i wanilią zasugerowała delikatną kawę z pianką. Tu pieczony motyw nagle podrzucił jednoznaczny smak pszenicznych precelków i orzechów (całego miksu). Pieczoność przedstawiająca jakiś wypiek umożliwiła przebicie się wątłej nucie śliwek i jeżyn. Odrobinka cierpkiego kwasku tych owoców została podbita dymem.

Pod koniec mimo tych charakterniejszych nutek, także maślaność miała się świetnie. Nic nie dawało rady jej ruszyć. Wymieszana ze słodyczą wanilii, upodobała sobie gorzkość bardziej suchą. Palona cierpkawość na koniec i sugestia owoców sprawiły, że nie była strasznie ciężka.

Po zjedzeniu zostałam ze ściągnięciem i lekkim poczuciem suchości w ustach, a tłuszczu na ustach. Czułam cierpkawość kojarzącą się z dymem, asfaltem i owocami (śliwka, jeżyna). Myślę, że nie wyszło by to głębiej, a ordynarniej (tanio?), gdyby nie maślaność. Tej czułam całe mnóstwo, ale z racji pieczonego wydźwięku, wchodziła raczej w sferę wypieków, więc nawet dla mnie (nienawidzę masła), była do przyjęcia. Także wanilia i "waniliowa kwiatowość" się ostały, spajając wszystko w kompozycję "miłą".

Czekolada rzeczywiście wyszła łagodnie. Niby ciężko-maślana, a jednak pod tym względem nie było tragedii (a ja jestem na to czuła). Słodycz wanilii wprowadziła lekkość, a palono-prażono-pieczony smak dodał kawowo-precelkowo-wypiekowe nuty. Zwłaszcza te precelki wydały mi się ciekawe. Namiastka owoców też soczystości trochę dodała i trzeba przyznać, ze na wyjątkowo pasujące padło (do wypieków - śliwki; zaskarbiające cierpkość - jeżyny).
Mimo że bez szału, wyszła smacznie, bezpiecznie. Nie gorzko, ale i nie za słodko. Nazbyt maślanie, ale nie że aż męcząco czy mdląco. Nudnawa, spokojna, ale podrzucająca i coś ciekawszego. Osobiście wolałabym, by te ciekawe nutki bardziej się rozwinęły, ale echo ordynarności mi podpowiadało, że gdyby nie maślaność, mogłoby wyjść sucho-tanio.

Smakowała mi bardziej niż Mango-Chili, bo po prostu egzotyka (czy cukierkowa, czy po prostu mango) gryzła mi się z maślanością, a chili w takim łagodnym otoczeniu wychodzi dziwnie.
Z czekolad (pewnie przez zawartość i pojedyncze nuty) skojarzyła mi się z CocoaCara 77 % Terravity - podobne śliwki i paloność; kawę czułam, ale Hachez wyszła ambitniej (nie tak tanio). Również bardziej maślanie (nawet bardziej "tłuszczowo", przy czym uratowała ją jakość, bo Terravita tylko z nutą margaryny, a Hachez była bardzo maślana). Hachez jednak zjadłam z przyjemnością.


ocena: 7/10
kupiłam: internet
cena: 13 zł (za 100g)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z wanilii bourbońskiej, wanilia bourbon

wtorek, 30 lipca 2019

Zotter Nashido Peppermint / Pfefferminze ciemna 70 % z nadzieniem miętowym

Nie rozumiem, że tak wiele osób nie lubi połączenia mięty i czekolady, bo ja sama uwielbiam je, odkąd pamiętam. Za After Eight nigdy jednak nie szalałam, o nie. Moją miłością były pastylki Goplany (koniecznie tej marki!). Dalej je lubię, tylko że już nie jem (forma nie moja, mam inne słodycze itd.). Od interpretacji Zottera wiele oczekiwałam. Miałam nadzieję, że nie będzie to skorupka i rzadki środek jak twór Nestlé, a coś spójnego jak Goplany. Nie obraziłabym się oczywiście, gdyby wyszło po zotterowsku, a więc bosko-czekoladowo na 10. Mój zapach skutecznie ostudził jednak skład: wegański. A do wszelkich takich słodyczy jestem bardzo sceptyczna.


Zotter Nashido Peppermint / Pfefferminze to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana 30 % białym mousse'em / kremem miętowym; w formie minitabliczek.
Jedna czekoladka ma 8,5g.

Po rozchyleniu papierka poczułam silny zapach mięty z granicy naturalności i olejkowości. Leciutko otoczyła ją palona, gorzkawa czekolada.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała. Krem na oko wydał mi się sucho-kruchy, jednak w dotyku był bardziej plastyczno-lepki... choć wciąż mógł okazać się suchawy.
W ustach zaskoczenie! Czekolada rozpływała się tradycyjnie kremowo-gładko, a środek... również. Poniekąd. O wiele od niej szybciej i... ślisko-tłusto, maziście. Wydawał się gładki, ale w tej jego pomadowej gładkości były jakby grudko-scukrzenia.

Czekolada przywitała mnie silnie paloną gorzkością i stonowaną, palonokarmelową słodyczą. Lekko orzechowa, ale też ewidentnie przesiąknięta nadzieniem.

Ono okazało się dziwne. Przebijało się intensywną miętą, która jednak w żadnym stopniu nie zagłuszała czekolady, po czym podkręcało słodycz. Z jednej strony wydała mi się cukrowa, z drugiej zaś... zgłuszona i wyciszona, mdła, a jednak silna. Mięta mieszała się z pewną roślinnością, co nadało jej autentyczności. Podkradała się pod słodko-paloną czekoladę, co również "pomogło naturze".
W tle jednak pałętała się ta dziwna mdłość. Wydała mi się pudrowo-lukrowa, jednak w dużej mierze wymieszana z olejkową miętą, więc nie aż tak zła. Sama olejkowość z kolei też nie była zbyt napastliwa. Trochę miętówkowa, ale smakowita.

Na końcówce palono-orzechowa czekolada ciemna mieszała się z naturalną miętą i lukrową słodyczą, co w sumie wyszło całkiem w porządku.

Tylko po zjedzeniu miałam wrażenie, że zjadłam jakiś miętowy lukier. Goryczka kakao stała gdzieś daleko z tyłu.

Całość wyszła... nienapastliwie, ale ewidentnie z motywem "coś tu nie gra". Przez mdły motyw bardziej zwróciłam uwagę na słodycz. Jej lukrowe echo zupełnie zepsuło mi wszystko inne. Roślinność (wegańskość) akurat do mięty pasowała, ale... tej sama w sobie mogli też nieolejkowej dodać. Ciemna czekolada pyszna, ale w tym połączeniu wrażenia nie zrobiła.
Smaczne to jak na taką czekoladkę, ale zjeść więcej bym nie chciała.
Zdecydowanie wolę naturalniejszą Chocolate Mint (jedną z moich ulubionych nadziewanych).


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 68 g - cały zestaw - miks)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), napój ryżowy, syrop ryżowy, olej słonecznikowy, lecytyna słonecznikowa, olejek miętowy, sól, sproszkowana wanilia

poniedziałek, 29 lipca 2019

Vosges 62 % Cacao Manchego and Cherry ciemna z serem owczym manchego, wiśniami i solą

Kocham czekolady Vosges i zaczęłam za nimi bardzo tęsknić, więc napisałam do rodziny z USA, czy dałoby się jakoś zorganizować załatwienie mi ich. Udało się, toteż parę recenzji się pojawi. Daty długie, ale temu smakowi jakoś nie umiałam pozwolić czekać. Czekolada zawierała bowiem ser Manchego. To twardy, dojrzewający ser produkowany z mleka owczego, bardzo popularny w Hiszpanii. Mówi się, że w smaku "intensywny, pikantny i kremowy"... z czym chyba się zgadzam (raz czy dwa jakiś taki jadłam). Tak się składa, że wszelkie ciekawe sery uwielbiam! Wprawdzie nie jem zbyt często (tylko twaróg codziennie na porannej kanapce), nie znam się jakoś specjalnie, ale np. jeśli o pleśniaki i śmierdziele chodzi, to nawet na jakieś droższe czasem sobie pozwalam, choć powiedzmy Lazura uważam za w pełni mnie satysfakcjonującego. A jakie mam zdanie o czekoladach z serem? Jestem otwarta. Sernikowe raczej mi smakują, a tych wytrawnych to i mało jest. Zottery Cheese-Walnut-Grapes i Cheesy Chocolate bardzo mi smakowały.
W tabliczce Vosges, Katrina (właścicielka marki) połączyła 12-miesięczny ser El Trigal Manchego z suszonymi wiśniami, zainspirowana procesem fermentacji (w końcu i kakao, i ser tego wymagają), nad którym spędziła długie godziny w laboratorium podczas studiów chemicznych.

Vosges 62 % Cacao Manchego and Cherry to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z 12-miesięcznym hiszpańskim serem owczym Manchego, suszonymi wiśniami i różową solą himalajską.

Od razu po otwarciu poczułam piękny, głęboki zapach czekolady i sera, przypominający ciemne mleczne o właśnie serowych nutach, podkreślonych odrobinką soli. Wyróżniłabym tu skojarzenie z cheddarem / żółtym charakternie-pikantnym, dojrzewającym serem oraz czekoladę o mocno palonym wydźwięku. W nim przewijały się palone, gorzkawe orzechy oraz szlachetny, palony karmel.

Przy łamaniu bardzo ciemna, acz pozbawiona błysku, tabliczka ładnie trzaskała. Wydawała się gęsto-tłustawa. Przekrój odsłonił sporo dodatków o średniej wielkości. "Na oko" nie powiedziałabym, że jest ich tam aż tak dużo, jednak właściwie nie da się trafić na choćby skrawek czekolady bez nich. Niektóre były naprawdę mikroskopijne, inne to twardawe, całkiem spore, cienkie płatki.
W ustach czekolada rozpływała się z łatwością. Mimo że kremowa, nie była bardzo tłusta. Zalepiała minimalnie, opływając raczej gęstymi, soczystymi falami. Powoli odsłaniała dodatki, których było mnóstwo. O dziwo, nie wyszła nazbyt nimi najeżona, a całość zachowała spójność.
Ser zdecydowanie dominował. To jakby... kawałki zwykłego twardego sera, a więc tłuste, ale specyficznie suchawe. Twardawe, acz jędrne. Dokładnie takie, jaki ser tego typu powinien być, świeże (nie ususzony czy coś, a tego się bałam - ok, może na całą tabliczkę dwa bardziej suszki przypadły).
Wiśnie również wyszły zaskakująco świeżo-soczyście. Dodano ich znacznie mniej, pod postacią średniej wielkości farforcli miąższu i skórek o jędrnawej strukturze. W przeważającej ilości drobnica, ale trafiły się i zaskakująco duże kawałki (nawet jedna ćwiartka!).
Między nimi kryło się trochę malutkich kryształków soli.

W smaku od pierwszej chwili czułam znaczącą, choć stonowaną słodycz palonego karmelu. Rozeszła się po ustach wraz z odrobinką soli, po czym wzrosła, przeistaczając się w niemal maślany toffiowaty karmel. Poczucie to wzmocniła wanilia, która również ewidentnie się zaznaczyła.

Palony motyw rozprowadził również lekką, jakby naturalną, gorzkość. Reprezentowały ją orzechy, podbite bardziej "mlecznawo-maślanymi" nutami sera. W pierwszej chwili to raczej orzechy oblepione toffi, w jakiejś karmelowej skorupce (wyidealizowane Toffifee?), jednak coraz bardziej przypominały bardziej orzechy w serze / ser z orzechami...

Oto gorzkawość zrobiła się bardziej palono-ciepła, nieco pikantna. Przy karmelu i orzechach pojawiła się czarna kawa, a ja wyłapałam posmak dojrzewającego żółtego sera. Przeciął smak czekolady (choć mam wrażenie, że lekko nim całościowo przesiąkła). Dopomógł mu w tym słonawy akcent. Gdy na kawałki sera zaczęłam trafiać językiem, wyraźnie czułam ich smak. To rzeczywiście manchego - czuć, że właśnie jakiś taki charakterniejszy, długodojrzewający (chyba można go porównać do bardziej mlecznego cheddara). Wprowadził lekko mleczny motyw do całości. Za tym nasiliło się poczucie wilgoci. Gdy dobiegała do niego nutka wiśni, sam wydawał się odrobinę owocowy (jak na ser).

Po tej mlecznej serowości, parokrotnie wyraźniej poczułam sól, podkreślającą goryczkę kakao i taką pikantniejszą serową. Z goryczki właśnie nagle, raczej w drugiej połowie rozpływania się kęsa i bliżej końca, wyskakiwać zaczęły słodko-kwaskowate wiśnie. Soczyście słodkie, a jednak z charakterystyczną kwaskawą cierpkością wydawały się niemal świeże. Gdy raz trafiłam na kawałek wielkości małej rodzynki... o rany, pełnia smaku wiśni w środku sezonu! Raz i drugi nieśmiało zasugerowały wino. Bardzo wyraźnie wyczuwalne, acz nie wyprzedzające czekolady i sera. Wiśnie jakby tylko podkreśliły ich smak, tchnęły lekkość, a początkowo przy niektórych kęsach odlegle pobrzmiewały w tle.

Rozgryzając dodatki (blisko końca, obok czekolady) i na koniec, czułam głównie smak charakternego sera i słodkich, również charakternych wiśni osnutych przyjemnie palonym motywem bardzo słodkiej, palonokarmelowo-waniliowej czekolady.

Posmak pozostał głównie palono-czekoladowy. Szlachetny, bo karmelowo-orzechowy i soczysty za sprawą wiśni, które trochę udawały też wino. Wyraźnie czułam nienapastliwy ser o mleczno-orzechowej pikanterii.

Całość okazała się intrygująca i dziwna. Dziwnie smaczna i przystępna, wcale nie ryzykowna. Nie ma szokować, a smakować. Wszystko wyraźnie czuć, acz dodatki pozostały dodatkami, co zaowocowało się sukcesem. Dzięki serowi całość poniekąd wyszła też troszeczkę mlecznie. Wiśnie to... dosłownie wisienka na torcie, zawiązująca to odrobinką soczystości. Sól uwypukliła walory poszczególnych smaków, choć czuć ją jako smak również. Dzięki serowi wyszła jednak bardzo wpisana w kompozycję (że nawet ci, którzy nie przepadają za solą w czekoladach nie powinni mieć nic przeciwko).

Smakowała mi, jednak to czekolada, do której nie odczuwam chęci powrotu, bo forma niezbyt moja. Nie lubię, gdy w czekoladzie jest tak dużo do gryzienia, mimo że tu genialnie rozwiązano tę kwestię. Dla mnie może czekolada była za soczyście-rzadkawa do takich dodatków (do sera widzę coś bardzo-bardzo gęstego). Smak... to doskonale przemyślana harmonia! Słodko, ale tak... szlachetnie i bogato. Palony karmel i wanilia, a zaraz tu całe mnóstwo paloności orzechów i kawy... Nienachalny, a wyraźny ser (jak charakterne żółte, żaden tam śmierdziel) połączono z cudownymi wiśniami. Dodatki wyszły zachwycająco świeżo, z solą nie przesadzono.
Z tego, co słyszałam, manchego podaje się do sherry (wzmocnione białe wino hiszpańskie) i... tak coś czuję, że wychodzi to w podobie do tej czekolady. Na pewno smacznie.


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $
kaloryczność: 471 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), ser manchego (pasteryzowane mleko owcze, kultury serowe, enzymy, sól, lizozym z białek jaj), suszone wiśnie (wiśnie, cukier trzcinowy, olej słonecznikowy), różowa sól himalajska 

niedziela, 28 lipca 2019

Zotter Nashido Whisky ciemna mleczna 50 % z kremem czekoladowym z whisky

Dobrze pamiętałam Zotter Scotch Whisky "Highland Harvest". Smakowała mi - o tak! - ale nie na tyle, bym jakoś wyjątkowo oszalała na jej punkcie. Podejrzewałam, że miniaturowa wersja Nashido wyjdzie podobnie, a pewnie nawet trochę gorzej, ale... "gorzej" nie znaczy, że nie pysznie. I tak jednak przeczuwałam coś smacznego.


Zotter Nashido Whisky to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana 30 % mousse'em czekoladowym na bazie mleka i ciemnej czekolady ze szkocką whisky Single Malt.

Po otwarciu rozczarowała się, trafiwszy na bardzo delikatny, prawie nieobecny zapach. Lekka gorzkawość, znikoma mleczność... nasiliły się dopiero po przełamaniu. Wtedy też poczułam charakterny, cukrowo-słodki i goryczkowaty alkohol. O tak, whisky.

Tabliczka łamiąc się pykała ze względu na grubą warstwę czekolady, bo krem był miękki i plastyczny.
Czekolada w ustach rozpływała się gładko-kremowo i tłusto w mleczny sposób.
Nadzienie okazało się jeszcze od niej tłustsze, ale już zupełnie w mleczno-śmietankowym, rzadkawym kontekście. Idealnie gładkie i tak plastyczne, że z łatwością się kulkowało. Rozpływało się szybko.

W smaku czekolada roztoczyła w ustach błogą, głęboką mleczność, podkreśloną wanilią. Karmelowa słodycz mieszała się z gorzkawo-orzechowym smakiem. Całość była nieco palona.

Na mlecznej fali wypłynęła silniejsza orzechowa goryczka. Podbiła ją nuta mocnego alkoholu. Nagle jego smak zaskarbił sobie scenę specyficznym, cukrowym charakterem. To ewidentnie whisky. Wpisała się w karmel, a orzechy przemodelowała w słodowość... nawet jakąś beczkowość czy coś. Czuć ten charakterek, mocno podcukrzony, ale jednak. Słód cudownie wymieszał się z goryczką kakao i ogromem mleka.

Końcówka zrobiła się bardziej mleczno-słodowa, silnie doprawiona alkoholem o cukrowo-karmelowym smaku. Wyszło to w pewien sposób szlachetnie, czemu dopomogła wanilia.

Po wszystkim pozostała lekka cierpkawość palonej czekolady, zbożowość i alkoholowość whisky w mlecznym otoczeniu.

Szlachetne zasłodzenie dla dorosłych - wcale nie takie słodkie, ale i nie takie bardzo poważne czy alkoholowo uderzające.

Z zaskoczeniem odkryłam, że smakowała mi bardziej niż Scotch Whisky "Highland Harvest". Tamta była dobra, nie powiem, ale brakowało mi w niej głębi. Ta Nashido z kolei... wyszła ciekawie. Mleko cudownie podkreśliło słód, jakoś... pasowało do Whisky. Silna słodycz w ogóle pasuje mi do whisky (Lindt Whisky jest tego dobrym przykładem), bo ona sama w sobie taka wręcz cukrowa mi się wydaje i każda "ambitniejsza" słodycz nadaje jej jakiegoś innego wydźwięku. Miłe zaskoczenie.


ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 68 g - cały zestaw - miks)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, whisky, syrop ryżowy, odtłuszczone mleko w proszku, masło, olej słonecznikowy, mleko, sproszkowana wanilia, sól, lecytyna sojowa

sobota, 27 lipca 2019

Hoja Verde Ecuador 66% Orange ciemna z Ekwadoru z pomarańczą

Sięgając po dziś prezentowaną tabliczkę trochę się obawiałam, że pomarańcza wyjdzie tak, jak cytryna w Roses + Lemon: zamiast podkreślić nutę naturalnie płynącą z czekolady, przygłuszyła ją. Kupując obstawiałam, że może to być propozycja równie soczysta, co np. marakujowa Pacari 60%, a i spodobała mi się zawartość kakao... ponieważ skupiłam się tylko na Roses + Lemon - jakoś umknął mi fakt, że ta ma go już mniej. W końcu już sama nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Hoja Verde Ecuador 66% Orange to ciemna czekolada o zawartości 66 % kakao Arriba z Ekwadoru z pomarańczą (olejkiem).

Gdy tylko rozcięłam sreberko, uderzył mnie zapach olejku pomarańczowego. Do jego goryczkowatej nuty dochodził również goryczkowato-cierpki grejpfrut. Ich połączenie wydało mi się odymione... i spowite wilgotną mgłą, w której krył się palony karmel i duszny zapach kwiaciarni.

Tabliczkę w dotyku odebrałam jako "naolejkowioną", ale nie tłustą. Trzaskała, jakby była bardzo, bardzo pełna.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, w średnim tempie, ale zachowując pierwotny kształt niemal do końca. Była bowiem bardzo gęsto-zbita, dość tłustawa. Opływała falami soczystości, trochę rzadkawo-smugowymi, ani trochę nie zalepiając.

W smaku od pierwszej chwili poczułam urokliwą słodycz, przez którą w głowie pojawiło mi się: "pomarańczowy karmel" (na takiej zasadzie jak jest karmel maślany... tak tu karmel pomarańczowy - karmelizowany olejek? nie wiem, jak to niby miało by być zrobione i jak smakować, ale no... to wyobrażenie). Na pewno taki miękko-gęsty i... wilgotny. Jak akcent zawilgoconych kwiatów w tle.

Po ustach szybko jednak rozeszła się całkiem silna gorzkość. Najpierw przebiła się nutą czarnej, wilgotnej ziemi, a potem... zawładnął nią dym. Zadymił karmel, podkreślił jego paloność. Zmieniło się to zaraz w skórzane meble (ogólnie w skórę, a więc także odzież itd.) w zadymionym, chłodnym wnętrzu... gdzie również wyczuwalna była wilgoć. Czyżby w pomieszczeniu tym ktoś zostawił parującą kawę?

Pobrzmiewająca od początku słodka "pomarańcza karmelowa" (karmelizowana pomarańcza?), upuściła więcej soczystości. Była olejkowo-goryczkowata jak chłodne, ślisko-miękkie galaretki (takie jak z ciastek typu Delicje), ale także bardzo słodka niczym dojrzały, soczysty owoc. To jednak również goryczka takiego całego owocu, a więc skórek i włókien...

...Cierpkie włókna mniej więcej w połowie rozpływania się mieszały się ze smakiem słodko-goryczkowatego grejpfruta. Oba cytrusy wchodziły w głęboko ziemistą strefę. Olejek trochę to spłycał, ale naturalna pomarańcza z nim walczyła. Cała gorzkość, dym i ziemistość podszeptywały suszoną pomarańczę. W kompozycji nie zabrakło bowiem prażonej nuty. Rozchodziła się od karmelu, przechodziła przez dym i kończyła... na suszkach pomarańczowych i orzechach. Orzechy w pewnym momencie wyszły bardzo wyraźnie. Nie było jednak "sucho" czy zbyt ciężko, bo pewna mokra, ale i zwiewna kwiatowość wciąż się kręciła tu i ówdzie.

Pod koniec zrobiło się bardziej słodko w sposób uroczy, jakby dla kontrastu. To znów maślano-pomarańczowy, delikatniusi karmel, pomarańcze w karmelu w połączeniu z orzechami - raczej też w karmelu. Wszystko osnute kwiatami... może w towarzystwie delikatnej kawy z pianką.

Po wszystkim pozostał posmak pomarańczowo-olejkowo-dymny; rześko-ciężki. To poczucie dodatkowo wzmocniły kwiaty / kwiaciarnia i chłodne, zadymiono-zawilgocone pomieszczenie. Wciąż było jednak także słodko w sposób karmelowy.

Całość okazała się bardzo niewymagająca. Jakby ktoś wziął głęboką czekoladę i uznał, że "jeszcze ktoś się utopi!" i zalał ją olejkiem. W efekcie wyszła smaczna czekolada z olejkiem, który w nią wszedł w miarę spójnie, ale przyćmił pewne wątki. Nadał jej toporności. Efekt był cytrusowo-goryczkowaty, a nie rześko-soczysty. Jej karmel... wyszedł bardzo przemodelowany. 
Gdyby tak jakoś porównać do wersji czystej... W odróżnieniu od Roses + Lemon, wyraźnie poczułam orzechy dzięki goryczce pomarańczy. Prawie zupełnie umknęła mi jednak kawa.

Czekolada mi smakowała, ale bez szału. Czuć w niej wyraźnie samą dobrą bazę, olejek się nie narzucał, bo wyszedł w sumie dość naturalnie, ale to nie porwało. Struktura niezbyt do mnie przemówiła.
Hoja Verde to marka warta uwagi, ale raczej jeśli o czyste chodzi. Szkoda, bo najpierw bardzo mi się spodobało, że w odróżnieniu od Pacari, Hoja Verde w przypadku smakowych propozycji nie obniża zawartości kakao, ale - jak widać - zależy od smaku i chyba to nie tyle pomysł / idea, co pójście na łatwiznę: mają już czekolady, dodają tylko olejki i zadowoleni...


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 14,99 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, organiczny olejek pomarańczowy

czwartek, 25 lipca 2019

Mirzam India 65 % Dark Chocolate ciemna z Indii

Ze wzgląd na moje zainteresowanie kosmosem, jakoś na oko zainteresowały mnie czekolady marki Mirzam, gdy zastanawiałam się, co ciekawego zamówić z zagranicznej strony z czekoladami. Piękne opakowania i nazwa, będąca również nazwą jednej z najjaśniejszych gwiazd konstelacji Wielkiego Psa, przyciągnęły mnie. Mojej uwadze nie uszły czekolady z dziwnymi dodatkami, ale ostatnimi czasy stawiam na dobrą czekoladę, często czystą, nie zaś na szalone / pokręcone dodatki. Sama marka jednak jest dziwna. To założona w 2016 w Dubaju wytwórnia czekolad artystycznych, zainspirowana handlem morskim na przełomie wieków między Europą a Azją, zwracająca uwagę na zbierane ręcznie ziarna z ciekawych regionów. Ta konkretna tabliczka wyjątkowo mnie zainteresowała nie tylko dlatego, że z Indii jadłam niewiele czekolad. To surowa Earth Loaf 72 % z Indii właśnie (wraz z kilkoma Morinami) dała początek mojej przygodzie z prawdziwą, ciemną czekoladą. Dzięki niej odkryłam, jak łatwo jest wyczuwać nuty w dobrej czekoladzie. To było wyjątkowe doświadczenie. Prawdę mówiąc, chciałam zamówić coś Earth Loaf, ale nie było dostępnej ani jednej.

Mirzam India 65 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Indii, ze stanu Tamil Nadu.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam wyraziście prażoną woń fistaszków i orzechów laskowych o bardzo ciepłym wydźwięku. Podkręciła go nuta wytrawniejszych, lekko pikantnych przypraw - do głowy przyszły mi jakieś "patyczkowe", między innymi fenkuł / kumin. Po chwili klimat wydał się wręcz drzewny, wciąż rozgrzany, a jednak w pewien sposób żywy (wilgotny?). Doszukałam się też słodko-ciepłej soczystości bananów i daktyli, ale również jakiś czerwonych, słodko-egzotycznych owoców.

Także kolor tabliczka miała ciepły, wręcz z rudawymi przebłyskami czekolady mlecznej. W dotyku suchawo-gładka, przy łamaniu zaś cudownie trzaskająca, jakby była pełna i... niczym właśnie jakieś żywe drzewa.
Przy wgryzaniu się miałam poczucie, że jest dziwnie twardo-miękkawa.
W ustach okazała się bardzo zwarta, zbita, acz rozpływała się z łatwością. Mimo że przypominała wręcz aksamitny krem, pojawił się w niej wodnisty motyw, przez który nie zalepiała. Było w niej coś lekko pylistego, niezbyt pożądanego (ale jakby hamującego wodnistość).

Od pierwszej chwili uderzyła mnie słodycz banana. Był to słodki banan w każdym możliwym wydaniu: banan czarny, banan surowy najzwyklejszy na świecie, soczysty nektar / sok bananowy i banan rodem z raw barów...

...o wręcz miodowym wydźwięku. Słodycz z czasem nabierała poważniejszego, choć wciąż słodko-soczystego wydźwięku za sprawą suszkowato-palonego, gorzkawego motywu. Do głowy przyszły mi świeżawo-podsuszone, wilgotne daktyle (jak Alesto z Lidla) o niemal miodowym smaku. Wszystko to skojarzyło mi się z przesłodzoną, acz zacnie korzenną masą makową, taką naturalnie lekko gorzkawą.
Ciepło i paloność przypomniały o prażonych orzechach, jednak to jeszcze nie był ich moment.

Z tła, w soczystości, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wymknęła się nibykwaskowata sugestia. Z bananów przemykało to po czymś żółto-cytrusowym, ale osadziło raczej w niejednoznacznej czerwieni. Jak słodki granat?

Ta ogólna soczystość, pewna pesteczkowość granatu popchnęła moje myśli ku "nasionowym" przyprawom. Nagle rozgrzały kompozycję jeszcze bardziej, pozwalając na debiut pewniejszej siebie gorzkawości. Oto poczułam drzewną, ciepłą gorzkość, jakby za mocne prażenie i goryczkowato-wytrawne przyprawy. Orzechy laskowe i arachidowe obracały się w towarzystwie korzenno-wytrawnych fenkułu i kminów-kuminów. Niemal chłodząco-anyżowy, fenkuł, pikatno-gorzkawy kumin czy... wręcz kawowy kmin rzymski? Normalnie cała paleta nietuzinkowych wschodnich przypraw z przypalono-wędzonymi ("prawie mięsnymi, bez smaku mięsa") zapędami. Wędzenie to nabrało dzięki owocom intrygująco soczystego charakteru.
Soczystość wtłoczona w ogrom esencjonalnej, acz owocowej, ("owocowo-miodowej") słodyczy pod koniec odciągała wydźwięk od zbytniej wytrawności. Było głęboko słodko, łagodnie i czekoladowo w orzechowym kontekście.

W posmaku pozostała słodycz bananów, a także ich soczystość, wymieszana z soczystością inną, ogólną, nieokreśloną. To także drzewa i mało wyraziste fistaszki, z czego pierwsze stanowiły tło dla przypraw, a drugie podkręcały tylko ciepło i prażenie (smak orzeszków chował się). Prażone, rozgrzewające przyprawy dodały charakteru korzennie-pikantnym motywem.

Niską gorzkość wynagrodziło intrygujące zestawienie przypraw. Brak kwasku, a jednak ogrom soczystości, mnóstwo słodyczy, a jednak nie przecukrzenie. Ta tabliczka dała naprawdę interesujący efekt. Zupełnie, jakby rządziła się innymi prawami niż reszta czekolad. Banany i orzechowo-drzewne wątki przewodziły cały czas jednostajnie, ale to ogrom korzenno-wytrawnych przypraw i skojarzenie z masą makową okazały się kluczowe i bardzo mocne.
Bardzo mi smakowała, ale była tak jednoznaczna w owoce i przyprawy, że aż... mało ciemnoczekoladowa (jak aromatyzowana!), więc traktuję ją jako przecudowną ciekawostkę.

Orientalna korzenność i nawet kolor tabliczki bardzo kojarzyły się z Zotter Labooko India 62 %, jednak Mirzam wyszła o wiele ciekawiej. Z Earth Loaf 72 % przyprawy wiążą ją o wiele mniej. Tu raczej podobne są "ciepło" (w EL raczej dym), a więc wędzenie i moc owoców. Earth Loaf skupiła się na czerwonych, z czego granat i tu się pojawił.


ocena: 9/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: 12.95 £ (za 70 g)
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

środa, 24 lipca 2019

Zotter Nashido Marc de Champagne ciemna 70 % z kremem czekoladowym z szampanem

Przy Zotter Champagne + Raspberries wyszło parę ciekawych rzeczy. Otóż nie jestem pewna, jak to w końcu jest z Zotterem i szampanem. Marc to co innego, więc "Marc z Szampanii" to nie szampan, ale w opisie czekolad Zottera jest, że dodaje trunek od Fleury, które to... destyluje szampana (?). Ale skoro destyluje się wino itp., a szampana nie... to ja już nie wiem. Wiem za to dwie rzeczy: 1) szampana nie lubię, 2) Champagne + Raspberries mi smakowała.


Zotter Nashido Marc de Champagne to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana 30 % mousse'em czekoladowym na bazie mleka i ciemnej czekolady z Marc de Champagne; w formie minitabliczek.
Jedna czekoladka ma 8,5g.

Po rozchyleniu papierka poczułam smakowitą woń ciemnej czekolady o palono-orzechowym wydźwięku, wzbogaconą o nutę kojarzącą się z konkretniejszym (wytrawnym?) białym winem (nie lubię białych win i szampanów, a marc nigdy nie piłam). Po przełamaniu pojawiła się nawet lekko owocowa rześkość.

Przy łamaniu tabliczka przyjemnie trzasnęła, mimo miękkiego nadzienia.
Czekolada rozpływała się w cudownie kremowy sposób, nadzienie zaś... również było kremowe, acz rzadsze i tłustsze w bardziej maślano-śmietankowy sposób od niej. Całość cechowała zalepiająca gęstość i lekko podsuszający efekt.

W smaku czekolada wydała mi się gorzko palona, lekko orzechowa i delikatnie palonokarmelowa.

Nadzienie w pierwszej chwili dodało łagodniejszego, maślano-mlecznego kopa. Dołożyła się do tego jego waniliowość. Do mieszaniny tej powoli dołączył alkohol. Wyszło to ciężko i bardzo słodko. Na myśl przyszedł mi likier.

Mniej więcej w połowie alkohol na chwilę wybił się ponad wszystko i zaczął słabnąć. Pojawiła się owocowa nutka, a nadzienie roztoczyło soczystość. Poczułam alkoholową sugestię jasnych winogron, a po chwili... słodziutkie truskawki? Coś słodko-owocowego na pewno. Wchodziło to w waniliowo-mleczną falę, więc nie było zbyt jednoznaczne.

Pod koniec palonokarmelowa, gorzka czekolada wymieszała się z alkoholem i otuliła owocową rześkość.

Po wszystkim w ustach pozostało poczucie suchawości wywołane pyłkowym kakao i alkoholem, a jednocześnie lekka soczystość. Na ustach czułam tłuszcz, choć nie było aż tak strasznie. Całość wyszła bowiem raczej śmietankowo.

Bardzo mi się to kojarzyło z Zotter Champagne + Raspberries, aczkolwiek trochę bardziej ubogą wersją. Nie wiem, jak smakuje ten konkretny dodany alkohol, ale mam wrażenie, że jego walory nadzienie malinowe podkręciło. To Nashido to chyba wciąż udana, przejrzysta kompozycja, ale trochę nudna.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 68 g - cały zestaw - miks)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, Marc de Champagne, mleko, syrop ryżowy, olej słonecznikowy, masło, pełne mleko w proszku, sól, odtłuszczone mleko w proszku, sól, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia

wtorek, 23 lipca 2019

Cachet Bio Organic 57 % Pineapple & Coconut ciemna z Tanzanii z ananasem i kokosem

Poszukując "ciemnej, smacznej, ale z dodatkami ciekawymi, acz ogólnie niewymagającej" czekolady, najpierw popatrzyłam na te z najkrótszymi datami na liście. Gdy tylko wzrok padł na tę, uśmiechnęłam się. Dobrze mieć takie sprawdzone marki jak Cachet. Dzisiaj przedstawiana wydała mi się interesująca nie tylko przez wzgląd na dodatki (te mi jakoś od razu przypomniały Zottera Pina Colada). Pochodziła z linii, z którą do czynienia jeszcze nie miałam, a której opakowania bardzo przypadły mi do gustu (w dotyku są aksamitne). Dopiero, gdy już ją na degustację upatrzyłam, pomyślałam, że w sumie ostatnio sporo kokosowych mi się skumulowało (kończyłam jeszcze Marabou Co-Co, a wisiały nade mną Heidi, strasząc zbliżającym się terminem i Wedel, samym swoim istnieniem). Ta była o tyle ciekawsza, że wyprodukowano ją z kakao z ciekawego regionu - Tanzanii. Dziwne, że o wiele więcej stamtąd robią plantacyjnych z dodatkami, niż czystych plantacyjnych (albo ja tak trafiam).

Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Pineapple & Coconut to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z Tanzanii z kokosem i ananasem.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, obezwładniła mnie soczystość. W dużej mierze należała do bardzo słodkiego, naturalnego ananasa, ale również do świeżo-"aromatowego" kokosa i wreszcie do soczyście-zawilgoconej czekoladowej bazy. Ta skojarzyła mi się z paloną kawą, "kawowymi fusami". Między kawą, a kokosem plątał się orzechowy wątek, zespajający ten bukiet zapachów, ogólnie kojarzący się trochę z likierem.

W dotyku tabliczka wydawała mi się pyliście-tłusta, ale przy łamaniu wydawała trzask idealny. Taki trochę chrupki z racji dodatków, wynikający z pożądanej twardości, nie przesadnie silnej.
Dodatków już na oko w przekroju było sporo i naprawdę ciężko o kęs bez nich.
Kremowa czekolada okazała się gładka i dość tłusta. Co za tym idzie, rozpływała się łatwo i w odpowiednim tempie, stopniowo odsłaniając dodatki.
Wiórki wyszły prażono-chrupiąco, acz z mocnym elementem świeżości, wręcz soczystości. Początkowo chrupkie, po przeżuwaniu wypuszczały soczystość i coraz bardziej jedynie trzeszczały. Nie memłały się, nie irytowały. To kokosa sypnięto zdecydowanie więcej.
Ananasa było malutko, a i jego wielkość też licha. Wyszedł jako szybko mięknące drobinki.

Gdy tylko zrobiłam pierwszy kęs, słodycz otworzyła przede mną drzwi do palonej krainy.
Szybko zaznaczyły się nuty słodkiego ananasa i kokosa. Wyszły smacznie, ale to ewidentnie aromaty, co jednak przełożyło się na skojarzenie... z likierem.

Słodycz na szczęście miała palony wydźwięk, który od początku współgrał z narastającą, paloną gorzkością. Oto palone ziarna kawy i zaparzona kawa, a więc rozgrzewający, ciepły klimat. Pierwsza połowa zdecydowanie należała do kawy! Nagle gorzkość zrobiła się zaskakująco silna (jak na tę zawartość), a ja poczułam nie tylko kawę, ale i charakterny słód. Osnuwał je dym.

Słód wydobył z dymu orzechy. Zaczęły zaskarbiać sobie coraz więcej miejsca. Zrobiło się jedynie gorzkawo, słodycz też zaczęła rosnąć. Całe to ciepło podkreśliło jej karmelowy wydźwięk. Do kawy dołączyła śmietanka.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ananas z posmaku zrobił się zdecydowanym smakiem, zespojonym ze słodyczą. Wmieszał się swoją kwaskowato-słodką soczystością w słodycz i gorzkawość. Nienachalnie podkręcił soczystość. Wydawało mi się, że za ananasem stoją jeszcze inne słodkie owoce egzotyczne. Słód i aromat skierowały ananasa ku jakiemuś drinkowi (pina colada czy coś tego typu).

Pobrzmiewający od początku kokos trafiwszy na orzechy, uczepił się ich. Jego smak zaczął wyraźnie się umacniać, gdy językiem trafiałam na wiórki. Z racji silnej słodyczy, i palono-rozgrzanego klimatu, wydały mi się lekko karmelizowane, kokos trochę... drinkowy ("malibu")? Ale także bardzo świeży i soczysty. Karmelizowano-świeży i "orzechowawy", dochodzący z wielu stron, a jednak nienachalny. Podkreślił śmietankowość, która zaczęła mi się kojarzyć z orzeźwiającą pina coladą albo lodami o jej smaku (w sumie nie jem / nie piję takich rzeczy, a to są wyobrażenia).

Na koniec kompozycja łagodniała. Zrobiło się bardzo rześko-soczyście, ale wciąż to czekolada odgrywała wiodącą rolę. Zaczęła mi się jednak z gorzkawej widzieć jako niemal śmietankowa. Podtrzymana paloność, kawowa gorzkawość i dodatki kokosa i ananasa podszeptywały likier.

Gdy bliżej końca zajęłam się rozgryzaniem dodatków, dużą część w ogóle zostawiając na moment, aż czekolada prawie zupełnie zniknie, ich smak okazał się bardzo wyrazisty i naturalny. Kokos wyszedł silniej od ananasa, bo ten to jedynie czynnik podkreślający rześko-soczyste owoce. Zespojony z orzechami, a jednak też "aromatowy". Ananas poniekąd wydawał się wypływać z czekolady.

Po zjedzeniu został posmak podkręconego ananasa i kokosa, które wchodziły w mocno słodką ciemną czekoladę z sugestiami soczystych, egzotycznych owoców. Wydawało się to oprószone suchawym kakao; orzechy pobrzmiewały i przy nim, i przy kokosie, nakręcając autentyczność.

Czekolada wyszła bardzo słodko, łagodnie, ale z charakterem "dla dorosłych". Dodatki to jedynie dodatki, pozwoliły samej czekoladzie zaprezentować się z jak najlepszej strony. Oprócz śmietanki napędzanej przez tłustawość i kokosa, czułam w niej cudowne, kawowo-palone i alkoholowe nuty. Wydawała się egzotycznie owocowa, abstrahując od ananasa, który w sumie chyba odegrał znikomą rolę. Kokos podkreślił orzechowość czekolady. Świetnie do niej pasował. Nuty aromatów wydobyły z kolei alkoholowość, same w sobie aż tak bardzo się nie narzucając. Były jednak wyraźne, choć to jakby... naturalne aromaty.
Moim jedynym większym zarzutem jest konsystencja: czekolada trochę za tłusta, a ananasa o wiele za mało (idzie go przeoczyć). Przynajmniej kokos świetny.

Wyszła kawowo-orzechowo-alkoholowo z owocową egzotyką jak Domori Morogoro Tanzania 70 %, Original Beans Cru Udzungwa 70 % with nibs (z tą nawet słodowość ją połączyła!) czy Pralus Tanzanie Forastero 75 %. Wprawdzie w Cachet owoce to tylko nuta, ale... to już może kwestia kakao i tłuszczu w proporcjach do cukru.

Bardzo mi smakowała, mimo że słodycz graniczyła między "do przyjęcia", a "za silna". Ogólny wydźwięk przypadł mi do gustu, lecz dodatku ananasa bardzo mi żal, bo jego struktura była przyjazna. Podoba mi się rozwiązanie, że mimo wyraźnego wyczuwania dodatków, rządzi i tak naprawdę dobra czekolada.


ocena: 8/10
kupiłam: Carrefour
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś tam mogłabym (tanio stacjonarnie znalazła?)

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, tarty kokos 5%, kawałki suszonego ananasa 1 %, lecytyna sojowa, naturalny aromat ananasowy, naturalny kokosowy aromat, aromaty naturalne

poniedziałek, 22 lipca 2019

Zotter Nashido Grappa ciemna 60 % z kremem czekoladowym z alkoholem grappa

Grappa kojarzy mi się z owocowo-alkoholowymi nadziewanymi propozycjami Zottera, które akurat właśnie źle wspominam, czyli: Orange WineLemon Curd + Orange LordSweet Greetings from Styria. Ok, to wciąż 6-7, ale gdy taką ocenę wystawiam marce, której wiele tabliczek ma 10/10 i jest moimi ulubionymi... to już trochę kiepsko. Owszem, grappa (jak podaje Wikipedia: "włoski napój alkoholowy, destylat przefermentowanych wytłoków i pestek winogron, odpadów z procesu produkcji wina") pojawiała się też w pysznych tabliczkach, jednak czuję, że nie smakowałaby mi jako alkohol tak po prostu. Grappa dodana do tej czekolady jest wytwarzana przez Gölles, a więc cenioną markę, z której octem Zotter ma przepyszną czekoladę - Goelles Apple Balsamico.


Zotter Nashido Grappa to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana 30 % mousse'em czekoladowym na bazie mleka i ciemnej czekolady ze styryjską grappą od Gölles; w formie minitabliczek.
Jedna czekoladka ma 8,5g.

Po otwarciu dobiegł do mnie zapach "rodzynkowo-słodkiego alkoholu" w otoczeniu mlecznym, a jednak dość kakaowo-czekoladowym. Po przełamaniu wydało mi się to wręcz cytrynowo soczyste.

Przy łamaniu niemal czarna tabliczka trzaskała, mimo bardzo miękkiego środka.
Czekolada rozpływała się łatwo, acz powoli, pozostawiając na podniebieniu gładko-zalepiające w kremowy sposób, smugi.
Miękkie, plastyczne nadzienie wydobywało się spod niej dość szybko i rozpuszczało się znacznie chętniej. Było bowiem śmietankowo tłuste, choć pozostawiało suchawy efekt ni kakao, ni alkoholu.

Czekolada nieco nasiąkła owocowo-alkoholowym wnętrzem, acz wyraźnie od pierwszej chwili podrzuciła mi mocno paloną gorzkawość. Ta jednak nie była bardzo silna, bo zmieszana z lekko karmelową słodyczą. Kojarzyła się trochę kawowo-cierpkawo.

Nadzienie podbijało słodycz, po czym odważniej wkraczało za sprawą nie za mocnego alkoholu. Popłynęła mleczna fala, mieszająca się z czekoladą, co wyszło jak czekolady śmietankowe. Po tej mleczności, alkohol przez moment wydał mi się... po prostu alkoholowy. Dość dosadny, ale mdły. Pojawiła się jednak przy nim silniejsza goryczka, czekoladowość zabrzmiała mocniej. Nutka owocowa wyszła jednoznacznie winogronowo, choć myślę tu o połączeniu słodko-soczystych, jasnych winogron z ich cierpkimi pestkami.

Alkohol wydał mi się bliżej końca cukrowo-likierowy, po czym rozszedł się w soczystej, acz przesłodzonej owocowości. Niczym jakieś... scukrzone rodzynki. Końcówka zrobiła się soczyście owocowa, choć ciężkawa. Słodycz weszła w cukrowo-waniliowy klimat, podkreślony mlekiem i cierpkością kakao.

Jako posmak pozostała cierpkawość kakao i winogronowo-rodzynkowego alkoholu. Wyszło to dość cukrowo, ale poważnie.

Całość wydała mi się wyważona pod względem tłustości i soczystości, a w smaku nudna. Mało ambitny alkohol wtłoczony w śmietankową czekoladę, z winogrono-rodzynkową nutą. Nie dla mnie, bo nie lubię owocowych alkoholi.

Mam jednak wrażenie, że to świetne wyeksponowanie smaku grappy. Ta cała winogronowość, rodzynkowość tego (potrafię sobie wyobrazić, że jakoś właśnie tak smakuje)... Alkohol dosadny, ale nie zagłuszający czekolady i określony. Uwierzę, że jak ktoś lubi owocowe alkohole, jest wielbicielem jasnych winogron (ja kocham granatowe, a jasne po prostu lubię - muszą jednak być bezpestkowe), to posmakuje mu to na 10.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 68 g - cały zestaw - miks)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, grappa, mleko, syrop ryżowy, pełne mleko w proszku, olej słonecznikowy, odtłuszczone mleko w proszku, śól, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia

sobota, 20 lipca 2019

Hoja Verde Ecuador 72% Roses + Lemon ciemna z Ekwadoru z różą i cytryną

Hoja Verde to bardzo niepozorne, a pyszne czekolady. Początkowo propozycje marki z dodatkami w ogóle mnie nie kręciły, jednak po pysznych Ecuador: 72 % i 80 %, gdy tylko zobaczyłam dzisiaj przedstawianą, wpadłam na to, że ich tabliczki z dodatkami kojarzą mi się z Pacari. Stało się jasne, że muszę, po prostu muszę ją mieć. Ciekawe połączenie, którego wspomniana ukochana marka nie ma. Zapragnęłam jej po prostu!
Wypadło, że miałam ją otworzyć dzień po Duffy's Cocoa Nibs & Ground Coffee, gdzie dodatek kawy zupełnie zdominował pyszną czekoladę i po części nibsy. Przez to nagle pojawiła się przerażająca myśl, że w przypadku tej podobnie może wyjść cytryna. Czy będzie cytryna, cytryna, długo nic i dopiero potem czekolada z różą? No ale... na szczęście te rozważania zaczęły się już po fakcie zakupu.

Hoja Verde Ecuador 72% Roses + Lemon to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Arriba z Ekwadoru z różą i cytryną.

Już przy otwieraniu poczułam intensywną woń róży. Dominowała bez dwóch zdań, racząc wizją wilgotnych, mięciutkich i żywych płatków róż. Zawierała w sobie również perfumowość, która podbita nutą dymu, wyszła trochę duszno.
Na ratunek przyszła cytryna ze swoją soczystą rześkością i lekką goryczką. Te wtapiały się w zawilgocono-ziemiste nuty. Prażony akcent podszeptywał, że mocny dodatek nie zagłuszy charakteru kakao.

Niemal czarna, lśniąca tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem, brzmiąc jakby była właśnie bardzo zawilgocona, choć zacnie twarda.
W ustach rozpływała się łatwo, acz nie za szybko. Zostawiała tłusto-kremowe smugi i wydawała się wilgotna. Kryła w sobie lekką pylistość, a mimo to prezentowała ogrom soczystości i wręcz wodnistości. Dzięki temu wyszła naprawdę orzeźwiająco i lekko, acz przez tę wodnistość nie uznałam tej struktury za cudowną, a za normalną.

Już w chwili robienia kęsa zaskoczyła mnie dość silną, smakowitą gorzkością prażonych, acz rozmokłych ziaren kawy. Prażono-palone, że aż osnute dymem. Czarne ziarna kawy... może takie fusiaste... jak ziemia. Dym... może wilgotna mgła, spowijający tę ziemię. Zrobiło się ziemiście.

Dosłownie z paro sekundowym opóźnieniem ruszyła też słodycz. Stonowana, wręcz przymglono-wilgotna. Najpierw należała do płatków róż, które szybko zrównały się z gorzkością. Różany smak pokazał się z najlepszej strony, nie zabijając czekolady.
Słodycz płynęła jakby falami - umacniała się, by po chwili puścić inne smaki przodem.

Wilgoć i soczystość dodatkowo podkręciła nuta cytryny, która pojawiła się nieco później. Zaczęła od goryczki aromatu, przeniknęła w ziemisto-dymną strefę, otarła się o różę. Przy niej na jaw wyszedł kwasek cytryny, choć słodycz go zrównoważyła. Niezbyt mocna cytryna zaleciała trochę skórką, wyłapałam przy niej też coś bardziej cytrusowo-goryczkowatego, po czym wmieszała się w dymno-kawowo-ziemistą toń.
Podkreśliła pieczono-prażoną nutę w tle, która przeszła w lekką spaleniznę. Dym na pewno temu dopomógł.

Te palono-dymne nuty bliżej końca wyciągnęły gdzieś z oddali bardziej karmelową słodycz, również nieprzesadzoną, o zgaszonym, poważnym wydźwięku. Mieszała się niemal z dusznymi różami, co wyszło tak... gęsto i perfumowo, ale smakowicie.

Dym, palone nuty i jednak obracająca się wokół nich goryczka cytryny sprawiły, że końcówka wyszła ziemiście kwaskowato. Słodko za sprawą "dymno-mglistych", perfumowych róż, gorzko-palono i goryczkowato, ciężko. Owszem, soczyście, ale ciężko... jak ciężkie są zawilgocone "kawowe fusy" na dnie opróżnionej już z tego napoju filiżanki.

Po wszystkim pozostał posmak ziemiście-palonej czekolady o wyrazistej gorzkości i cytrusowej soczystości oraz znacząca, acz nie silna słodycz. Smakowała różą - głównie perfumową, co dodatkowo podkreśliło poczucie, że cytrynę sztucznie podrasowano. O dziwo nie wyszło to negatywnie.

Całość wyszła pysznie, poważnie i zaskakująco gorzko. Owszem, słodycz była silna, ale ciężkie, różano-dymne nuty ją sobie podporządkowały. Mimo soczystości i kwasku ewidentnie cytrynowego smaku, nie było tu silnej kwaśności. Ogólnie cytryna wyszła raczej nienachalnie - szkoda, że i nie w pełni naturalnie. Na szczęście jednak olejki nie zagłuszyły pysznej, dymno-ziemistej czekolady z nutami kawy i cytrusów.
Czuć w niej wiele z Hoja Verde Ecuador 72%: dym, paloność / pieczoność, fusiasto-ziemistą kawę, ale i cytrusy. Te ostatnie wymieszały się jednak z dodatkiem, co przedstawiało się spójnie, a słodyczy dodatek róż nadał zupełnie innego wydźwięku (w czystej mieszając się z kakao zaserwowała wiele nut słodkich owoców, ale na zastąpienie ich różą nie narzekam).

Smakowała mi, a jakże! Mam jednak wrażenie, że olejek cytrynowy niepotrzebnie przyćmił cytrusowe nuty naturalnie płynące z kakao. Myślałam, że może je podkręci, ale... jakoś nie.
Uważam, że to czekolada warta spróbowania, acz nie taka, by do niej wracać i nie dla wszystkich. Mimo rześkości i soczystości, wyszła ciężko-dusznie. Mi to odpowiadało dzięki harmonii z dymem, ale nie każdemu może. Czuć olejkowość, mimo że nie przesadzoną - mi to odpowiadało w przypadku róży (lubię olejek różany), a w przypadku cytryny po prostu nie przeszkadzało. Gdyby właśnie kwestia cytryny była bardziej dograna, bez dwóch zdań zmrużyłabym oko na strukturę (bo też nie doszukałam się aż takich wad, by trzeba było aż zamykać na coś oko) byłoby 10.


ocena: 9/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 14,99 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, olejek różany, olejek cytrynowy