niedziela, 30 października 2016

Zotter Mountain Gentain ciemna 80 % z czekoladowym kremem z wódką z goryczki

Kiedy tylko w 2016 w ofercie Zottera znów pojawiły się jesienno-zimowe smaki, zaczęłam rozglądać się za tymi, które darowałam sobie rok temu. Wśród nich była dzisiaj opisywana czekolada, bo najpierw uznałam ją za "zwykłą z alkoholem", a gdy już zostałam uświadomiona przez recenzję Basi na blogu Sex, Coffee & Chocolate, że czekolada zawiera aż 80 % kakao i ma takie nuty, jakie ma... było już za późno, a ja plułam sobie w brodę. Dlatego właśnie, gdy ją zdobyłam, postanowiłam, że otworzy mi ona przygodę z tegorocznymi Zotterami, tym bardziej, że miała być pierwszym Zotterem zjedzonym po powrocie z gór, czyli tak nawet trochę tematycznie.


Zotter Mountain Gentain to czekolada ciemna zawierająca 80% kakao nadziewana czekoladowym ganaszem z wódką z goryczki.

Czym właściwie jest goryczka? To niebieski kwiatek rosnący w Alpach, którego rysunek znalazł się na opakowaniu. Wyciąg z jego liści i korzeni jest używany w celach leczniczych, ma gorzki smak, a w krajach alpejskich znany jest także trunek zrobiony na bazie tego wyciągu - austriacki sznaps.

Po rozchyleniu papierka poczułam głęboką moc kakao i silnie zaznaczony alkohol. Obie wonie były przełamanie nieco jakby miodowo-waniliową słodyczą (odrobinką!) i kojarzyły się z wilgotną, nasączoną czekoladową truflą najwyższej jakości.

Przełamałam. Czekolada chrupnęła, ale jej nadzienie było miękkie i przypominało bardzo wilgotne ciasto.
Ugryzłam, a czekolada zaczęła rozpuszczać się zaskakująco, jak na 80 % kakao, kremowo, ujawniając bardzo tłuste i plastyczne nadzienie. Nadzienie coraz bardziej kojarzyło mi się z tłustym, miękkim i niemal mokrym, solidnie nasączonym czekoladowym ciachem.

Jednak po kolei.
Od pierwszej chwili czułam wyrazistość kakao. Był to głównie gorzki smak, kojarzący się z dobrą kawą, do którego dochodziła z czasem lekka, ale całkiem zdecydowana, słodycz. Łagodziła odrobinę ściągające poczucie, dodawała wyrazu syropu (ni to leczniczego, ni to smakowego).

Krem bardzo szybko zaczynał się przebijać, przynosząc jeszcze więcej czekoladowości i alkoholową nutę. Wydawało mi się, że to wraz z nim (albo raczej po prostu świetnie zgrało się to w czasie) pojawiały się ciepłe nuty pomarańczowego likieru i wiśniowego syropu, słodkiego ale również nieco cierpkiego.

W pewnym momencie alkohol zaczynał wręcz przypiekać język, jednak nie było w tym nic "chamskiego". Idealnie wpasowało się to w mocny charakter kakao, co w połączeniu skojarzyło mi się z cytrynówką z ogromną ilością soku z cytryny. Kwasek przyniósł ogrom orzeźwienia, czego po wódce bym się nie spodziewała. Nie wiem, czy ta cytrynowa nuta pochodziła z kakao czy z wódki z goryczki, ale... rewelacyjnie się tu odnalazła.

Przez moment to alkoholowość dominowała, proporcje jakby się odwróciły ("alkoholowość z kakao w tle") ale nie trwało to długo.

Po pewnym czasie kakao jakby zaczynało działać ze zdwojoną siłą, na koniec dostało przyspieszenia, albo po prostu zostało podkreślone alkoholem. Wróciło z odrobiną suchości i pozostawiło w ustach posmak gorzkawy i głęboki, znany wszystkim czekoladoholikom.

Czekolada była w sumie bardzo prosta, bo kakaowo-alkoholowa o cudownych alkoholowo-owocowych nutach. Mimo siły kakao i alkoholu odnalazłam w niej dużo orzeźwienia. Zaskoczyła mnie, bo nigdy nie dawałam jej szans na zdobycie najwyższej oceny, a po prostu... uwiodła mnie tą prostotą. Jak widać, nie potrzeba wielu wymyślnych, szalonych dodatków, by mieć w sobie "to coś".


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 511 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym kiedyś do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, wódka z goryczki 15%, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowo-fruktozowy, mleko, pełne mleko w proszku, sól, wanilia

sobota, 29 października 2016

Magnum White with Vanilla biała z wanilią

Ostatnim szczytem zdobytym we wrześniu tego roku miało być coś specjalnego... Rysy. W dodatku od słowackiej strony, czyli dla mnie nowość z pewną bonusową atrakcją, bo ze stupaczkami, które chciałam zobaczyć na własne oczy. Nie bardzo mogłam je sobie wyobrazić, mimo że widziałam i w telewizji, i w internecie. Czy niefortunnie ściągnie to więcej turystów? A może tylko utrudni mi wejście? Naprawdę nie lubię, jak coś sugeruje mi, gdzie mam postawić nogę... Tak czy inaczej, chciałam wyrobić sobie opinię, bo aż się chciało krytykować, a nie mam w zwyczaju krytykować czegoś, czego sama nie zbadam. Po drodze jednak zwątpiłam, że nawet do nich dojdę. Spotkałam wielu wracających ludzi mówiących o strasznej pogodzie i lodzie, co mnie trochę wystraszyło, bo nie wzięłam raczków. Rzeczywiście czuło się mrozek i wiatr, więc kiedy znalazłam bardziej osłonięte miejsce, wyjęłam czekoladę, która w kwestii wyglądu idealnie wpasowała się w ten zimowy krajobraz.
Zakochałam się po prostu w tych zdjęciach! Zrobienie ich nie było co prawda łatwe, bo padał śnieg, a więc i ostrość i wszystko... no ale się udało. Moją sesję przerwali mi jednak turyści radzący, by zawracać... spojrzałam na buty miłej Pani i co? Trampki z futerkiem kuźwa. Już wiedziałam, że stupaczki rzeczywiście ściągają amatorów, ale ja pewniejszym krokiem ruszyłam do przodu. I jak ruszyłam, to już poszłam... Aż na samiutkie Rysy! Wszyscy zawracali, a ja szłam napędzana dziwną energią. Na szczycie spotkałam tylko dwóch facetów... z mojego miasta! Nie do wiary - chciałoby się powiedzieć, ale w końcu... cóż, biegun Polski, to mrozy nam nie straszne. Nawet postanowiłam jeszcze jedno zdjęcie czekoladzie na szczycie ciachnąć - a niech Magnum też trochę radochy ma.
Wracając do tego "ułatwienia" - to krótki odcinek, według mnie zrobiony nawet całkiem nieźle, ale... cały zamysł na takie rzeczy mi się nie podoba. Ktoś, kto umie chodzić po górach, poradzi sobie bez tego, a takie coś ściąga tylko turystów-amatorów. Niektórzy jak widać mimo wszystko zawracają, ale założę się, że znajdą się i tacy, co bez jakiegokolwiek przygotowania zdecydują się iść na siłę i może się to dla nich źle skończyć. To na szczęście nie mój problem, więc przejdę już do... mojego problemu.

Magnum White with a hint of Madagascan Vanilla to biała czekolada z wanilią z Madagaskaru.
Masa mleczna to 19 %, a tłuszcz kakaowy 25 %.
Po otwarciu poczułam bardzo słodką mieszaninę smakowitej wanilii i obrzydliwie mdlącej waniliny. Były zaskakująco wyrównane.

Wydawała mi się miękka, łamała się jak tafla twardego masła, a w ustach rozpuszczała się bardzo szybko, zmieniając się w tłustą i proszkową, ale niewątpliwie czekoladową, grudkę.

Jako pierwsza wybiegała słodycz, jakby się z łańcucha urwała. Czułam lekko mleczny smak, ale niezbyt wyrazisty, bo już po chwili w siłę zaczynała rosnąć wanilia.

Mocna, czysto waniliowa słodycz stała się smakiem numer jeden, a przy niej na wierzch wyszedł odrobinę maślany, orzechowy posmak tłuszczu kakaowego. Połączenie wanilii i tej maślaności nie było przesadnie ciężkie, przez parę sekund było niezwykle smakowite, ale potem przez słodycz zaczynała przedzierać się wanilina. Coraz bardziej pochłaniała wanilię i w końcu pozostawała tylko wanilina, cukier i masło, czyli wyjątkowo obrzydliwe połączenie.
Po zniknięciu kawałka w ustach pozostawał smak waniliny, sztuczności, samej w sobie. Był tak ohydny i trudny do pozbycia się, że nawet dla tych paru cudownych sekund nie opłacało się jeść tej czekolady.

Zirytowała mnie podwójnie. Rozumiem kiepskie składniki, zły dobór czy wykonanie.... Ale tutaj po prostu dali jeden zbędny składnik. Inaczej może i byłaby przesłodzona, ale lepsze to niż taka chemiczna waniliniwość w kontraście po wanilii. Jakby jednak nie patrzeć, chociaż moment miała smaczny, w przeciwieństwie do mlecznej Magnum, a znając jej cenę (około 1 funta) wystawiam 5, chociaż już 1/3 tabliczki (ważącej 90 g) wykończyło mnie.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 557 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, E442, ekstrakt wanilii, aromaty, kawałki wanilii

piątek, 28 października 2016

Chuao Chocolatier Honeycomb ciemna 60 % z karmelizowanym miodem

Mimo tego, jak bardzo pozytywnym zaskoczeniem okazała się pierwsza próbowana Chuao, kolejną otrzymaną tabliczkę postanowiłam wziąć jako cukrowo-magnezowe doładowanie energii, bo... cóż, ciemną czekoladę kocham, miód lubię, ale I. miała dość niepełne informacje i niestety nie wiedziała, że 60-tka z takim słodkim chrupaczem nie może mieć u mnie lepszych perspektyw. Chociaż... te i tak nie były takie złe, pomijając topiący się w trakcie padania, siekający w twarz śnieg i dość silny  wiatr towarzyszący otwieraniu. Tak, wzięłam ją  na kolejny szlak, tym razem w Wysokie Tatry słowackie na Lodove Sedlo (Śnieżną Przełęcz), prowadzący przez Doliny Pięciu Stawów Spiskich. 
Wiecie, że uwielbiam różnego rodzaju porównania? Tak, pomysł porównania naszych stawów i słowackich zrodził się w mojej głowie już dawno, zapomniałam tylko, że... tutaj to już mi śnieg mógł dokuczyć. I dokuczył, wraz z wiatrem, ale to dopiero na samym końcu drogi, co w sumie nie dziwi (nazwa zobowiązuje, nie?). Byłabym zszokowana, gdyby na przełęczy nie wiało. I tak trafiła mi się niezła pogoda, ale w miejscu docelowym warunków do jedzenia czekolady nie było. Tak więc przegryzałam czekoladę w trakcie podejścia i zejścia, kiedy to ponownie, jak dnia poprzedniego, chmury odsłoniły przede mną niektóre szczyty i stawy. Jakby to powiedzieć? Nawet pogoda chciała się w porównanie wpasować. ;P Przyznam, że nie będę tu zgrywać patriotki - słowackie stawy o wiele bardziej mi się podobały. To śnieżne otoczenie, kolor wody... to wszystko było niczym z jakiejś krainy lodu! A czekolada... czekolada trochę z innej bajki, a ja sama na pewno bym jej nie kupiła. Nie przy tej cenie i składzie.

Chuao Chocolatier Honeycomb to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z karmelizowanym miodem.

Po otwarciu opakowania poczułam mocny zapach nieprzesadnie podprażonego kakao. Przewijała się tu pewna łagodność i słodycz typowa dla tego przedziału zawartości kakao, ale muszę przyznać, że czuć, że to coś lepszego niż "zwykła ciemna".
Miodu czy karmelu jednak nie czułam.

Już spód jakieś odrobinki pokazał, ale dopiero ogrom złotożółtego dodatku zobaczyłam po przełamaniu twardawej, ale tylko lekko trzaskającej, tabliczki.

Kiedy kostka znalazła się już w ustach, dość szybko zaczęła rozpuszczać się w kremowy, gładki i łatwy sposób. Była nieco maślana, ale długo zachowywała pierwotny kształt i powoli odsłaniała najpierw smak, a dopiero potem wyczuwalne językiem kawałki miodu.

Jako pierwsza ujawniała się moc kakao, solidnie dosłodzona. Lekka gorzkość niemal zupełnie została uładzona przez prostą słodycz, z którą trafili idealnie - jeszcze tylko odrobinka, a mogłoby zrobić się za słodko. Tak zatrzymywała się w dobrym momencie, nadając gorzkości lżejszego wyrazu, co wraz z lekkim prażonym posmakiem skojarzyło mi się z porządnymi orzechami laskowymi w tych ich brązowych skórkach. Przyznam, że ten mocno orzechowy smak był niemałym zaskoczeniem, jednak po paru chwilach nasilał się prażony, podpalany, motyw, a następnie już zaczynało się robić coraz bardziej słodko,

W pewnym momencie najzwyklejsza słodycz wybiła się ponad wszystko inne, a potem kakao jakby starało się o sobie przypomnieć i tylko trochę podkręciło karmelową nutę (albo odwrotnie).

Słodycz, ta taka najzwyklejsza, rosła aż do momentu mocniejszego odsłonięcia dodatku, który okazał się... miękko-twardawy.
Rozpuszczał się powoli i skojarzył mi się po prostu z nieco miękkawymi kryształkami cukru. Trochę chrzęścił, gdy się go szybko przycisnęło zębami.
W smaku było to bardzo, bardzo słodkie i tylko przez parę sekund autentycznie trochę miodowe.
Potem ten miód znikał w zwykłej słodyczy, spod której kakao już się nie przebiło. Od momentu nasilenia słodyczy ani trochę nie czułam karmelizowania (pewnie krótko trwało), a tylko skojarzyło mi się to ze sztucznym miodem.

Ogółem powiem tak... ta tabliczka (w sensie całość, nie sama czekolada) jest za słodka. I to jej jedyna wada. Sama w sobie jest bardzo smaczna, czuć w niej głębię i mocną orzechową nutę, ale dodatek zepsuli. Karmelizowny miód? Mogli go bardziej przypalić, żeby był taki palony, słonawy czy coś. Niby pocieszające, że nie kleił się do zębów, ale... konsystencja cukru też mi nie odpowiadała. 
Pyszna 60-tka, a przez ten dodatek w tej cenie z tak niską oceną skończyła... Wstyd!


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: cena tej czekolady to 8.50 $ (za 80g), ale ja nie płaciłam
kaloryczność: 475 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (kakao 60 %, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), karmelizowany miód (cukier, syrop kukurydziany, miód, woda, proszek do pieczenia)

czwartek, 27 października 2016

Bellarom Hazelnut Chocolate / Czekolada deserowa śmietankowa (ciemna mleczna) z całymi orzechami laskowymi

Ogólnie mówię, że nie przepadam za jeziorami, a morza nie cierpię, ale... chodzi tu raczej o niechęć do spędzania czasu nad nimi, bo uważam, że zwłaszcza jeziorka / stawy górskie są jednym z hojniejszych darów natury. Dlatego niezwykle podoba mi się polska Dolina Pięciu Stawów i postanowiłam właśnie nią ruszyć na Kozi Wierch. Po drodze trochę się irytowałam na gęstą mgłę, zwłaszcza, kiedy oglądając się nie mogłam przez nią ani jednego stawu dostrzec, ale po dotarciu do Orlej Perci zaczęłam się cieszyć, że przynajmniej brak widoczności wynagradza to, że nie leje i wieje, a temperatura okazała się ok. Nie miałam ochoty na wspinaczkę po mokrych głazach, chociaż... ze dwa razy myślałam, że zgubiłam szlak (taak, nie ma to jak widzieć tylko to, co jest metr przede mną). W końcu jednak oczywiście dotarłam na szczyt i uznałam... że jest przyjemnie ciepło, cicho i samotnie (kocham takie klimaty). Z nadzieją na widoki już zdążyłam się pożegnać po drodze, więc sama je sobie zapewniłam, wyciągając z plecaka zielone opakowanie, dzięki stonowanej ciemnej zieleni wyjątkowo pasujące do spokojnej atmosfery. Chyba udzieliła się trochę chmurzyskom, bo zaczęły przede mną odsłaniać widok na stawy podczas drogi powrotnej, którą dodatkowo urozmaiciłam sobie właśnie tą (ostatnimi czasy jedyną występującą w moim Lidlu) Bellaromką.

Bellarom Czekolada deserowa śmietankowa z całymi orzechami laskowymi (dawniej Hazelnut Chocolate) zawiera 45 % kakao, a przez ilość składników mlecznych (mleka i śmietanki) jest przeze mnie uznawana za "ciemną mleczną".
Coś im chyba tłumaczenia nazw tych czekolad nie wyszły, wolałam je po angielsku.

Po rozchyleniu złotego papierka od razu poczułam arcysmakowite połączenie porządnej śmietanki i kakao. Wydało mi się dość "poważne" przez wzgląd na nieprzesłodzenie i łagodną orzechową nutkę w tle. Ta mogłaby być silniejsza - trochę zaskoczyło mnie, że taka ilość orzechów nie pachnie mocniej.

Co widać na zdjęciach, czekolada była bardzo, bardzo napchana całymi orzechami laskowymi. Nie trafiła mi się kostka, w której nie znalazłoby się kilka sztuk.
Przy łamaniu stawiała lekki opór, ale dzieliła się wraz z orzechami, które na szczęście siedziały w niej uparcie.

Kiedy już wgryzłam się w pierwszą kostkę, a czekolada zaczęła powoli rozpuszczać się w sposób gęsto-kremowy i tłustawy, tworząc nieco oblepiające bagienko, poczułam w sumie kontynuację zapachu. Naturalna mleczna śmietankowość stworzyła z solidną dawką kakao mocarne połączenie o nieprzesadzonym stopniu słodyczy. To smak przepysznej Bellarom Rich Chocolate, do której po dłuższym czasie doszedł motyw orzechów laskowych.

Językiem zaczęłam natrafiać na te orzechy, ale dopiero po ich rozgryzieniu, czułam je wyraźnie. Chrupały przyjemnie, uwalniając nieco prażony smak świetnie wchodzący w kakao.
Chwilami zdawał się wypływać właśnie także z kakao, ale wbrew pozorom ta czekolada nie była aż tak orzechowa jak na to liczyłam.

To bardzo pyszna czekolada z wyraźnie wyczuwalnym kakao, w którą wtopiono rewelacyjnie obrobione orzechy. Przyjemnie było czuć, jak się rozpuszcza czekolada, a w między czasie chrupnąć orzecha, ale cały czas miałam wrażenie, że czekolada i orzechy są trochę "obok siebie".

Liczyłam, że cala tabliczka będzie przesiąknięta laskowcami, jak Bellarom mleczna z migdałami, która cała niemal kipiała od migdałowości, ale... teraz miałam wrażenie, że albo duet kakao-mleczna śmietanka trochę to nasiąkanie hamuje, albo mleczna słodycz była bardziej podatna, albo po prostu orzechy laskowe nie są aż tak mocne, aromatyczne.
Fakt, że migdały wygrywają u mnie z orzechami laskowymi na starcie został tu zestawiony z tym, że przytoczona migdałowa była za słodka, a ta - w sam raz, więc koniec końców oceny wystawiam takie same.
Żeby przekonać się jak z tymi laskowcami i przesiąkaniem, zaopatrzyłam się w mleczną z orzechami laskowymi, która wyruszy ze mną w październiku.
Zjadłabym śmietankową z migdałami... ale takiej nigdy nie widziałam - a szkoda. Ciekawe jakby migdały wyszły w tej czekoladzie.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 5,89 zł (promocja)
kaloryczność: 602 kcal / 100 g
czy znów kupię: wątpię

Skład: orzechy laskowe (27%), cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku (10%), mleko pełne w proszku (4%), naturalny aromat wanilii

środa, 26 października 2016

Ritter Sport Knusper Tortilla Chips mleczna z solonymi kawałkami chipsów tortilla oraz prażoną i soloną kukurydzą

Ktoś jeżdżący w góry pewnie się ze mną zgodzi, że we wrześniu niemal zawsze następuje załamanie pogody, a potem wypogodzenie na jakiś tydzień-dwa. Zawsze próbuję właśnie w ten tydzień utrafić, ale z pogodą nie ma co planować, jak łatwo przekonać się na szlaku. Jedyne, co mogę tam zaplanować, to czekolada i tę zaplanowałam właśnie na wyjazd, już w chwili mówienia "możesz kupić", gdy Tata pytał czy chcę tego Rittera po okazyjnej cenie (2 zł, bo data krótka).
Wszak chipsy to nie moja bajka, ale... akurat jak na takie chrupacze, nachosy jadłam dwa-trzy razy w życiu i nie były takie złe, więc że tutaj trochę bardziej "na bogato" w kwestii dodatków i z solą... No, uznałam, że może być ok na pochrupanie czegoś po drodze na Sokolicę przez Trzy Korony, które miały być pierwszym szczytami podczas wrześniowej wyprawy. Chciałam trochę rozprostować nogi po prawie całonocnej jeździe, uspokoić zmysły, więc wybrałam czekoladę, co do której zrodziło się w mojej głowie wiele wątpliwości.

Docierając na szczyt po leniwej, pełnej zaczepiania się, drodze przez las z nie najlepszymi widokami, zrozumiałam... że nie dane jest mi zobaczyć nic poza samotną sosną spod Sokolicy. Bardzo żałowałam, że zamiast panoramy, widzę tylko chmury i mgłę, bo Pieniny są naprawdę ciekawe pod względem przyrody, ale jakoś tak... pomijane przeze mnie.
Wracając jednak do recenzji, wyjęłam w końcu z plecaka pomarańczowe opakowanie, mające nadać trochę kolorytu szaremu widokowi.

Ritter Sport Knusper Tortilla Chips to mleczna czekolada z solonymi kawałkami chipsów tortilla (8%) oraz prażoną i soloną kukurydzą (6%).

Po otwarciu poczułam silny kukurydziany zapach (oczywiście chrupek, nie świeżej kukurydzy) w towarzystwie słodkiej mlecznej czekolady. Takie niby nic, a wydało się nawet przyjemne.

Przy łamaniu czekolada okazała się jak najbardziej w porządku, nic się z niej nie sypało, nie kruszyła się, a w ustach rozpuszczała się łatwo, kremowo i dość szybko. Prawdopodobnie także tłusto, ale jako takiej jej nie odebrałam, bo bardzo szybko zaczynałam trafiać językiem na ogrom drobnych chrupaczy wtopionych w tabliczkę. Wraz z tym, jak czekolada odsłaniała je coraz bardziej, wyróżniałam cieniutkie, niemal płatki, chipsy oraz twardsze kawałki kukurydzy.

Równie szybko pojawiał się smak kukurydziany. Najpierw taki trochę corn flaksowaty, potem szybko zmieniający się w "chrupkowato-popcornowy", odrobinę mączny. Nie miał za wiele wspólnego z chipsami, z nachosami (czy chipsami tortilla) może już trochę więcej, ale ja się nie znam na tym. Skojarzył mi się z rozmiękającymi wiórkami o smaku popcornu (popcornu nie cierpię przez łuski itp., ale taki smak mi nie przeszkadzał).
Szybko zasłonił go jednak bardziej prażony smak kukurydzy, w kontekście minimalnie warzywnym (jak suszona kukurydza).

Wszystko to było osłodzone czekoladą, ewidentnie schodzącą na drugi plan. Nie odgrywała żadnej większej roli, ale dosłodzeniem i silnie mlecznym smakiem wywołała przez sekundę skojarzenie z miodowymi corn flaksami z orzeszkami (kiedyś takie były, nie wiem, czy jeszcze są) z mlekiem.

Kakao? Wiadomo, prawie tyle co nic. Tak swoją drogą, zgryziona "na chama" odrobinka smakowała trochę jak polewa, a nie czekolada, ale podczas jedzenia kostka po kostce, czekolady samej w sobie nie czuło się ani przez moment. "Prawie nic" można i o soli powiedzieć, bo raz i drugi nieśmiały akcent poczułam, ale gdybym nie wiedziała, że to solone chipsy, przypisałabym ten smak prażeniu.

Ta cała kukurydzianość w dziwny sposób mi smakowała, pasowała do tej mlecznej słodyczy.
Nie przepadam za czekoladami bardziej do chrupania (a ta do takich chyba należy), ale... dobrze, że tutaj to kukurydza odegrała pierwsze skrzypce, a nie czekolada. Brakuje mi tylko tej soli... Z nią w ogóle mogłoby wyjść smacznie, a tak było po prostu nieźle i ciekawie.


ocena: 7/10
kupiłam: ?
cena: 2 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, mąka kukurydziana (6,3%), laktoza, kukurydza (4,9%), odtłuszczone mleko w proszku, masło klarowane, olej palmowy, olej słonecznikowy, lecytyna sojowa, sól, naturalny aromat, przeciwutleniacz (ekstrakt z rozmarynu)

poniedziałek, 24 października 2016

Tesco finest Madagascan 71 % Dark Chocolate ciemna z Madagaskaru

Ostatnio czuję się tak dobita przez otaczających mnie ludzi (często nieznajomych, a naprawdę nieznośnie się zachowujących), że po powrocie do mieszkania mam tylko ochotę na zaszycie się gdzieś w jego ciemnych zakamarkach i dostarczyć sobie jakąś niewymagającą niczego dawkę kakao.

Tesco finest Madagascan 71 % Dark Chocolate to ciemna czekolada, z kakao z Madagaskaru z regionu Sambirano (a przynajmniej tak jest napisane na opakowaniu), o jego zawartości 71 %. 

Po rozerwaniu sreberka poczułam wyraziście czekoladowy zapach. Smakowite kakao z łagodną słodyczą wydało mi się odrobinkę podkręcone prażonymi ziarnami kawy, co bardzo mi się spodobało. Niby na to nie liczyłam, ale i tak żałowałam, że nie wyczułam żadnej woni wskazującej Madagaskar.

Przy łamaniu czekolada zdrowo chrupnęła (ale nie trzasnęła), a mimo twardości nie było najmniejszego problemu z ugryzieniem kawałka, który w ustach początkowo zapowiedział, że będzie rozpuszczał się wolno i sucho, ale... niemal natychmiast uległ. Czekolada okazała się kremowa, z czasem wydała mi się nawet nieco miękkawa.

Ze smakiem sprawa wyglądała podobnie, bo początkowo posądziłam tę czekoladę o chęć, czy nawet próbę, ściągnięcia, ale obyło się bez niego i w zasadzie bez śladu mocniejszej cierpkości.

Bardzo szybko usta zaczęła mi wypełniać słodka moc kakao. I właściwie tyle, jednak nie znaczy to, że to zła czekolada - o nie! Po prostu czuć tu wyrazistość delikatnie gorzkawego kakao o lekko prażonym wyrazie z może minimalnie orzechową nutą. Złagodzone zostało nieprzesadzoną słodyczą, co przełożyło się na to, że całość odebrałam jako bardzo dobrze wyważoną, gdyż cały czas to kakao było tu przewodnikiem smaków.
Słodycz miała ciekawy wyraz, bo mimo że prosta i niezbyt silna, to można by jej przypisać jakiś ambitniejszy smak (ale nie nazwałabym tej czekolady miodową, jak sugeruje producent).

W pewnym momencie pojawił się taki bardziej soczysty motyw, jakby zaraz miały pojawić się słodko-kwaśne owoce, ale... nie, to nie był smak owoców, tylko taki mglisty efekt.
Właśnie to przesądziło o tym, że stwierdziłam, że to rewelacyjnie wyważona tabliczka. To już w ogóle uprzyjemniło odbiór, mimo że wolałabym, żeby ta nuta się bardziej rozkręciła, idąc w cytrusy czy czerwone owoce charakterystyczne dla regionu.

Na koniec w ustach pozostaje po prostu łagodnie kakaowy posmak, któremu aż ciężko przypisać coś więcej.

Uważam, że to świetna czekolada na chęć na coś baardzo czekoladowego i takiego zwyczajnie kakaowego. Nie jest przesłodzona, a idealnie wyważona. Sama jednak nie potrafię nie patrzeć z wyrzutem na wielki napis "Madagascan", obietnicę owocowych nut i rysunek tukana... Jak się już tak zaznacza region na opakowaniu, to powinno się zrobić wszystko, żeby maksymalnie smaki danego miejsca zawrzeć.
Niemal natychmiast przypomniała mi się jednak Domori Sambirano Madagascar 70 % , która również była mało madagaskarska, i w której nawet pojawiały się orzechy i kawa, ale... co tu porównywać? Tam bardzo wyraziste były inne nuty, w tym właśnie owoce (tylko nie te typowe).
Niby coś tam było, ale... takie proste czekolady można dostać i w nieco niższej cenie (np. w Lidlu? J.D.Gross?), choć chcąc ją do czegoś porównać powiedzmy, że zasługuje o punkt lub dwa więcej niż za słodki Lindt 70 % (ale nie będę mu już dawno wystawionej oceny zmieniać).


ocena: 8/10
kupiłam: Tesco
cena: 7,99 zł
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy znów kupię: może

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ekstrakt waniliowy

niedziela, 23 października 2016

Koska Tahin Helva Fistikli Pistachio chałwa waniliowa z pistacjami

Kiedyś tam wracając z podróży zorientowałam się, że jak dojadę do mojego miasta, wszystkie sklepy będą już zamknięte, a przerażała mnie pustka czekająca w lodówce. Zajechałam więc jakieś dwie godziny od domu do Carrefoura (bodajże w Białym Stoku?) i... pomyślałam sobie, że kupienie u mnie dobrej, zwykłej chałwy graniczy z cudem. Pamiętając, że Olga polecała mi jakąś z Tesco z orzeszkami, zirytowana, że u mnie jej nie ma, postanowiłam wziąć coś, co rzuciło mi się w oczy... Mianowicie chałwę z pistacjami, które uwielbiam, ale jadam rzadko, bo... naprawdę mało jest dobrych rzeczy z nimi (taak, lody z zawartością 0,00001% pistacji itp.).


Koska Tahin Helva Fistikli Pistachio, czyli mówiąc po ludzku: chałwa waniliowa z pistacjami nie grzeszy składem doskonałym, jest zdecydowanie za duża jak dla mnie (wolałabym taką "na raz"), ale... to wszystko odchodzi w niepamięć, bo zawiera aż 8 % pistacji i, jak się później okazało, są to całe orzechy.

Po otwarciu poczułam bardzo wyrazisty zapach chałwowo-sezamowy, taki z minimalną goryczką.
Zobaczyłam też spore "korytko", które nie dość, że ledwo wyciągnęłam z opakowania (musiałam kompletnie je porozrywać), to jeszcze było bardzo łamliwe i wyjęcie z niego chałwy przysporzyło mi sporo kłopotów. Naprawdę okropna forma opakowania dla 200tu gramowej chałwy (i potem musiałam się bawić ze sreberkiem i własnym pudełeczkiem, by jakoś przechować resztę).
Tym bardziej, że chałwa była dość miękka i solidnie napchana pistacjami, przez co ciężko ją było ukroić - po prostu się rozpadała (zwłaszcza przy pistacjach).

W każdym razie, wreszcie spróbowałam. Tak jak pisałam, była miękka, raczej mało chrzęszcząca i bardzo plastyczna. Wydała mi się taka "rzadka", tłusto-wilgotna (ale nie obrzydliwie tłusta). Na pewno nie była cukrowo-zalepiająca czy cukrowo-skrzypiąca na ten sklepowo-chałwowy sposób.

W smaku od samego początku czułam silny smak sezamu i równie silną słodycz, chociaż jeszcze nie na cukrowym poziomie. Czuć było lekką sezamową goryczkę, która jak dla mnie mogłaby być jeszcze silniejsza za sprawą mocniejszego podprażenia sezamu.
Smak okazał się bardzo w porządku jak na ten skład, chociaż ta słodycz mogłaby wydać się przesadzona, gdyby nie to, jak skutecznie przełamywały ją pistacje - całe i połówki - rozmieszczone mniej więcej równomiernie.
Ich jakość mnie dopiero zaskoczyła: wyraziste i bardzo chrupiące, idealnie podprażone (zdecydowanie mocniej niż sezam). Miały tę swoją "skórkę", przez co przy nich nasilała się lekka orzechowa goryczka.
Były tak wyraziste i wydawało mi się, że jest ich naprawdę dużo, że chwilami zagłuszały w smaku całą chałwę: i słodycz, i sezam.

Muszę przyznać, że dodatek pistacji, takich dobrych pistacji!, naprawdę mi się spodobał. Chałwa sama w sobie też mi nawet smakowała, chociaż bez pistacji pewnie zjadłabym dużo mniej. Nie była ani obrzydliwie słodka, ani obrzydliwie tłusta, jednak w jej ogólnej konsystencji i tak coś (ta taka miękkość) mi nie pasowało - preferuję bardziej zbite chałwy.
Na pewno jest smaczniejsza od chałwy biedronkowej i lidlowej, ale jej cena jest też dużo wyższa (nawet w przeliczeniu na 100 g).


ocena: 8/10
kupiłam: Carrefour
cena: ok. 10 zł
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: pasta sezamowa (57%), cukier, orzechy pistacjowe (8%), emulgator (mono i diglicerydy), wyciąg z korzenia mydlnicy, regulator kwasowości (kwas cytrynowy), aromat wanilii identyczny z naturalnym

sobota, 22 października 2016

Pralus Le 100 % Criollo Madagascar ciemna z Madagaskaru

Po tym, jak przy pełnowymiarowej wersji odzyskałam wiarę w madagaskarskiego Pralusa (w końcu neapolitanka wydała mi się dość nudna), a moja chęć na czekolady o naprawdę wysokiej zawartości kakao nie minęła, a chyba tylko nasiliła się, moje myśli krążyły już tylko wokół jednej czekolady. A właściwie dwóch, bo przez własną nieuwagę stałam się posiadaczką aż dwóch tabliczek, co początkowo niezbyt mnie cieszyło (jeszcze przed otwarciem Pralus Madagascar 75 % 100 g).

Pralus Le 100 % Criollo Madagascar to ciemna czekolada stworzona tylko z kakao criollo pochodzącego z Madagaskaru.

Po rozchyleniu sreberka zaskoczył mnie... nie aż taki ciemny kolor (ciepły brąz z czerwonymi przebłyskami) i delikatny zapach. Był mocno kakaowy, ale zarazem ani trochę gorzki czy kwaśny. Niewątpliwie czułam tu dym i jakieś czerwone owoce (porzeczki, maliny?) w nim skąpane, a także dość solidnie przyprawione pieprzem i... może jakimiś wykwintnymi, leciutkimi perfumami. Czułam jeszcze razowe nuty i coś z nabiału, a oczami wyobraźni zobaczyłam kromkę razowca z twarogiem. Coś podszeptywało mi suchą ziemię, a już w trakcie degustacji upewniłam się, że ziemia miała prawo tu wystąpić.

Podczas przełamywania czekolada wydawała głośny trzask, a przy robieniu kęsa zdziwiła mnie jej chrupkość.
W ustach rozpuszczała się najpierw idealnie gładko, kremowo, a potem przechodziła w bardziej oleiste klimaty, które już podobały mi się znacznie mniej.
Z czasem zaczynała zalepiać, co już było lepsze i kojarzyło mi się ze straszliwie tłustym kremem lub kremowym masłem orzechowym z wytrąconą warstwą oleju na wierzchu. Smarowidło to oblepiało usta od środka, ale nie było w tym nic smolistego.

Od pierwszej sekundy poczułam taninę ułaskawianą przez sok z cytryny. Zasugerował słodkawość, ale dobrze wiedziałam, że nie będzie tam dla niej miejsca.
Nieoczekiwanie wychwyciłam jednak orzechy laskowe w nieco maślanym, ale też prażonym wydaniu i poczułam się jakbym na raz wypiła kwaskowate espresso (gdy zjadłam parę kostek po kawie, wyraźnie czułam jeszcze orzechy włoskie i ziemne). Pojawiła się tu nuta dymu i suchych drzew, ale czekolada wcale nie wydała mi się mocno prażona. Wręcz przeciwnie.

Te drzewa miały w sobie coś przyprawionego, ale nim zdążyłam to nazwać, kora z nich opadła na gęstą, nieco wilgotną ziemię i tam też podążyły moje zmysły.
Czułam ziemię, czarną i ciężką, a w niej, przy niej i wokół niej... grzyby, albo raczej porost z pleśni. Nie było w tym jednak nic obrzydliwego, bo oczami wyobraźni zobaczyłam słonawy ser przerośnięty pleśnią, albo camembert z jego nieco mdłą, ale smaczną skórką... Przy tym pojawiał się mocniejszy smak przypraw, tak, że mogłam je nazwać. To był po prostu pieprz, w towarzystwie niezbyt wyraźnych ziół.
Z lekkimi czerwonymi owocami w tle czułam się jakbym jadła jakąś sałatkę solidnie przyprawioną i posypaną camembertem... Camembertem? A co, był on tam tak samotnie? Ależ nie. Dopiero, jak zaczynałam o nim dłużej myśleć, to kwasek i nuta czerwonych owoców zaczynała kojarzyć mi się z winem. Takim, w którym czuć czerwone porzeczki.

Już było pokrętnie, a zaczynało się mieszać jeszcze bardziej. Otóż od tych serów i kwasków wychodziła jeszcze pomarańcza, niosąc o wiele więcej słodyczy i soczystości w towarzystwie jakiegoś ściągającego nabiału - chyba kefiru. Ewentualnie mógł to być pomarańczowy jogurt pitny. Tutaj jakakolwiek goryczkowatość zniknęła, mgliste wspomnienie grejpfruta rozwiało się zupełnie, jakby uciekła przed kwaskiem espresso i słodyczą... pomarańczowo-czekoladową. I nie chodzi mi o czekoladę z pomarańczą, a coś czekoladowego jedzonego w ogrodzie, gdzie rosną drzewka pomarańczowe, które wydały całe mnóstwo białych kwiatów pomarańczy.

Na koniec w ustach pozostał mi słodki posmak jagód i malin, z wyrazistym motywem kawy, chleba i czekolady lekko doprawionej "cytrusowym" pieprzem, jaki poznałam przy okazji Akesson's 75% Madagascar "Wild" Voatsiperifery Pepper.
Mimo wielu owoców występujących w tej czekoladzie, nie była niezwykle soczysta. Właściwie była taka tylko chwilami.
Całość nie wydała mi się zbyt ciężka, ale to pewnie dlatego, że kwasek i gorzkość kojarzyły mi się z samymi przyjemnymi, przystępnymi rzeczami.

Przy jej jedzeniu stwierdziłam, że jednak mam szczęście, że trafiły mi się dwie tabliczki akurat tej czekolady. Dzięki temu mogłam zrobić więcej podejść, bo przy pierwszym... zjadłam prawie całe 100 g (no nie wiem, może 3/4) - po prostu nie mogłam się od niej oderwać, bo była dziwnie wciągająca, a nowe skojarzenia nachodziły dopiero po paru kostkach. Przy kolejnych próbach tylko utwierdzałam się w poczuciu, że dobrze nazwałam smaki, ale raz trafiłam też na zmianę kolejności. Nie zgodzę się jednak z Basią, że tej czekoladzie potrzeba czasu. Po kolejnych podejściach moją notatkę rozwinęłam tylko o nieliczne słówka i skojarzonka.
Ocenę obniżyłam odrobinę przez jedną setkę (niedługo na blogu), która była podobnie zmienna, ale zachwyciła mnie swoim (co prawda zupełnie innym niż Pralus) smakiem i konsystencją.


ocena: 9.5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 30 zł
kaloryczność: 610 kcal / 100 g
czy znów kupię: bardzo bym chciała

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy