poniedziałek, 30 lipca 2018

J.D.Gross Trufle 56 % ciemna z musem czekoladowym i nadzieniem truflowym

Uwielbiam czekolady J.D. Gross, więc mimo sceptycznego nastawienia do tabliczek z mousse'em (uważam, że wychodzi mało mousse'owo, a przeważnie tłusto i nijako), dwie nowości, które pojawiły się jednorazowo kupiłam bez zastanowienia. Miałam zacząć od mlecznej orzechowej i to jakoś zaraz po mlecznym Grossie z mielonymi orzechami laskowymi, ale... nie wiem, w dniu, w którym zaplanowałam otworzyć nadziewaną czekoladę z mousse'em, miałam ochotę na coś po prostu kakaowego.

J. D. Gross Trufle 56 % to ciemna czekolada o zawartości 56 % kakao nadziewana 20% musem czekoladowym i 16% czekoladową masą truflową.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach: głównie słodki, choć i ewidentnie kakaowy. Był w miarę poważny, wytrawny, ale nie tak mocno ciemnoczekoladowy, jak można by się spodziewać.

Ciemna tabliczka przy łamaniu była twarda, trzaskała. Kostki przy gryzieniu i krojeniu okazały się zwarte, ale rozdzielanie nie było niemożliwe.
Sama czekolada była tłustawa i kremowa, choć trochę zbyt twarda w skorupkowy sposób.
Skrywała dwa rodzaje nadzienia: krem na górze oraz mus na dole. Obie były tłuste: krem w zbito-maślany sposób, a mus jak otłuszczająca usta bita śmietanka. Cechowało go jednak przyjemne napowietrzenie, dzięki czemu rzeczywiście wyszedł jak mousse.
W całości kryła się też pyłkowość kakao.

Sama czekolada raczyła przede wszystkim silną słodyczą. Wyrazisty, taki wytrawniejszy smaczek kakao sprawił, że pomyślałam o syropie czekoladowym - może nawet lekko scukrzono-alkoholowym. Z racji mocnego palenia przyszły też skojarzenia z "waniliowatą" kawą. Wyszło nieźle, ale za słodko i z dziwną nutą (maślaną, która w pierwszej chwili skojarzyła mi się trochę grzybowo, jak w przypadku Zotter Mousse au Chocolat "Piura" 82 %).

Okazało się, że "dziwna nuta" przebijala się ze środka, którego smak był przede wszystkim delikatny.

Krem truflowy mimo słodyczy miał w dużej mierze truflowo-kakaowy, a więc "sucho-cierpkawy" smak, do którego wkradała się neutralna maślaność. Nie nazwałabym go wytrawnym, ale i zbyt słodkim też nie. Było trochę mdło przez dużą ilość masła, ale wciąż przyzwoicie kakaowo.

Mus wydał mi się słodszy i bardziej śmietankowy, choć wciąż w pewien sposób nijaki. Kakao zaznaczało się delikatnie, odrobinkę cierpkawo. Smakowało jak czekoladowe bite śmietanki w deserach mlecznych.

Gdy nadzienia się łączyły, czekolada do nich dołączała, całość robiła się słodka i "kakałkowa". Maślaność i śmietankowość zbijały wytrawnie kakaowy smak, przez co o gorzkość trudno. Słodycz przysłoniła wszelkie goryczko-cierpkości, choć to właśnie suchawa cierpkość pozostawała na koniec.
Oprócz niej również posmak słodyczy, tłustości i lekko kakaowy. Nie był przyjemny, zwłaszcza tłuszcz na ustach, ale nie był to też niesmak.

Całość trochę mnie zawiodła. Wyszło za tłusto, maślanie (przez co według mnie za mdło, za mało czekoladowo-kakaowo) i słodko. Odtłuszczone kakao nie ingerowało w czekoladę, a w nadzieniach nieźle się odnalazło, choć jego samego w sobie wyraźnie nie czuć. Wolałabym jednak je, niż tę całą tłuszczowość. Można zjeść, ale pod koniec już mnie trochę męczyła (dwa dni było ok, jeden już nieszczególnie). Nie miałam komu oddać, bo ciemna, a jednak nie była zła, by wyrzucić.

Od razu przypomniał mi się Lindt Creation 70 % Chocolate Mousse i o ile mousse J.D.Gross był o niebo lepszy, tak trufla i czekolada 70 % Lindta podobały mi się o wiele bardziej. Lindt nie był tak zatłuszczający i jednak mniej słodki.


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: około 6 zł chyba? (za 182,5 g)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, olej palmowy, mleko w proszku pełne, bezwodny tłuszcz mleczny, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz Shea, śmietanka w proszku, laktoza, orzechy laskowe, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt z laski wanilii, naturalny aromat waniliowy

niedziela, 29 lipca 2018

deser Nesquik Duo

Za górami, za lasami, za sklepowymi półkami... były sobie różne produkty Nesquik. Nigdy mnie do nich nie ciągnęło, ale jak parę lat temu kupiłam loda na patyku Nesquik, bo w sklepie nie było nic lepszego (wtedy jeszcze nie miałam nic przeciwko lodom na patyku), zdziwiłam się, że mi posmakował. Podobnie wtedy miałam z wafelkiem Nesquika. Potem jednak nadeszły "lata zapomnienia" i gdy jakoś rok temu (?) chciałam tego wafelka zrecenzować, odkryłam, że nigdzie nie mogę znaleźć omówionych produktów. Przyznaję, że zirytowało mnie. Zirytowało do tego stopnia, że gdy w Biedrze zobaczyłam "coś nesquikowego niebędącego płatkami", w akcje furii i desperacji kupiłam.

Nesquik Duo to "kremowy deser mleczny o smaku czekoladowo-waniliowym z czekoladą i białą czekoladą" od Nestle, produkowany przez Lactalis.

Po otwarciu poczułam zapach cukrowego kakao na mleku w nieco budyniowatym kontekście. Nie był zły, a dziecinny i zupełnie nie mój (za słodki).

Najpierw budyń wydał mi się rzadki, ale po wbiciu łyżeczki bardzo się zdziwiłam - całość okazała się stała, bardzo gęsta. Mimo tej gęstości, deser zachował pewną glutowatą budyniowość. Odznaczał się również kremowością. Nie był proszkowy, ale czuć w nim pyłek kakao.

Ciemna część była bardzo, bardzo słodka, jakoś niespecjalnie mleczna, ale... taka słodko-kakałkowa. Mocno kakałkowa, więc nie mdła, ale w żadnym razie nie kakaowa.

Waniliowa z kolei... to już cukrowo-budyniowa słodycz do potęgi, aczkolwiek ze śmietankowym posmakiem (gdy zerknęłam do składu - biała czekolada? o, w to uwierzę!). Oprócz tego, wyraźnie czułam wanilinę, jednak wyszło to bardziej tak... wanilinowato-zabajone (?) w wersji dla dzieci.

Szczerze? To było tak słodkie, że jednemu maleństwu nie dałam rady. Cukrowe, ale jednocześnie niewyprane ze smaku. Uwierzę, że może smakować. Jasna część zaserwowała mi wanilinowato-białoczekoladowe nuty, które mnie po prostu obrzydziły. W ciemnej osobiście zdecydowanie wolałabym czuć kakao, a nie cukro-kakałkowość. Konsystencja za to niezaprzeczalnie godna pochwały. Gdyby nie cukier, mogłoby być przyjemnie i ciekawie.

Kończyła moja Mama, kochająca waniliowe desery tego typu, a nielubiącza czekoladowych / kakaowych i uznała, że ogólnie było to w porządku, jednak "ciemna część lepsza, waniliowa w porównaniu do innych okropna".


 ocena: 5/10
kupiłam: Biedronka
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 131 kcal / 100 g; sztuka 70g - 92 kcal 
czy kupię znów: nie

Skład: mleko 78,8%, cukier, odtłuszczone mleko w proszku, biała czekolada 2,5% (cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, oleje roślinne: palmowy, sal, chea; serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat), skrobia kukurydziana, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, czekolada w proszku 1% (cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, miazga kakaowa, naturalny aromat waniliowy), skrobia kukurydziana, żelatyna, substancje zagęszczające: guma ksantowa, karagenian; naturalne sole mleka, aromaty, barwnik: beta-karoteny, sól, cynamon

sobota, 28 lipca 2018

Rococo White Chocolate Bee Bar Raspberry Fizz biała z malinami i musującymi cukierkami

Ostatnio jak już miałabym decydować się na jakieś białe czekolady, postawiłabym na Rococo. Swoje dziwadełka kupiłam dawno i nie planowałam kolejnego zamówienia, jednak na przeciw wyszła mi pewna częściowa współpraca, w ramach której oprócz rabatu, wpadło mi kilka tabliczek-ciekawostek, w tym maleństwo, o którego istnieniu dowiedziałam się dopiero, gdy wyjęłam je z paczki.

Rococo White Chocolate Bee Bar Raspberry Fizz to biała czekolada z malinami i strzelającymi cukierkami.

Po otwarciu dobiegł mnie zapach czysto białoczekoladowy, łączący w sobie śmietankę, mleko w proszku i dużo, acz nie za dużo, słodyczy. Niewątpliwie była to biała "z tych lepszych" i wzbogacona o sugestię malin, ale mi nie przypadło to do gustu.

W dotyku tabliczka wydała mi się tłusto-proszkowa, lecz w ustach okazało się, że nie była ani proszkowa, ani strasznie tłusta. Raczej tłustawo-kremowa i bardziej cukrowa; gładka. Powoli ujawniała farfocle i pestki malin oraz niewielkie cukierki strzelające zaskakująco długo. Strzelały, jak pękające bąbelki, mocniej i słabiej musując. Zaczynały od prawie samego początku, ale kumulacja była dopiero pod koniec, musowały jeszcze po zniknięciu czekolady.
Przyznam, że wyszło to dobrze, bo nienachalnie, ale z kolei trochę dziwnie bo... miałam ochotę rozgryzać maliny, ale nie cukierki i to tak... Nie współgrało.
Owoce wyszły nudno, bo farfoclowato i pestkowo, niesoczyście.

W smaku czekolada była wyważona, bo mocno śmietankowa i słodka w ambitniejszy sposób. Sprawiała przy tym wrażenie bardzo czystej (bez wanilii, karmelowości itp.).

Słodycz rozkręcająca się nieco, z czasem trafiała na smak malin i łączyła się z nim. Nie przyniosło to jednak soczystości, a skojarzenia z mocno mlecznym koktajlem z malinami lub delikatnie malinowymi lodami na śmietance. Tonacja okazałą się bardzo słodka, dopiero pod koniec przy drobinkach od malin rozchodził się leciutki, naturalny kwasek suszonych malin.

Cukierki najpierw wydawały się nie mieć smaku, jednak zostawione na koniec okazały się po prostu lekko słodkie. W ustach pozostawał wtedy jednak posmak białej czekolady i naturalnych malin, więc ich smak w tym się jakoś zakamuflował i wyszło dobrze.
Posmak był zaskakująco malinowy.

Całość wyszła fajnie jak na 20-gramową ciekawostkę. Cała taka tabliczka na pewno by znudziła, bo smak był bardzo prosty i delikatny, a więc właściwie nieodgrywający większej roli. Uwagę miała na sobie skupić struktura. O ile sama czekolada była normalna, maliny wyszły średnio (wolałabym coś bardziej naturalnie strzelającego, np. dodatkowo pesteczki fig?), tak cukierki (mimo że to nie moja bajka) naprawdę dobrze zrobili. Nieprzesadzone, wszechobecne, wyraźnie buzujące i zarazem delikatne. Nie lubię tego typu słodyczy, a te odebrałam pozytywnie.

Fajna i tyle, choć mnie znudziła po trzech kostkach (podzieliłam się z Mamą), bo... no, to jednak "czysta biała w smaku", mało malinowa, a z dodatkiem, którego nie lubię (ale dobrze zrobionym!).


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od Czekolady Świata
cena: -
kaloryczność:  554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 30%, pełne mleko w proszku 24%, liofilizowane maliny 4%, strzelające cukierki (cukier, laktoza, glukoza, dwutlenek węgla E290), lecytyna sojowa

piątek, 27 lipca 2018

Hoja Verde Ecuador 72% ciemna z Ekwadoru

Hoja Verde to jedna z nielicznych marek, których na próbę (pierwsze degustacyjne spotkanie) kupiłam tylko jedną tabliczkę mając możliwość wyboru kilku. Dzień sięgnięcia po nią odkładałam, bo się bałam. Tym razem bałam się, że... że mi posmakuje i będę wściekła, że zamówiłam tylko tę. Ni stąd ni zowąd ta ekwadorska marka zaczęła mi się jawić jako "być może jest genialna", mimo że na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia.

 Hoja Verde Ecuador 72% to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Arriba z Ekwadoru.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny zapach, który skojarzył mi się z polnymi kwiatami i różowymi, delikatnymi różami w niemal pudrowym kontekście. Z nimi łączyły się też jakieś czerwone, pudrowo-cukierkowe owoce (maliny?). Było więc słodko, ale z zaznaczonym prażeniem i ziemistym klimatem sugerującym ziarna kawy i nibsy. W trakcie degustacji zapach jako połączenie tego wszystkiego skojarzył mi się ze starymi, drewnianymi meblami.

Tabliczka o bardzo ciemnym kolorze z sinawym przebłyskiem była twarda, gęsta i głośno trzaskała, ale... brzmiało to, jakby była mokra.
W ustach potwierdziła swoją gęstość. Rozpływała się w miarę wolno, początkowo jakby opływając lepiącą mazią, a potem zmieniając się w nią. Nie była idealnie gładka i kremowa, choć dość tłusta. Na koniec coraz bardziej wysuszała, by pozostawić w ustach niemal ściągnięcie, suchość.

Smak ruszył z kopyta zarzucając akcent niemal przypalonego ciasta czekoladowego (może brownie?), takiego wręcz odymionego (na dym zaczęłam zwracać uwagę dopiero od któregoś tam kęsa).

Od ciasta rozszedł się wilgotny klimat, ale przybrał postać ziemi. Ogrom wilgotnej ziemistości, takiej niemal surowej. Ziemia, z której wyłaniają się korzenie drzew.

Lekka gorzkawość dymnego kakao zmieniła się w grejpfruta, a z ziemi odeszła sugestia kwasku. Ociągając się, przybrała postać cytrusów. To jednak tylko taki "niby kwasek", bo zrobiło się raczej słodko. Cały czas obecna w tle słodycz była silna, ale ustępowała poszczególnym smakom. Dość szybko zrobiło się egzotycznieowocowo, w czym dominowały banany. Czułam się, jakbym jadła słodki chlebek bananowy, ale i niedojrzałe banany (ściągająco-cierpkie, na co pewnie ogromny wpływ miała struktura). Ten smak bardzo długo przewodził, choć pojawiały się przy nim akcenty
malinowo-pudrowo-kwiatowe (odzwierciedlenie zapachu).

Chlebek bananowy, a więc bardziej ciastowe klimaty, w przyjemny sposób zamknął krąg, wracając do smaku palono-dymnego. Wychwyciłam bardzo wyraźną mieszankę orzechów, szybko wchodzących w ziemiste klimaty. W ziemi z kolei trafiłam na mnóstwo kawy w postaci palonych ziaren.

To właśnie ziemiście-kawowa gorzkawość, ogólna egzotyczna słodycz i dość mocna taninowa cierpkość, suchość pozostawały w posmaku na bardzo długo.

Muszę przyznać, że czekolada bardzo mi smakowała i oczarowały mnie jej nuty, jednak nie pasowało mi coś w konsystencji (połączenie tłustości i ściągającej suchości). Ziemista baza z gorzkimi nutami kawy i dymu z ogromem bananowej i pudrowej słodyczy nie została pozbawiona sugestii kwasku, który świetnie się w egzotyce owoców i ziemi odnalazł (żałowałam, że na sugestii się skończyło, że nie pojawił się jako smak). Wolałabym, by słodycz zatrzymała się na tej bananowej i zdziwiłam się, że było raczej pudrowo niż kwiatowo (w końcu ekwadorskie kakao jest bardzo kwiatowe), ale nie można mieć wszystkiego. To zdecydowanie słodka tabliczka, nie siekiera, ale z charakterkiem. Producent napisał o śmietance, figach i karmelu - doprawdy, pojęcia nie mam, skąd to wziął. Może to "mój chlebek bananowy", ale... kto to wie? (Co ciekawe, z tego co czytałam na blogach, chyba nikt, oprócz producenta, tych nut nie poczuł. Co więcej, z tego co zauważyłam, przy starym opakowaniu prawie wszyscy narzekali, że słodycz była za silna; moja wcale aż taka przesłodzona nie była.)


ocena: 9/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 14,99 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

czwartek, 26 lipca 2018

(Lidl) Deluxe Chlebek Figowy z migdałami; Daktylowy z orzechami włoskimi

Skoro zdarza mi się recenzować miody, a przecież nie są to słodycze jako takie, tylko coś bardziej naturalnego... Pozwolę sobie także na tego typu wpis. Surowe batony z owoców i orzechów pojawiają się na blogu, ale rzadko. Powodem tego jest, że w normalnym jedzeniu lubię "przejrzystość" i monotonię. Z owoców, orzechów rzadko tworzę wymyślne dania - cenię ich smak sam w sobie. Kupiłam jednak z ciekawości chlebki, które w sumie... skomplikowane nie są, a przypominają raw batony w innej formie. Dlaczegóż by czegoś o nich nie napisać? No, może też coś o samych owocach, żeby przybliżyć Wam mój punkt widzenia.

---------------
Deluxe Chlebek Figowy z migdałami to dwuskładnikowa przekąska o masie 200 g, wyprodukowana w Hiszpanii dla Lidla z fig z Hiszpanii i migdałów z USA.

Już w momencie otwierania przywitał mnie wyraźny zapach słodziutkich fig.

Krążek lepił się, był wilgotny. Zaskoczyło mnie jego zwartość, konkretność - dosłownie sprasowanie! Wyszedł wręcz twardy, więc przeżuwanie go trochę trwało. Oprócz wilgoci świeżutkich suszonych środków fig, było tu dużo... jednolitej masy i kawałków-połówek fig (skórek). Doszukałam się w tym przebłysków bardziej skrzypiąco-śliskich, gumiastych zapędów (jeśli znane są Wam figi Alesto, powinniście wiedzieć, o co mi chodzi - konsystencja jak mokra guma; o ile kocham mokro-soczyste daktyle Alesto, tak ich mokro-gumiastych "suszonych" fig nie lubię, bo suszona figa ma być... sucha, a nie jak skrzypiąca guma). Mimo to uwagę skupiały na sobie raczej strzelające pesteczki (choć było ich dziwnie mało) i chrupiące migdały. Ogólnie strukturę uważam za dobrą, mimo że mogłaby być lepsza.

W smaku to... czysta słodycz. Słodka, słodziutka słodycz słodkich jasnych fig suszonych, mająca niemal miodowy charakter. Większy kęs bez migdała natychmiastowo zasładzał, szybko zaczynał drapać w gardle smakiem "figowego miodku". To 100 % figowego, a więc zacnego, zasłodzenia.
Wyłuskany migdał wydał mi się świeży, naturalnie-neutralny i z leciuteńką nutką ni to skórki, ni stęchłości. Smak łagodny i bardzo przyjemny (wiem, że stęchłość nie brzmi dobrze, ale migdały nie były stęchłe, to tylko taka sugestia).
Migdały te bardzo udanie rozbijały poczucie zasłodzenia, same w sobie były wyczuwalne, choć... chwilami uciekały, kryły się pod naporem słodyczy.

Chlebek wyszedł bardzo, bardzo słodko, ale oczywiście tylko za sprawą fig. Smakował mi - to nie podlega dyskusji, ale parę rzeczy mi w nim nie pasowało.
Mogę zjeść 100 g suszonych fig z krążka, ale 100 gramom chlebka nie dałam rady. To chyba dlatego, że w krążkach bywają różne, a więc bardziej i mniej słodkie, często też kwaśne, goryczkowate itd., chlebek zaprezentował jedynie słodycz fig. Takie neutralne, delikatne migdały są pyszne, ale przy tych proporcjach trochę się gubiły.
Moim ostatnim zarzutem jest to, że figi pod względem konsystencji troszeczkę podchodziły mi pod śliską oponę (choć może jak ktoś nigdy nie jadł tych Alesto, nawet nie zwróci na to uwagi).

Dobra rzecz, ale na jedno spotkanie, nie kupię ponownie. Same suszone figi za to jadam bardzo często.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: jakieś 8 zł?
kaloryczność: 288 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: daktyle 90%, orzechy włoskie 10%

--------------

Deluxe Chlebek Daktylowy z orzechami włoskimi to dwuskładnikowa przekąska o masie 200 g, wyprodukowana w Hiszpanii dla Lidla z daktyli z Tunezji i orzechów z USA.

Po otwarciu zdziwiłam się tym, jak słaby zapach poczułam. Owszem, czuć tu daktyle i orzechy włoskie, ale ten chlebek był o wiele mniej aromatyczny od figowego. Nie odjęło to zapachowi smakowitości.

Chlebek wydał mi się zwarty, ale bardziej rwący się niż figowy. Okazał się być masą z dużymi kawałkami i połówkami orzechów częściowo pozbawionych skórek. Lepił się i pozostawiał daktylową maź (?) na opakowaniu i kartce. Po zrobieniu kęsa wychodziło na jaw, że nie był zbyt twardy. Rozchodził się na jakby scukrzoną papkę dość szybko. Nie była to jednak taka mocno zalepiająca daktylowa papka, bo i sporo połówek oraz prawie całych, twardawych suszonych daktyli się w tym znalazło, nie mówiąc już o chrupiących orzechach. (O ile nie lubię fig Alesto, tak daktyle Alesto kocham, bo są cudownie wilgotne - suszone, ale takie... niemal świeżo-soczyste, nie scukrzone i bez ostrej skorupki.)

Smak chlebka był daktylowo-orzechowy w zaskakująco wyrównany sposób.
Daktyle nie reprezentowały tu jedynie słodyczy, ich smak wydał mi się nieco poważniejszy. Taak, to niewątpliwie były słodkie daktyle do słodkiej daktylowej potęgi, ale chwilami jakby próbujące udawać... ja wiem? Słodkie kalifornijskie suszone śliwki i palony karmel?
Taki charakterny smaczek nakręcały orzechy włoskie - świetnie wyczuwalne, mimo że naturalne, nieprażone, a jakby lekko soczyste. Odrobinka gorzkawości się w nich przeplatała. Gorzkich skórek mogłoby być więcej, ale i tylko wyszło zacnie. To podchodziło wręcz pod... karmelową korzenność? Takie skojarzenie śmiesznie nakręcało lekkie drapanie w gardle - oczywiście takie słodkie drapanie.

Poczucie niemal "scukrzoności" w słodyczy daktyli i niepodkręcony, choć wciąż wyraźny, naturalny smak orzechów włoskich dobrze się zgrały, choć mi trochę brakowało silniejszej goryczki skórek orzechów (jak już pisałam: na niektórych kawałkach trochę jej brakowało). Osobiście wolę suszone daktyle, które smakują bardziej "świeżo-soczyście" (choć wciąż są to owoce suszone!), więc chlebek w moich oczach nie dorównał daktylom jedzonym osobno.

Pozytywne zasłodzenie, lekko przełamane orzechami włoskimi. Jak mogę zjeść 100 g daktyli, tak i 100 g tego chlebka wsunęłam, więc ta wersja była mniej słodka od figowej. Smakował mi jednak tak jednorazowo - wolę jeść swoje ulubione daktyle i orzechy osobno.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: jakieś 8 zł?
kaloryczność: 365 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: daktyle 90%, orzechy włoskie 10%

-----------------
Chyba nie przemawia do mnie forma chlebków, aczkolwiek to przyjemne twory. Oceniam jednorazowo, jako ciekawostki, bo wiem, że nigdy więcej ich nie kupię. Co innego same suszone owoce... tu z kolei nie wyobrażam sobie, żeby dopuścić do sytuacji, w której nie miałabym chociaż paczki / krążka. Lubię suszone owoce, a figi i daktyle po prostu kocham. Lubię prawie wszystkie (wyjątkiem są gumowe figi Alesto), ale jak mogę wybrać... Pozwolę sobie i o moich ulubionych parę zdań napisać - Wam polecić.
W kwestii fig... nie lubię tych wielkich, kształtnych, "selekcjonowanych". Zdecydowanie wolę te upychane w krążki, w których jest pewna urocza byle jakość - figi są przeróżne: prawie trupio suche i twarde, rozmiękłe i rozkwaszone, czarne i kwaskowate oraz jasne i słodziutkie. Kocham tę rozmaitość. I właściwie... marka krążka jest mi obojętna, oby skład był czysty.
W sprawie daktyli jestem bardziej wybredna. Koniecznie muszą być suszone w paczkach, w których jest ileś tam % wilgotności. Zawsze kupuję Alesto z Lidla, ale i Kaufland ma podobne. Co takiego w nich uwielbiam? A no to, że w strukturze bliżej im do świeżych, niż suszonych, bo są soczyste i mięciutkie, nie mają twardo-ostrych skorupek, ale nie mają pestek i cechuje je jędrność (w ustach można je jeszcze fajnie pociamkać, bo nie stają się natychmiast "marmoladką" jak świeże) i charakterniejszy smak tych suszonych, a nie taki jedynie czystosłodki. W świeżych przeszkadza mi ta niemal kremowa mazistość, a suszone... no, twarde suszki to nie to. Soczyste i podsuszone Alesto - żyć bym bez nich nie mogła. To produkty, które mają u mnie 10000∞/10.

wtorek, 24 lipca 2018

Pacari Raw Salt & Nibs ciemna surowa 70 % z Ekwadoru z kawałkami kakao i solą

Tak, jak pisałam przy miniaturce... Nie mogłam się nacieszyć z możliwości takiego porównania. To prawda, że wolałabym, żeby obie były pełnowymiarowe, ale nie ma co narzekać. Po "słodziuteńkowości" niesurowej pojęcia nie miałam, czego spodziewać się po tej. Surowe Pacari są w końcu specyficzne... Na szczęście miałam całą tabliczkę, by dobrze się wczuć, co też surowizna zrobi z tymi dodatkami.

Pacari Raw Salt & Nibs to ciemna surowa czekolada o zawartości 70 % kakao (miazga + tłuszcz) z Ekwadoru z kawałkami kakao i solą.

Po otwarciu poczułam zapach mokrej, ciemnej ziemi i jakby... zawilgoconego, zadymionego lasu? Przy nim były też zawilgocone kwiaty, niosące odrobinę skąpej słodyczy, może coś karmelowego... Te nuty jednak jakby trochę się spierały o miejsce z niby-palonymi, a na pewno odymionymi, nibsami i kawą. Kawą i... drzewami?

Tabliczka koloru niemal bordowawego brązu trzaskała jakby była bardzo pełna, choć nie wydała mi się strasznie twarda. Zawierała idealną ilość, a więc całkiem sporo, dodatków o raczej małym rozmiarze. Nie były to mikroskopijne drobinki, ale kawałki w sam raz pozwalające cieszyć się czekoladą.
Czekolada rozpływała się nieco leniwie, w oleisty sposób. Nibsy były chrupiące, a zarazem soczyście miękkawe, a więc takie, jak lubię. Sól za to nie odznaczała się w strukturze.

W ustach czekolada w pierwszej chwili wydała mi się przede wszystkim gorzka. Nie jakoś porażająco, a statecznie i poważnie. Był to gorzki dym, przy którym szybko zaczęły wzbierać dymno-siarkowe, kwaskowate nuty.

Trafiwszy na sól, miałam wrażenie że kwaskowatość i goryczka pomknęły z prędkością światła i nagle... rozmyły się w statecznie gorzkiej toni. Na myśl przyszły mi cytryny i skórki cytrynowe, choć klimatu cytrusowym bym nie nazwała.

Nie było ani zbyt gorzko, ani kwaśno. Słodycz pobrzmiewała w oddali cały czas. Miała wydźwięk zamglonego karmelu... W ogóle była ulotna, niczym poranna mgiełka i... w pewien sposób "mokra". W pewien...? Może minimalnie kwiatowy? Od "nie całkiem kwiatów" jednak moje myśli kierowały się ku... roślinom po prostu. Mokra roślinność... zielona roślinność. Nie wiem, dlaczego raz i drugi pomyślałam o niedojrzałych bananach.

Tu jednak stateczna kakaowość podrzucała kolejne nuty. Kwasek i goryczka poszły leśną, ziemistą ścieżką (dosłownie, bo nuty "lasu", a więc drzew i ziemi rozkręcały się) w stronę słodu i kawy. Kawa zaczynała szaleć przy rozgryzaniu kawałków kakao. Sól podkreślała soczystość i chwilami niemal piwną słodowość, ale kawa nie szła na żaden kompromis, w czym pomógł jej delikatny karmel (podkreślając właśnie ją, a nie piwną słodowość).

Na końcu robiło się karmelowo-kawowo w zaskakująco czekoladowym kontekście. Pozostawało też poczucie słoności, ale... raczej podchodzące pod soczyście siarkowe nuty, które w posmaku bardzo słabły, powoli zostawiając raczej dym.

Kupił mnie ten zawilgocony klimat, poważny wydźwięk i harmonia, która opiera się na wyrazistości, a nie nudzie. Wydźwiękiem lesiście-siarkowych i kawowych nut niemal kwaskowata słoność zabawia się do woli. Do gustu przypadła mi również gorzkawość jako baza, nie zaś słodycz jak w przypadku niesurowej wersji.

Wyszło zdecydowanie lepiej niż średnio "rozłożona smakowo" Menakao; gdyby nie Madecasse uznałabym ją za najlepszą jedzoną czekoladę z nibsami i solą. Wtopienie dodatków uważam za idealne rozwiązanie, nawet oleistość surowej czekolady mi nie przeszkadzała, ale... nad przyznaniem 10 trochę się wahałam, chcąc wyróżnić serkowo-twarogową Madecasse, która była niewiarygodnie owocowa mimo takich dodatków. Doszłam jednak do wniosku, że są tak diametralnie inne... że porównywanie nie ma sensu. W końcu to surowa z Ekwadoru, a tamta zwykła z Madagaskaru.


ocena: 10/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 23 zł
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao 60,01%, cukier trzcinowy 30%, tłuszcz kakaowy 5,62%, nibsy 3%, sól 1%, lecytyna słonecznikowa 0,37%

poniedziałek, 23 lipca 2018

Pacari Cuzco Salt & Nibs ciemna 60 % z Ekwadoru z nibsami i różową solą morską

Czekolady z chrupiącymi dodatkami, a już zwłaszcza z nibsami, na pewno nie należą do moich ulubionych. Niby mogę zjeść, a nawet docenić, ale przy robieniu zakupów zawsze będą to pozycje dalsze. Sprawa wygląda trochę inaczej, gdy postawię sobie za cel spróbowanie wszystkich tabliczek danej marki, np. dlatego że jest jedną z moich ulubionych - jak właśnie Pacari, Madecasse i niegdyś Menakao (akurat ich nowa oferta przestała mnie ciekawić, mimo że markę nadal lubię i mam sentyment). Tym razem do otwarcia spieszyło mi się o tyle bardziej, że posiadałam dwie wersje do porównania: pełnowymiarową surową i niesurową miniaturkę. Nie wiem, czym kierowałam się, otwierając niesurową jako pierwszą. Wielkością? Nauczona doświadczeniem, że Pacari z dodatkami bardziej smakują mi niesurowe, lepsze powinnam zostawić na koniec... Powinnam? Lepsze? Za dużo pytań, lecimy z recenzją!

Pacari Cuzco Salt & Nibs to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao (miazga + tłuszcz) z Ekwadoru z kawałkami kakao i różową solą morską z Cuzco (Peru). U mnie jako miniaturka ważąca 10g.

Po otwarciu na myśl przyszła mi morska bryza, ponieważ poczułam wyraźny akcent soli wkomponowany w ciekawe otoczenie. Słonawość miała tu soczysty, niemal kwaskowaty wydźwięk sugerujący wilgotną ziemię i mokre kwiaty (nie całkiem róże charakterystyczne dla Pacari, bardziej coś wodnego...?). Temu wszystkiemu została jednak narzucona słodycz i taka "słodziutka czekoladkowość" za sprawą wyraźnie prażonej nuty orzechowej i błogiej, słodziutko karmelowej.

Przy łamaniu mini tabliczka o intensywnie brązowym, choć jakby z szarawym przebłyskiem, kolorze zachęcająco trzaskała-pykała. W środku zatopiono idealnie trafioną ilość sporych nibsów i zaskakująco dużych kryształków soli. Za ogromny plus uważam strukturę kawałków kakao: chrupiące, ale nie twarde czy ostre.
Czekolada w ustach rozpływała się kremowo, troszeczkę maślanie.

Przy pierwszym kęsie trafiłam zębem na kryształek soli, więc łatwo sobie wyobrazić, co poczułam najpierw. Sól była wyrazista już od początku - to nie podlega dyskusji.

Przy każdym innym kęsie jednak to karmel przygotowywał powitanie. Równocześnie odzywała się też nieco ziemista, dymno-prażona baza o łagodnie gorzkawym smaku.

Karmel z łatwością skupiał na sobie uwagę, wydał mi się słodziuteńki (niemal "toffiowaty") w pierwszej chwili, co dodatkowo podkręcały kwiaty szybko zaznaczające swoją obecność. Przy nich nieśmiało znów odzywała się nutka ziemi.

Nagle jednak, do błogo karmelowego smaczku dochodziła sól. Słone ukłucie podsycało dymne akcenty, niewiarygodnie podkreślało gorzkawe prażenie. Gdyby nie dym i prażenie, słodycz pewnie pomknęłaby jeszcze bardziej w kierunku toffi.
Czułam się, jakbym jadła czekoladę solonokarmelową i... z solonymi orzechami w karmelu? Skojarzenie z orzechami podkręcały nibsy. Ku mojemu zaskoczeniu nie było w nich kwaskowatych nut. Wyszły bardziej orzechowo-słodowo. Mimo to spotęgowały początkowo niepewną ziemistość.
Raz, gdy chrupnęłam jednocześnie i kawałek kakao, i kryształek, poczułam się, jakbym łyknęła piwo.

Kwiatowa nuta w tle nadała temu wykwintnej, "czekoladkowej" szlachetności i lekkości. Wraz z solą budowała rześkość.

Mimo wszystko to właśnie słoność i poczucie prażenia, dymno-ziemisty, daleki posmak pozostawał na długo.

Kontrast, a jednocześnie harmonia tej czekolady zaskoczyły mnie. To aż dziwne, że to się udało. Taka słodziuteńkość, "paniusiowatość" (tak określiłabym charakter tej tabliczki: zarozumiała paniusia) przy wyrazistej soli i piwno-dymnych skojarzeniach? A cała ta rześkość i morska bryza? Ta czekolada to... 20-letnie, kochające się małżeństwo na plaży: mąż z piwem i orzeszkami, żona wyperfumowana i wcinająca jakieś toffi-karmelki.

Nie do końca wpisało się to w mój gust, ale chciałabym zjeść pełnowymiarową, choć wiem, że byłoby to spotkanie jednorazowe. Ta słodziuteńkość i nibsy wyszły naprawdę zacnie, nie mogę się jednak nadziwić, że te drugie mi nie przeszkadzały, a właściwie... tak, jakby ich nie było, tylko w smaku odegrały dużą rolę. Podobało mi się to, chyba jeszcze nie trafiłam na taki efekt w czekoladzie z dodatkiem do chrupania.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od pacari.pl
cena: -
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa 50,84%, cukier trzcinowy 40%, tłuszcz kakaowy 4,96%, nibsy 3%, sól 1%, lecytyna słonecznikowa 0,2%

niedziela, 22 lipca 2018

wafelki Nagie Góralki extra kakaowe

Po zjedzeniu Princessy Brownie pomyślałam sobie, że w sumie może warto byłoby niedługo po niej ruszyć dość podobną propozycję innej marki. W przypadku Góralków, o których myślę, słowo "brownie" co prawda nie pada, ale zamysł wafelka wygląda podobnie - bardzo kakaowy i bez polewy. Nie ukrywam, że liczyłam na coś smaczniejszego, bo moje jedyne spotkanie z Góralkami w ciągu ostatnich lat było bardzo przyjemne - Góralek sernikowy to zdecydowanie jeden ze smaczniejszych wafelków, jakie jadłam.

Nagie Góralki extra kakaowe to "ciemny wafelek z kremowym nadzieniem (77%) kakaowym", a dokładniej dwa wafelki ważące łącznie 42g, produkowane przez I.D.C. Holding.

Po otwarciu poczułam silny zapach słodko-cierpkawego kakao w towarzystwie wafelkowego stetryczenia. Skojarzyło mi się to z lodami kakaowymi w waflu - takimi "budkowymi", sprzed lat. Nie wydało mi się to zbyt przyjemne, a niskobudżetowe.

Przynajmniej to, co z opakowania wyjęłam, wyglądało nieźle.
Wafelki były suche, całościowo chrupko-chrzęszczące. Warstwy waflowe nie odznaczały się niczym szczególnym, były lekkie i słabo wypieczone, a krem był tłusto-proszkowy i przypominał ulepkowatą grudkę z margaryny.

Wafle w smaku były lekko stetryczało-kartonowe i słonawe, może i "ciemnawe", ale na pewno nie kakaowe.

Z kolei krem smakował bardzo słodko "kakałkowo". Silna słodycz łączyła się z tłuszczowością, nawet nie margaryną, ale tak... No jak tani, kiepski krem pozbawiony wyrazu. Głównie słodki i nijaki z dosypanym lekko cierpkim, pylistym kakao.

Smak wydał mi się rozrzedzony, rozwodniony. Słodko-kakałkowy i bezczelnie niewytrawny, niewyrazisty. To wręcz definicja przeciętnego, najzwyklejszego teoretycznie kakaowego, a praktycznie nijakiego wafelka. Wolałam mniej słodką, a właśnie bardziej kakaową Princessę Brownie o przyjemnie chrzęszczącej strukturze.


ocena: 5/10
kupiłam: Mama kupiła w Lewiatanie
cena: -
kaloryczność: 536 kcal / 100 g; wafelek 21g - 113 kcal 
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 8%, mleko odtłuszczone w proszku, mleko pełne w proszku, mąka sojowa, olej słonecznikowy, skrobia kukurydziana, lecytyny, substancje spulchniające: węglany sodu; żółtko jaja w proszku, aromat

sobota, 21 lipca 2018

Terravita Czekolada Gorzka 70 % ciemna

Uwielbiam korzenne i ostre przyprawy, jednak kupując drogie czekolady zdarza mi się pomijać zawierające je. Boję się, że a to ich ilość mnie nie usatysfakcjonuje, a to stłumią kakao i zawsze jakoś bardziej skupiam się na czystych. Ogólnodostępne z tymi dodatkami to co innego, więc seria Cocoacara Terravity zaciekawiła mnie. Tu jednak problem z ogólnodostępnością, bo nigdzie tych czekolad stacjonarnie nie widziałam. Swoje dostałam od Terravity, a w paczce znalazłam jeszcze "czyste" czekoladowe paluszki, od których to testy postanowiłam zacząć.


Terravita Czekolada Gorzka 70 % u mnie pojawiła się w postaci dwóch batoników po 31 g każdy.

Po otwarciu poczułam słodziutki, słodziuteńki zapach ciemnoczekoladowej polewy, kojarzącej się z piernikami w czekoladzie. Było w tym coś tłusto-wilgotnego i sucho kakaowego jednocześnie. Nie trafiłam na żadną wytrawność, której oczekuje się od 70 % kakao, ale o dziwo był to zapach całkiem zachęcający.

Już w dotyku czekolada wydała mi się tłusta, a mimo to niemal czarny paluszek ni trzasnął, ni pyknął. Nie zachowywał się jak ulepek. Najpierw twardy, w ustach miękł bardzo szybko. Kawałek rozpływał się w sposób tłusty jak czekolady mleczne, trochę jakby "obłaził" lepiącą czekoladową mazią z wyczuwalnym proszkowym efektem. Nie wysuszał.

W smaku od samego początku niezaprzeczalnie dominowała słodycz, co jednak nie znaczy, że od razu czuć cukier.

Szybko bowiem w ustach rozchodził się także smak mocno palony, kojarzący się z czekoladowymi piernikami w polewie kakaowej. Jedzonymi w towarzystwie kawy, maczanymi w niej. Nie było tu bowiem mowy o suchości. Wręcz przeciwnie: klimat był dość wilgotny. Wilgotny i tłusty w sposób maślano-polewowy.

Jak na "pierniki w czekoladzie" przystało, wyraźnie czuć kakao, leciutko wytrawnie-cierpkie, ale niemal zupełnie pozbawione gorzkości. O kwasku w ogóle nie było mowy (co w tym przedziale cenowym jest plusem), podobnie zresztą jak o "chamskim posmaku odtłuszczonego kakao". Kakaowość wyszła tu wprawdzie jak pierniki w polewie, ale... powiedzmy: smaczne pierniki.

Z czasem jednak słodycz zaczynała mnie trochę męczyć, bo robiła się po prostu nieproporcjonalnie silna. W mlecznej byłaby w porządku, ale do ciemnoczekoladowości nie pasowała. Chyba przez przez mazistą strukturę raz i drugi skojarzyła mi się nawet trochę cukrowo-lukrowo.

Po czekoladzie pozostawał posmak silnej, przesadzonej słodyczy ciemnoczekoladowej (bardziej właśnie jak jakieś twory czekoladowe, niż "deserówki") oraz poczucie cierpkości jak po odtłuszczonym kakao. Jego wyraźniejszy posmak jednak - całe szczęście - nie wylazł.

Całość zaskoczyła mnie pozytywnie. Wyszło co prawda za słodko i za miękko-tłusto jak na 70 % kakao, ale jednocześnie zaskakująco smacznie i przystępnie jak na takie realia. Nie czuć żadnych nieprzyjemnych posmaków, strasznego przecukrzenia też nie. Mnie może tylko trochę za bardzo pod polewę podchodziło i zupełnie nie podobała mi się konsystencja, ale są to wady tego kalibru, że gdyby np. J.D. Gross Amazonas 60 % nie istniała, to od biedy i Terravitę mogłabym kiedyś kupić.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od Terravity
cena: -
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat