piątek, 11 marca 2016

Ghirardelli Intense Dark Toffee interlude ciemna z toffi i karmelizowanymi migdałami

O połączeniach smakowych, które naprawdę lubię, mogę pisać w nieskończoność, tak samo, jak czekolady w takich klimatach mogę jeść bez końca.
Słodko-słone ''chrupacze'' to coś, co w 100 %-ach odpowiada mi zarówno w mlecznych, jak i ciemnych tabliczkach. (Swoją drogą, spróbowałabym palonego karmelu w białej czekoladzie.) Dzisiaj jednak nie będzie o kolejnej tabliczce z solonym karmelem, a z chrupiącym toffee (w którego składzie jest sól) oraz karmelizowanymi migdałami.
Początkowo nie wiedziałam, do jakiej grupy zaliczyć tę markę, ale po przeczytaniu TEGO, trochę mi się rozjaśniło. 

Gdy tylko zobaczyłam Ghirardelli Intense Dark Toffee interlude Dark Chocolate with Toffee Bits & Caramelized Almonds w sklepie, ta czekolada dołączyła od grona moich potencjalnych ulubieńców. Już wiedziałam, że czekolada ciemna chrupiącym toffi i prażonymi migdałami to coś, co da radę zaspokoić moją chęć na czekoladę na dość wymagającym szlaku (i nie tylko; także poza szlakiem).

Kiedy przygotowywałam się do wyprawy na Exit Glacier Trail, czekolada ta natychmiast wylądowała w moim plecaku. Spędziła tam jakiś czas, aż do połowy drogi, gdzie rozsiadłam się, by w spokoju, z widokiem na lodowiec, nią się podelektować.

Otworzyłam i powąchałam. Woń kakao z maślanymi nutami skutecznie zaostrzyła moje zmysły. Wiatr, wiejący lekko od błękitnego lodu, tylko ją szybciej doprowadził do moich nozdrzy.
Wielkie, ciemne kostki nie były zbyt cienkie, co naprawdę mnie ucieszyło, jednak już można było dostrzec jaśniejsze kawałki toffi, przebijające się przez brąz czekolady.

Poczyniłam pierwszy kęs. Kostka nie była przesadnie twarda, ale miękka też nie. To, o czym od razu pomyślałam, to jej tłustawa gładkość. W samej czekoladzie dostałam już próbkę delikatnie maślanego smaku.

Od pierwszych chwil Ghirardelli raczyła mnie swoją śmietankową słodyczą. Była naprawdę dosadna, jednak kiedy zaczynało robić się za słodko, opadła na mnie gorzkość. Niby nie jakaś specjalnie mocna, ale w tym momencie każda była mile widziana.

Gorzki smak mógłby wydać się ciężki, ale tylko w pierwszej chwili. Słodycz zaraz rozgoniła go na wszystkie strony.
Związek słodyczy i gorzkości spajała lekka śmietankowość, dzięki której wszystko wydało mi się już lepiej wykalkulowane. Warto zauważyć, że mleka nie ma w składzie tej czekolady.

W momencie, gdy kawałka robiło się coraz mniej, a na języku czułam już chrupiące dodatki, jakby wręcz kawowa, gorzkość wychyliła się nieco, a wraz z twardymi drobinkami znów pojawił się maślany akcent. Po paru sekundach nasilił się i przeszedł w nuty nieco za długo pieczonego spodu ciasta, który to zrobiono z herbatników.

Zaczęłam rozgrywać kawałki karmelu. Wpierw pojawiła się maślana słodycz. Zaraz za nią, o swoje miejsce dopraszała się sól, ale nawet nie zauważyłam chwili, w której smak lekko przypalonego karmelu wypchnął ją z gry i wgryzł się w słodycz. Ta z kolei, ostatkiem sił próbowała wygrać to starcie, które w końcu i tak pozostało rozstrzygnięte.

Palony posmak zaczął samoistnie wygasać, niczym ognisko pozostawione samo sobie. Nie doszło co prawda do momentu, w którym zniknąłby całkowicie, ale znów się zmienił: przeszedł w za długo prażone migdały. Ich smak również pojawiał się co i rusz, wzmocniony przez słodycz.

Smak tych dodatków był niejednostajny. Ciągle ulegał zmianie i pozostawał w ruchu, lecz nie był nieuchwytny.
Same cząstki były chrupiące, mimo, że wcale nie za twarde. Owszem, miękkie nie były, ale nie czułam się, jakby to kamienie były tam wtopione. A i zębów nie zaklejały. Ich konsystencja skojarzyła mi się raczej z suszonymi warzywami, np. kukurydza, groszek.
Chwilami kakaowo-słodka czekolada stanowiła dla nich dobre tło, chociaż żeby nie przechwalić muszę przyznać, że nie było ono zbyt głębokie.

Powiem Wam, że to naprawdę smaczna czekolada, mimo że warunki, w jakich degustowałam tę tabliczkę, na pewno wpłynęły na lepszy odbiór. Sama czekolada  była bardzo słodka, jak na ciemną, ale dzięki jej śmietankowej nucie, nie przeszkadzało mi to. Nie wiem jak by to wyglądało w innych okolicznościach. Przeszkadzało mi jednak to, że smak samego palonego karmelu był za słaby. Nie miał dostatecznej, według mnie, siły przebicia. Taki trochę mniej palony Lindt z solonym karmelem, na szczęście, dzięki dodatkom, mniej słodki od Lindt'a z solą.


ocena: 8/10
kupiłam: Fred Meyer
cena: 3.99 $
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, wanilia), toffee (cukier, masło, wysoko fruktozowy syrop kukurydziany, sól, lecytyna sojowa), migdały, cukier, sól, syrop kukurydziany, naturalny aromat

39 komentarzy:

  1. Świetna czekolada się wyłoniła z Twojego opisu:) . Brakuje mi tu tylko zdjęcia lodowca do całego obrazu degustacji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na instagramie cała masa. :P Uznałam, że bądź co bądź to blog tylko o słodyczach, chociaż fakt, mogłam zrobić takie zdjęcie czekolady, żeby i lodowiec było bardziej widać.

      Usuń
  2. charlottemadness11 marca 2016 07:10

    Też uwielbiam słodko-słone klimaty,a takich tabliczek na rynku jest mało,a jak się trafią,to słabej jakości.Szkoda,że smak samego palonego karmelu był za słaby ale przynajmniej na szlaku stanowiła dobre tło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. charlottemadness11 marca 2016 09:37

      Ostatnio jak byłam w PiP,to zobaczyłam tą czekoladę z solą morską:
      https://www.aledobre.pl/14268,Czekolada_gorzka_47_z_sola_morska_100_g_Cemoi.html
      Na razie jej nie zakupiłam i się zastanawiam,czy warto.Ciekawe,czy jest lepsza od Lindta :>

      Usuń
    2. Hm, nie wiem czy bym kupiła - trochę mało kakao teraz jak dla mnie (utwierdziłam się w tym po kilku tabliczkach, które wrzucę w marcu), ale jakbyś jej spróbowała, od razu napisz jak wrażenia!

      Usuń
    3. charlottemadness11 marca 2016 18:07

      Jak dla mnie trochę też ale ta sól mnie kusi..Myślałam na rożne sposoby i chyba doszłam do wniosku,że jej nie zakupię..Coś mi się zdaje,że będzie przesłodzona,bo ma 50g cukru/100g.Meh..
      Od niedawna też zauważyłam,że moje podniebienie już inaczej reaguje na takie deserówki i woli coś w stylu 60% kakao w deserowych,nie wspominając,że jestem wielką fanką "gorzkich goryczy" i mi się oczy świecą,jak widzę gorzkie perełki dobrych marek.Żadna gorycz mi nie straszna,a gorycz to magia sama w sobie.Niby samo kakao i cukier a można odnaleźć tyle smaków:>

      Usuń
    4. 50 g cukru? Bleeh.
      Tak, też uwielbiam te najbardziej gorzkie nuty! Ostatnio zastanawiam się nawet nad zamówieniem paru + 95 % z brytyjskich stron, ale koniec końców... na razie i tak za dużo mam jeszcze Domori i Zotterów (a tych ciągle przybywa!).

      Usuń
    5. charlottemadness11 marca 2016 21:56

      No właśnie.Zotter dajmy na to mleczny i to jeszcze "nadzianiec" ma od 25-40g,gdzie to 40 to już rzadkość :>

      Usuń
    6. A i to niektóre kompozycje są bardzo słodkie...

      Usuń
  3. Mniej palony Lindt? Meeeh, spodziewałam się rewelacji, zwłaszcza po tej marce, choć jej nie jadłam wygląda na coś ekstra :P (w link nie zaglądałam) Za to przez te maślaności i wszystko zachciało mi się Rich Bellarom'ki xD Muszę w końcu kupić wersję z orzechami..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W linku jest o powiązaniu z Lindt'em. :> Rynek amerykański.
      Ja moją z orzechami zabieram wiosną w góry. :D

      Usuń
  4. Chcę tą czekoladę. Szczególnie, że połączenie słodko-słone to czysta gra na moich zmysłach. Nawet brak lodowca by mi nie przeszkadzał xD

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie, znów nie moje klimaty. Spód od ciasta, wypieczenie, palona nuta, sól, a w dodatku wszystko to w ciemnej tabliczce. Może gdybym spróbowała... w przeciwnym razie nie i kropka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekoladowo-ograniczony umysł. :P Myślę, że miałaby mimo wszystko u Ciebie jakieś szanse.

      Usuń
  6. Bardzo ciekawa,aż zachciało mi sie teraz takiej czekolady :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka niby prosta, a właśnie ciekawa - nie dziwię się, że Cię naszła ochota.

      Usuń
  7. Duże i płaskie kostki ostatnio coraz bardziej są przez nas lubiane :D A z chęcią by się taką pochrupało zwłaszcza na jakiejś extra pięknej wyprawie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie to na wyprawy najlepsze! Wielkie kostki to jest to, chociaż ja wolę jeszcze jak są grube.

      Usuń
  8. Podziwiam cię, że masz siłę kosztować tyle czekolad - mi by dawno zęby wypadły :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważ, że np. ta była jedzona jeszcze latem, a dużą część (te zwykłe, które mają mniej niż 8) oddaję, nie jedząc całych, ale... tak, po prostu kocham czekoladę. :D

      Usuń
    2. Warto jeszcze zauważyć, że dobre kakao działa przeciwprochniczo. Poza tym dbanie o higienę jamy ustnej jest kluczem do sukcesu :p

      Usuń
    3. Otóż to! Chociaż "dobre kakao" - biorąc pod uwagę, że wrzucam sporo zaległych Lindt'ów i średniaków, to ja w sumie nie wiem... haha. :P

      Usuń
    4. To fakt. Ostatnio zgadałam się z kimś, kto stwierdził, że "Milka jest tak czekoladowa, że nawet mleka nie czuć" i zwróciłam dopiero uwagę, że tam nawet normalnego mleka nie ma... wszystko odtłuszczone. Normalnie dietetyczna czekolada, haha.

      Usuń
  9. Te chrupacze w czekoladach mnie zwykle doprowadzają do szewskiej pasji aczkolwiek te są małe i czuje, że raczej nie sprawiłyby mi trudności w odbiorze czekolady. :D Ja oczywiście wolałabym mleczną, ale ta nawet nie wydaje się taka ,,mocna" to może i nie kręciłabym głową. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta w ogóle nie jest mocna, jak na "ciemną". :P

      Usuń
  10. Nie powiem, ślina ściekła mi po sam pas! To nie fair, że jej nie mam :).
    Jest piękna, zarówno opakowanie jak i sama tablica! No i smak.. Zazdroszczę.
    Poza tym.. Te okoliczności przyrody!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedzenie takich czekolad w miejscach tego typu to dosłownie sama przyjemność. :D

      Usuń
    2. Mogę sie NIESTETY tylko domyślać :D

      Usuń
  11. Kocham to zestawienie słodko-słone, i nie ma dnia bez takiego połączenia u mnie w kuchni ;) Coś czuję, że by mi smakowała :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba, że byłaby za słodka i za mało słona. :>

      Usuń
    2. Wątpię, mam mniej wymagające podniebienie niż Ty :D

      Usuń
  12. Mam prośbę. Dalabys radę skrótowo rozpisać Twoje górskie wyprawy na Alasce? Tzn ile dni, gdzie, którędy i co ;). Bylabym bardzo wdzięczna. Bardzo jestem ciekawa na czym sie tan skupilas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I na co najbardziej warto zwrócić uwagę :)

      Usuń
    2. To znaczy tak: miałam bardzo mało czasu i bardzo dużo rzeczy chcieliśmy zobaczyć, a odległości ogromne i wyszło tak, że w ciągu trochę więcej niż jednego tygodnia jechaliśmy np. cały dzień z kawałkiem, kolejny dzień był przeznaczony na szlak, a potem znowu w drogę. Przez podział kosztów (trochę nierówny) musiałam sporo odpuścić i powybierałam tylko jednodniowe szlaki, czyli: Harding Icefield Trail w Exit Glacier Area (różnica wysokości to jedynie około 1000 metrów) i wybrałam drogę na sam szczyt, co zajęło mi kilka godzin w obie strony. Szło się tam najpierw po krzakociach, potem skałami prawie jak po schodach bardzo pod górę, a potem podejście do szczytu - trochę grani, trochę łagodnego zbocza, śnieg, skały; Twin Peaks W Chugach State Park koło jeziora Eklutna - duża część po prostu pod górę przez las - różnica wysokości jest podawana 3900 stóp, ale szlak kończy się pod szczytem, bo wcześniej prowadzi dobrze oznaczona dróżka (gdyby tu skończyć pewnie byłoby to jakieś 3-4 godziny bardzo szybkim tempem). Ja poszłam "na dziko" na sam szczyt ostro pod górę po małych zsuwających się kamieniach, ale też wyrobiłam się w parę godzin (6 z kawałkiem?). Z tym, że mój towarzysz miał straszne problemy z nogą wtedy. Około 8-9 km chociaż nie mam pojęcia, ile dokładnie z tą częścią poza szlakiem. Koło Worthington Glacier w okolicach Valdez ktoś nas poinformował o jakimś szlaku, który już właściwie nie istnieje, ale także się tam wybraliśmy (http://www.karangill.com/worthington-glacier-ridge-hike-great-alaskan-hike/) podlinkowałam, bo długo by pisać. :P
      A największym rozczarowaniem był Crow Pass. Miał być cały, ale wyszło tylko kilka godzin, bo... łagodnie mówiąc ekipa uznała, że nie dadzą rady, dużą część szłam sama, ale to nie miało sensu, bo i przejście go samej w całości byłoby trochę głupotą.
      Właściwie to zrobiłam rozeznanie, jak tam z pogodą i oznaczeniami szlaków jest i wiem tylko, że na pewno jeszcze tam wrócę, biorąc się za konkretniejsze szlaki. Nie wiem, czy o coś takiego chodziło - nie umiem pisać krótko o szlakach za bardzo, a pisanie książki byłoby przesadą. :P

      Usuń
    3. Jeśli masz zamiar wrócić na Alaskę, to z chęcią zabierzemy się z Tobą ;). Przynajmniej będziesz mieć pewność, że nie wymiękniemy Tobie w połowie drogi (chyba, że ktoś by miał poważną kontuzję, bo motywację do chodzenia po górach mamy nie do zdarcia jak dotychczas).

      Usuń
    4. Na Crow Pass to było niestety zwykłe lenistwo i kondycja (bo ktoś wpadł na pomysł zabrania 17-letniej siostrzenicy "wielbicielki gór i zjeżdżania na snowboardzie"), a w Twin Peaks to już była kontuzja, też z kondycją związana w sumie, przemilczana przed wyprawą... Amerykańska rodzina o tych samych pasjach czasem okazuje się... tylko amerykańskim snem. :P Albo to ja i mój pech.
      Prędko nie wrócę, ale jak będę robić jakieś plany, dam Wam znać. :D Koniecznie musimy się kiedyś gdzieś razem wybrać!

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)