czwartek, 31 października 2019

Ehrmann Grand Dessert Double Choc

Producenci wszystko zmieniają, ale nie uważam, by był to problem naszych czasów. Obstawiam, że zmieniają od... zawsze. I niektórzy zmieniają pewnie produkując na dany kraj, inni pewnie trochę inaczej robią pod swoje logo, inaczej incognito. Ot, ostatnio stoicko jakoś do tego podchodzą. Tak się jednak zastanowiłam, że chyba nigdy nie jadłam odpowiednika Desselli spod oryginalnego, pełnoprawnego szyldu Ehrmanna. Postanowiłam to zmienić, mimo że jakoś ostatnio właśnie spożywczo wydaję się sobie "dojrzalsza sobą" i takie desery mnie już po prostu... Nie obchodzą. Chciałam jednak skompletować smaki serii na blogu. Żeby właśnie swoją ewolucję zaznaczyć.

Ehrmann Grand Dessert Double Choc to "deser mleczny czekoladowy z bitą śmietanką o smaku czekoladowym". 

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach czekolady i kakao. Był słodki, ale zaskakująco nisko.

Proporcje śmietanki do budyniu wydały mi się świetnie trafione. Żadnej części bowiem nie poskąpiono, ale śmietanki nie dali na tyle dużo, by miała przytłoczyć (nie ma tego uczucia zatłuszczenia zanim dojdzie się do zasadniczej części). Osobiście nie lubię bitej śmietany, a nawet do tej Ehrmanna podchodzę z rezerwą, więc to opcja bezpieczna. Jednocześnie nie można narzekać, że za mało.

Co więcej, śmietankę Ehrmanna cechuje jakość. Nie ma problemu z utrzymaniem swej formy. Owszem była tłusta, ale zarazem lekka i odpowiednio napowietrzona.
Skrywała budyń o konsystencji bardzo gęstej i kremowo gładkiej, choć z lekko pylistą sugestią. Śmietankowej, ale nie nadto tłustej. To nie glut, a minimalnie glutowaty budyń, trzymający się kubeczka.

W smaku śmietanka, mimo oczywiście swojej własnej delikatnej słodyczy i śmietankowości, zaserwowała mi całkiem wyraziste, cierpkawe kakao. Nie gorzkie czy głębokie, ale smakowite.

To doskonałe preludium do smaku budyniu. W nim czuć pełnię smaku śmietankowej bazy, a choć mleczność za jej sprawą odegrała dużą rolę, czekoladowość kierowała się ku takiej "kakałkowej", choć wciąż mlecznej. Powiedziałabym że jak czekolada śmietankowa o podwyższonej zawartości kakao, bo je czuć. W deserze nie uświadczyłam oczywiście cienia gorzkości, a sowicie czekoladowy smak. Słodycz od początku była dość silna, choć rozłożona odpowiednio (tak w miarę obiektywnie, jak na taki deser). Niestety jednak miałam wrażenie, że pobrzmiewała w niej pewna sztuczność.

Po zjedzeniu pozostało poczucie naprawdę silnej słodyczy i posmak mlecznej czekolady... niestety jednak właśnie z nutką chemii.

Deser uważam za bardzo dobry, prawdopodobnie jeden z najlepszych w swojej kategorii, jednak nie w pełni satysfakcjonujący mnie. Wydawał mi się jakoś tak... mniej ewidentnie czekoladowy, mlecznoczekoladowy niż Dessella z Biedry, co nawet nie jest jeszcze zarzutem. W tym doszukałam się pewnej sztuczności (obstawiam syrop g-f), ale wątpię, by Dessella była lepsza pod tym względem. Ja się chyba po prostu wyczuliłam.
Całościowo jednak? Super, że nawet mi śmietanka smakowała. Ocena... to taka deserowa ocena, biorę pod uwagę rynek, mimo że znawcą tematu nie jestem.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 1,99 zł
kaloryczność: 119 kcal / 100 g; porcja 190g - 226 kcal
czy kupię znów: nie wykluczam, jeśli kiedyś miałabym kaprys na coś takiego

Skład: mleko odtłuszczone, 20% śmietanka, serwatka, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, skrobia modyfikowana, 1,7% kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, 1% czekolada (cukier, kakao w proszku, tłuszcz kakaowy), substancje zagęszczające: karagen, guma guar, żelatyna wołowa; emulgator: E472b. aromat

środa, 30 października 2019

Lindt Macarons Pistazie mleczna ze śmietankowym nadzieniem pistacjowo-migdałowym z kawałkami cukierniczymi i migdałami

Kupowanie paru smaków z danej serii od razu ma pewien minus: gdy okazuje się dziadowska, człowiek kończy z tabliczkami, na które nie ma ochoty. Tak właśnie było z makaronikowymi Lindtami. O ile truskawkowa Creation Les Macarons Fraise wyszła intrygująco, tak cytrynowa była kiepska. Jakoś nie pomyślałam, że duża ilość nadzienia, ujawni to, jak jest kiepskie. Mimo makaronikowości (jak ja nie cierpię takich rzeczy!), i cytryna, i dzisiaj opisywany smak wydały mi się kuszące, ale o tym rozpisałam się już przy Macarons Zitrone, a nie chcę się powtarzać. Niestety, jednak makaroniki jednak swoje zrobiły. Tu już nawet pistacje nie pomogły, czułam, że dobrze nie będzie.

Lindt Macarons Pistazie to mleczna czekolada nadziewana pistacjowo-śmietankowym kremem (30%) z kawałkami wyrobu cukierniczego (2%) i prażonych migdałów (3%); inspirowana makaronikami.
Od razu zaznaczam, że to moje własne tłumaczenie z niemieckiego. "Gebäckstücken" można tłumaczyć jako "kawałki ciasta / ciastek", ale patrząc na skład i angielskie tłumaczenie (fine pastry pieces), czuję, że mam rację.

Po otwarciu poczułam głęboką woń mleka (płynącą od bardzo słodkiej mlecznej czekolady) i wyrazistego, pistacjowego marcepanu. Zapach migdałów nasilił się przy dzieleniu i smakowicie mieszał się z mlekiem.

Tabliczka wydała mi się dość konkretna; nadzienie także. Nie pożałowano żadnej z części, ale w pierwszej chwili chrupiących dodatków zbytnio nie dostrzegłam.
Dopiero w ustach wszystko się rozjaśniło. Czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, w gęsty, tłusto-kremowy sposób. Odsłaniała również gęsto-tłuste nadzienie, acz szybciej rozpływające się od niej. Cechowała je lekka oleistość, ale i wciąż pewna kremowość. Byłoby gładkie, gdyby nie... mnóstwo zatopionych w nim kawałków: od drobinek po całkiem spore. Trafiłam na ledwie kilka chrupiąco-świeżych kawałeczków migdałów, a przyjemność z jedzenia odebrała mi ogromna ilość rozpuszczających się, trzeszcząco-chrupiących grudek jakby z cukru pudru. Były na swój sposób lekkie... Obstawiam, że jak beza, ale ten twór jest mi dość obcy (i nienawidzony). Paskudztwo.

Sama czekolada roztoczyła po ustach głęboki, intensywny smak mleka i silną słodycz, ale także zaskakująco wyraźną nutkę kakao (mam wrażenie, że na zasadzie kontrastu nadzienie jakoś je podkreśliło).

Krem dochodził do głosu za sprawą wzmagającej się mlecznej fali, do której dołączył akcent oleju palmowego. Zaplątał się, potem jakoś schował. Mleko i śmietanka o bardzo słodkim smaku pomogły rozejść się smakowi migdałów. Mignęła mi przy tym sztuczność. Mleczno-migdałowa mieszanka była błogo słodka, początkowo wręcz dziecięca, ale po chwili pojawiła się nutka lekko marcepanowa. Zaraz za nią chowały się pistacje. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaskakująco wyraźnie wyczuwalne, na jakiś czas zrównały się z migdałami. Nadzienie nie miało wprawdzie niezwykle intensywnego smaku, ale zaliczyłabym je do tych "przyjemniejszych", mimo że nakręcone aromatami. Potem jednak cały czas rosnąca słodycz bardziej zwróciła na siebie uwagę.

Przy odsłaniających się dodatkach to właśnie słodycz rosła gwałtownie. Był to przede wszystkim cukier puder, ale i po prostu cukier. Co więcej, doszukałam się też takiej "sztucznej słodyczy". Okropne chrupiące bryłki cukru dominowały, zarówno gdy się rozpuszczały, jak i kiedy próbowałam się ich jak najszybciej pozbyć, rozgryzając. Migdały plączące się w ich pobliżu, rozgryzione, oczywiście uwypukliły swój smak. Świeże i dobre, ale z racji ilości, przegrywające pod naporem cukru.

Po zastrzyku słodyczy i delikatnym, mlecznym smaku nadzienia, czekolada wydała mi się bardziej kakaowa, ale i tak pod koniec było już za słodko i tyle. Wszelkie sztucznawo-oleiste nuty też ponownie się wychyliły.

W posmaku pozostały właśnie one oraz mieszanina migdałów i mleka, ale tym, co najbardziej zwróciło moją uwagę było cukropudrowe przesłodzenie, a także tłuszcz na ustach. Gdybym nie wiedziała, miałabym wątpliwości, czy było w tym coś pistacjowego. Lekko migdałowego owszem.

Gdyby nie dodatek kawałków cukru, całość byłaby całkiem w porządku. Może nudna i nie jakoś specjalnie wyrazista, ale na pewno nie odrzucająca (a po prostu przesłodzona i tłusta). Migdałowo-mleczno-pistacjowe nadzienie, by nie być tak mdłym, potrzebuje migdałów i pistacji, a nie cukru. Co dziwne, wcale nie wyszło to tak marcepanowo (nie dość, że migdały są w składzie, to pistacjowe słodycze mają tendencje do udawania marcepanu). Przez te chrupacze, gdy tylko kawałek rozpuścił mi się w ustach do połowy, reszty chciałam się z nich pozbyć. Nie pomagało to też w zrobieniu kolejnego kęsa, bo wcale nie widziało mi się chrupać cukier.

Bez przekonania zjadłam dwie kostki, po czym oddałam Mamie. Jej smakowała, ale umiarkowanie (tak się wyraziła, acz nie wiem, skoro 8 kostek, jakie jej dałam, zniknęły w mniej niż pół godziny i to w dniu, w którym zjadła już Freihofer Gourmet Blaubeer-Cassis). To znaczy: zachwyciła ją mleczna czekolada i smakowały "te fajne chrupiące" (Mama uwielbia wszelkie bezy, makaroniki itp.), nie było jej za słodko czy za tłusto, ale doszła do wniosku, że utwierdziła się, iż niezbyt podchodzą jej nadzienia orzechowe, pistacjowe, migdałowe itp. (woli je chrupać - same lub jako dodatek). Przebąkiwała też o dziwnym wrażeniu "czy to na żołądku, czy prawie zgaga" - ma problemy z żołądkiem, to fakt, ale zawsze słyszę podobne teksty, gdy zje coś z dużą ilością oleju palmowego. Taak, nawet jej organizm go tutaj wyłapał.
Lepsza od cytrynowej tylko w kwestii, że tu nie było niczego tak cukierkowego, ale ogólnie

reprezentują raczej ten sam poziom. Oceny te same, bo tu cukier był po prostu cukrem, tam cukrem cytrynowym (a to zawsze trochę lepiej).


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, olej palmowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, śmietanka w proszku 3%, migdały, pistacje 1,5%, lecytyna sojowa, aromaty, skrobia pszenna, sól, naturalny aromat, białko mleka

wtorek, 29 października 2019

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Blaubeer-Cassis biała z nadzieniem z jagód i czarnych porzeczek, udekorowana suszonymi jagodami

Do tej czekoladko-czekolady nie mogłam się zmobilizować. Kupiłam, bo w złym humorze kupowałam całą serię, a także dlatego, że jakoś w miarę miło skojarzyła mi się z Mount momami / Exquisit Duet Chocolate white with yogurt & forest fruits. Co więcej, w czym by nie był krem z czarnych porzeczek, wydaje mi się atrakcyjny. Niestety jednak po drodze trafiła mi się niesatysfakcjonująca Zotter Nashido Currant / Johannisbeer, po której zaczęło mi się to widzieć... nie najlepiej. Jakoś jednak w końcu otworzyłam, bo akurat przyjechał tata, który to lubi białą czekoladę i słodycze, które można tak szybko wrzucić do ust i pogryźć.

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Blaubeer-Cassis to biała czekolada z nadzieniem z borówek amerykańskich / jagód i czarnych porzeczek (26%), udekorowana suszonymi jagodami (2%).

Po otwarciu poczułam intensywny, tylko trochę podkręcony, zapach jagód: od świeżych i słodkich, przez kwaskawe suszone po słodziuteńko-konfiturowate. Zaznaczyły się na wyrazistej śmietance.

Czekoladki okazały się zaskakująco twardawe. Warstwa czekolady była gruba i właśnie twarda w stosunku do nadzienia, będącego rzadkim żelem. Tak ogółem jednak uginała się przy krojeniu czy gryzieniu. Nadzienia o strukturze zglutowanego dżemo-żelu, który bardzo się ciągnął i lepił nie pożałowano. Niegładki, z mikroskopijnymi drobinkami, nie był zbyt spójny z czekoladą.
W ustach czekolada rozpływała się powoli z racji gęstości i zbitości. Przypominała tym samym grudkę masła, choć nie była tak bardzo tłusta, a nawet w pewien sposób suchawa. Trochę podchodziła pod plastik, gładki i pozostawiający smugi jak niektóre ciemne.
Szybko ujawniała wnętrze, które początkowo w ustach zachowywało pewną zwartość, po czym prędko rozpływało się. Niby jak sok... ale właśnie soczystości mu brak. To taka żelowa konfitura z cukru, zagęszczonego owocami (a nie odwrotnie).
Suszone jagody z kolei początkowo to suche trupy, potem nieco miękły i upuszczały soczystość, ale bez szału.

W smaku sama czekolada zaserwowała sporo słodyczy, ale jej bazą okazał się duszno-ciężki smak masła i mleka. To drugie pobrzmiewało mlekiem w proszku. Taka przeciętna, nie mocno słodka, biała czekolada. Bez wyrazu, ale i bez wielkich wad.

Nadzienie podbijało słodycz. To przede wszystkim słodycz cukierkowo-sztuczna i cukrowa. Dopiero po tym czułam słodkie jagody... a właściwie jagodowy dżem / konfiturę. Z czasem, gdy nadzienie zaczynało już odlepiać się od czekolady i rozpuszczać, upuściło odrobinkę kwasku owoców. Jagódkowato-cytrusowych. Czarnej porzeczki prawie nie czułam (odległa namiastka równie dobrze mogła być wyimaginowana). Kwasek szybko zanikał w ogólnej słodyczy.

Suszone jagody nawet nie próbowały o niego zawalczyć, ponieważ same były głównie słodkie. W ich przypadku to jednak nie wada, gdyż reprezentowały słodycz czysto owocową.

Słodycz wpisała się w konwencję dusznego smaku bez wyrazu, bo i ona była dziwnie mdła. Silna i irytująca, niezbyt spójnie mieszająca się pod koniec z mdłym masłem i mlekiem.

W posmaku pozostały jagody suszone i cukrowo-cukierkowo-konfiturowe, maślano-mleczna czekolada i poczucie przesłodzenia... dziwnie sztucznego.

Całość wyszła bez wyrazu, nudno. Nijaka biała czekolada i tylko tyle że słodkie nadzienie, słodka posypka... Owszem, czuć jagody, ale czarna porzeczka umknęła zupełnie.
Jestem pewna, że gdyby zamiast suszonych jagód, dodali suszone czarne porzeczki, całość nabrałaby charakteru. Szkoda też, że cukrem i syropem g-f prawie do zera osłabili soczystość.
Bałam się, że z racji porzeczki i potencjalnego podkręcania cytryną może wyjść zbyt kontrastowo cukrowo-kwaśno, a wyszło... nawet nie tyle cukrowo, co sztucznie-słodko i nijako, ciężko. To zdecydowanie najgorsza propozycja z serii, choć jednocześnie nie było w niej nic szczególnie odrzucającego. Zjadłam jedną czekoladkę, ale nie trafiając na nic ciekawego, a już zwłaszcza na porzeczki, a tylko na irytującą sztucznie-cukierkową słodycz i maślaną ciężkość, oddałam Mamie. Bez specjalnego obrzydzenia, bez jakichkolwiek uczuć. Gdyby nie obiecywali porzeczki, 6 bym dała (choć gdyby nie porzeczka, nie kupiłabym).
Mamie smakowały (te ponad 100 gramów, jakie jej wpadły w moment zjadła na raz - ja bym chyba padła, mimo że też lubię zjeść sobie 100g czekolady - jednak nie takiej!), ale to bo ona uwielbia wszelkie słodkie, jagodowe rzeczy (np. odkąd weszła, mogłaby dzień w dzień jeść Jogobellę Panna Cottę jagodową). Przyznała mi rację, że środek mógłby być wyrazistszy w smak owoców oraz, że czarnej porzeczki nie czuć. Uznała, że z porzeczką "to w ogóle mogłoby być pyszne".


ocena: 5/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 115g)
kaloryczność: 470 kcal / 100 g; 1 sztuka (ok. 10g) - 45 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, przecier z borówek amerykańskich 7%, substancja utrzymująca wilgoć: gliceryna; przecier z czarnych porzeczek 3%, suszone jagody, lecytyna sojowa, aromat, regulatory kwasowości (kwas cytrynowy, cytryniany sodu), substancja żelująca: pektyny

poniedziałek, 28 października 2019

Duffy's Nicaragua Juno 70 % ciemna z Nikaragui

Ciągle wydaje mi się, że przejadłam za mało czekolad z Nikaragui, by jednoznacznie się o nich jakoś opowiedzieć. Ciągle a to ciemne mleczne, a to intrygujący, dziwnie "słonowodny" Zotter z żaglowca... Kakao stamtąd samo w sobie widzi mi się jako łagodne, mlecznawe... ale może to kwestia kompozycji i wykonania? Chociaż... skoro nawet charakterna Manufaktura Czekolady (Chuno Nikaragua 70 %) wyszła delikatnie... może to kakao? Nie uważam, by delikatne oznaczało "złe" - o nie! Po prostu zastanawiałam się. Jedna z moich najukochańszych marek, Duffy's, przyzwyczaiła mnie do wyrazistości, więc gdy tylko dowiedziałam się o limitowanej tabliczce z ziarna tego samego podgatunku, co Manufaktury (Chuno), w dodatku z farm Xoco (wszystkie 3 tabliczki, jakie jadłam z kakao od nich, mają 10/10), olałam koszta i zdecydowałam się na zamówienie z Cocoa Runners. Jak szaleć, to szaleć!

Duffy's Nicaragua Juno  70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao criollo Chuno z Nikaragui z południowych regionów rzeki  Managua, z farm należących do Xoco. Ziarna użyte do produkcji tej czekolady leżakowały 3 miesiące.

Gdy tylko rozchyliłam pazłotko, poczułam żywy, roślinnie wilgotny zapach o takiej głębi, że po prostu zaczęłam w nim tonąć. Oto drzewa porośnięte mchem, cały las iglasty, wilgotna ściółka i ciemna ziemia - wszystko to zaraz po deszczu. Wydźwięk zdecydowanie poważny, acz z zarysowanymi nutami słodką i owocową. Im też nie brakowało pewnego konkretu. Znikome, niejednoznaczne owoce w pierwszej chwili przywiodły na myśl jeżyny / wiśnie w śmietanowym jogurcie, ale i... morele? Przy kontakcie z tabliczką później doszła też niemal miodowa słodycz, jednak... zbyt roślinna na miód. Wskazałabym raczej podkwaszono-słodkie suszone figi.

Przy łamaniu lśniąca i ciemna tabliczka trzaskała ładnie, ale mimo twardości, było w niej coś jakby pozornie miękkawego, a realnie twardo zawilgoconego. Jej dźwięk był raczej chrupnięciami.
W ustach rozpływała się dość szybko i bardzo łatwo. Mimo maślanej gęstości i kremowej tłustości, wydawała się soczyście-wodnista i z lekkim, cierpkawym efektem pyłku.

Kiedy odgryzałam kawałek, w moich ustach eksplodował smak owoców wmieszanych w kremowy jogurt. A właściwie głównie jogurt: gęsto-śmietanowy, cierpkawy - najpewniej grecki.
Miało to wydźwięk rześki i w naturalny sposób słodkawy. Od cierpkości odchodziły kwiaty, co trochę kojarzyło mi się z krzakami jeżyn. Same owoce (jeżyna? wiśnia?) pobrzmiewały tylko w oddali jako delikatna słodko-kwaskowata soczystość. Nie był to jednak kwasek; w pewnym momencie wyłapałam nawet pudrowość.

Mnóstwo zawilgoconych kwiatów, rozmokłych jasnych płatków... Jakiś delikatnych, takich bardziej... roślinnych. Krzakowatych?
W tej roślinności z każdą sekundą coraz większą rolę odgrywały drzewa, cały las iglasty po deszczu... Mokre i ziemiste nuty wyłaniały się powoli.

Zaraz obok zaznaczyły się świeże, miękkawe orzechy. Nienachalne, naturalne... pekany. Także przy nich pojawiła się gorzkawość, albo raczej jedynie wytrawność. Wydały się zmieszane z ziemistością na stałe, nierozerwalnie. To poczucie trwało cały czas, niezależnie od tego, czy akurat mocniejsze były orzechy (początek i końcówka) czy ziemia (połowa rozpływania się kawałka). To taka... gęsta, soczysta w sposób ziemiście-orzechowy masa... Neutralna wręcz, trochę maślana. Smaki te rozchodziły się leniwie...

A tu już błysnęła esencjonalna, acz nie przesadzona słodycz. Spłynęła na owocowy jogurt z pekanami niczym charakterny miód... choć zaraz okazało się, że za dużo w tym rześkości i soczystości na niego, obok z kolei pewna "neutralna maślaność". To jednak też nie było "to". Jakby roślinność trochę się podsuszyła? Mignęły mi jakieś suszone pomarańczowe owoce (pomarańcze? morele?) na "korzenną nutę", ale to ostatnie rozjaśniło mi sytuację... To były figi. Suszone: najpierw jaśniutkie i delikatniutkie, potem coraz ciemniejsze.

Figi, po przejściu fali słodyczy, w drugiej połowie skupiły się na swoim kwasku. W wilgotnej roślinności / kremowości wróciła jogurtowa śmietano-śmietanka. Zaplątała się lekka cierpkość, przez co na myśl przyszły mi też wiśnie i jeżyny, ale wbite w ziemię.
Ta rosła i rosła. Końcówka należała do ziemi właśnie. Przypominam, że ziemistość w tej czekoladzie była ściśle powiązana z wytrawno-neutralnymi, choć w tym momencie już bardziej gorzkawymi, orzechami.

Również w posmaku pozostała ziemia i śmietan(k)a. Było cierpko-kwaskawo i wytrawnie w orzechowym kontekście. Czułam pekany i figi, wymieszane z roślinną lekkością / kwiatami.

Tak, Nikaragua = delikatność. Całość wyszła bardzo łagodnie; żywo, acz nienachalnie. Znikome owoce właściwie głównie nadawały soczystość (np. mowa o słodyczy fig, a nie miodu czy coś), choć ją (i wodnistość, mokrość) na dobre rozpędzały kwiaty i roślinny. One właśnie sprawiły, że to lekka kompozycja, mimo że bazę stanowiła ziemia, wytrawniejsze, nieprażone orzechy i wręcz śmietanowy jogurt. Nie było zbyt gorzko. Na drodze do zawładnięcia mym sercem stanęła jednak zbytnia łagodność i maślaność, bo nuty były obłędne (tylko właśnie jakby tonowane) - musiałam jakoś wyróżnić te naj-naj Duffy's.

Manufaktura Czekolady Chuno Nikaragua 70 % również była kwiatowo-orzechowo-śmietankowa, mało owocowa, ale bardziej kawowa, niż ziemista, zaś śmietankowo-orzechowy Zotter Labooko Nicaragua Sail Shipped Cocoa 70 % miał zupełnie inny wydźwięk. Też niewiarygodnie mokry, wilgotny, ale... Zotter był morski, Duffy's zaś leśna.
W dniu degustacji Duffy's opublikowałam recenzję Tesco finest Swiss 85 % i przyszło mi do głowy, że Duffy's to w sumie zintensyfikowane i uszlachetnione, zwielokrotnione wilgotne nuty orzechowego lasu i jeżyn podlinkowanej. Tak jakby ktoś chciał choć namiastkę (odległą o wiele lat świetlnych, ale jednak).


ocena: 9/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: 7.95 £ (za 60 g)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

PS A żeby zbyt różowo nie było, zapraszam na aktualizację recenzji Zotter Coconut + Marzipan po tym, jak niedawno weszły pewne zmiany w asortymencie.

niedziela, 27 października 2019

krem Freihofer Gourmet Zartbitter Creme

Obecnie słodycze niebędące czekoladą w ogóle mnie nie pociągają. Parę jednak, zakupionych dawno lub otrzymanych, postanowiłam z ciekawości otworzyć. Kremów czekoladowych nigdy nie lubiłam. Jako dziecko byłam postrzegana jako dziwoląg, bo od Nutellą i jej podobnych trzymałam się z daleka. Może po prostu urodziłam się z przesytem tego, bo Mama będąc w ciąży, uzbierała parę szklanek, z których jedna potem służyła mi m.in. do Whisky (i właśnie smarowidła w szklankach postrzegam jako wypełniacz czegoś - w sensie szklanki - a nie coś do jedzenia?)? Dziwne to... I dziwne jest to, że obiekt recenzji w ogóle u mnie się pojawia. Dostałam od Mamy, bo wspomniana ulubiona szklanka się stłukła, a "to wyglądało tak porządnie". I w końcu nie bardzo wiedziałyśmy, która ma to zjeść. "Jak ty nie chcesz, to ja zjem" - stwierdziła, ale niestety okazało się niezjadliwe, bo "zupełnie jak gorzka czekolada". Nie mogła tego zrozumieć, kierując się logiką, że skoro ten krem ma 30 % kakao, a taka Milka też "to przecież powinno być słodkie i mleczne". No i właśnie to mnie zaciekawiło. 30 %? Myślałam, że przeciętne kremy czekoladowe zazwyczaj chyba zawierają góra 10% i... ciekawość wzięła górę. A poza tym, zainteresowałam się, czy to przypadkiem tymi smarowidłami nie są nadziewane czekoladki Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen tej marki (ale nie wiem, jakiego producenta).

Freihofer Gourmet Zartbitter Creme to "krem kakaowy" (acz ja bym powiedziała, że ciemnoczekoladowy); za marką stoi (chyba) Wilhelm Reuss. Słoik zawierał 200g.

Po otwarciu od razu przyszło skojarzenie z mdlącym zapachem z dzieciństwa, kiedy to z rodzicami i ich znajomymi oraz dziećmi znajomych jeździliśmy na domki. Inne dzieciaki opychały się do woli białym chlebem z kremami kakaowymi - podróbkami Nutelli, choć i ona się zdarzała. Porzucali wtedy skórki od chleba byle gdzie, a ja... ja sobie patrzyłam. Brzydził mnie miękki biały chleb i tłuste smarowidło. Już wtedy wolałam konkretniejsze chleby, a czekoladę w tabliczce. Tutaj... właśnie to czułam. Od razu i zapach chlebowy, taki podpieczony bardziej, i... obstawiam, że olej. Kakao delikatnie zaznaczyło się za mdłym olejem.

Konsystencja łychostajna, ślisko tłusta, bardzo zalepiająco-oblepiająca. W ustach wydało mi się to oleiste, acz wciąż gęste. Jak na takie coś... Zaskoczyło mnie właśnie, że nie był to mimo wszystko sam tłuszcz.
W kremie odnalazłam wysuszająco-kakaowy efekt, ale nie był proszkowy czy pylisty. Po jedzeniu zostałam z nibypylistym wysuszeniem w ustach i poczuciem zatłuszczenia na ustach.

W smaku najpierw poczułam przyjemną nutkę kakao, lecz szybko rozszedł się też mdły smak. Odebrałam go jako tłuszczowy, więc obstawiam, że to smak oleju. To jednak nie była oleistość, jaką spotykam w kiepskich czekoladach. To był po prostu dziwny bezsmak.
A jednak nie mogę powiedzieć, by krem był bez smaku. Okazał się bardzo, bardzo słodki i... wyraziście cierpki. Cierpkość rozchodziła się niezależnie od nijakości i słodyczy. Ewidentnie kakaowa, taka... "pylista", jakby podpieczona, ale nie bardzo gorzka, a lekko gorzkawa. Kwasku kakao w proszku nie uświadczyłam. W połączeniu z nijakością jednak cierpkość zalatywała trochę taniością... Na pewno nie była wytrawnie-wykwintna, ale też nie powiedziałabym, że to odtłuszczone kakao w proszku. Zwykłe kakao... stojące zupełnie obok...
...Wora cukru, który najprawdopodobniej wyeliminował gorzkość i kwaskawość. Smarowidło było bardzo słodkie, ale... dzięki tej cierpkości nie cukrowe.

Po jedzeniu zostało w ustach poczucie cierpkawości kakao i posmak tego czegoś mdło-tłuszczowego (oleju?), taniości... Ale nie aż tak źle, jak myślałam - obyło się bez odruchów wymiotnych, choć mi nie smakowało. Z gofrem da się zjeść, ale odkryłam, że i jakoś obecnie gofry mnie nie kręcą. Tak sobie też myślę, że olej, jakikolwiek tłuszcz, to po prostu kiepska baza pod wytrawne smarowidło.
Mamie wydał się bardzo, bardzo gorzki, nietłusty, przez co jej nie smakował. Po paru łyżeczkach uznała, że mimo wszystko można się wciągnąć. Dziwiła się, że mnie nie zachwycił, "taki gorzki, zupełnie jak ciemna czekolada, powinien Ci smakować". Hm, no tak... może rzeczywiście smakuje jak zwykła czekolada (np. Luximo 70 %), ale wymieszana z olejem, a tego nie trawię.

Werdykt? Kremy są po prostu nie dla mnie, to tak, jakby pytać weganina o opinię na temat steku. Może i dobrze zrobiony, wyróżniający się, ale... co z tego? Ogólnie, obiektywnie powiem tak: jak na takie coś, zjadliwe, ale zalatujące olejem / trochę taniością (może to normalne?). Niegorzkie, niekwaśne, a słodko-cierpkie. Przystępne do czegoś... w sumie bez bardzo złych posmaków, mimo że mi taniością / olejem zbytnio zalatywało (ale tak jak mówię, do takiego tłuszczu w ogóle nie jestem przyzwyczajona). Można się wciągnąć (ale mnie po pewnym czasie i tak obrzydzało). Pozostawiam bez oceny, bo nawet nie mam się do czego odnieść. Jeśli ktoś lubi cierpkość i smarowidła, może śmiało brać, ale na gorzkość czy wykwintność lepiej się nie nastawiać. Jak ktoś nie lubi cierpkości, niech lepiej trzyma się z daleka. Obstawiam jednak, że dla wielbicieli takich rzeczy, orzechowy czy jakieś taki, mógłby być ciekawszy (bo, jak pisałam, ciemna czekolada do formy takiej nie pasuje).
Umocniłam się w przekonaniu, i co więcej, wydaje mi się to logiczne, że to właśnie tymi smarowidłami producent ponadziewał czekoladki. Owszem, może coś trochę dodał czy zmienił, ale obstawiam, że to te kremy służą za bazę nadzień Gefullte Schoko Tafelchen.


ocena: - (obstawiam, że jakby tak obiektywnie potraktować Nutellę za standard, czyli dajmy na to 5, to powinien mieć z 8?; moje bardzo subiektywne oceny byłyby straszne: Nutella 2/10, a to coś... 5/10?)
kupiłam: Aldi (Mama kupiła)
cena: chyba jakieś 6-7 zł za 200 g
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, kakao odtłuszczone w proszku 30%, olej słonecznikowy, tłuszcz kakaowy, olej kokosowy, lecytyna słonecznikowa, aromat

PS Jako że dzień bez czekolady to dzień stracony, zapraszam na aktualizację recenzji Kaufland Classic Edel Herbe Sahne.

sobota, 26 października 2019

E. Wedel Espresso Gorzka o smaku espresso ciemna 50 % z nadzieniem kawowym

Byłam na siebie wściekła. Po dwóch dobrych czekoladach Wedla (Cookie Cheesecake i Orange Mocha) dałam szansę marce w sposób... po prostu głupi. Kupiłam kilka tablic, z których potem co jedna, to gorsza się okazywała. Dzisiaj prezentowana była ostatnią zakupioną nadziewaną, i to przez Mamę. W sklepie przemówiło do niej, że jej ulubiona marka wydała duecik jakby specjalnie dla nas: dla niej mleczna cappuccino, dla mnie właśnie ta. No nie mogłam Espresso nie wziąć w takim razie, acz drugiego smaku potem w domu nawet nie zdążyłam zobaczyć. Nie żałuję, bo i do tej ledwo się zabrałam.


E.Wedel Espresso Gorzka o smaku espresso to ciemna czekolada o zawartości 50 % z nadzieniem o smaku kawowym, inspirowana espresso.

Po otwarciu poczułam mocny zapach mielonej kawy, słodkiego aromatu kawowego (a więc sztuczną nutę) i sporo takiej tłuszczowej nijakości, wymieszanej z gorzkawością wtłoczoną w słodką ramę. Takie to... jak tanie, cukrowe praliny kawowe, próbujące udawać wykwintne. Cukrowo-ciemnawa czekolada jakoś ugięła się pod naporem tego.

Tabliczka już w dotyku była tłusta i ulepkowa. Nadzienie na oko wydało mi się zbite, dostrzegłam w nim sporo drobinek mielonej kawy.
W ustach czekolada okazała się istotnie tłusta. Miękła błyskawicznie, po czym rozpływała się w umiarkowanym tempie w sposób gęsty i margarynowo-ulepkowy, czemu nie pomógł nawet lekko pylisty efekt.
Jeszcze bardziej pyliste było nadzienie. Ono w ogóle było dziwne. W pierwszej chwili wydało mi się prochowo-suche, gumkowate. Od początku tłuste, co się nakręcało, ale właśnie takie ulepkowato-gumkowate, mięknące jak margarynowa plastelina. Oprócz pyliście-proszkowego efektu, pełno w nim było drobinek: mielonej kawy i prawie na pewno cukru.

W smaku sama czekolada zaserwowała mi przede wszystkim cukier, lekką maślaność i pseudo kakaowy, płaski smak. Poniekąd wykazywała intensywność... taką cukrowo "deserówkową" i zajeżdżała margaryną (zupełnie inaczej wspominam ciemnego Wedla).

Nadzienie tylko tę margarynowość podkreśliło. Smakowało przede wszystkim nią. Najpierw nie było aż tak bardzo słodkie, a zaskakująco gorzkie. To jednak gorzkość kawy, która wyeliminowała kakao. Po chwili silny smak mielonej kawy wymieszał się z cukrem. Cukier uderzył mnie i powalił. Po nim kawa zrobiła się bardziej goryczowata i kwaśna, tania.

Tania kawa bliżej końca mieszała się z margaryną w toni cukru, do czego dołączyła jeszcze znacząca sztuczność.

To właśnie one, a wiec sztuczność i margaryna, zostały w posmaku wraz z niemiłosiernym zacukrzeniem. Tłuszcz... czułam wszędzie.

Aż trudno powiedzieć, co było gorsze: czekolada czy nadzienie. Cukrowo-margarynowa, niegorzka, a jedynie nibyciemna czekolada o strukturze ulepka to porządny konkurent dla gumkowato-ulepkowatej margaryny o smaku taniej kawy z cukrem. Tania kawa odebrała temu czekoladowość... skojarzyło mi się to z kawową wersją Wedla Piernikowego, acz było bardziej zjadliwe. Zjadłam kostkę i próbowałam siebie przekonać, że przecież nadziewane Terravity też były tłuste i słodkie, że na uczelni może da się to zjeść, ale... nie. To po prostu miało taką strukturę i smak taniości, a mało ciemnoczekoladowości, że mimo iż obiektywnie tragedii nie ma, a miłośnikom kawowych słodyczy może pewnie posmakować prawie tak, jak kokosowym Gorzka Kokosowa, to w niej nie ma nic, co by sprawiło, bym widziała sens jedzenia jej. Dodatkowo odrzucał mnie efekt kryształków cukru, wzmocniony przez mieloną kawę.
Resztę oddałam Mamie, której niechęć do ciemnej czekolady przegrała z miłością do kawowych słodyczy. Czekolada ją... zachwyciła. "Kawę wyraźnie czuć, słodko jest... i ta czekolada wcale nie była gorzka! Słodka, dobra. Jak cukierki Pyszne, nawet kolor środka ten sam." O tak, cukierki Pyszne kawowe z dzieciństwa i ja pamiętałam. Tani i margarynowy słodycz, który mała ja postrzegałam jako "coś dla dorosłych". Tak, lubiłam je; tak, pamiętam ich smak i tak... teraz to nieźle by mnie obrzydziły. To dobre porównanie.


ocena: 5/10
kupiłam: Mama kupiła w Lewiatanie
cena: - (około 4 zł chyba zapłaciła)
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada ciemna 50% (cukier, miazga kakaowa, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; sól, aromat), cukier, tłuszcz palmowy, mleko pełne w proszku, serwatka w proszku, pasta kawowa 3,8% (kawa 63%, tłuszcz rzepakowy, lecytyna sojowa), kawa mielona 1%, aromat, lecytyna sojowa, barwnik: karmel amoniakalno-siarczynowy

piątek, 25 października 2019

Zotter Labooko fruit Strawberry biała truskawkowa

Owocowe Labooko, mimo że są naprawdę ciekawe z racji zamysłu, nie ciekawią mnie. Za bardzo odbiegają od tego, co rozumiem poprzez "czekolada". Ta tabliczka trafiła jednak do mnie w ramach "testu w ciemno" i od razu Wam się przyznam, że tylko po powąchaniu nie zgadłam.

Zotter Labooko fruit Strawberry to biała czekolada truskawkowa.

Po otwarciu poczułam dziwną nutę, która skojarzyła mi się z czymś buraczanym. Nie była wiodąca, ale strasznie odstająca i niepasująca. Obok niej rozbrzmiewały pudrowe, cukierkowo słodkie czerwone owoce. Powiedziałabym, że między innymi maliny, chyba też truskawki; na pewno suszone i z odrobinką kwasku. Początkowo ta pudrowość kojarzyła mi się wręcz wegańsko (obstawiałam, że to Labooko Raspberry-Coconut)

W dotyku tabliczka przedstawiła się jako tłusto-sucha, proszkowa.
W ustach rozpływała się raczej łatwo, acz cały czas pozostawała względnie miękko-zwarta. Jej smugi, jakie pozostawiała na podniebieniu, były jak woda, z racji smaku trochę udająca sok. Całość cechowała pudrowość / proszkowość, a mimo to, drażniła mnie jej maślano-śliska tłustość. Kojarzyła się z rzadkim i tłustym mleczkiem kokosowym.

W smaku od pierwszego kęsa przywitała mnie soczysta, cytrynowa kwaśność. Szybko podpięła się pod to cukierkowa pudrowość czerwonych cukierków owocowych.

Nadciągnęła fala słodyczy i ewidentnie konfiturkowo-suszono-cukierkowe, niemal przerysowane truskawko-maliny. Przez kwasek najpierw pomyślałam o malinach, ale gdy tak rosła i rosła słodycz pudrowa, dołączyła do niej słodycz soczysta, smak zrobił się niezaprzeczalnie truskawkowy. Suszone truskawki wymieszały się z cytryną, co wcale nie wyszło na ich korzyść, ale przynajmniej mniej więcej w połowie przełożyło się na wybicie się soczystości.

Za truskawkami, w pudrowości doszukałam się wanilii, która zwróciła moją uwagę na mdło-maślaną nutę. Pudrowość dzięki temu jakoś dowodziła. Bliżej końca wycofała się na rzecz soczystości mieszanki słodyczy i kwaśności truskawek i cytryny.

Po wszystkim pozostała soczysta, owocowa kwaśność, jak również poczucie tej nijakości słodkich, pudrowych cukierków i masła.

Całościowo wyszło ciekawie, ale nie tak, bym chciała zjeść więcej niż połowę jednej tabliczki. Wodnista soczystość wyszła kiepsko przy pudrowej tłustości, a smak... jakoś po prostu to odzwierciedlał, choć on taki kiepski nie był. W dużej mierze przerysowany - kwaśność niepotrzebnie tak podkręcono cytryną, a o całej pudrowości już nie mówię. To pewnie efekt sproszkowania suszonych owoców. Truskawki... czuć w sumie wyraźnie, ale nie jednoznacznie i truskawkowo-truskawkowo. To bardziej czerwonoowocowy smak.
Malinowa Labooko smakowała mi bardziej, bo była wyraźnie malinowa właśnie, Labooko Cheeky Fruits niby była smaczniejsza i ciekawsza, ale nie lepsza. Niewątpliwie wygrywa Labooko Mango Lassi. Jestem pewna, że tłuszcz kakaowy jest po prostu za ciężki do owocowych kompozycji. Jogurt sprawdza się doskonale. Truskawkowo-jogurtową zjadłabym pewnie całą.
Połowę oddałam Mamie. "Na nos" nie zgadła truskawki - mówiła, że czuje "jakby jakieś owocowe krzaki"; w smaku ewidentnie czuła suszone truskawki, ale było jej za dużo cytrynowej kwaśności. Smakowała jej nieco bardziej niż mi.


 ocena: 7/10
kupiłam: BioKredens.pl
cena: - (normalnie kosztuje 16 zł)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone truskawki 12%, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (cytryna, skrobia kukurydziana), wanilia, sól

środa, 23 października 2019

Luximo Premium 74 % Sao Tome ciemna

Nie wiem dlaczego, ale w mojej głowie pojawiło się przekonanie, że ta tabliczka na pewno będzie miała, oprócz palonych charakterystycznych dla ciemnych Luximo, śmietankowe nuty. Tak w ogóle postrzegałam kakao z Sao Tome... A to dziwne, bo jadłam stamtąd tak niewiele propozycji, że szkoda gadać. I wcale aż takie śmietankowe nie były, ale... jedną z pierwszych plantacyjnych, z jakimi w ogóle miałam do czynienia była Morin Sao Tome 63 % i... ona mnie właśnie nieźle zaskoczyła śmietanową nutą (jeszcze nie byłam tak przyzwyczajona do rozmaitych nut w ciemnych). No właśnie. Śmietanową. A po Baronie w sumie wszystkiego można się było spodziewać.

Luximo Premium 74 % Sao Tome to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao z Sao Tome (Wysp Świętego Tomasza), produkowana przez Millano-Baron dla Biedronki. 

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam zaskakująco wyraźny zapach bliżej nieokreślonych orzechów - palonych, że aż lekko cierpko-goryczkowatych. Za nimi stała goryczkowato-słodka, lekko soczysta, trochę suchawa (z racji palonego wydźwięku) pomarańcza. Całość była w gruncie rzeczy słodka w sposób duszno-zwiewny, waniliowy, ale nie do końca.

Przy łamaniu twarda tabliczka głośno trzaskała. Sprawiała wrażenie właśnie takiej sucho-łamliwej.
W ustach wciąż cechowała ją tłustość, acz była to dziwna, sucha tłustość. Zbita czekolada szybko miękła i nieco zalepiała, kojarząc się przy tym z rzadką, ciepłą plasteliną lub prawie-bagienkiem, w którym znalazł się leciutki pyłkowy efekt. Rozpływała się powoli i trochę już w sposób męczący.

W smaku jako pierwszą poczułam słodycz. Nie była silna, ale wydała mi się osamotniona. Miała mleczny wydźwięk, niczym tylko trochę podrasowana naturalna słodycz mleka. Stonowana, acz mocno stąpająca po ziemi, ciężkawa.

Poprzez ciężkawość dość szybko spłynął mocniejszy smaczek o ciepłym, palonym charakterze. Gorzkawo-cierpki, łagodny, przedstawiał mocno palone orzechy. Z naciskiem na samo "palone". Był na tyle łagodny, trochę maślany, że mieszając się z mlekiem, prędko zaczął kojarzyć się z kaszą na mleku. Słodycz nasiliła się, serwując ogrom ciężko-dusznej wanilii i śmietanki.

W tym czasie paloność i delikatna gorzkość w tle zahaczyły o kawę. Ta wydobyła cierpkość i sugestię kwasku... Albo i nie sugestię, a delikatny akcent cytrusów. Poczułam pomarańczę... cierpko-goryczkowatą, a więc na pewno skórkę. Suszone plastry pomarańczy? Ogólna słodycz subtelnie zasugerowała pudrowość / kandyzowanie. Minimalna soczystość tego owocu też jednak była obecna. Z kolei śmietanka przez to podkradała się pod kwaskawą śmietanę.
Paloność weszła w tonację bardziej suszoną. Wciąż miało to ciepły wydźwięk, ale trochę... cierpko-pikantniejszy? Korzenny. Niczym suchawy, maślano-kaszowaty piernik?

Na pewno z lukrem. W drugiej połowie, już bliżej końca, słodycz zaczęła zdecydowanie rosnąć jako właśnie taka prosta, minimalnie "waniliowata" (daleko jej było do wanilii), a bardziej lukrowo-pudrowa, wciąż też śmietankowa.

Za śmietanką stała cierpkość, z delikatną gorzkością. Jakby kawa... kawa korzenna? Z nutką pomarańczy? Coś w ten deseń, ale mało wyrazistego.

W posmaku pozostała za to dość silna cierpkość, cytrusowość i poczucie mocnego palenia... wręcz przypalenia. Taka smakowo-fizyczna pylista suchość też, co było dziwne z racji, że tłustość czekolady również była odczuwalna.

Całość w zasadzie wyszła nieźle, acz... męcząco, bo zdecydowanie zabrakło tu wyrazistości. Podobnie jak inne z serii, mocno palona, słodka w sposób nie przesadzony, ale prosty i zwracający na siebie uwagę. Nuty głównie palono-śmietankowe, znowu kawa... jednak tym razem była to też orzechowa kaszowość, podbijająca mleczność i całkiem wyraźna pomarańcza o korzenno-piernikowym zacięciu. Kojarzyło mi się to z budżetową, wyciszoną wersją Michel Cluizel Vila Gracinda 67 % (właśnie z Sao Tome). Początkowo jakoś mnie nie chwytała, ale mimo ogólnej nudy... te pomarańczowo-korzenne zapędy w mleczności były poniekąd ciekawe, zwłaszcza jak na tę półkę.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

wtorek, 22 października 2019

Magnetic Cukierek albo figielek Belgijskie pralinki / czekoladki mleczne z nadzieniem karmelowym

Nieważne, że nienawidzę czekoladek. Nieważne, że mleczna czekolada nadziewana słodkim karmelem to zupełnie nie moja bajka... To raczej mój koszmar, horror (bez przesady, trochę żartuję). A więc... bardzo adekwatnie do opakowania dzisiaj przedstawianego... czegoś. Po prostu musiałam to mieć. Musiałam mieć czekoladki w pudełku-trumnie. Jak już kupiłam, to i spróbować wypadało, tym bardziej, że markę Cachet należącą właśnie do Kim's Chocolate (stojącej za tymi czekoladkami), bardzo lubię. Resztę zawartości wprawdzie zamierzałam oddać Mamie, ale trumnę oczywiście sobie zostawiłam!
Jakby co, zakupione jesienią 2018, zjadłam jakoś wiosną 2019, a recenzja długo czekała w kolejce wpisów. Uznałam po prostu, że wstawię tematycznie, blisko Halloween. A może akurat w Biedrach trumny znowu się pojawią?

Magnetic Cukierek albo figielek Belgijskie czekoladki mleczne z nadzieniem karmelowym to czekoladki mleczne (z czekolady o zawartości 31 % kakao) z nadzieniem karmelowym (45%); wyprodukowane w Belgii przez Kim's Chocolates dla Biedronki.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki zapach maślanego, acz ewidentnie nieco palonego karmelu.

Struktura czekoladek była niby ok, ale nie podobały mi się tak całościowo "już jak mam jeść". Za duże, a już na pewno za wysokie, by włożyć na raz do ust, ale przy próbie podziału / ugryzienia... góra trochę odłamuje się od "denka". W ogóle czekolada to twarda, gruba warstwa, a wnętrze mięciutki, rzadki i lejąco-ciągnący karmel. oblepiający wszystko, co napotkał, w sumie także czekoladę, więc było to to... jakimś zlepkiem.
W ustach czekolada rozpływała się powoli w gęsto-zalepiający sposób. Była maślano-kremowa, znacząco proszkowa. Jako czystą tabliczkę mogłabym uznać ją za w porządku, jednak w zestawieniu z nadzieniem wydała się "twardo skorupkowa", bezsensowna.
Ono bowiem było bardzo gładko-miękkie i klejące. Tłustawo-śliskie, niczym śmietanka czy mleko skondensowane. Rzadko-mokre, rozpuszczające się znacznie szybciej od czekolady.

W smaku sama czekolada wydała mi się przede wszystkim maślano-słodka do tego stopnia, że aż toffi. Cukrowość rozchodziła się po ustach mimo usilnych prób ugłaskania jej przez maślaność i mleko. W dodatku chwilami wydawało mi się, że pobrzmiewa za nią sztuczność. Mleczność... właśnie jakoś delikatnie, nienachalnie wyszła - wydaje mi się, że nadzienie ją tak stłamsiło.

Ono bowiem było bardzo intensywne. Intensywnie słodkokarmelowe. O dziwo to nie cukier zwracał na siebie uwagę jako pierwszy, acz niewątpliwie działał od początku. Nadzienie uderzyło śmietankowo-maślanym smakiem, ale nie kojarzyło się z toffi z racji tego, że ewidentnie czułam palony cukier. Nie mocno palony, ale jednak. Palona, potem jakby coraz mniej, cukrowość spływała do gardła, drapała i zasładzała. Z czasem śmietanka się bardziej przedarła, że zaczęło mi się to widzieć jako krem z Werther's.

Śmietanka i masło z wnętrza mieszały się z cukrowością całości, kompozycja robiła się zasładzająco cukrowa, karmelowo-maślano-toffi i śmietankowa; jednocześnie mało mlecznoczekoladowa.

Po wszystkim pozostało przecukrzenie, posmak śmietankowego karmelu i masła. Doszukałam się sztuczności i tłuszczowości, której efekt fizycznie pokrył usta.

Czekoladkę próbowałam zjeść pojedynczymi gryzami. Uporałam się z trzema gryzami, na resztę czekoladki patrzeć nie mogłam, czyli... jednej nie zjadłam. Po prostu tak mnie w gardle drapało, tak mnie dosłownie od słodyczy przytkało... od tej lepkości... Że czuję, że odrobina więcej mogłaby mnie zabić (przynajmniej trumnę już miałam). Dobrze, że nie wsadziłam od razu całej do gęby.

No i muszę przyznać, że jakościowo... byłoby dobrze, gdyby tylko tak zrezygnować z części cukru. Przez jego ilość, mimo że w kwestii śmietanki, karmelu itp. dobre, to po prostu niezjadliwe... Smakowały jak Cachet Milk Chocolate Caramel & Sea Salt (albo jej wersja dla Biedronki), z której chrupiący karmel zmieniono w nadzienie (przypominam, że gigantyczną wadą tamtej był brak soli - mimo obietnicy zawartej w tytule).
Żeby było śmieszniej, Mamie też zbytnio nie smakowały, a przecież wydają się w 100%-ach w jej guście (uwielbia słodki, miękko-lejący karmel, mleczne czekolady i formę cukierków / czekoladek); nawet nie umiała powiedzieć dlaczego: "Brakuje im tego czegoś".


 ocena: 4/10
kupiłam: Biedronka
cena: 14,99 zł
kaloryczność: 484 kcal / 100 g; sztuka 9g - 44 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, śmietana, syrop glukozowy, miazga kakaowa, masło, olej z nasion palmowych, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy, karagen

poniedziałek, 21 października 2019

Moser Roth Milk Chocolate Pecan mleczna z karmelizowanymi orzechami pekan

Orzechów pekan za wiele w życiu nie jadłam, ale bardzo je lubię. Widzą mi się jako połączenie włoskich i laskowych. W czekoladach... jakoś specjalnie nie odczułam ich braku. Jadłam wprawdzie SuroVital CoCoa 70 % z orzechami pekan i bardzo mi smakowała, ale ot. Może to dlatego, że czyste czekolady z orzechami nie wydają mi się specjalnie interesujące, a po prostu takie, które mogą być "ot, smaczne".
Po owocowym duecie Moser Roth (żurawina-jabłko oraz morela) przyszedł czas na dzisiaj prezentowaną. Do końca w sumie nie mogłam się zdecydować, czy do pekanów pasuje mleczna, czy odpowiedniejsza byłaby ciemna. W przypadku Moser? Sama nie wiem, zależy od jakości, ale nawet tak ogółem... no właśnie, za mało doświadczenia z tym połączeniem mam. Właśnie dlatego koniec końców ta tabliczka wydała mi się atrakcyjna.

Moser Roth Limited Edition Milk Chocolate Pecan to mleczna czekolada z karmelizowanymi kawałkami orzechów pekan (15%).
Edycja limitowana na jesień / zimę 2018; w opakowaniu 5 minitabliczek (łącznie 125g).

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam intensywnie słodką woń wanilii i mleka, mającą bardzo dziecięcy wydźwięk. Orzechy nie ujawniły się. Dopiero po przełamaniu coś tam czuć.

A przełamanie było bardzo łatwe, tabliczki wykazały bowiem niemal miękką kruchość.
Bogato wypełniono je średniej wielkości kawałkami orzechów. Znalazły się też drobinki i zaskakująco duże sztuki, jednak wszystkie cechowała miła proporcja orzecha do karmelizowania (cukru na nim). Nie miałam poczucia, że mało "orzecha w orzechu".

W ustach czekolada rozpływała się błogo, z łatwością, kremowo-gęsto. Miękła, zalepiała i odsłaniała dodatki. Wydała się raczej gładka i nieulepkowata, choć jakby lekko proszkowa? Jeśli tak, to od tego ostatniego dodatki skutecznie odwracały uwagę.
Same orzechy mimo warstwy karmelu na nich, sprawiały wrażenie zaskakująco świeżych (pewnie dlatego, że nie przesadzili z ilością karmelu). Kawałki były chrupiące, gdy rozgryzałam szybciej, ale zupełnie nie twarde. Gdy karmel z nich rozpuścił się (a robił to chętnie), orzech sam w sobie wydawał się zupełnie świeży, miękkawo-soczysty, odrobinę tylko chrupiący.

Już w trakcie robienia kęsa po moich ustach rozlało się słodkie mleko waniliowe. Klimat czysto dziecięcy, przesłodzony, a mimo to głęboko mleczny.
Wanilia przełożyła się na przesłodzenie nie będące smakiem czystego cukru, mimo że ten rozkręcał się dość szybko.

Przy odsłaniających się orzechach słodycz najpierw podskakiwała, jednak pod chwili motyw orzechów podkreślał samą czekoladowość. Przesłodzenie przybrało karmelową postać, która mniej więcej w połowie serwowała czysty cukier, a zaraz po nim wyraźny smak mocno palonego cukru i orzechów (trafiło się parę zupełnie przypalonych, co wyszło na plus). Po nim, a już zwłaszcza, gdy nadgryzłam niektóre kawałki orzechów, pojawiała się gorzkość. Palono-orzechowa. Pekany wyszły charakternie, lekko gorzkawe w naturalny sposób, za sprawą skórek, które ostały się na części. Zwłaszcza gdy na koniec skumulowała się ich większa ilość, orzechy pekan bez problemu wybijały się ponad smak bazy. Niestety jednak, z racji ogólnej słodyczy, chwilami uchodziła ich specyfika.

Ta jednak i tak, swoim przesłodzeniem i mlekiem, osnuwała je. Pod koniec było właśnie orzechowo, karmelowo-waniliowo i trochę tylko czekoladowo, a także zdecydowanie za słodko. Przy którymś z kolei kęsie doszukałam się echa mleka w proszku. W gardle drapało, co skojarzyło mi się z popularnym połączeniem pekanów i syropu klonowego.

Po wszystkim został posmak orzechów i waniliowo-dziecięcej "czekoladkowości", a także przesłodzenie.

Całość wyszła smacznie i porządnie. Przesłodzenie... wpisane w konwencję, całkiem przystępne, choć oczywiście wolałabym mniej cukru. Wyraziście waniliowo-mleczna czekolada pasowała do gorzkawych pekanów, a także do palonego karmelizowania. To wyszło bardzo dobrze, bo nie jak "otoczka z cukru" (choć ja bym i tak z tego zrezygnowała).
Mimo miękkości i delikatności smaku, nie było zbyt ciężko-tłusto. Orzechy przyjemnie przełamały to i owo. I tak jednak ostatniej minitabliczce nie dałam rady, bo za słodko - oddałam Mamie. Jej może być, ale podobnie jak ja nie rozumie, po co w ogóle orzechy (zwłaszcza niestandardowe) karmelizować.
Jakoś tak trochę kojarzyła mi się z lodami HD pralines&cream.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g; 1 minitabliczka (25g) - 147kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 20%, siekane orzechy pekan 10,5%, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, syrop karmelowy, wyciąg z wanilii