czwartek, 18 maja 2017

Erithaj Ben Tre Chocolat Noir Vietnam 70 % ciemna z Wietnamu

O poznawaniu nowych marek czekolad napisałam trochę przy Madecasse 80 %, a dziś, przy kolejnej, z którą przygodę miałam dopiero zacząć, macie dobry przykład marki onieśmielającej mnie. Tutaj to chyba kwestia tych ekskluzywnie wyglądających opakowań i niecodziennego pochodzenia kakao. Erithaj to bardzo ciekawa francuska marka, której tabliczki robione są z wietnamskiego kakao w manufakturze A. Morin na zlecenie. Na początek, z tych, które miałam, wybrałam tę o najniższej zawartości kakao (nie licząc mlecznej, bo po prostu miałam ochotę na ciemną).

Erithaj Ben Tre Chocolat Noir Vietnam 70 % to ciemna czekolada czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wietnamu z prowincji Ben Tre.

Po otwarciu poczułam zapach czegoś palonego, mnóstwa dymu i odymionych, wędzonych śliwek, złagodzony przez słodycz łagodnego, kwiatowego miodu z akcentem słodkich przypraw.

Tabliczka o zachwycająco głębokim kolorze, który wydawał się wręcz soczysty, okazała się wyjątkowo twarda. Trzaskała przy tym bardzo donośnie. Nie kruszyła się, ani nic, przekrój nie był niezwykły, jednak w ustach rozpuszczała się niecodziennie i po prostu cudownie. Powoli roztaczała minimalnie tłustą, lepką czekoladową maź jakby stworzoną z suchawego, rozlazłego piasku, w dodatku z pyliście-kredowym akcentem, ani trochę nie wysuszając. 

Pierwsze wrażenie po włożeniu kostki do ust było takie, że czekolada była o wiele bardziej palona niż sugerował zapach, w którym przodowały wędzone śliwki.
Po chwili ten mocno palony smak jednak jakoś się rozpłynął, a za moment znów powrócił, ale już nie jako motyw przewodni. Można go skojarzyć z kawą, choć tak wyraźnie kawy tu nie było czuć (chodzi raczej o wydźwięk gorzkości palenia). Wrócił nieco podwędzony, bo po paru chwilach wyraźnie czułam wędzone, kwaskowate i soczyste śliwki oraz kwasek i subtelną gorycz jakby opalanych skórek cytryny. 

Przy tym całym paleniu, gorzkość była jednak i tak znikoma, kwasek należał do owoców, a z czasem zaczynała wyłaniać się słodycz. Nie byle jaka! Znacząca, ale nie przesadzona. Miała trochę miodowy, wyrafinowany charakter. 

Wędzone śliwki wysunęły się na prowadzenie, a wraz z tą słodyczą skojarzyły mi się z niemal gęstym od ilości owoców, kompotem śliwkowym - słodkim, ale i ze specyficznym kwaskiem, troszeczkę przyprawionym. Oprócz tego czułam też kwaskowate mirabelki i wielkie, okrągłe fioletowe śliwy tak dojrzałe, że aż kaszakowate. Śliwki, śliwki i jeszcze raz śliwki. 
Z czasem z owoców wyłuskałam także średnio dojrzałe, ale już bardzo soczyste, fioletowe winogrona, które dały lekko chłodząco-orzeźwiający efekt, taki podchodzący też pod coś mniej owocowego.

Gdy już wymieniłam każdy jesienny sposób na śliwkę, odmieniłam słowo "śliwka" przez wszystkie przypadki, a kawałek czekolady zniknął, w ustach pozostawała jedynie słodycz. Bogata i wykwintna, jednoznacznie kojarząca się z miodem i kwiatami. Ten łagodny posmak pozostawał na bardzo długo i bez wątpienia zaliczał się do tych jak najbardziej smakowitych, mimo że trudno go skojarzyć z czekoladą.

Wariactwa smaków tu nie doświadczyłam, ale i tak jestem pod wrażeniem, bo ta czekolada była niezwykle obrazowa. W mojej głowie pojawiło się dziwne przekonanie, że "jakby była kolorem, byłaby fioletem" (a to mój ulubiony kolor zaraz po czerni), wywołane pewnie śliwkami i winogronami. "Fiolet" mógłby być tytułem obrazu, jaki pokazała mi wyobraźnia: ciemne, kruche po bokach śliwkowe ciasto sowicie wypełnione owocami z kakaowo-cytrynową (mam na myśli skórkę) kruszonką w towarzystwie ciemnej kawy.
Powiedziałabym też, że miała więcej niż 70 % kakao; skojarzyła mi się trochę z Pralus Fortissima 80 %, w której również czułam dym i kompot śliwkowy, a jeśli chodzi o "nuty Wietnamu", to... z Marou Treasure Island 75 % łączy ją mocne palenie (choć to nie kwestia pochodzenia kakao), ale i przyprawy, kwiaty, mimo że w Erithaj czułam je głównie w zapachu.
To było pyszne, jednak żebym mogła z czystym sumieniem przyznać 10, musiałaby być bardziej gorzka, bo mimo całego palenia, była głównie owocowo kwaśna i słodkawa (ale to dopiero potem).


ocena: 9/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 23 zł (za 100 g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład:  ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

16 komentarzy:

  1. Ciekawa tabliczka... "śliwkowa" mimo iż w składzie śliwek ani widu i to wszytko głównie od ziaren kakao (sposób przygotowania swdoją drogą) ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to, gdzie kakao rośnie jest także bardzo istotne. ;)

      Usuń
    2. Dokładnie :) Gdzie, w jakich warunkach... Zastanawiam sie, czy czekolada może smakować bagnem jesli ziarna rosły na bagnistych, podmokłych terenach :P

      Usuń
  2. Śliwki to jedne z tych nut w czekoladzie, które bardzo chciałabym poczuć a nigdy nie poczułam... Ale narobiłaś mi ochoty...
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście rzadko występują.
      Wiem, że narobiłam... W końcu to takie cudo, to jak mogłoby być inaczej? ;D

      Usuń
  3. Bardzo ładne takie wręcz ekskluzywne opakowanie :)
    A tak w ogóle to jadłyśmy te jogurty z Biedry :P
    Śliwka z czekoladą szału nie zrobiła, może jakby na spodzie był sos czekoladowy to byłoby to coś ciekawszego. Za to kokosowy naprawdę był pyszny i jeszcze po niego wrócimy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie mi się podobało, że nie był taki mocno czekoladowy, a przede wszystkim jogurtowy. :P
      A kokosowy nie jest jakiś rzadki i zbyt słodki? Bo na razie tylko tyle o nim słyszałam.

      Usuń
    2. Rzadki tak samo jak śliwkowy, a czy słodki? My jak już kupujemy smakowy jogurt to z góry nastawiamy się, że będzie słodko, dlatego zawsze jemy je na pół z jogurtem naturalnym :)

      Usuń
    3. Moje śliwkowe były gęste. O.o
      Ja bym tak nie mogła, bo wtedy owszem, słodycz złagodzona, ale i smak by mi za bardzo uciekał.

      Usuń
  4. Nie wymagam dużej paloności (moim zdaniem trochę tłumi smak kakao), więc chyba by mi ta słodycz i kwaśność pasowała :)

    PS. Otworzyłem surową marakuję (ależ to ciemna tabliczka ja na 70-tkę!) i lemura (trochę nibsów się wykruszyło i są świetne, chyba najciekawsze nibsy jakich próbowałem), żeby je podzielić przed wysłaniem (bedę miał zdjęcia).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie ona była mocno palona. Też uważam, że za mocne palenie tłumi nuty, a ta na szczęście była mocno, ale nie za mocno, palona. ;)

      Usuń
  5. Mam ją. Niedługo otworzę. Mleczna Ben Tre kocham, więc od tej też wiele oczekuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam jeszcze trzy i od wszystkich wiele oczekuję po tym, co mi ta zaserwowała. :D

      Usuń
  6. Uwielbiam śliwki. Twarde i niedojrzałe, miękkie i słodkie (najmniej, ale wciąż), suszone. Wędzone? Właśnie nie jestem pewna. Kojarzą mi się z suszem, a tego od lat nie ruszam, choć chyba w liceum przez kilka Wigilii piłam, bo wrócił do mych łask.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Susz to dziwna rzecz, ale w sklepach przecież często są te takie paczkowane suszone albo właśnie wędzone. Fajna sprawa, kup kiedyś. ;)

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową. ;)