wtorek, 10 września 2019

Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % ciemna

Ostatnimi czasy doszłam do wniosku, że niespecjalnie cieszą mnie wszelkie nadziewane tabliczki, bo za mało mi czekolady w czekoladzie. Mleczne często są po prostu za cukrowe. Na szczęście wciąż, mimo że oczywiście najwięcej przyjemności sprawiają mi te degustacyjne single-origin, to potrafią cieszyć mnie tabliczki zwykłe. Zwykłe, ale te smaczne oczywiście. Przy tej ilości czekolady, jaką jem, ograniczając się do tych najlepszych, zbankrutowałabym i... no cóż, przyjemności trzeba sobie dozować. Właśnie dlatego poszukuję w sklepach względnie lepszych, ale w gruncie rzeczy zwykłych, tabliczek. Postanowiłam dać szansę także propozycji Aldiego, która wydała mi się jakaś taka inna.
Stoi za nią szwajcarski producent Chocolats Halba, który ma fajne motto, po angielsku będące grą słów odnoszącą się do Fairtrade, że chce być najlepszym i najsprawiedliwszym (ang. fairest) producentem ze swojego kraju. Mimo że marka istnieje od 1933, pierwsze o nich słyszę.

Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao, produkowana przez Chocolats Halba.

Po rozerwaniu złotka poczułam głęboko gorzki zapach wilgotnej, czarnej ziemi i kawy. Rozpościerało się nad tym ciepło prażonych orzechów skąpanych w słodyczy mocno palonego karmelu i bardzo ciemnego miodu. Było to dosadne, a jednocześnie zestawione ze zniewalającą soczystością, wręcz odrobinę kwaskowatą. Wyraźnie czułam śliwki i jakieś żółte owoce... śliwki i brzoskwinie? Oczami wyobraźni ujrzałam mnóstwo "owoców-kulek" (czy to winogrona, czy już bardziej jędrne rodzynki, czy jakieś inne świeże, bliżej nieokreślone).

Idealnie pasowało to do wyglądu przepięknej, grubej tabliczki o soczystym, ciemnym odcieniu.
Łamała się wydając dźwięk z pogranicza trzasku i chrupnięcia. Jej przekrój sugerował coś zwartego.
W ustach rozpływała się z łatwością, acz powoli. Początkowo przypominała chropowatą glinkę, opływającą trochę zbyt wodnistymi smugami, które z czasem stawały się boskimi falami soku - jakby świeżo wyciskanego z owoców. Później chropowatość przechodziła w lekką trzeszczącą pylistość.

Od pierwszego kęsa po ustach rozchodziła się wyrazista gorzkość kawy i wilgotnej ziemi. Zalewało je również tsunami soczystych, słodko-kwaskowatych owoców. Ziemiście-soczysta kawa przewodziła bez dwóch zdań, toteż nie bała się dopuścić do siebie słodyczy.

Ta przemknęła za sprawą prażenia, pobrzmiewającego prażonymi orzechami, po czym uplasowała się w goryczkowatym, palonym karmelu i goryczkowatym, bardzo ciemnym miodzie. Ciepło od nich bijące zasugerowało mi jakieś suszone, ale soczyste owoce. Kwaskawe rodzynki? Po chwili jednak stało się jasne, że soczystość jest za silna na suszone.

Soczysty smak, podrasowany ziemistą nutą, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wspiął się na wyżyny. Oczami wyobraźni zobaczyłam żółte, kwaskowato-słodkie mirabelki i większe, soczyście słodkie japonki. Pojawiła się cierpkość jeżyn i fioletowych winogron, których część wraz z rozpływaniem się kawałka jakby ususzyła się, przybierając postać rodzynek - teraz już bezsprzecznie. Rodzynko-winogrona zawarły w sobie zarówno słodycz, kwasek, jak i cierpkość. Chyba wyłapałam też niezbyt dojrzałe brzoskwinie.

Ogrom soczystości wsiąknął w ziemię, w którą wgniecione zostały nie tylko świeże, pełne smaku śliwki i inne owoce, ale również naturalnie gorzkawe orzechy laskowe. Wszystko to zalała gorzka kawa.

Pod koniec soczysta gorzkość ziemi i kawy wirowała ze słodko-kwaskowatymi śliwkami, rodzynko-winogronami i... znów zaczęła flirt z goryczkowato-palonym miodem. Wydawało się, że swoim szlachetnym smakiem niemal zadrapał w gardle.

W posmaku pozostała cudownie głęboka, soczysta ziemistość i gorzka, a jednocześnie rześka kawa wraz z intensywną soczystością kwaśno-cierpkawych owoców.

Ta czekolada... Wbiła mnie w ziemię. Uderzyła tyloma wyrazistymi nutami, była tak wielopoziomowa... że aż trudno w to uwierzyć. Wyraziście gorzka w sposób ziemiście-kawowy, z pazurkiem, a jednocześnie lekka dzięki owocowej soczystości. Nie brak jej kwaśności i cierpkości, na którą złożyły się owoce i cały ogrom wykwintnej słodyczy goryczkowatego miodu i karmelu. Wielopoziomowa, bogata, a jednocześnie przystępna. Zaserwowała mi właściwie owoce, które spodziewałam się poczuć w jedzonej niedługo przed nią Zotter Labooko Nicaragua Sail Shipped Cocoa 70 %. Zakochałam się w niej. Spokojnie trafiła na listę tych naj-naj (obok np. Idilio Origins, Akesson's itp.), a niedługo po jej zjedzeniu pojechałam zrobić zapas. Swoją drogą, w nową linię wchodzą inaczej wyglądające tabliczki (z podziałem na kostki), ale smak jest ten sam.


ocena: 10/10
kupiłam: Aldi
cena: 6,99 zł
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

 --------------
Jako że czekoladę odkryłam w marcu 2019, zdążyłam wrócić do niej już wielokrotnie (nie zliczę, ile razy dokładnie). Jakoś w kwietniu zaczęły się pojawiać tabliczki z podziałem na kostki.

Jeden jedyny raz w kwietniu trafiłam na tabliczkę zatytułowaną "Okologisk Mork Chokolade" (ale producent ten sam) i miała datę do czerwca 2019 (jakiś dinozaur chyba, bo wszystkie inne, jakie kupowałam to 2020-21). Ta jednak różniła się także kalorycznością (601kcal/100g). Kupiłam z ciekawości.

Na oko wydała mi się bardziej matowa, nie tak soczyście lśniąca. Pachniała trochę bardziej kawowo.

Największą różnicę odkryłam w konsystencji, bowiem była aksamitnie kremowa. Gęsta i soczysta, ale gładsza.

Także smak wydał mi się bardziej kremowy, nieco mniej intensywny, a odrobinkę bardziej stonowany, choć wrażenia mogła nasilać struktura. Miałam wrażenie, że w tej tabliczce większą rolę odegrała gorzka kawa. Soczystość słodko-kwaśnych owoców również była obłędna, ale aż tak się nie rozpychała.

Z racji przeżartej ilości tamtych, a także tego, że bezpośrednio zestawiłam wszystkie trzy (taką jak recenzowana, z podziałem na kostki i tę), wyłapałam te drobne różnice, ale myślę, że ogólnie były tak znikome, że można je uznać za bez znaczenia, na pewno nie "lepsze czy gorsze". Rzecz leży w kremowości. Hm, osobiście wolę te Dunkle. Obstawiam, że podnieśli zawartość miazgi kakaowej kosztem tłuszczu (co zmniejszyło nieco kremowość). Dobrze, że choć raz producent zmienił coś naprawdę na lepsze (według mnie, bo ta szorstkość Dunkle wydaje mi się "z pazurkiem").

6 komentarzy:

  1. Nie spodziewałam się, że taka czysta, zwykła i niedroga czekolada z Aldi może zgarnąć dychę. Musi być naprawdę pyszna :o :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego? Przecież nie raz i nie dwa tańsze czekolady też miały 9 czy 10.
      Ta jednak była zjawiskowa.

      Usuń
  2. Gdybym kiedyś znalazł jakieś Aldi, to na pewno kupię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! Tyle już tego przejadlam, a dalej nie mogę uwierzyć, że jest aż tak pyszna.

      Usuń
  3. Wstęp - mam dokładnie tak samo, tylko trzeba zamienić czyste czekolady z nadziewanymi ;) Albo w ogóle pójść szerzej i napisać o dualizmie słodycze wyrafinowane vs. plebejskie.

    Na ogół mam problem z opisywaną przez Ciebie ziemistością, bo choćbyś mi tłumaczyła milion razy, nie zrozumiem, póki nie odnotuję jej sama. Mniejsza o to. Miałam napisać, że przeważnie mnie zniechęca, ale nie tu. Może chodzi o to, że jest łagodna i bez innych dziwnych nut? Kawę lubię, śliwki też, rodzynki akceptuję. Miód, o ile jest tylko 'nutą domysłu', wcale mi nie przeszkadza. Myślę też, że znaczenie ma miejsce zakupu. Aldi mam blisko domu i traktuję już jako market "udomowiony", bezpieczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kup ją proszę, zrób to dla mnie. To jest właśnie ta moja ziemistość - będziesz wreszcie wiedziała, o co mi chodzi. I wierzę, że naprawdę i Tobie posmakuje.

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)