poniedziałek, 26 października 2015

A. Morin Cuba noir 70 % ciemna z Kuby

Moja chęć na dany rodzaj czekolad nachodzi mnie zawsze jakoś "falami". To znaczy... miewam takie dni, tygodnie, w których mogłabym zajadać tylko białą czekoladę, potem mam jej przesyt i im bliżej 100 % kakao - tym lepiej. Tym właśnie sposobem, po zjedzeniu chyba pięciu białych czekolad (w ciągu trzech tygodni bodajże), moja kolekcja ciemnych tabliczek zaczęła maleć. Miałam przesyt cukru i szukałam czegoś jak najbardziej gorzkiego. Tabliczka, po tabliczce. 
Tego dnia nie chciałam nawet myśleć o żadnych słodkich nadziewańcach, miałam ochotę na porządną, gorzką czekoladę. 
Nie musiałam zastanawiać się zbyt długo, po co by tu sięgnąć, ponieważ na widoku, w rogu mojej szuflady ze słodyczami leżały jeszcze dwie tabliczki Morina. Wybór padł na tę, z krótszym terminem, można rzecz: prawie niczym selekcja naturalna. 

Kuba kojarzy mi się z dwiema rzeczami: cygarami i kakao. No... może z trzema, ale gdybym zaczęła pisać o polityce, wcale nie byłoby tak miło, jak przy recenzji ciemnej czekolady o zawartości 70 % kakao, jaką jest A.Morin Cuba noir 70 %. Dzięki francuskiej czekoladziarni A.Morin wreszcie spróbuję czekolady z kubańskiego ziarna kakao. 

Otworzyłam tekturkę, niczym nie wyróżniającą czekolady od pozostałych morinowskich wyrobów, rozerwałam sreberko, i wzięłam głęboki wdech. Doszedł mnie zapach bardzo dziwnie złożony. Kwasek, który najpierw odebrałam jako ocet jabłkowy, łączył się z zapachem soli kuchennej, od którego zazwyczaj robi mi się niedobrze (a sól morską uwielbiam, także jej zapach), co jednak nie było obrzydliwe. Przez kakaowe tło... wydało mi się raczej interesujące. 
Połamanie czekolady nie było łatwe. Tabliczka okazała się straszliwie twarda, dzięki czemu naprawdę głośno trzaskała. Odkryłam też, że kostka uderzająca o drugą kostkę, wydaje jakby pusty dźwięk. Dziwne to było po prostu.
Po tym wszystkim, z wielką ciekawością, włożyłam pierwszą kostkę do ust. 

Trochę minęło, zanim zaczęła się rozpuszczać, a kiedy już to nastąpiło, sprawiała wrażenie bardzo opornej. Z początku wydała mi się sucha i kwaskowata, ale zupełnie nie owocowo. Taka konsystencja, (ziarnisto-sucha) z kwaskiem skojarzyła mi się z siarką, ale... takie określenie smaku nie oddaje. Nie umiałam zaklasyfikować tej nuty i nie zdążyłam się nad nią zastanowić, gdy nadciągnęła wilgoć, kojarząca się z namokniętym drewnem, po kilku deszczowych dniach. 
Wraz z tą mokrością, wilgocią, jakby trochę zapleśniałą, nadeszła gorzkość, chociaż nie było w niej nic specjalnie przenikliwego. 
To był moment przejścia, w którym konsystencja zaczęła przypominać mokry piasek, przechodzący w maziste błoto. 
Przez gorycz, a przynajmniej tak mi się wydawało, w ustach zrobiło się jakoś tak... sucho... piaszczyście.
Następnie ponownie pojawił się kwasek, który Basia na swoim blogu określiła jako ocet balsamiczny i to był chyba strzał w dziesiątkę. 
Obok tego wszystkiego cały czas stała słodycz, jakby nie ingerując w resztę. Po prostu była, ale... była takim smakowym duchem. 

Gdy czekolada zakleiła mi usta, dalej nie mogłam się zdecydować, czy jest sucha, czy wilgotna. Maź, zasychające błoto... zaklejające porządniej, niż masło orzechowe. To był taki... twardy, klejący mousse.
Mimo tego, nie zamuliła, ani tym bardziej nie przytłoczyła. Wydawała się wręcz... orzeźwiająca?! Doszłam do wniosku, że te wszystkie, z pozoru ciężkie, nuty się skumulowały, tworząc swego rodzaju "wyładowanie napięcia", przez które była chłodno-rześka. Tutaj słonawy wietrzyk od morza jest trafnym porównaniem. 
Na sam koniec nadeszło jednoznaczne, cierpkie ściągnięcie.

Ta czekolada jest jeszcze mniej czekoladowa, niż tabliczka z Jawy. W ogóle ciężko ją jakoś zaklasyfikować. Smaki szły jakby równolegle, to znaczy była lekka słodycz, a zupełnie gdzieś indziej - kwaśna-gorzkość. Konsystencja także była bardzo dziwaczna, wręcz trącała o absurd. 

Kosztowanie tej czekolady było naprawdę ciekawe i zaskakujące, jednak nie jest to czekolada, do której chciałabym wrócić. Dobra na spróbowanie i tyle. Szukałam w niej gorzkości, a znalazłam... trochę nie wiadomo co. Wolałabym jakąś głęboką, przewodnią nutę.


ocena: 7.5/10
kupiłam: zamówiłam przez e-mail
cena: 20 zł
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna

14 komentarzy:

  1. Ta tabliczka trafia w moje gusta..Jest momentami "nieokreślona".Ziemistość, piach,kwasek, maziste błotko, a gdzieś w oddali ''czyha'' słodycz.Lubię takie zestawienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie do ziemistości słodycz mi jakoś nie pasuje. Ja z kolei wolałabym tam bardziej stanowczą gorycz.

      Usuń
  2. Już u Basi pisałam, że połączenie smaków wzbudza ciekawość podszytą nieufnością i podtrzymuje tamto zdanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. A my w ogóle jak mamy ochotę na czekoladę to jedną i potem mamy spokój na parę tygodni ;) Dlatego u nas na blogu tak mało czekolad jest opisanych :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parę tygodni bez czekolady? U mnie by nie przeszło! ;P Kiedyś parę lat nie jadłam, ale... teraz za dobre firmy poznałam i zakochałam się właśnie w czekoladzie.

      Usuń
  4. Mi Kuba kojarzy się z kolegą z przedszkola (taki sucharek na wstępie). Ostatnio mam awersję do czekolady w ogóle, bo się przejadłam, ale i tak jem dalej, bo chcę wyzerować tę głupią listę, tylko już mniej i rzadziej. Przydałby mi się miesięczny detoks, co uniemożliwia prowadzenie bloga. Lipka. Co do dzisiejszej bohaterki, mogłaś się szeroko uśmiechnąć tuż po tym, jak Cię zamuliła i zakleiła, cyknąć zdjęcie i wrzucić na Instagrama :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też miałam kolegę Kubę! Chyba od przedszkola w każdym etapie edukacji się jakiś znalazł (jakie to popularne... a myślałam, że Morin zaserwował coś tak niszowego).

      Haha, taak, takim zdjęciem to można by na halloween ludzi straszyć. :P

      Ja ostatnio zdenerwowałam się na listę słodyczy, na które nie miałam ochoty i oddałam je mamie. Oczywiście nie dotyczy to czekolad, bo... im więcej jem tych lepszych, tym bardziej mam ochotę właśnie na czekoladę.
      Tobie, po tych Wawelach, to się nie dziwię. :P

      Usuń
    2. Ciekawi mnie jakie słodycze oddalas :D

      Usuń
    3. Badziewo pokroju Oreo, coś tam przywiezionego ze Stanów itp. :P

      Usuń
  5. Bardzo mi się podoba jej określenie, że jest orzeźwiająca. Chętnie bym zjadła właśnie taką czekoladę co to ani nie przytłoczy, nie zamuli, a da przyjemnego kopa. :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. A stare trampki też czułaś? :D

    To prawda - ta czekolada z jednej strony bardzo ciężka, z drugiej miała w sobie coś z rześkości ozonu. Dla mnie genialne doświadczenie i długo będę wspominać tą czekoladę. Jeden z najbardziej charakterystycznych Morinów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, no właśnie tych trampek mi tam chyba zabrakło. :(

      Prawda, bardzo charakterystyczna, ale... nie wiem, coś mi się tam jednak nie zgodziło.

      Usuń
  7. Mi się podoba prostota tej tabliczki tzn jej wygląd, jak dla mnie idealny, kolor ciemno czekoladowy,kostki błyszczące,grube,gładkie,twarda łamie się z trzaskiem . Smak też wydaje się ciekawy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On jest ciekawy! :D
      Właśnie to jedna z tych czekolad, które poruszają swoją prostotą, pokazuje, że nie trzeba wymyślnego opakowania, wzroków na kostkach, by smakować.

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)