niedziela, 9 lutego 2020

Dolfin Noir Orange & Spices Edition Limitee ciemna 60 % ze skórką pomarańczową, imbirem i cynamonem

Jakiś czas po Pacari Orange przyszła pora na pomarańczową propozycję innej marki. Od dłuższego czasu bowiem sprawdzam sobie, jakie to pomarańczowe czekolady mogłyby mi pasować. Pierwsze miejsce zajmują bezsprzecznie ciemne o nutach pomarańczy, ale gdy chodzi o dodatki - z tym już trudniej. Kandyzowanych nienawidzę - to wiem. Ktoś mógłby zapytać, po co tyle zachodu... Po prostu lubię pomarańcze, ale nie lubię obierać, a jak już się za nie wezmę, trafiam na suche / kwachowate / zgniłe.
Z tą było tak, że jak zobaczyłam, że zimowo-świąteczna limitka, że z przyprawami, wiedziałam, że chcę. Zawsze bowiem bardzo mi odpowiada ilość przypraw w Dolfinach (Hot Masala, z cynamonem czy z anyżem). Jakoś na dalszy plan zeszło, jaką to pomarańczę dodano. Pewnie przez Rococo Gingerbread Spice Milk Chocolate jak przyprawy piernikowe, to od razu w mojej głowie pojawiło się przekonanie, że obok będzie olejek. Podlinkowaną uważam za niewypał, ale po Dolfinie spodziewałam się czegoś lepszego. Dzień przed degustacją ze smutkiem odkryłam, że... kandyzowana! Dobra tam, oszukam mózg: crystallized - krystalizowablabla... kryształowana? Kryształowa! Na bogato, zacnie. Starałam się nie nastawiać negatywnie.

Dolfin Noir Orange & Spices Edition Limitee to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z kandyzowaną skórką pomarańczową i przyprawami: imbirem i cynamonem.

Otworzywszy opakowanie, poczułam jednoznaczną woń do granic możliwości czekoladowego piernika. Piernika przez duże "P" z całą gamą palonych, w tym kakaowych nut, i subtelnymi przyprawami korzennymi. Ewidentnie czuć skórkę pomarańczową, która przy łamaniu nawet zyskała na pewnej soczystej świeżości. Imbir i cynamon wydobyły pierniczkowość i orzechowość czekolady, która dzięki temu wyszła tak... właśnie palono-piernikowo przede wszystkim, mimo że słodycz okazała się wysoka.

Przy łamaniu czekolada pykała, w przekroju nie ujawniając skórki. Mimo to wydała mi się nieco krucha i ogólnie delikatna, mająca tendencję do miękkości (nie "tłusta" - to niezbyt mi do niej pasuje).
W ustach rozpływała się łatwo i chętnie, nie ociągając się, choć też nie szybko. Zmieniała się w gładko-tłustą, miękką grudkę. Z czasem odsłaniała drobinki przypraw, dodających pylisty efekt (ale sama czekolada nadal wydawała się gładka). Trochę kremowo-lepiąco, trochę wodniście.
Zatopiona w niej średnia, a więc odpowiednia, ilość skórki pomarańczowej okazała się jędrna, minimalnie gumiasta i dość... żujna. Miękła i sprawiała wrażenie lekko soczystej. Koło suszonej nie stała, ale i zbyt kandyzowana nie wydała mi się... raczej jak wyjęta z zacukrzonej konfitury, z czasem trochę farfoclowata. Prawda, trzy-cztery kawałki były jakby twardsze i suchsze, bardziej grudkowato-scukrzone, ale w całości uszły.
Trafiłam na parę twardych drobinek, ale szczerze, nie wiem co to. Niektóre wydawały się słodko-ostre, inne jakby "pomarańczowawe"... Trafiłam też na dwa nieco większe "suche coś", co nazwałam sobie "suszcem", a przypominało ususzone włókno (imbir? pomarańcza?).

W smaku od pierwszej chwili poczułam silną słodycz. Chwilę później przedstawiła się jako cukrowe ciastka imbirowe. Takie jasne, mocno maślane, wręcz z kryształkami cukru i... sowicie przyprawione imbirem.

Przyprawy piernikowe dały znać o sobie szybko; pierwszy imbir. Rozgrzał atmosferę spływając do gardła i tam też nieco grzejąc. Wydał mi się ostrawy we wręcz pieprzny sposób, acz niepozbawiony imbirowego posmaku. Głównie rodem wyjęty z ciastek imbirowych. Natężenie jego pikanterii ani na chwilę nie zagłuszyło innych smaków, nie przesadzono z nim. Rozgrzewał, nie palił.

To rozgrzanie zwróciło uwagę na to, jak palona była czekoladowa baza. Palono-gorzkawy motyw prezentował pierniczki w polewie kakaowej w towarzystwie czarnej kawy z pianką (konsystencja optowała za rozpuszczalną creme). Gorzkawa paloność... także wiele z piernikiem miała wspólnego. To jednak nie dość, że mocno czekoladowy piernik, to jeszcze... taki jak ciasta / ciastka maślane (nigdy nie jadłam prawdziwego piernika, więc to luźne wyobrażenia) oraz... maślano-mulista masa (krem / trufla). Czekoladowo-maślany, bardzo wilgotny piernik, o słodyczy rosnącej od samego początku.

Słodycz mieszała się z maślanym wątkiem. Wtedy to dołączył słodki cynamon. Zmieszał imbir z prawie cukrowością i w kwestii przypraw przejął ster od imbiru. Cynamon podkreślił skojarzenie z kawą z pianką i ciasteczkami, może też pierniczkami, nie zaś piernikiem. Wyszedł bardzo wyraźnie, ale nienachalnie. Im bliżej końca, tym bardziej podkręcał paloność i cierpkość samej czekolady. Kakao oprócz pierniczków i kawy chyba skrywało orzechy.

Słodycz ogólnie układała się w jakiś likier (czekoladowy?), sos... może i pomarańczowy... goniła ją z oddali pomarańcza naturalna i bardzo słodka, choć z leciutkim kwaskiem. Pomarańczę dało się uchwycić także przy kęsach, w których nie było ani kawałka. Lekka słodko-kwaśna soczystość nawilżała piernik i kręciła z imbirem.
Słodycz nasilała się przy kawałkach pomarańczy, choć wtedy przyjmowała jej smak, nie cukru. Wydały się idealnie wpasowane w delikatnie czekoladowo-przyprawowe otoczenie.

A smak pomarańczy na dobrą sprawę wyeksponował się dopiero gdy nadgryzałam i podsysałam lub rozgryzłam kawałki dodatku bliżej końca. Była to pomarańcza słodko-kwaskawa, dość cierpka, ale nie gorzka. Cierpkość mieszała się z kakao, więc w naturalny sposób wzrosła, a sama pomarańcza smakowała mi bardziej jak sok pomarańczowy, a nie skórka. O kandyzowanej raczej nie myślałam (może raz czy dwa), gdyż była zbyt... soczyście orzeźwiająca.

W posmaku pozostała właśnie słodko-cierpka pomarańcza i maślany piernik, maślane ciasteczka. Z przypraw wrócił imbir, mieszający się z cukrowo-kakaowym wątkiem. To znów niemal likierowo-palona ciemna czekolada z zasładzającą ilością cukru.
Oprócz tego czułam za silną tłustość... ciastek maślanych itd., którą starała się rozbić lekka soczystość pomarańczy.

Całość wyszła niezwykle spójnie i jednoznacznie. Maślane ciasteczka, piernik z nieprzesadzoną ilością imbiru i cynamonu w towarzystwie palonej kawy i nuty naturalnej pomarańczy wyszły łagodnie. Wszystko świetnie wyczuwalne, ale przystępne, bo niekłócące się, nie zabijające nawzajem. Z jednej strony może się to wydać nudne, ale też proste i przyjemne. Przyjemna nuda? Tak. W dodatku dla każdego, bo i lekko wytrawna (choć prawie niegorzka), słodko-maślana, przyprawiona, ale i niemal orzeźwiająca.
Dla mnie zdecydowanie to za maślane, wolałabym niższą słodycz, ale... podobała mi się ilość przypraw i skórka niekojarząca się z kandyzowaną. Mało kakao aż tak bardzo nie dawało się we znaki. W sumie ta tabliczka mogłaby być definicją "czegoś czekoladowego" (kremu, ciasta - jako przykład, że nie chodzi o samo kakao).


ocena: 8/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 6,95 (dostałam rabat -50%) za 70g
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kandyzowana skórka pomarańczy 3% (skórka pomarańczy, cukier, syrop glukozowy), imbir 1%, cynamon 1%, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

3 komentarze:

  1. Pomarańcza faktycznie fajnie pasuje do piernika czy ciastek maślanych, a skoro czekolada nie jest za wytrawna to z pewnością takie połączenie byłoby dla mnie przyjemne ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Co za zapach! Mogłabym kupić takie perfumy na jesień i zimę. Niestety w smaku za szybko zjeżdża imbir, więc tabliczka zupełnie nie dla mnie. Zresztą nie lubię mikrododatków w czekoladach. Myślę, że takie połączenie smaków byłoby super jako polewa do lodów mlecznych bądź śmietankowych albo sos w deserze ryżowym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sos czy raczej ogólnie jako wariant smakowy. To fakt.

      Zapach na perfumy - też pełna zgoda!

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.